Świnka

Jednak to Dorota napisała ostatni tekst świąteczno-noworoczny.

Dorota Cygan

Tekst dedykowany koleżance spod znaku Panny na progu odkochania

Nie wiem ile razy, ale niemało, ktoś mi właśnie u progu nowego roku życzył szczęścia. Viel Schwein – tego też w repertuarze rzecz jasna zabraknąć nie mogło, a jakże. Kreatywny dom towarowy Karstadt nawet oferuje szeroką paletę świnek: Luxusschwein, Arme Sau, Notgroschenschwein, Kapitalistenschwein, Schwarzgeldschwein – chodzi, jak łatwo się domyślić, o świnki-skarbonki. Mogłabym podrzucić Karstadtowi prawdziwy hit kasowy, przydatny dla wszystkich, mianowicie Knüllchenschwein, czyli skarbonkę na mandaty. Ale obawiam się, że łatwy sukces zbyt nagle napełniłby moją skarbonkę, a to rozpieszcza. Swoją (dostaną na przełomie roku) symboliczną świnkę wolę więc podać dalej tej czy owej pannie chlipiącej po kątach, która jej wyraźnie potrzebuje (zakładam, że to margines, większość jest szczęśliwa). Może się okaże przydatna na cięższe czasy. Uczuciowo ciężkie – gdy kolejny TEN facet się nie sprawdził, poszedł sobie lub niech lepiej sobie pójdzie – i trzeba w emocjonalnej zimie, na przednówku nowych uczuć przetrwać co najgorsze, sięgając po zapasy emocji pozytywnych z minionego lata. Oto moja dla Was, babeczki, świnka-skarbonka-uczuć na takie chwile w wielce obiecującym roku 2015.

swinkanoworocznaOdautorska propozycja podpisu: “Schwein na czatach: Powstanie tekst przed północą czy nie? Powstanie, nie wiem tylko, czy to Ewy szczęście czy moje…” A ja (EMS) dodam, że to przede wszystkim piękny noworoczny prezent dla wielbicielek kunsztu Doroty w zakresie splatania słów. I uwaga nr 2: wpis był gotowy na 10 minut przed północą!

swinkanoworoczna2Bierzcie ją do ręki jak coś, co się Wam należy. Potrząsajcie z zadowoleniem – jednak coś w niej jest, sporo zdołało się uzbierać. Przemieszawszy starannie weźcie do reki nóż, ale nie szlachtujcie biednej świni jednym ruchem. Powolutku, precyzyjnie wyławiajcie z niej tylko pojedyncze uczucia, nigdy więcej niż jedno na raz. Nie gardźcie drobnymi – one też mają swój urok („ale pięknie wyglądałaś w tej letniej sukience”, „ten różowy szal takie Ci rzucał światło na twarz”, „jak wtedy na Ciebie czekałem na dworcu, zdawało mi się, że pociągi się do mnie uśmiechają” itp.), przyjmujcie drobne z równym szacunkiem co grubsze nominały („jesteś najczulszą kochanką na świecie”, „bez Ciebie życie byłoby blade i mdłe”, „żadna tak nie potrafi się kręcić na parkiecie”). Pamiętajcie: nie tłuczcie świnki pod wpływem nagłego impulsu – takie odruchy drogo kosztują, podobnie jak nieumiarkowanie w wyławianiu dawnych komplementów i głaskań. Bądźcie oszczędne, rok się dopiero zaczął, a mogą przyjść tęgie mrozy. Obracajcie w ręce każde wspomnienie kilka razy, zanim się go pozbędziecie. Musicie opanować ekonomię uczuć. Wyciągając sprytnie (choćby szydełkiem) banknot po banknocie, pamiętajcie, żeby cokolwiek jednak włożyć tam z powrotem, jakiś aktualniejszy bonus lub nawet słabo oprocentowany wkład („lubię się z Tobą śmiać”, „parzysz najlepszą herbatę na świecie”). Zbierajcie skrzętnie każdy okruch uznania, podziwu i sympatii, nawet te o pozornie niewielkim ciężarze symbolicznym. Wywołujcie je na glos, słuchajcie echa i czekajcie. Bądźcie pannami roztropnymi.

Brazylia

Joanna Trümner

Sen o szczęściu

Samolot wznosi się coraz wyżej, ziemia powoli przestaje być widoczna, schowana pod dywanem białych jak śnieg chmur. Każdy metr oddala go od spraw, które zostawił za sobą: niepopłaconych rachunków, niewykonanych telefonów, spotkań, na które nie przyszedł – całego tego chaosu poprzedzającego dzisiejszy lot – być może początku najważniejszej podróży w życiu. Z perspektywy 10.000 metrów wszystko pozostawione na dole widziane jest jak z lotu ptaka – małe i odległe. A to, co czeka go w Brazylii chowa się w chmurach. Myśli o wczorajszym pożegnaniu z synem, tej nieprzyjemnej, pełnej wyrzutów rozmowie: „Nie myślałem, że znowu będziesz takim idiotą. Zaczynanie wszystkiego od nowa w twoim wieku jest infantylne, wnuki powinieneś bawić!” – „Ale ty się o nie nie postarałeś!” – odwarknął, zmęczony ciągłym wysłuchaniem, jakim idiotyzmem jest przeprowadzka do Brazylii w wieku 74 lat – bez znajomości portugalskiego, bez ubezpieczenia, tuż nad grobem!

Nad grobem to stoją wszyscy ci starzy ludzie, którzy zostali odstawieni przez rodziny do domu starców. Jak ciotka Berta, którą odwiedzał raz w miesiącu – ciągle jeszcze czuje ten zapach pełnych pieluch i starości, ma przed oczami ludzi grających całymi dniami w warcaby, te ich pozbawione radości oczy i życie przemijające na czekaniu na posiłki. Zrobi wszystko, żeby jego życie tak się nie skończyło. Na szczęście ciągle jeszcze ma marzenia i nie stracił umiejętności rozumienia swoich snów. Sen, w którym siedział w kasynie i płakał ze szczęścia przy stole z ruletką spełnił się przecież – tych 10.000 € pozwoli przetrwać mu przez jakiś czas. O całą resztę zadbał Kurt, mieszkający w Imbassai od 15 lat. Będą razem prowadzili mały hotelik Kurta przy plaży, odwiedzany głównie przez Europejczyków. Kilka tygodni temu śniła mu się plaża z palmami, na której młode, piękne dziewczyny w strojach z karnawału tańczą sambę. Następnego dnia, po długiej rozmowie telefonicznej z Kurtem, poszedł do biura podróży i kupił bilet lotniczy do Salvador de Bahia płacąc gotówką. Młoda dziewczyna sprzedająca mu bilet patrzyła na niego z ironicznym uśmiechem, myśląc zapewne: „ten płacący gotówką dinozaur rusza na poszukiwanie młodej i ładnej partnerki”.

Trochę żal mu było klientek – głównie kobiet w średnim wieku, które zgłosiły się przed kilku laty na jego ogłoszenie w prasie: „Astrolog, doradca życiowy, wróżenie z ręki. Wieloletnie doświadczenie.” Większość z nich dotrzymywała mu wierności latami. Przychodziły do niego z oczekiwaniami, których nie dało się spełnić – nie da się nawet przy najkorzystniejszej konstelacji gwiazd wymusić uczuć na innych – dzieci nie zaczną się interesować rodzicami, kiedy stanęła między nimi budowana latami góra obojętności; dawni kochankowie, którzy od dawna idą przez życie z innymi kobietami nie wrócą nagle do tych starych, zrezygnowanych kobiet, których każda zmarszczka to opowieść o niespełnionych marzeniach i rozczarowaniach, nowi kochankowie nie pojawią się znikąd na horyzoncie – dopóki kobiety te nie odnajdą w sobie piękna i radości zycia. Nikt nie chce się otaczać ludźmi zgorzkniałymi i niepogodzonymi z życiem.

Po wielu spotkaniach zrozumiał, że te kobiety po prostu chcą z siebie wyrzucić wszystkie złe myśli i uczucia, jak bardzo są samotne, hermetycznie zamknięte we własnym nieszczęściu i jak bardzo go potrzebują. Nie miał wobec nich wyrzutów sumienia – psychologowie też są opłacani. A on naprawdę wierzył w swój dar przewidywania przyszłości. Dar, który pozwolił mu przewidzieć niespodziewaną śmierć żony – do dziś pamięta ten sen z czarnymi motylami latającymi po słonecznym niebie.

Myśli o swoim życiu przed śmiercią żony, łapiąc się na tym, że to wspomnienie jest jak nierealny sen, dotyczący innej osoby. Dwadzieścia trzy lata pracy w dużej firmie sprzedającej napoje – dzwiganie skrzynek, dowożenie ich do sklepów – codziennie te same trasy, ci sami ludzie, te same skrzynki, tylko napoje czasami się zmieniały. Z pewną ulgą przeczytał list z wypowiedzeniem, który znalazł w skrzynce pocztowej w dzień pogrzebu żony. Dostał odszkodowanie, dzięki któremu mógł po raz pierwszy odwiedzić Kurta w Imbassai.

Spędził tam pół roku. Przeżył piękną miłość z Martą – zwariowaną czterdziestokilkuletnią nauczycielką z Sao Paulo, która któregoś dnia miała dosyć zblazowanych uczniów i bogatych, aroganckich rodziców w prywatnej szkole, gdzie uczyła angielskiego i przeprowadziła się do dżunglii. Zgodnie z prawem brazylijskim każdy ma prawo do zamieszkania i wykarczowania kawałka ziemi i po sześciu latach ziemia ta staje się jego własnością. Marta spędzała tych sześć lat na uczeniu w środku dżunglii indiańskich dzieci pisania i czytania. W zamian za jej wiedzę Indianie nauczyli ją poznawania niebezpieczeństw i leczenia chorób ziołami.

Byli z Martą przez kilka miesięcy – wspólne noce pod gołym niebem, spędzali na popalaniu trawki i śmiechu – dopóki jej nie poznał nie wiedział, że do dzielenia się radością życia niepotrzebny jest wspólny język. W ciągu dnia pomagał jej przy budowaniu małego domku, w którym można było się ukryć przed deszczem. Ciągle jeszcze pamiętał czas spędzony z Martą, godziny wpatrywania się pełne gwiazd niebo – to były jedne z tych momentów w jego życiu, kiedy człowiek wie, co znaczy szczęście, że niczego nie trzeba już szukać, że wszystko czego chcemy jest właśnie tu i teraz. Zrozumiał, że świat jest tak ciekawy, słoneczny i jasny jak plaża, przy której znajdował się pensjonat Kurta.

Wrócił do Berlina, Marta zakochała się w młodszym od niej o 15 lat Indianinie, który był wielkim miłośnikiem Boba Marleya i nadał sobie przydomek Jamajka. Z nim teraz spędzała noce pełne gwiazd, trawki i marzeń o szczęściu. Gdy zabrakło im pieniędzy na życie Marta sprzedała nerkę i ich wspólne życie w dżungli płynęło dalej… Szkoda, że Marta już na niego nie czeka, ale w kraju tak pięknych kobiet na pewno długo nie pozostanie sam.

Po powrocie wynajął dwupokojowe mieszkanie na Weddingu, które szybko zapełniło się starociami z pchlich targów, kartami tarota i książkami na temat wróżenia z ręki. Już w momencie podpisywania umowy wiedział, że mieszkanie to odegra tylko rolę poczekalni, w której przeczeka do następnego etapu życia. Mieszkanie, w którym spędzał godziny na rozmowach ze swoimi klientkami. Niejedna z nich stukała do drzwi mieszkania podczas jego nieobecności w nadziei, że może jednak stanie w drzwiach z pogodnym uśmiechem i przywita ją tym swoim „To zobaczmy, co na ten temat mówią karty”. Klientki uwielbiały go, niejedna z nich marzyła o spędzeniu z nim reszty życia. Zdarzyło się kilka razy, że spędził z którąś z nich piękną noc, nigdy nie obiecując, że to na zawsze. Zachowywał się w stosunku do nich szarmancko – zawsze zauważył nową fryzurę lub sukienkę, opaleniznę po urlopie – kawaler starej klasy, o którym marzą nie tylko starsze kobiety…

Z każdym pokonywanym przez samolot kilometrem oddalał się coraz bardziej od tych samotnych, nieszczęśliwych kobiet. Wiedział, że już się nie spotkają, życzył im żeby spotkały kogoś kto nauczy je wierzyć w słoneczną stronę życia. On w nią wierzył, wiedział, że czeka go pięć, dziesięć a może dwadzieścia szczęśliwych lat. Może uda mu się wśród gości pensjonatu Kurta zdobyć nowych klientów? Rozejrzał się po samolocie – może ktoś z pasażerów zaczyna tak jak on nowe życie? Zasnął z uśmiechem na ustach.

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

O pocieszeniu jakie daje filozofia

Ewa Maria Slaska

czyli Consolatio philosophiae

Tak to ja a nie Boecjusz wypowiem się dzisiaj w tę świętą sobotę o pociechach płynących z filozofii. Bo co do Boecjusza to sprawa nie jest pewna, przypuszcza się, że mógł to być jednak jakiś inny filozof, a nie on. To oczywiście szkoda, bo piękna była wizja, że niesprawiedliwie oskarżony i osadzony w więzieniu w Pawii mędrzec, czekając na śmierć, napisał to dzieło, po czym został stracony, zapewne w roku 525. Tak widziano Consolatio przez stulecia, jako dzieło zaświadczające o nieugiętym duchu, odwadze i stoickim spokoju. Wikipedia pisze, że jest to dialog poświęcony poszukiwaniu sensu ludzkiej egzystencji, oceniany jako najważniejsza i najbardziej wpływowa praca z Zachodu na chrześcijaństwo średniowieczne i wczesno-renesansowe, a także ostatnie wielkie dzieło klasycznej starożytności na Zachodzie.

A tu w tę świętą sobotę zamiast Boecjusza odezwę się do Was ja, Ewa Maria Slaska. Wiem, wysoko mierzę, ale zaprawdę powiadam Wam, że to co mi się ostatnio przydarzyło z filozofią, może być pociechą dla każdego intelektualisty, który czyta Dzieła przez duże D i myśli sobie, że nie dorasta, no nie dorasta. Tu Kant, tu Hume, tu Boecjusz, a tu nie przymierzając ja. I co ja Wam mogłabym takiego, nieboraczki, powiedzieć?

A było tak. Dostałam od koleżanki książkę pod tytułem O filozofii uczuć. Wydało ją dwóch uczonych panów w uczonym wydawnictwie, publikując plon konferencji, która odbyła się w Berlinie w roku 1990. Zamyśliłam się, bo książka pokonferencyjna – niech mi wybaczą koleżanki i koledzy naukowcy – nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Na samej konferencji teksty konferencyjne, najczęściej przecież o marginaliach i przyczynkach, są dobre, a nawet świetne, i równie dobrze jest spotkać się po latach z koleżanką, posłuchać, czym się zajmuje, dowiedzieć się czegoś nowego. Ale konferencja w postaci książki z reguły nie spełnia obietnicy, którą daje swym tytułem. Jeśli biorę do ręki książkę pod tytułem O filozofii uczuć, to oczekuję raczej kompendium, zarysu filozofii uczuć od Platona do Gadamera, a nie glos i głosów. No ale dostałam to, co dostałam.

Wracam metrem do domu, wyciągam książkę i zaczynam ją “studiować”, jak to się zawsze robi z nową książką. Klasyczna okładka tak typowa dla tej serii i tego wydawnictwa, w środku piękny, kremowy, gładki papier, obiekt miły w dotyku. Czytam wstęp, który streszcza owo nieopublikowane a pożądane kompendium na 5 stronach – na moje potrzeby jak najbardziej wystarczy. Studiuję spis treści i znajduję coś, co mnie rzeczywiście interesuje. Harald Köhl, Die Theorie des moralischen Gefühls bei Kant und Schopenhauer. Teoria moralnego uczucia? Teoria uczucia moralnego? Nie mogę się zdecydować, która wersja jest lepsza? Zaczynam czytać, nie pamiętając, że to jednak filozofia i to po niemiecku, i że zaraz sobie rozbiję nos o zdania ułożone jak pęk pił zębatymi brzeszczotami do góry. I zaiste, sierra peligroso zaczyna się już na pierwszej stronie. Die theoretische Struktur (…) entsteht dadurch, daß Kant wie auch Schopenhauer drei Fragen systematisch unterscheiden: 1/ die Frage der moralischen Korrektheit oder Akzeptabilität einer Handlung, 2/ die Frage nach ihrem moralischen Wert d.i. die Frage nach dem genuin moralischem Motiv, 3. die Frage nach der moralischen Motivation. Patrzę na te zdania i patrzę, czytam drugi raz, tłumaczę na polski, piły zębate, straszne, a ja tu w metrze, nic nie rozumiem… Pomijam wreszcie te nieszczęsne zdania, czytam dalej… A tu odnośnie punktu 2 nagle informacja, iż  często nawet czyn moralnie niesłuszny może być jednak zgodny z prawem. I nagle satori w metrze! Olśnienie. Punkt 1 – legalność i akceptacja prawna działania. Jest rok 1935, pozbawiamy Żydów ich własności. Prawo dozwala i akceptuje takie działania. Punkt 2 – mam długi u tego dziada sklepikarza, jeśli na niego doniosę, to będzie to czyn egoistyczny i niesłuszny, ale konfiskata żydowskiego sklepu będzie legalna, a mnie załatwi sprawę długów. Mamy więc i akceptację, i egoistyczny motyw moralny.  Jakoś mi to nie wystarcza, wolałabym jednak własne wewnętrzne moralne przekonanie i proszę, punkt 3 – moralna motywacja. Bo przecież jeśli wierzę, że Żydzi finansowymi machinacjami doprowadzili Niemcy do ruiny, to uznam wszak, że odkupienie (cholera, dwuznaczne słowo) od nich ich własności na specjalnych warunkach czyli taniej, jest działaniem słusznym i sprawiedliwym. Patriotycznym. Punkt. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Tak to funkcjonuje? Przykładam te trzy punkty do każdego dowolnie wybranego działania. 1. Legalność działania prawnego, bo zawsze można tak ustawić prawo, żeby to, co chcemy zrobić, było legalne. Każda władza tak może. 2.  Niska motywacja czynów zalegalizowanych przez prawo i 3. ich wykładnia z najwyższego rejestru. Każdą obrzydliwą politykę da się tym zmotywować i wyjaśnić. Wszystko, inkwizycję, propagandę anty-gender, pedofilię, zakaz aborcji potworka, nienawiść do gejów i lesbijek, małżeństwa z małymi dziewczynkami, niewolniczą pracę, manipulację pożywienia, doświadczenia na zwierzętach, spokojne pogodzenie się Europy z wojną na Ukrainie, wydanie miasta Kobane na pastwę Państwa Islamskiego, każdy nasz ludzki czyn da się rozłożyć na te trzy fazy oswajania się ze złem.

A dobro? Najpierw nic mi nie przychodzi na myśl. Cały następny dzień chodzę i myślę, co zdarzyło się dobrego? Przecież musiało się też zdarzyć coś dobrego! Wreszcie, eureka, tym razem w autobusie, mam! Niemcy odstąpiły od energii atomowej. To oczywiście na razie plan, ale jednak. Punkt 1 – wydano po temu stosowne prawo. Punkt 2 – istnieje motyw egoistyczny: strach przed katastrofą, zdolną pozbawić bogatą Europę życia, zdrowia i posiadania i żerowanie na tym strachu w celu wygrania wyborów. Punkt 3 – stworzenie sobie image’u najbardziej ekologicznego państwa na świecie.

I taka oto pociecha płynie z filozofii. Wszystko można wyjaśnić, a przeto i wszystko zrozumieć. Szkoda, że czy złe czy dobre, i tak obróci się przeciw nam. Ale na to nie mają wpływu ani Boecjusz, ani Kant, ani Schopenhauer. Tak po prostu jest, a teraz przynajmniej rozumiemy dlaczego – przez punkt 2! Bo pod każdym dobrym działaniem tkwi egoistyczny motyw.

Nie wiem czy Kant i Schopenhauer to właśnie próbowali udowodnić. Przestałam czytać referat z konferencji, a zaczęłam do wszystkiego przymierzać trzy punkty.

Materiał na żonę i inne materiały

Dorota Cygan

Materiał na żonę

Materiał na żonę powinien być w kwiatki, najlepiej w całą łąkę. Na przedwiośniu bielić się przebiśniegiem, na wiosnę kwieciem jabłoni, na lato stokrotką, a na jesień chryzantemą. Może też być materiałem w kratkę, by lepiej podzielić wspólne życie na segmenty, choć trochę różniące się od siebie. Może być też w kropki, ale broń Boże nie w znaki zapytania lub wykrzykniki. Musi być drogi, by nie wytarł się od codziennego siedzenia przed telewizorem i gruby, by chronił przed chłodem przymusowej konwersacji. Ma gwarantować nieprzemakalność na burzę emocji i grad tak zwanych twardych argumentów.

Patrzę w lustro na materiał bez wzoru.

Mój znajomy mawia, tobie to się fajnie opowiada historie, bo ich potem nie pamiętasz, można je bezkarnie wciąż opowiadać od nowa. No to może jestem dobrym materiałem na żonę?

Materiał na przyjaciela

Materiał na przyjaciela to zwykła skóra, najlepiej (bardzo) ludzka. A pod nią, wiecie sami – “włókna duszy i chrząstki sumienia”. Zapewniająca osmozę westchnień rozterki, westchnień ulgi i podobnych. Starzejąca się i bynajmniej nie piękna, ale zabliźniająca rany i dopasowana jak ulał. Nie rzuca się w oczy, lubi być okryta.

Materiał na naukowca

Materiał na naukowca to stop metali nieszlachetnych, odkształcających się nietrwale zależnie od środowiska, optymalnie funkcjonujący w oprawie świetlnej, chętnie świecący światłem odbitym. Wyceniany najczęściej poniżej lub powyżej faktycznej wartości. Nie dotykać, gdy się robi gorąco lub ściął ostry mróz. Przytulić nie sposób.

DOROwizna

Dorota Cygan

DOROwizna

Zgubiłam pięćdziesiątkę. Znaczy razy cztery. Więcej to czy względnie mniej w obcej walucie? To zależy, w jakiej człowiek myśli, w jakiej bilansuje zysk-wyzysk, i na jaką się rozdrabnia pod koniec miesiąca, licząc, co stracił z własnej woli, a co przeciw sobie. Była w kieszeni i nie ma. Tysiąc kroków do punktu wyjścia to w sam raz, żeby wymyślić kilka możliwych dróg niewiernej pięciodyszki. Gdzie się podziewa? Głupia jakaś. Jak się ma pięć dych na karku, to się daleko nie oddala. Okres burzy i naporu ma się dawno za sobą, a prawdziwe ekscesy i tak nas przerastają. No, nie ma, droga powrotna bez jednej poszlaki. Bezruch, dyskrecja drzew i falowanie trawy. Żadnych świadków. Może w sumie najważniejsze, by nic się jej głupiego nie stało, nie rzuciła się z mostu, nie spłynęła z rzeką do morza, niech by została w mieście, tam zawsze łatwiej się sensownie sprzedać. Dobrze, żeby nie wpadła w pokrzywy i deszcz nie spłukał jej na dno ściółki na pastwę robactwa. A może… rozwinęła się – skrzydło lewe, skrzydło prawe – i poniosło ją na dach Sprengelmuseum, gdzie dumnie towarzyszy myślom wysokiego lotu? Albo niesiona wiatrem krąży między koronami drzew udając motyla? W życiu by nie miała w moim władaniu tyle polotu! Może wiatr jej podszepnął, że nie musi być już zwykłą mamoną, której pożąda każdy prymityw, ale np dziełem sztuki, którego pożądają tylko esteci? Ktoś, kto pamiętał, że było kiedyś takie dzieło na Dokumenta w Kassel. I może właśnie w tym locie odkryła, że jej powołaniem jest wyjście z obiegu finansowego i wejście w ten lepszy, artystyczny, nieskażony pieniądzem (doprawdy, nie niszczmy jej tej iluzji!), nieuziemiony prymitywną pracą. I tak to trwało, trwało, dobre pięć minut, a potem może się jej zrobiło trochę wstyd, że się tak odcina od zwykłości, więc zniżyła lot, aż padła komuś pod nogi i oddała się przeznaczeniu. Po czym uściśnięta przez palce jakiegoś niedowiarka, rozmieniona w radosnej panice w najbliższym autobusie, pomknęła zwiedzać świat, zostawiając w obdarowanym upajające uczucie niezasłużonej nagrody.

To w sumie całkiem niezły bilans: jedna mina rozczarowana kontra druga mina uradowana plus lot pięćdziesiątki jako wartość dodana. Taka CZYSTA forma darowizny bardzo mnie przekonuje. Przypadek, darczyńca dyskretny, oszczędza obu stronom męczącej gry mięśni twarzy. Może sensownie byłoby gubić pięćdziesiątkę tak raz na kwartał? Wejść w interakcję z przypadkiem jako anonimowym pośrednikiem, dać codzienności szczyptę soli, doprawić trochę ten mdły rytuał zarabiania i wydawania, włączyć element hazardu? Jakby tak każdy z nas co raz gubił i znajdywał pieniądze, to byśmy mieli Spiel, Spaß und Überraschung na co dzień, jak głosi slogan reklamowy jajka-niespodzianki. Pomysł Wam oddaję i nie upieram się, żeby te grę nazywać moim nazwiskiem.

Wódka w proszku

Dorota Cygan

Wódka w proszku

Zawsze byłam fanką Pomysłowego Dobromira. Rozumiecie, że kiedyś musiała przyjść pora na mój własny pomysł racjonalizatorski. Zaraz Wam wyjaśnię przełom kulturowy, który mój pomysł wywoła, tylko mam problem, komu dedykować ten tekst. Jerzemu Pilchowi i Wojciechowi Smarzowskiemu (z wiadomych względów) czy Janowi Himilsbachowi jako autorowi zbiorku autentycznych, nadesłanych przez domorosłych racjonalizatorów, miniaturek pt. Nikiformy a zarazem nieprzeciętnemu konsumentowi wódeczki, który, założę się, niejeden raz chciał się rozstać z butelką, tylko nie wiedział, czym by ją mógł zastąpić. I niestety wśród wielu zebranych w tej książeczce przyszłościowych wynalazków typu mechaniczny ściszacz telewizora na odległość, pomysłu na wódkę w proszku jednak nie zamieścił. Oczywiście, realistycznie patrząc, nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kultowy konsument wódeczki mógłby zamieścić taki pomysł w swoim zbiorku, nawet gdyby gotowy przepis alchemistyczny na wódkę w proszku znalazł na strychu własnej babki. Ale to już pozostanie tajemnicą Himilsbacha, czy wpadł w ogóle na taki pomysł czy nie.

Jeśli chodzi o mnie, to uważam wódkę w proszku za wyzwanie dla przemysłu spirytusowego, a w wymiarze symbolicznym wręcz za dezyderat kulturowy i poznawczy. Nie stawiam go na równi z wynalazkiem wycieraczki do okularów na dni deszczowe albo czapki na nos na porę zimową, ale jest co najmniej tak potrzebny jak samojeżdżąca walizka, na której można usiąść okrakiem i zjechać po schodach.

Pomyślmy na spokojnie, co zrewolucjonizuje ten wynalazek. Pierwszy z brzegu przykład: Torby rodaków podróżujących za granicę będą o ileż lżejsze i bardziej treściwe! Zysk ekologiczny trudno nawet ad hoc policzyć, ale butelek już na oko trzeba będzie produkować o wiele mniej. Wódeczka w porcjach w papierowych torebkach po 50, 100 i 1000 gramów da się bez trudu rozpuścić w wodzie mineralnej (sprzedawanej bez koncesji), czyli będzie zawierać potrzebne mikroelementy, da się mieszać w wymaganym stosunku jako wariant wódeczki studniówkowej 30%, mocno męskiej 55% lub damskiej gdzieś pośrodku. Hardcorowcy będą sobie mogli dla lepszego efektu wsypywać ją wprost do gardła, a pijący mniej tąkać w sproszkowanej wódce ogóreczek lub papryczkę, zapijając wodą. Porcja dla skacowanych będzie mogła wyglądać jak niewinny zestaw na stany okołogrypowe: saszetka z proszkiem i buteleczka wody wielkości syropu z neutralną etykietą, żeby nikt się nie oburzał na pijaństwo i nie umoralniał amatorów dawnej piersióweczki przy kasie sklepowej. Zysk ekologiczny i logistyczny to jednak nic w porównaniu z rewolucją… językową.

Wszystkie kawały o piciu trzeba będzie dać na przemiał lub do obróbki redakcyjnej. Już sam niewinny zwrot chlapnął sobie brzmieć będzie sypnął sobie, a to już w wersji upić kogoś mogłoby wywołać skojarzenie brzemienne w skutkach dla polskiej kultury towarzyskiej (i politycznej także!) Zmiany potrzebne w zakresie frazeologii będą stanowiły nie lada wyzwanie dla filologów. Bo cóż zrobić ze zwrotem strzelić sobie kielonka, zalać się lub nie wylewać za kołnierz, epitetami moczygęba, opój czy pijanica, skoro sedno problemu nie będzie tkwić w niewinnej cieczy (wodzie mineralnej), tylko w proszku? Zostawić je dla kulturoznawczego opisu niegdysiejszych fenomenów kulturowych sprzed zainicjowanej przeze mnie Rewolucji Obyczajowej i Językowej? Bo, trzeźwo patrząc, ze starego dziedzictwa językowego uniwersalne okaże się jedynie dać sobie w gardło.

Oczywiście nie jest tak, że możliwości frazeologiczne i słowotwórcze się skurczą. Otworzy się pole do popisu dla spontanicznej twórczości rodaków, w którą wierzę głęboko, i która zagospodaruje ugór semantyczny wokół rzeczownika proszek zapewnie dość sprawnie. Już słyszę, jak ludzie mówią „przyszedłem wczoraj do pracy lekko zapylony, więc dzisiaj mam miałki dzień, ale to nic, bo Kowalski to się wczoraj zapudrował w trzy d…” Będzie troszkę weselej, bo w okresie przejściowym nikt do końca nie będzie potrafił wyczuć, co znaczy być w proszku.

Ale nie stwarzajmy zawczasu negatywnych emocji wokół wielkiego przełomu, który jest tylko kwestią czasu. Mój apel do czytelników brzmi: Weźmy nasze sprawy w nasze ręce i zaangażujmy dla dobra sprawy naszą kreatywność. Bo przecież wyobraźmy sobie, że na tych saszetkach z wódką w proszku aż się będzie prosić o dłuższy tekst. Człowiek, który dostaje do ręki kawałek papieru, automatycznie zabiera się do czytania. Można oczywiście posiłkować się cytatami z literatury, choćby Jerzego Pilcha albo Malcolma Lowry‘ego (zakładam, że cytatów o wódce z Chopina lub Gorbaczowa nie uświadczysz), ale aż się prosi o nową, współczesną WÓDKĘ Z TEKSTEM. I tu widzę zajęcie dla nas, bezrobotnych inteligentów.

Pomyślmy, ile Wańkowicz potrafił zarobić na „lotem bliżej”. Nie bądźmy Anią z Avonlea, nie gardźmy reklamą!

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

Nieśmiertelność

Ten tekst lata temu miał się ukazać w „Czasie kultury” w Poznaniu. Jak zwykle nie wiem, czy został opublikowany. W pierwotnej wersji był bardzo długi. Skracałam go wielokrotnie. Ostatnią wersję odesłałam do redaktora dokładnie 12 lat temu, w Sylwestra. Opatrzyłam go następującym przesłaniem: Niech Pan zrobi, co Pan uważa, bo ja już nie mam pomysłu. Z poważaniem. Dziś dopisuję jeszcze życzenia noworoczne – bądźcie szęśliwi, a jak chcecie to i nieśmiertelni.

Ewa Maria Slaska: Zacznijmy od prostego pytania – czy chciałbyś / chciałabyś być nieśmiertelny/a?

Nie. Nie chciałabym być nieśmiertelna. Odpowiedź jasna i prosta.

Rzecz ciekawa. Zadawałam to pytanie różnym ludziom, i otóż… odpowiedź udzielana przez kobiety brzmiała niemal zawsze – nie, przez mężczyzn zaś prawie bez wyjątku – tak.

Przyznaję, że ten aspekt sprawy wcale nie był przedmiotem moich rozważań. Pytałam, żeby zobaczyć, czy ten temat w ogóle ludzi interesuje, a jeśli tak, to jakie jego aspekty. Pod jednym względem nie pomyliłam się. Moim rozmówcom, tak jak i mnie, temat wydawał się interesujący. I to nie jako przenośnia. Więc nie nieśmiertelność duszy, ducha, rodu i rodziny i nie próby ożywiania martwych i tworzenie sztucznych istot żywych lub niby-to-żywych, bo nie chodzi o ożywianie ciała po śmierci, bo nie chodzi w ogóle o ciało, lecz o człowieka.

I o to, że może żyć i nie umierać. Żyć i nie umierać!

Mężczyzna chce żyć i nie umierać. Wie, że kiedyś umrze, bo mu to powiedziano, ale sprzeciwia się temu całą mocą swego męskiego ja. W dyskusji o nieśmiertelności mężczyzna jest jedną wielką niezgodą.

Kobieta też chce żyć, ale wie, że kiedyś umrze i nie sprzeciwia się temu. W dyskusji o nieśmiertelności kobieta jest jedną wielką pokorną zgodą. Często nawet trochę tęskniącą.

Możemy zacząć od Raju. Niby nie zostało to powiedziane otwarcie, ale Raj był przecież obietnicą wiecznego życia… Czyli marzeniem o życiu wiecznym. O wiecznym życiu i wiecznej młodości ciała… Nie sprzeczajmy się tu o to, czy ten mit stworzyli ludzie, czy też naprawdę istniał stworzony przez Boga Raj, bo to nieważne. Ten mit stworzyli mężczyźni.

A zatem nie powinien mnie zaskakiwać wynik mojej domorosłej ankiety. Mężczyźni chcą być nieśmiertelni. Zawsze chcieli. Ciekawe tylko, że już wtedy, gdy powstawał mit, wiedzieli, że kobiety nie chcą być nieśmiertelne.

Teza pierwsza. Raj istniał naprawdę i został stworzony przez Boga. Bóg w Raju stworzył kobietę, która nie chce być nieśmiertelna, i mężczyznę, który koniecznie chce… Bóg tak chciał. Ciekawe dlaczego.

Teza druga. Raj nie istniał. Religię żydowską stworzył Mojżesz, który na początku Wielkiej Księgi zapisał sumeryjską bajkę, przekazaną przez Abrahama, który pochodził z Ur.

Zręby religii żydowskiej powstały podczas czterdziestu lat wędrówki przez pustynię. Wtedy to banda nieposłusznych, niestałych, zdradliwych niewiernych i niewierzących niewolników zmieniła się w karny lud, pełniący dobrowolnie i z niepojętym oddaniem wiekuistą służbę bożą. Mojżesz ustalił wszystkie szczegóły tej służby, ilość gwoździ w belkach, ilość złota na miskę, ilość bisioru, kadzidła, placków jęczmiennych, mięsa, tłuszczu… Żydowska służba boża jest mocno osadzona w życiu, a Numeri – największe dzieło Mojżesza – są niezwykłą książką o społecznej organizacji życia, ogarniającą wszelkie jego aspekty, poczynając od miesiączkowania kobiet i skrofułów mężczyzn, a kończąc na cechach przydanych Jedynemu Bogu. Mojżesz wszystko wiedział, wszystko przewidział, rozłożył życie ludzkie na nierozkładalne dalej atomy i przydał im nazwy i zasady tak proste, że po czterech tysiącach lat można bez wahania ustalić, czy dinozaur jest koszerny i jaki jest stosunek Boga do komputera. Mojżesz zatem wiedział – z obserwacji albo z podszeptu boskiego – że kobiety nie żałują Raju i nie chcą być nieśmiertelne. Był to pewnik mocnej próby, skoro daje się zastosować także w epoce feminizmu, społecznego, intelektualnego i uczuciowego wyzwolenia kobiet, ogólnej liberalizacji oraz uwolnienia religii od przymusu i strachu.

Skąd Mojżesz wiedział, że nie chcę być nieśmiertelna? A jak nie chcę, to nie będę, bo punktem wyjścia do nieśmiertelności jest stan umysłu, w którym trzeba ze wszelkich sił chcieć. A nie można ze wszelkich sił chcieć czegoś, czego się nie chce. Nieśmiertelność jest grą intelektu dla mężczyzn. Grą na życie przeciw śmierci.

Założenie gówne głosi, że umieramy, bo zostaliśmy zaprogramowani na śmierć. Wbudowano nam program samoniszczący, charakterystyczny dla wszystkich organizmów biologicznych, które umierają po spełnieniu funkcji rozrodczych. Ale umieramy też, ponieważ społeczeństwo oczekuje naszej śmierci w momencie, gdy spełniliśmy długofalowe biologiczne funkcje rozrodcze i krótkoterminowe funkcje społeczne. Moment samoczynnego włączenia biologicznego stymulatora samoniszczącego ulegał zmianie. Obecnie w kręgu cywilizacji zachodniej uaktywnia się, gdy nosiciel osiąga wiek czterdziestu lat. Od czterdziestki w każdej chwili możemy umrzeć. Samoczynne włączenie społecznego stymulatora samoniszczącego następuje w wieku emerytalnym.

Stymulator samoniszczący działa jak wirus komputerowy, raz wprowadzony, uruchamia się w określonym momencie, rozprzestrzenia się po całym systemie, niszcząc programy sterujące kolejnych funkcji. W świecie komputerów zapotrzebowanie na ochronę antywirusową zostało zinstytucjonalizowane. Programy antywirusowe – choć nie zawsze spełniają swe funkcje – obejmują całokształt problematyki. W odniesieniu do życia ludzkiego instytucjonalizacja  koncentruje się na biologicznym aspekcie śmiertelności i ogranicza do przedłużania życia poprzez likwidację chorób i urazów. Działanie instytucjonalne nie sięga do poziomu programu życia biologicznego i pomija całkowicie program społeczny.

Osobnik chcący uzyskać nieśmiertelność musi samodzielnie zmienić program sterujący swojego życia, usuwając zeń oba stymulatory samozniszczenia. Musi mieć świadomość tego, co chce uzyskać, musi sobie uświadomić, że jest to jego sprawa prywatna i musi chcieć zrealizować założony cel.

Planując samodzielną nieśmiertelność dobrze zrobimy, jeżeli na początek poprzestaniemy na tysiącletnim żywocie biblijnym. Nieśmiertelności „na zawsze“ w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, natomiast tysiąc lat jest już podatne na pewne przybliżenia. Tysiąc lat to dziesięć razy dłużej niż „najdłuższe życie“. Potraktujmy te symboliczne tysiąc lat nie jako przedłużone / wydłużone życie, lecz jako ograniczoną nieśmiertelność, moduł nieśmiertelności, nieśmiertelność na próbę. Człowiek, który z powodzeniem zrealizuje tysiąc lat nieśmiertelności i nadal będzie CHCIAŁ, może z kolejnych modułów zbudować całą wieczność.

Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie – po co? Po co chcemy być nieśmiertelni? Wydaje się, że odpowiedzi, które uzyskiwałam w mej nieprofesjonalnej, ankiecie wynikały nie tyle z „po co“, ile z „dlaczego“. Męska odpowiedź brzmiała zatem, „tak, chce być nieśmiertelny, bo nie chcę umrzeć“. Ale: po co? Przyduszeni do muru interlokutorzy udzielają zazwyczaj najprostszych odpowiedzi: Ciekawscy chcą zobaczyć, jak rozwinie się świat w przyszłości. Chorzy wierzą, że przyszłość wymyśli kurację dla ich chorób. Sfrustrowani mylą nieśmiertelność z potrzebą trochę większej niż przeciętna ilości czasu na realizację niespełnionych marzeń młodości. Zachłanni i chaotyczni też mylą nieśmiertelność z czasem potrzebnym, bo dokończyć, to co się właśnie robi lub zrobić jeszcze coś ponadto. Stosunkowo rzadko pada odpowiedź egoisty: bo jestem tak wartościowy, że nie powienienem umierać, gdyż byłoby to stratą dla przyszłych pokoleń. W niewypowiedzianym podtekście tej odpowiedzi kryje się żądza wielkości – sławy, kariery, władzy.

W grze o nieśmiertelność żadna z tych odpowiedzi nie gwarantuje choćby jakich takich szans wygranej, nawet ta ostatnia, bo wciąż jeszcze jest za bardzo egoistyczna, a za mało egocentryczna. Jest wystarczająco egoistyczna w swej pysze, natomiast za mało egocentryczna, gdyż uzależnia ową wspaniałą wartość jedynego i niedającego się zastąpić „ja“ od stosunku owego „ja“ ze światem zewnętrznym. A to błąd. Prawdziwe „chcenie“ nieśmiertelności zaczyna się dopiero tam, gdy osoba chcąca skoncentruje się tylko i wyłącznie na sobie. Gdy pominie wszelkie ewentualne korzyści płynące z przedłużenia życia w przyszłość, a skoncentruje się tylko i wyłącznie na potrzebie życia wiecznego. W grze o nieśmiertelność tylko o nią chodzi.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym aspekcie. Mimo wszelkich zastrzeżeń, że sprawa jest poważna, ale zarazem normalna, słowo „nieśmiertelność“ wywołuje pewne bajkowe skojarzenia. Podobne jak inne równie bajkowe. Nagminnie używane w czasach komuny określenie „przed wojną“ albo „na Zachodzie“ zakładało podświadomie, że mówiący zalicza się do ludzi, którym przed wojną lub na Zachodzie powodzić się miało po królewsku. Nikt nie widział siebie przed wojną w roli nędzarza i na Zachodzie w roli bezdomnego. Nieokreśloność tych stwierdzeń była jednoczesną gwarancją osobistego powodzenia. Podobny proces musi automatycznie zachodzić w umysłach osób pytanych o nieśmiertelność. Nikt bowiem nie chce nieśmiertelności, by żyć jako skrofuliczny nędzarz. Akceptacja nieśmiertelności jest zarazem bajkową wiarą w pozytywną i trwałą, wspaniałą odmianę losu.

To kolejny błąd. Tyle błędów, już w założeniu. Tym niemniej istnieje teza, że ktoś jednak tę grę podejmuje i prowadzi. I że dzieje się tak w każdej epoce. Nieśmiertelni, albo przynajmniej ci, którzy o nieśmiertelność grają, są zatem wśród nas. Kusząca jest myśl, że gdzieś, może tuż obok nas, spotyka się dwoje nieśmiertelnych. Albo dwóch.

Jak stali się nieśmiertelni?

Pokonanie stymulatora biologicznego jest w teorii dość proste. Podobno, jeżeli nie będziemy chcieli umrzeć to nie będziemy się też starzeć. Wystarczy chcieć. W kultowej powieści na ten temat, „Panaroma“ Toma Robbinsa, zapobieganie starzeniu się jest jednak bardziej skomplikowane i, choć bohaterowie powieści dochodzą do praktyki w tej materii na drodze instynktownej, autor, żeby ich w ten instynkt wyposażyć, musiał dokonać dogłębnej analizy rozmaitych, stosowanych w różnych kulturach, zwłaszcza azjatyckich, metod zachowywania długowieczności. Jego bohaterowie żyją w zgodzie z czterema żywiołami – powietrza, ognia, wody i ziemi. Powietrze to jogistyczny system oddychania. Ogień to żywiołowy i radosny seks. Element wody zapewniają długie naprzemienne gorące i zimne kąpiele. A ziemią będzie zdrowe, naturalne pożywienie. Dodatkowymi warunkami długowieczności są: radosna akceptacja siebie, świata i swego w nim istnienia, miłość oraz życie bez wyrzutów sumienia. I to najlepiej stosunkowo proste, bo im mniej potrzebujemy, tym mniej frustracji.

Wszystko to znamy, przynajmniej w teorii. Niektórzy z nas coś z tych teorii stosują, ale ponieważ czynimy to albo połowicznie, albo fanatycznie, a nigdy całościowo, i nie prowadzi nas w tym chęć bycia nieśmiertelnym, to też i nie stajemy się przez to nieśmiertelni. Krótko mówiąc, brakuje nam znanego ze szkoły chcenia wewnętrznego, które by skutecznie zablokowało nasz biologiczny stymulator samoniszczący.

Oczywiście, powie ktoś, wszystko to jest dobre tylko do czasu, póki nie zagrozi nam coś z zewnątrz – powódź, lawina, wojna, pożar, morderstwo, wypadek. Być może. Ale – tu wkraczamy już na nieco grząską domenę ezoteryki – podobno, jeżeli naprawdę potrafimy sterować naszym stymulatorem, to nie spotka nas też żadne nieszczęście zewnętrzne. Bo, podobno, nawet nieprzewidywalne przypadki i złowrogie decyzje są w świecie, w którym przypadków nie ma, wywołane naszą podświadomością, która każe nam umrzeć. Nieśmiertelny nie musi być więc nawet specjalnie ostrożny. Tam, gdzie będzie szedł, nie spadnie ani grom z jasnego nieba, ani doniczka z balkonu, ani topór katowski. Jak jest naprawdę, nie wiadomo. Ci, którym przypadek zewnętrzny przeciął życie, nie są już nieśmiertelni i nie ma ich wśród nas. Powieściopisarze twierdzą zresztą, że prędzej czy później, nawet nieśmiertelny znuży się życiem i umrze. Próba nieśmiertelności zawsze więc pozostanie tylko próbą, życiem niewyobrażalnie długim, ale przecież ograniczonym czasowo.

A zatem, kiedy należy wyłączyć stymulator biologiczny? Decyzja jest ważna, bo raz ustaliwszy wiek, będziemy go po prostu mieli na wieki. Odpowiedź jest prosta: zanim się włączy, czyli między trzydziestką a czterdziestką. Trzydziestka wydaje się wiekiem dość sensownym. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat mężczyzna koło trzydziestki był społecznie postrzegany jako człowiek dojrzały, już nie młodzik, ale jeszcze nie starzec. Taki wiek średni powinien się więc sprawdzić i przez następne dwa tysiące lat.

Bardziej skomplikowane, a jednocześnie mniej klarowne są zalecenia, jak zahamować społeczny stymulator samozniszczenia, a ich skuteczność jest zdecydowanie utrudniona przez samo społeczeństwo, które oczekuje naszej śmierci. I to nie tylko wtedy, gdy zdrowa i w sile wieku klasa rządząca obcina chorym i starym pieniądze na renty, zasiłki i pomoc lekarską. To tylko drastyczne przypadki. To przede wszystkim sam system społeczny od dnia naszych urodzin przygotowuje nas na śmierć. Nasza socjalizacja opiera się na przemijaniu. Żyjemy w cywilizacji morbidalnej i nekrofilnej. Kultura i tradycja nie tylko wyrosły na śmierci, nie tylko się nią karmią i żywią, ale jednocześnie oswajają nas z nią, wbudowując do mózgu „chip“ nietrwałości. Wydawałoby się, że społeczeństwa robią to nieświadomie, ale doprawdy dla grających w nieśmiertelność społeczeństwo będzie znacznie gorszym wrogiem niż ich własne ciało. Bo, jak w „Paragrafie 22“ Hellera, wszystko wokół nas sprzysięgło się, żeby nas zabić.

Jak żyją nieśmiertelni?

Po pierwsze w zagrożeniu demaskacją. Przy tym zauważmy, że nieśmiertelność nigdy, jak dotąd, nie została(by) potraktowana poważnie, będąc zawsze tylko herezją, objawem nawiedzenia lub obłędu. W ciężkich, pełnych nieufności czasach demaskacja nieśmiertelności może zatem zaprowadzić na stos lub zgotować inną, adekwatną karę społeczną, w lepszych czasach zaprowadzi do więzienia lub zakładu psychiatrycznego. Żadna religia i żaden system społeczny nie przewidują i nie tolerują nieśmiertelności. Być może w czasach, kiedy, powoli, cywilizacja zachodnia rozwija się ku równouprawnieniu i tolerancji, przynajmniej w teorii umożliwiając ludziom, bez względu na różnice płci, wieku, religii, koloru skóry i światopoglądu, życie bez skrywanych hańbiących tajemnic, kiedy nie trzeba już ukrywać faktu, że jest się kobietą, Żydem, homoseksualistą czy artystą, outing nieśmiertelności jest w tej chwili ostatnią ludzką tajemnicą, która – wydana na światło dzienne – może człowiekowi zagrozić. Oczywiście, być może kiedyś i to się zmieni. Jak dotąd jednak wszystkie uciśnione grupy i mniejszości społeczne wywalczyły swoje prawa dlatego właśnie, że były grupami, a nieśmiertelność jest grą indywidualną. Demaskacja nieśmiertelności przestanie być społecznie groźna dopiero wtedy, gdy stanie się zadaniem grupowym, co musi oznaczać, że społeczeństwo bądź to zgodzi się na zaakceptowanie nieśmiertelnych, bądź nawet samo postanowi się przekształcić w zbiorowość nieśmiertelnych. To jednak na razie bardzo odległa wizja. Niewykluczone zresztą, że kiedyś zostanie wprowadzona w życie, ale póki co, nieśmiertelny jest w swej grze sam przeciwko Bogu i reszcie świata.

Pierwszą konsekwencją zagrożenia demaskacją jest prawdopodobnie konieczność poprzestawania na małym. Oczywiście pisarze, zajmujący się tym tematem, wyposażają swoich bohaterów w życie nadzwyczaj ciekawe, pełne przygód, ucieczek, prześladowań, z których nieśmiertelny jakoś zawsze cudem się wywikła. Chodzi tu bowiem o fikcję literacką, rządzącą się specjalnymi prawami przyciągania uwagi czytelnika, a literacka nieśmiertelność jest ekranem, na który pisarze projektują swą wizję historii i ocenę współczesności. Ale nawet w literaturze nieśmiertelni przechodzą przez Historię na pozycjach nic nie znaczących. Są pionkami i służącymi tych, którzy tworzą Historię. Bo nieśmiertelność to przetrwanie. To wieczna maska. Mimikra. Tom Robbins w swojej powieści widzi to jak najbardziej realistycznie. Jego bohaterowie przez całe swe długie życie produkują perfumy. Wszelkie nadmierne wybijanie się grozi karą. Przetrwają najmniejsi, a nie najsilniejsi.

Już na tym etapie okazuje się, że nawet mężczyźni, którzy rzekomo chcą zostać nieśmiertelni, nie są w stanie sprostać założeniom gry, ponieważ tak naprawdę chodzi im o sławę i władzę, a nie o nieśmiertelność. Cel najwyższy żąda likwidacji wszelkich pomniejszych celów życiowych. Życie przez wieki nie będzie jedną wielką karierą bez końca. Wręcz przeciwnie – aby trwać przez wieki, trzeba będzie w tych dziesięciu, stu czy tysiącu żywotów ludzkich, jakie staną się naszym udziałem, poprzestać na małym. Na trwaniu. Na bytowaniu na uboczu. Nie rzucając się w oczy i nie żądając niczego oprócz wiecznej nagrody głównej. Nic bardziej dramatycznie nie podkreśla różnicy między egoizmem a egocentryzmem niż ta właśnie konstatacja. Mężczyzna, żądny nieśmiertelności, jest trawiony pychą własnego „ja“. Chce i to bardzo mocno. Ale to, czego chce, nie jest nieśmiertelnością, lecz apologią własnego „ja“. Mężczyzna, grający w grę o nieśmiertelność, musi skazać to pełne pychy „ja“ na banicję lub śmierć. Kobieta twierdzi, że nawet tej gry nie zacznie, a mężczyzna być może zacznie i potknie się o własne „ja“.

Założenie poprzestawania na małym będzie trudne. Ktoś, kto świadomie podjął decyzję nieśmiertelności będzie zapewne człowiekiem wybitnym. Już chociażby dlatego, że inaczej nie doszedłby do takiego intelektualnego poziomu rozwoju, który pozwoliłby mu na teoretyczny ogląd własnej decyzji. Jest więc wybitnym egocentrykiem. Jak wybitny egocentryk, przez swą wybitność skazany na imponowanie, a może nawet przewodzenie innym, zdoła się nagle zmienić w pokorną owieczkę? Jak, po to by unikać wrogów i zagrożeń, zdoła pohamować swe ambicje? A jeżeli nawet pohamuje ambicje, to jak pohamuje instynkty? Istnieje teoria psychologiczna głosząca, że ludzie odważni są odważni nie dlatego, że podejmują takie decyzje, tylko dlatego, że inaczej nie mogą. Jednym słowem, jeśli jesteśmy odważni, to dlatego, że nasze „ja“ tak postanowiło, a nasze „ja“ jest silniejsze od nas. Ostatnio potwierdziły to badania czynności mózgu. To on, jak komputer sterujący, podejmuje nasze decyzje, zanim jeszcze my sami je podejmiemy. Pewnie, można powiedzieć, że nasz mózg to my. Ale to jednak niedokładnie to samo. On wie wcześniej czyli reaguje jak układ wegetatywny, wykluczając świadomość z prawdziwego udziału w decyzji.

Wiemy już, że ci, co wybrali nieśmiertelność są skrajnymi egocentrykami, narcystycznie zaprogramowanymi tylko na własne wieczne życie. Są to na pewno mocne osobowości, indywidualności na sporą miarę. Czy można w ogóle przyjąć, że będą w stanie prowadzić życie stróża nocnego? A jeśli tak to, czy po całych eonach godzenia się z losem, jednak się nie wściekną, nie oburzą, nie staną okoniem? Jak szybko i jak automatycznie przejmuje się role przywódcze, bohaterskie, awanturnicze?

Zasadniczo więc człowiek wybierający nieśmiertelność powinien unikać wszelkich wiążących i angażujących sytuacji politycznych i społecznych, bo kryją w sobie niebezpieczeństwo uwikłania. Powinien żyć sam dla siebie. Na początek przyjmijmy, że nieśmiertelny, zgodnie z wybitnymi cechami własnego ja, będzie żył jako samotny filozof. Ale z czego będzie żył? Sprzedaż własnej filozofii, wymiana myśli intelektualnej na dach nad głową, opał, ubranie i chleb, jest już uwikłaniem. Filozof żyjący z filozofii nie spełnia idealnego warunku, jakim jest kompletna izolacja. Może więc zostanie księdzem albo, jeszcze lepiej, mnichem? Ale po pierwsze, zapewne taki wybór opierać się będzie na idealizacji i w rzeczywistości zawód mnicha okaże się równie uwikłany, jak każdy inny, a po drugie – będzie mnichem fałszywym, nie wyznającym naprawdę tego, co powinien. Pokora mnicha ma służyć Bogu, bezpośrednio lub pośrednio, przez pokorną służbę ludziom. Mnich, zorientowany na przeżycie jako nieśmiertelny, pokorny po to, by żyć wiecznie, kiedyś się zdemaskuje. Maska nieśmiertelności, wystarczająco ciężka do noszenia w roli stróża nocnego, mnichowi czy księdzu, żyjącemu w wiecznym kłamstwie, przeżre sumienie na wylot.

Filozof wybierający się w nieśmiertelność dobrze zatem zrobi, jeśli wyuczy się jakiegoś skromnego zawodu, na przykład szewstwa. To profesja wymarzona dla nieśmiertelnych i co najmniej już raz sprawdzona, bo Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz był podobno szewcem. Ale był nim póki nie został skazany na nieśmiertelność i nie poszedł, by iść po wieczne czasy. Czy można jednak spędzić wieczność reperując buty? Tysiąc lat w pochyleniu nad kopytem, przybijając młoteczkiem fleczki… Szewc to piękny zawód. Historia i literatura znają szewców-filozofów, bo pochylenie nad butem daje ogromne szanse tym, którzy lubią myśleć. Rutyna wykonuje pracę, a mózg myśli. Piękna wizja. Może i tak. Ale tysiące lat w pochyleniu… I to w czasach, kiedy już dzisiaj każdy z nas w ciągu normalnego życia wykonuje co najmniej kilka zawodów  i staje się to obowiązującą regułą. A my nic, tylko nad kopytem…

I wszystko w milczeniu, w niemożności rozmowy z kimkolwiek o tym, co nas zżera. Bo każda rozmowa to demaskacja. Nie można porozmawiać z przyjacielem, psychoanalitykiem, księdzem. Nigdy z nikim. Pod groźbą utraty „normalności“ wedle kryteriów obowiązujących w danej społeczności. Jednakże milczenie też grozi utratą normalności i tym razem tej autentycznej.

Równie poważnym mankamentem nieśmiertelności jest samotność. Nieśmiertelny ma właściwie dwa wyjścia. Albo będzie się wiązał z wciąż nowymi partnerami, a ci, siłą rzeczy będą umierać, co kiedyś doprowadzi go do refleksji owej starszej pani, która miała powiedzieć, że czuje się już strasznie stara, bo przeżyła osiem psów. Nieśmiertelny przeżyje dziesięć kobiet. Lub dziesięciu mężczyzn. Nieważne. Na pewno będzie żył dłużej.

Drugim wyjściem jest przysposobienie sobie towarzysza lub towarzyszki nieśmiertelności. I? No właśnie. I… Istnieje teza, że małżeństwo zostało kiedyś uznane za instytucję trwałą, bo ludzie żyli krótko. Większość małżeństw i innych dwuosobowych związków partnerskich nie ma trwałości wystarczającej dla zapewnienia prawdziwej, głębokiej, opartej na zaufaniu wspólnoty na całe życie. Związki albo się kończą znacznie wcześniej, albo trwają formalnie, ale rozsadza je od spodu niewierność fizyczna lub duchowa. Długie życie to, powiedzmy siedemdziesiąt lat. Wystarczająco długie, by nie sprostać wymogom monogamii. Żyjemy w poligamii, symultanicznej albo chronologicznej. Jak więc w tych warunkach można sobie wybrać partnera na nieśmiertelność? Wyobraźmy sobie przez chwilę zbrodnicze myśli nieśmiertelnych, usiłujących po pięciuset latach wspólnego, szczęśliwego pożycia, pozbyć się nagle niechcianego towarzysza wiecznego życia. Wiedzą, że nie umrze sam z siebie. A więc trzeba go zabić. A czy w ogóle można go zabić?

Rzecz jasna, nieśmiertelni nie powinni mieć dzieci. Z jednej strony nie muszą, bo sami są sobie własnym dzieckiem, niosącym w przyszłość genialne geny rodzica (jeżeli nie są genialne, to chyba nie warto walczyć o bycie nieśmiertelnym). Z drugiej strony, nie wiadomo, może w ogóle nie chcą mieć żadnych dzieci. W ogóle nie wiadomo, co z popędem seksualnym… Być może nasz organizm, nastawiony na przetrwanie własne, a nie rodowe, wyłączywszy po długim nieużywaniu popęd rodzicielski, wyłączy zarazem seks… No, ale może nie. Załóżmy jednak, że wszystko zostaje po staremu, i popęd rozrodczy, i seksualny. To i tak dla własnego zdrowia psychicznego lepiej wyrzec się dzieci, bo przeżyjemy je, tak jak przeżyjemy chomiki, koty, psy i kobiety lub mężczyzn.

Fatalnym obciążeniem nieśmiertelności jest problem motywacji. Jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek. Nie bez racji był to zawsze jeden z pierwszych argumentów społecznych przeciw nieśmiertelności. Nazywano go tylko inaczej – sensem śmierci. Dopiero przez śmierć czyli ograniczony czas zyskujemy napęd wewnętrzny, warunkujący rozwój. Indywidualny i społeczny. Jak w ogóle można się zmusić do zrobienia czegokolwiek, jeżeli ma się przed sobą całą wieczność?

I wreszcie pytanie, w co się bawić? Co ma przez wieczność robić umysł, który wymyślił sobie nieśmiertelność? Opisywać ten wciąż od pokoleń zmieniający się na naszych oczach świat, odpowiedzą intelektualiści. Tworzyć jedyne w swoim rodzaju, bo jedyne autentyczne świadectwo tego, jak naprawdę rozwijała się nasza cywilizacja i nasza kultura. I? I co z tym, co zapiszemy? Takie zapiski z tysiąca lat… Spróbujmy sobie wyobrazić, że ktoś próbuje dziś coś takiego opublikować. Wiemy dokładnie – fikcja literacka, taka sama dobra jak ta, którą stworzyły setki innych pisarzy. Jasne, wcale nie taka sama. O niebo lepsza. Bo prawda, a nie fikcja. Bo my jesteśmy nieśmiertelni, a oni napisali fikcję… Stop. Taka myśl łamie od razu dwie, a może nawet trzy żelazne reguły życia nieśmiertelnych. Więc nie ma mowy o opublikowaniu tych zapisów, a właściwie nawet ich prowadzenie jest już niebezpiecznym krokiem w kierunku samodemaskacji… Więc co robić? Czym, na miłość boską, zająć myśli i wolny czas… Jak się nie nudzić sobą i światem?

Zajęciem marginalnym, ale zarazem pewną rozrywką w monotonii życia nieśmiertelnych jest na pewno konieczność znikania w jednym miejscu i osiedlania się w jakimś innym. Nieśmiertelny nie może bowiem spędzić tysiąca lat w tym samym miejscu bez wzbudzania podejrzeń otoczenia. Nieśmiertelny z wyboru dobrze zrobi, jeżeli co trzydzieści lat przeprowadzi się w nowe miejsce, najlepiej zupełnie odmienne od poprzedniego. Jest to uciążliwe, nie tylko z uwagi na ciągłą konieczność przeprowadzek. Nie można zniknąć ot tak sobie, bo policja zacznie człowieka szukać, czasem znajdzie, a to czasem zwielokrotnione przez nieskończoność starczy, by ktoś kiedyś zadał sobie o jedno pytanie za dużo. Więc albo wieczne, regularne symulowanie własnej śmierci i ucieczka, albo uzasadnianie przeprowadzki. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak ją uzasadnić. Czemu właściwie jakiś byle jaki szewc, który nie ma ani ojca, ani matki, ani żony, ani dziatek, nigdzie się nie udziela, dzień w dzień, piątek, świątek i niedziela siedzi w swoim warsztacie i reperuje buty, dlaczego taki facet nagle się przeprowadza? No ale mamy w końcu całą wieczność, by sobie wymyślić jakieś sensowne wyjaśnienia. Zawszeć będzie czym zająć umysł.

W przerwach natomiast należy się poważnie zastanowić nad tym, czy przy próbie nieśmiertelności ciała, nieśmiertelność duszy nadal jest równie ważna, jak wtedy, gdy wiemy, że czeka nas śmierć. Bo czy naprawdę ciało może być nieśmiertelne, tego jako autorka nie wiem, ale, jestem za to głęboko przekonana, że dusza jest nieśmiertelna. I na zakończenie rozważań o nieśmiertelności dzielę się z Czytelnikiem straszną wizją – otóż zaiste uda się nam realizacja nieśmiertelności ciała, a wskutek tego obumrze nam dusza…

Berlin, 1.11.2000 – 31.12.2000

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III