Piąta woda po kisielu

Ewa Maria Slaska

Dr Kozłowski i ja

heryng-mebleZ ogromnym podziękowaniem dla autorki książki przez którą się to wszystko zaczęło: Zygmunt Heryng (1854-1931). Biografia lewicowego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2011. Byłam w bibliotece uniwersyteckiej w Warszawie, a ponieważ miałam trochę czasu, pomyślałam, że poczytam coś, co wiąże się z epoką Prababci. Zapytałam bibliotekarkę, gdzie szukać, podała mi numery półek, podeszłam, przejrzałam grzbiety, wyjęłam na chybił trafił jedną książkę. Zygmunt Heryng był szwagrem mojej Prababci, ale gdy zadecydowałam, że poczytam o nim, WCALE tego nie wiedziałam!

Zaczęłam miłą i dającą konkretne efekty korespondencję z autorką tej publikacji, aż wreszcie odważyłam się i zapytałam, czy mogłaby mi podać kontakt do doktora Jana Kozłowskiego, człowieka który udostępnił jej archiwum rodzinne, gdy pisała doktorat o Heryngu. Bo, napisałam, po pierwsze w archiwum tym może też być coś o mojej rodzinie, a po drugie, sądzę, że jest on synem Ciotki Heli, którą znałam jako dziewczynka. Oznaczałoby to, gdyby to było prawdą, że mamy wspólną praprababcię. Pani Marta podała mi kontakt, zadzwoniłam…

Jan (jesteśmy już na ty) jest oczywiście synem Cioci Heli (co oznacza, że naprawdę jesteśmy piątą wodą po kisielu), obiecał mi dostęp do archiwum, po czym powiedział:

– A w ogóle to mam w mieszkaniu sześć, a właściwie nawet siedem sztuk mebli, które nasza praprababcia Paulina zakupiła po ślubie i które stały w mieszkaniu, gdzie wychowywały się i wyrastały nasze prababcie.

Zanim w następnych odcinkach opowiem, co wszystko znalazło się w przepaścistych szafach, skrywających archiwum rodziny Jana, a co po części wiąże się i z moją rodziną, dziś, na świeżo po powrocie z Warszawy, wstawiam tu “do podziwienia” zdjęcia tych mebli!

Mieszkanie rodzinne na ulicy Misyjnej na Mokotowie w Warszawie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę. Zanim rodzina powróciła po wojnie do mieszkania, szabrownicy wynieśli już wszystko, co miało jakąś wartość i co dało się wynieść. Meble były za ciężkie, albumy fotograficzne nikogo nie interesowały. Wiele z nich było przestrzelonych na wylot odłamkami, podartych, brudnych, ze śladami zalania, a pojedyncze fotografie wymiecione wiatrem przez balkon znajdowało się dość daleko, bo aż na ulicy Racławickiej.

meble8-kuzynmeble6-namisyjnej

X

X

X

X

X

X

X

X

Po lewej Jan na tle szafy (szafy praprababci) i niektóre z mebli praprababci tak jak przed wojną używała ich rodzina (ciocia Hela i jej rodzice) w mieszkaniu na ulicy Misyjnej na Mokotowie. Mieszkanie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę.

album-mebleJeden z albumów ze śladami po postrzale

meble-szafaotwarta-zamknSzafa praprababci Pauliny – tu Jan przechowuje archiwum Poniżej – lustro i sekretarzyk, a na nim najpiękniejszy album fotograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam

lustro-meble1meble2-sekretarzyk

meble-attykaAttyka sekretarzyka (przepraszam za rym, ale jak to inaczej sformułować?), a poniżej – biureczko

biureczko-meble3 (8)meble4 (1)-stojak pod kwiaty meble3 (7)-szafanr2

X

X

X

X

X

X

X

Jeszcze jedna szafa, bardzo złe zdjęcie, ale nie dało się inaczej, koło niej, na metalowym kwietniku, hipopotam (nader współczesny, pluszowe zwierzęta są zresztą wszędzie) i obok kolumna pod doniczkę, używana obecnie jako podstawka pod lampę. I wreszcie, pod spodem, fragment owego ogromnego metalowego kwietnika.

meble4-kwietnikNa zakończenie trzy nasze prababcie i pradziadek, którzy wyrastali wśród tych mebli. Zdjęcie dwóch stron z owego pięknego albumu z fotografiami. Dobranoc. Za pięć minut będzie północ. Idę spać.

00-trzyprababcieipradziadek2

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: W kinie przed laty

Ewa Maria Slaska

To mój własny tekst opublikowany z okazji świętego Mikołaja w zaprzyjaźnionym blogu W altanie przy kawie.  Jeden z redaktorów tego bloga, a i nasz autor – Pharlap, od kilku lat organizuje tam specjalne blogowe Mikołajki. Najpierw ustala się temat, a potem losuje, kto dla kogo ma napisać tekst na zadany temat. W tym roku temat (idźmy do kina) wyszedł o Juliczki (też u nas czasem pisuje), a z losowania wyszło, że mam napisać właśnie dla organizatora zabawy. Ale wyjeżdżałam do Lund, nie mogłam czekać na wyniki losowania, napisałam tekst w ciemno.

Wpis dedykuję Juliczce i Pharlapowi

Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, nie tylko nie wiedziałam, dla kogo piszę, ale też nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże W tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcia, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę, dwie spódniczki i trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60.
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję.
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak,
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.

Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

sukienka-bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem młoda kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę.
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe,
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina.
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery.
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała.
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult.
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jaki wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje biegają po lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje. Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania.

Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie – KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu – KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad – KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”

Rok 1944 (1)

Opowieść Mirki o roku 1944 jest kontynuacją opowieści, którą opublikowałam w Sylwestra ubiegłego roku.

Mirka

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę. Na pytanie, co znaleźli w domu, pokazali mu album ze zdjęciami Ojca z ćwiczeń wojskowych, torbę sanitarną z bandażami, nic więcej, nie pokazali tego, co ukradli, a była to walizka pełna narzędzi Ojca i innych cennych drobiazgów. W tym momencie kamień spadł nam z serca – nie znaleźli nic z tego, co było sprytnie poukrywane w domu i bardzo nas kompromitujące.

Sprowadzono nas do podziemi, gdzie były tzw. tramwaje, czyli trzy cele, których ścianę od korytarza tworzyła krata i wejście przez nią. W celi były krzesełka ustawione w kilku rzędach i odwrócone tyłem do kraty. Każde z nas zostało wepchnięte do innej celi.

W głowie kłębiły się różne myśli i zupełnie ich nie mogłam uporządkować. Wiedziałam jedno – to jest koniec mojego życia. Co jeszcze przyjdzie przeżyć, zanim to życie się skończy, trudno było przewidzieć, ale nie wyglądało to optymistycznie. Końca życia się nie bałam, bałam się tylko jednego, żebym się nie załamała psychicznie. Wiedziałam dużo, aż za dużo jak na moje lata, i wiedziałam, że każde moje nierozważne słowo może kosztować życie kilku ludzi i to mnie przytłaczało, nie byłam psychicznie przygotowana na taką odpowiedzialność.

Na tych krzesłach przesiedzieliśmy do rana, zresztą nie my jedni, ludzi było dużo i ciągle przywożono nowych. Pilnie słuchałam wymawianych nazwisk, czy nie ma dalszych aresztowań z naszego rejonu, ale na szczęście żadnych znanych ludzi nie przywieziono. Rano wpakowano nas do budy, ale już każde osobno i gdzieś nas wieźli, sądziłam jednak, że nie rozstrzelają nas od razu, że czegoś od nas będą się chcieli dowiedzieć.

Okazało się, że zawieziono nas na Pawiak (stare, jeszcze carskie, wielkie więzienie z oddzielnym więzieniem kobiecym, zwanym Serbią). Staliśmy, dobrze pilnowani, na podwórku więzienia, czekając na coś. Był słoneczny zimny poranek, wokół pustka, bo więzienie stało w centrum zburzonego Getta, cisza i dziwny spokój, który mnie ogarnął. To, czego bałam się przez cały czas pracy konspiracyjnej, wpadka i uwięzienie, właśnie się stało, więc mogę przestać się bać i stąd ten spokój, który był tylko moim udziałem, widziałam na twarzach Rodziców wielki niepokój i troskę w oczach, kiedy patrzyli na mnie. Oczami dawałam im znać, że jestem spokojna i na wszystko gotowa. Powiedzieć im nic nie mogłam, bo rozdzielali nas strażnicy. Nie wiem, jak długo staliśmy tam, po jakimś czasie zabrali Ojca. Pożegnałyśmy go łzami, a nas odprowadzono w drugą stronę, za furtkę, do Serbii.

Po załatwieniu krótkich formalności otwarto drzwi celi, w której siedziało kilka kobiet na siennikach, ułożonych pod ścianą. Weszłyśmy, zatrzasnęły się za nami drzwi, usiadłyśmy na podłodze pod ścianą, bo na siennikach nie było miejsca.

Ciąg dalszy za tydzień

PS od redakcji: scena aresztowania została dokładniej opisana TU.

W górę rzeki (4)

Zbigniew Milewicz

Paluchowie z ulicy Kościelnej

Według cioci Irki rodzina dziadka była bardziej zniemczona, niż babci. Jego przodkowie używali tytułu von Bleschtz (ale jak się pisało nie była pewna, wymawiało się Bleszcz) i nosili warkocze, co było symbolem szlacheckim. Była to jednak bardzo zbiedniała szlachta, która na domiar złego nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, o nich się więc w tej rodzinie po prostu nie mówiło. Wielką namiętnością były tam natomiast karty, w które dziadek z braćmi potrafili grać całymi nocami. Ojciec dziadka, Franz, a może jego ojciec – tutaj również brak pewności – przywędrował na Górny Śląsk, jak już wcześniej pisałem, z Karkonoszy. Podobnie jak ojciec mojej babci był sierotą. Obydwoje rodzice zginęli tragicznie i pozostawili po sobie liczne potomstwo, którym zaopiekowali się później różni krewni.

Franz miał już wtedy kilkanaście lat, dostał się pod kuratelę krewniaka, który nosił nazwisko Paluch i który prawdopodobnie był bezdzietny. Usynowił chłopaka, później pewnie posłał do szkoły, albo znalazł mu jakąś pracę, z czasem młody człowiek założył rodzinę, przyszło na świat potomstwo. Jego wybranką była Franziska Brygida z d. Schnurawa. Mój dziadek urodził się jako drugi z kolei, po Georgu, 24 sierpnia 1895 r. Dano mu wyszukane imię Severin, ale od urodzenia i tak wszyscy na niego mówili Erwin. Później przyszli na świat jeszcze Max, Wilhelm, Franz, Joseph, Felix… Imion wszystkich dzieci ciocia nie pamiętała, ale mieli ich razem jedenaścioro albo dwanaścioro, najmłodsza była Marysia, jedyna dziewczynka w tej chmarze chłopaków. Paluchowie mieszkali przy Kirchstrasse, w Königshütte, czyli w późniejszym Chorzowie na późniejszej ulicy Kościelnej. W niedzielę do kościoła nie chodzili jednak razem, nie starczało dla wszystkich niedzielnych butów. Na jedną mszę szli więc starsi chłopcy, na drugą młodsi, podobnie było z zabawą na dworze w chłodniejsze pory roku, ktoś musiał zostać w domu, żeby inny mógł dokazywać, bo latem i tak wszyscy biegali boso. Ubrania młodsi nosili po starszych – zacerowane, połatane, ale zawsze czyste, o to babcia Franciszka mocno dbała.

Nie wiem, jak było z edukacją u potomstwa Paluchów, ale przypuszczam, że u większości dzieci skończyła się ona na obowiązkowych kilku klasach szkoły elementarnej, żeby jak najszybciej mogły nauczyć się jakiegoś praktycznego zawodu i pomogły ojcu w utrzymaniu rodziny. Georg poszedł do pracy na kolei, mój dziadek – podobnie, jak jego ojciec na dół, na kopalnię. Było biedniej, niż u Hamplów, ale tak żył wtedy przemysłowy proletariat w całej Europie. Skutkiem ekonomicznego kryzysu i niedożywienia w proletariackich rodzinach była m.in. wysoka śmiertelność, dziesiątkowały je choroby. Wiele dzieci umierało wkrótce po urodzeniu lub we wczesnym okresie życia, los ten nie oszczędził także Paluchów, chociaż dziadek mówił, że nie pamięta, aby w domu głodowali. Byt w rodzinie poprawił się, kiedy dwaj najstarsi chłopcy już zaczęli przynosić do domu wypłaty, ale mięso na obiad nadal było tylko w niedzielę. Dziadek wspominał, że z talerza wyjadało się najpierw ziemniaki i kapustę, a ten mały kąsek z wieprzka albo kury, który każdy dostawał, był na koniec, żeby go można było najdłużej zapamiętać i się nim nacieszyć.

Kiedy wybuchła Wielka Wojna czyli I wojna światowa, Erwin poszedł z poboru do pruskiej armii. W 1915 r. dostał przydział do artylerii przeciwpancernej, służył przy moździerzach. Walczył na Bałkanach, w bitwach pod Belgradem i Salonikami, w Karpatach oraz we Francji pod Verdun. W 1917 r. wrócił szczęśliwie z frontu do domu, via szpital polowy, z powodu dyfterytu i postrzału w nogi. W miarę tanio udało mu się więc wykupić z wojennej machiny zniszczenia.

dziadek, pierwsza wojna 015Dziadek walczył w Armii Pruskiej, ale od roku 1925 miał polską książeczkę wojskową.

dziadek, pierwsza wojna 013

Nie wiem, czy wrócił wtedy do pracy w kopalni, czy też przyjął się już do Zakładów Azotowych, z czegoś musiał żyć. Nie należał zaś do typów, którym trzeba było stawiać piwo za to, że walczyli na wojnie. Kiedy się skończyła i Polska po wieloletnim okresie zaborów stała się znowu niepodległa, stanął po stronie orędowników polskiego Śląska i jego powrotu do macierzy. Nie miał w związku z tym lekkiego życia w rodzinie.

dziadek, pierwsza wojna 006Ojciec czuł się śląskim Niemcem, starszy Jorg tak samo, inni bracia z nimi trzymali, tylko Józek popierał Erwina. Brat Francek nie mieszał się do ich sporów, denerwowały go te wieczne polsko-niemieckie kłótnie na Śląsku i pewnego dnia wyemigrował do Francji, do górniczego okręgu Pas de Calais, jak tysiące innych Ślązaków. Tam znalazł pracę, założył rodzinę i pozostał na zawsze, ale tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, miejscem, które opuścił. Długie lata wymieniali listy, ale później jakoś się urwało.

Jak pisze historyk Danuta Sieradzka, specjalizująca się w dziejach Górnego Śląska w XIX i XX w.*, życie polskie w Królewskiej Hucie, do czasu plebiscytu i zakończenia III Powstania Śląskiego, skupiało się w różnych organizacjach. „Do aktywnych stowarzyszeń w mieście należały: Spółka Spożywców Poczciwych Wiarusów, założona w 1871 r. (twórcą był Juliusz Szaflik), Towarzystwo Robotników, zwane też Związkiem Górników i Hutników (1881 r.), Związek Wzajemnej Pomocy (1887 r.) czy Kasyno Polsko-Katolickie, utworzone w 1889 r. przez Pawła Dubiela. Szczególny charakter miały zespoły śpiewacze (chóry); w mieście panował dobry klimat dla tego typu działalności, choć były one często prześladowane przez władze pruskie. Najwcześniej powstał chór męski „Silesia“ (1895 r.), następnie „Lutnia“ (1907 r.), „Echo“ (1919 r.) czy „Cecylia“. Wspólnym śpiewaniem przypominano, że w Królewskiej Hucie i innych miastach mieszka ludność polska, która nie zapomniała języka i pieśni przodków. Inną pamiętną dla Polaków organizacją było Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół“, założone 25 listopada 1901 r. Jego członkowie śpiewali polskie pieśni, prowadzono dyskusje w języku polskim, wygłaszano prelekcje na temat historii i literatury polskiej, urządzano wycieczki poza granice państwa niemieckiego. Zebrania odbywały się w różnych miejscach, albowiem stowarzyszenie znajdowało się pod czujnym okiem policji.

Towarzystwo Śpiewacze “Lutnia” z Królewskiej Huty pod dyrekcją Józefa Budzyńskiego. Pamiątka z udziału w Zlocie Sokołów w Oświęcimiu (1908)

Babcia Jadzia śpiewała w „Lutni“, dziadek Erwin był w „Sokole“, a że czasami grupy występowały razem, więc któregoś dnia wpadli sobie w ucho i oko. Inna opowieść rodzinna mówi, że to nie przy śpiewaniu się poznali, tylko na deskach amatorskiego teatru, gdzie grali razem w jakiejś sztuce, tak czy owak odbyło się to kulturalnie. Niemcy mieli swoje stowarzyszenia, a że czasami próby, albo występy jednych i drugich odbywały się w sąsiedztwie, dochodziło później do wzajemnych przepychanek, a nawet burd ulicznych, z użyciem pałek i kamieni. Za tymi awanturami stali policyjni prowokatorzy. Babcia moja z lubością wspominała pewien występ śpiewaczo-teatralny na jednej z chorzowskich scen, Impreza odbywała się legalnie, za zezwoleniem władz miejskich. Na zmianę prezentowano utwory w języku niemieckim i polskim, wszystkie politycznie grzeczne, nie było żadnej propagandy, tak, jak sobie życzyła góra. Publiczność na sali stanowili Polacy i Niemcy, w pierwszym rzędzie siedział burmistrz, obok oberpolicmajster i bardzo im się spektakl podobał. Aż do momentu, kiedy na zakończenie cały zespół uroczyście odśpiewał „Rotę“: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród… Oczywiście wybuchł skandal, cenzor po występie bezradnie rozłożył ręce, nie było tego w programie.

Mimo narodowościowych pyskówek i kuksańców, których sobie bracia wzajemnie nie szczędzili, Paluchowie z ulicy Kościelnej byli kochającą się rodziną. Zilustruję to pewnym zdarzeniem familijnym. Jest czerwiec 1921 roku, moi dziadkowie są od kilku miesięcy szczęśliwym małżeństwem, na dniach urodzi się moja mama Nina, a młody Erwin szykuje się, by iść na powstanie, na trzecie. W sieni domu – ale nie wiem którego, przy Katowickiej, gdzie wtedy mieszkał z żona, czy u swojego ojca, przy Kościelnej – spotyka swojego starszego brata Jorga. Tamten już nie pracował na kolei, był w mundurze Grenzschutz i właśnie wracał ze służby. Kaj to idziesz Erwin? – zapytał. Na powstanie, z wami sie bić – odparł dziadek. A czym to bydziesz strzeloł? Powstaniec pokazał mu jakiś małokalibrowy pistolet, brat roześmiał się, stwierdził, że tym to psińco zrobi. Po czym rozpiął kaburę i dał mu swojego slużbowego gnata i jeszcze jeden dodatkowy magazynek.
To jest lepsze – dodał.
Po czym obydwaj uścisnęli się serdecznie, ucałowali po bratersku. Grüss Gott, Erwin! Z Panem Bogiem, Jorg! Znałem tę historię jeszcze z dzieciństwa, ale kiedy spisywałem ją przed osiemnastu laty, ciocia Irka skomentowała zdarzenie mniej więcej tak: zawsze Bóg im w życiu towarzyszył, zostali w domu konsekwentnie wychowani w katolickim duchu i myślę, że właśnie dlatego jeden wobec drugiego zachował się tak pięknie, po ludzku.

* Królewska Huta, Chorzów w latach 1868 – 1945, Szkice do portretu miasta.

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

Rodzina Berlinerblau – Berli

Tomasz Prot

Julia Wdowicka z domu Berlinerblau (Berli)

Julia Berlinerblau-Berli urodziła się 15 grudnia 1924 r. Po wojnie, kiedy ukrywała się u różnych rodzin, zamieszkała z Anielą i po maturze kształciła się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Wydziale Scenografii, gdzie poznała swojego przyszłego męża, malarza i rzeźbiarza Grzegorza Wdowickiego. Wraz z nim, w latach 1950-1953 pracowała w zespole plastyków projektujących malarstwo ścienne warszawskich staromiejskich kamienic, za co zostali wyróżnieni Nagrodą Państwową II stopnia. Pracowała również jako scenografka, robiła ilustracje i projekty graficzne dla wielu wydawnictw, a ostatnie lata twórczości poświęciła na projektowanie i wykonanie unikatowej srebrnej biżuterii. Zmarła w Warszawie w 1985 roku.

wdowickaJulkę poznałem już po wojnie. Po raz pierwszy spotkałem ją u jej wieloletniej opiekunki, „ciotki” Anieli, w roku 1950, kiedy w jakichś sprawach przyjechałem z Wrocławia do Warszawy. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Byłem przyzwyczajony do widoku skromnie ubranych i raczej bezbarwnych powojennych kobiet, a tymczasem Julka wyglądała jak z zagranicznego żurnala. Zawdzięczała ten wygląd nie tylko naśladownictwu wzorców z Zachodu, ale przede wszystkim swym odziedziczonym po matce artystycznym zdolnościom. Julka całe życie potrafiła z byle szmatki zrobić kreację podkreślającą jej wyjątkową urodę czy też z paru koralików otrzymać naszyjnik w weneckim stylu. Była pełna wdzięku, niezwykle towarzyska, zawsze otoczona gronem znajomych i ciekawych ludzi

mdmsyrenkaU góry MDM, sgraffito z syrenką, wspólne dzieło Wdowickiego i jego żony oraz Krystyny Kozłowskiej i Józefa Wdowińskiego. Poniżej ulica Piwna 35/37. Tu Berli i jej mąż wykonali sgraffito ornamentalne: martwe natury z flaszami i owocami.

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.

Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu