Chodzenie po Berlinie: Herb Ukrainy

Ela Kargol

Тризуб

Skąd wziął się herb Ukrainy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Herb nie jest aż tak stary, choć historia jego powstania sięga bardzo zamierzchłych czasów. Czy zawdzięczamy go dynastii Rurykowiczów, czy ma coś wspólnego z herbem księstwa Ruskiego i świętym Michałem na niebieskim polu, ubranym w złote szaty, dlaczego najpierw był dwuząb, czy może herb ma związek z pismem runicznym?

Слава Україні!

Tu kilka linków o „małym herbie Ukrainy“, bo taka jest prawidłowa jego nazwa:

https://ukrainamarcina.pl/tryzub/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Ukrainy

https://www.polskieradio.pl/7/5098/Artykul/2918805,Tryzub-jak-sie-stal-symbolem-Ukrainy

***

Skąd wziął się na secesyjnej kamienicy przy Heidelberger Platz 1 w Berlinie? Nie wiem. Cały czas myślałam, że jest to jakiś secesyjny element zdobnictwa. Zresztą dawno już o nim zapomniałam. A tak naprawdę nigdy przedtem nie znałam i nie interesowałam się herbem Ukrainy. Prawdopodobnie jakby mnie ktoś zapytał o kolory flagi, też bym nie wiedziała. Gdy wybuchła wojna, niektórzy z nas, Polacy może mniej, spojrzeli na mapę, gdzie właściwie leży ta Ukraina i z kim graniczy, i jak daleko od Berlina?

Gdy Ksenia odbierała od nas gar zupy dla swoich rodaków przyjeżdżających z Ukrainy, mój mąż poradził jej pójść zamiast na stację metra od razu do kolejki podmiejskiej, S Bahny przy Heidelberger Platz, bo tam jest ten dom, dom z niemiecką restauracją na dole Heidelbeere, z ukraińskim herbem u góry.

W Heidelbeere byłam tylko raz. Niemiecka kuchnia jakoś nigdy mnie nie pociągała. Byłyśmy z przyjaciółką, zamówiłyśmy niemieckie piwo i Bockwurst z Kartoffelsalat. Dzisiaj weszłam tam drugi raz, jeszcze przed otwarciem. Miałam szczęście, spotkałam właściciela. Tyle co mi powiedział, potwierdziło nasze przypuszczenia, dom był budowany dla ukraińskiego przedsiębiorcy w roku 1910 i w latach dwudziestych lub później mieściło się tutaj coś w rodzaju przedstawicielstwa konsularnego Ukrainy. Kamienica dostojna, niedawno odrestaurowana. Teraz trwają prace remontowe od strony podwórza, Zajrzałam przez dwa identyczne wejścia do klatki schodowej. W spisie mieszkańców nie ma ukraińskobrzmiących nazwisk, ale to nic nie znaczy.

P.S.

Tekst pisałam kilka dni temu nie mając wiedzy, takiej, którą mam dzisiaj. Najpierw przyszedł mail od znajomego z dołączoną widokówką domu i z wiadomością, że kamienicę zbudowano w roku 1907, a w miejscu herbu był zupełnie inny znak, a dzisiaj wiem już dużo więcej i przyznaję się do niewiedzy na temat historii i herbu Ukrainy.

Niestety historia ma też swoje ciemne strony, o których w czasie agresji Rosji na Ukrainę prawie nie wypada pisać. Ale może jednak warto wiedzieć. Dociekliwszy okazał się w tym przypadku mój mąż, który też do teraz uważał ten herb za ukraiński. Pod tym linkiem wiele rzeczy jest wyjaśnionych.

Krótki fragment dotyczący kamienicy cytuję tutaj w tłumaczeniu:

Przy Heidelberger Platz w Wilmersdorfie znajduje się “Dom z Trójzębem”, który przyciąga uwagę emblematem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na szczycie. W okresie międzywojennym był ważnym ukraińskim ośrodkiem emigracyjnym w Berlinie, a od 1923 r. mieściły się w nim różne organizacje, m.in. społeczność ukraińska, ukraińska służba prasowa i Związek Ukraińskich Oficerów. OUN, która rezydowała tu po 1931 r., miała przymocowany trójząb z mieczem, co laicy łatwo mogą pomylić z herbem Ukrainy (trójząb bez miecza). Historia OUN obejmuje również współpracę z narodowymi socjalistami, czego oczywiscie nie można przemilczeć. 

Droga krzyżowa

Ela Kargol


Jako dziecko musiałam w niej od czasu do czasu uczestniczyć, mam na myśli wielkopostne obrządki kościoła katolickiego, zwane drogą krzyżową, bo w tych obrządkach zostałam wychowana, bardziej w obrządkach niż w wierze. A dzisiaj o sobie mówię niewierząca, ale katoliczka. Zwiedzając kościoły, przede wszystkim ich wnętrza, zawsze zwracam uwagę na umieszczoną w nich, a czasami na zewnątrz lub jeszcze dalej niż na zewnątrz drogę krzyżową. Każdy kościół ma inną: bardziej wyeksponowaną lub mniej, artystycznie doskonałą lub taką, której do doskonałości daleko, na bogato lub na skromnie, malowaną lub rzeźbioną…
Ta, o której tu piszę jest drogą krzyżową na cmentarzu w Berlinie przy Röblingstraße 87–117 (Friedhof der St.-Matthias-Gemeinde).


Cmentarze to często cel moich spacerów, poszukiwań minionego czasu, dla tych już świętej pamięci czasu straconego raz na zawsze.
Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce dopiero dwa lata temu, nawet moje wnuki były tu przede mną, gdy chodziły jeszcze do katolickiego przedszkola i w ramach obchodów świąt katolickich wybierały się rokrocznie na początku listopada na ten właśnie cmentarz.
A teraz jestem tu często. Odwiedzam grób bliskiej mi bardzo osoby. Nie było jeszcze grobu, gdy przyszłam tu pierwszy raz, żeby się rozejrzeć.
Uwagę moją od razu zwróciły dość równe nagrobki z płaskorzeźbami scen poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Pierwszej stacji nie mogłam długo znaleźć. Już wiedziałam, że może być inna, tak jak czternasta, druga, dziewiąta…
Dopiero niedawno, słońce zaświeciło w ten sposób, że zobaczyłam w końcu pionową kreskę, która jest rzymską jedynką, na pomniku, nie na grobie upamiętniającym Ericha Klausenera, niemieckiego polityka katolickiego, przeciwnika Hitlera, zamordowanego podczas tzw. Nocy długich noży (stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć). W estetyce lat 60. ubiegłego wieku utrzymana jest stacja II drogi krzyżowej (Pan Jezus bierze krzyż na ramiona).

Następne, ale nie wszystkie są już dziełem rzeźbiarza Friedricha Klesse, podobne w swoim formacie, przypominają kapliczki przydrożne. Trzecią stację drogi krzyżowej w formie mozaiki możemy podziwiać na ścianie kaplicy przycmentarnej i jako kapliczkę – grób na cmentarzu (Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy). Te kapliczki – stacje nie są już grobami pierwszych zmarłych tam pochowanych, chociaż właściwie nadal są, bo nigdzie nie przeniesiono pierwszych „lokatorów”. Gdy minie termin uiszczenia opłaty prolongacyjnej, grób przestaje istnieć, może być zrównany z ziemią lub wynajęty na nowo. Starsze nagrobki, ważne i artystycznie ciekawe rzeźby, grobowce, mauzolea najczęściej nie są niszczone, tylko wynajmowane dalej. Na grobie Josepha Breitkopfa-Cosela figuruje zupełnie inne nazwisko. A może to nie jest wcale jego grób, tylko rzeźba, która kiedyś była umieszczona na miejscu pochówku rzeźbiarza. Joseph Breitkopf-Cosel zmarł kilka lat po założeniu cmentarza. Jego przejmująca rzeźba Letzte Zuflucht (Ostatnie schronienie) przetrwała do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj przetrwał grób, albo upamiętniający nagrobek pierwszej osoby pochowanej na tym cmentarzu, pani Gertrudy Mootz.

Grób Friedricha Klesse autora większości przystanków drogi krzyżowej jest przy stacji IV: Pan Jezus spotyka swoją matkę. Następne stacje, stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi, stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi, stacja VII: Drugi upadek pod krzyżem, stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty, stacja X: Pan Jezus z szat obnażony, stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża opowiadają, historię Męki Pańskiej cały czas w tej samej formie artystycznej przydrożnej kaplicy. Stacje IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci i XI: Pan Jezus przybity do krzyża są dziełem innych artystów. Nie wiem czy dobrze lokalizuję stację XII: Pan Jezus umiera na krzyżu. Myślę, jestem prawie pewna, że jest nią wysoki krucyfiks przy grobach duchownych. Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu to relief z mosiądzu wybitnego rzeźbiarza berlińskiego Wilhelma Haverkampa.

Stacje męki pańskiej zaczęto budować około 600 lat temu. Najstarsza w Europie kalwaria powstała w latach 1405‒1420 w Hiszpanii niedaleko Kordoby. Później zaczęły powstawać następne, na terenie dzisiejszych Niemiec i Włoch.

Znam dość dobrze Kalwarię Zebrzydowską. Co roku w Wielkim Tygodniu odwiedzałam to miejsce. Co roku wybierałam się też na uroczystości wielkopiątkowe, zaczynające się wczesnym świtem, ale nigdy jeszcze w ten dzień o tej godzinie tam nie dotarłam. Kilka dni temu odwiedzając berliński cmentarz, spojrzałam na tablicę informacyjną i przeczytałam, że w Wielki Piątek o 6 rano odbędzie się tu nabożeństwo drogi krzyżowej, tu na cmentarzu.

Jeśli się wybiorę, dam znać w komentarzach.

Dlaczego piszę o kalwarii? Cmentarz przy Röblingstraße powstał na wzniesieniach tzw. Szorstkich Gór (Rauhe Berge), a kalwarie zakładane były na wzgórzach, tak żeby przypominały swoim położeniem Jerozolimę. Cmentarz w początkowym swoim istnieniu był pagórkowaty. Góry i doliny stopniowo zasypywano. Zostało tylko jedno wzniesienie z wysoką kolumną, na której Maria z dzieciątkiem ma widok i ogląd na cały cmentarz.

Podczas wojny cmentarz był miejscem walk, są groby wojenne i jest otwór po kuli w maryjnym posągu. Piękna i dostojna anielica autorstwa Martina Schaußa zastygła, miejmy nadzieję na następne sto lat a może dłużej, w majestatycznej pozie, a obok kruki kolejnego artysty rzeźbiarza Ludwiga Vordermayera. Jest jeszcze kamień z wężem (Schlangenstein) https://de.wikipedia.org/wiki/Schlangenstein_in_Weimar, nie oryginał ale jego kopia. Kopia słynnej rzeźby z Weimaru jest ozdobą jednej z mogił. Gdyby nie cmentarz, może nigdy bym się o rzeźbie nie dowiedziała. Inskrypcja Genio huius loci – Duchowi tego miejsca – odnosi się do harmonijnego połączenia ducha, przyrody, literatury i sztuki.

To wszystko można tu znaleźć i ciągle szukać, a drogą krzyżową można przejść niekoniecznie jak Chrystus, tylko z ciekawości.

Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (2)

Projekt okładki: Konrad Kozaczek

Ewa Maria Slaska

Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.

Eli Kargol

Rozdział I, / cz. 2. Rodzice Stefana (1985)

Rodzice Stefana nie doczekali czasu, kiedy Stefan w Ameryce będzie miał dość pieniędzy, żeby ich zaprosić – zginęli w wypadku samochodowym 20 maja 1985 roku, gdy Stefan i Basia byli już oboje w Nowym Jorku, ale jeszcze marnie im się działo i nie mogli pojechać do Gdańska na pogrzeb. Zresztą były to wciąż jeszcze czasy PRL-u, najprawdopodobniej i tak by nie mogli pojechać.

Rodzice Stefana mieli malucha. Wieczorem oddali samochód do przeglądu, odebrali go rano, podjechali pod dom, zabrali walizki i pojechali do Warszawy. Za Tczewem śruby mocujące koło, czyli tak zwane szpilki, tu akurat te mocujące przednie koło po lewej stronie, których w warsztacie nie dokręcono, odkręcały się powolutku w czasie drogi, aż wypadły jedna po drugiej, koło odpadło, potoczyło się na przeciwny pas, prosto przed maskę wielkiej ciężarówki, którą zarzuciło tak, że wepchnęła malucha Szarzyńskich dachem w dół prosto do rowu. W rowie niestety nie było wody ani trawy, tylko jakieś gruzy i śmieci, które nie zamortyzowały uderzenia, lecz przeciwnie, jeszcze je wzmogły. Dodały też całej tragicznej sprawie, którą samemu naprawdę trudno unieść, okropnego, polskiego symbolicznego posmaku. Zginęli na śmietniku, w każdym razie mama. Zanim bowiem przyjechało pogotowie, mama Stefana już zmarła, tam w tym dole ze śmieciami. Tatę odwieziono do szpitala w Świeciu, gdzie po dziesięciu dniach zaczął wychodzić ze śpiączki i akurat wtedy zakrzep, który się zrobił w prawej nodze, dotarł do serca. To, co rozpoczęły cztery wolniutko odkręcające się śruby, zakończył wolniutko pełzający strzępek krwi.

Ale Stefan i tak wiedział, że w jego rodzinie wszyscy szybko siwieli. Mama już w dniu ślubu była lekko szpakowata, w wieku 50 lat była siwiuteńka, ale chodziła co tydzień czesać się u pana Zygmunta, który raz na miesiąc kładł jej czarną farbę. Stefan nigdy więc nie widział mamy siwej, ona zaś nigdy nie zobaczyła, że i on szybko zaczął siwieć.

Stefana przez wiele lat nurtowało pytanie, czy te niedokręcone w warsztacie śruby były konsekwencją zwykłego polskiego niechlujstwa, tak jak gruz i śmieci w rowie, czy też ktoś z góry nakazał, aby ich nie dokręcać. Sęp-Szarzyńscy byli bowiem nie tylko rodzicami znanego opozycjonisty, ale sami cieszyli się przyjaźnią i zaufaniem środowisk inteligenckich, tych mniej kościelnych, a bardziej lewicujących (dziś można by ich było określić jako opozycyjnych „agentów wpływów” i „lewaków”), władze mogły więc… Stefan nigdy nie domyślił tej myśli do końca. Zresztą po co?
Rozmawiali o tym z Markiem, gdy ten kilka lat później, już w czasach Wolnej Polski, przyjechał do nich do Ameryki.
– Moglibyśmy się upomnieć o rehabilitację, powiedział Stefan.
– Rodzicom by to już i tak nie pomogło, odpowiedział mu brat.
– Nie, ale może by im teraz oddano honor.
– Teraz, powiedział Marek, honory robią się coraz bardziej kościelne, nie wiem, czy mama i tata życzyliby sobie takich honorów. Co mieli dostać, to dostali. W podziemnej prasie pisano o ich śmierci i o stracie dla środowiska gdańskiego. Na pogrzeb przyszły tłumy.

Marek powiedział, że to było zresztą bardzo zabawne, bo ubecja nie mogła przepuścić takiej okazji i przysłała kilku tajniaków, żeby stwierdzili, czy na pogrzebie nie pojawią się jacyś ukrywający się wciąż jeszcze koledzy Stefana. Bo było tak, że wielu z tych, którzy zakamuflowali się w czasie stanu wojennego, nie kwapiło się do wychodzenia z ukrycia, gdy stan wojenny najpierw poluzowano, a potem zawieszono. Zdarzało się bowiem dość często, że taki ujawniający się działacz po jakimś czasie bywał wezwany na przesłuchanie i jednak szedł siedzieć. Jak to w Komunie – powód zawsze się znalazł. Ewa, z którą Stefan się znał od dzieciństwa, bo mieszkali w przylegających do siebie willach, napisała nawet powieść na ten temat, Dochodzenie, którą ktoś z podziemnego Komitetu Kultury Polskiej przeszmuglował za granicę i która w roku 1985 ukazała się w paryskiej Kulturze.
Stefan kupił ją sobie niedawno w polskiej księgarni w Ottawie. Była to księgarnia prowadzona przez jego kolegę z Warszawy, Andrzeja Lifschesa. Andrzej przysyłał mu katalogi, a Stefan czasem zamawiał u niego książki. Dochodzenie było właśnie o tym, że władza na każdego mogła znaleźć tak zwanego haka, bo każdy gdzieś kiedyś robił lub chociażby raz zrobił coś niepoprawnego politycznie lub zakazanego. Nie działo się tak, bo ludzie byli źli i grzeszni, tylko dlatego że system tak funkcjonował. W PRL-u nie dało się żyć z czystą kartą. Każdy kiedyś wszedł w konflikt z kodeksem i katechizmem.

Tak czy owak, opozycjoniści nie palili się do wychodzenia z ukrycia, ale można było przypuszczać, że pojawią się na pogrzebie ważnych osób. Było więc oczywiste, że ubecja przysłała swoich pracowników. Z kwiatami, żeby nic nie podpadło. Ale coś i tak podpadło, bo agenci ubrali się nieodpowiednio. „Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną, ale na jednolity kolor, bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne suknie za kolana, rajstopy i czółenka na niewysokim, szerokim obcasie.

– Gwiazda, Łopiński i Krementowski też byli, powiedział Marek, i nie zostali rozpoznani. Nie ma to jak kamuflaż dzikusa przebranego za elegancika. Krementowski był bez brody i nawet włosy miał obcięte na jeża, zupełnie jak jego brat. Sam go ledwo poznałem, stwierdził Marek.

Krementowski był podziemnym działaczem Unimoru, Łopiński podziemnym dziennikarzem, Gwiazda jednym z najsłynniejszych „naziemnych” założycieli Solidarności, który właśnie niedawno po raz kolejny wyszedł z więzienia. Po raz kolejny, bo po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany od razu 13 grudnia i internowany w Strzebielinku. Wkrótce przeniesiono go do aresztu śledczego na Białołęce, a we wrześniu 1982 roku do jednego z ośrodków dla internowanych. W grudniu internowanie zostało zamienione na areszt, bo Gwiazda otrzymał wreszcie oskarżenie – próbował mianowicie obalić ustrój. Przebywał w areszcie śledczym na Mokotowie. Zwolnienie uzyskał 22 lipca 1984 na mocy amnestii, ale już 16 grudnia tego roku został ponownie aresztowany podczas uroczystości rocznicowych. Został wówczas skazany w dwóch procesach politycznych na kary 3 miesięcy i 2 miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniono go 15 maja 1985.
Wypadek, w którym zginęli rodzice Stefana, miał miejsce pięć dni później.

Reblog o poradach

Julita Bielak

Z Facebooka, wczoraj

Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.

– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.

Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.

Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.

Nie zatrzymuj mnie.

„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.

– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.

Od Adminki: Julita przed wejściem na sopockie molo. Ta wieża, to sopockie Łazienki. Sanatorium w mieście. Za budynkiem morze (zdrowe morskie powietrze), w prawo ulica do “grzybka”, gdzie, jeśli się higienicznie i ekologicznie przyszło z własnym kubkiem, można się, jak w sanatorium, napić wody leczniczej. Chyba nikt z nas nigdy tej wody nie pił. My w tym mieście nie jesteśmy w sanatorium, my tu mieszkamy (mieszkaliśmy; ja się tu urodziłam) i, co najwyżej, chodzimy na spacer.

A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:

Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię:
Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy;
Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy,
Że ledwie słyszę w dali rogów granie.
A przecie, mimo całe me znękanie,
Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy,
Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy,
Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie.
Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej
Zazna udręki: to jedno mu powiem.
Na smukłej szyi obróżkę albowiem
Ujrzy, a na niej z diamentów litery:
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi

Reblog o książkach

Aru

Krótko o… książkach cz. 43

Stanisław Łubieński, Książka o śmieciach

Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobił na mnie debiut Stanisława Łubieńskiego Dwanaście srok za ogon, książka pełna pasji związanej z ornitologią. Tym razem autor pisze o nas, a właściwie o tym co po sobie pozostawiamy, czyli o śmieciach. Od całkiem niedawna produkujemy niezliczoną ilość śmieci, z którymi nie mamy co zrobić, śmieci które zatruwają nas oraz środowisko i to nie tylko te najbliższe. Przy okazji marnujemy sporą ilość surowców naturalnych, których mamy przecież coraz mniej. Rzeczy niby oczywiste, ale jakoś na co dzień większość z nas kompletnie się nad tym nie zastanawia I właśnie dla tej krótkiej refleksji Książka o śmieciach warta jest poświęconego jej czasu. To rzecz nie tylko ważna, ale przede wszystkim mądra, a do tego ciekawie napisana. Cóż warto się czasem zastanowić po co nam kolejny przedmiot, czy faktycznie jest nam niezbędny, a jego posiadanie przyniesie nam aż tyle radości? Myślę, że świadomość tego, co stanie się po zużyciu przez nas tych rzeczy może skłoni nas do bardziej świadomej konsumpcji, bo nie chodzi o to aby całkowicie zrezygnować z dóbr wszelakich, bo jak to mówią, wszystko jest dla ludzi, natomiast warto żyć tak, żeby po naszym odejściu mogli tu żyć inni.

Frank Westerman, My człowiekowate

Skąd pochodzimy i kim jesteśmy? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Frank Westerman w swojej książce My człowiekowate. Muszę przyznać, że jest to niezwykle ciekawa rzecz. Kiedy można mówić o tym, że jakiś gatunek jest człowiekiem? Co sprawiło, że mówimy? My człowiekowate to nie tylko historia odkryć najstarszych pozostałości po hominidach. To także historie ludzi, którzy poświęcili życie na ich poszukiwanie. Zresztą one same już są niezwykle interesujące. To nie jest zwykła książka popularnonaukowa. My człowiekowate jest reportażem, książką, w której Westerman wraz z grupą swoich studentów, prowadzi swoiste śledztwo. Przy okazji możemy poznać warsztat reportera. To rzecz, która ma w sobie coś głęboko humanistycznego, no ale w końcu jest to książka zarówno o człowieku współczesnym jak i o jego przodkach.

Wojna znaleziona na Facebooku

Magdalena Szpunar

Pojechał po bułki
rowerem
bo mimo wojny jeść trzeba

leży teraz w kałuży
co spija z niego ostatnie tchnienie życia

a żona mówiła
że bułek nie trzeba
że można chleb

można tylko patrzeć
patrzeć bezsilnie
aż wyschnie kałuża
Pojechał po bułki rowerem, 5 kwietnia 2022

Tamara Łempicka, Uchodźcy (1937) [Fot. Estate LLC/Museum of art and history, Saint-Denis].
Anna Czekanowicz

modlitwa
gdzie się podziała cała ta czułość
gdzie światło witraży w katedrze
szelest liści i pieszczota wiatru
gdzie zniknął smak świata
toczą mnie robaki czarnych myśli
czerwie złych słów plugawych zaklęć
mrocznych przekleństw
głuchych złorzeczeń
jestem kobietą rozpłataną ostrzem bagnetu
jestem kruszyną nienarodzoną tuż obok
we krwi zakrzepłej i skamieniałej
jestem psem co pełznie beznogi wśród gruzu
tajemniczym kocim okiem nieruchomo
wpatrzonym w nieznane
niechaj przeklęta będzie matczyzna
co synów swych na żniwo wysłała

7 kwietnia 2022
Pavlo Kyryk

Moja przyjaciółka napisała (też na Facebooku): Dostałam od przyjaciela i sąsiada Kuby Zaleskiego:
Hej Kochani, taką piosenkę dla Ukrainy napisałem i dograłem do melodii Piosenki dla córki, we własnym aranżu:
https://drive.google.com/file/d/1AZ6tDtJJmnAHNNJKLfj5IJDEROniU6Ey/view?usp=sharing
Miłego, choć pewnie niewesołego słuchania K.

Autor pracuje też nad wersją ukraińską i też ją nam udostępni.

Pavlo Kuchinsky

Lucy Wielka Mistrzyni 8

Tibor Jagielski

Lucy i naczynie świata

– Istnieją tacy – powiedziała wielka mistrzyni do swoich uczennic i uczniów,
zgromadzonych pewnego słonecznego, wiosennego, ale mroźnego poranka na polanie nieopodal strumienia – którzy chcą podbić świat i uczynić z niego, to co im sie marzy albo widzi.
Ale ten zamiar nigdy się nie spełni – kontynuowała Lucy – bo naczynie świata nie jest własnością człowieka tylko jego boskiej matki i próby zmiany tego stanu rzeczy są skazane na nieuchronną porażkę, której owocem jest tylko śmierć i zniszczenie.

Lucy i  Nicnierobienie

Pewnego, pełnego życia wiosennego dnia, siedziała wielka mistrzyni na progu swojej chatki
i obserwowała świat.
Dzieci bawiły się dookola, a ich rodzice  dyskutowali wydarzenia dnia, które poruszyly wioskę i jej okolice.
Pewien nauczyciel, który lubil się z nią przekomarzać, podszedł do niej i zapytał
– Dlaczego nic nie robisz, stara kobieto? Z powodu takiego pięknego dnia nie powinnaś się obijać i siedzieć bezczynnie na słońcu. Dlaczego nie wejdzisz do chatki, aby spisać twoje arcymądre spostrzeżenia?
– W moim stawie – odpowiedziała uśmiechając się Lucy – mieszka bardzo stary karp, który szuka pożywienia na dnie bajora, a robi to powoli i nieustannie, ale kiedy stadko moich kaczek przepływa nad nim i mąci piasek oraz wodę, to zatrzymuje się i czeka, aż staw znowu się oczyści.
– To raczej deszczowe dni – dorzuciła wielka mistrzyni – przynoszą mi ważne spostrzeżenia, a moim kaczkom tłuste robaki.

Ksiądz, filozof, poeta, rebeliant

Ewa Maria Slaska

30 marca 2022 roku pojechałam do Zielonej Góry na spotkanie autorskie Alfreda Marka Wierzbickiego, księdza, który jak to już napisałam w tytule, jest poetą, filozofem – etykiem, wykładowcą i rebeliantem. Gdy byłam młoda, taki zestaw określeń był na porządku dziennym. Najrzadszy był fakt, że mógł być również poetą, ale było właściwie oczywiste, że ksiądz był mądry, etyczny, porządny i że stał po “naszej stronie”, czyli przeciwko władzy. Przewartościowanie słowa ksiądz z opozycjonisty w kanalię odbyło się w Polsce (zresztą nie tylko w Polsce) dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. W Polsce było to w sposób oczywisty związane z uzyskaniem, czy też odzyskaniem suwerenności. Nagle okazało się, że musimy jako państwo i jako społeczeństwo zapłacić za wsparcie, jakiego udzielał nam Kościół Katolicki w czasach Komuny. Nagle Kościół okazał się pazerny i zachłanny, egoistyczny, nietolerancyjny, żądny władzy. Nagle pojawiło się słowo pedofilia, a potem fakt, że Kościół firmował i skrywał księży pedofilów.

Poza okresem szkoły podstawowej nie byłam dewocyjna, a od połowy lat licealnych zaczęłam sobie, jak to określiła kiedyś moja przyjaciółka, “fundować ateizm”. Nawet w działalności opozycyjnej skłaniałam się raczej ku lewicującym demokratom, niż wiernym Kościoła. Tym niemniej postać księdza nie była w moim obrazie świata niczym obciążona. Gdzieś jakiś ksiądz porzucił kapłaństwo i ożenił się. No cóż, każdy z nas jest tylko człowiekiem. Jakiś inny ksiądz dość swobodnie prowadził interesy finansowe, ale zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczał na odbudowę swojego kościoła. Jasne, w PRL, każdy musiał kombinować. Przykazanie “nie kradnij” było mocno wyciarachane po brzegach. Jakiś inny ksiądz chętnie zapraszał do siebie moich kolegów z klasy, ale zawsze chodzili tam w dwóch, trzech, i chodzili chętnie, bo mogli się napić koniaku, popalić papierosy, posłuchać muzyki i podyskutować o filozofii. W gruncie rzeczy wszystko razem było dość niewinne i nikt nigdy niczego poza tym nie sugerował i nie insynuował.

W okresie Solidarności pojawiły się nagle jakieś oszołomy żądające pomników życia nienarodzonego, ale nie byli to w ogóle księża, tylko jakieś dewotki w moherowych beretach i nawiedzeni nieudacznicy.

Byłam już na Zachodzie, już upadł Mur i cieszyliśmy się wolnością, gdy różne “dziady”, jak o nich wtedy mówiliśmy, zaczęli głosić ideał życia rodzinnego, w którym mąż pracuje, a żona wychowuje dzieci. Ale i to nie byli księża, tylko wpływowe osoby z (byłej) opozycji, które nagle stawały na świeczniku. Chyba najlepiej zapamiętałam tu wygłoszoną w tym duchu wypowiedź trzeciej żony Onyszkiewicza, Joanny Jaraczewskiej. Onyszkiewicz był nader zasłużonym opozycjonistą, w owym czasie (w latach 1992–1993) – ministrem obrony narodowej, a jego żona była wnuczką Józefa Piłsudskiego. Pamiętam, że ta jej wypowiedź, stanowiąca pochwałę życia Kury Domowej, zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że zaczyna się robić groźnie.

No i tak się stało. Wprawdzie w roku 1992 premierką została Hanna Suchocka i było to wydarzenie znaczące w historii Polski, bo od czasów królowej Jadwigi nie mieliśmy w Polsce władczyni, ale już w 1993 roku pod auspicjami pani premier, wprowadzono w Polsce praktycznie rzecz biorąc całkowity zakaz aborcji, który z jakichś nieznanych mi powodów, w ostatnim dziesięcioleciu nazwany został kompromisem aborcyjnym. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia.

Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, że Kościół wyciągnął łapę po nasze losy. A potem już poszło. Konkordat, śluby kościelne, świętość zygoty, pomniki dziecka nienarodzonego, wymuszane porody kalekich dzieci, przywracanie Kościołowi utraconych majątków, zwolnienie z podatków, radio Maryja, przymierze z PiS-em… Miliony dla księży a nie dla lekarzy i nauczycieli. Religia w szkole. Zasady życia dla dziewczynek. Wróg powszechny pod postacią Gender. Marsze Niepodległości. Zawłaszczanie patriotyzmu. Ordo Iuris. Kaja Godek. Czarnek. I tak dalej, i tak dalej. Gdzieś po drodze księża stracili szacunek, i nasz, i sami dla siebie – sprzedali go za pieniądze i przywileje. Powstały filmy takie jak Kler i Tylko nie mów nikomu. Wydawało się nam, że odmienią oblicze tej ziemi, nie uzyskały nic. Społeczeństwo jak wierzyło księdzu, tak wierzyło, jak płaciło, tak płaciło, jak robiło to, co mu ksiądz kazał, tak robiło.

I nagle pojawiają się Odnowiciele, a ich przywódcą jest ksiądz Alfred Wierzbicki, profesor etyki na KUL-u (póki co profesor na KUL-u, bo właśnie odchodzi). To człowiek, który zrobił wiele dla odbudowy wizerunku księdza w Polsce. W życiu publicznym pojawił się w sierpniu 2022 roku, gdy poręczył za Margot, osobę niebinarną aresztowaną za obrzucenie obelgami kierowcy ciężarówki Pro (czyli Pro Life) oraz przykrycie tęczową flagą figury Jezusa przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

To było spektakularne. Jego główne osiągnięcie – zorganizowanie ruchu Zwykli. pl / zwykli księża, zwykłe zakonnice, jest znacznie mniej widowiskowe, choć dla obrony godności ludzkiej (a i autorytetu Kościoła) zapewne znacznie ważniejsze. O Ruchu Zwykłych Księży już tu na blogu pisał nasz ksiądz-autor Stefan Andrzejewski: TU.

Wymyślił w swoich wierszach postać pana Credo. Jak sam powiedział, żeby pan Cogito nie czuł się samotny.

Jesienny portret Pana C

Pan C chciałby złapać przemijanie
jak srokę, bażanta lub kosa.
Wystarczą iskierki października
i już zapala się od pochodni lipy
od płomyków dzikiego wina.
Radość mocuje się z żałością
i nie wiadomo, który z osiłków zwycięży.

Pan C przeżył wiele rzeczy, które wypaliły się
chciałby wreszcie zająć postawę bezstronną.
Miejsce Pana C znajduje się pomiędzy A i B
na zawsze pozostanie trzecim
jak reporter, sędzia, pielęgniarz.

Nie buja w obłokach
nie przenosi drzew
nie zniża do poziomu kopczyków liści
ćwiczy się w horyzontalnej sztuce
uwagi i współczucia.


Pomagajmy

Zostańmy patronami Serhija Żadana

Bardzo Państwa zachęcam do zostania patronem ukraińskiego poety i pisarza, Serhija Żadana. To najlepsze wsparcie jakiego możemy udzielić Charkowowi i jego mieszkańcom.

Serhij napisał (przekład Wiery Meniok):

Zazwyczaj bardzo ostrożnie proszę was o pomoc, ponieważ jestem pewien, że większość z tych, kto czyta tę stronę, w taki czy inny sposób dają środki na coś. I nawet nie większość – wszyscy. Albo prawie wszyscy).

Potrzeb jest naprawdę bardzo dużo, nie potrafię określić, jaka z nich jest ważna bardziej czy mniej. Co jest ważniejsze – kupić powerbank dla żołnierza na linii frontu czy butelkę mleka dla babci, którą ten żołnierz chroni? Sami ustalcie priorytety, ja tylko powiem, że pracuję z różnymi grupami wolontariuszy, a otrzymane od was koszty (bezpośrednio z rąk do rąk, przez patreon czy na konta wolontariatu), wydaję na bardzo różne rzeczy – wczoraj na przykład dałem 20 000 na samochód dla bojowników oraz 10 000 na żywność dla cywilów. Na jutro również mamy mnóstwo zamówień. Bardzo chcę, byście mnie usłyszeli – większość tych zamówień i potrzeb pojawia się nie dlatego, że „państwo nic nie robi” – tylko dlatego, że państwo nigdy wcześniej nie stanęło przed takimi wyzwaniami i dlatego potrzebuje naszej pomocy. Jeśli państwo będzie uratowane – wszystko odzyskamy))

Krótko mówiąc, sami widzicie, czym się zajmujemy z moimi przyjaciółmi, komu pomagamy, kogo wspieramy, piszę o wszystkim, o czym można pisać. Jeśli będzie możliwość i chęć pomóc – pomagajcie. Jeśli macie inne pomysły jak pomóc i wesprzeć – chwała Bogu. Szczegółowego sprawozdania z fakturami nie będzie) (wiele rzeczy jest kupowanych i znajdowanych, sprowadzanych i uzyskiwanych bez faktur)))) Ale potem napiszę dla was powieść o wolontariuszach)))

To jest moja ukraińska karta bankowa wolontariusza:

4149 6090 0342 8085

To jest mój patreon:

www.patreon.com/serhiyzhadan

To jest mój nowo otwarty PayPal, tutaj można przesłać środki spoza Ukrainy:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

Chciałbym jeszcze raz podkreślić: wszystkie środki otrzymane na tych kontach wykorzystuję na wolontariat – na wsparcie walczących o wolność Ukraińców.

Сергей Жадан:

Друзі, що хочу сказати. Зазвичай дуже обережно прошу вас про допомогу, оскільки певен, що більшість із тих, хто читає цю сторінку, так чи інакше сьогодні на щось перераховує кошти. Та навіть і не більшість – всі. Чи майже всі)

Потреб справді дуже багато, визначити яка з них більш важлива чи менш важлива мені особисто складно. Що важливіше – купити повербанк бійцю на передовій чи пляшку молока бабусі, яку цей боєць захищає? Ви самі собі визначайтеся з пріоритетами, я лише скажу, що співпрацюю з різними волонтерськими групами, і кошти, отримані від вас (безпосередньо з рук у руки, через патреон чи на волонтерські картки), витрачаю на дуже різні речі – вчора, скажімо, кинув 20 000 на авто для бійців і 10 000 на їжу для цивільних. На завтра теж маємо купу замовлень. Знову ж таки, дуже хочу, аби ви мене почули – більшість цих замовлень і потреб виникають не тому, що “держава нічого не робить” – вони виникають тому, що держава ніколи не стикалась із такими викликами й тому потребує нашої допомоги. Збережеться держава – ми все собі повернемо))

Одне слово, ви бачите, чим ми з друзями займаємося, кому допомагаємо, кого підтримуємо, я про все, про що можна писати, пишу. Буде можливість та бажання допомогти – допомагайте. Маєте інші варіанти допомогти та підтримати – слава Богу. Детальних звітів із чеками не буде) (багато чого купується й знаходиться, переганяється й дістається без чеків)))) Але потім я вам напишу роман про волонтерів)))

Ось моя українська волонтерська картка:

4149 6090 0342 8085

Ось мій патреон:

www.patreon.com/serhiyzhadan

Ось мій щойновідкритий PayPal, сюди можна переказувати кошти з-поза меж України:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

Ще раз наголошу: всі кошти, отримані на ці рахунки, я використовую на волонтерство – на підтримку українців, які воюють за свою свободу. Собі я з цього нічого не беру: працюю на австрійський генштаб, мені там нормально платять.

Дякую всім за підтримку та допомогу. Хай у всіх буде тихий вечір. Завтра прокинемось ще на один день ближче до нашої перемоги)

Сергій Жадан is creating writing/journalism and music | Patreon

Serhij Żadan, Ukrainian writer, now in Kharkiv, where he collects funds to help the people of Ukraine.

“Usually, I ask for your help very carefully, because I am sure that most of those who read this page are giving money to something in one way or another.

The needs are really a lot, I cannot define which of them is more or less important. What is more important – buy a powerbank for a front-line soldier or a bottle of milk for grandma, which this soldier protects? Set your priorities yourself, I will just say that I work with various groups of volunteers, and the costs received from you (directly from hand to hand, via Patreon or to volunteer accounts), I spend on very different things – yesterday, for example, I gave 20,000 for a car for fighters and 10,000 for food for civilians. We also have a lot of orders for tomorrow. I really want you to hear me – most of these orders and needs arise not because “the state does nothing” – but because the state has never faced such challenges before and therefore needs our help. If the country is saved – we will recover everything))

In short, you can see what we do with my friends, who we help, whom we support, and I write about everything that can be written about. If there is an opportunity and willingness to help – help. If you have other ideas on how to help and support – thank God. There will be no detailed report with invoices) (many things are bought and found, brought and obtained without invoices)))) But then I will write a novel for you about volunteers)))

This is my Ukrainian volunteer bank card:

4149 6090 0342 8085

This is my Patreon:

www.patreon.com/serhiyzhadan

This is my newly opened PayPal, you can send funds from outside of Ukraine here:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

I would like to emphasize once again: I use all the funds received in these accounts for volunteering – to support the Ukrainians who fight for freedom.