Po śladach muru / Auf den Spuren der Berliner Mauer

Vor zwei Jahren gaben wir – Freunde von Joanna Trümner – “unser” Mauerbuch heraus. / Przed dwoma laty wydaliśmy – Przyjaciele Joanny Trümner – “naszą” książkę o Murze Berlińskim.


Im Dezember 2020 haben sich Freunde von Joanna Trümner entschlossen, Ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren. Joanna schrieb diese Beiträge seit Mitte 2019, begleitet hat sie ihre Freundin Ela Kargol als Fotografin. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches wurde die Publikation von Krystyna Koziewicz vervollständigt.

Das ganze hat Ewa Maria Slaska redigiert und ein gewisser K. Łamarz hat den Layout gemacht. Finanziert wurde das Projekt von den Spenden angesammelt durch die Platform GoFundMe.

W grudniu 2020 roku grupa przyjaciół Joanny Trümner postanowiła uczcić Jej pamięć, wydając książkę z Jej tekstami o Murze Berlińskim. Joanna pisała te teksty od połowy 2019 roku, a towarzyszyła jej w tym jako fotografka Ela Kargol. Gdy Joanna zachorowała, dalsze pisanie tekstów przejęła Ela Kargol, a tuż przed wydaniem książki całość uzupełniła jeszcze Krystyna Koziewicz.

Ewa Maria Slaska zredagowała książkę, a pan K. Łamarz przygotował oprawę graficzną. Projekt został sfinansowany z datków zebranych poprzez platformę GoFundMe.

Ela (Elżbieta) Kargol geht weiterhin durch diese (immer noch? nicht mehr?) geteilte Stadt und sammelt Eindrücke, Informationen und Geheimnisse.

Ela Kargol dalej wędruje po naszym (już nie a może jednak nadal?) podzielonym mieście, zbierając wrażenia, informacje i tajemnice.

Ela Kargol

Günter Liftin, pierwsza ofiara Muru


Zginął 24 sierpnia 1961 roku, w dziesięć dni po tym, gdy nocą z 12 na 13 sierpnia władze postawiły pierwsze zasieki z drutu kolczastego, które z biegiem lat przekształciły się w mur, aby potem stać się Murem Berlińskim. Dziś wiedzie tu Mauerweg / Droga Muru.

***

12 sierpnia 1961 roku była sobota. Rodzina Litfinów wybrała się do rodziny w zachodniej części miasta. Kiedy późnym wieczorem wracali kolejką podmiejską do Weißensee, nie mieli pojęcia, co przyniesie kolejny dzień.

Miał 24 lata, gdy został zastrzelony strzałem w tył głowy, był berlińczykiem z Weißensee, urodzonym dwa lata przed wybuchem II wojny światowej w rodzinie katolickiej.
Tyle lat ma teraz moja młodsza córka, która studiuje i ma plany na przyszłość. Günter Litfin też miał plany. Skończył szkołę krawiecką i znalazł zatrudnienie w zawodzie w zachodniej części Berlina. Interesował się modą, ubierał elegancko, modnie. Marzył o projektowaniu i szyciu strojów teatralnych. Mieszkał jednak we wschodniej części miasta. Gdy sytuacja między strefą sowiecką a strefami zachodnimi stała się napięta, znalazł mieszkanie po zachodniej stronie, nie meldując się jednak w nim. Po śmierci ojca chciał opiekować się matką, zamieszkałą po wschodniej stronie, w Weißensee. Gdyby zameldował się w Berlinie Zachodnim, uznano by go za zdrajcę ojczyzny i nie mógłby przemieszczać się, między strefą wschodnią, a strefą zachodnią Berlina.


13 sierpnia 1961 roku podzielono murem miasto na prawie 30 lat. Ale Günter nie chciał tyle lat czekać, zresztą skąd miał wiedzieć, na ile lat podzielono świat.
W pierwszych dniach zamknięcia granic wielu udało się przekroczyć granicę ze wschodu na zachód. Günter liczył też na udaną ucieczkę. Nie zastanawiał się długo.
24 sierpnia 1961 roku przedostał się przez mur szpitala Charite, stamtąd prawdopodobnie mostem nad Humboldhafen chciał dotrzeć do Lehrter Bahnhof, czyli terenów dzisiejszego Dworca Głównego. Niestety został zauważony przez milicjantów ochrony kolei (Transportvolkspolizei). Milicjanci najpierw oddali strzały ostrzegawcze, a gdy Litfin wskoczył do wody, celowali już w jego kierunku.
Był już prawie po zachodniej stronie, gdy jedna z kul trafiła go śmiertelnie w tył głowy.

W pierwszą rocznicę zamordowania pierwszej śmiertelnej ofiary muru po zachodniej stronie postawiono płytę granitową upamiętniającą Güntera Litfina. Podczas budowy Dworca Głównego płyta zaginęła. Znalezioną po latach zamontowano po stronie wschodniej kanału (Berlin-Spandauer Schifffahrtskanal).

***
Dalej Drogą Muru dochodzi się do Invalidenfriedhof (Cmentarza Inwalidów (Wojennych).


Dzięki staraniom brata Güntera, Jürgena Litfina w jednej ze strażniczych wież dawnego posterumku “Kieler Eck” w roku 1992 otwarto miejsce pamięci Güntera Litfina. Tuż obok na Cmentarzu Inwalidów, jednym z tych murem podzielonych, są jeszcze resztki muru tylnego i tablice informacyjne o ofiarach muru, w tym o Günterze Litfinie.


W sieci znajduję kilka zdjęć Güntera. Jedno szczególnie zwróciło moja uwagę.


Na zdjęciu z I komunii świętej z roku 1947 dziesięcioletni Günter w prawej ręce trzyma świecę, ozdobioną mirtem, na której fotograf nie zdążył dorysować płomienia, w lewej książeczkę do nabożeństwa, choć trudno to stwierdzić, ale chyba ze złotym grzbietem. Ubrany jest w ciemną dwurzędową marynarkę i ciemne spodnie, kołnierzyk białej koszuli wyłożony jest na kołnierz marynarki.
Taka moda – czy Günter już wtedy chciał modnie wyglądać? Czy mama go tak wystroiła?
Na twarzy zawadiacki uśmiech. Uśmiech, który towarzyszy wszystkim zdjęciom Güntera.

9-Euro-Ticket (9)

Ela Kargol

Wyspa Przyjaźni i schody donikąd

Raz w tygodniu wybieram się na wycieczkę w ramach 9-Euro-Ticket, taki mam plan. Niestety plan powstał trochę późno, ale odkąd nie planuję wycieczek dalekich, które pozostają tylko w planach, jeżdżę do miejsc bliskich i bliższych.
Niedawno wybór padł na stolicę Brandenburgii.
Miasto znane z pałaców, parków ogrodów i konferencji.
Namówiła mnie Ewa, opowiadając o swojej wycieczce promem do Kladow. Też chciałam nad wodę. No i pojechałam na wyspę pełną kwiatowych zagonów, rozłożystych drzew, alejek, pergoli i innych wodno-ogrodowych atrakcji. Dużo nagich ciał w brązie, nie tym słonecznym, lecz metalowym. Nad wodą można dosiąść łabędzia lub flaminga i opłynąć wyspę dookoła. Na spacer się nadaje, mało chodzenia, dużo siedzenia. Dużo wolnych ławek do odpoczynku i przeróżnych roślin do oglądania – kwitnących, pachnących, dających cień, wabiących motyle, trzmiele, pszczoły.


Wyspa Przyjaźni (Freundschaftsinsel), bo o niej piszę, położona w centrum Poczdamu leży między ramionami starej i nowej Haweli (Alte i Neue Fahrt).
Z jej brzegów widać po jednej stronie poczdamski dworzec, po drugiej Stare Miasto, kościół Mikołaja i pałac miejski, który pałacem nie jest.


Wyspa zawdzięcza swoją nazwę restauracji o tej nazwie działającej tam już w połowie XIX wieku.
Krótko przed II wojną światową Karl Foerster i Hermann Mattern zaprojektowali na wyspie ogrody do oglądania i podziwiania, do spacerów i odpoczynku i takie, w których uczono sztuki ogrodnictwa. Niestety II wojna światowa zniszczyła prawie wszystko. Ale już w latach 50. i potem 70. ubiegłego wieku zaczęto odbudowywać i rozbudowywać atrakcje na wyspie, sądzić nowe drzewa, rośliny, siać kwiaty. W roku 2001 w ramach Wystawy Ogrodniczej (Bundesgartenschau 2001) nastąpiła ponowna rekonstrukcja i przebudowa ogrodu, dobudowano scenę letnią i plac zabaw.


Poszłam na drugi brzeg wyspy.
Wydawało mi się, że znajdę jakiś przystanek tramwajowy, który podwiezie mnie pod sam dworzec, a więc obeszłam pałac, który nie jest pałacem i zatrzymałam się przy złotych aniołkach przy bardzo znanych schodach, o których pojęcia nie miałam, że są znane.
Schody tzw. “Schody chorągwi” (Fahnentreppe) powstały w roku 1746, po którejś przebudowie, wtedy jeszcze pałacu i prowadziły do ogrodu.

Sześć lat później Melchior Kambly zaprojektował na podstawie rysunku samego Fryderyka II Wielkiego pozłacaną i bogatą w dekoracje balustradę. Cechą charakterystyczną balustrady były aniołki autorstwa Friedricha Christiana Glumego, stąd późniejsza ich nazwa Puttentreppe lub Engelstreppe .
(„Schody putt” lub „Schody aniołów”).


Schody nie tak dawno zrekonstruowano. Aniołki częściowo autentyczne naprawiono i pozłocono, lśnią nowym złotem.

Schody, chociaż prowadzą donikąd, bo nie ma już dawnego ogrodu i nie ma drzwi z pałacu – niepałacu którymi można byłoby do niego zejść, przyciągają wzrok każdego. Czym? Złotem i przepychem, jak cały Poczdam.

Dziwny jest czas.


Konrad

Dziwny jest czas. Pamiętam dni, gdy życie w mieszkaniu na Lynchet Hill było tak intensywne, że jego koniec wydawał się nieskończenie odległy w czasie – tak jak nieskończony wydawał się potencjał tego, co może się w tym czasie zdarzyć. Ale teraz cały ten okres się kończy. Nieskończoność okazuje się mieć koniec.

Wydaje mi się, że w przeszłość zawsze jest bliżej, niż w przyszłość. Nie potrafię sobie wyobrazić siebie za miesiąc. Po prostu nie potrafię. Jest to człowiek, którego nie ma. Nie wiadomo, kim się stanę w kontakcie z Francją. Ale ten francuski ja, który żyje miesiąc w przyszłości, widzi mnie z dzisiaj jako swojego niedalekiego kuzyna, może nawet brata. Bliżej mu do mnie, niż mi do niego.

On jest dla mnie nieskończonym potencjałem. Ja dla niego – zrozumiałą ciągłością. On jest nieskończenie daleko. Ja dla niego – miesiąc temu.

Widzę siebie w przyszłości. Widzę siebie we Francji, widzę się w Singapurze, wiem, że kiedyś tam będę, i gdy to już nastąpi, przeszłość zostanie skompresowana. Bo już będzie poznana, już będzie konkretna, skończona. Można ją będzie objąć ramami.
Nieskończoność okazuje się mieć koniec.

Słońce w głowie

Teresa Rudolf

Letnie party

Lato, 
wdzięczysz
się do człowieka
jak jakiś podlotek,

wyśpiewujesz mu 
szlagiery ptasie,
mamisz zapachami,

malujesz codzienność
setkami barw kwietnych,
aromatycznych wielce, 

zapraszasz na wielką zabawę 
z tłumami różnych gości,
chciwych wielkich przygód,

jesteś  tak wyczekiwane,
prawie już wymodlone,
pachniesz niewiadomą.

Lato,
a czy nie zapomniałeś 
o słońcu, pławiącym się 
w złocie próżnym bożku,

spalającym powoli 
na popiół ciebie,  
i twoich gości,
rozwalając ci  
z chichotem
to ziemskie
party???
Okno

Myśl, jak kot 
wślizgnęła się 
przez otwarte okno,
 
trochę nieśmiało
rozejrzała się 
w mojej głowie,

a co ze sobą
zrobić przyjdzie,
wciąż nie wie...

przykucnęła więc
przy gorącym 
dziwnym lecie,

powoli dopełzła
do wiadomości  
wszechobecnych;

do podłości ludzkiej
względem zwierząt,
do koszmaru wojen, 

też i do piękna świata,
geniuszu ludzkiego,
wspaniałości natury...

złapała się za głowę 
przyznając bezsilność,
myśli wślizgującej się

przez otwarte
letnią porą okno...
... byłoby  chyba lepiej

legalnie
jak każdy, 
wchodzić 
drzwiami, 
i pozostać 
na dłużej...

8 sierpnia 2022 roku

Ewa Maria Slaska

Imieniny obchodzą: Bonifacja, Cyriak, Cyryl, Dominik, Emilian, Esmeralda, Jan, 
Joanna, Largus, Maryn, Maryniusz, Miron, Mirona, Niegosław, Niezamysł, Sekundus, 
Sewer, Smaragd, Sylwiusz i Szmaragd.

Godzina 10 rano, koło stacji kolejki Hallesches Tor. To stacja nad kanałem. Szczur wodny pasie się na brukowanym placu, pomiędzy rowerami. Kiedyś mieszkał po drugiej stronie ulicy, przed biblioteką, w niskich krzakach, ale krzaki zostały wycięte, została łysa trawa.

Na facebooku na stronie Rośliny śmieszne zdjęcie mamy-kiełka, pouczającej dziecko-kiełek.

Po drodze do IKEI wielki napis po polsku. Mateusz kocha Magde. Z błędem, czy to ja nie dowidzę?

Na facebooku berlińska malarka, Ela Woźniewska, i jej kolorowy misiek.

Na facebooku Anna Janko, pisarka, przypomina wiersz swojej zmarłej kilka dni temu mamy, poetki, Teresy Ferenc, która dla nas w Gdańsku była “naszą poetką”, wydawałoby się, że od zawsze i na zawsze (ur. 27 kwietnia 1934, zm. 1 sierpnia 2022). Ale nikt nie jest na zawsze. Do widzenia, Tereso!

Różni ludzie twierdzą, że dziś Międzynarodowy Dzień Kota. Ja nie. Ja uważam, że Międzynarodowy Dzień Kota jest 17 lutego. Ale właściwie, to co mi zależy?

Na facebooku Andrzej Filet Fikus pisze: Herzlich Willkommen in der Hauptstadt der BRD. Menschen, jeder Nationalität, Identität etc. die sowas mitmachen: verpisst euch! (Witam serdecznie w stolicy Bundesrepubliki. Ludzie wszystkich narodowości, tożsamości itp., którzy robicie coś takiego – walcie się!)

***

Umarła Zofia Posmysz. Urodziła się 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, zmarła dziś, 8 sierpnia 2022 roku w Oświęcimiu. Miała prawie sto lat. Była więźniarką Auschwitz, pisała o tym i tu chciała umrzeć.

***
Taki dzień.

Projekt Irena Bobowska. Berlin.

Ela Kargol

Irena Bobowska, wyrok

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata.W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej kolegów z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

Irenę ścięto nad ranem 27 września 1942 roku w Berlinie Plötzensee, w centralnym miejscu straceń dla okręgu egzekucyjnego IV zentrale Hinrichtungsstätte für den Vollstreckungsbezirk IV. W hitlerowskiej Rzeszy okręgów było 10, katów trzynastu.

Wilhelm Röttger z zawodu był ślusarzem, w czasie I wojny światowej jako ochotnik zaciągnął się do marynarki wojennej i został palaczem na statku. Po wojnie pracował jako pomocnik grabarza, a od roku 1940 jako pomocnik kata, podobno jednego z najważniejszych, Friedricha Hehra.

23 września 1942 roku Röttger został mianowany katem IV okręgu egzekucyjnego, który obejmował centralne miejsca straceń w Berlinie-Plötzensee i Brandenburgu-Görden. Najprawdopodobniej był tym, który uruchomił dźwignię gilotyny 27 września 1942 roku.

Była godzina 4.36. Zaczynała się niedziela. Jeszcze noc. Świt miał nastąpić za półtorej godziny.

“Zwykle kat przychodził dwa razy w tygodniu. Nazywał się
Röttger. Bardziej skradał się niż chodził. Ubrany w dłuższą kurtkę.
O czym myślał? Tysięcy ludzi pozbawiał życia. Niewinnych ludzi.

Za każdą ściętą głowę dostawał 80 marek (w innych źródłach 30 marek) premii i dodatkowy przydział papierosów.
Zawsze miał w ustach papierosa. Jego pomocnicy byli silnymi mężczyznami.
Musieli przenieść ofiary, z rękami związanymi sznurem na plecach,
na szafot!
Dwóch strażników wyprowadzało z cel więźniów skazanych na śmierć…
do szopy egzekucyjnej! Za to otrzymywali po osiem papierosów…

(broszura GedenksättePlötzensee, Brigitte Olschewski)

Więźniowie mieli podgolone karki, na nogach drewniaki. Ubrania zostawiali w celi.

“Gdy dzień egzekucji był ustalony, osoba skazana na śmierć była przenoszona do specjalnej celi – celi śmierci – dzień wcześniej lub nawet kilka dni wcześniej. W Plötzensee i Brandenburgii wyznaczono specjalne cele na parterze (w budynku III) i urządzono je jako cele śmierci. Przeniesienie do jednej z tych cel sprawiało, że jeszcze przed zawiadomieniem o egzekucji skazany wiedział, że wybiła jego godzina…”(ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)

Miejsce egzekucji znajdowało się w niskim budynku z czerwonej cegły na podwórzu budynku III, podzielone było na dwie części i oddzielone czarną zasłoną. Była część biurowa, w której prokurator lub jego przedstawiciel odczytywał wyrok, urzędnik sprawdzał dokładne dane personalne, i część, w której pracował kat.

Po odczytaniu wyroku prokurator zwracał się do kata z ustaloną formułą: “Kacie, czyń swoją powinność!”.‚Scharfrichter walten Sie Ihres Amtes!‘ I wtedy rozsuwała się zasłona, za którą była gilotyna i stał kat z pomocnikami. Na początku lat 30. ubiegłego wieku egzekucja trwała kilka minut. Z czasem kat i jego pomocnicy potrzebowali tylko kilkunastu sekund.

Skazany musiał stanąć oparty o deskę, w której był wydrążony otwór na głowę. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, oprawcy zmieniali pozycję deski 90 stopni. W mgnieniu oka skazaniec, z odwróconą deską, znalazł się w pozycji, w której jego szyja znalazła się tuż pod gilotyną. W tej samej sekundzie kat nacisnął przycisk. Gilotyna ze świstem spadała w dół, a głowa skazańca leciała do wiklinowego kosza. Kat teraz, z tym samym pośpiechem, zaciągnął czarną zasłonę i ogłaszał: Panie prokuratorze, wyrok wykonano! (ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)


Berliński zakład karny przy Plötzensee został wybudowany w latach 1869 – 1879. Na 25 hektarach lasów powstało więzienie otoczone wysokim na 6 metrów murem. Poza murami więzienia przy Königsdamm (dzisiejszej ulicy Friedrich-Olbricht-Damm) wybudowano domy dla urzędników. Wewnątrz znajdowały się trzypiętrowe budynki z więziennymi celami. Budynki ustawione były według tak zwanego systemu panoptycznego. Podczas wojny większa część budynków została zniszczona, po wojnie rozebrana. Tak zwany Haus III z celami śmierci przestał istnieć. Do dzisiaj został kościół, domy urzędników więziennych i wiele innych budynków, które trudno dostrzec zza muru. Wszystkie objęte są ochroną zabytków.

Został też niski budynek z czerwonej cegły, budynek, w którym dokonywano egzekucji. W 1951 roku część ceglanej szopy rozebrano, a drugą część przeznaczono na miejsce pamięci. Z rozebranych cegieł i gruzu pozostałego ze zbombardowanego więzienia postawiono nowy mur, mur z napisem Ofiarom dyktatury hitlerowskiej 1933-1945.


W tym roku byłam tu pierwszy raz. Myślałam, że po Auschwitz, które pierwszy raz zobaczyłam będąc kilkunastoletnią dziewczyną, nic mnie już nie zaskoczy.

A jednak. Pomieszczenie, w którym nie ma już gilotyny, nie ma kata, prokuratora, urzędnika więziennego, jest tylko czarna zasłona i belka egzekucyjna, kratka odpływowa i glazura na ścianie w miejscu, gdzie był kran z wodą i umywalką. Dla kata? Czy kat zawsze umywał ręce?

Bardzo powściągliwa aranżacja miejsca, wręcz jej brak. Cisza i groza. Groza czasów hitlerowskiej dyktatury śmierci. W drugim pomieszczeniu, w którym przechowywano trumny, znajduje się fragmentaryczna dokumentacja hitlerowskich zbrodni z Plötzensee w formie wystawy, częściowo multimedialnej. Są trzy zdjęcia Ireny Bobowskiej, akt oskarżenia i wyrok. Dokument przyjęcia jej do Plötzensee i opuszczenia więzienia. Nie zgadza się tylko data, choć to my możemy się mylić.


Z dokumentów wynika, że Irenę dostarczono do więzienia w Plötzensee 25 września 1942 roku o godzinie 18.30. Z listu datowanego na 26 września 1942, zamieszczonego w Neni Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej, Irena pisze do matki, wiedząc już, że są to jej ostatnie godziny życia. W tych ostatnich godzinach otrzymuje jeszcze listy z domu, które ktoś w nocy wsunął do celi. W celi z nią są jeszcze dwie Ireny, których nie mogę znaleźć w dokumentacji z Plötzensee, stąd moje przypuszczenie, że dokumentacja jest niepełna. Procedura wykonania wyroku śmierci zaczęła się 26 września, stąd może właśnie ta data.

Dzisiaj, a właściwie jutro wczesnym rankiem pójdę na śmierć. Jest godzina 10.00. Siedzę w celi takiej, jak każda inna w innym więzieniu. Był u mnie ksiądz ze spowiedzią i przyjdzie jeszcze z Komunią świętą. W międzyczasie przebywają tu też trzy urzędniczki. Jestem w dobrym nastroju i mam nadzieję, że odwaga nie opuści mnie aż do końca. (z listu do matki)

Księdzem, który przychodził z ostatnią posługą mógł być ksiądz Peter Buchholz. Współpracując ściśle z pastorem Haraldem Poelchau, Buchholz pośredniczył w ostatnich kontaktach między skazanymi a ich rodzinami, przekazywał wiadomości lub potajemnie dostarczał więźniom żywność. Mógł być tą osobą, która skrycie dostarczyła Irenie ostatnie wiadomości z domu.

Zgon potwierdził Oberwachmeister Heinrich Wienand z Lichtenbergu. Powód śmierci: Enthauptung (ścięcie).

Symboliczny grób Ireny jest w Poznaniu na cmentarzu Miłostowo. Symbolicznie jest tam pochowany też jej ojciec, zamordowany w Katyniu.

Co się stało z ciałem Ireny Bobowskiej, możemy tylko przypuszczać. Z pewnością zostało skremowane w jednym z berlińskich krematoriów, czy przedtem służyło do badań doktorowi Hermannowi Stieve? https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Stieve.

Jej prochy mogą być pochowane na jednym z berlińskich cmentarzy Parkfriedhof (Marzahn), Urnenfriedhof Seestraße (Berlin-Wedding), Südwestfriedhof Stahnsdorf, Friedhof am Plötzensee, Friedhof Altglienicke…

A może zupełnie gdzie indziej.

Mimo skrupulatności, pedantyczności i biurokracji w nazistowskich Niemczech i zachowanych wielu obszernych dokumentów, miejsca jej pochówku nie udało nam się znależć.

Nie tak dawno, i tylko dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób, prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich w tym z Plötzensee odzyskały swoją tożsamość.

Przy wejściu na cmentarz w Altglienicke po lewej stronie od niedawna znajduje miejsce pamięci ofiar nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę w kształcie litery L, ustawioną na cmentarzu.

Wśród nazwisk nie ma Ireny Bobowskiej.

Chowano nocą, po ciemku, bez świadków, bezimiennie, niekoniecznie na cmentarzach, a przede wszystkim w pośpiechu i często bez zbędnej biurokracji, która towarzyszyła skazanym aż do śmierci.

W Brandenburgu Görden w tym samym okręgu egzekucyjnym i w tym samym miejscu pracy kata Röttgera otworzono miejsce pamięci w garażu znajdującym się na terenie więzienia, w garażu, który był miejscem egzekucji ponad 2 tysięcy mężczyzn. Ponieważ nie wyodrębniono tej części jak w Plötzensee z obszaru więzienia, niełatwo jest się tam dostać. Nam się nie udało (admince i mnie). Potrzebne są podania, wnioski, czasy oczekiwania, procedury i…pozwolenie na widzenie się z gilotyną. Biurokracja, zawsze i wszędzie, wtedy i teraz. Na zdjęciu (zdjęcie ze zdjęcia) z muzeum obok widać dokładnie jak wygląda i wyglądała gilotyna z Plötzensee i z Görden. Ta gilotyna ze zdjęcia znajduje się w Görden, w miejscu trudno dostępnym, za więziennym murem i nie jest gilotyną z Görden ani z Plötzensee.


Wilhelm Röttger wraz ze swoimi asystentami przeprowadził kilka tysięcy egzekucji, w tym masowe egzekucje podczas Krwawych Nocy w Plötzensee we wrześniu 1943 r., kiedy to powieszono łącznie 324 osoby. Wykonał szereg wyroków śmierci na bojownikach ruchu oporu, również na tych z 20 lipca 1944 roku. Był najbardziej wydajnym katem w Niemczech w owym czasie.

Po wojnie uciekł na zachód do Hannoveru, pojmano go w szpitalu, w którym się ukrył. Zmarł w więzieniu w Hannowerze w 1946 roku.

Reblog: 4 pisarki, które zdefiniowały świat

Samuel Dowd

…(i literaturę) na nowo

Ich niecodzienna, radykalna i zuchwała twórczość na zawsze zmieniła literaturę i kobiety. Czasem odbywało się to po cichu, a innym razem z rozmachem.

Utwór Cztery kobiety Niny Simone to wstrząsający akt oskarżenia, głos sprzeciwu wobec spuścizny niewolnictwa. Słynna piosenkarka jazzowa wypowiada się w imieniu całych pokoleń afroamerykańskich kobiet, przez wieki doświadczających niesprawiedliwości i przemocy. Na przestrzeni XX wieku wiele nieustraszonych wojowniczek podobnie jak Simone występowało przeciwko pokornej i biernej postawie kobiet, broniąc swojego prawa do mówienia własnym głosem i zachęcając do tego inne siostry. Najważniejsze z nich to Virginia Woolf, Simone de Beauvoir, Monique Wittig, Maya Angelou, Bell Hooks i Nawal El-Saadawi.

Odziedziczyłem miłość do literatury po mojej matce. Wszystkie książki, jakie mamy w domu — te powciskane na półkach, rozrzucone po podłogach i zalegające na stoliku nocnym — należały do niej. Często mi czytała, a ja uwielbiałem słuchać raz opadającej, raz wznoszącej tonacji jej głosu. W trakcie czytania nie tylko nauczyła mnie swojej „matczynej mowy”, ale także wpoiła, że słowa budują świat. Utalentowany autor czy autorka ma moc kształtowania otaczającego nas świata.

Książki są ogniwem, które łączy moją matkę i mnie po dziś dzień. Wymieniamy się nimi, dyskutujemy o nich. I często w książkach napisanych przez kobiety odnajdujemy najciekawsze i najistotniejsze dla współczesnego świata wątki. Poniżej przedstawię cztery pisarki, które opisały rzeczywistość z punktu widzenia kobiet, by dać im głos i wypełnić je siłą. 

Lepszy świat nie może istnieć bez wyzwolenia umysłów, ciał, a nade wszystko języka kobiet – Nawal El-Saadawi.

1. Clarice Lispector

Gdy w wieku 23 lat Clarice Lispector opublikowała W pobliżu dzikiego serca, poeta Lêdo Ivo nazwał ją najwspanialszą powieścią, jaką kiedykolwiek kobieta napisała po portugalsku. Gwałtowny, dynamiczny opis myśli i przeżyć bohaterki powieści wprawiał w osłupienie ówczesnych czytelników w Brazylii. Monolog wewnętrzny Joany jest liryczny, senny i nieuchwytny. Oddaje sprzeciw bohaterki wobec konwencji oraz oczekiwań, także własnych.

W 1944 roku powieść została wyróżniona prestiżową nagrodą Graça Aranha. Lispector napisała po niej wiele uznanych powieści, artykułów i opowiadań, w tym „Pasję według G.H.” (1964), opisującą niemal ekstatyczne doznania bohaterki w obliczu śmierci karalucha, a także powieść „Água Viva” („Żywa woda” — 1973), kolaż myśli i refleksji nieprzepuszczonych przez żaden filtr:

Stwarzam siebie na nowo, kreśląc rysunek. Mam głos. Gdy zatracam się w kresce, ćwiczę, jak doświadczać życia bez planowania. W świecie brak określonego porządku, a zatem wszystko, co mam, to porządek mojego oddechu. Pozwalam sobie samej się wydarzać.

Krytyk literacki Sergo Millet twierdził, że Clarice Lispector penetruje głębię psychologicznej złożoności współczesnej duszy. Autorka bez ustanku badała powiązanie pomiędzy językiem a świadomością i próbowała zdefiniować, co tak naprawdę oznacza żyć w kobiecym ciele. Niewątpliwie zaliczana do grona najznakomitszych autorów i autorek XX wieku, według jej biografa i tłumacza w Stanach Zjednoczonych, Benjamina Mosera, była także najważniejszą twórczynią żydowską od czasów Kafki. Tak pisała o niej autorka Hélène Cixous: Clarice to imię kobiety, która zdolna jest przywoływać życie we wszystkich jego ciepłych i chłodnych odcieniach. A ono przychodzi. Ona mówi: Oto jestem. I w tej właśnie chwili Clarice jest. Clarice jest całkowicie zanurzona w chwili, gdy poddaje się istnieniu, żywa, bezkresna, nieskończona…

2. Hélène Cixous

Francusko-algierską pisarkę Hélène Cixous uważa się za jedną z matek poststrukturalnej teorii feministycznej. Jacques Derrida, którego łączyło z nią żydowsko-algierskie pochodzenie i z którym blisko współpracowała, określał ją mianem najlepszego żyjącego autora piszącego w języku francuskim. Wydała ponad 70 dzieł, w tym 23 tomy poezji, sześć zbiorów esejów, pięć dramatów i niezliczone artykuły. Współtworzyła również francuski uniwersytet Université Paris 8 oraz pierwszy Ośrodek Badań nad Problematyką Kobiet w Europie.

Jednak Cixous to nie tylko utalentowana pisarka. Konsekwentnie przekracza wszelkie granice języka, łamiąc jego zasady, ściga się z tym, co w nim nieuchwytne. Jako poliglotka pisze w wielu językach. Podczas wykładu I say Allemagne w 2016 roku postulowała, że poznając nowy język, zyskujesz na człowieczeństwie. Cixous ostro sprzeciwia się pokutującej przez wieki praktyce definiowania kobiet poprzez ich niedostatki i stawia przed sobą oraz innymi wyzwanie, by stworzyć siebie na nowo, bazując na wyjątkowości swoich ciał i biografii. W swoim najsłynniejszym eseju, Le Rire de la Méduse (Śmiech Meduzy — 1975 r.) wyjaśnia:

Kiedy piszę, to wszystko czego nie wiemy, kim powinniśmy być, wypisuje się ze mnie, bez ograniczeń, bez przewidywań, i wszystko czym my będziemy, nas woła do niestrudzonej, upajającej, nigdy nie sytej pogoni za miłością. Zawsze na siebie natrafimy (przeł. Anna Nasilowska).

Esej jest pełną pasji, buntowniczą deklaracją miłości do emancypacyjnej, transgresywnej twórczości kobiet. Pisząc siebie, Cixous pokazuje, że kobiety mogą używać języka, by odzyskać wolność i przyszłość, których tak długo im odmawiano.

3. Audre Lorde

Podobne przesłanie towarzyszy twórczości Audre Lorde. Amerykanka argumentowała, że kobiecy erotyzm — tłamszony i deprecjonowany przez zachodnie, białe społeczeństwo — jest wyzwoleńczą siłą.

Przyznając erotyce należne miejsce w naszym życiu, zyskujemy energię napędową do poszukiwania zmiany w świecie… nie tylko sięgamy do źródeł naszej najskrytszej kreatywności, ale robimy to, co kobiece i co ucieleśnia naszą siłę w obliczu rasistowskiego, patriarchalnego i antyerotycznego społeczeństwa. 

Urodzona w Nowym Jorku autorka o karaibskich korzeniach opisywała samą siebie jako „czarnoskórą, lesbijkę, matkę, wojowniczkę i poetkę”. Od najmłodszych lat tworzyła poezję. Lorde to feministka, nauczycielka, bibliotekarka i aktywistka, której twórczość stanowi świadectwo marginalizacji i wykluczenia społecznego niektórych grup. Autorka była niezwykle wpływową postacią w ruchu na rzecz wyzwolenia czarnoskórych kobiet. Krytykowała również supremację białych w ramach głównego nurtu feminizmu. Badając tożsamość w swoich dziełach, podkreślała, że to wysoce skomplikowany byt, na który składa się płeć, rasa, klasa czy seksualność.

Lorde wspierała kobiety na Kubie i w podzielonym rasowo społeczeństwie RPA. Objęła stanowisko profesor wizytującej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, gdzie ukuła termin „Afro-Niemiec”. Dał on początek ruchowi czarnoskórych w Niemczech, w ramach którego postulowano okazywanie sprzeciwu za pomocą języka, nie poprzez przemoc. Jako profesor języka angielskiego uhonorowana tytułem poety-laureata stanu Nowy Jork w latach 1991-1992, podkreślała wagę literatury: „Dla kobiet poezja nie jest zbytkiem. To niezbędna potrzeba życiowa. Nadaje jakość światłu, w którym odbijamy nasze pragnienia i marzenia o przetrwaniu i zmianie. Najpierw na poziomie języka, potem idei, w końcu wymiernych czynów”. 

Jej prace pełne są siły, gniewu, buntu i nawoływania do zmiany — są odbiciem kobiety, która dążyła do tego, by „dzielące nas różnice przekuć w siłę”, odmawiając milczenia w obliczu niesprawiedliwości.

4. Joumana Haddad

Kolejną autorką, która nie daje sobie zamknąć ust jest Joumana Haddad — enfant terrible Bliskiego Wschodu. Wielokrotnie nagradzana poetka, dziennikarka, wydawczyni i tłumaczka (posługuje się siedmioma językami), jest redaktorką kulturalną czołowego libańskiego dziennika an-Nahar. Swego czasu wywołała skandal w arabskim świecie, publikując erotyczne czasopismo Jasad (Ciało). Pisarz Tahar Ben Jelloun mówił o niej tak: „Literatura bywa niczym cyklon, który burzy zasady decorum… Joumana Haddad to poetka, która zadomowiła się w tym cyklonie”.

Okiem cyklonu jest z kolei Bejrut, gdzie Haddad się urodziła i wychowała dwóch synów. Poetka sprzeciwia się stereotypowemu postrzeganiu arabskich kobiet przez Zachód. Jednocześnie konfrontuje się z arabskimi poglądami na temat kobiecości. Zaczytując się w Markizie de Sade, którego odkryła za młodu w biblioteczce swojego ojca, Haddad opisuje swoją podróż do swobody intelektualnej w autobiograficznym eseju Zabiłam Szeherezadę. Wyznania gniewnej arabskiej kobiety (2010).

W pracy rozprawia się z niełatwymi tematami takimi jak kobiecy erotyzm, kobiety w polityce czy religia instytucjonalna. Esej stanowi druzgocącą krytykę zarówno zachodnich, jak i arabskich wierzeń. Cytuje w nim Hélène Cixous: „Ocenzuruj ciało, a tym samym ocenzurujesz oddech i mowę”, dodając:

Kobieta jest swoim jedynym znawcą i przewodnikiem po sobie samej. Stanowi jedyny punkt odniesienia dla swojego ciała, ducha i esencji siebie.

W wierszu „Zawsze powstanę“ Maya Angelou pyta: „Czy mój seksapil Cię irytuje?” Joumana Haddad — seksowna, nieustraszona, bezkompromisowa, bezpośrednia — podąża za nią, wykorzystując język, by zburzyć status quo i stworzyć własną, wyjątkową przestrzeń na tym świecie. Wierzy, że „umiejętność czytania to jedno z najważniejszych narzędzi wyzwoleńczych każdego człowieka, a w szczególności współczesnej arabskiej kobiety”.

Dziś na wszystkich kontynentach kobiety czytają inne kobiety, opisując świat na nowo, wreszcie po swojemu. 


Samuel Dowd jako nastolatek mieszkał w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Po ukończeniu studiów na kierunku rzeźby, filozofii oraz „sztuki opartej na czasie” rozpoczął pracę jako artysta, twórca filmowy, ogrodnik, pisarz i redaktor Babbel. W poszukiwaniu wszystkiego, co eksperymentalne – w architekturze,  rolnictwie ekologicznym, wielojęzycznej literaturze z pogranicza prozy i poezji oraz muzyce – mieszkał w wielu zakątkach świata: w Finlandii, Nowej Zelandii, Austrii, Chorwacji, a od 2013 r. w Berlinie.

Donkeyszot :-) i zaimki

Ewa Maria Slaska

z inspiracji Viatora

Plakat został sfotografowany na ulicy Parkowej w Trzebiatowie.

Osioł i szot. Ale i Don Kichot. A ten szot, nie wiadomo, może to strzał, może część olinowania, czy mała wódka, a może nowocześniej – buteleczka wyciągu z imbiru, która daje ponoć taki zastrzyk energii, że każdego gnuśnika wyciąg-nie z jego gnuśnego zakątka. I jeszcze jakaś Ameryka Południowa się na tym plakacie plącze, bo ten kaktus jest jednak iście meksykański, a lama, wiadomo, andyjska.

W zoo są alpaki, lamy, owce, kozy, kózki, kucyki, no i oczywiście osiołki.

Mini Zoo w Rogozinie. TEJ Rogozinie – piszę to, bo chyba automatycznie pomyślałam, że to TEN Rogozin, a może TO Rogozino, a tu tymczasem jest TA Rogozina. Takie miasteczko, które powinno podawać w nawiasie swoje zaimki, tak jak to się powoli przyjmuje w środowiskach lewicowych (mimo protestów różnych celebrytów), po to żebyśmy nie zostawiali osób nieheteronormatywnych samych z problemem, jak mamy się do nich zwracać.

Rozumiecie? Wiecie, o co chodzi? O tranzycję!

On, ona, oni: Zaimki osób niebinarnych i transpłciowych

Julia Właszczuk

Fot. Getty Images
Fot. Getty Images

W gazecie Vogue Cecylia Jakubczak, kierowniczka Zespołu Komunikacyjnego Kampanii Przeciw Homofobii, tłumaczy, jak prawidłowo zwracać się do osób niebinarnych i transpłciowych.

Dlaczego zwracanie się do osób transpłciowych wybranymi zaimkami jest takie ważne?

Jednym z elementów tranzycji, czyli procesu mającego na celu pełne dopasowanie ekspresji płciowej do tożsamości płciowej, jest tranzycja społeczna. Tranzycja społeczna polega m.in. na używaniu przez osobę transpłciową innych niż dotychczas zaimków i imienia. Jak wskazują badania, zwracanie się do osób transpłciowych właściwym imieniem i używanie odpowiednich zaimków w sposób pozytywny wpływa na ich dobrostan, zmniejszając o 65 proc. ryzyko kryzysu psychicznego, wystąpienia depresji i myśli samobójczych.

Dlaczego nie powinno się stosować deadname?

Deadname to imię nadane osobie niebinarnej lub transpłciowej przy narodzinach, bez możliwości jej udziału w decyzji. Jeżeli osoba nie przeszła formalnej tranzycji, to deadname może nadal figurować w jej dokumentach. Nie może to stanowić wytłumaczenia dla jego stosowania. Deadnaming jest formą przemocy. Dlatego rozmawiając z osobą transpłciową, nie pytaj o jej deadname ani jej tak nie nazywaj. 

Czym są zaimki they/their? Jak tłumaczyć je na język polski?

Osoby niebinarne, czyli takie, które nie wpisują się w binarny podział na mężczyzn i kobiety, w krajach anglojęzycznych używają zaimków they/their. Zaimki te nie tłumaczą się na język polski. Dlatego osoby niebinarne w Polsce często stosują zaimki żeńskie i męskie wymiennie lub ich unikają. Jeżeli nie wiesz, jakimi zaimkami zwracać się do osoby, z którą rozmawiasz, po prostu zapytaj. Zadanie pytania „Jak się do ciebie zwracać?” jest w porządku. Gdy usłyszysz odpowiedź, to jej nie podważaj. 

Który termin jest poprawny: osoba transpłciowa, osoba trans, osoba transseksualna, transseksualista?

Osoba transpłciowa to osoba, której płeć nie jest zgodna z płcią metrykalną, czyli płcią oznaczoną w akcie urodzenia tuż po narodzinach. Społeczność osób transpłciowych tworzą trans kobiety i trans mężczyźni. Taki zapis powoduje, że słowo „trans” staje się określeniem cechy danej osoby, a nie pełną definicją jej płci. Termin transpłciowości odnosi się do tożsamości płciowej, a nie do orientacji seksualnej, stąd „trans” + „płciowość”, a nie transseksualizm. Podobnie jak homoseksualista, słowo transseksualista budzi negatywne skojarzenie z patologią medyczną i nie powinno być stosowane. Używanie zwrotów „trans” i „transka” nie jest okej. 

W swoim coming oucie Elliot Page napisał, że jest trans i niebinarny. Jak ma się niebinarność do transpłciowości?

Tożsamość płciową określa to, jak odczuwasz swoją płeć, czyli to, czy czujesz się kobietą, mężczyzną czy osobą niebinarną. Pojęcie transpłciowości obejmuje osoby niebinarne, czyli takie, które wewnętrznie nie utożsamiają się wyłącznie z płcią żeńską ani męską. Osoby niebinarne mogą znajdować się na spektrum pomiędzy kategoriami kobieta – mężczyzna. Ich tożsamość płciowa może być płynna (genderfluid). Mogą też nie identyfikować się z żadną płcią, czyli być zupełnie poza spektrum.

Jak okazać wsparcie osobie transpłciowej?

Wspieraj, słuchając. Bądź towarzyszką albo towarzyszem w procesie, bądź otwarty na ich potrzeby. Nie podważaj doświadczeń drugiej osoby. Konfrontuj się z błędami, które być może popełnisz i naprawiaj je, przyjmuj krytykę. Jeżeli przypuszczasz, że ktoś znajomy może być osobą transpłciową, nie zadawaj pytań, nie przymuszaj do coming outu – wybór odpowiedniej chwili należy do tej osoby, a nie do ciebie. 

Jak możemy wspierać społeczność trans w Polsce i na świecie?

Jako sojusznicy i sojuszniczki musimy pamiętać, że nie jesteśmy głosem osób transpłciowych, choć bywamy głosem w ich sprawie. Istotne, by nie zabierać przestrzeni, która nie jest nasza – mówiąc o osobach transpłciowych, skupmy się na faktach i badaniach, a nie na tym, co czują takie osoby, bo tego nie wiemy. Reagujmy na przejawy transfobii, dokształcajmy się i edukujmy innych. Dbajmy o widoczność osób transpłciowych – pomagajmy w tworzeniu przestrzeni do tego, aby trans kobiety i trans mężczyźni mogli wypowiadać się sami o sobie.

Cecylia Jakubczak od 2015 r. związana ze stowarzyszeniem Kampania Przeciw Homofobii, w którym odpowiada za komunikację. Do jej zadań należy m.in. realizacja strategii komunikacyjnej organizacji, współpraca z mediami oraz koordynacja działań komunikacyjnych projektów i kampanii społecznych KPH. Jakubczak specjalizuje się również w prowadzeniu warsztatów dla mediów dot. języka wolnego od dyskryminacji.

Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na co dzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał sławę, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Springer. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały nad Odrę co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak sama rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakichś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana kilometrami ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülowa, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina, by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadomości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.