Barataria 115 Tolo Szaleńczyk

Nie jestem z Olsztyna, podejrzewam więc, że tym co tu napiszę nadszargnę (acz niezbyt poważnie) uznaną lokalną świętość. Antoni Janowski występuje w olsztyńskim radiu jako Tolo Szaleńczyk, a teraz, jako onże, wydał książkę. Tę powyżej. Okładka zachęcająca, miła w dotyku, matowy karton, twarda, niebieska (mój ulubiony kolor), zabawna naklejka, a naklejki na okładkach to  wywoływacze łez nostalgii – kiedy to ja ostatni raz miałam w ręku książkę z naklejką na okładce? Leśmian,Klechdy sezamowe, Czytelnik 1954. No ale ostatni raz miałam ją w ręku w zeszłym roku, kiedy to czciłyśmy z Marysią Szewczyk prywatny Rok Leśmianowski.

Książka irytująca, niech mi pan Antoni Janowski vel Tolo Szaleńczyk vel Blady Koń vel BK wybaczy, bo z jednej strony super dowcip językowy, a z drugiej tyle tego dowcipu, że mdło. Z jednej strony doprawdy warte uwagi przemyślenia starszego pana na temat naszego (bom i ja stara, czego mi młody człowiek, który mi dał tę książkę do przeczytania, nie omieszka wypomnieć przy każdym chyba spotkaniu), a zatem “naszego” (że powtórzę, bo przerwa na dygresję była długa) “starostwa”, a z drugiej jest w tych miniaturowych opisach wiecznie ten sam ton starca młodziakiem podszytego, który to młodziak mu wieczną gębę przyprawia, a on starzec niby wyższy nad młodziaka, a jednak od niego niższy, i zależny, i niby to szczere do bólu, ale jednak nudnie powtarzalne, i na pokaz, żeby się kpy dziwowały i zazdrościły, bo one tak nie potrafią, a on tak, wyższy jest od sztucznej szczęki, prostaty i zmaz nocnych. I dwa, trzy, osiemnaście razy ten ton bawi i intryguje, ale po pięćdziesięciu trzech razach już tylko męczy i nuży, i już masz go dość, ale wciąż czytasz, no bo jakżeby takiej niegrubej książeczki ze śmiesznymi felietonikami do końca nie doczytać.

I co? I opłacało się. Zdania nie zmieniam, to co znakomite w felietonie cotygodniowym, radiowym, a więc słuchanym, a i to z przerwami, niech się na karty książki nie wspina, bo niby uznanie czytelnika wywoła, ale zaraz potem tą swoją nachalną czasową bliskością jednego tekstu po drugim zdrzaźni na maksa, no więc zatem mimo to i tak się opłacało! Bo skoro doczytałam do końca, to przeczytałam i rozdział przedostatni…

Cytuję, bo ten rozdział to baratarystyka (dział: Don Kichot w każdej książce), ale też cytuję, żeby czytelnik poczuł bluesa tych opowieści. Choć czy ja wiem, tu akurat znacznie mniej jest tych inteligentnych i nie dających się wytrzymać rymowanek jak rumianek, zaścianek, poranek i wjechał młody panek, by z dziecinną radością…

Blady Koń – pasażer

Będzie o czasie i o tyłku, który się zgoła bez reszty nie mieści, albo wcale nie wypełni.
O tyłku cierpiącym.

Blady Koń, pasażer przystanków-wiat, w których od dołu ciągnie i podwiewa i twardych siedzeń twardych autobusów, które ubijają kręgosłup na wybojach. Blady Koń – pasażer wysiadający, za każdym razem trochę mniejszy, bo ubity, i samej przyszłości nie widząc, widzący w niej siebie z zachodzącymi na kolana połami marynarki. Blady Koń, pasażer czterech i więcej pór roku w marynarce.
Blady Koń, w marynarce trzy palce nad kolana, wpatrzony w srebrny ślad ślimaka na tej, chyba najcierpliwszej z ziem, pomyślał: “Jeśli się coś rusza, to czas w nas. Nie siwieję jeszcze jak czekolada w upał, a mimo to robię się dla siebie samego niestrawny, choć niesyty.”
I jakby na przekór czasowi wybrał się do teatru popatrzeć na nieśmiertelnego Don Kichota.
Jednak słynny hidalgo okazał się mocno śmiertelny, choć jego kościstość żył jeszcze, głównie polegując i zapadając w odrętwienie.

Fotelikiem Konia szarpało i rzucało jak łupiną po morzu, gdy niejaka madame Obfitość z prawej, a jakby również z lewej, co i rusz to przeformowywała się gwałtownie, jakby tam dokonywała się tajemnica transformacji larwy. Jeśli wyskoczy motyl, będę klaskał – obiecał sobie Koń uroczyście, niczym podczas składania ślubowania czystości myśli.

Ponieważ ani razu nie zarżał sympatyczny Rosynant, ani nie rozkrzyczał się jak stara, nigdy nie oliwiona pompa, sympatyczny osioł Pansy – widocznie zdążyły zejść z naszego padołu w innych teatrach – Koń wywołał z pamięci obraz z dzieciństwa, taki jak go zapamiętała wyobraźnia na podstawie opisu naocznego świadka.

“Jadą obaj, nierozłączni w tej opowieści i w pamięci świata, różni tacy, że trudno o większą różność, nie do pomyślenia wszelako – Don bez Sancza, Sanczo bez Dona.
Don Kichot, chudy i długi, niczym tyka grochowa ku górze pnie się.
Sanczo Pansa, bulwiasty ziemniak, bruzdy się trzyma.
Don Kichot, srebrny kłos wybujały, wiatr kołysze nim, ale nie, nie złamie!
Sanczo Pansa, nać przyziemna, z pędrakami ledwie-ledwie pełznąca, nie popędzisz jej, nie przepędzisz!” (wg W. Woroszylskiego)

A zawsze wydawało mu się, że obfitemu, a zwłaszcza obfitej, jest wszędzie wygodnie. Bo chudy, gdy siada, musi uważać, żeby się nie uderzyć i nie narobić hałasu. On, gdy jest szczególnie przychylny sobie, na przykład w Święto Rozwiniętych Skrzydeł, siadając podkłada dłonie. Wtedy garbi się w wynikający sposób, maleje i wydaje się uprzedzenie skromny, nawet sobie: taki małomówny żuczek w spranym kołnierzyku, na postnych kartoflach, z podkulonym palcem w bucie.
Ani razu nie zmęłły szalone wiatraki, nie poruszył się choćby nikły zefirek czy jakiś anarchistyczny świetlik, ani inny owad gnuśny, tropem starohiszpańskiej śpiewki: “Od druha do druha włazi pluskwa do ucha”.
Według praw przyrodzonych wszelka wylewność, jeśli nie zada sobie popręgu gorsetu, czy choćby żakietu, powinna się wlać, wypełnić luki, niczym orzech skorupę, opaść i godnie dojrzewać jak dochodząca galareta, która zaciąga się przyprószonym kożuszkiem.
Choćby jakieś erotyczne słowo w fikuśnym bolerku, obnażony duch Dulcynei, Ofelii-panny czy Angeliny Jolie – kto wie, co się takiemu szlachcicowi lubi śnić.
Bo on to sobie odgniata. I nie daj Boże przy zakładaniu nogi na nogę wplątać pod nacisk jajeczka.
Czas piął się mozolnie według pana Miguela Cervantesa Saavedry, “jak słońce wspinające się uparcie po niebie jak biedronka po liściu”, a według znękanego ciała jeszcze wolniej, choć równie nieubłaganie jak pleśń po ścianie.
Wreszcie oklaski, wyzwalające oklaski. Bez udziału Konia, który wierny czystości myśli, w dłonie nie zabił, bojąc się spłoszyć motyla, co wypoczwarzając się, już-już ćwierć dupki wystawił. Duch pana Cervantesa, co był się nawet nachylił, na pewno widział więcej: “ćwierć i jeszcze pół ćwierci i ćwierci ćwierć i ponadto ćwierć”.
I nie była to dobra nowina, z którą pobiegnie zaraz misjonować sąsiadów.


Dziękuję, Autorowi. Dobry to tekst i z przyjemnością go tu zacytowałam.

Książka Tola Szaleńczyka została nominowana do nagrody literackiej Warmii i Mazur Wawrzyn. Głosować można TU.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 3

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Oho! Stop! Pstryk fotkę…


…i można jechać dalej. Snując refleksje, rzecz jasna.

Powiadają: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Bzdura wierutna i myślenie życzeniowe.
Nie wzmocni, tylko porani i odkształci. Ale żyć trzeba dalej, skoro nie zabiło.
I tylko zastanawiam się, co we mnie bardziej autentyczne. Ta pierwotna, arkadyjska naiwność przed? Czy zimny, stalowy realizm po? Nie pytam, co lepsze (bo oba diabła warte), tylko co precyzyjniej oddaje prawdę o mnie. Wichura – tak, ona była najprawdziwsza, ale przyszła z zewnątrz.

Ot, taka pseudogłębia pseudorozważań. Pseudointelektualisty na bicyklu. Pośrodku boru. Zresztą, byli już tacy, co podobne kwestie roztrząsali dużo wcześniej i znacznie bardziej dogłębnie. Inna sprawa, że z podobnie miernym skutkiem.

I mknę dalej przez las, pokrzepiony łykiem schadenfreude.

Drogi Przyjacielu

Anna Dobrzyńska

Drogi przyjacielu,

Nie trap zbyt wiele się trudami życia,

Ze mną wszak tyle masz dróg do przebycia.

(…)

Zawsze rozumiem Twoje potrzeby,

I nie oceniam nigdy Twych pragnień,

Pomagam Ci spełniać Twoje marzenia,

Jak Ty nie lubię tego co marne.


W Tobie pokładam mą troskę, nadzieję,

I wierzę w Ciebie, gdy inni nie wierzą,

Pomocną dłoń daję, pocieszam, ratuję,

Twe sprawy codzienne na sercu mi leżą.


Dopóki Ty ze mną – ja się nie odwrócę,

Cenić i wspierać Cię nie przestanę,

W problemie pomogę, troski rozbiję,

Przy mnie nic złego Ci się nie stanie.


Zdania nie zmieniam, humorów nie miewam,

Pomysłów mam wiele i nigdy nie zwodzę,

Spraw nigdy nie gmatwam, nie komplikuję,

Wszystko załatwiam, pomagam, nie szkodzę.


Zabiorę Cie w góry, zabiorę nad morze,

Gdzie plaża szeroka, gdzie ludzie są piękni,

Pomogę odpocząć, ugoszczę w luksusie,

Gdzie życie się kręci, gdzie krew w żyłach tętni.

 

Podobno, tak mówią, że przyjaciela

W biedzie spotykasz i tam go poznajesz,

A ja Ci mówię, gdy ze mną się trzymasz,

Bieda Ci obca i jej nie zaznajesz.


Wszystkiego dobrego, niech Ci się wiedzie,

Trzymaj się ciepło, życzę Ci zdrówka,

Niech wiatr z sił całych wieje w Twe żagle,

Pozdrawiam serdecznie,

Twoja Gotówka.

 

Opowieść na sobotę wielkanocną

Teresa Rudolf

Pan Żebrak-Gentelman

Mam swojego Pana Żebraka…
Stoi w St. Pölten na rogu ulicy z laseczką
i wyprostowany, mocno już starszy pan.
Jest zadbany, choć widać, że jego ubrania robią się coraz bardziej przezroczyste
od starości i prania.
Nie ma wyciagniętej zawodowo ręki,
a zdobył moje serce od pierwszego dnia, przed trzema laty, kiedy z zażenowaniem otworzył rękę i zamknął od razu z tą małą sumą ode mnie, pokłaniając się z jakąś niepojętą godnością.
Aż zrobiło mi się głupio, że właściwie za co?
Za następnym razem ukłonił się już z daleka, kiedy zbliżyłam się,
porozmawialiśmy chwilę…
Pochodzi z Rumunii, mówi słabo po niemiecku, przyjeżdża tutaj autobusem spod Wiednia, zbiera pieniądze dla rodziny w Rumunii, gdzie wszyscy są bezrobotni,
a jeden z wnuków jest bardzo chory…
Nie pytałam dlaczego to akurat on “pracuje”
(nie umiem nazwać tego co robi naprawdę żebraniem).
Pan Żebrak informuje często mego męża, kiedy ten obok niego przechodzi,
w którą stronę akurat przed chwilą poszłam…
Mój mąż przejął bez zmrużenia oka,
już teraz “naszego Pana Żebraka” i ucina sobie z nim dłuższe męskie pogawędki…
Któregoś dnia zaczęła się nasza ogromna troska o tego dobrego znajomego,
bo nagle się nie pojawił.
Nie dawało to nam spokoju, bo niby już znajomy, a jednak na tyle obcy,
że nie ma kogo zapytać…
W głowie mieliśmy wszystkie scenariusze, łącznie z tym najgorszym.
Przeżywałam już osobistą żałobę,
pusty róg ulicy napawał mnie prawdziwym bólem serca…
Wspominałam pana gentelmana, ciepło jego oczu.
Oswoił nas tą swoją niewypowiedzianą kulturą.
Z solidarności do niego zaczęliśmy się buntować, gdy na jego miejscu klęczał młody żebrak, z wyciągniętą nachalnie ręką.
Postanowiłam i jestem konsekwetna,
że żaden klęczący lub siedzący na ziemi żebrak nie dostanie grosza, bo stracił całą swoją godność, mając siebie samego za nic.
Zwróciłam już jednemu uwagę, że musi wstać, bo naraża się na inwalidztwo,
spędzając godziny na kolanach na zimnej ziemi.
Zaklął pod nosem i zrozumialam, że to krajan, bo powinnam natychmiast
“kur…a spierd…ć”.
Od paru dni (po prawie półrocznej przerwie), pomimo pochmurnego dnia
i deszczu, w St. Pölten zaświeciło słońce:
nasz pan uśmiechnął się już z daleka,
nie chciał wziąć pieniędzy, bo “przecież od znajomych się nie bierze”.
Nie było go długo, bo wnuczkowi się pogorszyło, ale już jest lepiej,
musi więc zarobić na dalsze leczenie.
Zmusiłam go, by w imieniu wnuka przyjął
mały pieniężny wkład w leczenie.
I tak to mam znajomego z Rumunii, który ciężko zarabia na życie
bardzo eleganckim żebraniem…
Kiedy widzę, że idzie ktoś z policji, pędzę już wcześniej, by zdążył się schować w bramie,
aż przejdzie “łapanka”…


Od redakcji: Już kiedyś, wiele lat temu, na jednym z moich, naszych poprzednich blogów ukazał się wpis o takiej przyjaźni – napisała go moja mieszkająca w Kanadzie kuzynka, Małgosia. Przedrukowuję tu ten tekst w całości, bo portal blox.pl, na którym został wówczas opublikowany, właśnie przestaje istnieć i nie wiadomo, co się stanie z tym, co tam wtedy pisaliśmy.

Kanadyjka

Darryl i Muff

Darryla poznałam jakiś rok temu. Zauważyłam go głównie z powodu psa, dużego, czarnego, siwiejącego, który mu zawsze towarzyszył. I z powodu ludzi, którzy z nim gawędzili, śmiali się, obdarowywali różnymi rzeczami. Darryl jest żebrakiem i siedzi na ulicy, którą idę do autobusu po pracy. Waham się tu trochę z użyciem słowa „żebrak”, bo kojarzy mi się ono z aktywnym żebraniem, czyli proszeniem o coś. A Darryl nie żebrze, tylko sobie siedzi. Przed sobą ma czapkę, czasami kubeczek, ale nikogo nie zaczepia, o nic nie prosi (czasami „pożycza”). Myślę, że bardziej pasuje do niego określenie „kloszard”.
W centrum jest sporo takich ludzi, ale jakoś Darryl wpadł mi w oko. Przyniosłam któregoś dnia do pracy ciastka, zostały mi i idąc do autobusu dałam je Darrylowi. Pogadaliśmy chwilę i tak się zaczęło.

Foto: Kanadyjka

Darryl ma około pięćdziesiątki, jest rudy i ma fantastycznie niebieskie oczy. I jest zawsze uśmiechnięty. A pies nazywa się Muff, jest stary i nie lubi, jak go głaskać – gryzie. Nawet Darryla gryzie, podobno jego pierwszy pan się nad nim znęcał.

W związku z tym gryzieniem Darryl opowiedział mi zabawną historię, która mu się przydarzyła. Otóż od czasu do czasu Darryl chodzi do pobliskiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Któregoś dnia, zbliżając się do hotelu zauważył sporą grupę panów w czarnych garniturach kręcących się przed wejściem. Pokazali mu nawet gdzie ma przywiązać psa. Wracając z toalety, kiedy wysiadł z windy zauważył, że z sąsiedniej windy wysiadł nasz premier, Harper. Premier wyszedł z hotelu jednymi drzwiami, a Darryl w sekundę po nim drugimi. I wtedy, ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że Harper z wyciągniętą ręką zmierza do przywiązanego psa, najwyraźniej z zamiarem pogłaskania go. Darryl zaczął krzyczeć i biec w kierunku psa, ale okazało się, że za późno. Premier dotknął psa, który złapał zębami za jego rękę. I w tym momencie ochroniarze wycelowali w Muffiego kilka pistoletów. Na szczęście nie strzelili, bo Darryl zdążył dobiec, wytłumaczyć premierowi, że tego psa nie wolno głaskać. Premier przeprosił, ochrona schowała pistolety. Ale co się strachu najadł to jego.

Codziennie Darryl przemierza na piechotę ok. 10 km, aby dotrzeć na swoje miejsce pod ścianą. To jest jego praca.  Jak mi zdradził, nawet się do tej pracy odpowiednio ubiera (ma zniszczone ubranie, potargane włosy, brudne ręce). „Ja, proszę pani, nie zawsze tak wyglądam. Jak wracam do domu to biorę prysznic, wkładam porządne ciuchy, czeszę się. Nie poznałaby mnie pani”.  Dla psa zresztą to siedzenie pod murem to też jest praca, którą bardzo poważnie traktuje. „Jak mi się nie chce wstać w poniedziałek rano, to Muff zwala mnie z łóżka, przynosi mi torbę, którą zawsze noszę ze sobą, i jest gotowy do wyjścia. Nigdy tak się nie zachowuje w weekendy, to jest mądry pies i wie, kiedy mamy iść do pracy.”

W zimie Darryl postanowił, że pies jest już za stary na przesiadywanie cały dzień pod ścianą i powinien „przejść na emeryturę”. Urządził nawet uroczyste pożegnanie psa pod swoją ścianą. I nie udało się. Muff odmawia zostawania w domu i nadal towarzyszy Darrylowi, który tylko rozkłada ręce i śmiejąc się mówi „z nim nie wygram”.

Z Darrylem można rozmawiać o wszystkim, o polityce, o książkach, o ludzkich obyczajach. Złościł się ostatnio na tych, jak się wyraził, „gówniarzy”, którzy okupują różne miasta (Ottawę też).  „Niech któryś z nich usiądzie tu na moim miejscu i posiedzi w każdą pogodę. A potem niech idzie do mojego zapluskwionego domu i zrobi sobie kluski z serem, bo tylko na tyle będzie go stać. Wtedy porozmawiamy.”

Darryla znają wszyscy w okolicy. Niedawno jakaś paniusia zaalarmowała policję, że Darryl znęca się nad psem. Rzeczywiście, Darryl pokrzykiwał na psa i ciągnął go na smyczy, bo pies się uparł, że nigdzie nie pójdzie i tylko krzykiem dało się go do czegoś zmusić. Na szczęście wezwanie odebrał policjant, który zna Darryla  i Muffiego i skończyło się na pokiwaniu palcem. Ta pani po prostu nie wiedziała, że Darryl prędzej sam będzie głodny niż oszczędzi na psim jedzeniu, że Muff ma u Darryla w domu osobistą kanapę do spania, że Darryl niedawno kupił psu dobrego wołowego kotleta na urodziny a sam jadł makaron z serem, że niedawno jeden z przechodniów chciał wziąć Darryla na lunch, a Darryl podziękował i poprosił go żeby mu kupił torbę jedzenia dla psa.

****

Napisałam początek tego tekstu już dawno, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na jego opublikowanie. Teraz chyba jednak nadszedł czas, bo Darryl jest bardzo chory (chociaż ciągle siedzi pod murem), ale nie wiem jak długo to będzie trwało. Powiedział mi zresztą, że dopóki pies żyje i on będzie żył, ale jak psa zabraknie to życie straci sens.


Od adminki: gdy przygotowywałam ten wpis wczoraj czyli w Wielki Piątek, znalazłam na Facebooku jeszcze jeden tekst na temat “innych” żebraków. Kradnę go, żeby go tu opublikować:

Jacek Dehnel

Albo kiedy w pierwszy naprawdę ciepły wieczór wiosny odprowadzacie przyjaciela na autobus i przy Nowym Świecie podchodzi do was zawiany miejscowy pan pijakożebrak i mówi:
– Chciałem powiedzieć, że Wielkanocy w tym roku nie będzie. Unia Europejska skasowała. Ale będziemy mieli za to drugie Halloween. I po chwili milczenia dodaje:
– Jako przewodnik warszawski pragnę zwrócić uwagę panów na ważny element piękna Warszawy, często w oprowadzaniu pomijany – tu ręką robi teatralny ruch w górę – Księżyc!

Foto: Jacek Dehnel

Pierwsza w tym roku wiosenna pełnia księżyca czyli Wielkanoc.

Zaproszenie

Joanna Trümner

Zaproszenie, które Maria wręcza mi w drzwiach wielkiego, nowocześnie umeblowanego domu na przedmieściach naszego rodzinnego miasta zaskakuje prostotą i elegancją. Po Marii spodziewałam się czegoś bardziej wystawnego, złoconych, pretensjonalnych liter, głośno krzyczących o późnym szczęściu mojej bliskiej kuzynki i nie poznanego jeszcze przyszłego pana młodego. „Dziś rozpoczynamy kształtowanie naszego życia. Wspanialszego od tego, które spędzilibyśmy samotnie”, czytam i czuję, że z tych słów bije przekora, zaczepna odpowiedź na złośliwe komentarze, że wspólna droga nie będzie już długa, pan młody ma przecież 74 lata, a Maria skończyła przed kilkoma miesiącami 60 lat.

Czas obszedł się z nią bardzo łaskawie – nieodpowiedni partnerzy, złe decyzje, długi, problemy z dziećmi i choroby, którymi zarażała się kilkakrotnie do pacjentów, wszystko to nie pozostawiło na jej twarzy prawie żadnych śladów. Uśmiecham się do tej szczęśliwej Marii w wielkim domu przyszłego męża, z trudem rozpoznaję w niej Marię z naszego przedostatniego spotkania, nienaturalnie szczupłą, znerwicowaną, z ciemnymi sińcami pod oczami. Marię, która po raz kolejny znalazła się w zwrotnym punkcie życia.

Było to nasze pierwsze spotkanie po jej sześcioletniej nieobecności w rodzinnym mieście. Podczas tych sześciu lat Maria dzwoniła do mnie kilkakrotnie z życzeniami urodzinowymi lub świątecznymi, nasze rozmowy były zbyt krótkie, żeby zorientować się, jak bardzo była nieszczęśliwa. Nawet chciałam ją odwiedzić na drugim końcu Polski, w tej małej mieścinie, której nazwy przedtem nigdy nie słyszałam. Dwa razy Maria odwołała moje odwiedziny, tłumacząc się najpierw remontem mieszkania, a potem grypą. Nasz kontakt ograniczał się więc przez lata do sporadycznych, często nieoczekiwanych, rozmów telefonicznych. Teraz wiem, że Maria dzwoniła do mnie prawdopodobnie tylko po to, żeby usłyszeć mój głos, przypomnieć sobie, że ma rodzinę, nie jest zdana tylko na siebie i może liczyć na pomoc. Nigdy nie poznałam mężczyzny, do którego przeprowadziła się po trzech miesiącach znajomości przez internet na drugi koniec Polski, jednego z wielu w szeregu nieodpowiednich, egoistycznych, nie szanujących jej i uzależnionych od alkoholu lub po prostu kompletnie nie dających sobie rady w życiu partnerów.

Nasze przedostatnie spotkanie, pierwsze po powrocie Marii z gehenny, którą przeszła na południu Polski, odbyło się w eleganckiej kawiarni dużego centrum handlowego. Opowiadanie Marii o mężczyźnie, który traktował ją jak tanią sprzątaczkę i przez lata upokarzał i przejął kontrolę nad jej życiem, o jej dramatycznym powrocie do rodzinnego miasta, który był w zasadzie ucieczką, nie pasowały do tego miejsca. Przy sąsiednich stolikach siedzieli ludzie, których życie składało się z sukcesów, biznesmeni spędzający przerwę obiadową przy belgijskiej czekoladzie lub kobiety odpoczywające po kilkugodzinnych zakupach. Nikt z nich nie potrafiłby zrozumieć życia Marii. W ich życiu nie było miejsca na naiwne i nieprzewidywalne decyzje.

Nieraz zastanawiałam się, skąd się brali wszyscy ci nieudacznicy życiowi, których Maria przyciągała jak magnes, tylko po to, żeby przez krótki czas poczuć akceptację i ciepło. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego była gotowa płacić tak wysoką cenę za chwilę iluzji. Nie wiem, jak udało jej się mimo wszystkich życiowych pomyłek wychować trójkę dzieci, dwóch synów, którzy ją uwielbiają i córkę, która nie akceptowała wyborów matki i zdecydowała się nigdy nie zakładać własnej rodziny.

Pan Młody opowiada o swoim życiu, pierwszym małżeństwie i śmierci żony przed sześcioma laty, o dwóch synach, którzy po killku latach pobytu w Irlandii wrócili do domu z pieniędzmi i prowadzą samodzielną działalność, o wielkim domu, który sam wybudował. Opowiada i opowiada, jego życie brzmi jak jedno wielkie pasmo sukcesów i ciężkiej pracy. „Po co mu Maria, skoro sobie tak wspaniale daje radę w życiu?“, myślę i czuję, że wzbiera we mnie niechęć do niego. Widocznie mam to wypisane na twarzy, bo pan młody reflektuje się i dodaje: „Największym szczęściem ostatnich lat jest to, że znalazłem Marię“. Maria milczy, któtko potem opowiada o młodszym z żyjących w Wielkiej Brytanii synów: „Wraca. I dzieci, i żona mają dosyć Anglii, wszyscy nie widzą tam dla siebie żadnych perspektyw”. Gryzę się w język, żeby powstrzymać się przed komentarzem, że dwudziestoośmioletni człowiek z trójką małych dzieci, bez zawodu, bez mieszkania i oszczędności również w Polsce nie będzie miał żadnych perspektyw. Pan Młody jest mniej delikatny: „Niech on zostaje tam, gdzie jest. My mu na pewno nie pomożemy. Zresztą nie znam człowieka, który nie wróciłby z zagranicy z pieniędzmi”. Patrzę na Marię, jej usta zaczynają drżeć. „Po trzydziestu latach pobytu za granicą wiem, że nie każdy wraca do Polski z pieniędzmi”, mówię i nienawidzę się za pouczający, arogancki ton. Ale wiem, że muszę wziąć Marię w obronę, jest przecież moją kuzynką, bliską rodziną, jednym z ostatnich pomostów do wspólnie spędzonego szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa.

Pan Młody zmienia temat i zaczyna opowiadać o mieszkaniu Marii. „Dałby sobie święty spokój”, myślę na wspomnienie zaniedbanego dwupokojowego mieszkania, w którym czasami mieszkało aż sześć osób, dwie świnki morskie, pies i kot. Pan Młody, wybawiciel, rycerz na białym koniu opowiada, jak stopniowo zwalczył brud ponad czterdziestu lat i harował jak wół, żeby można było tam znowu zamieszkać. Pokazuje mi zdjęcia z kolejnych etapów pracy i komentuje z dumą, że mieszkanie zostało niedawno wynajęte i w końcu przynosi pieniądze. „Przecież tam nikt nigdy nie sprzątał”, dodaje, a ja kątem oka widzę, że usta Marii ponownie zaczynają niebezpiecznie drżeć. Jestem wściekła, facet ma zero wyczucia: „Przecież ona musiała samotnie wychowywać trójkę dzieci”, mówię i czuję, że muszę chociaż na chwilę odpocząć od obecności tego człowieka.

Możesz mi proszę pokazać sukienkę ślubną?”, pytam Marię. Elegancki bladoróżowy kostium bardzo do niej pasuje, Maria wygląda w nim ślicznie. „Jesteś szczęśliwa?”, pytam i wiem, że nie udało mi się ukryć wątpliwości i mieszanych uczuć na temat jej późnego szczęścia. „On jest najlepszą rzeczą, która mogła mnie spotkać“, odpowiada.

Przytulam ją do siebie, żałuję, że nie będę mogła przyjechać na ślub. I bardzo chciałabym, żeby naprawdę Pan Młody okazał się najlepszą sprawą, jaka Marię w życiu spotkała.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Przyjaciółka

Basia Kowalska

– Kochana – żyć mi się nie chce,
Już dłużej nie mogę,
Co warte jest życie,
Gdy każdy dzień boli?

Samotność mnie dręczy,
Cierpienie doskwiera,
Sił mi brakuje,
Kończę się powoli,

– Zobaczysz to minie,
Przejdzie, zapomnisz,
Wszystko się ułoży,
I zdrowie powróci,

– To niemożliwe,
To nigdy nie przejdzie,
Czekam już tylko,
Aż męka się skróci,

– Wiem, że masz ciężko,
Każdy ma jakoś,
Życie nie bajka,
Którą kupujesz,

– Kończę rozmowę,
Pa pa, Kochana,
Myśl o mnie często,
Ty mnie rozumiesz.

Co włożyć na fitness?
Pumę czy adidas?
Co włożyć na randkę?
Gucciego czy Diora?

Jak zwiększyć obroty,
Dochody mej firmy?
Wieczór w Operze?
Czy popracować?

Teraz na narty,
Z tymi czy z tymi?
Wymienić meble,
Na takie czy takie?

Podciągnąć francuski,
Wziąć nowe zlecenie,
Biznes się kręci,
Bonusy wszelakie,

Zjeść coś w „Sobieskim”,
Wejść w nowy projekt,
Znów mnie słuchają,
Świat wokół wiruje,

Tyle się dzieje,
Tak ciężkie jest życie,
Skąd brać na to siłę?
Kochana zrozumie.

– Kochana – żyć mi się nie chce…

Orient powszedni: przerwa w podróży

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Stało się nieuniknione. Przyjaciółka odeszła. Zasnęła na zawsze we wtorek przed południem w hospicyjnej sali, trzymana za rękę. Wczoraj odprowadziliśmy ją na miejsce wiecznego odpoczynku. W głowie kłębi się Viatorce i Viatorowi tyle myśli, że nie sposób przywoływać chwil uroczego wytchnienia z kwietniowo-majowej podróży. Trzeba zrobić postój. Przerwę. I pomyśleć. Powspominać. Bo jak nie my, to kto? Celebryci, kabotyni i egocentrycy sami zadbają o rozgłos. Prawdziwy Człowiek o to nie zabiega. My zadbamy, by o Nim pamiętano. Bo jak nie my…

Viatorka

Wracają wspomnienia. Pierwsze spotkanie 18 lat temu: późniejsza Przyjaciółka przyprowadza do klasy szkolnej swojego małego jeszcze, niepełnosprawnego intelektualnie syna, ubranego w czerwone rajtuzki. Jak zwykle, są spóźnieni… Wielu będzie Przyjaciółce robić z tego powodu zarzuty, że zawsze się spóźnia. Ale dlaczego tak się działo wtedy? Rozmawiałyśmy o tym po latach. Po prostu – Przyjaciółka codziennie rano musiała stoczyć ze swym dzieckiem „walkę” – żeby się umył, załatwił, coś zjadł i ubrał się, ale przede wszystkim, aby został w szkole bez niej – bo z powodu swych lęków był od niej całkowicie uzależniony, nie potrafił bez niej funkcjonować, a nawet istnieć.

Te „walki” toczyła Przyjaciółka ze swoim synem przez wiele lat, właściwie aż do końca, i to dzięki nim dziś samodzielnie porusza się on po mieście (choć ciągle poczucie bezpieczeństwa daje mu tylko kontakt telefoniczny, kiedyś z Matką, teraz z siostrą), jest aktorem grupy teatralnej, potrafi zaopiekować się swoim siostrzeńcem, czyta i pisze, mógłby się zapewne w przyszłości nawet całkowicie usamodzielnić… Niestety, dwie urzędowe osoby kierujące placówkami powołanymi do pomocy takim ludziom (paradoks: jedną z tych placówek Przyjaciółka współtworzyła) wpędziły go w takie kłopoty, że może on nawet pójść do więzienia. Przy jego zaburzeniach bardzo trudno go bronić, jest trudny, uparty, często irytujący, ciągle wpada na głupie pomysły i zdarza się mu robić rzeczy „niezgodne z zasadami współżycia społecznego”. Od ponad roku pozbawiony jest specjalistycznego instytucjonalnego wsparcia, a teraz jeszcze stracił najważniejszą dla siebie Osobę…

Ale powróćmy do wspomnień… Był 2005 rok, trwała walka o powstanie ośrodka dla osób niepełnosprawnych. Razem z Przyjaciółką tak bardzo chciała Viatorka stworzyć miejsce, w którym wszyscy potrzebujący i ich bliscy znajdą wsparcie. Przyjaciółka biegała po sponsorach, przekonywała władze, organizowała wolontariuszy do remontu i porządków. Zajmowało jej to tyle czasu, że ludzie myśleli, że jest zatrudniona na etacie. Bo kto by tak społecznie i całkowicie bezinteresownie poświęcał tyle wysiłku dla idei?

No i udało się, powstał nie jeden, ale aż trzy takie ośrodki, z których dziś jednocześnie może korzystać 100 osób: niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, niesprawnych ruchowo i starszych.

Potem Przyjaciółka organizowała świetlice środowiskowe i artystyczne, półkolonie, wycieczki, imprezy integracyjne, hipoterapię, zajęcia na basenie… Przez kilkanaście lat wspierała też ubogich i cierpiących, biorąc udział w zbiórkach żywności czy wspomagając powstanie i działalność hospicjum. Zawsze społecznie i zawsze bezinteresownie.

Nosiła ze sobą aż trzy telefony: jeden dla syna i pozostałych dzieci, drugi prywatny dla innych osób i trzeci dla potrzebujących. A one bez przerwy dzwoniły, nie można było z Przyjaciółką spokojnie porozmawiać. Na każde zawołanie, na każdą potrzebę szybko wsiadała do samochodu i spieszyła z pomocą.

Zawsze podkreślała, że kocha to, co robi… KIEDY ZNAJDOWAŁA NA TO WSZYSTKO CZAS I SIŁĘ?

Przecież sama tak wiele w życiu przeżyła. Wychowała czwórkę dzieci, w tym niepełnosprawnego syna, a przez ostatnie dziewięć lat wspierała swą córkę w samotnym wychowaniu jej autystycznego dziecka. Osiem lat temu straciła ukochanego męża w tragicznym wypadku w zakładzie pracy, potem sama miała wypadek i stała się niepełnosprawna. No i w końcu ta straszna choroba, która zabrała ją w takim cierpieniu i tak młodo… Miała tylko 59 lat.

A Ona mimo wszystko zawsze była sobą, zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Nie kalkulowała, nie bała się, że komuś się narazi i potem będzie miała kłopoty. Walczyła o prawa słabszych i pokrzywdzonych, ale też o swoje dziecko. Niestety, kiedy zachorowała i zabrakło Jej sił, przyszedł czas, że ta Jej niezłomność obróciła się przeciwko Niej i jej synowi. Spotęgowało to Jej cierpienie…

Prawie półtora roku temu, gdy dopiero co zdiagnozowano u Niej chorobę, dwie osoby sprawujące ważne funkcje urzędowe złożyły w Prokuraturze przeciwko Niej pozwy. Pierwszy zabolał ją chyba najbardziej – wniosek o zmianę opiekuna prawnego dla Jej syna. Bo jakoby nie ma z Nią kontaktu, podobno ma postawę roszczeniową, a nawet obojętną i od początku nie dało się z Nią współpracować. Z Nią, która poświęciła życie nie tylko swojemu dziecku, ale też innym niepełnosprawnym. Z Nią, która nawet będąc w szpitalu setki kilometrów od domu, odpowiadała na wszelkie pisma. Z Nią, z którą wszyscy inni jakoś świetnie potrafili współpracować, tylko nie owe dwie urzędniczki… Prokuratura na szczęście ten wniosek oddaliła.

Ale pozostałych dwóch już nie. Po ponad roku, miesiąc przed odejściem Przyjaciółki, syn odebrał akt oskarżenia. Tydzień przed Jej śmiercią odbyła się pierwsza rozprawa przed sądem karnym. Czekała na nią z niepokojem, nie mogła już w niej uczestniczyć.

Zarzuty przeciwko Jej synowi: znieważył słownie kierownika i pracowników placówki. Absurd! Specjalistyczna placówka, powołana do pomocy i ochrony, stawia swojego podopiecznego upośledzonego umysłowo, całkowicie ubezwłasnowolnionego, przed sądem karnym za zachowania wynikające z wprost z jego zaburzeń. Uderzył koleżankę, zastraszał i wyzywał kolegę… Viatorka zajmuje się tą sprawą od roku i ma swoje zdanie – takie zarzuty nigdy nie powinny powstać, wszystkim tym problemom placówka mogła i powinna była zapobiec. Tylko jak to wytłumaczyć komuś, kto nie zajmuje się tematem? Do tego trzeba godzin, a nikt nie chce słuchać…

Odchodziła więc Przyjaciółka pogrążona w lęku o przyszłość syna. Z obawami o przyszłość swych dzieci mierzą się wszyscy rodzice osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ale kto umiera ze świadomością, że ich dziecko może trafić do więzienia, gdzie na pewno sobie nie poradzi, nie przeżyje zapewne nawet kilku dni? Absurdalne i niesprawiedliwe. Ironia losu: gdyby Przyjaciółka nie przyczyniła się do powstania tej placówki i nie powierzyła jej swojego dziecka, może byłoby inaczej? A Ona już nie mogła niczego zrobić, tylko wierzyć, że gdy Jej zabraknie, przyjaciele nie pozostawią syna bez pomocy. Ale czy przyjaciele dadzą radę z bezduszną machiną…

I jeszcze kilka obrazków…

Lata temu: Przyjaciółka pełna energii, uśmiechnięta, a wokół niej mnóstwo ludzi, którym pomaga. Ciągle dzwoniące telefony, niezamykające się drzwi od Jej mieszkania. Doceniana przez władze, uczestniczy w różnych ważnych gremiach.

Ostatnie półtora roku: bezdennie smutne oczy i wielkie cierpienie, lęk o syna. I garstka przyjaciół, których można policzyć na palcach jednej ręki. Nieliczni, ale wierni – trwają przy Niej do końca. Nikt poza nimi nie reaguje, kiedy urzędnicy robią z Niej człowieka nieodpowiedzialnego, roszczeniowego, niemal pieniacza.

A po śmierci? Piękne artykuły w gazecie, reportaż w telewizji, kondolencje składane nawet przez tych, którzy z ostatniego roku Jej życia zrobili piekło. Na pogrzebie znowu tłumy, takie jak kiedyś, kiedy działała i była pomocna. I piękna pogoda, świeciło słońce. To było poniekąd oczywiste – zawsze śmiałyśmy się, że kiedy Przyjaciółka jest na jakiejś imprezie, to na pewno pogoda dopisze. Ludzie się wzruszali, mówili miłe słowa, wspominali.

Tylko czy jutro pomogą osieroconemu, niepełnosprawnemu człowiekowi, który znalazł się na równi pochyłej i ustrzegą go przed wpadnięciem w kolejne tarapaty?

Nadzieja umiera ostatnia…

Viator

W ogrodzie Wędrowca rośnie czereśnia. Wczesna: owocuje zawsze pod koniec maja. W tym roku zaczęła owocować, gdy rozpoczął się pobyt Przyjaciółki w hospicjum. Owoce skończyły się, gdy… no, słowem – skończyły się nagle i za szybko, choć wiadomo było, że się skończą. Ale zjadły je okoliczne dzieciaki i szpaki. Ni Viator, ni Viatorka nie mieli czasu skosztować choćby jednej czeresienki. Apetyt na czereśnie rzecz ważna. Ale są ważniejsze.

Przyglądał się Pielgrzym żałobnikom na pogrzebie. Było ich wielu – to fakt – ale powinno być kilka razy tyle. I, jako rasowy pesymista, czyli realista, tak myśli sobie Wędrowiec i takoż rzecze: Dziatki moje, zaprawdę powiadam wam! Jeśli chcecie dobro czynić na tym łez padole, róbcie to dla samej przyjemności czynienia dobrze. I tylko dla niej. Powiadam wam, wtedy nie zawiedziecie się, ani rozczarujecie! Na wdzięczność nie czekajcie, bo się nie doczekacie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie doczekacie się.

Co dodać? Przyjaciółka już zażywa wywczasu Wielkiej Ciszy. Po stokroć Jej się należał! My wędrujemy dalej. Wiadomo dokąd. Bo też, w gruncie rzeczy, o czym innym, jeśli nie o Tamtej Stronie, medytują Viator z Viatorką podczas swej podróży po bezdrożach Orientu powszedniego? Zresztą, czy są inne tematy warte medytacji? Za tydzień ciąg dalszy. Zapraszamy.

Stuart 46

We don’t need no education 
We don’t need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers, leave them kids alone
Hey! Teachers! Leave them kids alone
All in all it’s just another brick in the wall

Nie potrzebujemy nauki
Nie kontrolujcie nam myśli.
Niepotrzebny nam w klasie czarny sarkazm
Nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
Hej, nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
To, co robicie, to tylko jeszcze jedna cegła w murze.

Pink Floyd, Another brick in the wall

Joanna Trümner

Szkoła

W kilka dni po powrocie do domu Stuart stał przed tablicą w klasie i tłumaczył uczniom podstawy trygonometrii. Z niedowierzaniem przyglądał się swoim podopiecznym. Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że próbują zrozumieć i zapamiętać, to co mówi. „Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że im opowiadam bardzo ciekawą książkę”, myślał, ale czuł się przy tym nieswojo. Zastanawiał się, co było przyczyną takiej zmiany. Nie było go w szkole sześć tygodni. „Może dowiedzieli się, że zmarła mi matka? A może po prostu mają dosyć zastępstwa »Wiedźmy«?” „Wiedźma” była oprócz niego jedyną nauczycielką matematyki w szkole. Ta starsza, humorzasta i nielubiana przez uczniów kobieta nie cieszyła się też sympatią nauczycieli. Zamieniało się z nią co najwyżej kilka grzecznościowych słów. Była wiecznie pouczającą i krytykującą innych nudziarą. Nikt nie myślał o tym, że ma jakoś na nazwisko, również w pokoju nauczycielskim była po prostu „Wiedźmą”, tak jak ją przezywali uczniowie. Nazywała się Billings i była jedną z tych nauczycielek, które do końca życia wspomina się z niechęcią i przez które nie lubi się matematyki.

Pod koniec lekcji przed tablicą stanął najlepszy matematyk w klasie, Adam. ,„Dobrze, że Pan już wrócił”, powiedział nieśmiało, „w imieniu klasy proszę o unieważnienie ostatniej klasówki. Nikt jej nie zdał”, dodał. „Nawet ty?”, zapytał Stuart z niedowierzaniem. „Nikt”, odpowiedział Adam czerwieniąc się. Stuart przez chwilę wahał się. „Zobaczę, co się da zrobić, niczego nie obiecuję. Nie mogę podważać ocen innego nauczyciela”, powiedział wreszcie.

Znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedział, że niemożliwe jest skreślenie lub poprawienie ocen raz naniesionych do dziennika, z drugiej żal mu było uczniów ostatniej klasy, zła lub niedostateczna ocena z matematyki na świadectwie mogła przekreślić ich przyszłość. Wiedział, że czeka go nieprzyjemna rozmowa z dyrektorem szkoły i „Wiedźmą”. Przypomniała mu się rozmowa z dyrektorem przed rozpoczęciem pracy. Dyrektor powiedział mu wtedy: „Niech Pan nie zapomina, nie jesteśmy tu po to, żeby nas lubiano, tylko po to, żeby czegoś tych młodych ludzi nauczyć, krok po kroku, cegła po cegle”.

W dwa dni później siedział w gabinecie dyrektora i opowiadał o prośbie uczniów. Mświł, ale wiedział, że sprawa jest beznadziejna. Dyrektor nie ukrywał rozczarowania. „Nie sądziłem, że tak łatwo da się Pan wciągnąć w dziecinne rozgrywki. Miałem dla Pana dużo wyrozumienia, w końcu nie było Pana sześć tygodni. Inny pracodawca dawno by Pana upomniał, a może nawet wyrzucił.” „Wie Pan, że miałem powód”, odpowiedział Stuart. Dyrektor bąknął pod nosem „serdecznie współczuję” i podał Stuartowi rękę na pożegnanie. „Audiencja skończona”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet. Był zły na siebie, że dał się wmanewrować w sytuację bez wyjścia. Nie miał wątpliwości, że „Wiedźma” była wyjątkowo wymagającą i niesprawiedliwą nauczycielką, ale nie był pewien, czy uczniowie nie przyczynili się do zaistniałego konfliktu. „Może w ogóle się nie przygotowali? A Adam oddał pustą kartkę na znak solidarności z resztą klasy? Jakby nie było, ta fatalna klasówka świadczy o tym, że »Wiedźma« nie potrafiła przekazać wiedzy ani jednej osobie w klasie”. Po chwili zastanowienia postanowił zasięgnąć rady u Toma.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się z nim na wieczór. „Nawet się nie zapytałem, co u nich nowego”, wyrzucał sobie, czekając na spotkanie. Z kartki, jaką mu wysłali do Anglii, Stuart wiedział, że podczas jego nieobecności Tom i Rita zostali rodzicami małej Emily. Na powitanie wręczył Tomowi do ręki butelkę osiemnastoletniej whisky: „Za przyjaźń i za małą Emily”, powiedział. Tom wyglądał na bardzo zmęczonego. „Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już wróciłeś. Chciałem ci napisać kartkę z kondolencjami, ale naprawdę ostatnio miałem za dużo na głowie. Przepraszam, wiem, że to straszne, jak umiera ktoś bliski w rodzinie”, przywitał przyjaciela.

Z tonu jego głosu Stuart od razu wywnioskował, że w ostatnim czasie musiało stać się coś złego. „Wszystko jest w porządku z Emily?”, zapytał. „Tak, ale Rita jest w szpitalu, zaraziła się po porodzie posocznicą i dopiero od kilku godzin wiem, że z tego wyjdzie. Ostatnie tygodnie to był horror, jakiś niekończący się koszmar. Nie wiem, co bym zrobił bez pomocy matki”. Tom opowiedział o chwili, w której po raz pierwszy trzymał w rękach małą Emily i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W dwanaście godzin później Rita dostała wysokiej gorączki. Walczyła o życie. Po powrocie do domu z córką Tom szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie da sobie sam rady. „Nawet nie wiesz jak nieporadnie zmieniałem pieluchy, nie miałem w ogóle pojęcia, jak często trzeba karmić dziecko. To wszystko mnie przerosło, do tego jeszcze Emily płakała prawie bez przerwy. Na szczęście matka przyleciała z Adelajdy natychmiast po moim telefonie. W kilka godzin po jej pojawieniu się w domu zapanował spokój. Od kiedy mama zajmuje się małą, Emily śpi po kilka godzin bez przerwy i coraz mniej płacze. Kobiety noszą chyba w sobie jakiś dodatkowy gen. Od poniedziałku muszę wrócić do pracy, życie idzie dalej do przodu i nikogo nie interesują moje dramaty. Trzeba po prostu dalej żyć, nie mówiąc już o płaceniu rat za dom. Na szczęście Rita dzisiaj po raz pierwszy od kilku tygodni otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Teraz już wiem, że wszystko będzie dobrze. Chętnie wypiję z tobą szklankę whisky, może uda mi się choć trochę rozładować to cholerne napięcie ostatnich tygodni”.

Stuart patrzył na przyjaciela w milczeniu. „Dlaczego właśnie on zbiera od życia takie baty? Przecież on na to nie zasłużył”. Z myśli wyrwał go głos Toma: „Przez ostatnie tygodnie zrozumiałem, że w chwili, w której czujemy wielkie szczęście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wkrótce zdarzy się coś, co zmieni ten dodatni bilans. Życie rządzi się własnymi zasadami równowagi”. „Może też kiedyś będę ojcem?”, pomyślał Stuart. Postanowił, że nie będzie zawracał Tomowi głowy swoimi problemami w szkole. To była błahostka, mała, nieważna sprawa, z którą sam sobie poradzi.

Następnego dnia stał przed klasą i oznajmił uczniom, że postawionej przez panią Billings oceny nie da się cofnąć. Równocześnie zaproponował, że da im szansę na poprawienie stopni po wspólnej powtórce materiału. Klasówka, którą sprawdzał w kilka dni później wypadła bardzo dobrze. Adam zdobył wszystkie punkty, większość uczniów dostała dobre oceny, jedyną uczennicą, której praca była niedostateczna była Emma. Śliczna, filigranowa Emma, w której podkochiwała się większość chłopców w klasie, dziewczyna, co do której Stuart nie miał wątpliwości, że nie może się doczekać dnia, w którym nie będzie musiała się już dłużej uczyć matematyki. W całej klasie ona jedna nie zadała sobie żadnego trudu w przygotowaniu się do klasówki. Z możliwych do zdobycia 90 punktów Emma miała 10. W milczeniu oddał jej pracę do ręki. „Nie mogę ci zaliczyć matematyki”, powiedział zaglądając do dzienniczka. „Będziesz musiała powtarzać klasę”, dodał.

W kilka dni później wieczorem ktoś zadzwon do drzwi. W drzwiach stała Emma. ”Skąd znałaś mój adres?”, zapytał Stuart, nie ukrywając zaskoczenia. „To nie było wcale trudne”, odpowiedziała wchodząc do korytarza i zamykając za sobą drzwi. „Chciałam porozmawiać o ocenie z matematyki. Chyba da się ją jakoś poprawić?”, powiedziała zdejmując kurtkę. Była naga, na widok jej gołych piersi Stuart natychmiast podszedł do drzwi. „Nie przychodź tu więcej”, powiedział, wypychając Emmę do korytarza i otwierając na oścież drzwi wejściowe.

Po wyjściu uczennicy długo nie mógł się uspokoić. Nie przypuszczał, że szesnastoletnie dziewczyny mogą posunąć się tak daleko. On w swoich podopiecznych widział do tej pory tylko duże, naiwne dzieci. „Więc znalazłaś swój sposób na rozwiązywanie problemów w życiu”, pomyślał o Emmie z niechęcią.

Cdn.

Wir alle altern…

Ewa Maria Slaska

und die Kunst ist, dabei interessant auszusehen

Wir alle altern im Laufe unseres Lebens. Man ist trotzdem versucht, den Prozess zu verlangsamen, dass das Altern so sanft wie möglich vonstatten geht, dass man auch im fortgeschrittenen Alter gut aussieht und sich wohl und fit fühlt. Es gibt Tausende Ratschläge, wie dies zu erreichen wäre. Man behauptet, dass Menschen mit festen Tagesabläufen und Ritualen, die sich in ihrem leben sicher und geborgen fühlen, länger und besser leben. Mag sein, dennoch besteht in der Routine auch die Gefahr der Langenweile. Es soll also ratsam sein, täglich ein paar Sachen anders zu machen als gewöhnlich. Zum Beispiel Zähne mit links putzen, wenn man dazu gewöhnlich immer die rechte Hand benutzt. Auch mag sein. Aber ist Zähneputzen genügend Abwechslung, um uns jung zu halten?

Eine der schönsten Theorie, die ich diesbezüglich fand, fand ich ausgerechnet in einem Warteraum eines Krankenhaus, wo ich wegen Diagnose, Behandlung, OP-Termin und dergleichen stundenlang sitzen müsste. Unter den obligatorischen Stapel der vom Lesezirkel der Ärzte angebotenen Zeitschriften, die sich zwischen Gala und Spiegel bewegen, die allesamt nach ein paar Stunden durchblättern langweilen (Lebbensverkürzung!), als ich schon weder mein Handy noch mein mitgebrachtes Buch ausstehen konnte, fand ich eine wunderbare originelle nie gesehene anziehende Glanzzeitschrift aus Berlin mit so einem Coverbild, dass ich fast umgefallen bin von Entzücken. Es war Clique, Das Magazin im Süden Berlins, eine Zeitschrift herausgegebener von einer Gruppe… Hier gerate ich im Zweifeln, weil ich weder vom Magazin, noch von der Internetseite, noch vom Fanpage auf dem Facebook, klug bin, was für Menschen sind es, die sich in dieser Clique vor genau 10 Jahren zusammen gemacht haben. Ältere, Wohlhabende, Interessierte, Gleichgesinnte…? Solche, die ihr Interesse für gutes Altern, sich in eine originelle Weise ausdrückt? Weiss ich nicht, aber egal… mir geht es nicht um sie, sondern zuerst nur um dieses Bild:

Es ist die Nummer 1/2018 erschienen am 8. April 2018

Ich schnappe mir gierieg die glänzende Zeitschrift (obowhl ich normalerweise ungern die glänzende Dinge lese, wegen der Ökologie und des Lebensstils, und…). Britt Kanja, lese ich. Keine Ahnung wer Britt Kanja ist. Britt Kanja, eine Elfe… Interview mit einer Elfe. Ich weiss es nicht, gefällt mir dieses Wort “Elfe” oder verabscheue ich es schon. Ist eine alte Frau eine Elfe? Komme ich zurück in die Welt von Anne Shirley aus Avonlea, die ich als junges Mädchen (wie wir alle in kommunistischen Polen) geliebt und auch später sie mir immer wieder in schweren Lebenskrisen zum Trost geholt habe? Oder bin ich angewidert von der Vorstellungen der älteren Frauen mit ihrer coquetten Lächeln als eine Elfe, was ich als Erniedrigung empfinde? Aber ich schiebe meine Zweifeln weg, was will ich? Das Bild ist fantastisch! Diese alte Frau, dieses Kleid, dieser üppige Schmuck, die Handschuhe! Dabei ist dieses Kleid senffarben, eine unglückliche Farbe, die aber in dieser Kombination…

And dann, drinne, im Anmacher des Interviews mit ihr finde ich einen Satz, der mich regelrecht umhaut: Das Aussehen, das gute Look, ist wichtig und verlängert Leben. Bella figura… Das ist sie zweifellos.

Das Aussehen verlängert das Leben. Was für eine Haltung! Dieser Satz, diese Meinung von Britt, bildet den einzigen Sinn dieses Beitrags, der Rest ist nur schöner Schmuck, türkisfarbene Handschuhe zum Senffarbenen Kleid.

Im Interview wird noch ein Foto von Britt Kanja veröffentlicht.

Ein Vogel auf dem Hut! Brrr! Ist er echt? Das Kleid gelb, auch eine Farbe, die en masse und in solcher Schrilligkeit ein Unglück sein kann, aber die Frau ist gemacht, wie selten eine. So viel Mut beim Kleiden haben die sehr junge Cosplayer in Japan, aber eine alte Frau fast nie. Mutig, mutig. Mutig und interessant. Aber tatsächlich coquett. Zu coquett für meine Bedürfnisse.

Jetzt, beim Recherchieren, finde ich, dass Britt Kanja schon immer eine Berliner Elfe genannt wurde. Sie war eine Partygröße des Berliner Nachtlebens und wichtigste Party-Elfe der Stadt, die exzessives Nachtleben mit Champagnerpartys und Tabledancer führte. Ein sozialer Schmetterling, eine Stil-Ikone, eine Legende Berlins. Also jeder weiss, nur ich nicht…

Britt Kanja ist eine der schillernderen Figuren dieses Lebens in Berlin, seitdem sie in den späten achtziger Jahren gemeinsam mit Bob Young die “Tanzstelle” an verschiedenen Orten in Berlin inszenierte, bis sich das Geschehen schließlich im 90 Grad in der Schöneberger Dennewitzstraße etablierte. Britt war nie Mitinhaberin. Eigentlich war das 90 Grad nur als Provisorium gedacht, für drei Monate. Doch dann entwickelte sich der neue Club so heftig, dass schon bald eine Institution daraus wurde. Bob Young hat dem 90 Grad längst den Rücken gekehrt. Vor knapp zwei Jahren haben die beiden Hamburger Nils Heiliger und Frank Schulze-Hagenest den Laden übernommen, lassen Ariane Sommer auf dem Tresen tanzen und Edel-Partys veranstalten. Britt Kanja ist bis heute dem Club treu geblieben und gibt dort allmonatlich die Gastgeberin für Freitags-Partys, die bei Clubgästen die Erinnerungen an das “alte” 90 Grad wach hält.

Schrieb im Tagespiegel Alexander Pajevic zum 50. Geburtstag der Schauspielerin (heute ist sie 67, ein Jahr jünger als ich…)

Sie lebt allein in einer vollgestellten Wohnung voller Putten und Buddhas in Charlottenburg; in ihrem Wohnzimmer mit Kanapee und Chaiselongue ist der Dielenboden gold lackiert. Auch das wohl ein eher ungewöhnliches Ambiente für eine fast Fünfzigjährige – aber auch ein Kennzeichen für ihren ungewöhnlicher Lebensweg.

Und so weiter… Man findet Massenweisse Informationen über sie im Internet…

Und noch etwas zum Ergänzen der Lebensphilosofie von Britt Kanja. Bei dem Rescherchieren finde ich noch eine Regel: Der Lebensstil ist bei dem Ältern wichtiger als Gene!

Wer hätte gedacht, dass schrille Vögel besser dran sein werden als die tüchtige Ameisen!


Komischerweise, wie es in (meinem) Leben oft so ist, finde ich gleich danach auf der Strasse ein Roman Die Begierde nach Wissen (1989) von Margaret Drabble, die wir alle kannten, weil wir alle ihr erstes Buch The Garrick Year (1964) gelesen haben. Und was schreibt die Drabble gerade in der zweiten Szene? Es ist 2. Januar 1987, ein Freitag, ein Feiertag auch. Susie Enderby hat gerade ihr neues Kleid angezogen, eigentlich eine Kombination, was auch immer dieses Wort in der zweiten Hälfte der Achzigern bedeutete:

Heute abend hatte Susie, um sich aufzuheitern, ihre senffarbene Kombination angezogen, aber das hatte sie nicht gerade fröhlicher gestimmt. Sie warf sich hin und wieder, um sich aufzumuntern, einen Blick in den geschickt ausgerichteten dreiteiligen Spiegel über den Kaminsims aus Marmorimitat. (…) Senf war ein schöner Farbton. Und dann dieses trockene, seidene, knisternde Material. Sie strich sich über den Ärmel. Bernstein würde gut zu Senf passen. Das künstliche Kaminfeuer glühte.

Es ist 40 Jahre später. Die Errungenschaften der Menschheit sind nicht mehr künstliche  Kaminsimse und Feuer, sonder künstliche Intelligenz. Und frau wird auf keinen Fall den Bernstein zu Senf tragen, sondern Türkis. Aber sicherlich Imitat, was jetzt Modeschmuck heißt.

PS nach vielen Monaten.
Es ist nicht ausgeschlossen, dass ich Frau Kanja letztens in einem Bus in Schöneberg getroffen habe. Sie war wunderbar smaragd-grün und dunkelblau angezogen und ich wollte sie ansprechen, habe ich mich aber an ihrem Namen nicht erinnert! So ein Pech! Es gehört leider zum Altern…