Barataria. Odjazd

Marek Włodarczak

W lipcu 2019 roku trójka uczestników Civil March for Aleppo spotkała się w marinie Wdzydzki Kąt, skąd podjęła próbę Ewakuacji na Wyspy Szczęśliwe. Na miejscu do ekipy dołączyła kamerzystka / reżyserka filmowa oraz dziecko.

Próba przebiegła dobrze, ale wyszły na jaw niedostatki w wyszkoleniu żeglarskim. Okazało się, że nie potrafimy żeglować na mocno przeciekających łodziach i przy przeciwnych wiatrach. Pływanie na sprawnym jachcie „Odyseusz” wychodziło nam dobrze, tylko że jachty tego typu służą do zasłużonego wypoczynku po pracy, a nie do ucieczki przed skutkami pracy*.
Takie jachty w razie Ewakuacji zostaną zajęte przez polityków, biznesmenów i innych gangsterów, a nam pozostaną dziurawe łodzie o starych podartych żaglach, często bez steru. Trzeba również liczyć się z tym, że biednemu zawsze wiatr wieje w oczy.
Myślę, że dobrze byłoby zorganizować kurs żeglowania na orp Szefowej. Orp Szefowa spełnia wszystkie warunki łodzi nie nadającej się do normalnego żeglowania, ale jako „dar hasioka” świetnie nadaje się do ćwiczenia ewakuacji w każdych warunkach.

*Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk , pracy jego umysłu, dążeń jego woli. Człowiek coraz bardziej żyje w lęku, że jego wytwory, mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam w dziejach kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Napisał Jan Paweł II w Encyklice Fides et ratio 21 lat temu. „ Świat znalazł się w stanie głębokiego globalnego kryzysu. Ten złożony wielowymiarowy kryzys ogarnął wszystkie aspekty naszego życia – zdrowie i warunki życia, jakość środowiska i stosunki społeczne, gospodarkę, technologię i politykę. Skala i ostrość tego kryzysu nie mają precedensu w dziejach ludzkości,  napisał Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny 37 lat temu. Oświecenie – rozumiane jako postęp myśli – zawsze dążyło do tego, by uwolnić człowieka od strachu i uczynić go panem. Lecz oto w pełni oświecenia ziemia stoi pod znakiem tryumfującego nieszczęścia. Napisali Adorno i Hockhaimer w pracy Dialektyka Oświecenia 72 lata temu.

Jedna z łodzi, jakie pozostaną nam zwykłym ludziom do dyspozycji, jeśli trzeba się będzie ewakuować. Odyseusz, którym autor pisze w tekście, i jego bracia i siostry w żaglach, zostaną zajęte przez pięknych, młodych, zdrowych i bogatych.

Kobiety i Księżyc

W imieniny 2018 roku Julita Bielak przysłała mi ten wiersz, a ja już wtedy natychmiast przygotowałam ten wpis. Ponieważ to również poniedziałek, to jest on baratarystyczny, ale gdy go zaczynam, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ten w oryginale hiszpańskojęzyczny wiersz zaprowadzi.

1. Julita Bielak

Ewo Mario, na imieniny życzę Ci dobrych dni, bogatych w rzeczy ważne, od dawna planowane albo wymarzone, zdrowia.

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta,
w kobiecie, która czuje zbyt wiele,
w kobiecie, która pisze…

Nie zakochuj się w kobiecie
wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu,
w kobiecie, która ma wiarę w siebie.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która śmieje się lub płacze, gdy się kocha,
która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej…
w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne)
lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem,
która nie może żyć bez muzyki.

Nie zakochuj się w kobiecie
intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej.

Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie.
Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie,
czy pozostanie z tobą czy nie,
czy będzie cię kochać, czy nie,
od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz.
Nigdy.

Martha Rivera Garrido
❤️
Colin Page, olej

2. Martha Rivera Garrido

Nació en Santo Domingo, República Dominicana, el 19 de enero del 1960 y es biznieta del gran poeta dominicano Gastón Fernando Deligne. Poeta, narradora, ensayista de las que no abundan ni en las letras dominicanas ni en la Tierra toda, es nuestra. Como nuestra fue su otra forma de hablar: un largo silencio que no necesita traducciones. Mujer. Domadora de nudos. Biografía de un azar. Medida de rescate que nos privó de su bien: textos provocadores que agonizan bajo la superficie de un inequívoco lenguaje de poderosa alquimia filosófica. Impecable y desobediente, su trabajo nos inquieta y derrota. !Oportuno socorro espanta desazón, espanta desaliento! Esta es tu casa. Gracias.

A więc wyspiarka! Musiało tak być. Dziś poniedziałek. Dzień Księżyca i Baratarii. Nie zakochuj się jest najsłynniejszym wierszem Marty. Marta jest też tłumaczką z angielskiego, tłumaczyła między innymi wiersze Ann Sexton, Sylvii Plath i Williama Carlosa Williama. Feministka. Profesorka na gościnnych występach, ucząca pisania kreatywnego. Przed dwudziestu laty nakręciła film autorski Artyści Kwietnia, o artystach z czasu wojny domowej na Dominikanie w 1965 roku, zakończonej interwencją zbrojną USA.

3. Święta Ingrid

2 września to też dzień świętej Ingrid. Powiedziała mi o tym wiosnę tego roku katalońska przyjaciółka o niemieckim imieniu Ingrid. Czyli również ta część wpisu poczekała wiele miesięcy, zanim przyszedł jej czas. Zaglądam do Wikipedii. Na szczęście Ingrid nie była jedną z tych umęczonych nieszczęśnic wczesnego średniowiecza, trzymanych w lochach, łamanych kołem, poddawanych karze ognia, wody i krzyża za swą decyzję życia w cnocie. Wybacz mi Julito, ale dwie twoje patronki to były takie właśnie święte męczennice.

Ingrid, po polsku Ingryda, należała do grona tych świętych europejskiego średniowiecza, które najbardziej lubię – była jedną z tych władczyń, królowych, księżniczek, szlachcianek, zamożnych mieszczanek czy biednych praczek, które zakładały wspólnoty kobiece – beginek, tercjarek, sióstr zakonnych. Budowały kościoły i klasztory, albo jak u nas – uniwersytety. Te wszystkie Elżbiety, Hedwigi, Jadwigi, Brygidy, Katarzyny, Jutty, Ewy. To były nasze poprzedniczki i warto o nich pamiętać.

Ingryda Szwedzka (Elofsdotter), – ur. ok. 1220 lub 1235 (15 lat różnicy! nieźle!) w Skänninge, zm. 2 września lub 9 października 1282 tamże – ach to tylko miesiąc i tydzień, bagatelka) – szwedzka zakonnica, wdowa, założycielka pierwszego dominikańskiego klasztoru w Szwecji (szw. Skänninge nunnekloster) i jego pierwsza przeorysza, mistyczka i stygmatyczka, błogosławiona Kościoła katolickiego.

Urodziła się w arystokratycznej rodzinie, jako córka Elova i wnuczka (ze strony matki) szwedzkiego króla. Matka, nieznana z imienia, była siostrą arcybiskupa Folke Johanssona Angelesa. Ingryd w młodym wieku wydano za mąż, nie wiadomo jednak ani kiedy, ani za kogo. Po śmierci męża, wraz z siostrą Krystyną i innymi niewiastami, założyła grono tercjarek, pod przewodnictwem lektora Piotra z Dacji, które współpracowały z dominikanami ze Skänninge. Z przekazów Piotra wiadomo o mistycyzmie i stygmatach Ingrydy.

Pielgrzymując do Ziemi Świętej i Rzymu Ingryda uzyskała od papieża Marcina IV pozwolenie na założenie w rodzinnym mieście żeńskiego klasztoru. Uposażył go brat, Jan Elovson, reszta rodziny też go hojnie obdarowała. Uroczyste otwarcie miało miejsce w 1281 roku w obecności króla Magnusa I. Ingryda przyjęła habit dominikański i została pierwszą przeoryszą klasztoru. W rok później zmarła. Jej następczynią została jej siostra Krystyna, a ona sama została otoczona czcią.

W 1418 roku, podczas soboru w Konstancji, rozpoczęto jej proces beatyfikacyjny, który zakończył się w 1499 roku. W 1508 dokonano translacji relikwii do sanktuarium. W XVI wieku Ingryda była czczona jako święta, jednak jej kanonizacja na skutek reformacji nie doszła do skutku.

Jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 2 września lub 9 października.

Katolicki portal Deon dodaje, że w Polsce imię to nie występuje, ale i tak wszyscy znamy najsłynniejszą kobietę o tym imieniu – Ingrid Bergman. Jej najsłynniejszym filmem jest oczywiście Casablanka (1942), gdzie grały dwa bóstwa kina – ona i Humphrey Bogart. W roku 1978 zagrała w Sonacie jesiennej Ingmara Bergmana. Julita Bielak – tak właśnie zamykają się kręgi. Bergman cię fascynował, wiemy o tym z Księżyca myśliwych, książki, którą napisałyście razem z moją siostrą, Kasią Krenz.

Dziś pełnia Księżyca. Piękne urodziny.

Lato w wierszach

Teresa Rudolf 

Baba-Jaga i Czarny Dziad

Pastelowe wspomnienia,
delikatniutkie jak sam tiul,
marzenia kiedyś  kolorowe
utkane z nadziei pachnącej,
koloru  groszku zielonego.

Ciepło w sercu, podmuch
myśli beztroskich w kozi róg
zapędzających z niewiedzy,
radość istnienia nóg i rąk,
ruch w żywotności niebywały.

Doświadczanie siebie, świata
porządku i nieporządku jego,
coraz więcej zdziwienia nad
realnością życia, w szwach
pękającego od różnosci…

Otwieranie i zamykanie drzwi życia,
stanie w drzwiach niepewności,
co za nimi, lęk, bo tam straszy,
lęk przed Babą-Jagą dla doroslych,
przed Czarnym Dziadem, bo zabiorą…

No i zabierają różnie, niektórych
w dorosłość, niektórych już dawno
w starość, niektórych w  radość,
niektórych w smutek, zabierają
czy chcemy, czy nie…

Ale gdzieś tam na dnie duszy
pastelowe wspomnienia jak tiul,
wciąż jakieś marzenia jak ten
podmuch wiatru z wysp zakazanych…
z wysp wybranych i szczęśliwych…

Kiedy zamykam oczy …
….przed snem..
I jest  dobrze…
…bo wciąż jest…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Barataria. Wyspy Szczęśliwe. Wiersze (28)

Wyjeżdżam na Wyspy Szczęśliwe, choć  autor, który mnie tam zaprosił, ogłosił w międzyczasie, że Wysp już nie ma. Zobaczymy jednak. Na pewno jednak Barbie umarła, tak jak umarły Urszulka i lalka Lola, mieszkanki Wysp Szczęśliwych.

Tabor Regresywny

W związku z kolejną odsłoną Apokalipsy, Tabor Regresywny pod kierunkiem Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego, autora “Historii seksu”, organizuje ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Ewakuacja ograniczona do Kobiet i Dzieci. Dla mężczyzn przygotowaliśmy kurs: “Jak być kobietą”.

Jednym z mieszkańców Wysp jest…
…Kot Wdzydzki, endemiczny, niegroźny, tylko jak sobie wypije to lepiej mu schodzić z drogi.

Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie, na Wyspy i na spotkanie z kotem. Przyjęłam.

Niestety po kilku dniach od tej pięknej zapowiedzi i zaproszenia, ukazał się kolejny wpis na FB…

Piecyk do kawy typu Dar Hasioka, model Wdzycki Kąt (patrz zdjęcie poniżej). A Wysp Szczęśliwych już nie ma. Były, ale zostały wykupione przez koncerny turystyczne. Pobudowali tam hotele i baseny, zatrudniają miejscowych, by w regionalnych strojach udawali, że są szczęśliwi. Prawdopodobnie w Kosmosie są Wyspy Szczęśliwe. Pytanie jak się tam dostać, jednocześnie wystawiając do wiatru koncerny turystyczne wszelkiej maści?

A tu jeszcze pierwotna wersja piecyka do kawy.

Kiedyś w Berlinie autor pojawił się z piecykiem, który składał się z kubka i ogniska nieconego z roślin przydrożnych. Ta wersja (chyba) nie doczekała się zdjęcia.


PS od Adminki. On już TU był.

PS z Wikipedii i innych źródeł: Wyspy Szczęśliwe (gr. Μακάριοι Νήσοι Makárioi Nḗsoi) – w mitologii greckiej część Hadesu – miejsce, dokąd (według niektórych wierzeń) mieli się udawać cnotliwi zmarli, by tam zaznawać wiekuistego spokoju. W XVI wieku często utożsamiano je z Wyspami Kanaryjskimi.

PS z jednym wierszem i zdjęciem (Autor Jan Kochanowski, Foto EMS).

TREN X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała?
W którą stronę, w którąś sie krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez tęskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim?
Czy człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.


Lalka Lola,
kto ją wrzucił do śmietnika?
Wyrzucona, tak, ale jednak ktoś ją tu starannie ułożył.

Zdjęcia Autor, zdjęcia lalek – Adminka.

Barataria 94 Różowe wyspy na niebieskim morzu

Ewa Maria Slaska

Surrounded Islands / Otoczone wyspy / Umgebene Inseln

Wykonali je w latach 1980-1983 Christo i Jeanne-Claude. Ich projekt artystyczny obejmował usypanie w zatoce Biskańskiej, w okolicy najsłynniejszego miasta na Florydzie – Miami, 11 sztucznych wysp, które zostały otoczone matami uplecionymi z różowych sznurów polypropylenu.


Gdy Christo i Jeanne Claude budowali te swoje wyspy, mieszkałam jeszcze w Polsce, zajmowałam się wychowywaniem dziecka, staniem w kolejkach, zaprawianiem na zimę wszystkiego, co człowiekowi w ręce wpadło, i walczeniem o odzyskanie niepodległości i suwerenności państwa polskiego. Między rokiem 1980 a 1983 przeżyliśmy strajki sierpniowe, podpisanie porozumień pomiędzy strajkującymi i władzą, półtora roku Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego i jego trwanie, które zaczęło się od grozy, a zakończyło potworną beznadzieją…

I w dobrych i w podłych czasach podtrzymywało nas jednak na duchu, że “świat o nas wie”, “pamięta” i “nie pozwoli”.

Dopiero po latach zorientowałam się, że nawet dla ludzi w Polsce te cztery tak dla mnie znaczące lata mogły mieć inną konotację. W roku 1980 rozpoczęła się kariera Kory i Maanam, w roku 1981 powstał Lombard, którego utwory w roku 1982 weszły na listę przebojów, a latem ukazały się na płycie Śmierć dyskotece!, która osiągnęła status złotej płyty. W Polsce lata 80. to boom muzyki rockowej, ale dociera też łagodne Italo Disco, które tak spodobało się Polakom, że już w następnej dekadzie na jego bazie wytworzyliśmy nasz rodzimy gatunek – Disco Polo. Grają Republika, Kryzys, Brygada Kryzys, ERSATZ, Aya RL, Tilt, Madame, Siekiera, 1984, Klaus Mitffoch, Lech Janerka, Variété, Kult, Maanam, Rezerwat, Bikini, Made in Poland, Obywatel G.C., Novelty Poland, Brak, Kontrola W., wczesny Lady Pank. Rok 1983 i płyta Kryzysowa narzeczona to szczyt ich popularności. Mniej niż zero – polityczna piosenka Lady Pank z roku 1983 znajduje się na liście 100 przebojów PRL. Oczywiście jakiś znaleziony przeze mnie w sieci znawca muzyki z tamtych czasów nie wymienia Kaczmarskiego, Kelusa ani Grechuty, czyli tej muzyki z lat 80., której my wciąż jeszcze słuchamy.

Moja niewiedza na temat tego, co się w latach 80 działo w Polsce poza sferą polityczną sięgnęła szczytu podczas jakiejś dyskusji już w Berlinie w latach zerowych. Pewien młodszy ode mnie o pokolenie pan kłócił się ze mną o słowo alternatywa. On myślał o polskiej muzyce lat 80, która się potem, jeśli dobrze pamiętam tamtą dyskusję, skomercjalizowała i podupadła, ja myślałam o subkulturze alternatywnej na Kreuzbergu w latach 80.

Mało się nie zabiliśmy.

A więc tak, my nic nie wiemy o nich, oni nic nie wiedzą o nas, a “świat” się nami tak czy owak nie interesuje. Jest rok 1980 – Christo i Jeanne Claude prezentują władzom Miami pierwszą wersję projektu różowych wysp. Od roku 1981 prawnicy i fachowcy zabiegają w imieniu artystów o uzyskanie pozwoleń na realizację projektu. Muszą uzyskać zgodę 11 ważnych instytucji, w tym Armii USA. Jak zawsze, artyści pracują za darmo, nie przyjmują dotacji ani grantów, korzystają z pomocy wolontariuszy, a niezbędne pieniądze uzyskują ze sprzedaży rysunków i fragmentów różowej folii.

7 maja 1983 roku instalacja jest gotowa. 11 sztucznych wysp zostaje ujętych w różowe kołnierze o szerokości 61 metrów – do ich realizacji zużyto 604 metry sześcienne folii. Instalacja zajmuje powierzchnię 11 kilometrów kwadratowych. Przez najbliższe dwa tygodnie można ją oglądać z samolotów, ulic nadbrzeżnych, łodzi i mostów pontonowych.
I jest to ogromny sukces!
Sukces artystyczny, ale przede wszystkim społeczny. Ludzie są razem, spotkali się bez żadnego innego celu, tylko chcą obejrzeć dzieło szalonych artystów. Nie ma kawiarni ani restauracji, jest tylko sztuka i oni. W mieście, które borykało się z ciężkimi niepokojami społecznymi na tle majątkowym i rasowym, nagle można było być razem. W ciszy i spokoju. Bez wrzasku, bójek i transparentów. Otoczone folią wyspy pomogły mieszkańcom Miami znaleźć jakiś modus wspólnego życia.

Nie wiedziałabym, o czym do dziś z nostalgią piszą dziennikarze, gdyby nie fakt, że przeżyliśmy to samo w Berlinie. Jeanne Claude i Christo po raz pierwszy postanowili zapakować Reichstag w roku 1972, ale projekt udało się zrealizować dopiero w czerwcu 1995 roku. Berlin się zjednoczył, bo – oczywiście – Niemcy się zjednoczyły. Zapadła decyzja, przeniesienia stolicy i siedziby rządu z przytulnego Bonn do tego okropnego, zimnego i ponurego Berlina. Nikt tego tak naprawdę nie chce, ale racja stanu wymaga podjęcia niesympatycznej decyzji. Reichstag, dawna siedziba władzy niemieckiej, ogromny budynek (wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem stał pałac hr. Atanazego Raczyńskiego), stoi od roku 1933 nie używany. Hitlerowska prowokacja, jaką było podpalenie Reichstagu, wyłączyła budynek z użytku. Okres władzy Hitlera, wojna, czas powojenny, budowa Muru Berlińskiego – żadne z tych zdarzeń nie odcisnęło piętna na wielkiej budowli. Reichstag nie jest ruiną, ale świeci pustkami. Jeśli nowy rząd zjednoczonych Niemiec ma tu zacząć pracę, gmach musi zostać odbudowany. Zanim to jednak nastąpi, Jeanne Claude i Christo opakują Reichstag.

Berlińczycy, którym z reguły nic się nie podoba, są niezadowoleni z projektu, ale artyści w towarzystwie wolontariuszy zabierają się do pracy. I potem, nagle, z dnia na dzień – wszystko się zmienia. Nagle cały Berlin jest zachwycony. Pojawiają się głosy, że dobrze by było zostawić na zawsze tę wspaniałą instalację, bo to jedyny sposób, by nie musieć oglądać tego paskudnego budynku. Jest lato, jest ciepło, kwitną lipy, wszyscy idą pospacerować wokół opakowanego Reichstagu. Jeśli byliśmy wczoraj, nie szkodzi, dziś też pójdziemy. Wszyscy są mili, wszyscy się lubią, nikt nie wrzeszczy, nie ma żadnych haseł, ani za, ani przeciw… Opakowany Reichstag sprawił, że pogodziliśmy się ze sobą, z historią, teraźniejszością i przyszłością.

Można było zacząć żyć w nowym świecie. I wcale nie było to (i nie jest) złe życie.

Napisałam ten tekst przed kilkoma tygodniami, 12 listopada, po tej strasznej demonstracji neonazistów w Warszawie, na której czele szli panowie P – premier i prezydent, a za nimi ćwierć miliona ludzi. Część z nich wrzeszczała, że Polska dla Polaków i Europa dla Europejczyków.

Zastanawiam się, czy Christo mógłby opakować Pałac Kultury? Albo stadion? Nie, chyba jednak Pałac Kultury. Christo jest już starszym panem, ma 83 lata, ale może mógłby się jeszcze raz podjąć wielkiego dzieła? W tym roku zorganizował projekt Mastaby w Londynie, może mógłby przenieść się na chwilę do Warszawy.

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Barataria 90 Niezależna Republika Gemmy

Już dawno obiecałam Czytelniczce i Czytelnikowi, że jeszcze raz napiszę o książce Antonia Skarmety Wesele poety. Tym razem temat absolutnie baratarystyczny: marzenie o idealnym państwie na wyspie. 

Tekstu nie ma w sieci, nie mam pod ręką skannera, program OCR lekceważy moje zdjęcia. Przez dwa chłodne i słoneczne jesienne poranki w Ramsey koło Nowego Yorku przepisywałam dla Was, Czytelniczko i Czytelniku, ten tekst ręcznie na angielskiej klawiaturze, na której Y i y zamieniły się miejscmi z Z i z, a a,e,s,c i tak dalej w ogóle nie było, wstawiłam je zatem w kolejny poranek, korzystając z pomocy programu spolszcz.pl.

I

Był kiedyś czas obfitości na pewnej maleńkiej wyspie u brzegów Malicji, Winogrona pęczniały w słońcu, krągłe i połyskliwe niczym kocielne dzwony, deszczu oczekiwano jak wizyty krewniaka, którego witamy z radością i żegnamy z ulgą, a panny łagodnie lecz stanowczo wzbraniały swych względów ognistym zalotnikom, dopóki nie połączyły się z nimi świętym węzłem małżeńskim. Najpiękniejszą ze wszystkich była Marta Matarasso i powszechnie czyniono zakłady, komu odda rękę, gdy ukończy siedemnaście wiosen. Żyją jeszcze w owym odległym zakątku wnuki tych, którzy stawali o nią w szranki: tancerzy w lakierkach, rybaków o miedzianej skórze, studentów bardziej jurnych niż pilnych, wystrojonych w surduty urzędników o cudacznych wąsiskach i niezliczonej rzeszy wielbicieli nieokreślonego autoramentu.

Wprawdzie już poczciwy Kartezjusz obwieścił światu, iz zdrowy rozsądek to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, jednak owa odległa wysepka stanowiła wyjątek od reguły. Wiosenne fluidy były tu tak silne, że mężczyźni doznawali ukojenia dopiero z nadejściem lata, kiedy statki przywoziły na sąsiednie plaże wyblakłe Angielki i mączyste Szwedki, które litościwie udzielały wieśniakom tego, czego miejscowe dziewczęta tak zazdrośnie strzegły, dziergając szydełkiem koronkowe serwetki w oczekiwaniu na chwilę, gdy “czerwona perła cnoty” uwieńczy triumfalnie noc poślubną. jak to lirycznie ujmuje weselna przyśpiewka, którą jeszcze i dziś można usłyszeć.

Chociaż nikomu nie brakło niczego, wszyscy mieli mało, chcąc zatem podbijać kobiece serca, wyspiarze dysponowali jedynie kapitałem własnej inwencji. Wiele się jednak zmieilo, gdy w miasteczku otwarto dom handlowy “Europa”, wzorowany na wielkich magazynach jak “Harrod’s”, “Gath and Chavez”, “Temperley” i “Thompson”. Zważywszy, że jedyne oszczędności mieszkańców wyspy stanowiły pryszcze na tyłku i łupież we włosach, klientela składała się głównie z roztragnionych mężów Szwedek i Angielek, którzy kupując tu “szkocką”, hawańskie cygara, szampana i koszulę z włoskiej popeliny, nie musieli płacić cła.

Tak więc korzyści z handlu czerpał tylko właściciel sklepu oraz władze centralne w odległej metropolii, co stało się zarzewiem buntu przeciwko imperium, inspirowanego przez miejscowych wywrotowców, którzy nabili sobie głowy separatystycznymi mrzonkami. Pod koniec XIX stulecia na wyspie działało kilka tajnych stowarzyszeń, liczących w czasach swej świetności nawet do tuzina bojowników. Przywódcą jednej z owych prężnych organizacji, José Coppeta, przyjęty został w rządowym pałacu, gdzie minister ziem i kolonizacji skwapliwie wręczył mu spisany na ozdobnym papierze dokument, zgodnie z którym przyznawał wyspie Gemmie autonomię oraz wszelkie swobody obywatelskie przysługujące wolnym narodom, w tym prawo do własnej falgi oraz używania lokalnego dialektu jako języka oficjalnego.

Naoczny świadek tej uroczystej sceny mówił potem, iż minister podszedł do wiszącej na ścianie gabinetu mapy, wykonanej w Paryżu, po czym zażądał, by Coppeta wskazał mu nowe państwo. Buntownik z dumą puknął palcem w mikroskopijną kropkę, oddaloną o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy, na co dygnitarz miał wówczas powiedzieć: “Nie za blisko i nie za daleko” – zdanie sybillińskie i niejednoznaczne, skrywające jakieś niejasne intencje.

Następnie poprosił gościa o podanie dokładnych personaliów i podyktował sekretarzowi edykt, mocą którego mianował z owym dniem Coppete prezydentem rodzącego se państwa. Zapytany, jaką nazwę nosić będzie jego niepodległa ojczyzna, świeżo desugnowany prezydent bąknął nieśmiało , iż pozostanie przy dawnej nazwie, ale uzupełnionej o sformułowanie “Niezależna Republika”.

– Niezależna Republika Gemmy – powtórzył głośno minister, delektując się brzmieniem tych słów. – Nieźle.

Następnie zasugerował Coppecie, aby po upływie rozsądnego terminu pozwolił się wybrać w demokratycznych wyborach, jako że urzędy przyznawane w sposób arbitralny budzą wcześniej czy później niezrozumiały sprzeciw fanatyków demokracji, tej bandy rozwydrzonych ciemniaków, którzy mylą statystykę z inteligencją.

Nominat, uradowany niespodziewanie pomyślnym zakończeniem misji, docenił życzliwą radę i przyrzekłszy wziąć ją sobie do erca, złożył ministrowi wyrazy najgłębszej wdzięczności, płynące z “tellurycznych otchłani malicyjskiej ziemi”, po czym przepraszając za brak dyplomacji, oświadczył, iż musi się zaraz pożegnać, bo ucieknie mu statek, a chciałby jak najprędzej zanieść szczęsną nowinę swojemu ludowi. Dostojnik nie tylko wybaczył ekspodwładnemu zrozumiały pośpiech, ale nawet oddał mu do dyspozycji własny powóz, zapytawszy mimochodem, lecz z wielce obiecującą kurtuazją, jak też nazywa się ów statek. Coppeta wyjął bilet i odczytał na głos: “Charon”. Dygnitarz uśmiechnął się szeroko, prezentując nienaganne uzębienie, a następnie wyrzekł owe jakże enigmatyczne, lecz pamiętne słowa: “Bardzo ad hoc“.

Podczas niezobowiązującej, romatycznej pogawędki, jaką na pokładzie “Charona” odbył w blasku księżyca z Anną Dickmann, niemiecką turystka o roziskrzonych oczach, José Coppeta pochwalił się dokumentem proklamującym niepodległość ojczystej wyspy oraz własną nominacją.

Tymczasem nazajutrz rano, zaledwie kilka godzin po owej idyllicznej konferencji pod gwiazdami, kapitan “Charona” Piotre Heftanovic, ze skandalicznym brakiem taktu, wezwał na pokład wszystkich pasażerów i zademonstrował im głowę, odciętą, jak mniemał, ciosem tureckiej szabli. Niedbale złożywszy do kupy obie części nieboszczyka, zapytał zgromadzonych, czy znają tego człowieka i czy wiedzą, kto tak ostro się z nim rozprawił. Anna Dickmann, nie umiejąc ukryć przerażenia, wstrząśnięta nagłym i przedwczesnym wdowieństwem, że patrzą oto na śmiertelne szczątki prezydenta Niezależnej Republiki Gemmy. Nominację widziała na własne oczy, gdzie zatem podziały się owe dokumenty?

Admirał Piotre Heftanovic poprosił piękną damę, by zechciała podejść do bakburty i wskazując dwie papierowe łódeczki, nakłonił ją, żeby własnoręcznie puściła je na wodę.Kruche stateczki w kilka sekund zatonęły w odmętach morza, którego niezwykły błękit opiewał kiedyś Homer.

– Obawiam się, droga pani, że straciliśmy je bezpowrotnie. Jak zeznała potem Fraulein Dickmann, Heftanovic dorzucił wtedy kilka słów, których znaczenie pojęła tak dobrze, iż powyższe fakty zgodziła się ujawnić dziesięć lat później, już po śmierci admirała.

– Nie muszę chyba mówić, droga Fraulein – iż jej wielbiciele ponieśli by nieodżałowaną stratę, gdyby przez pani nedyskrecje ta śliczna główka odpadła od łabędziej szyi, niwecząc zachwycająca harmonię, opartą na nierozerwalnej jedności wszystkich części ciała.

Z twarzy Anny Dickmann znikł nagle ów miedziany odcień, jakiego jej cera nabrała w pierwszych dniach malicyjskiego lata, a bladą skórę w jednej chwili popstrzyły rude piegi, Poprzysięgłszy sobie w duchu trzymać się z daleka od całej sprawy, skwitowała powyższą wypowiedź jednym pragmatycznym germańskim słówkiem: Verstehe – rozumiem.

Incydent ów stał się dla buntowników pouczającym przykładem, gdy więc wybuchło kolejne powstanie, pertraktacji z metropolią podjął się niejaki José East, żydowski krawiec. któremu obca była wszelka chciwość i dlatego osiedlił się na Gemmie, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami jako wyznawcę anarchizmu i wielkiego erudytę. Od razu dołączył do grona zalotników, kręcących się wokół Marty Matarasso, którą miał nadzieję olśnić trzydziestostronicową broszurą na temat wywrotowych idei Starego Testamentu, publikowaną w odcinkach na łamach gazety “Republika”.

W głównym mieście portowym kontynentu przyjął go na audiencji ten sam minister ziem i kolonizacji, który zamiast nominacji wręczył mu czek in blanco oraz abonament do burdelu madame Gudizy. W murach owej świątyni East z miłosnym zapałem i nader gorliwie głosił rewolucyjne idee Pisma zachwyconym adeptkom, które urządziły mu pożegnanie godne maharadży, kiedy po miesiącu przekonały się, że czek nie był bez pokrycia.

Z wrodzoną swej rasie mądrością East przezornie powstrzymał się od powrotu na Gemmę, a towarzysze anarchiści zamieścili o nim w “Republice” artykuł zredukowany do wiele mówiącego nagłówka: “East wybrał West”.

Przekład Dorota Walasek-Elbanowska

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

Barataria 88 Pitcairn

Lech Milewski

Barataria Pacyfiku

Kilka tygodni temu pisałem tu o Wyspach Kokosowych, swoistej Baratarii oceanu Indyjskiego. Myślę zresztą, że nie jedynej.
Logiczne więc, że zerknąłem również na wschodnią stronę Australii, Ocean Spokojny i znalazłem – Pitcairn.

Historia buntu na statku Bounty jest dość szeroko znana. Temat ten wykorzystano w wielu filmach, w których wystąpili tacy aktorzy jak: Errol Flynn, Clark Gable, Marlon Brando, Anthony Hopkins, Mel Gibson.

A więc posłuchajmy od początku…
W październiku 1787 roku statek Bounty pod dowództwem kapitana Wiliama Bligh’a – załoga 43 marynarzy plus 2 botaników – został wysłany na Tahiti z zadaniem zaopatrzenia się w sadzonki chlebowca i przewiezienia ich do Indii Zachodnich. Wyprawa została zorganizowana przez Royal Society – Królewskie Towarzystwo Naukowe. Towarzystwo spodziewało się, że chlebowiec przyjmie się w Zachodnich Indiach, a jego owoce będą doskonałym pokarmem dla niewolników.

Żegluga na Tahiti trwała nieco ponad rok. To była dłuższa trasa, dookoła Afryki. Długość – ponad 50,000 km.
Mieszkańcy Tahiti przyjęli brytyjski statek przyjaźnie, niektórzy pamiętali jeszcze wizytę kapitana Cooka sprzed 15 lat. Kapitan Bligh przywiózł prezenty dla wodza plemienia i z łatwością ustalili miejsce i warunki pobrania sadzonek.
Pobyt na Tahiti trwał aż 5 miesięcy, załoga nie miała zbyt wiele pracy i zadomowiła się na uroczej wyspie. Wielu marynarzy nawiązało bliskie kontakty z miejscowymi kobietami.
Nic dziwnego, że dyscyplina zaczęła się rozluźniać. Kapitan Bligh reagował na takie przypadki ostro – surowa kara, często chłosta.

Bunt.
Wreszcie, w lutym 1789 roku, zakończono załadunek i statek był gotowy do powrotu. Ze względu na charakter towaru większe kabiny na statku zostały przekształcone w inspekty, ludzie musieli się ścieśnić na dużo mniejszej powierzchni. To, połączone z niezadowoleniem z powodu opuszczenia wyspy, spowodowało wiele sarkań załogi i przyczyniło się do niedbałego wykonywania obowiązków. Kapitan Bligh reagował na wszelkie uchybienia paranoidalnym gniewem. Szczególnie upatrzył sobie Fletchera Christiana.

27 kwietnia 1789 roku miarka się przebrała. W nocy Christian z pomocą dwóch marynarzy opanował pokład, a następnie zyskał dostęp do skrzyni z bronią i wdarł się do kabiny kapitana. Kapitanowi związano ręce. Christian zamierzał wysłać kapitana i dwóch jego najbliższych współpracowników w małej łodzi. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że wiekszość załogi woli dryfować z kapitanem w łódce niż pozostać na statku pod dowództwem rebeliantów. W tej sytuacji przydzielono uchodźcom największą, 7-metrową, łódź. Ostatecznie na łodzi zmieściło się 19 lojalistów – grubo powyżej jej pojemności, burty łodzi były zaledwie 17 cm nad wodą.

Bunt

Kilku lojalistów musiało zostać na zbuntowanym statku. Kapitan Bligh obiecał, że będzie o nich pamiętać, gdy przyjdzie pora wymierzenia sprawiedliwości.
Wygnańcy otrzymali kompas, sekstant, tablice nawigacyjne oraz zapasy żywności i wody na 5 dni. Kapitan Bligh doprowadził łódź do pobliskiej, wyspy mając nadzieję na lepsze przygotowanie łodzi do dalekiej żeglugi. Jednak po 3 dniach stosunki z mieszkańcami wyspy zaogniły się i wygnańcy musieli pospiesznie uciekać. Kapitan Bligh postanowił nie ponawiać takich prób lecz żeglować 6,600 km do holenderskiej kolonii na wyspie Timor. Załoga jednomyślnie zgodziła się na nowe normy wyżywienia: 1 uncja (28.35 grama) chleba i 1/4 pinty (118 ml) wody dziennie.

28 maja czyli po miesiącu żeglugi łódź dopłynęła do Wielkiej Rafy Koralowej u wybrzeży Australii. Kapitan Bligh zaryzykował lądowanie na niewielkim atolu koralowym, gdzie załoga mogła się nieco odżywić jagodami i ostrygami. Atolowi nadano nazwę Restoration Island i pożeglowano dalej.
14 czerwca wygnańcy zobaczyli brzegi wyspy Timor. Na maszt wciągnięto prowizoryczną flagę brytyjską i dumnie przybito do brzegu.
Po czterech miesiącach kapitan Bligh z dwiema osobami pożeglował na statku handlowym do Anglii, jego towarzysze pozostali w Batawii (obecnie Dżakarta).

Tymczasem na Bounty…
Fletcher Christian słusznie przewidywał, że Tahiti nie jest bezpiecznym miejscem na osiedlenie się. Wcześniej czy później na wyspy przybędzie statek z Wielkiej Brytanii, jeśli nie ekspedycja karna, to misja poszukiwawcza zaginionego statku Bounty.
Gospodarzom, przyjaznym mieszkańcom Tahiti, opowiedziano bajeczkę, że kapitan Bligh spotkał się z kapitanem Cookiem i razem zakładają angielską kolonię na wyspie Aitutaki. Ta opowieść zaowocowała szczodrymi darami ze strony Tahitańczyków i serdecznym pożegnaniem. Około 30 mieszkańców Tahiti, w tym sporo kobiet, dołączyło do załogi Bounty.
Bounty pożeglował zaś na dużo bliższą wyspę Tubuai (650 km na południe od Tahiti). Przyjęcie przez tutejszych mieszkańców nie było przyjazne i wkrótce zamieniło się we wzajemną wrogość. Nowoprzybyli wybudowali sobie obronną twierdzę. To zaostrzyło konflikt. W jednej z bitew 66 tubylców zostało zabitych. Christian czuł, że władza wymyka mu się z rąk – zarządził głosowanie. 8 osób zadeklarowało lojalność, pozostałych 16 głosowało za powrotem na Tahiti. Vox populi, vox dei – Christian posłuchał głosu suwerena.

Jednak na Tahiti czekała ich niemiła niespodzianka. Tubylcy dowiedzieli się, że zostali okłamani, że kapitan Cook od dawna nie żyje, statek Bounty został przywitany z wrogością.
Christian pozwolił 16 członkom załogi opuścić statek. Jednocześnie zwabił na Bounty grupę tubylców, głównie kobiet, i korzystając z ciemności nocy, odpłynął.

Pandora.
Kapitan Bligh dotarł do Anglii w marcu 1790 roku i został powitany jak bohater. Złożył raport z wyprawy przed sądem wojennym, który uwlonił go od odpowiedzialności. Na Tahiti wysłano statek HMS Pandora z zadaniem schwytania buntowników i dostarczenie ich do Anglii na proces.
Pandora dotarła na Tahiti w marcu 1791 roku (och te odległości) i wszyscy byli członkowie załogi Bounty, bez różnicy czy uczestniczyli w buncie, czy nie, zostali schwytani i aresztowani. Na pokładzie statku wybudowano dla nich więzienie, które nazwano Puszką Pandory.
Pandora próbowała początkowo odszukać statek Bounty i główną grupę buntowników, ale wkrótce zrezygnowano z tej misji i statek skierował się w stronę wyspy Timor. Na obrzeżu Wielkiej Rafy Koralowej HMS Pandora rozbił się o rafy. 31 osób utonęło, w tym kilku więźniów. Kilku buntowników uciekło. Pozostali rozbitkowie, podobnie jak 2 lata wcześniej kapitan Bligh, wsiedli do łodzi i pożeglowali na wyspę Timor.
Ostatecznie 10 buntowników stanęło przed sądem w Londynie. Proces był skomplikowany, zeznania oskarżonych trudne do zweryfikowania. Ostatecznie sześciu zostało skazanych na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano na 3 osobach.

Podczas procesu oceniono bardzo negatywnie postępowanie kapitana Bligh’a: wpadł w niełaskę władz i w 1806 roku został mianowany gubernatorem stanu New South Wales czyli praktycznie całej Australii.
Tutaj też nie akceptowano jego bezwzględnego zachowania i po dwóch latach został obalony podczas Rebelii Rumowej – KLIK. Było to jedyne w historii Australii przejęcie władzy siłą.
Po powrocie do Anglii kapitan Bligh nie wypłynął już na morze, po kilku latach emerytury zmarł.

Pitcairn.
Bounty żeglowało kilka miesięcy po Pacyfiku zanim znalazło bezpieczne miejsce osiedlenia. Pitcairn – KLIK – niewielka wyspa odkryta w 1767 roku przez Anglików. Nazwa wyspy to nazwisko członka załogi, który ją pierwszy zauważył.

Istotne było, że wyspa została błędnie naniesiona na mapy, co zmniejszało szanse znalezienia jej przez angielskie statki. Rozumowanie okazało się słuszne, pierwszy statek (amerykański zresztą) dotarł na Pitcairn dopiero w 1808 roku.
Dygresja: powodem błędu była niedokładność zegarka, używanego do określenia długości geograficznej. Był to istotny problem dla ówczesnych nawigatorów. Rzeczywista pozycja wyspy Pitcairn była prawie 350 km na wschód od pozycji zanotowanej przez odkrywców. Brytyjski parlament wydał specjalną ustawę – Longitude Act – obiecującą nagrodę osobie, która rozwiąże ten problem. Nagrodę otrzymał John Harrison, twórca chronometru pokładowego. Było to jednak rozwiązanie dość drogie i niewiele statków z niego korzystało

Wyspa Pitcairn okazała się bardzo przyjazna dla osadników, jedzenia w bród, żyzna gleba. Odcięli więc sobie drogę powrotu – rozłożyli statek Bounty na czynniki pierwsze. Co się dało wykorzystać przenieśli na ląd, resztę spalili.
Już po kilku miesiącach urodziło się pierwsze dziecko. Ojcem był przywódca rebeliantów Christian, matką kobieta przywieziona z Tahiti. Ponieważ dziecko, chłopiec, urodziło się w czwartek, 14 października, nadano mu imiona Thursday October, gdyż ojciec nie chciał żeby cokolwiek przypominało mu Anglię.
Jednak sielanka nie trwała długo. Wkrótce doszło do konfliktu między angielskimi rebeliantami a Tahitańczykami. Ci ostatni stwiedzili, że są wykorzystywani, traktowani jak własność. W rezultacie Tahitańczycy zabili 5 Anglików, w tym Christiana.

Jak trwoga to do Boga.
Spirala gwałtów kręciła się, w 1799 roku pozostało przy życiu tylko 2 rebeliantów – John Adams i Ned Young. Na dłoniach mieli świeżo przelaną krew swojego towarzysza.
Co robić?
Odpowiedź znaleźli w uratowanej ze statku biblii. Bardzo szybko przemienili się we wzorowych chrześcijan. Po kilku latach cała społeczność wyspy ( 9 Tahitanek i 19 urodzonych na Pitcairn dzieci ) przyjęła chrześcijaństwo.
W 1808 roku na wyspę przez przypadek trafił amerykański statek Topaz i zastał tam wzorcową, kwitnącą społeczność. O swoim odkryciu Topaz powiadomił angielską admiralicję, ale ta nie zwróciła na to uwagi, gdyż była zajęta wojną (z Francją Napoleona).
W 1814 roku, wyspę odwiedziły, również przez przypadek, dwa angielskie statki. Na wyspie zastali 46 mieszkańców żyjących zgodnie pod niekwestionowanym panowaniem Johna Adamsa. Tym razem admiralicja przeczytała raport i zdecydowała pozostawić Johna Adamsa w spokoju.
W 1828 roku na wyspę przybył poszukiwacz przygód – George Hunn Nobbs. John Adams mianował go nauczycielem i pastorem.

W tym czasie liczba mieszkańców wzrosła do 66, zaczęło brakować żywności i materiałów. John Adams wysłał do rządu w Londynie oficjalną prośbę o przeniesienie społeczności do Australii.

Exodus.
John Adams nie doczekał się spełnienia swej prośby, zmarł w 1829 roku, ale biurokratyczna machina działała. Mimo pozytywnych raportów o sytuacji na wyspie, w lutym 1831 roku przybyły z Sydney dwa statki z zadaniem ewakuacji mieszkańców Pitcairn na Tahiti.
Królowa Tahiti – Pomare IV – i jej podwładni przyjęli przybyszy bardzo życzliwie, zaopatrzyli ich w artykuły pierwszej potrzeby, przydzielili tereny na osiedlenie się. Jednak “Pitcairnczycy” nie czuli się jak u siebie w domu. Raziła ich rozwiązłość miejscowej ludności, do tego dołączyły się choroby zakaźne. W ciągu pierwszych 3 miesięcy pobytu zmarło 10 przesiedleńców. Tego było za wiele, zaczęto poszukiwać możliwości powrotu na Pitcairn. W sierpniu 1831 roku trafiła się okazja. Za przejazd trzeba było zapłacić £500, sprzedali więc wszystko co posiadali i wrócili.

Konstytucja.
Byli więc z powrotem w domu. Jednak po nieudanej przeprowadzce na Tahiti czuli się jak owce bez pasterza. Nie mogli się zdecydować na wybór nowego przywódcy, szerzyła się anarchia i pijaństwo.
Natura nie znosi jednak próżni. W październiku 1832 roku na wyspę przybył purytański aktywista, Joshua Hill, oświadczył, że jest wysłannikiem rządu brytyjskiego i mianował się prezydentem wspólnoty Pitcairn.
Jego pierwszym posunięciem był zakaz domowej produkcji alkoholu. Następnie wprowadził surowe kary za najdrobniejsze wykroczenia i doprowadził do usunięcia George’a Nobbsa z wyspy. Te posunięcia wywołały niezadowolenie, które stopniowo rosło. Miarka przebrała się, gdy na wyspę dotarła wiadomość, że Joshua Hill skłamał i nie reprezentuje żadnych instytucji rządowych. W 1838 roku został zmuszony do opuszczenia wyspy. Z wygnania powrócił George Nobbs.
Uwaga: historia Joshua Hill’a prawdopodobnie zainspirowała Marka Twaina do napisania opowiadania – Rewolucja w Pitcairn. W tym opowiadaniu na wyspie pojawia się Amerykanin i proponuje mieszkańcom swoisty Brexit – oderwanie się od Wielkiej Brytanii. Skutki są fatalne.

Te siedem chudych lat uświadomiło mieszkańcom wyspy potrzebę formalnej regulacji stosunków na wyspie. Z pomocą kapitana brytyjskiego statku HMS Fly, który właśnie odwiedził wyspę, opracowali lokalną “konstytucję”. Dokument został zawieziony do Londynu i zatwierdzony przez brytyjski parlament. Z dniem 30 listopada 1838 roku wyspy Pitcairn stały się częścią Imperium Brytyjskiego.
Opracowana lokalnie i zatwierdzona przez brytyjski parlament konstytucja Pitcairn dawała kobietom prawo głosu i wprowadzała obowiązkowe nauczanie.
Uwaga! To był pierwszy w historii przypadek przyznania kobietom powszechnego prawa głosu.

Mając taką konstytucję społeczność Pitcairn funkcjonowała wzorowo. Wyspa była odwiedzana okresowo przez wielorybników, którzy wykonywali tu drobne naprawy sprzętu i zaopatrywali się w żywność. To zachęciło mieszkańców do bardziej systematycznej pracy na roli i do rozwoju drobnego rzemiosła.

I znowu sukces doprowadził do kryzysu. Liczba mieszkańców przekroczyła 190 osób i na wyspie o powierzchni 4.6 km2 zrobiło się ciasno. Przyjaciele w Anglii i Australii radzili ewakuację.
Mając w pamięci doświadczenie sprzed 25 lat mieszkańcy wyspy postawili jeden warunek – przeprowadzą się na jakąś większą wyspę, ale musi być bezludna.

Norfolk Island.
Los zrządził, że kilka miesięcy wcześniej została zlikwidowana kolonia karna na Norfolk Island. Ostatni przebywajacy tam skazańcy zostali przeniesieni na Tasmanię.
Norfolk Island ma powierzchnię 36 km2 . Zamieszkujący ją przez 60 lat skazańcy zostawili po sobie budynki, drogi, dobrze utrzymane pola. Na wyspie pozostało sporo bydła i innych zwierząt domowych.
8 czerwca 1856 roku 194 mieszkańców Pitcairn przybyło na Norfolk Island.
Wydawało się, że to już koniec historii, ale nie. Kilkanaście osób nie mogło wyleczyć się z tęsknoty. Pod koniec 1858 roku trafiła się okazja powrotu i skorzystało z niej 16 osób.
Swoją byłą ojczyznę zastali w ruinie. Okazało się, że przez pewien czas na wyspie zamieszkiwali rozbitkowie ze statku, który rozbił się na pobliskich rafach. Zdewastowali oni zastane budynki.
Z drugiej strony jednak, przybyli tu w bardzo ważnym momencie, gdyż wyspę właśnie odwiedził francuski statek i sadząc, że jest bezludna i niczyja zamierzał zaanektować ją dla Francji.

Zaczęła się praca od podstaw. Po 6 latach, niespodziewanie, na wyspę powróciła kolejna grupa niezadowolona z życia na Norfolk Island. Ludność Pitcairn liczyła 46 osób.

Sytuacja ekonomiczna jednak pogorszyła się. Złote lata wielorybnictwa minęły. Zamiast jak poprzednio 40, wyspę odwiedzało rocznie niewiele ponad 10 statków. Istotną pozycją stały się pobyty rozbitków, którzy czekali na wyspie na okazję zabrania się na jakiś statek, a po powrocie do domu nie omieszkali odwdzięczyć się gościnnym mieszkańcom wyspy. Na wyspę wysyłano sprzęt kuchenny i domowy, ubrania, książki. Przysłano nawet organy.
I tak minęło prawie 30 lat.

Nowe oblicze Boga.
Przez te wszystkie lata społeczność wyspy nie miała silnego przywódcy. Istniejące prawa zapewniały spokojną egzystencję, ale ludzie szukali czegoś więcej.
W roku 1876 na wyspę dotarły z USA publikacje religijne kościoła adwentystów.
Przez prawie 80 lat mieszkańcy wyspy byli gorliwymi wyznawcami religii anglikańskiej. Publikacje adwentystów zachwiały ich wiarą. W październiku 1886 roku zgodzili się na przybycie na Pitcairn misjonarza adwentystów, aby przedstawił swoje argumenty.
Argumenty okazały się przekonujące. W wyniku głosowania przyjęto zasady nowej wiary. Wydarzenie to wzbudziło entuzjazm w centrali Adwentystów w USA, które wysłało na wyspę suto wyposażony statek misyjny.

Nowonawróceni zostali ponownie ochrzczeni (pełne zanurzenie), zabito wszystkie znajdujace sie na wyspie świnie, aby nie wiodły na pokuszenie. Poza tym żadne zmiany fizyczne nie były potrzebne. Mieszkańcy Pitairn nie pili alkoholu, nie palili.
Misjonarze Adwentystów zabrali się za intensywną prace z młodzieżą – nauka historii, gramatyki, gotowanie, pierwsza pomoc. Założyli gazetę i przedszkole.
Ten przykład dodał energii mieszkańcom, którzy wprowadzili poważne zmiany w konstytucji – 7-osobowy parlament, oraz w kodeksie karnym – dodano surowe kary za cudzołóstwo, bicie żony, okrucieństwo, podglądanie sąsiadów.

XX wiek.
W 1904 roku rozbudowno nieco aparat administracyjny wyspy i wprowadzono pierwszy podatek – od posiadania broni palnej.
Istotne dla mieszkańców wyspy było otwarcie Kanału Panamskiego w 1914 roku. Wyspa leży w połowie drogi z Panamy do Australii, więc nieomal co tydzień w okolicy pojawiał się statek pasażerski.
W 1936 roku ilość mieszkańców wyspy osiągnęła szczyt – 260 osób. Od tego czasu zmalała do około 50 osób.

Mee too.
W roku 2004 na wyspie wybuchł skandal – 1/3 mieszkańców płci męskiej została oskarżona o molestowanie i gwałty nieletnich dziewcząt.
Mieszkańcy, popierani przez sporą ilość kobiet, argumentowali, że było to zgodne z polinezyjską tradycją. Sąd nie uznał tych argumentów i prawie wszyscy zostali skazani.

Pozytywną informacją może być to, że od 2015 roku na wyspie dozwolone są małżeństwa osób tej samej płci. Jak dotychczas nikt nie skorzystał z tej możliwości.

Informacje praktyczne.
Na wyspie nie ma lotniska ani portu. Przypływające tu statki muszą zakotwiczyć w bezpiecznym miejscu, ludzie i towary transportowane są na łodziach.
Osoby, które chcą odwiedzić wyspę na ogół na noc wracają na statek, chociaż ostatnio wprowadzono możliwość kilkudniowego pobytu przy tutejszej rodzinie.
Elektryczność – generator zapewnia elektrycznośc w godzinach 8-13 i 17-22. Niepokojący jest fakt, że jedyny elektryk na wyspie ma 68 lat.
Internet – istnieje połączenie satelitarne. Miesięczny abonament kosztuje $100 za 2 GB.

Źródła.
Wikipedia – Bounty Mutiny – KLIK.
Mark Twain – Rewolucja w Pitcairn – zbiór Bajeczki dla starych dzieci – PIW 1950 rok.
Pitcairn Islands Study Center – KLIK.

Barataria 85 Wyspy Kokosowe

Lech Milewski

Kokosowa Barataria

Jako akompaniament do lektury proponuję Dotyk Raju

Wyspy Kokosowe zostały odkryte w 1609 roku przez angielskiego kapitana Williama Keelinga podczas handlowej podróży z Wysp Banda do Anglii. Wyspy Banda są obecnie częścią Indonezji, lecz w XVII wieku należały do Holandii i słynęły z bardzo tanich przypraw, kilkadziesiąt razy tańsze niż na wyspie Jawa.

Ponad 200 lat później, w 1814 roku, wyspy odwiedził szkocki kapitan John Clunies-Ross. Zatknął na nich angielską flagę i postanowił wrócić tu z rodziną na dłuższy pobyt.
To samo przyszło do głowy angielskiemu kupcowi Aleksandrowi Hare.
Aleksander Hare początkowo pracował dla portugalskiej firmy handlowej. Podczas krótkiej dominacji Anglii na terenie dzisiejszej Indonezji Aleksander Hare nabył od sułtana Banjarmasin spory kawał lądu i założył tam niezależne państwo Maluka. Jego głównym zajęciem był handel niewolnikami. Holendrzy nazywali jego państwo De Bandjermasinsche Afschuwelijkheid – Koszmar Banjarmasin. Gdy Holendrzy odzyskali wpływy w Indonezji Aleksander Hare wraz ze swoim 40-osobowym haremem i świtą przeniósł się początkowo do Batawii (obecnie Dżakarta), następnie do Południowej Afryki i wreszcie osiadł na Wyspach Kokosowych.

Dwa lata później, zgodnie z planem, na wyspy wrócił John Clunies-Ross z rodziną i ośmiu marynarzami. Między osadnikami wybuchł ostry konflikt. Pracownice haremu zaczęły porzucać swego pryncypała i łączyć się z marynarzami Johna Clunies-Rossa. Zdeprymowany tym Aleksander Hare opuścił wyspy i przeniósł się na emeryturę na zachodniej Sumatrze.

John Clunies-Ross, za namową byłych pracownic haremu, sprowadził na wyspę kilkudziesięciu Malajów, których zatrudnił przy produkcji kopry (suszony miąższ orzechów kokosowych). Jako zapłatę otrzymywali Cocos rupee (kokosowe rupie), monety bite przez Johna Clunies-Ross, które można było wykorzystać jedynie w sklepie będącym własnością ich pracodawcy.

W 1836 roku wyspy odwiedził statek Beagle z Karolem Darwinem na pokładzie.

W roku 1857 wyspy zostały zaanektowane przez Wielką Brytanię, rodzina Clunies-Ross mianowano wiecznymi zarządcami wyspy.

9 listopada 1914 roku u brzegów wysp rozegrała się jedna z pierwszych bitw morskich I Wojny Światowej. Niemiecki krążownik SMS Emden opanował tamtejszą stację telegraficzną. Stacja zdążyła jednak wysłać depeszę z wezwaniem o pomoc. Australijski krążownik HMAS Sydney stoczył wygraną bitwę morską. Od tego czasu niemieckie statki nie pojawiały się już na Oceanie Indyjskim.

Podczas II Wojny Światowej stacja telegraficzna na Wyspach Kokosowych była istotnym ogniwem w sieci komunikacyjnej armii brytyjskiej. Na wyspach stacjonowała jednostka brytyjskiej artylerii. Na początku maja 1942 roku w jednostce wybuchł bunt, 15 buntowników (pochodzenia cejlońskiego) chciało opanować stację telegraficzną. Bunt stłumiono, siedmiu uczestników skazano na śmierć. Ostatecznie wyrok wykonano na trzech buntownikach. Był to jedyny przypadek egzekucji zbuntowanych żołnierzy w brytyjskiej armii podczas II Wojny Światowej.

John Clunies-Ross

W 1955 roku Wielka Brytania przekazała wyspy Australii.
Australia wyznaczyła własną administrację wysp i przymusowo wykupiła je od rodziny Clunies-Ross (to była już piąta generacja władców wyspy) za $6,250,000. Jednocześnie zabroniono rodzinie Clunies-Ross działalności gospodarczej na wyspach. W rezultacie rodzina przeprowadziła się do Australii chociaż jej ostatni potomek – John Clunies-Ross (Ross VI) – niedawno powrócił do utraconego królewstwa.

Wyspy Kokosowe (Keeling) – nazwisko odkrywcy dodano aby uniknąć pomieszania z Wyspą Kokosową u wybrzeży Kostaryki lub Wyspami Kokosowymi (Mjanmar).

Wysp jest 27 z tym, że trzy znikają pod wodą podczas przypływów a tylko dwie są zamieszkałe.
Home Island, Pulu Helma, ma powierzchnię 95 hektarów i około 500 mieszkańców, głównie pochodzenia malajskiego.
West Island, Pulu Pajang, ma powierzchnię 6.25 km2 i około 120 mieszkańców, głównie pochodzenia europejskiego. Tu znajduje się lotnisko, sklep i instalacje telekomunikacyjne armii australijskiej.

Elektryczność – na West Island są dwa generatory, na Home Island – jeden.

Woda – deszczowa lub odsalana metodą odwróconej osmozy.

Na wyspy można dolecieć Virgin Airlines. We wtorek lot z Perth z międzylądowaniem na Wyspach Bożego Narodzenia (Perth – Christmas Islands – Cocos Islands – Perth). W soboty lot w odwrotnym kierunku
W piątki na wyspy przylatuje samolot transportowy. W tym też dniu otwarty jest lokalny sklep i stacja benzynowa.

Na wyspach jest ośrodek zdrowia zatrudniający jednego doktora i posterunek policji – trzech policjantów.

Najwyższy, dotąd nienazwany, szczyt wysp wznosi się 5 (pięć) metrów ponad poziom morza.

Flaga wysp – palma kokosowa a obok niej Krzyż Południa i sierp księżyca. Wszystko na zielonym tle…

Cocos Islands

To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości – to jest terytorium islamskie.

Muzułmanie to prawie wyłącznie mieszkańcy pochodzenia malajskiego. Są to sunnici, ich współżycie z pozostałymi mieszkańcami wysp układa się bezkonfliktowo.

W zeszłym roku ci właśnie mieszkańcy zwrócili się do rządu Australii o uznanie ich za rodowitych (indigenous) mieszkańców wysp. Jest to status podobny do tego jaki posiadają australijscy Aborygeni z tym że “kokosowi Malajowie” nie roszczą żadnych pretensji w stosunku do rządu Australii, chcą tylko aby pozwolono im zachować ich stare tradycje, na przykład, aby pozwolono polować na ptaka sula, który jest pod ochroną.

Delegacja rodowitych mieszkańców odwiedziła Canberrę, aby przedyskutować sprawę z federalnymi politykami. Uzyskali poparcie senatorki aborygeńskiego pochodzenia. Do swojej delegacji włączyli wspomnianego wyżej Johna Clunies-Rossa.

Więcej TUTAJ.

Innym przykładem możliwości współistnienia pozornie przeciwnych sobie gatunków jest tamtejsze pole golfowe. Otóż graniczy ono z terenem lotniska, który nie jest ogrodzony i gracze ciągna wózki po pasie startowym. Przyczyna jest prosta – żadna z wysp nie jest na tyle duża żeby pomieścić i lotnisko i pole golfowe. Proszę sprawdzić z pozycji pilota – KLIK.
Gracze znają rozkład lotów zresztą kilka minut przed przylotem lub odlotem na pasie startowym pojawia się samochód, który odgania spacerujące tam kury i prosi golfistów żeby się nieco posunęli.

Wygląda to TAK na tablicy informacja: …żadne umiejętności nie wymagane, gramy poprzez międzynarodowy pas startowy...

Osobom, które zaczęły już planować wylot na Cocos Islands polecam tę stronę – KLIK.

Źródła:

Wikipedia – KLIK