Rozmowy zimą o życiu i świecie

Nasz autor co roku jeździ na narty, a ja od jakiegoś czasu publikuję tu jego zimowe relacje i refleksje (TU, TU)

nauders2017-4

RD

hallo,

pozdrowienia z urlopu, po urlopie.

w austrii na nartach. po raz 31 w tej samej miejscowości, w tym samym pensjonacie, w tym samym apartamencie (nr 7).

przed naszym przyjazdem do nauders, na drodze łączącej tę wioskę z austrią, zeszła kamienna lawina i musieliśmy tam jechać przez szwajcarię.

na granicy szwajcarskiej przywitał nas na czarno ubrany ludzik z ogromnym karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. chciał nas od razu zaaresztować lub przynajmniej rozstrzelać. rzucił się do auta aby znaleźć jakąś bombę lub granaty co umożliwiło by mu wykonanie powyższego. (w tym czasie w pobliskim davos odbywał się spęd światowych macherów wszechświata). gdy zobaczył we wnętrzu auta nasze narty przepuścił nas bez dalszej kontroli. (tu wskazówka dla terrorystów – udawać narciarzy.)

nauders leży na wysokości 1.400 m. szrenica kolo szklarskiej poręby, z której, mieszkając w polsce, wraz z g. szusowaliśmy na nartach, ma tylko 1.360 metrów. w nauders jedzie się gondolą na wysokość 2.200 metrów (trwa to 15 minut), a później można jechać w dół, lub innymi wyciągami na wysokości 2.600. 2.700 oraz 2.850 (dwa razy wyżej niż szrenica).

nauders2017jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.
jako młody student waletowałem na obozach narciarskich, spałem na materacu dmuchanym w śpiworze na korytarzu schroniska na szrenicy i odżywiałem się “na sępa”, czyli tym co zostało w kuchni.
ha … to były czasy. byliśmy młodzi, mieliśmy kondycję, nie miewaliśmy kaca i mogliśmy trzy razy dziennie…

teraz z g. wypijaliśmy w nauders dziennie litr mleka na osobę, prosto od krowy, kupowanego codziennie u znajomych rolników.
ale było także piwo czeskie i austriackie, wina francuskie, polskie wino miodowe oraz austriacka wódka 35% z szyszek limby.
teraz nasze zawiasy “kwiczą” i skrzypią, i mogliśmy już tylko raz dziennie…
za 40 – 50 lat to i nauders będziemy wspominać z nostalgią.

nauders2017-3

podczas tej 15-minutowej jazdy gondolą, jako socjolog amator, miewałem wielce interesujące rozmowy:

– dwie studentki z finlandii – o finlandii – gdzie jeszcze nigdy nie byłem,

– małżeństwo z ukrainy – o kryzysie na ukrainie, oraz jak sobie radzą z niemieckim – nie znają, z angielskim – nie znają, no ale jakoś trafili aż do austrii,

– słowak z synem – milczał jak zaklęty, może mu polak odbił żonę,

– dwie dzierlatki z lublina – o pierdołach,

– małżeństwo (40 letnie) z warszawy – całkowite “desinteresse” do polityki,

– dwie pary małżeńskie piechurów z belgii (dziadków i babć w moim wieku) – żartowaliśmy i śmieliśmy się całe 15 minut, ja na początku rozmowy pochwaliłem liczne gatunki belgijskich piw i ogromną ilość knajp i piwiarni tamże, moja uwaga została przyjęta z dumą, gdy (z jakichś technicznych powodów) gondola zatrzymała się na moment, belgowie zagrozili mi, że jak to dłużej potrwa to zostanę zjedzony, ja zaoponowałem proponując, że zjemy najgrubszego,

– 78 letni dziadeczek z niemiec (obiecująca perspektywa) – gdy go spytałem jak mu idzie jeżdżenie na nartach, dziadeczek odpowiedział: ja już jestem w tym wieku, że nie muszę zdobywać żadnych sportowych sprawności, a wieczorem nie muszę się nikomu tłumaczyć ile razy i jak szybko zjeżdżałem, a żona?, ona już tylko spaceruje,

nauders2017-1

– młoda dziewczyna z austrii z dwójką dzieci – przedstawiłem się tym dzieciom jako mikołaj, który jest teraz na urlopie i zgolił dla niepoznaki brodę, następnie spytałem, jak się nazywają (johannes i mathilde) i ile mają lat (chłopiec pokazał 3 palce a dziewczynka 4), spytałem też, kim chcą być w przyszłości jak dorosną, chłopiec bez zastanowienia odpowiedział rolnikiem, a dziewczynka nie wiedziała. na moje konkretne zapytania: weterynariuszką, gospodynią domową, walczącą feministką; odpowiadała konsekwentnie nein. zaapelowałem do dzieci aby cały rok były grzeczne, to przyjdę do nich w grudniu z prezentami. obiecały mi to skwapliwie. ich mama uśmiechała się cały czas,

– młody 25 letni student z ju-es-ej (!!!) – jechaliśmy tylko we dwóch, miał na plecach przewieszoną amerykańską flagę (tak na oko – 70 cm x 150 cm), która powiewała mu później jak skrzydła u “batmana”, zabawna rozmowa: on student chemii – “tramp is krejzi”, o polskim nazwisku (jego przodkowie wyemigrowali w XVIII wieku z polskich terenów i pracowali w hucie szkła), podzielił i zaplanował swoje życie w przedziałach co 25 lat, po studiach chce iść na zawodowca do wojska, moją ironiczną uwagę “i produkować gazy bojowe” odebrał nie jako żart, a jako konstruktywną propozycję

– oraz wiele, wiele innych rozmów, ale już bardziej banalnych i zdawkowych.

no to, miejmy nadzieję, do następnego roku w nauders.

g.& r.

nauders2017-2

Reblog: Myślnik Stankiewicza 74

myslnikstank

O autorze

Nazywam się Piotr Stankiewicz. Część z Was może mnie kojarzyć, choćby jako autora Sztuki życia według stoików. Na „Myślniku” umieszczam rzeczy, które nie znalazły się w tej książce, ani nie znajdą się pewnie w następnych.

Słownik nieoczywistych smutków

Zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które powinny istnieć, ale nie istnieją? Nad uczuciami, które istnieją, ale są nienazwane? Oto coś dla Was! Dzisiaj wszyscy jesteśmy Adamami – nadajemy nazwy rzeczom.

Dzisiaj na „Myślniku” wyjątkowo coś, czego autorem jestem tylko jako tłumacz. Jak może wiecie, istnieje coś takiego jak „Dictionary of Obscure Sorrows” , czyli ułożony przez Johna Koeniga słownik takich właśnie terminów – które nie istnieją, a które istnieć powinny. Oto moja swobodna adaptacja części z nich na język polski.

* * *

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste, jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy. A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony, jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

Stuart 16

Joanna Trümner

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Grow Old with Me, Tom Odell

Czekanie

Tygodnie pobytu Meg w Sydney minęły bardzo szybko. Dziewczyna wstawała razem z nim, przygotowywała mu kanapki do pracy, a potem wracała na godzinę lub dwie do łóżka. Po porannej kawie wychodziła z domu i zwiedzała miasto. Już w kilka dni po przyjeździe do Sydney wiedziała o tym mieście więcej od swojego chłopaka, który mieszkał tu od kilku lat na stałe. Któregoś wieczoru opowiedziała mu o Muzeum Australijskim, do którego on sam nigdy jeszcze nie dotarł, a Stuart pomyślał z zażenowaniem, że to przecież wstyd, że tak mało zna to miasto. Może to przez to, że wszystkie ciekawe miejsca, muzea, teatry są tuż na wyciągnięcie ręki, pod nosem. I sama świadomość tego, że w każdej chwili można do nich pójść, usprawiedliwia lenistwo i prowadzi do tego, że nigdy się tego nie robi. Nadszedł czas, by poznać tę drugą ojczyznę i jej historię. Przypomiał mu się pobyt w Berlinie Zachodnim, kiedy to brnął w zimnie przez wiele zakątków miasta, ciekawy jego historii i ludzi. „Może ta ciekawość to tylko przywilej ludzi, którzy chcą wziąć ze sobą z podróży jak najwięcej wrażeń do domu?” – przeszło mu przez głowę.

W pierwszy weekend po przyjeździe Mag wybrali się na spacer po Ogrodzie Botanicznym. Gdy wrócili do posprzątanego mieszkania, gdzie czekał przygotowany przez Meg obiad, Stuart nie mógł powstrzymać się od uwagi: „Wiesz, czuję się, jakbyśmy byli starym małżeństwem i znali się od co najmniej kilkudziesięciu lat” „To niedobrze” – odpowiedziała Meg. „Stare małżeństwa przeważnie nie mają sobie już nic do powiedzenia i może po to głównie potrzebne są dzieci i wnuki, żeby chociaż na chwilę można było przerwać milczenie”. „Ale chyba są jakieś wyjątki?” – Stuart zorientował się, że źle dobrał słowa, którymi chciał nazwać rytuały, jakie powoli zaczęły wypełniać ich życie i swe powroty do mieszkania, które nie jest puste i w którym ktoś na niego czeka. Ktoś, z kim mógł się podzielić wrażeniami z całego dnia pracy, kto był wyrozumiały i bez marudzenia akceptował popołudniową drzemkę ktoś, komu nie przeszkadzały stojące na środku pokoju buty i nierówno wycisnięta tubka pasty do zębów.

Meg nie tylko zwiedzała miasto, ale zaczęła też zbierać informacje na temat życia w Australii i własnych perspektyw zawodowych. Odwiedziła kilka urzędów i z zadowoleniem dowiedziała się, że jej dyplom otwiera wiele drzwi i że mogłaby natychmiast podjąć pracę. Wybrała się, dość zresztą przypadkowo, na uniwersytet, gdzie wysłuchała wykładu na temat sieci prewencji samobójstw, ponoć najlepszej na świecie. Odtąd raz w tygodniu chodziła na uniwersytet i słuchała wykładów z psychologii. Po czterech tygodniach, kiedy jej pobyt dobiegał końca, uznała, że widzi dla siebie miejsce w Australii. W dzień przed jej odlotem do Anglii Stuart zabrał Meg do chińskiej restauracji niedaleko domu i zapytał, czy przyjedzie do niego na zawsze, „Tak, to będzie mój prezent na Święta” – odpowiedziała z uśmiechem. Na początku października odprowadził ją na lotnisko.

Mieszkanie opustoszało i nagle Stuart zdał sobie sprawę, że ma w Sydney tak niewielu znajomych, oczywiście oprócz Iana, którego jednak nie widział od dnia ślubu, poznał tutaj tylko kilka osób, kolegów z pracy i personel knajp, w których dawał kiedyś koncerty. Nie znał nikogo, z kim mógłby pójść na piwo albo spędzić wolny czas po pracy. „To trzeba będzie zmienić” – pomyślał, usprawiedliwiając swą samotność tym, że dopiero od kilku miesięcy ma w końcu adres i własny telefon. Któregoś wieczoru oglądał nudny program przyrodniczy o szkołach dla młodych słoni w Tajlandii i nagle zaskoczył go odgłos klucza otwierającego drzwi do mieszkania. „Tu nawet nie ma czego ukraść!” – próbował uspokoić lekki niepokój i wstał, żeby podejść w kierunku drzwi. Niespodziewanym gościem był Ian: „Chciałem ci oddać klucz od mieszkania i pogadać”. Stuarta zaskoczył wygląd przyjaciela – Ian sprawiał wrażenie starszego niż był i zmęczonego, a mówił w mechaniczny, monotonny sposób. „Albo się nieźle napił albo naćpał” – pomyślał Stuart i zrobiło mu się żal przyjaciela. Ian zaczął opowieść o swym życiu małżeńskim. „Nawet nie wiesz, w jakie piekło się wpakowałem. Tatuś rządzi wszystkim, ja w tej rodzinie nie mam nic do powiedzenia. Decyduje o umeblowaniu mieszkania, o urządzeniu pokoju dla dziecka, o mojej pracy, bo ta w banku, to był dla niego żart, sam więc zadzwonił do dyrektora i od początku października pracuję w jego firmie – jestem dozorcą i otwieram mieszkania klientom zainteresowanym wynajmem, zajmuję się wszystkim, co się w tych jego pieprzonych nieruchomościach popsuje – nieważne czy chodzi o zapchaną ubikację czy o zepsutą windę. „Niech się tym zajmie Ian”. Zarabiam lepiej niż w banku, ale to nie jest praca dla mnie, a jak się spróbuję postawić, to tatuś obetnie nam kasę i wyrzuci mnie z domu. Na każdym kroku słyszę „To nie twoje, nie twoja sprawa”. W tej rodzinie nikt się nie buntuje, mama jest szczęśliwa, że stać ją na fryzjera dwa razy w tygodniu, niezłe ciuchy i kosmetyczkę, która masuje jej na twarzy wszystkie ślady starzenia się. W niedzielę podczas wspólnych rodzinnych obiadków mamusia i moja żonka kiwają głowami na mądrości starego, a jak tylko się odezwą, to słyszą: „i tak się na tym nie znacie”. Stary na każdym kroku daje mi odczuć, że mnie po prostu kupił. Z moją wspaniała żonką nie mamy sobie wiele do powiedzenia – ją interesują tylko zakupy dla przyszłego dziecka – mamy już komplet różowych i niebieskich ubranek na następne dwa lata. Zostaje nam tylko łóżko, a i z tym nie najlepiej, bo ona jest ciągle potwornie zmęczona tym lataniem po sklepach i spotkaniami z przyjaciółkami. Źle mi się robi na myśl o tym, że tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci starego i nie wiem, co ze sobą zrobić. Pamiętam jak ojciec ciągle nam powtarzał: „Jak siebie nie uszanujesz, to nikt cię nie uszanuje” – ten głupi tekst mnie kiedyś potwornie denerwował. Myślałem, ot, jedna z wielu mądrości ojca, za którą niewiele stoi, przysłowie bez żadnego znaczenia, ale teraz, kiedy rano patrzę w lustro, wiem ile w tym jest racji i nie mogę na siebie patrzeć”. „Przecież tego chciałeś” – pomyślał Stuart, czując równocześnie litość nad Ianem. „Jak się teraz rozwiedziesz, to będzie to chyba najkrótsze małżeństwo w historii Australii” – powiedział, próbując obrócić sytuację w żart. „A tak naprawdę to byłeś kiedyś zakochany?” – zapytał, przypominając sobie te dziesiątki dziewczyn, które przyjaciel skrupulatnie zapisywał w notesie. „Ilu ludzi chodzi po świecie nie wiedząc nawet, że można być tak blisko drugiego człowieka. Miałem dużo szczęścia, że mogłem to przeżyć już dwa razy” – myślał czekając na odpowiedź przyjaciela. „W twojej siostrze, ale mnie nie chciała” – odpowiedział Ian.

Umówili się, że Ian może w każdej chwili wpadać do swojego byłego mieszkania i po prostu wygadać się przed Stuartem: „Ty nawet nie wiesz, ile to znaczy, że ktoś potrafi słuchać, dziękuję. To tak fajnie mieć prawdziwego przyjaciela”. Stuart pomyślał w duchu: „To nie jest moment, żeby mu powiedzieć, że dla mnie ta przyjaźń się skończyła, on mnie za bardzo teraz potrzebuje”.

Kolejne tygodnie mijały na pracy i sporadycznych koncertach w knajpach. Najczęściej występował w „Black Lion”, pubie, w którym dał przed laty swój pierwszy, zorganizowany przez Iana, występ. Ze zdziwieniem zobaczył, że jest to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, w których nigdy nic się nie zmienia. Te same pożółkłe od tytoniu ściany, ten sam właściciel, który nie rozstawał się z papierosem, ta sama kelnerka – Tracy, która witała go za każdym razem słowami: „czas na sztukę” i patrzyła na niego z nieukrywanym podziwem, ci sami klienci, po których już przed rokiem widać było skutki picia alkoholu, znudzeni i zabijający czas, czekający na nowe twarze i nowe przeżycia. Czasami chodził do biblioteki i przygotowywał lekcje w szkole, dwa razy w tygodniu dzwonił do Meg i, mimo że te rozmowy pochłaniały dużą część jego zarobków, cieszył się za każdym razem, że słyszy głos. Te rozmowy były, pomimo tysięcy kilometrów, tak dobre, że chwilami wydawało mu się, że Meg siedzi obok niego i że czuje jej oddech. Pod koniec listopada, kiedy mieszkańcy Sydney cierpieli z powodu potwornej fali upałów, a w Walton spadł pierwszy śnieg, w środku nocy zbudził go telefon od Meg: „Muszę odwołać przyjazd na święta, matka znowu zaczęła pić i muszę się nią zająć. Przylecę, jak tylko ulokuję ją w jakimś ośrodku, w lutym, a może dopiero w marcu, nie wiem, bardzo bym chciała być teraz z tobą, ale, zrozum, nie mogę. Na pewno przyjadę, już dawno się zdecydowałam” .

Po tej rozmowie Stuart nie mógł zasnąć, był rozczarowany, że czekanie potrwa znacznie dłużej niż myślał. Po pracy wrócił do domu i nie mógł znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Wybrał się do „Black Lion”, żeby przy kilku drinkach spędzić wieczór i nie odczuwać tak okropnie samotności. Ucieszył się na widok Tracy, która wypytywała go o życie w Anglii, o Londyn, Berlin, wielki świat, którego nigdy nie poznała. Kiedy powiedziała: „Jak śpiewałeś Heart of gold to miałam łzy w oczach” poczuł, że jest dla niej kimś bardzo interesującym i świadomość, że ktoś go bezgranicznie podziwia, poprawiła mu humor.

W Sylwestra miał dyżur w domu starców. Kierownik ośrodka poprosił go o koncert dla pensjonariuszy. „Tylko nie przesadzaj, oni o dziewiątej mają być w łóżkach” – powiedział, zaznaczając, że dostanie za ten koncert dodatkowe pieniądze. O wpół do dziesiątej Stuart skończył pracę i czuł się podle – przecież i on brał udział w tej maskaradzie, kiedy starszym ludziom wmówiono, że już wybiła północ i że mają iść spać. Nie miał ochoty na imprezę dla pracowników i nie bardzo wiedział, dokąd ma pójść, żeby przywitać rok 1980. Wybrał się więc do „Black Lion” i tam słyszał zegary bijące dwunastą. „Happy New Year” – powiedział całując Tracy w policzek. „Happy New Year” odpowiedziała. Pił jednego drinka za drugim, kiedy „Black Lion” zamykał podwoje o piątej nad ranem, Stuart ledwie mógł się utrzymać na nogach. „Może przyjdziesz do mnie na śniadanie?” zapytała go Tracy.

W kilka godzin później zbudziły go w jej łóżku dochodzące z radia dźwięki piosenki Beatlesów: Don’t let me down. Jej słowa przeraziły go, wiedział już, że od tego dnia zawsze będzie mu się ona kojarzyła z największą głupotą, jaką zrobił w życiu i że w jego idealnym związku z Meg pojawiła się historia, której nie wolno mu będzie nigdy wyjawić.

Cdn.

 

Stuart 15

Joanna Trümner

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

The Fray: How to save a life

Przyjaźń

Podczas długiego lotu z Londynu do Sydney Stuart cieszył się na spotkanie z przyjacielem i próbował uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak rzadko odzywał się do Iana przez ostatnie pół roku. „Przecież o nim nie zapomniałem, po prostu każdy z nas żył swoim życiem. Dla tak długiej przyjaźni jak nasza pół roku niewidzenia nic nie znaczy”, pomyślał w momencie, w którym zobaczył twarz Iana wśród tłumu oczekujących na lotnisku w Sydney.

Bujna, sprawiająca wrażenie nieuczesanej czupryna przyjaciela rzucała się od razu w oczy i Stuart szybko rozpoznał go w tłumie, zdziwił go jedynie nowy styl ubrania Iana – sprane dżinsy i kraciastą koszulę zastąpił beżowy garnitur ze lnu i elegancki brązowy prochowiec. Ten nowy, elegancki, trochę zdystansowany i wyglądający na starszego niż był Ian wywołał w nim dziwne uczucie obcości. „To przecież niemożliwe, żeby ludzie diametralnie mogli się zmienić przez pół roku”, pomyślał Stuart „To jest mój najbliższy przyjaciel, który w międzyczasie przestał ubierać się jak student. Może przez pracę w banku chce wyglądać poważniej, może jako przyszły ojciec chce sobie po prostu dodać przez wygląd kilku lat?” W drodze do mieszkania na północy Sydney w kupionym niedawno przez Iana samochodzie Stuart zadał przyjacielowi pytanie, które od tygodni chodziło mu po głowie: „Kim jest matka Twojego dziecka?” Odpowiedź padła bardzo szybko: „To najbogatsza dziewczyna w północnym Sydney – jak widzisz i ja miałem w końcu trochę szczęścia”. Stuart głośno się roześmiał, myśląc, że właśnie usłyszał jeden z żartów przyjaciela i przypomniał sobie równocześnie wiele sytuacji z ich wspólnej przeszłości, w których to swoiste, sarkastyczne poczucie humoru Iana pomogło mu nabrać dystansu do siebie i problemów. Spojrzał przyjacielowi w twarz, chcąc mu powiedzieć wzrokiem: „bardzo mi ciebie brakowało”, ale wyraz twarzy Iana zmroził go i przekonał o tym, że nie chodziło o żart. „Ma na imię Rita i jest córką szefa klubu jachtowego, w którym dałeś kiedyś kilka koncertów. Ten klub to tylko jego hobby, on zainwestował w nieruchomości w centrum miasta i już nie musi pracować. Historia z Ritą zaczęła się, kiedy byłeś jeszcze w Nowej Zelandii, ale ja długo nie byłem przekonany, że chcę się z kimś na amen związać – ta ciąża mnie zaskoczyła. Widocznie po prostu tak miało być, ślub będzie za miesiąc i bardzo liczę na to, że będziesz moim świadkiem. Mogłem przecież o wiele gorzej wylądować”. Sposób, w jaki przyjaciel opowiadał o swojej dziewczynie, nie podobał się Stuartowi i czuł, jak pogłębia się w nim uczucie obcości, które odczuł na lotnisku.

W mieszkaniu Iana, w którym od dnia wyjazdu Stuarta zmieniło się bardzo niewiele, przyjaciele spędzili cały wieczór na rozmowie. Wypalili kilka skrętów z marihuaną „na cześć spotkania” i w miarę, jak Ianowi rozwiązywał się język, Stuart z coraz większym przerażeniem patrzył na tego aroganckiego mężczyznę, którego do tej pory uważał za swojego najbliższego przyjaciela – przyjaciela, którego teraz interesowały tylko pieniądze i który jego miłość do Meg skomentował słowami: „przeciecież cię nie stać na takie fanaberie”. W tym momencie chciał podejść do przyjaciela, potrząsnąć nim i krzyknąć: „co się z tobą porobiło?”, ale powstrzymał się, wiedział przecież, że to nie ma najmniejszego sensu. Kiedy Ian poszedł spać, Stuart poczuł potrzebę zwierzenia się komuś ze swojego rozczarowania spotkaniem. Wyszedł z domu i chodząc po pustych ulicach Sydney szukał budki telefonicznej, żeby zadzwonić do Meg. W momencie, kiedy wykręcił jej numer, zdał sobie sprawę z tego, że na drugiej półkuli jest wczesne popołudnie i że Meg na pewno jeszcze pracuje, więc nie usłyszy jej głosu. Mimo to sam fakt, że po drugiej stronie świata jest ktoś, kto nie myśli o życiu tak cynicznie i źle jak jego dotychczasowy najbliższy przyjaciel, uspokoił go. Wrócił do domu i długo przewracał się na niewygodnej kanapie w oczekiwaniu na sen. W głowie wirowały dziesiątki pytań: „Czy to możliwe, że przyjaźń się kończy? A może to po prostu nigdy nie była prawdziwa przyjaźń – ja przecież nie wiem, kim ten człowiek właściwie jest? A może on zawsze już był taki, tylko ja się zmieniłem i nagle to widzę? Co teraz może robić Meg? Czy choć przez chwilę pomyślała o mnie? Czy naprawdę przyleci do Sydney?”

Im dłużej myślał o swojej dziewczynie, tym bardziej mu jej brakowało. Kochał ją za jej mądrość, poczucie humoru i pozytywne nastawienie do ludzi. Nie lubił jej tajemnic i ciągłego uczucia, że waży na wadze każde z wypowiedzianych przez niego słów. Nie lubił jej perfekcji, sposobu w jaki poprawiała mu szalik, albo przypominała o herbacie, która zbyt długo naciągała, w momencie, kiedy mówił coś naprawdę ważnego, nie cierpiał jej cowieczornego rytuału skrupulatnego zapisywania codziennych wydatków w notesie – w tabelce, składającej się z dwóch rubryk: życie i rozrywki. „Ciekawe w której z rubryk zapisze zakup biletu do Sydney? Albo pójście na koncert lub do teatru?”, pomyślał, czekając na sen. Wiedział, że bardzo ją kocha pomimo tych wszystkich śmiesznostek i rzeczy, które go w niej denerwowały. „Czy kochamy kogoś dla jego zalet, czy też pomimo jego wad?”, zastanawiał się, patrząc na wschodzące nad Sydney słońce.

Następnego dnia Ian zorganizował przyjęcie z okazji przyjazdu przyjaciela. Stuart miał okazję poznać „najbogatszą dziewczynę w północnym Sydney” i nowych znajomych przyjaciela. Rita była ładną, o kilka lat młodszą od Iana dziewczyną, która po kilku semestrach przerwała studia historii sztuki, bo „znudziły ją martwe rzeczy”. Po sposobie, w jaki patrzyła na Iana, widać było, że jest w nim mocno zakochana i szczęśliwa, ale że jest też zadowolona, iż pieniądze ojca sfinansują im wygodne życie. Stuart nie pasował do gości na przyjęciu – młodych ludzi, rozmawiających głównie o finansach, planowanych zakupach i podróżach. Na prośbę Iana pod koniec przyjęcia wziął do ręki gitarę i zaśpiewał kilka nowych piosenek. „Na pewno daleko zajdziesz” – powiedział z podziwem Ian. „Ty też”, pomyślał w duchu Stuart i postanowił, że rola świadka na ślubie przyjaciela będzie jego pożegnalnym prezentem dla tej przyjaźni.

W kilka dni później wybrał się w poszukiwanie pracy do szkół w Sydney. Wyorażał sobie to poszukiwanie prościej, dopiero po kilku tygodniach i wielu rozmowach kwalifikacyjnych udało mu się znaleźć zatrudnienie w jednej z najstarszych, renomowanych szkół w mieście. Problem polegał na tym, że na podjęcie zajęć musiał czekać do rozpoczęcia nowego roku szkolnego pod koniec stycznia, kiedy to dotyczczasowy nauczyciel matematyki przejdzie na emeryturę. „Z czego mam żyć przez prawie pół roku?”, zastanawiał się Stuart. Za pieniądze które przywiózł ze sobą z Anglii mógł przeżyć przez dwa miesiące. Za kilka tygodni miała przyjechać do niego Meg i nie wyobrażał sobie, że nie będzie go wtedy stać na pokazanie jej miasta, pójście do teatru, muzeum albo pubu. Sprawa mieszkania była mniej skomplikowana, bo Ian chciał jak najszybciej przeprowadzić się do domu swojej dziewczyny w lepszej dzielnicy i przekazać mieszkanie Stuartowi. Ale to wszytko kosztowało i Stuart musiał szybko znaleźć jakąkolwiek dorywczą pracę, dzięki której będzie mógł przeczekać do końca stycznia.

Stuart zdecydował się odwiedzić domy starców, w których kiedyś prowadził zajęcia z muzyki. Miał szczęście, w jednym z domów starców na północy miasta pilnie poszukiwano od zaraz kogoś do pomocy. Po podpisaniu umowy Stuart wrócił do mieszkania przyjaciela i podzielił się z nim nowinami: „Ja bym za żadne pieniądze nie podcierał komuś tyłka”, skomentował Ian, kręcąc głową z dezaprobatą. „Ale ja nie mam wyjścia. Poza tym to jest tylko na kilka miesięcy” – odpowiedział Stuart i czuł jak wzrasta w nim złość na samego siebie – złość na to, że tłumaczy się z tak oczywistej rzeczy jak podjęcie pracy. „To już w ogóle możesz zapomnieć o muzyce” – dodał Ian, a Stuart z żalem pomyślał, że prawdziwy przyjaciel – ten Ian, którego pamiętał i którego obraz nosił ciągłe jeszcze w głowie, obróciłby tą sytuację w żart, pocieszyłby go i nie deptałby po jego uczuciach. „Będę świadkiem na jego ślubie, bo jestem tego winien wieloletniej przyjaźni, ale przyszedł czas, żeby nasze drogi się rozstały”, pomyślał po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich dni.

Stuart zaczął więc pracować w domu starców. Nowe zajęcie było dość dobrze płatne i miało kilka plusów – zaczynało się o szóstej rano, a już o trzeciej po południu Stuart był wolny. Wolny, ale tak fizycznie zmęczony dźwiganiem starszych ludzi, przenoszeniem ich z łóżka na fotel, karmieniem, przewijaniem i myciem, że nieraz zasypiał w drodze metrem do domu. Z upływem czasu przyzwyczaił się do wczesnego wstawania i fizycznego zmęczenia, ale nie mógł przyzwyczaić się do tego, co codziennie obserwował w domu starców – do sposobu, w jaki traktowało się tam starych ludzi, mówiąc o nich wyłącznie w osobie trzeciej, jak o kimś, kogo nie ma, kto przestał istnieć. Stuart nigdy nie widział, żeby ktokolwiek z personelu czytał mieszkańcom ośrodka opieki książkę, rozmawiał z nimi, albo próbował zająć ich czymkolwiek, usprawniającym zdolności manualne. Zrozumiał, jak wielkim wydarzeniem w ich życiu były prowadzone wcześniej przez niego zajęcia z muzyki i wyprosił u kierownika ośrodka zgodę na ich kontynuację. Codziennie po śniadaniu grał mieszkańcom ośrodka przez pół godziny na gitarze i z biegiem czasu ten rozpoczynający dzień rytuał stał się dla nich bardzo ważny. Muzyka przypominała im o tym, że w ich niedołężnych ciałach jest jeszcze radość i ciekawość życia, a czas, który pozostał, jest czymś więcej niż czekaniem na śmierć i samotnością.

W trzy tygodnie po rozpoczęciu pracy w domu starców był świadkiem na ślubie Iana. Podczas ubierania się w przywieziony z Anglii, zakupiony na ślub siostry szary garnitur, Stuartowi przeszła przez głowę myśl: „To już drugie małżeństwo, w którym miłość nie gra żadnej roli”. Nie miał zupełnie pomysłu na prezent dla młodej pary, na szczęście z niezręcznej sytuacji wybawił go Ian, proponując żeby zamiast prezentu dał podczas jego wesela krótki koncert. Stuart zaśpiewał piosenki o sile przyjaźni i o szczęściu, jakim jest spotkanie prawdziwej miłości. Z trudnością powstrzymywał swoje emocje, przekonanie o końcu przyjaźni z Ianem i wątpliwości co do małżeństwa byłego przyjaciela. Jego muzyka była tak autentyczna i emocjonalna, że zachwyceni występem goście weselni poprosili go o bis: „Więc muzyka dociera nawet do tych, co wszystko mają, wszystko widzieli i których na wszystko stać” – pomyślał ze zdumieniem. Z ulgą zauważył, że wśród weselnych gości ze strony Iana przyjechali tylko rodzice, nie było tam Ann, przed nią wstydziłby się tego, że jest na etapie życia, w którym zmuszony jest do wykonywania prostej, fizycznej pracy, przed nią wstydziłby się, że cały ten wyjazd do Australii, o którym kiedyś wspólnie marzyli, był na razie niepowodzeniem.

Czas mijał dosyć szybko i przyszedł dzień, w którym odebrał Meg z lotniska. W drodze na lotnisko myślał o niej, cieszył się, że zobaczy swoją dziewczynę, ale równocześnie nie mógł opanować strachu przed tym, że może zapanować między nimi ta sama obcość, co między nim i Ianem. W momencie, kiedy rozpoznał ją w tłumie pasażerów zrozumiał, że jego lęk był niepotrzebny, a jego dziewczyna jest tą osobą, na którą czekał nie tylko od wielu tygodni, ale całe swoje życie.

Cdn

Stuart 14

Joanna Trümner

Decyzje

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Carole King

Od przyjazdu Stuarta do Walton mijało pięć miesięcy. Matka powoli przyzwyczajała się do śmierci ojca. Dużą rolę w tym wychodzeniu Matki z żałoby odgrywała Meg, jej wyważone i spokojne podejście do życia i proste, oczywiste rady. Jak na przykład pomysł przekazania matce Einsteina pod opiekę na czas wyjazdu Meg i Stuarta do Londynu. Kiedy po powrocie zobaczył matkę z czerwonymi od mrozu policzkami i uśmiechem na ustach, zrozumiał, że przebywanie z psem było dla niej świetną terapią.

Z każdym dniem Stuart coraz bardziej przekonywał się o tym, że znałazł kobietę, z którą wyobraża sobie dalszą przyszłość – kochankę i przyjaciela. Kogoś, przy kim może być sobą i kto zrozumie jego marzenia. Równocześnie z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyobraża sobie spędzenia reszty życia w Walton. Nie mógł przecież zatrzymać się w połowie drogi i codziennie zadawał sobie pytania: „Co dalej? Mam zostać w Anglii, wracać do Australii, w końcu pobyt tam nie był samym pasmem sukcesów, czy próbować szczęścia w innym kraju?”

Pewnego wieczoru zapytał wprost: „Meg, możesz sobie wyobrazić życie w Australii?” W napięciu czekał na odpowiedź, zaskoczony długim milczeniem, które nie zwiastowało niczego dobrego. Przez chwilę przeszła mu nawet przez głowę myśl, że Meg nie kocha go na tyle mocno, by pojechać za nim na drugi koniec świata. „A może”, pomyślał z przerażeniem, „ciągle jeszcze czeka na tamtego?” Po kilku minutach milczenia, które Stuartowi wydawały się tak długie jak wieczność, Meg w końcu odpowiedziała: „Wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej, zawsze chciałam poznać świat, ale nie mogę tak z dnia na dzień zostawić moich pacjentów, oni mnie potrzebują. Musiałabym poszukać kogoś, kto mógłby się nimi dalej zająć. A poza tym nie wiem, czy mogę zostawić moją mamę samą, ona ma teraz dobry okres w życiu, a mój wyjazd do Australii mógłby znowu wyprowadzić ją z równowagi”. Do tej pory rozmowy o domu rodzinnym Meg ucinała dosyć szybko, Stuart wiedział, że nigdy nie poznała ojca, a jej stosunek do matki jest bardzo skomplikowany. Myślał, że miało to jakiś związek z aferą Meg i czuł, że jest to temat tabu i że musi cierpliwie czekać na ujawnienie tego sekretu.

Meg opowiedziała mu o swoim dzieciństwie, o domu bez mężczyzn i o tym, jak bardzo jej matkę przerosło zadanie samotnego wychowywania córki, którą urodziła w wieku 20 lat. Była napiętnowana przez rodziców, nie utrzymywali z nią kontaktu, ciężko pracowała jako ekspedientka w sklepie rybnym, w domu często brakowało pieniędzy. Od wszystkich tych ciężarów znalazła ucieczkę w alkoholu, sporadyczne piwo na dobranoc z biegiem czasu zastąpiła butelka wina, a następnie pita małymi łykami przez cały dzień whisky. Z upływem lat, matka coraz głębiej wpadała w nałóg, sytuacja w domu stawała się dla Meg coraz trudniejsza do zniesienia, szczególnie po tym, jak matka straciła pracę i rodzina utrzymywała się z zasiłku. Meg próbowała metodami dziecka „wyleczyć” matkę z nałogu, chowała butelki z coraz mocniejszymi napojami, zmuszała matkę do jedzenia i próbowała płaczem i błaganiami wymusić na niej trzeźwość. Był to najgorszy okres jej życia, Meg była bardzo samotna, dzieci jej unikały, dorośli udawali, że nie widzą, co się dzieje w jej domu. Otrzymała stypendium, wyjechała do Brighton na studia i była to dla niej wielka szansa na inne, lepsze życie. To, że wybrała psychologię, było podyktowane nałogiem matki. Meg z nadzieją myślała o tym, że uda się jej podczas studiów znaleźć metodę leczenia alkoholizmu, albo przynajmniej poznać kogoś, kto jej podpowie, gdzie szukać pomocy. Po rozpoczęciu studiów Meg przyjeżdżała do domu raz na miesiąc i z przerażeniem patrzyła na ilość pustych butelek, stojących w każdym kącie mieszkania. Sylwestra 1972 roku spędzała razem z matką i w godzinę przed północą matce zabrakło alkoholu. Wbrew próbom powstrzymania jej, matka wyszła z domu, aby znaleźć jakikolwiek czynny jeszcze o tak późnej porze sklep z alkoholem. Tuż przed domem poślizgnęła się na zrobionej przed kilkoma godzinami przez dzieci, pokrytej śniegiem ślizgawce i upadła. Córka znalazła ją w pół godziny później przed domem, matka miała otwarte złamanie nogi i była nieprzytomna.

Meg zaalarmowała sąsiadów, którzy zadzwonili na pogotowie. Karetka zabrała matkę do szpitala. Matka pozostała tam cztery tygodnie, lekarze dosyć szybko zorientowali się, co do stanu pacjentki i przeprowadzili odwyk. Szpitalny psycholog skierował matkę na terapię do ośrodka odwykowego. Po kilku miesiącach matka wróciła do domu i prowadziła samotną walkę z nałogiem. Zaczęła znowu pracować, tym razem za ladą w piekarni i przez dwa lata udało jej się wytrzymać bez alkoholu. Do dnia, w którym jeden z klientów zaprosił ją na wieczorną randkę w pubie. Choroba wybuchła ponownie, tak jakby przez cały czas czyhała tylko na ten moment słabości. Przez kilka miesięcy Meg nie pokazywała się w domu, a kiedy kierowana złymi przeczuciami pojawiła się u matki, ta była już w bardzo złym stanie. Córce z trudem udało się ją zmusić do ponownego odwyku. Odbierając matkę ze szpitala powiedziała: „Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię pijaną, to nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Pomogło. Matka zaczęła regularnie chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików, poznała tam nowych przyjaciół i jej życie powoli zaczęło biec normalnym torem. Poszła na kurs maszynopisania i zaczęła pracować jako sekretarka w szkole, do której kiedyś chodziła Meg. Od kilku miesięcy spotykała się z kimś z grupy i jej życie szło normalnym torem. „Ale ja naprawdę nie wiem, czy to nie jest wulkan, który za chwilę znowu wybuchnie”, skończyła swoje opowiadanie Meg.

Stuart patrzył na nią ze współczuciem, równocześnie nie mógł opanować żalu: „Dlaczego pacjenci i matka są dla niej ważniejsi ode mnie? Ale i od niej samej. Dlaczego w ogóle nie myśli o swoim szczęściu? To są przecież dorośli ludzie, którzy muszą sami sobie poradzić ze swoim życiem. Może Meg nie kocha mnie wystarczająco silnie? A może po prostu boi się zmian w życiu?” W końcu jednak Meg obiecała mu, że pod koniec sierpnia zjawi się w Sydney, spędzi z nim kilka tygodni urlopu i podejmie decyzję, co do dalszej przyszłości.

W kilka dni przed odlotem do Australii Stuarta odwiedził Stuart-senior. Podczas wspólnego spaceru nad morzem wujek wypytywał siostrzeńca o to, co dzieje się w domu, jak sobie radzi matka i jak mógłby pomóc. Pytał też o jego dalsze plany: „Moim zdaniem powinieneś poszukać sobie jakiejś stałej pracy, dlaczego nie w szkole, przecież dobrze sobie radziłeś, oszczędzić trochę pieniędzy, a od czasu do czasu dawać koncerty i pisać nowe utwory. Z czasem nagrasz płytę, pierwszą, drugą, ja ci chętnie pomogę. Teraz też chciałbym dać ci trochę pieniędzy, zaczynasz przecież znowu od zera”. „Ja nie mogę do końca życia brać od Ciebie pieniędzy”, zaoponował Stuart. „Twoje siostry nie mają tyle skrupułów, więc proszę Cię przyjmij ode mnie pomoc na początek”. Na widok zaskoczenia na twarzy Stuarta wujek opowiedział mu o rozmowie z Eve podczas swojego ostatniego pobytu w Walton. Przyszła do niego z wiadomością o tym, że jest w ciąży i powiedziała, że oczekuje pomocy, w końcu urodzi pierwsze dziecko w tej rodzinie i musiała przez to zrezygnować z pracy. Poza tym to właśnie ona opiekowała się od lat rodzicami. A Stuart-senior ma przecież pieniądze i chyba poczuwa się do obowiązku. Eve stawiała bardzo wygórowane żądania finansowe.

Pod koniec tej rozmowy Stuart-senior z przekąsem podziękował siostrzenicy za perfekcyjne zaplanowanie, co ma robić ze swoimi pieniędzmi i odmówił udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Zaraz po powrocie do Londynu poszedł do banku, żeby dowiedzieć się o możliwościach założenia konta oszczędnościowego dla dziecka bez udzielania upoważnienia dla matki. Wstydził się tej rozmowy, wstydził się za swoją siostrzenicę, która mu nawet nie podziękowała za sfinansowanie ślubu. Tego samego dnia zdecydował, że Kate i Stuart otrzymają od niego w prezencie po pięć tysięcy funtów – sumę, którą on wydał na ślub Eve. Kate otrzymała już te pieniądze, Stuarta miał je dostać właśnie teraz. „Ja tego do grobu nie wezmę” uspokajał bratanka, wręczając mu do ręki kopertę. „Ale chyba się jeszcze nie wybierasz” – Stuart próbował pokryć zażenowanie żartem. Zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że przyszedł czas, żeby zacząć zarabiać i oszczędzać własne pieniądze. Jeżeli Meg kiedyś do niego przyjedzie na stałe, nie będzie miał nawet za co wynająć mieszkania. Pożegnał wujka i poszedł na pocztę, żeby potwierdzić Ianowi swój przylot do Sydney. A Ian przekazał mu wiadomość, która go kompletnie zaskoczyła: „Będę za kilka miesięcy ojcem”. Przez odległość i słabe połączenie Stuart nie potrafił rozpoznać uczuć swojego przyjaciela – nie wiedział, czy te powiedziane jak dobry żart słowa były radością, przerażeniem, czy zaskoczeniem. „Dowiem się wszystkiego za kilka dni na miejscu”, pomyślał Stuart, widząc oczami wyobraźni swojego przyjaciela przewijającego dziecko.

Na początku lipca Stuart stał na lotnisku w Heathrow i czekał na samolot do Australii.

Cdn.

 

Festiwal piosenki natrętnej XI

Tomasz Fetzki

Heureux qui, comme Ulysses, czyli natręctwo na pierwszy dzień wolności

Viatorko, dziś pierwszy dzień Twojej odzyskanej wolności. Twardej – ale wolności. Gorzkiej – ale wolności.

Twardo bowiem i gorzko zostawić wszystko, co się przez lata tworzyło, wkładając w to całe serce i pół zdrowia. Lecz w niektórych miejscach, w określonych okolicznościach, a zwłaszcza z pewnymi ludźmi, zostawać nie warto, nie honor, nie należy. Nie można! Wymóg etyki. Ale też, by przywołać Poetę (czyli proroka), kwestia estetyki: potęga smaku i takie tam różne…

Po prostu:

Wolność jest cenniejsza niż poczucie bezpieczeństwa.

Godność znaczy więcej niż pieniądze – nie tylko zbywające, ale nawet te niezbędne.

Tak po prostu: wszyscy to wiedzą, ale mało kto ma odwagę według tego postępować. Viator nie jest pod tym względem pewien nawet samego siebie; nie wie, co by zrobił, gdyby przyszła chwila próby.

Ale Ty, Viatorko? Ty wiesz, że inaczej nie można, tak po prostu. Dlatego odchodzisz… na wolność. I jak Cię nie kochać ponad wszystko na świecie?

Nieszczęsny łeb Pielgrzyma świętuje ten pierwszy dzień wolności natrętnie brzmiącą pod czaszką piosenką; jakżeby inaczej, o wolności. Jedną z najpiękniejszych piosenek, jakie Wędrowiec zna. A skoro już się dzieli swymi natręctwami z Czytelnikiem, to wypadało by dodać o utworze kilka słów. Niezbędne minimum. Nie dlatego, by się erudycją (wątpliwej zresztą próby) popisywać, ale po to, aby konteksty rozjaśnić i bogactwo znaczeń przybliżyć.

Przeto, dla porządku: był sobie Joachim du Belleay, renesansowy poeta, członek grupy Plejady, jeden z odnowicieli języka francuskiego. Po kilkuletnim, rozczarowującym pobycie w Rzymie, czyli stolicy ówczesnego świata, napisał kunsztowny sonet, rozpoczynający się temi oto słowy (kunszt i wersyfikacja zaginęły, hélas!, w tłumaczeniu):

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
I zdobył w niej złote runo
A później powrócił, bogaty doświadczeniem i wiedzą
By przeżyć resztę lat pośród swych bliskich.

Heureux qui, comme Ulysse, a fait un beau voyage,
Ou comme cestuy-là qui conquit la toison,
Et puis est retourné, plein d’usage et raison,
Vivre entre ses parents le reste de son âge!

Wiersz ten Francuzi dobrze znają, stał się obiektem wielu odniesień oraz nawiązań. Jego parafrazą jest też piosenka, która natrętnie dręczy dziś Viatora. W roku 1970 powstał film Heureux, qui comme Ulysse (w Polsce znany jako Koń zwany Ulissesem). To ostatnia – ale jaka! – rola Fernandela. Zagrał starego Antonina, który przez 25 lat opiekował się koniem Ulissesem, a teraz ma swego towarzysza odstawić na korridę, gdzie, jako wierzchowca pikadorów, czeka go pewna śmierć. Antonin nie może – tak po prostu – tego zrobić i ucieka wraz z Ulissesem, aby, po wielu trudach i przeszkodach, wypuścić rumaka-seniora na wolność. W Camargue: krainie bezkresnych bagien i stawów, leżącej w delcie Rodanu, a zamieszkanej przez flamingi, półdzikie białe konie i czarne byczki (Viator tam był, widział, poleca gorąco). Ściskająca serce opowieść o wierności, przyjaźni i godności. Motywem przewodnim filmu jest właśnie ta piosenka: Henri Colpi, reżyser, napisał słowa, Georges Delerue skomponował muzykę, a zaśpiewał ją sam Georges Brassens. Strzał w dziesiątkę! Nikt nie zrobiłby tego lepiej. W ustach piewcy Wolności i Prowansji (urodzonego wszak, wychowanego i pochowanego w Sète – kilka kilometrów od lagun Camargue) ballada nabiera nowych, wyjątkowych znaczeń…

Ufff, i tyle! Krócej naprawdę się nie dało. A teraz już słuchaj Viatorko i słuchajcie wy wszyscy, którzyście tutaj trafili. Po krótkim wstępie, mieszczącym pieśń w krainie Oksytanii, rozpocznie się hymn. Hymn wolności na cześć pierwszego dnia wolności.

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W uroczy letni poranek gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy lepiej ci tutaj, niż gdzieś indziej, gdy przyjaciel darzy cię szczęściem
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

W słońcu i w wietrze, w deszczu i w pogodzie
Żyliśmy sobie zadowoleni: mój koń, ma Prowansja i ja
Mój koń, ma Prowansja i ja

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W śliczny letni poranek, gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy nadchodzi kres nieszczęść, gdy przyjaciel obetrze twe łzy
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

Spaleni słońcem, wysmagani wiatrem, zagubieni pośród stawów
Będziemy sobie żyć zadowoleni: mój koń, ma Camargue i ja
Mój koń, ma Camargue i ja.

Każdy ma własną Prowansję – niekoniecznie musi to być miejsce w przestrzeni. Viatorko! Odyseuszko Ty moja! Bądź szczęśliwa w swej Camargue. A towarzyszyć Ci tam będzie wierny koń, który z miłością kreśli te słowa.

Stuart 13

Eve

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Kacey Musgraves
Merry Go ‘Round

W kilka dni przed otwarciem pubu Stuart pomógł matce w porządkowaniu rzeczy po ojcu. Kiedy pakował do walizek ubrania, które wciąż jeszcze pachniały ojcem, opanowało go dziwne uczucie – uczucie winy, że zamiast smutku w jego głowie panuje głównie radość i ciepło na myśl o Meg.
Miał bardzo mało czasu na spotkania z nią. Przejął większą część pracy w pubie – do jedenastej w nocy obsługiwał klientów, dopiero po umyciu ostatniej szklanki po piwie i wytarciu stołów szedł do swojego łóżka w pokoju nad pubem i kładł się spać. Wczesnym popołudniem sprawdzał na liście, jakie napoje trzeba będzie wkrótce zamówić i wspólnie z Eve omawiał propozycje prostych dań, których przygotowaniem zajmowała się następnie siostra. W zimowe wieczory pub pękał w szwach. Stuart odnosił często wrażenie, że mieszkańcy Walton nie chcą wracać do swoich domów, a picie piwa w towarzystwie i rozmowy o polityce lub nowinkach miasteczka jest dla nich jedną z niewielu możliwości zabijania czasu i przeczekania do lata, kiedy to miasteczko znowu zapełni się życiem i tysiącami turystów.
Czas pracy w pubie to był czas, którego Stuart nie mógł spędzić z Meg i coraz częściej był zły na siebie za pochopną obietnicę pomocy siostrze. Rozmowy klientów, dowcipy, które poznał już jako dziecko, nachalne wypytywanie o młodą panią psycholog drażniły go coraz mocniej. Raz w tygodniu siostra wypłacała mu kilkadziesiąt funtów zarobku. Świadomy tego, że praca, którą wykonuje jest tylko krótkim epizodem w życiu, Stuart nie chciał podejmować żadnych pertraktacji z siostrą na temat zatrudnienia, godzin pracy i wysokości wynagrodzenia. „Przykro mi, że znowu dzisiaj nie zobaczysz swojej pani psycholog” – komentowała często Eve, zostawiając brata samego w pubie. Z tonu jej wypowiedzi wynikało, że wcale nie jest jej przykro, że zazdrości bratu wypisanego na jego twarzy zakochania i chodzenia z głową w chmurach.
Stuart nieraz zadawał sobie pytanie: „Na czym właściwie polega małżeństwo Eve? Nie znam pary, która tak mało by do siebie pasowała. Co ten delikatny, bojący się własnego cienia William widział w mojej siostrze? Może myślał, że ona przeprowadzi go zdecydowanym krokiem przez życie, zniszczy i usunie wszelkie przeszkody z jego drogi? A może pobrali się tylko dlatego, że kiedyś trzeba się pobrać i założyć rodzinę? Bo tak wypada, bo tego wszyscy oczekują?” Wiadomość, że Eve oczekuje dziecka, bardzo go zaskoczyła. Jej ciąża skomplikowała sytuację w domu, siostra nie mogła zajmować się dłużej prowadzeniem pubu i trzeba było poszukać kogoś spoza rodziny, kto chciałby się tego podjąć.
Po wielu rozmowach z gośćmi pubu znalazł się Ben. Był kolegą Stuarta ze szkoły i wrócił niedawno do Walton po kilkuletnim pobycie w Londynie. Stolica przeraził go tempem życia, nigdy nie poczuł się dobrze w tym wielkim mieście i postanowił wrócić do spokojnego Walton i rodziny. Podczas pobytu w Londynie utrzymywał się z pracy w restauracjach i pubach, miał więc pojęcie o zadaniach, których chciał się podjąć. Po przeciągających się w nieskończoność pertraktacjach Stuartowi udało się przekonać siostrę do podpisania z Benem rocznej umowy o wynajem pubu.
To był dobry wybór – młody najemca był znakomicie zorganizowany, nie bał się pracy i widział w nowym zadaniu dużą szansę. Już po dwóch tygodniach od przekazania pubu w ręce Bena, Stuart mógł ograniczyć swą pomoc do dwóch dni w tygodniu.

Meg

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Van Morrison
Someone like you

W końcu miał czas na spotkania ze swoją dziewczyną. Chodzili z Einsteinem na długie spacery brzegiem morza, po powrocie siadali w przytulnej, ciepłej kuchni Meg i godzinami rozmawiali lub słuchali muzyki. W czasie, kiedy ukochana odwiedzała pacjentów w Walton i okolicy Stuart komponował nowe utwory – pełne czułości i ciepła piosenki, których pierwszym słuchaczem była zawsze Meg. „Obiecaj mi, że nigdy nie zrezygnujesz z muzyki”, poprosiła go pewnego wieczoru. Przytulił ją do siebie, szczęśliwy, że znazł kobietę, która poprze go przy realizowaniu marzeń.
Na początku marca wybrali się do Londynu z odwiedzinami u Stuarta-seniora i Briana. Czekał tam na nich prezent – bilety na musical „Hair”. Następnego dnia w małym teatrze na Soho Stuart z trudnością powstrzymał się od wstania z miejsca – wśród wykonawców rozpoznał swojego przyjaciela z pobytu w Wellington – Louisa w roli Huda. Po spektaklu Stuart wziął Meg za rękę i poszli do garderoby wykonawców. Louis z radością przywitał przyjaciela: „Nigdy nie myślałem, że się tu zobaczymy, nieraz się zastanawiałem, gdzie jesteś i co robisz”. Umówili się na obiad następnego dnia. Meg została u Stuarta-seniora i Briana: „Wy macie sobie na pewno dużo do opowiedzenia, ja tylko będę przeszkadzać”.
Podczas wspólnego obiadu Louis opowiedział przyjacielowi o miesiącach, które minęły od ich pożegnania w Nowej Zelandii. Podobnie jak Stuart on też nie został zatrudniony w kolejnej produkcji teatru w Wellington. Przeniósł się do Christ Church, gdzie dawał koncerty po knajpach. Po raz pierwszy od wielu lat miał wrażenie, że ludzie od lat czekali na jego muzykę. Na pewno zostałby tam do dzisiaj, gdyby nie spotkał dziewczyny, za którą przyjechał do Londynu. Początki w tym mieście nie były łatwe, przez kilka miesięcy występował w klubach jazzowych, ale dochody były tak nieregularne, że nieraz nie miał pieniędzy, żeby dołożyć się do opłat za mieszkanie, które wynajęli wspólnie z dziewczyną. Któregoś dnia przeczytał w gazecie o poszukiwaniu obsady do roli Huda. „To nieduża rola, ale regularna pensja i dobre warunki. Więc dalej stoję tuż przed osiągnięciem sukcesu. Najgorsze jest to, że ja oprócz muzyki niczego innego nie potrafię robić” – zaśmiał się Louis. „I tak jesteś dalej niż ja”, skomentował opowieść Stuart i opowiedział o tym, jak mu się żyło w ostatnich miesiącac. Pożegnali się bardzo serdecznie, z nadzieją, że uda im się jeszcze kiedyś spotkać.
Pobyt w Londynie minął bardzo szybko i czas było wracać do Walton, na Meg czekali tam pacjenci i Einstein, którego opieki przejęła przez kilka dni matka Stuarta. Wracali samochodem Meg. Dziewczyna skomentowała, że Brian i Stuart są idealną parą. „Nigdy nie poznałam ludzi, którzy się tak dobrze rozumieją.” „A my?”, zapytał nieśmiało Stuart, a po chwili dodał „Proszę powiedz mi w końcu, dlaczego przyjechałaś do Walton?”
Przez resztę drogi do domu opowiadała mu o studiach psychologii w Brighton. W kilka dni po rozpoczęciu roku akademickiego zgubiła się w budynku uniwersyteckim i przyszła o pół godziny za późno na wykład z psychologii klinicznej. „Pani straciła dużą część wykładu”, z wyrzutem oświadczył wykładowca i poprosił ją o pozostanie w sali po zajęciach. Ich rozmowa trwała wiele godzin, przerwał ją dozorca, który gasił światła w budynku. Wykładowca chciał wiedzieć o Meg wszystko, pytał o to, dlaczego wybrała właśnie psychologię, kim jest, czego oczekuje od życia. Był pierwszym mężczyzną, przy którym czuła, że jest najbardziej interesującą osobą na świecie.
Zaczęli się regularnie spotykać, chodzili do małej włoskiej restauracji niedaleko uczelni, na spacery, wystawy, do kina.
Kiedy Stan zaczął jej opowiadać o swoich błędach i małżeństwie, w którym był bardzo nieszczęśliwy, Meg myślała tylko o tym, żeby go do siebie przytulić i przekonać, że on też ma prawo do szczęścia. Ich afera trwała cztery lata, które Meg wspominała jako odejścia i powroty Stana do żony, czekanie na jego telefony i kolejne spotkania. W dniu uroczystego wręczenia dyplomów Meg zobaczyła w pierwszym rzędzie Stana trzymającego za rękę drobną blondynkę w bardzo zaawansowanej ciąży. Następnego dnia spakowała swoje rzeczy na stancji w Brighton i przyjechała do Walton, gdzie jako dziecko często spędzała kilka tygodni wakacji.
„To, że się rozumie, dlaczego ktoś się tak zachował, a nie inaczej, to, że się wie, że są ludzie, którzy nie powinni się w życiu spotkać, to, że potrafię wszystko zanalizować i wytłumaczyć, wcale nie pomniejsza bólu”, powiedziała Meg, a Stuart położył jej rękę na kolanie: „Teraz mamy siebie”.

Cdn.

Z Alaski do Patagonii

Ewa Maria Slaska
bo
Hubertos Panamericanos nie pisze

Nazywa się Hubert Suwała, ma lat 37, pochodzi z Łodzi, mieszka w Berlinie. Znam go od kilku lat, przyjaźni(ł) się z różnymi moimi młodymi koleżankami i tak też o nim myślałam, Hubert, znajomy moich koleżanek. A tu nagle jedna z nich zapytała mnie ostatnio, czy wiem, co Hubert teraz robi? Nie wiedziałam, a on tymczasem jedzie na rowerze:

10406443_1418519011799499_6491024080222106151_n

His name is Hubert, he is 37 years old, born in Łódź (Poland), lives in Berlin. His bicycle travel began in Mai 2015. He is now in Santiago de Chile. His bicycle is Surly.

Podróż zaczął pod koniec maja 2015 roku i w tej chwili jest w Santiago de Chile. Jedzie na rowerze marki Surly.

Ciąg dalszy nastąpi / to be continued

Stuart 12

Stuart na rozdrożu, ten facet jest cały czas na rozdrożu…

Joanna Trümner

Powrót do domu

Zgodnie z ostatnim życzeniem ojca Stuart kupił wielką choinkę, która stanęła w jadalni mieszkania rodziców i przypominała rodzinie o tym, że mimo smutku i bezradności po śmierci ojca, za oknami domu toczyło się dalej normalne życie, a inne rodziny przygotowywały się do Świąt, gotowały jedzenie i pakowały prezenty dla najbliższych. Po mieście chodzili ludzie zajęci ostatnimi przedświątecznymi zakupami, nie mogący się doczekać tych kilku szczególnych dni w roku, na ich widok Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że ojciec zmarł w najmniej odpowiednim momencie w roku.

W kilka dni po pogrzebie Stuart, Kate, Eve z Williamem i matka zasiedli przy stole kuchennym w rodzinnym domu, żeby wspólnie ustalić, co robić dalej ze spadkiem po ojcu i pubem – dotychczasowym źródłem utrzymania rodziny i wielkim planem życiowym ojca. Eve rozpoczęła rozmowę od pretensji do rodzeństwa o to, że nigdy nie przejmowali się rodzicami i podczas, kiedy oni dla własnej przyjemności zwiedzali świat, ona została na miejscu i spełniała obowiązki córki. Obowiązki, dla których zrezygnowała z własnych planów. Stuart przysłuchiwał się zarzutom siostry pod swoim adresem w milczeniu i zadawał sobie w duchu pytanie: „Za co ona mnie tak nienawidzi?”

Podczas monologu żony William unikał patrzenia w oczy Kate i Stuartowi. Walczył z zażenowaniem i wstydem, czuł się bardzo niezręcznie w roli biernego świadka rodzinnych porachunków, eksplozji nienawiści i zbieranych latami urazów i pretensji, ale zabrakło mu odwagi, żeby wstać i wyjść. W dalszym przebiegu rozmowy Eve oznajmiła, że gotowa jest przejąć prowadzenie pubu pod warunkiem, że matka przepisze go notarialne na nią i że nie będzie z nikim musiała dzielić dochodów. Poza tym chciała zamienić się z matką mieszkaniami – ona i William mieliby zamieszkać w rodzinnym domu, a matka przeprowadziłaby się do wynajmowanego do tej pory przez Eve i Williama trzypokojowego mieszkania o kilka ulic dalej.

Stuart i Kate popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. „Czyli mama nie będzie miała ani mieszkania ani dochodów?” – skomentowała propozycję siostry Kate. Stuart pełnym współczucia wzrokiem patrzył na Williama i zaproponował, żeby spotkać się ponownie za kilka dni, podczas których on zapozna się z prowadzoną przez ojca księgowością. „A ja myślałam, że zaraz będziesz wracał do swoich tysięcy słuchaczy w Australii”, skomentowała z przekąsem Eve.

Matka najmniej uczestniczyła w tej rozmowie i sprawiała przez cały wieczór wrażenie, jakby żaden z poruszanych tego wieczoru tematów nie dotyczył jej bezpośrednio. Stuart z przerażeniem przypomniał sobie absurdalne sceny z okresu jej załamania psychicznego i pobytu w klinice psychiatrycznej, i wspólnie z Kate zdecydował, że zwróci się o pomoc i radę do Meg, młodej pani psycholog, której już raz udało się pomóc matce w powrocie do życia. Tego samego wieczoru postanowił też, że zostanie w Walton przez najbliższych kilka miesięcy, żeby nie pozwolić starszej siostrze na przejęcie steru w ręce, i zaopiekować się matką. W Australii nie czekała na niego praca, mógł więc sobie pozwolić na poświęcenie kilku miesięcy rodzinie. Następnego dnia zajął się czytaniem skrupulatnie prowadzonych przez ojca zeszytów z księgowością z ostatniego roku i wybrał się do banku, żeby poznać faktyczną sytuację finansową domu w Walton.

Liczby, które poznawał, wprawiały go w zaskoczenie – pub w ciągu ostatnich kilku lat przynosił niezłe dochody. Ponadto ojciec miał ubezpieczenie na życie i od lat wpłacał składki na prywatną rentę, z której matka będzie mogła korzystać. Ta zaskakująco dobra sytuacja finansowa w Walton bardzo uspokoila Stuarta, równocześnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego rodzice nigdy nie korzystali z tych pieniędzy? Na co czekali? Na jakieś inne życie, na jakieś później, jutro, którego już nie spędzą razem?

Miłość

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Bob Dylan

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Norah Jones

Siedział nad słupkami cyfr, które powoli zlewały mu się w jedną całość, postanowił więc pójść na spacer nad morzem i poukładać myśli. Długo spacerował po mokrym piasku na pustej plaży. W chwili, kiedy chciał zawrócić i pójść do domu zobaczył w dużej odległości kobietę z wielkim seterem. Pies musiał być jeszcze bardzo młody, wyrywał się ze smyczy i ciągnął za sobą kobietę, która w pewnej chwili nie potrafiła mu dłużej stawiać oporu i przewróciła się. Seter parł do wody, ciągnąc ją za sobą, widać było, że kobieta nie panuje nad sytuacją i nie jest wstanie zatrzymać biegu psa. Stuart podszedł, jednym silnym ruchem powstrzymał katastrofę i dopiero wtedy spojrzał ku nieznajomej, w której z zaskoczeniem rozpoznał Meg, psycholożkę. „Dlaczego trafił mi się najgłupszy pies na świecie?”, przywitała go z uśmiechem. „I jak mogłam go nazwać Einstein?”

Sytuacja była tak komiczna, że obydwoje nie potrafili opanować śmiechu. „Nobla nie dostanie, nie musisz się martwić. Dobrze, że się spotkaliśmy, i tak chciałem się z tobą porozmawiać”. „Słyszałam o twoim ojcu, bardzo mi przykro”. „To był dla nas szok i boję się, że mama sama się nie pozbiera, więc gdybyś znalazła chwilę czasu na spotkanie z Kate i ze mną…” „Chętnie, ale chyba nie teraz” – odpowiedziała pokazując na mokrą i brudną od piasku kurtkę. Stuart odprowadził ją do domu, trzymając na smyczy niesfornego Einsteina. Na pożegnanie umówili się na wieczorne spotkanie u niej w domu. O siódmej Stuart siedział z siostrą w przytulnej kuchni Meg i głaskał po głowie Einsteina, który wyraźnie ucieszył się na jego widok.

Rozmawiali o śmierci ojca, o matce, która sprawiała wrażenie zupełnie nieobecnej myślami i o Eve, która wykorzystała ten zupełnie nieodpowiedni moment na wypowiedzenie wojny rodzinie. Meg opowiadała im o miesiącach, które minęły od ich ostatniego spotkania, o pracy w szkole w Walton i okolicznych domach starców i rosnącej liczbie prywatnych pacjentów. A potem z ciekawością słuchała opowiadania Kate o życiu w Niemczech i wrażeń Stuarta z Australii. Pod koniec rozmowy rodzeństwo poprosiło Meg o spotkanie z matką i ocenę sytuacji. Kiedy krótko przed północą Stuart Kate opuszczali mieszkanie Meg, Stuart już cieszył się na spotkanie w przyszłą sobotę. W drodze do domu Kate powiedziała: „Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Do ciebie by zresztą też świetnie pasowała”. Stuart nie skomentował uwagi siostry, ale w duchu pomyślał, że nikt inny tak dobrze nie potrafi odgadywać jego myśli.

Dzięki radom Meg podczas następnej rodzinnej narady panowała spokojniejsza atmosfera. William nie pojawił się na tej rozmowie, na prośbę Stuarta uczestniczył w niej brat matki Stuart-senior. Rada rodzinna ustaliła, że prowadzenie pubu przejmie Eve, w zamian za co będzie płacić matce miesięcznie 100 funtów czynszu. Pieniądze, które do tej pory zaoszczędzili rodzice zostaną do dyspozycji matki. Eve, której bardzo zależało na notarialnym przepisaniu na nią mieszkania i pubu nie była zadowolona z przebiegu rozmowy: „Po co wam ten pub i mieszkanie? I tak nie będziecie tu mieszkać!” Za namową Stuarta-seniora udało się ją uspokoić i odroczyć dalsze decyzje na rok.

Kate wróciła do studentów w Berlinie, w dzień po jej wyjeździe Stuart poszedł na pocztę i zadzwonił do Iana. Powiedział, że przez następnych kilka miesięcy nie wróci do Australii: „Możesz więc podnająć mieszkanie, ja na razie muszę tu zostać”. W odpowiedzi usłyszał, że zawsze będzie na niego czekało miejsce do spania w mieszkaniu przyjaciela.

W drodze do domu poszedł na na cmentarz i stojąc nad grobem ojca prowadził z nim w myślach długą rozmowę – jedną z tych rozmów, których nie udało mu się przeprowadzić za życia. Wieczorem spotkał się z Meg. Jej relacja ze spotkania z matką bardzo go uspokoiła. Meg obiecała odwiedzać matkę raz w tygodniu – nie jako psycholożka, lecz raczej jako przyjaciółka domu. Na pytanie o dalsze plany Stuart opowiedział Meg o swoim życiu w Australii, o samotności w Walton i wątpliwościach, czy jego marzenie o karierze muzycznej ma jakikolwiek sens. Jego dotychczasowa droga: Londyn, Sydney, Wellington, Berlin brzmiała co prawda jak długa seria sukcesów, ale w rzeczywistości zdawał sobie sprawę z tego, że ciągle jeszcze stoi na początku drogi. „A czego Ty szukasz w Walton?”, zadał Meg pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie. „Nikt przecież dobrowolnie nie przeprowadza się z Londynu do tej dziury, gdzie nigdzie nic się nie dzieje i gdzie ludzie marzą tylko o tym, żeby nic się nie zmieniło”. „Nie przesadzaj, i tu coś się czasami zmienia, na przykład pub będzie prowadzony przez młodą kobietę”. Po krótkiej przerwie dodała: „Chciałam o czymś zapomnieć”. Zrozumiał, że na dalszy ciąg tej historii będzie musiał czekać i zmienił temat. Z trudnością powstrzymał się od przytulenia jej. W drodze do domu pustymi ulicami Walton Stuart miał przed oczami Meg i wiedział, że stała się dla niego kimś bardzo ważnym.

Cdn.

Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka