Barataria 76 Babcia i wnuczka

Pamiętamy, Mietek Węglewicz odkrył, że słowo Barataria jako zaklęcie zostało użyte w zwariowanej sztuczce Gałczyńskiego, babcia i wnuczek, i że to od tego to zaklęcia wzięła się nazwa kawiarni Barataria w Warszawie na ulicdy Wilczej, o której wprawdzie w internecie nic nie można znaleźć, a przecież i tak już kilkakrotnie pojawiała się w tych wpisach (TU i TU, i oczywiście, siłą rzeczy, TU). Dawno temu odezwała się pani Zofia Klaybor, która jako studentka chodziła do Baratarii na kawę i spotykała tam Szymona Kobylińskiego (mieszkał ponoć niedaleko). Jednakże poproszona o obszerniejszy komentarz pani Zofia, nie odezwała się już więcej.

Jednak to jej zawdzięczam linka do ślicznego wspomnienia profesora Andrzeja Warchałowskiego z Uniwersytetu we Wrocławiu o  profesorze Macieju Mroczkowskim (1927-2007), entomologu i… psiarzu.

Przez następne sześćdziesiąt lat widywaliśmy się wielokrotnie w czasie moich wyjazdów do Warszawy, najpierw służbowych, a później związanych z moimi funkcjami w redakcjach, radach naukowych i Komitecie Zoologii PAN. Parę razy gościł także u mnie we Wrocławiu wraz ze swymi pieskami, gdy przyjeżdżał na wystawy psów rasowych. Maciek, bo tak Go koledzy w rozmowach nazywali, przez te wszystkie lata prawie zupełnie się nie zmieniał. Zaszyty w swoim gabinecie, zatopiony w stosach literatury, witał gości z wesołym wyrazem twarzy, zawsze mając dla nich jakąś zabawną anegdotę lub plotkę, bardzo bowiem lubił żarty i psoty. Na przykład: przy
ulicy Wilczej, naprzeciwko Instytutu, przez wiele lat znajdowała się cukierenka czy też barek o nazwie „Barataria”. Pracownicy Instytutu, a także i Maciek, zachodzili tam na drugie śniadanie lub na filiżankę kawy. Zachodził tam także znany rysownik i
grafik, Szymon Kobyliński ze swymi dwoma psami, zawsze tymi samymi, okropnie brzydkimi kundlami. Za każdym razem gdy wszedł i zajął miesce przy stoliku, to Maciek, jeśli akurat tam był, bardzo głośnym i przenikliwym szeptem odzywał się
do swoich towarzyszy: „O, patrzcie, pan Szymon przyprowadził nowe psy. Te, coście widzieli w zeszłym tygodniu, już zjadł”. Kobyliński znał się na żartach, więc tylko groził mu palcem.

Kobyliński rzeczywiście – psiarz nad psiarze, zresztą napisał nawet książkę – Zbrojny pies i zestaw plotek. No, a poza tym jest autorem komiksu pod tytułem… Przygody pancernych i psa Szarika (1970-1971)…

Cóż, literatura jest tylko naśladowczynią rzeczywistości, i Gałczyński powraca tu nam co i raz, to tu (powyżej), to tam czyli poniżej. Jak na dzisiejsze czasy przystało, w opowieści Kamili nie pojawia się wnuczek tylko wnuczka. A i babcia (też ma zresztą na imię Zofia) nie jest groteskowa czyli z groteski poetycko-krytyczno-społecznej, lecz jak najprawdziwsza i przez wnuczkę Kamilę nader kochana. A zatem, jak to w baratarystyce, wszystko odwracamy do góry nogami i oddajemy głos Kamili. Kamila napisała przed kilku dniami komentarz do wpisu numer 6 i tak to się zaczęło.

Kamila

Witam! Niezmiernie cieszę się, że ów wątek o tej kawiarni znalazłam 🙂 Moja Babcia pracowała w kawiarni Barataria na ul. Wilczej przez ok. 20 lat, począwszy od roku 1963. Opowiadała mi wiele ciekawostek, różnych sytuacji ze swojej pracy. Z opowiadań wynika, że był to w sumie najszczęśliwszy okres w jej życiu, bo pracę swą uwielbiała. Nazwa „Barataria” wzięła się z Don Kichota – od nieistniejącej/wymyślonej wyspy, której wielkorządcą miał być Sancho Pansa. Tak mówi Babcia. Kawiarnia co najmniej trzy razy zmieniała właścicieli, lecz wygląd i nazwa pozostawała. O cytatach z Gałczyńskiego Babcia również opowiadała, tak jak i wiszącym tułowiu kobiety-manekina ze szczotą zamiast głowy. Najbardziej spodobał mi się tekst podobno umieszczony przed ladą, który babcia zawsze z uśmiechem na ustach przywołuje: „Samoobsługa nie dotyczy królów, mężów stanu i poetów” 🙂
Babcia wiele razy opowiada o studentach z Politechniki, którzy w kawiarni byli stałymi bywalcami. Może ktoś tutaj pamięta moją Babcię Zosię, która przez te 20 lat parzyła kawę, nalewała koniaczek, podawała eklerkę? 🙂 Pozdrawiam. Kamila

Natychmiast napisałam do Kamili

Pani Kamilo, ten Pani komentarz byłby świetny jako osobny wpis. Czy Pani by się zgodziła wystąpić jako autorka? Chciałaby Pani sama taki wpis przygotowac? albo może zechciałaby Pani odpowiedzieć na kilka pytań uściślających a zarazem rozszerzających temat? Pytania dotyczyły by Babci i tego co ją łączyło z Baratarią i czy może zachowały się jakieś zdjęcia z tamtego czasu?
Bardzo serdecznie pozdrawiam
Ewa

Kamila natychmiast odpisała…

Bardzo, bardzo mi miło, dziękuję za odpowiedź! Jeżeli chciałaby Pani przygotować listę pytań… Babcia na pewno z chęcią na wszystkie odpowie – o ile pamięć jej nie zawiedzie i będzie miała na nie odpowiedź (w tym roku skończyła 83 lata). Wszystko mogę spisać i przesłać Pani.
Poszperam też w domowych pudłach ze zdjęciami, lecz z tego co kojarzę zachowało się praktycznie jedno jedyne zdjęcie Babci w kawiarni przy dużym ekspresie podczas parzenia kawy.
Jeśli chce Pani opublikować wpis, to ja oczywiście wyrażam na to zgodę – Babcia myślę, że też nie będzie miała nic przeciwko, a wręcz przeciwnie (zawsze kiedy pojawia się temat kawiarni staje się niezmiernie ożywiona i gotowa opowiadać, każdemu kto tylko chce słuchać).Mogłabym pokusić się o przygotowanie takiego wpisu, ale nie wiem też jakie oczekiwania wobec niego miałaby Pani. Tak sobie myślę, że jeśli Babcia odpowiedziałaby na większość pytań to byłby to może fajny wywiad. W takim wpisie więcej byłoby wtedy Jej.

Ps. Strasznie się cieszę, że Pani do mnie napisała!

Pozdrawiam,
Kamila

No to czekamy… na zdjęcie Babci Zosi przy ekspresie do kawy i na odpowiedzi na pytania:

Kiedy Babcia zaczęła pracować w “Baratarii”? Ile miała lat? Jaki był jej stan rodzinny?
Kto był wtedy właścicielem? Czy dobrze go znała?
Czy wie, kto nazwał kawiarnię “Baratarią”? Czy ten ktoś to opowiadał, czy było to zapisane, czy ktoś jej o tym powiedział?
Czy słyszała przedtem o Baratarii? A jeśli tak, to której? Tej Sancho Pansy czy tej pirata Laffitte? A może o Gałczyńskim?
Podobno lata pracy w “Baratarii” wspomina jako bardzo szczęśliwe. Dlaczego? Z uwagi na życie osobiste? Czy z uwagi na pracę w kawiarni? Czy jedno i drugie? A może praca i życie się splątały w jakiś szczególny sposób?
W jakich godzinach kawiarnia była czynna? W jakich ona pracowała? Czy stale w tym samym czasie, czy na zmiany?
Czy może opisać wygląd kawiarni? Bar? Stoliki? Okna? Obrazy?
Czy wie, kto urządził kawiarnię? Czy ludzie lubili wnętrze kawiarni?
Czy były gazety do czytania? A jeśli tak, to jakie?
Czy pamięta jak się parzyło wówczas kawę i jak się ją podawało?
Czy podawano alkohol?
Czy pamięta, co było do jedzenia? Jakie były ciastka? Kto je piekł?
Czy mogła by podać przepis na coś, co lubiła jeść, gdy była w pracy?
Czy może opowiedzieć jakieś anegdoty z czasu pracy? O ludziach? O zdarzeniach? O przedmiotach? O muzyce? O poezji?
Czy jakieś zdarzenie polityczne czy kulturalne szczególnie jej utkwiło w pamięci i w jakiś sposób wiązało się z jej pracę (np. czy szła po pracy na jakiś koncert albo nie mogła wrócić do domu, bo na ulicy były zamieszki?)
Czy wie kiedy i dlaczego “Barataria” została zamknięta?
A kiedy i dlaczego on przestała pracować w “Baratarii”?

A w ogóle niech nam po prostu opowie, co pamięta, a Kamila niech nam to zapisze
i opisze!!!

Z archiwów Andrzeja Rejmana

Andrzej Rejman

Petersburski łącznik cz. II

Otrzymałem niedawno list od Andreja Frołowa, o którego zainteresowaniach pisałem już raz na tym blogu. Jako że stanowi on uzupełnienie wpisu sprzed dwóch lat, a odnosi się do prezentowanych zdjęć Petersburga sprzed ponad stu lat – publikuję go z małymi skrótami.

Andrej pisze:

“…Members of our group are still discussing your wonderful photos – we all admire them, without exaggeration. Some depicted locations were newly determined. So, we have amended our first suggestion that the picture

“Hrebnicki 3_Institutskiy shopping mall” (photo 1) had been taken on Malaja Spasskaja street. Instead,it was Institutskiy Prospekt, clearly visible signboards of various stores led us to this conclusion – all the stores are listed in the phone books of that time (they have been recently scanned by our Russian National Library website). At least one food store is still existing on this place:


HERE

The depicted shopping mall was very close to Institutskiy Pereulok (not Prospekt, these are two different streetnames), where the family of your grandfather probably used to live. You’ve sent two pictures that allow the suggestion about the photographer’s special relationship to the house with the current adress Institutskiy Pereulok 5-9. One of these photos was probably the view from the flat window of Institutskiy Pereulok in the south direction (fot. 2 ). The other photo depicts the house itself (fot 3). There is also a general view of Institutskiy Pereulok in the north direction (fot 4 ). Another picture (fot 5) shows how does it look like right now (was taken on 17th February 2018). The current general view of Institutskiy lane (south direction) should not be missed (fot 6).


The view from the photo “Kemeri_Villa Mitau” (fot 8 ) is not belonging to our neighborhood, it has been taken in the Latvian resort Kemeri (or Kemmern) near Jurmala. One member of our community managed to find an other photo of this marvellous building in the Internet (fot 7).

Oryginalne zdjęcie Hrebnickiego

The next photo (fot 9 ) grants us a rare view of the villa with an informal name “Three wells”. It was located approximately here:

HERE


Thank you very much again for the photos! It was a huge step forward for the local history of our district Lesnoy. I hope our correspondence will continue and I could provide you with the news about depicted locations. …”

Andrej Frolov, St. Petersburg

***
I ja dziękuję Andrejowi za szczegółowe opisy i pasję w kultywowaniu pamięci o jego mieście, które było też miastem młodości moich przodków…

Miłość w czasach komuny

Elżbieta Kargol

Z pamiętników moich rodziców
Janina ur. 1931 / Stanisław ur. 1929, zm. 2016

Poznali się w Łodzi, na studiach. Mama studiowała na dziennych, tata na zaocznych. Oboje wybrali matematykę, z zamiarem późniejszej pracy w szkole, zresztą wcześniej już nauczali łaknącą wiedzy i nadrabiającą wojenne zaległości młodzież. Wiele ich różniło. Mama, adoptowana córka, urzędnika przedwojennego magistratu w Nowym Tomyślu, byłego Hallerczyka, zaangażowanego społecznika i patrioty, wychuchana jedynaczka, której wojna wprawdzie dała się we znaki, ale inaczej niż ojcu. On, jeden z dziesięciorga rodzeństwa, z biednej chłopskiej rodziny z Lachowic koło Suchej Beskidzkiej, któremu punkty za pochodzenie otwarły możliwości, o jakich przed wojną nawet nie odważył by się marzyć.

Zanim amor napiął cięciwę swojego łuku i przeszył strzałą serca rodziców, Janiny, nazywanej w okresie młodzieńczym Janetą, i Stanisława, obydwoje wzdychali do innych lub oweż zaloty odtrącali, przy czym mama żartowała, flirtowała i nie traktowała poważnie swoich adoratorów, ani rozterek sercowych, ojciec zaś cierpiał niczym młody Werter.

O miłostkach, zalotach i uczuciach mojej mamy wiem więcej, niż o ojcu. Mama opowiada chętnie, z pewną dumą i rozrzewnieniem. Zachował się zresztą pamiętnik z wpisami nie tylko wielbicieli.

Brulion zatytułowany A WARTIME LOG, oprawiony w sztywną płócienną okładkę, przeznaczony pierwotnie dla jeńców amerykańskich osadzonych w niemieckich stalagach, w jakiś sposób znalazł się w mamy posiadaniu i zapełnił się wpisami różnej treści.

Ojciec nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do wspominania swoich zauroczeń, ale zostawił również osobliwy pamiętnik, też oprawiony w sztywną płócienną okładkę, tylko inaczej zatytułowany: „Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind“. Okładka tego nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek skryła w sobie zszyte karki brulionu zapisane ręką ojca, które poradnikiem bynajmniej nie są, ale bardzo osobistymi przemyśleniami o miłości i nie tylko.

Ponieważ wiele lat przed śmiercią podarował go mojej córce, więc uznaję to za przyzwolenie do publikacji kilku fragmentów.

Och to jest straszliwe zakochać się tak na umór bez opamiętania. Cierpię więcej, co już na świecie było przecierpiane razem …. prawdą jest, że człowiek któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ból w próżni równającej się długości ręki.

Wciąż mi staje przed oczami widmo straszliwe twej piękności. Czuję, że się nie oprę pokusie, która stale trącana pęknie i zatruje mój młody organizm – więc miłość to trucizna? Trucizna ?(!!!) – tak! zatruła mi wszystko sen, jedzenie, radosne chwile przy rodzeństwie zamąciła spokój…

pisze w roku 1948. Wiem, że nadrabiał zaległości szkolne, ekspresowo i eksternistycznie zdawał małą maturę, pracował już w szkole i kochał się w Zosi, sklepowej z Kukowa. Czy do niej tak wzdychał, trudno powiedzieć, tym bardziej, że mama wspominała, iż owa Zosia pięknością nie była, jedna powieka zawsze jej opadała, no ale miłość ponoć ślepą jest. Prawdopodobnie z powodu owej Zosi, która nie przyjęła z należytą powagą wyznań miłosnych taty i skwitowała je tylko uśmiechem, tato poczuł niczym Kordian ból istnienia i bezsensu życia.

Przeklęte życie! przeklęta miłość! przeklęta miłość twórcza, przeklęta jesteś! Zgiń!!! Miej życie przeklęte, pełne goryczy zgrozy, wyrzutów nieprzyjacielskiej zemsty.

Więc czuję że jednak muszę iść tam gdzie ona chce. Ale ona się nie spieszy… widocznie jeszcze mało wycierpiałem: Śmierć to jakaś sławna i ważna osobistość i ma najzupełniejszą rację. Pragnąłbym, aby tym którzy będą po mnie żyli, został zwrócony raj na ziemi, aby nie musieli się męczyć i cierpieć tak jak ja. Niszczę sobie sam karierę nosząc na sercu szyld pierwszej niewinnej miłości, która jest ołowianą kulą w mym życiu, w życiu które jest szare zamienione w jałową pustynię, na której nie ma ani jednego serca do którego mógłbym się przytulić w tym opuszczeniu, po której twojej widmo się błąka, z którego słychać straszliwy krzyk istnienia. Życzyłbym sobie… w takim życiu… miałbym życzenie na takiej pustyni zamknąć ciebie przynajmniej raz w objęciach I choć raz złożyć pocałunek na twych ustach, ale wiem, że to jest niemożliwe – ma ofiara musi być zupełna – nie wolno mi myśleć o sobie. Ja jestem już u kresu życia, ale ciebie czeka świat…

Mama w tym czasie podkochiwała się w Janku, który nie był ją kompletnie zainteresowany, jego lakoniczny i oklepany wpis do pamiętnika tylko to potwierdzał. Choć rysunek, który dołączył do dwuwiersza, wiele obiecywał i pozwalał mamie na pozwalające mieć nadzieję interpretacje.


Tata, jako przyszły matematyk, pragnący miłości i jednocześnie dręczony tą namiętnością, próbował ją przedstawić jako równanie, nie wiem dlaczego zapis ów przekreślił, za mało danych, zbyt wiele niewiadomych? Równanie sprzeczne, bez rozwiązania?

Miłość końcowa to znaczy teraźniejsza minus miłość początkowa – dokładniej sprzed dwóch lat wzięta w nawias i pomnożona przez czas da nam na wynik: średnią proporcjonalną względnie geometryczną miłości mojej do ciebie (…..)?

Dużo prościej poradził sobie z równaniem niejaki filozof chłopski, który chyba niewiele miał pojęcia o trygonometrii, skoro sinus do cosinusa dawał mu całus do całusa. Mama opowiadała, że mógł ją dopiero wtedy pocałować w policzek, gdy nauczył się wszystkich tożsamości trygonometrycznych wraz z dowodami.

Tata w końcu spotkał dziewczynę i już prawie wydawało mu się, że to koniec jego udręki, ale pojawiło się zbyt dużo wątpliwości i trybu przypuszczającego.

Dlaczego Haniu nie pokochałem cię prawdziwie szczerze i wiernie? Czemu ten poryw nie był pierwszą miłością? Kochałbym cię teraz. Byłbym szczęśliwy. Znikłaby mi ta piękność tej młodej dziewczyny Choć czuję, że niezdolny jestem jeszcze do pierwszej miłości, to jednak Haniu chciałbym ciebie kochać.

Hanię dość szybko w pamiętniku zastąpiła Halinka.

Spotkałem dziewczynę, której kształty przypominają tamtą z marzeń … lecz wiem, że ona nie może do mnie należeć z prawa naturalnego, czy też moralnego…. dzieckiem jest dla mnie, miłość jeszcze do niej nie należy, pochwałę piękności przyjmuje na pewno tylko od matki. Dobrze, że ty nic o tym nie wiesz, postaram się zapomnieć na imię jej Halinka.

Mama zajęta nauką, harcerstwem, jeszcze nie całkowicie wypaczonym i zindoktrynowanym politycznie, miała szczęście do adoratorów piszących wierszem swoje płomienne wyznania. Wiersz, piosenkę, którą napisał tylko dla niej Janek A. pamięta do dzisiaj i z wypiekami na twarzy deklamuje:

Była sobie raz piosenka.
Młody uczeń ją ułożył.
Dla najdroższej swej dziewczyny,
W której swe nadzieje złożył.
xxxDziewczę piękne niby lilia
xxxJest ozdobą „ogródeczka”
xxxWłoski nosi w dwa motylki
xxxA na nosku dwa szkiełeczka.
Co w Jej sercu jest ukryte,
Bogu tylko jest wiadomo.
Bo na zewnątrz nic nie zdradza.
Umie kochać po kryjomu.
xxxLecz to serce, które bije.
xxxTylko dla niej na tym świecie
xxxCzasem wielkie ma cierpienie,
xxxGdy niepewność go przygniecie.
W dni ostatnie trzeciej klasy,
Piszę tobie to wspomnienie.
Gdy ci będzie kiedyś smutno,
Z serca przyślij mi westchnienie.
xxxWspomnij tego co cię kochał
xxxI tę piosnkę ci ułożył.
xxxWlał w nią całą swoją duszę.
xxxSwoje serce do niej włożył.

Innym poetą, któremu należałoby poświęcić osobną opowieść, był Longin D., starszy kilka lat od mamy, który być może miał poważne plany wobec niej, ale zrozumiał, że mamie jeszcze nie w głowie zakładanie rodziny. Podarował mamie trzy własnoręcznie napisane tomiki poezji, a kilka następnych przesłal po 60 latach!

Kto szczerze pokochał świat, ludzi i życie
Nie patrząc na nędze, cierpienia i trudy,
To szczęście i spokój od jego oblicza,
Odgoni cień troski zmartwienia, ułudy.

On pójdzie z uśmiechem przez klęski i znoje
Promienny, szczęśliwy w dniu każdym obrocie,
Bo serce i dusza właściwość tą mają,
Że czynią szczęśliwych tych, którzy kochają.

Ojca nie ominęła służba wojskowa. Dostał się do marynarki, i też próbował być poetą, rymował dość nieudolnie, tak po marynarsku. Dla kogo były te wiersze? Przed jaką nieznajomą udawał chojraka z pistoletem przy boku?

Piszę do ciebie z wybrzeża,
Szukając gwiazd na niebie,
A wokół mroźny wiatr gwiżdże
I cisza otacza mnie!

Piszę do ciebie z wybrzeża
Stojąc na posterunku
I słyszę groźny szum morza
Lecz PM mam przy boku!

Do ZMP mama się nigdy nie zapisała, choć było wielu, którzy ją do tego namiawali. Niejeden z jej absztyfikantów wielbił Lenina i Stalina, przynajmniej na równi z nią albo nawet więcej.

Bądź wierna ideałom ZMP
Bądź wierną towarzyszką walk braci walczących o wolność w krajach kapitalistycznych.
Sław i szanuj imię Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta i tych, którzy walczą o lepszą przyszłość dla nas ludu i dla mas.

Zetempowskie „Cześć” koleżance z ławy szkolnej
wpisał się na pamiątkę ateista chcący być komunistą.

Potem był Mietek, z którym mama dośc okrutnie postępowała. Nie przychodziła na umówione spotkania, zamykała go w szafie z mapami, a na listy, w których zawsze prosił o „odpis mego listu”, mama przepisywała jego własne słowa i mu odsyłała. Oj, nacierpiał się biedaczek, zanim zrozumiał, że nie tędy droga i nie do tej.

Wreszcie nadszedł ów dzień: 18 lipca 1954, park Poniatowskiego w Łodzi.

Tata dostał przepustkę, żeby nadrobić zaległości na uczelni, oddać zaległy referat z ekonomii. Referatu nie napisał, czasu mało. Uczynna sekretarka w dziekanacie wypożyczyła ojcu jedną z prac już ocenionych. Przypadek albo zrządzenie losu sprawiły, że dostał referat mamy. Nie wiem, jak tata go odpisywał, podobno szybko i słowo w słowo, jednak ocenę dostał dużo lepszą. No cóż, dyskryminację kobiet w komunizmie, mimo zakłamanego równouprawnienia, można było odczuć na każdym kroku.

Nazywa się Janeta. Ale ja mówię do niej: Janetko i wydaje mi się, że ją teraz kocham.

Janetko! dałaś mi poznać rozkosz pocałunku rozbudziłaś we mnie szał i jakieś dziwne uczucie nienazwane – chyba to jest namiętność — i całować chciałbym całe życie twe usta … chciałbym abyś całe życie tuliła się do mnie była przy mnie …

pisał w lipcu 1955 roku, po spotkaniu w parku, a potem kupił czekoladę i bilet do teatru. Mama nie pamięta jaka to była sztuka, a tata nie pamiętał o czekoladzie lub też zbyt długo czekał na odpowiedni moment wyjęcia jej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Podczas antraktu mama widząc wielką brązową plamę na koszuli taty, krzyknęła z przerażenia. Później były opowiadane różne wersje tego zdarzenia, że wytrwali do końca przedstawienia, że tata wybiegł zawstydzony sam z teatru, że wybiegli razem do stancyjnego pokoiku mamy i mama prała, a tata czekał.

Chyba to bez różnicy, jak było naprawdę, to przecież gorąc serca roztopił czekoladę. Wreszcie skutecznie dosięgła ich strzała Amora i już nie odpuściła aż po grób.

Mama podarowała mi ostatnio pakunek przewiązany, pewnie z braku różowej wstążki, różową chustką, pełen listów tak bardzo miłosnych, niezwykłych jak na dzisiejsze czasy, kiedy sztuka epistolarna jest na wymarciu. Lektura tych listów, ich intymna forma literacka, ich treść, a nawet kształty liter przepełnione są tak dużym ładunkiem emocjonalnym, szczerością i młodzieńczą namiętnością, że można je czytać po wielokroć.

Uczucie tych dwojga bliskich mi ludzi przetrwało dziesiątki lat, mimo burz i nawałnic, wzlotów i upadków. Gdyby nie przedwczesna śmierć taty, bo każda śmierć jest przedwczesna, obchodziliby diamentowe gody.

Mamie go bardzo brakuje

Spogląda swoim już niedowidzącym wzrokiem na puste miejsce przy stole, na jego opuszczony fotel, na książki, których nie przeczyta, krzyżówki, których nie rozwiąże, walizkę, której nie spakuje, sweter, którego nie włoży, laskę, którą się nie podeprze … żyje wspomnieniami… Wielkiej Miłości.

Halszka (5)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – życie po wojnie

(Uwaga fragment tego wpisu już TU publikowałam)

Wszyscy martwili się o to, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali obaj wujkowie i ciotka, została zamknięta. Co prawda mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra „waluta”, za którą od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się jakoś z nim skontaktować, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego mama oznajmiła, że pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy zastanawiali się, w co ma się ubrać, żeby w tej drodze nie zamarzła.

Wyszła z domu o świcie ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę założoną na głowę i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, „na nos”, no i „koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam. Mama znała język rosyjski, ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Halszka będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła po tygodniu, bardzo zmęczona, ale cała i zdrowa. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych przez Niemców z Warszawy i okolic. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się same, a czasem ona, machnięciem ręki, je zatrzymywała.

Ryszard oniemiał prawie, widząc Mamę w drzwiach swojego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata temu. Radość z tej wizyty była ogromna, ale i zdziwienie, że taką drogę przebyła w tak mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła z powrotem i dotarła do Żyrardowa w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, który prowadził zatrzymaną przez nią ciężarówkę. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on po chwili rozmowy przestraszony zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polaków i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia znają ten język. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak, że zboczył z drogi i podwiózł mamę pod sam Żyrardów. Mama spytała go, czy nie będzie miał kłopotów, że jedzie nie tą drogą, którą mu kazano, ale ją uspokoił mówiąc, że w zimie drogi są zawiane śniegiem i trzeba jechać tak, żeby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek przebyła piechotą, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak pomyślnie się kończy.

To była ostatnia odważna eskapada Halszki. W maju skończyła się wojna, w końcu maja wrócił z obozu ojciec, zdrowy i cały. Na jego widok Halina zasłabła, a wracający szczęśliwie mąż chwycił w ramiona mdlejącą żonę. Po okresie powitań i opowiadań Halina oddala całą inicjatywę w ręce Wiktora i odsunęła się w cień.

Ja twierdzę, że każdy człowiek ma w sobie pewien zasób energii, odwagi, inicjatywy i jeżeli je zużyje, już ich odnowić nie może. Te zasoby są różnej wielkości u różnych osób, ale u wszystkich są nieodnawialne. Halszka wszystkie te zasoby miała w nadmiarze, ale warunki życiowe i historyczne zmusiły ją do całkowitego ich zużycia i nic jej nie pozostało. Stała się innym człowiekiem.

O tym innym człowieku będę pisać dalej, ale już nie będę używać imienia Halszka, bo to imię pasuje do tej przebojowej kobiety, którą była. Teraz będę pisać nazywając ja pięknym określeniem Matka, mama.

Po wojnie zmieniła zawód, już nie mogła być nauczycielką, bo nie miała na to siły. Ryszard nauczył ją prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli księgowości.

Ten zawód pasował do jej nowej osobowości – spokojne i systematyczne wpisywanie cyferek w odpowiednie rubryczki i pilnowanie, żeby wszystko się ze sobą zgadzało. Jako księgowa pracowała przez dziesięć lat w różnych instytucjach, wszędzie była lubiana i garnęły się do niej młodsze osoby, często też okrutnie doświadczone przez wojnę. Cały czas prowadziła dom, przyjmowała gości, chodziła z ojcem do kin, do teatrów. Często pomagała ludziom, opiekowała się tymi, którzy tej opieki potrzebowali, lubiła ludzi i otaczała się nimi, sama od życia nie wymagała wiele. Stale znajdowała sobie temat do martwienia się o coś lub o kogoś. Była skrajną pesymistką, choć losy jej życia raczej napawały optymizmem, z tylu opresji wyszła zwycięsko, ale musiała się czymś martwić.

Każdego wychodzącego z domu, pytała kiedy wróci i bardzo się denerwowała o każde nawet minimalne spóźnienie.

Po skończeniu 50 lat coraz częściej chorowała, przy jakimś rutynowym badaniu wyszło na jaw, że ma zaawansowaną cukrzycę. Leczenie było trudne, bo cukrzyca była insulinooporna, ustawienie dawek insuliny musiało się odbyć w szpitalu, gdzie leżała ponad dwa tygodnie. Dostawała bardzo duże dawki, które wydalała, do domu wypisano ją z zaleceniem dwóch zastrzyków dziennie. Cukrzyca działa destrukcyjnie na wiele narządów. W rezultacie mając 57 lat Mama musiała przestać pracować i przejść na rentę inwalidzką. Taką ciężką cukrzycę spowodowały, najprawdopodobniej, ciężkie przejścia wojenne.

Mama zawsze była krótkowidzem, po kilku latach choroby miała już ponad 50% utraty wzroku. W domu nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy (pamiętamy jak negatywnie była nastawiona do okularów). Nie umiała jednak schodzić po schodach w okularach, zakładała je dopiero na zewnątrz, chodziła już wówczas z laską i może to laska dawała jej pewność stąpania. Miała nagłe skoki ciśnienia i w 65 roku życia doszło do wylewu krwi do mózgu. Nastąpił paraliż lewej nogi i ręki. Chorobę znosiła cierpliwie i z rezygnacją. Co dzień przychodziła rehabilitantka, która ćwiczeniami uruchomiała bezwładne kończyny. Po prawie roku ćwiczeń i fizykoterapii bezwład ustąpił.

W latach pięćdziesiątych nasze mieszkanie zaczęło „pęcznieć”. Najpierw ja wyszłam za mąż i wprowadziłam do domu męża, a później urodziłam w odstępie półtora roku dwie córki. Oboje rodzice bardzo się cieszyli z wnuczek i byli dumni, że zostali dziadkami. Mama, w miarę swoich możliwości fizycznych, pomagała nam przy dzieciach.

Nie lubiła opuszczać na dłużej domu, z trudem udawało się ojcu i nam namówić ją na urlop nad morzem, ale przywykła do tych wyjazdów, w to samo miejsce i do tego samego gospodarza w Kuźnicy na półwyspie helskim.

Każde święta gromadziły u nas rozproszoną po Polsce rodzinę. W 1962 roku zbliżała się 40 rocznica ślubu rodziców. Mama wtedy powiedziała, że do złotego wesela (50 lat) to ona nie dożyje, wobec tego postanowiła zaprosić gości na czterdziestolecie i zrobić wystawne przyjęcie. Tak się też stało, jak powiedziała.

Po 15 latach naszego małżeństwa i mieszkania we wspólnym mieszkaniu z rodzicami, dostaliśmy, kilka przystanków dalej, nasze pierwsze samodzielne mieszkanie. Córki kończyły już szkolę podstawową, więc czas był się wyprowadzić. Mama kiedy ją, dużo wcześniej, uprzedziłam, po prostu się na nas obraziła, była nawet uszczypliwa, mówiąc o tym. My jednak rozumieliśmy te obawy, bo widzieliśmy jakie postępy robi choroba.

W 1971 roku nastąpił drugi wylew o wiele większy niż poprzedni, trzeba było oddać mamę do szpitala, gdzie nie odzyskawszy przytomności po 24 godzinach zmarła, 13 lutego 1971 roku. Miała 72 lata.

Tak się zakończyła historia życia kobiety, która przeżyła dwie wojny – przeżyła je aktywnie i żadne z doznanych trudności i cierpień nie zdołały zgasić w niej płomienia miłości do Ojczyzny.

Halszka (4)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – wojna

Kiedy wybuchła wojna, oboje rodzice w ciągu jednego dnia stracili pracę. Właścicielami firmy, w której pracował tata, byli dwaj Węgrzy, którzy już 31 sierpnia wsiedli w samochód i nie wypłacając pensji pracownikom, uciekli na Węgry. Ojca nie powołano do wojska, a kiedy 2 września zgłosił się na poligon w Rembertowie, nie dali mu przydziału, mówiąc że jest za stary. Miał wtedy 44 lata. Poszedł na wschód Polski, szukać wojska, bo tam miała się formować armia, mająca stawić skuteczny opór Niemcom, ale po wkroczeniu bolszewików do Polski ten plan upadł definitywnie. Ojciec wrócił do Zielonki w październiku, Był w polowym mundurze, co znaczyło, że jednak znalazł jakiś oddział, który go przyjął w swoje szeregi.

W czasie działań wojennych przez krótki czas byłyśmy obie u znajomych, którzy mieli willę w lesie. Halinie wydawało się to miejscem bezpiecznym. Niestety po trzech dniach wojsko w lesie ustawiło armatki przeciwlotnicze i nam wszystkim kazano opuścić tę willę. Przeniosłyśmy się do wujków, których dom stał na górce, a ogród znajdował się dużo niżej. W zboczu góry była wykopana i wymurowana dość duża piwnica, w której schroniło się kilka kobiet z małymi dziećmi. Do nich dołączyłyśmy obie z mamą. Nad piwnicą była ścieżka trawersująca zbocze. Strach nas ogarnął, kiedy usłyszałyśmy kroki biegnących po ścieżce nad naszymi głowami, żołnierzy niemieckich. Drzwi do piwnicy były jednak dobrze zamaskowane rosnącymi tam krzakami i wcale ich nie było widać. Po ustaniu walk wyszłyśmy z piwnicy, bo dom stał pusty i bałyśmy się, że Niemcy zajmą go dla wojska. Wermacht niechętnie wyrzucał z domów rodziny, gdzie były małe dzieci, a była nas tam cała gromada. Ja, dziesięcioletnia, byłam najstarsza. Halina znała jako tako język niemiecki i pertraktowała z wojskiem o pozostawienie nas na miejscu. Udało się i choć zakwaterowali nam w jednym pokoju oficera z ordynansem, czułyśmy się z nimi bezpiecznie. Wojsko frontowe niemieckie nie pokazywało jeszcze „pazurów”, jak to czyniło później SS i inne formacje partyjne.

Rodzice w niedługim czasie znaleźli kontakt z formującym się ruchem oporu. Były to oddziały, które przyjęły nazwę Związek Walki Zbrojnej, w skrócie ZWZ, który w 1942 roku wszedł w skład Armii Krajowej.

ZWZ zorganizował nie tylko odziały do walki, ale również służby pomocnicze kobiece, nazwane Wojskowa Służba Kobiet, w skrócie WSK. Do tej organizacji należały kobiece oddziały łączności, oddziały sanitarne i oddziały gospodarcze.

Halszka, która przyjęła pseudonim „Mała”, zorganizowała w naszym mieszkaniu „skrzynkę pocztową”, do której wpływała przynoszona przez łączniczki poczta konspiracyjna, zabierana później przez następne łączniczki i dostarczana do adresatów. Mała organizowała też kursy dla łączniczek. W Zielonce były trzy patrole łączniczek, komendantką ich była Mała. Organizowała też szkolenia, których program przewidywał obsługę polowych łącznic telefonicznych z doprowadzeniem do nich kabla i montażem, odbieranie wiadomości i przekazywanie ich dalej. Były wykłady z terenoznawstwa, nauka o broni, strzelanie oraz krótkie kursy sanitarne. Najważniejszym „przedmiotem” były zasady konspiracji.

W małym miasteczku prowadzenie pracy konspiracyjnej to było trudne zadanie, były to przecież spotkania sześciu młodych kobiet i instruktora, bo każdy przedmiot miał swojego wykładowcę. Wszystko w pełnej konspiracji. Szkolenia organizowała Mała i była naszą komendantką, ona też przydzielała łączniczkom konkretną pracę, po wykonaniu której składało się jej meldunek.

Ojciec miał pseudonim „Kuszel”. Zajmował się organizowaniem i szkoleniem kompanii wojskowej na terenie Zielonki, a w następnych latach prowadził kolejne turnusy Szkoły Podchorążych Piechoty. Działalność obojga rodziców była czysto społeczna, przez nikogo nie opłacana. A żyć z czegoś trzeba było. Na szczęście wokół Zielonki były zasobne wsie. Hodowano w nich nielegalnie trzodę chlewną, mięso wożono do Warszawy i z zyskiem sprzedawano. Nikt nie chciał trzymać pieniędzy, które traciły wartość, należało więc kupować dobra trwale. W tych wsiach sprzedawaliśmy posiadane przez nas rzeczy, niekoniecznie potrzebne do życia w warunkach wojennych, takie jak obrazy, dywany, zastawę stołową, maszynę do szycia. Zapewniło nam to życie przez rok, no może trochę dłużej, ale co dalej? Odeszła gosposia, Halina musiała się zająć domem, czego nigdy przedtem nie robiła. Ojciec, zaraz po ustaniu działań wojennych i powrocie do Zielonki, zgromadził narzędzia potrzebne do pracy elektryka i jeździł do Warszawy naprawiać elektryczność w uszkodzonych domach. Ta praca dawała dobry zarobek, ale po kilku miesiącach zamówienia ustały.

Halszka nie umiała jeździć na rowerze, ale na początku pracy konspiracyjnej zorientowała się, że ta umiejętność będzie jej bardzo potrzebna, rozpoczęła więc naukę. Nie bardzo jej to szło – miała wówczas ponad 40 lat i trudno w tym wieku zaczynać działalność sportową. Któregoś dnia zjawił się u nas mój brat cioteczny, Lutek, który od czasu do czasu przyjeżdżał do nas na rowerze z Warszawy. Ocenił umiejętności Haliny i powiedział, że ją nauczy jeździć. Wsiedliśmy wszyscy troje na rowery, Halina na swoim, koło niej Lutek. Złapał ją z tyłu siodełka mocną ręką, żeby czuła się pewnie. Ruszyliśmy, Lutek wołał „ciotka kręć” i to powtarzał, a mama kręciła pedałami i dobrze jechała. W pewnym momencie Lutek mocniej pchnął Halę do przodu, żeby nabrała rozpędu i puścił siodełko, nadal krzycząc „ciotka kręć”.

My jechaliśmy wolno, a mama pojechała znacznie do przodu, po czym zorientowała się, że ten jego okrzyk słyszy coraz słabiej. Postanowiła zobaczyć, gdzie jest Lutek, obróciła się, w tym momencie straciła równowagę i runęła do rowu, głową w dół. My przyśpieszyliśmy, ale gdy dojechaliśmy do niej, nie mieliśmy siły wyciągnąć jej z tego rowu, bo oboje śmialiśmy się do łez. Halina wściekła wygramoliła się sama na szosę, wsiadła na rower i pojechała. Od tej pory nie rozstawała się z rowerem, ale do końca swoich dni nie zapomniała nam tego śmiechu.

X

Jak już pisałam, najstarszy brat Haliny, Ryszard, był typowym starym kawalerem, ale i stary kawaler może się podobać kobietom. Tuż przed wojną wujek poznał przystojną panią, której się spodobał. Pani była rozwódką, nie nalegała więc na małżeństwo, a może nie chciała taką propozycją spłoszyć wolnego, dość przystojnego i dobrze sytuowanego pana. Halina patrzyła na to przez palce, zresztą dowiedziała się o tej pani nieco później, jak sprawa się już zaczęła. W jakiś czas po wybuchu wojny Ryszard oznajmił Halinie, że dostał interesującą propozycję poprowadzenia niewielkiego mająteczku swojego przyjaciela, który o ziemi i jej potrzebach wiedział niewiele i nie chciał zmarnować tego, w co włożył sporo pieniędzy. Ryszard na ziemi się znal i dłubać w niej uwielbiał. Wyprowadził się więc do wsi Korzeniówka pod Tarczynem i zabrał ze sobą swoja panią. Chyba gdzieś w zimie 41 roku zjawił się u nas z propozycją, że zatrudni Halinę jako ogrodniczkę i jeżeli się zgodzi, to powinna zabrać mnie ze sobą. Jak wiemy, z pieniędzmi było w domu „krucho” i taka propozycja rodzicom odpowiadała. Wyjechałyśmy obie do Korzeniówki pod koniec marca. Na miejscu okazało się, że dom, a raczej zaprojektowana z rozmachem willa, jest niewykończona i różnymi szparami wieje, no i wujek nie mieszka sam tylko z panią Władą, dość ładną panią, ale o niezbyt ładnym charakterze. Pani z góry potraktowała Halszkę i była wyraźnie zazdrosna o braterskie i opiekuńcze uczucia do dużo młodszej siostry. Rozpoczęły się prace w polu i w ogrodzie i na takie drobiazgi nie było ani czasu, ani siły.

Nadeszły święta Wielkiej Nocy, Halina pomagała Władzie w ich przygotowaniu, przed świętami przyjechała siostra Włady z dwojgiem dzieci i w pierwszy dzień świąt okazało się, że nakryte są dwa stoły do obiadu, jeden w jadalni, a drugi w kuchni dla służby. Przy tym kuchennym stole było miejsce dla mamy i dla mnie. Kiedy wszyscy siedli do jedzenia przybiegła siostra Włady z przeprosinami i zaproszeniem dla nas do stołu razem z nimi. Mama odrzekła, że tu jest nam dobrze, a na nalegania odpowiedziała – „tu gdzie ja siedzę zawsze jest salon” i do końca zostałyśmy w kuchni. Później były różne inne szykany ze strony cioci, wyprowadziłyśmy się do pokoiku przy stajni i Halszka wytrzymała tam do połowy lipca. Wujek Ryszard przepraszał Halinę i tłumaczył, że go tak ta osoba omotała, że nie może pisnąć ani słówka. Wyjechałyśmy i o Korzeniówce nie było mowy ani wspominków, aż do czasów powojennych, kiedy wujek ożenił się z Władą i wymógł pogodzenie się obu kobiet.

Wokół domu w którym mieszkaliśmy był spory, zaniedbany ogród. Halszka zwróciła się do właściciela z propozycja, że wydzierżawimy tę ziemię, będziemy uprawiać ogrodowiznę i sprzedawać ją do zielonkowskich sklepików. Właściciel zgodził się i od wiosny rozpoczęliśmy prace w ogrodzie, a z rozmowy ze sklepikarzami dowiedziałyśmy się, co oni będą kupować, a więc co sadzić i co siać. Jak uprawiać taki ogród, Halina wiedziała doskonale, bo ojciec jej miał w Sulejówku pod Warszawą dom letni i spory ogród, który uprawiał i nakłaniał dzieci do pomocy. Cala rodzina Haliny lubiła pracę w ziemi. Mogę powiedzieć, że to zamiłowanie przeszło na następne pokolenia. Była to ciężka praca, ale tylko taka daje efekty i zarobek. Kopać, siać, sadzić lubiłam, podlewanie ułatwiała nam rzeka, która płynęła skrajem ogrodu. Wszystko było dobrze, dopóki nie posadzono mnie na grządce i nie kazano pielić. Nie znosiłam tej pracy, toteż w drugim sezonie 1942 roku, kiedy miałam 13 lat, zbuntowałam się i powiedziałam, że będę prowadzić dom, gotować, sprzątać, prać, a prało się wówczas w balii i na tarze, i prasować, ale pielenia nie wytrzymam. Mama się zgodziła, bo sama nie lubiła kucharzyć i wolała pielić grządki. Gotowanie było ułatwione, bo wszystko, co potrzebne było w ogrodzie, a mięso pojawiało się sporadycznie. W ogrodzie królowała Halszka, wszystko, co trzeba posiać, posadzić i gdzie, planowała jeszcze przed sezonem. Wiedziała, co z czym może sąsiadować, a co nie. Rozsadę siała późną zimą w domu, a na wiosnę wysadzała na grządki. Kopaniem grządek i ich formowaniem zajmował się Wiktor, za płotem na łące pasły się krowy, a my wieczorami robiliśmy wypady z kubełkiem po krowie placki, żeby było czym użyźnić ziemię. Wieczorem dołączałam do podlewania ogrodu, a wodę braliśmy z czyściutkiej rzeki. W zimie Halszka zajmowała się domem, a ja się intensywnie uczyłam. A wszystkiemu towarzyszyła jeszcze praca konspiracyjna.

Taki układ trwał dwa sezony, niestety trzeci, zaplanowany na 1944 rok, przerwało nam Gestapo, bo zostaliśmy wszyscy troje aresztowani. Poszukując dowodów, naszej pracy konspiracyjnej, Gestapo przekopało cały ogród. Na szczęście niczego nie znaleziono i mogliśmy nadal udawać niewiniątka.

Tu się zaczyna zupełnie inne nasze życie, którego część opisałam już w książce „Biała apaszka” (a również w wielu wpisach tu na blogu, publikowanych pod pseudonimem Mirka – EMS).

W noc aresztowania Halszka była całkiem załamana, patrzyła na mnie ze strachem w oczach, wydaje mi się, że dopiero w tę noc zdała sobie sprawę, że ja mam dopiero 14 lat i że ona i ojciec nieopatrznie wciągnęli mnie w tę pracę i odpowiedzialność, której moja psychika może nie udźwignąć.

Po nocy spędzonej na Szucha w podziemnych, jak to nazywano, tramwajach, rano przewieziono nas na Pawiak i tu rozdzielono z ojcem. My obie, na szczęście razem, zostałyśmy zaprowadzone do budynku więzienia kobiecego, które nazywano Serbia tu umieszczono nas na kwarantannie w celi numer 2. Halszka trwała w milczącym stanie depresji, nic nie mówiła i patrzyła w jeden punkt. Po kilku dniach dostałyśmy pierwszy gryps i to był punkt zwrotny w psychice Haliny, znak, że tam, na zewnątrz nie zapomnieli o nas, nie postawili na nas krzyżyka, coś próbują dla nas zrobić! Po tygodniu otrzymałyśmy paczkę z Patronatu nad Więźniami, nadawcą była „Nuna”, a my wiedziałyśmy kto to jest. To były znaki, które dawały Halinie nadzieję, może złudną, ale nadzieję.

Po dwóch, może trzech przesłuchaniach na Szucha, po których mogłyśmy zobaczyć ojca, nadszedł dla nas obu najgorszy dzień, wezwano tylko mnie, a Halina została na Serbii, byłyśmy wtedy już na stałej celi. Zaprowadzono mnie i kilka młodych kobiet na Pawiak, gdzie czekała grupka młodych chłopców. Wsadzono nas do samochodu-więźniarki i gdzieś wieziono; w więźniarce nie było okien, więc trudno było się zorientować, dokąd nas wiozą, siedzieliśmy na podłodze, zdziwieni, że jest nas tak mało, bo normalnie samochód był tak pełny, że trudno było się ruszyć. Ktoś powiedział, że może nas rozstrzelają, żeby pokazać, że młodzież też jest zagrożona. Po cichu żegnałam się z życiem. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że przywieziono nas na Szucha. Wprowadzono nas do pustych piwnic, dano nam kubły z wodą, szczotki, ścierki i kazano posprzątać całe podziemie. Myłam okna, które były wysoko i wychodziły na podwórze gmachu, dano mi drabinkę. Bardzo nas pilnowano, żeby nie rozmawiać i żeby było dobrze sprzątnięte. Chłopcy po umyciu podłóg pastowali je i froterowali. Dano nam obiad przywieziony z Pawiaka i zarządzono krótką przerwę na odpoczynek. Po przerwie dalsza praca, za umytymi przeze mnie oknami, zrobiło się zupełnie ciemno, a był to koniec kwietnia. Bałam się, że zostawią nas na noc. Wieczorem znów podróż więźniarką na Pawiak. W naszej celi było już po kolacji, kiedy mnie do niej wpuszczono. Mama rzuciła mi się na szyje i rozpłakała się. Domyślałam się, co przeżywała przez ten dzień, kiedy nie wiedziała, co się ze mną dzieje. O tym jak to było naprawdę dowiedziałam się dopiero po wojnie od Maryny, z którą na Serbii już nie zdążyłam porozmawiać, bo w dwa dni później Maryna pojechała transportem do Ravensbrück. Mama Marynie do ucha mówiła: „zabrali ją samą na Szucha, pewnie ją zabiją, nie mam już dziecka. Albo ją okaleczą i wróci do więziennego szpitala, a ja nawet nie będę wiedziała, że tu jest i może tego nie przeżyje, a ja jej nawet nie pożegnam”. Maryna pocieszała ją, jak umiała, ale Halina jej nie słuchała, tylko cicho rozpaczała, tak żeby inne więźniarki tego nie mogły słyszeć. Kiedy weszła do celi wachmajsterka i powiedziała, że są potrzebne dwie kobiety do obierania kartofli, Maryna pociągnęła Halinę i zgłosiła je obie, żeby było jakieś zajęcie, a nie tylko rozpacz. Maryna powiedziała, że mama wyglądała jak dzikie, zaszczute zwierzę i dlatego rozpłakała się, gdy mnie zobaczyła całą i zdrową.

Drugim wielkim wstrząsem dla Halszki był dzień, kiedy wywołano nas obie z celi i wachmajsterka powiedziała, żeby nic z sobą nie zabierać, ale że już tu nie wrócimy. Była 9 rano, czas w którym wywoływano na rozstrzelanie. Dla wszystkich kobiet w celi było to jednoznaczne, przez trzy wieczory modliły się za nasze dusze. A my zostałyśmy zaprowadzone do kancelarii Pawiaka, dostałyśmy zwolnienie, mamie zwrócono zostawione w depozycie pieniądze i złotą obrączkę, odwieziono nas samochodem do śródmieścia Warszawy. Zostałyśmy wykupione za słoną łapówkę, ale niestety ojciec został na Pawiaku.

Wyszłyśmy na wolność i pojechałyśmy do Zielonki, na szczęście nie nocowałyśmy w domu, tylko u ciotki, bo następnego dnia rano przyszedł łącznik i przyniósł wiadomość, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Albo chcieli znów pieniędzy, albo sądzili, że w naszym mieszkaniu witać nas będą inni przyjaciele z konspiracji i wszystkich razem będzie można zgarnąć. Po tej wiadomości musiałyśmy szybko opuścić Zielonkę, żeby nikogo nie narażać swoja obecnością. Przez następne dwa miesiące kilka razy zmieniałyśmy miejsce pobytu.

Był początek września 1944 roku. Wojsko niemieckie niemal w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie trwało Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać i widać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce.

Obie z Haliną wróciłyśmy z kilkumiesięcznej tułaczki. Teraz w Zielonce i okolicach był front wojenny. W nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień znów byli Niemcy. 4 września wyrzucono nas wszystkich z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam „odłączyć” od tej kolumny uchodźców, patrolowanej przez Niemców na motocyklach i dotrzeć do wujostwa Edwardów, którzy mieszkali na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym, który za trzy dni miał być ewakuowany do Żyrardowa, gdzie znajdowała się należąca do Monopolu gorzelnia. Edwardowie załatwili, że zostałyśmy dołączone do tej ewakuacji, a jaką dali za to łapówkę, nikt nikomu nie powiedział.

8 września, w dzień zawieszenia broni między powstańcami a Niemcami, zostaliśmy przewiezieni wielką ciężarówką, przez Warszawę i dotarliśmy do Żyrardowa. Po kilku dniach znaleźliśmy mieszkanie na głównej ulicy. Mieszkanie to zresztą za duże słowo, były to dwa maleńkie pokoiku z maciupeńką kuchnią. Do pracy w gorzelni została przyjęta ciotka Stefa, jej mąż wujek Edward i jej brat Józef, a Halszka razem z żoną Józka zajmowały się zdobywaniem żywności i gotowaniem posiłków. Ja znalazłam kontakt z nielegalnie działającymi kompletami gimnazjalnymi i od października rozpoczęłam naukę w III klasie gimnazjum.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału! Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, przez 40 godzin jechały sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne że byliśmy razem, co prawda bez wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na zobaczenie go jeszcze żywego nie mieliśmy.

Wojna się skończyła.

Halszka (3)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – dziecko

Czas mijał na pracy, graniu w tenisa, brydżu, spotkaniach towarzyskich i rodzinnych, kinie i teatrze, oczekiwane dziecko jakoś się nie zjawiało. Sądzę, że w tym czasie Halszka pogodziła się z myślą, że dzieci mieć nie będzie. Aż tu niespodzianka, po sześciu latach małżeństwa jest ciąża, powitana radośnie i dobrze znoszona przez Halszkę. I tak w zimną listopadową noc 1929 roku urodziłam się ja – Janka! Byłam jedynym dzieckiem w rodzinie mamy, bo Ryszard był typowym „starym kawalerem”, Cezia wyszła za mąż i po dwóch latach zmarła, a Edward i jego żona nie mogli mieć dzieci.

Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca.

Jak podrosłam nieco, to się okazało, że jestem strasznym niejadkiem i wmuszenie we mnie jedzenia było męką dla karmiących i dla karmionej, a to już pamiętam bardzo dobrze. Mama pracowała i zajmowała się mną popołudniami, a rano opiekowały się mną kolejne służące.

Sparaliżowany dziadek razem z żoną Wiktorią i Ryszardem mieszkał w Zielonce, gdzie mieszkał również Edward z żoną i jej rodziną.

W 1931 roku zmarła babcia Wiktoria i wtedy dziadek z Ryszardem zamieszkali razem z nami w dużym, słonecznym mieszkaniu na Ochocie, na peryferiach ówczesnej Warszawy. Ryszard pracował jako rewident księgowości w kilku różnych instytucjach, miał więc ruchomy czas pracy, doglądał dziadka i mnie, a gospodarstwem zajmowała się służąca. Dużo chorowałam, najczęściej miewałam anginy, po przechorowanej zimie odbyło się w domu konsylium lekarskie, które orzekło, że dobrze by było zamieszkać gdzieś poza miastem, gdzie będzie świeże powietrze, dużo zieleni i las. Oczywiście wybór padł na Zielonkę, gdzie już mieszkała rodzina. Znaleziono nam ładne mieszkanie i wszyscy z dziadkiem i Ryszardem przeprowadziliśmy się do Zielonki.

Trzeba było zaangażować nową pomoc domową, ale taką, która zajmie się całym gospodarstwem i były z tym kłopoty. Po kilku nieudanych próbach znaleziono doskonałą gosposię, która była z nami aż do wybuchu wojny. Wszyscy dorośli mieli utrudnioną drogę do pracy, bo trzeba było dość do stacji i dojechać do Warszawy pociągiem.

Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.

W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.

Halszka dojeżdżała do pracy pociągiem i tramwajem, bo pracowała w śródmieściu Warszawy, wracała więc późno do domu i miała ze mną mały kontakt. Wychowanie mnie polegało najczęściej na besztaniu, jak coś źle zrobiłam. Jeżeli ktoś się mną zajmował, uczył mnie rysować, nie bać się burzy, gimnastykował się ze mną, to był to wujek Ryszard. Mając sześć lat rozpoczęłam naukę szkolna, ale nie poszłam do szkoły, tylko zebrano czwórkę sześciolatków i naukę ich powierzono emerytowanej nauczycielce z mieszczącego się w Zielonce Schroniska dla Nauczycielek. Pani ta była ponoć specjalistką nauczania początkowego, ale my tego nie odczuliśmy. Była to starsza pani, zmęczona dawną pracą w szkole i zanudzała nas lekcjami. Nikt nie sprawdzał, co ta pani robi i jak nas uczy. Żadnej z czterech mamuś nie przyszło do głowy, ile szkody może przynieść dziecku nieumiejętne nauczanie czytania i pisania. Szkody te odkryła w czasie wakacji moja babcia (mama Wiktora), która była psychologiem i zainteresowała się tym, że ja właściwie nie umiem czytać; usiłowała to naprawić, ale miała do dyspozycji tylko miesiąc wakacji. W domu, w czasie nauki w klasie pierwszej i drugiej, nikt nie sprawdzał, czy odrabiam lekcje, czy prowadzę jakieś zeszyty, piszę coś. Z tego powodu, kiedy poszłam do klasy trzeciej, do normalnej szkoły w Warszawie, miałam spore kłopoty. Był duży krzyk w domu, kiedy pewnego dnia przyniosłam dzienniczek z trzema ocenami niedostatecznymi. Czym skorupka… niestety, do końca szkoły nie prowadziłam porządnie zeszytów!

Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.

Rano szłam do stacji w Zielonce, wsiadałam do pociągu i jechałam do dworca Wileńskiego 15 minut, skąd tramwajem „M” jechałam prawie pół godziny do placu Trzech Krzyży i dochodziłam do szkoły ulicą Hożą. Pierwszy tydzień jeździła ze mną mama, a następnie już jeździłam sama, nie wiedziałam jednak, że w drugim wagonie tego samego tramwaju jedzie mama i obserwuje mnie. Miałam w warkocze wplecione duże białe wstążki, żeby mama, krótkowidz, mogła mnie widzieć z daleka. Po tych dwóch tygodniach jeździłam już sama. Dziś mi się wydaje, że mama mogła mnie przez cały rok odwozić do placu Trzech Krzyży, dalej Hożą mogłam iść sama, a mama do pracy na Chmielną miała stąd niedaleko, ale jakoś nikomu to nie przyszło do głowy. Wiem, wiem, nie było wówczas takiego ruchu jaki jest dziś, ale był to jednak środek dużego miasta i małej dziewczynce wszystko mogło się przytrafić. Powrotną drogę odbywałam tak samo, a te podróże zajmowały mi około dwóch godzin dziennie.

Halszka działała też w zielonkowskim kółku teatralnym i w Z.P.O.K. Nie pamiętam, jakie sztuki kółko wystawiało, ale pamiętam, że organizowało akademie z okazji świąt narodowych i ja też czasami deklamowałam tam jakieś wierszyki.

W 1935 roku zmarł Dziadek, mieszkający z nami. Został u nas wujek Ryszard, który się często mną zajmował. W czasie letnich dni rojno było u nas i gwarno, zjeżdżali się znajomi, grali w modnego wówczas brydża, a ja siadałam komuś na kolanach i próbowałam odgadnąć zasady gry.

W czasie letnich wakacji wyjeżdżaliśmy nad morze, na półwysep helski, jechaliśmy całą rodziną, bo jechało też z nami moje cioteczne rodzeństwo, Irena i Lutek. Czasami na drugi miesiąc wakacyjny dzieci jechały do dziadków do Śródborowa. Taki tryb życia rodzina prowadziła do wybuchu II Wojny Światowej, czyli do 1 września 1939 roku.

Halszka (2)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU i TU), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przywoływane tu fragmenty przeczytać jeszcze raz…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – po ślubie

Ślub Haliny i Wiktora odbył się 9 sierpnia 1922 roku w pięknej katedrze zamojskiej. Wiktor był jeszcze w mundurze, a po wyjściu z Katedry młodzi przeszli pod skrzyżowanymi szablami oficerskimi. Wiktor wystąpił z wojska, a Halszka wymówiła pracę w szkole i wyjechali do Warszawy. Rodzina Wiktora zaakceptowała Halszkę, i zaproponowała im zamieszkanie w wielkim rodzinnym mieszkaniu, ale młodzi małżonkowie chcieli być samodzielni i wynajęli sobie pokój sublokatorski. Oboje znaleźli pracę, Halszka w Warszawskiej Informacji Prasowej, która redagowała wiadomości dla różnojęzycznych wydawnictw. Halina była w redakcji rosyjskiej, gdzie redagowała wiadomości i pisała je na maszynie z alfabetem rosyjskim. Wiktor zaś pracował jako elektryk w firmie, która montowała radia, projektory filmowe i nagłaśniała duże pomieszczenia.

Mieszkali w sublokatorskim pokoju, ale byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu Wiktora na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, lub żeby skorzystać z nowoczesnej łazienki. Na zorganizowanie własnego mieszkania czekali, aż Halszka zajdzie w ciążę i pojawi się dziecko. Czekała na to cała rodzina.

W lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojówka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że oni mogą pilnować mieszkania. Nie zamierzali nigdzie wyjeżdżać, bo lato to najlepszy czas do gry w tenisa, a oboje z zapałem oddawali się tej grze. Pokojówka dostała urlop i młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.

Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Halszka (1)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU). Teraz, gdy cały tekst jest gotowy, i Ciocia dała mi go do publikacji na blogu, zastanawiałam się przez chwilę, czy powinnam opuścić już opublikowane urywki, ale po namyśle stwierdziłam, że są one integralną częścią rodzinnej opowieści i usuwanie ich odbyłoby się ze szkodą dla tekstu. Dodam jeszcze, że też już kiedyś pisałam o Babci i ciekawskich odsyłam to innego bloga. Ale wróćcie tu koniecznie…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – Halszka

Moja mama urodziła się w 1899 roku, a więc w XIX wieku, w Warszawie.

Rodzice jej uzgodnili, że jeżeli urodzi się dziewczynka, będzie miała na imię Halina. Starsi bracia i siostra zaakceptowali to imię.

9 marca urodziła się dziewczynka i po kilku dniach wraz z rodzicami chrzestnymi zaniesiono ją do parafialnego kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Loretańskiej na ul. Ratuszowej (kościół św. Floriana był jeszcze w budowie).

Ksiądz zapytał, jakie dziewczynka ma mieć imię i na odpowiedź zareagował krzykiem i oburzeniem, ”Halina, toż to pogańskie imię, nie ma takiej świętej, nie ochrzczę! Musi być Helena, a urodziła się 9 marca to może być Franciszka”.

Zgodzono się na Helena Franciszka i tak zapisano w aktach, i to był jedyny dzień, kiedy mówiono o niej Helena, bo potem już zawsze nazywano ją Halina, Halinka, Halusia, Halszka, ale nigdy nie Helena.

W tamtych czasach nie kazano przedstawiać metryki przy zapisywaniu do szkoły, czy wyrabianiu dokumentów, a więc moja mama zawsze była Halina. Kiedy wydawano jej świadectwo maturalne, miała wpisane imię Halina, ślub brała jako Halina i jak mnie chrzczono, podano imię matki Halina. Kłopoty z tym imieniem dopiero ja miałam odczuć, ale do tego czasu minęło wiele, wiele lat.

Mama była czwartym dzieckiem w rodzinie i kiedy się urodziła, najstarszy brat Ryszard miał 12 lat, siostra Cezia miała lat 10, Edward – 4, a ona była ostatnim dzieckiem. Mama jej niedługo po urodzeniu Haliny zaczęła chorować. Nie wiem, na co chorowała, ale wiem ze w owym czasie gruźlica „zbierała obfite żniwo”.

Kiedy Halina miała 6 lat, jej matka zmarła i czterdziestokilkuletni ojciec został sam z czwórką dzieci. Mama moja nigdy nie chciała rozmawiać o tej tragedii, musiała to ciężko przeżyć. Rodzina była zasobna, w domu była służba, ale to nie mogło zastąpić małemu dziecku matki.

W domu często zjawiała się przyjaciółka nieżyjącej Matki, pani Wiktoria i opiekowała się dziećmi. Dwa lata po śmierci żony mój Dziadek ożenił się z Wiktorią. Dobroć, ciepło i starania Wiktorii moja mama często wspominała, bo była wspaniałą troskliwą matką dla osieroconej czwórki dzieci.

Wszyscy rozpieszczali najmłodszą Halinkę, a szczególnie dwaj starsi bracia. Nie wiem, kiedy poszła do szkoły, bo w owym czasie istniało kilka systemów szkolnych. To, do której klasy pójdzie dziecko, zależało od tego, ile czasu dom uczył czytania, pisania i rachunków. Wiem natomiast, że Halina poszła do prywatnej szkoły z językiem wykładowym polskim i poszerzonym językiem rosyjskim. Szkoła mieściła się na ulicy Szerokiej. W 1916 roku w tej szkole zorganizowano pierwszą na Pradze drużynę harcerska, do której wstąpiła Halina i była w tej drużynie do końca szkoły, do 1918 roku; po maturze poszła na kurs nauczycieli klas początkowych.

Brat Hali, Edward, w tym czasie pracował jako zarządzający majątkiem Gosławice pod Koninem, gdzie planowano zorganizowanie szkoły dla dzieci pracowników. Edward zaproponował siostrze, by zajęła się zorganizowaniem tej szkoły i podjęła się nauczania w klasach początkowych. Halina chętnie przyjęła tą propozycję i wyjechała. Trudna to była praca, bo pod szumną nazwą „szkoła” kryła się jedna izba z gromadą zupełnie nieprzygotowanych do reżimu szkolnego dzieciaków w różnym wieku. W rezultacie Halina prowadziła w jednej izbie trzy klasy jednocześnie i uczyła wszystkich przedmiotów, jedynie religii uczył ksiądz.

Mieszkała u brata i bratowej, która jej nie lubiła, bo nie miała własnych dzieci i była zazdrosna o braterskie uczucie, jakie okazywał Halinie jej mąż. To, że nie lubiła siostry męża wyrażało się miedzy innymi w tym, że mówiła do niej Helka. Halszka nie skarżyła się na niechęć bratowej, ale było jej z tym ciężko.

Dzieci w szkole były biedne, chorowite, ubrane w podarte ubrania, przeważnie po starszym rodzeństwie, niedożywione i mówiące wiejska gwarą. Uczenie ich było bardzo trudne.

W Koninie Halina zetknęła się z Polską Organizacją Wojskową znaną powszechnie jako P.O.W., wstąpiła do tej organizacji, przyjęła pseudonim Topola, bo była wysoką i smukłą dziewczyną. Przeszła przeszkolenie wojskowe, a doświadczenia z harcerstwa nauczyły ją, że dla sprawy trzeba walczyć. P.O.W. powstało w 1914 roku w zaborze rosyjskim i stopniowo obejmowało wszystkie zabory. Miało na celu odzyskanie niepodległości przez Polskę, szkoliło kadry wojskowe i gromadziło broń.

Halszka opowiadała mi, że kiedyś polecono jej dostarczyć karabiny do miejscowości oddalonej o kilka kilometrów. Dano jej do dyspozycji podwodę, czyli furmankę z woźnicą i koniem. Załadowano na furmankę karabiny, przykryto słomą, na słomie usiadła Topola i ruszyli w drogę. Była to dla Mamy nie pierwsza taka akcja, nigdy do tej pory nie miała kłopotów. Tym razem jednak furman, osoba wtajemniczona, był niezadowolony z funkcji, jaka mu przypadła. Siedział na koźle zgarbiony i mamrotał coś pod nosem. Załadunek odbył się późno, tuż przed wieczorem, jechali wolno polną drogą, zapadała noc, ale dla Halszki to nie było nic nowego. Przed nimi widoczny był w oddali las. W pewnym momencie woźnica odwrócił sie do Halszki i krzyknął “dojadę do lasu i skinę“ (w gwarze wiejskiej słowo skinę oznaczało „wyrzucę”). Sądził, że przestraszy dziewczynę, ale Halszka sięgnęła po karabin i krzyknęła do niego “jak mnie zrzucisz, to cię zastrzelę” i szturchnęła chłopa karabinem w plecy. Chłop się chyba przestraszył, bo zaciął konia i żwawo ruszyli w drogę. Halszka na wszelki wypadek karabin trzymała w rękach i od czasu do czasu poszturchiwała nim chłopa w plecy, ten mamrotał coś pod nosem, ale już nie groził. Nie wiedział, że do tych karabinów nie było amunicji i ten karabin, który czuł na swoich plecach, też nie był nabity.

Nad ranem dojechali na miejsce, chłop potulnie zdjął karabiny z furmanki i zaniósł, gdzie mu wskazano, a Halszka kazała mu samemu jechać z powrotem. Wolała już nie wracać z nim nieuzbrojona. Jak dojechała do Gosławic, nie mówiła.

Na terenie majątku Gosławice były duże pokłady torfu, który wydobywano specjalnymi łopatami, formowano brykiety wielkości cegły i układano w pryzmy do suszenia. Przy tej pracy zatrudniani byli specjalni robotnicy (kilkadziesiąt lat później torf zamienił się w węgiel brunatny i właśnie w Gosławicach powstała elektrownia nim opalana). Halszka z zainteresowaniem przyglądała się pracy torfiarzy nie przypuszczała, że ta wiedza kiedyś się jej przyda 1.

Praca w szkole nie dawała jej satysfakcji, Halina wytrwała jednak do końca 1919 roku i wróciła do Warszawy. Zastała tu ciężkie warunki. Po okupacji niemieckiej w mieście panował głód, były duże trudności w zaopatrzeniu. Do tego była epidemia tyfusu i Halszka zachorowała. Wszystkie dziewczęta miały w tym czasie długie włosy i Halina też miała gruby warkocz. W czasie tyfusu wychodziły włosy, niektórzy zostawali łysi. Mimo protestów Haliny, babcia obcięła jej włosy krótko przy skórze. Po chorobie i rekonwalescencji włosy zaczęły odrastać i zanim zdecydowała się na następny wyjazd z Warszawy już miała z powrotem warkocze.

W tym czasie najstarszy brat Ryszard dostał propozycję pracy w Zamościu, gdzie po kilku miesiącach znalazł pracę dla siostry i ściągnął ją do siebie. Uczyła dzieci klas początkowych w normalnej, dobrze zorganizowanej szkole.

W roku 1921 rodzeństwo otrzymało wiadomość, że ojciec ich zbierając owoce z wysokiego drzewa spadł na ziemię i doznał urazu czaszki, na skutek czego został sparaliżowany i nie mówił. W Warszawie była przy nim żona Wiktoria i starsza córka, już mężatka.

Po zakończeniu I Wojny Światowej sposób życia zmienił się radykalnie. Zamość, gdzie Halszka mieszkała ze starszym bratem, był miejscem, gdzie ulokowany był duży garnizon wojskowy. Kadra oficerska po zajęciach nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić – jedyną „rozrywką” było picie alkoholu i burdy pijackie.

W kasynie oficerskim w soboty odbywały się wieczorki taneczne. Halina bardzo lubiła tańczyć i pod opieką brata chodziła na te wieczorki. W kasynie bywała nie tylko młoda kadra oficerska, ale i starsi stopniem oficerowie, najczęściej z żonami. W tej sytuacji obowiązywał rygor oficerski. Zainicjowano tam teatr amatorski, który przygotowywał i wystawiał na scenie różne skecze i komedie. Do tego kółka amatorskiego przystąpiła i Halszka. Tam poznała młodego podporucznika, Wiktora, który spodobał się jej, a ona jemu. Miała jednak opory i zastrzeżenia, że jej wybranek za dużo pije alkoholu, a ona z pijakiem nie chce mieć nic do czynienia. Zakochany Wiktor przyrzekł jej uroczyście, że ograniczy picie do minimum i nie będzie się upijał. Nie bardzo wierzyła w takie przysięgi i nadal trzymała go na dystans. Wiktor zupełnie przestał pić i nie spotykał się z pijącymi kolegami. Halszka obserwowała tę przemianę ze zdziwieniem, ale Wiktor wytrwał w tym postanowieniu. W 1921 roku oświadczył się Halszce i został przyjęty.

Ile przedstawień dało kółko teatralne, tego nie wiem, ale oboje, i Halszka, i Wiktor, w nich uczestniczyli i zachowały się fotografie.

Wspólne plany młodych narzeczonych nie wiązały się jednak z Zamościem. Oboje chcieli po ślubie wracać do Warszawy, gdzie mieli rodziny.


1 Janina Kowalska „Biała apaszka” rozdział „Torf”

Wieczory w Rembówku (1)

Lech Milewski

Zbliżają się Święta. Ostatnie dni Adwentu, okresu oczekiwania, dla mnie również okres wspomnień.
Gdy byłem już uczniem szkoły średniej (w Kielcach), na Święta byłem zapraszany do Warszawy, do domu stryja Ziemowita, brata mojego ojca. Jedną z atrakcji było przeglądanie rodzinnego pisma – Wieczory w Rembówku.

Pismo znajduje się w posiadaniu mojej kuzynki, córki stryja Ziemowita, ale mam kopię  mogę więc odświeżyć wspomnienia.

Pierwszy numer – Boże Narodzenie 1901 roku.

Początkowo gazetę prowadził najstarszy z braci Stanisław – 14 lat.

Każdy numer rozpoczynal się kolejnym odcinkiem powieści przygodowej pisanej pod pseudominem przez prowadzącego gazetę. Czasami numer zawierał odcinki kilku powieści pisanych przez współpracowników redakcji.

Następnie były rozrywki umysłowe…

Łamigłówki i rebus – odpowiedzi proszę nadsyłać w komentarzach.
Wyjaśnienie istoty pierwszej zagadki: Wyrazów 7. Pierwszy wyraz i początkowe litery następujących składają postać z poematu Mickiewicza.

Dalej – Wiadomości Krajowe…

i … ciąg dalszy Wiadomości Krajowych…

Wspomniany powyżej Lech M., który nie uczestniczył w bitwie tylko zbierał zepsute naboje to mój ojciec, wtedy miał pięć lat.

Numer kończył się Odpowiedziami Redakcji…

Jak widać listy nadsyłało wiele osób a redakcja nie wahała się odpowiadać ostro.

Nr 3 – styczeń 1902 roku. Wiadomości Krajowe…

Wiadomości zagraniczne…

Korzystając z okazji podam trochę informacji z pamiętnika osoby dorosłej – najstarszego z redaktorów – Stanisława M.
Majątek należał od 1862 roku do Wiktora Łebkowskiego, pradziadka autora wspomnień. Wydzierżawił go on swojemu wnukowi – Jakubowi Milewskiemu, ojcu Stanisława. Jakub Milewski, gdy się ożenił, odkupił majątek wykorzystując posag żony. Obszar majątku – 10-12 włók – czyli 200 hektarów.

Wiktor Łebkowski wybudował dworek – drewniany, pokryty stalową blachą pomalowaną na czerwono.
Dom miał pięć pokoi: sypialny, stołowy, salon, gabinet i przedpokój. Prócz tego kuchnia dworska i czeladnia.
W sypialni łóżka rodziców, toaletka z lustrem, szafa z mahoniu , łóżka dziecinne i kołyska. Gdy dzieci przybyło, ostatecznie było ich sześcioro, do dworku dobudowano sypialnie dla dzieci. Inna rzecz, że po ukończeniu 4 klas, dzieci wyjeżdżały do szkoły do Warszawy i do domu przyjeżdżały tylko na ferie i wakacje.
Kanalizacji oczywiście, jak wszędzie wówczas na wsi, nie było. Drewniana wanna słuzyła do kąpieli a wygódka była umieszczona dyskretnie w ogrodzie.

Do zabaw na powietrzu mieliśmy kompanię chłopców z czworaków. W zabawach byliśmy na równych prawach. My imponowaliśmy im pomysłami, wiadomościami i obyciem. Oni uczyli nas sposobów wchodzenia na drzewa, wyszukiwania gniazd ptasich i obserwowania matek i piskląt, obchodzenia się z końmi, zsuwania się ze stogów, ślizgania po lodzie, kręcenia fujarek, robienia gwizdków i wielu, wielu innych wyczynów.

Śniadanie było wydawane od godziny 8-mej, więc dzieci musiały przyjść nieco wcześniej umyte, ubrane i po odmówieniu pacierza. Obiad podawany był punktualnie o 12 i nie wolno było się spóźniać. O godzinie 4-ej zasiadaliśmy do podwieczorku, a o wpół do ósmej do kolacji.
Odżywianie było proste: mleko, chleb, masło, ser zwykły, twaróg, dżemy i miód. Żadnych wędlin nie dostawaliśmy normalnie, podawane były tylko w święta lub dla gości. Herbaty dzieci nie dostawały. Trzeba było być chorym, aby dostać szklankę herbaty.
Obiad składał się z trzech dań: zupy, potrawy mięsnej lub postnej i deseru z kompotu lub leguminy. Na kolację podawano zawsze jakieś zupy na mleku z kluskami lub kaszą, a poza tym można było dostać mleka z dodatkami takimi jak na śniadanie,

W lecie nosiliśmy letnie ubrania szyte zwykle przez Matkę na maszynie Singera. W dnie ciepłe chodziliśmy boso. Zimowe ubrania i palta szył nam krawiec Birman z Ciechanowa.

Matka hartowała nas. Nie uznawała żadnych swetrów, ciepłych pończoch i bielizny. Nie mieliśmy nigdy futer i futrzanych czapek. Nosiliśmy paletka na wacie, sukienne czapki i włoczkowe rękawiczki.
W domu też zawsze była niska temperatura. Była ustalona opinia, że dwór jest zimny, ale powód był inny. Ojciec miał uprzedzenie, że wychodzi zbyt dużo opału… w rezultacie temperatura w zimie wynosiła zaledwie około 15 stopni Celsjusza.

Na zakończenie mapa okolic Rembówka. W sąsiedztwie widać Opinogórę – majątek rodu Krasińskich a tuż obok, należącą do gminy Opinogóra, wioskę Zygmuntowo. Wikipedia nie podaje żadnych informacji na jej temat, ale nazwa nieodparcie kojarzy się z autorem Nie-boskiej komedii.

Ciąg dalszy wiadomości zagranicznych…

Ogłoszenia drobne…

Uwaga – nagroda…

Na zakończenie cytat ze wspomnień stryja Stanisława, najstarszego z redaktorów, na temat początków pisma:
…od 1901 roku z inicjatywy Matki zaczęliśmy wydawać “Wieczory w Rembówku”.
Wydawane były w jednym egzemplarzu w okresie w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia. Pisywaliśmy powiastki, wiersze, dowcipy, reportaże o ważniejszych wydarzeniach w Rembówku i okolicy, układaliśmy rebusy, zagadki i każdy dział zawierał odpowiedzi od redakcji.

Autorami było troje najstarszych dzieci i syn oprzątki (*) Stasiek Skorupski. Redaktorem była Matka.
Powiastki były bardzo naiwne. Ja i brat Jurek pisaliśmy o przygodach, siostra o dzieciach, Stasiek o podróżach po kraju, ale głównym tematem były rodzaje potraw.
Dział odpowiedzi od redakcji umożliwiał przytaczanie urywków wierszy odrzuconych przez redakcję, co było naśladownictwem podobnego działu w Tygodniku Ilustrowanym“.

*Oprzątka – google miał ogromne trudności, ale znalazłem – dziewka zajęta przy hodowli drobin (sic) na dworze.

Trzeba pisać o Rosji

Andrzej Rejman

Okruchy Rosji

Trzeba pisać o Rosji. Trzeba badać Rosję i starać się ją zrozumieć. Zainspirował mnie m.in. Lech Milewski swoimi wpisami “Wśród przyjaciół Moskali”. A także Agnieszka Kaniewska swoim pięknym blogiem “Słowa i Obrazy” https://agakaniewska.wordpress.com.

Rosję jako taką (chodzi o obecny teren Federacji Rosyjskiej) znam mało. Byłem tam właściwie tylko kilka razy przejazdem i to dawno, jeszcze za czasów Leonida Breżniewa.

W 1981 roku pojechałem jako student warszawskiej SGGW na Międzynarodowy Obóz Pracy do Armenii.

Z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Warszawy, trzeba było przejechać na Domodiedowo, lotnisko lokalne znajdujące się na drugim krańcu miasta.

Na grupy takie jak nasza czekały wysłużone, ale pojemne ciężarówki do przewozu osób, spełniające rolę autobusów. Był to z pewnością przejazd półlegalny, ciężarówka wyglądała na pożyczoną z jakiejś budowy, a kierowca zachowywał się nieco nerwowo, gdy mijaliśmy posterunki GAI (Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspekcja) na obwodnicy Moskwy.

Na lotnisku Domodiedowo zdążyłem przed odlotem zjeść olbrzymi, chyba największy jaki widziałem, kotlet schabowy, większy od talerza, na którym spoczywał.

W Erewaniu (dzisiejszy Erywań – czemu ta zmiana nazwy?) po wyjściu z samolotu odurzyły nas suche, bardzo ciepłe fale powietrza…

Armenia to nie Rosja, jednak wszystkie kraje pod kontrolą Rosji Sowieckiej miały wiele wspólnego.

Podczas pobytu w Armenii i pracy w Zakładach Melioracyjnych i Produkcji Rur w Erewaniu, oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy tureckiej, skąd góra Ararat wydawała się najpotężniejszą górą świata – doświadczyliśmy wielu sytuacji typowych dla cudzoziemców przebywających wtedy w ZSRR.

Miejsca zgrupowania nie można było opuszczać bez opieki ormiańskiego “przewodnika”, który z pewnością był funkcjonariuszem odpowiednich służb.

Z akademika, gdzie mieszkaliśmy, wychodziliśmy więc przez okno, żeby samemu poznać życie nocne miasta. Gdy podczas jednej z takich eskapad zgubiłem portfel, w którym były dokumenty i pieniądze, zwrócono mi go po dwóch godzinach w obecności oficerów lokalnego KGB, którzy przyjechali nieoznakowanym samochodem. Oficerów ugościliśmy polską wódką.

Był to okres już po Sierpniu 1980. Byliśmy już odważni – postanowiliśmy więc zastrajkować! Powód? Brak ubrań roboczych.

Po ogłoszeniu strajku przez grupę studentów z Polski w breżniewowskiej Armenii nastąpiła delikatnie mówiąc panika wśród władz zakładu i partii. Nowiutkie ubrania robocze dostarczono natychmiast.

Potrzebę zrozumienia i dalszego poznawania Rosji odziedziczyłem pewnie po mojej mamie, która urodziła się w Petersburgu i spędziła tam kilka pierwszych lat swojego życia. Jej rodzice, a moi dziadkowie pobrali się w Moskwie jeszcze przed rewolucją 1917 roku.

Babcia uwielbiała Lermontowa, Jesienina, malarstwo Ajwazowskiego i Szyszkina.

Wyciągam z szuflady kilka notesów, zdjęcia i ryciny.

Babcia przepisywała ulubione wiersze poetów rosyjskich do zeszytów lektur. Kolekcjonowała wycinki z prasy rosyjskiej – znajduję oryginalne kartki z Artystyczno-Pedagicznego Żurnala – (Художественно-педагогический журнал) z 1914 roku – dobry, błyszczący papier, dobrze zachowany przez te ponad sto lat.

Są to reprodukcje dwóch obrazów A.I.Kuindżi * zatytułowane: “Na Wyspie Wałaam” i “Ukraińska Noc”.

Archip Kuindżi malował przede wszystkim pejzaże, utrzymane w duchu romantycznym. W swoich obrazach ukazywał sposób wpływania światła na rzeczywistość – wg niego gra światła była w stanie zmienić każde, nawet najmniej interesujące miejsce, w obiekt wart uwiecznienia na płótnie.

Mimo czarno-białej reprodukcji, widać wyraźnie piękną grę świateł na obu pejzażach.

Przy okazji czytam, że wyspa Wałaam należy do archipelagu wysp Wałaamskich i leży na Jeziorze Ładoga. Archipelag należy do Karelii, republiki autonomicznej, mającej obszar połowy Polski.

Na koniec tego odcinka kilka pocztówek z lat 1903-1907 ze zbiorów rodzinnych.

Moskwa, Płac Łubiański 1903
Plac Łubiański (ros. Лубянская площадь) – plac w centrum Moskwy. Znany przede wszystkim z budynku stanowiącego od 1917 siedzibę służb specjalnych (obecnie FSB, wcześniej KGB i NKWD oraz Czeka) i nazywanego od nazwy placu Łubianką.

Moskwa, Brama Warwarska 1907 (Варва́рские воро́та)
jedna z bram fortyfikacji średniowiecznej Moskwy, rozebrana w 1934 roku.

Moskwa, “Car Puszka” (ros. Царь-пушка) – największa (pod względem kalibru) na świecie armata spośród ładowanych od przodu. Eksponowana obecnie na Kremlu w Moskwie.

c.d.n.
_____________________________________

* Archip Iwanowicz Kuindży (ros. Архип Иванович Куинджи, ur. w 1841 w Mariupolu, zm. w 1910 w Petersburgu) – rosyjski malarz greckiego pochodzenia, realista, tworzył głównie pejzaże.