W górę rzeki (7)

Zbigniew Milewicz

Skutki wspólnego kopania rowów

milewiczkopanierowowNowym kamieniem wśród tych śląskich, Paluchowych i Hamplowych, który pewnego dnia wpadł do ogródka przy ulicy Wesołej, był mój przyszły ojciec. Stanowił w pewnym sensie okaz egzotyczny, bo i mówił, i zachowywał się inaczej niż miejscowi, co niekoniecznie musiało się wszystkim podobać, ale może właśnie dlatego mama się nim zainteresowała. Pochodził z Wilna, z ojczyzny polskiego wieszcza narodowego, którego wiersze kochała, wiele z nich znała na pamięć. W maturalnym roku pojechali cała klasą na wycieczkę do Nowogródka, który wówczas był jeszcze polski, do nowo otwartego muzeum Adama Mickiewicza. Ojciec nawet podobnie się nazywał, więc jak przejść obok kogoś takiego obojętnie? A mogła to zrobić.

milewiczzareczyny (2)Tak jak kiedyś do Jadzi Hamplówny, również do Niny Paluchówny uderzało w konkury wielu młodych ludzi. Wszyscy dobrze ułożeni, z tzw. porządnych domów; Zerwane zareczyny...jeden z nich miał na imię Gerard (na zdjęciu po prawej), dziadkowie go akceptowali, jako ewentualnego zięcia i z nim mama była już prawie, a może faktycznie zaręczona, tego dokładnie nie wiem. W międzyczasie jednak pojawił się człowiek o imieniu Edward, którego poznała w ostatnich miesiącach wojny, prawdopodobnie przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Od kilku lat pracowała już wtedy w firmie drzewnej Gebr. Grabowski w Katowicach, gdzie najpierw zajmowała się stenografią, a później prowadziła dział kalkulacji. Podobno firma ta do dziś istnieje w Niemczech. Kiedy spotkała ojca, miała 23 lata, on był o 7 lat starszy. W niczym nie przypominał Ninie dotychczasowych adoratorów, zwykle rówieśników, z którymi dyskutowała o przeczytanych książkach albo obejrzanych sztukach teatralnych, przekomarzała się i flirtowała. Mówił niewiele, ważył słowa, a głos miał głęboki, śpiewny, wielu kwestii nie dopowiadał do końca, co dodawało mu tajemniczości i sprawiało na mamie wrażenie, że jest bardzo mądry.

milewiczparamlodaBył pierwszym mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, który stanął na jej drodze, pewnym siebie i zdecydowanym, który bodaj po kilku tygodniach znajomości oświadczył się. Powiedział, że chciałby z nią założyć rodzinę, bo wydaje mu się, że jest dobrym materiałem na żonę i matkę ich przyszłych dzieci. Nie wiem, czy powiedział, że mamę kocha i będzie dobrym mężem, ale nie zdziwiłbym się gdyby, jako człowiek w gruncie rzeczy mało romantyczny, uznał to za zbędne. Mama zaś o życiu wiedziała niewiele. Rosłam w domu jak pod kloszem – opowiadała mi później. – Umiałam coś ugotować, posprzątać, grać na pianinie, świadectwo maturalne wyglądało ładnie, ale z moją mamą na wiele tematów nie można było w ogóle rozmawiać. Kiedy miałam 21 lat i po raz pierwszy pocałowałam się z chłopakiem na randce, to myślałam, że od tego zachodzi się w ciążę. W szkole o ważnych sprawach też nie uczono, były tematem tabu.

Z pojedynczych zdań, które Edward wypowiedział o sobie, wynikało, że w Wilnie nie miał łatwego życia, a kiedy do miasta wkroczyły hitlerowskie wojska, wyjechał na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie ciężko pracował. Mama postanowiła w małżeństwie wynagrodzić mu te wszystkie niedostatki. Wyrosła na romantycznej literaturze, w tradycyjnym, katolickim środowisku i naturalna empatia szła u niej w parze z łatwowiernością; myślę, że te cechy po niej oddziedziczyłem. Widziała, że ojcu brakuje towarzyskiej ogłady i tzw. manier, nie umiał tańczyć, a ona taniec uwielbiała, w kościele nie bardzo wiedział, jak się zachować, ale wierzyła, że wszystko to przyswoi mu w przyszłości. Była urodzoną optymistką.

milewiczzareczynyDziadkom nie pasował jako kandydat na męża dla córki. Przede wszystkim nie był ze Śląska i mało o nim wiedzieli. Życiowej zaradności nie mogli mu odmówić, ale wątpili w szczerość jego małżeńskich zamiarów; niczego materialnie nie posiadał, ożenek z moją mamą mógł być podszyty chęcią wzbogacenia się, mogło mu np. chodzić o dom, który był ich oczkiem w głowie. Ciocia Irka opowiadała mi, że mój ojciec nie nosił litery „P“ na ubraniu, pracował u jakiegoś niemieckiego szewca i miał niemieckie dokumenty, które pozwalały mu na korzystanie z basenu, kina czy kawiarni, przeznaczonych tylko dla obywateli III Rzeszy. Czyli był przymusowym robotnikiem, ale jakby na specjalnych prawach, co dziwiło dziadków. Na Bugli w Katowicach, gdzie przed ślubem ojciec chodził z mamą popływać, ludzie oglądali się za nimi i wzdychali, jaka to piękna para. Rodzice mamy też wzdychali, ale ze zmartwienia, że Nina dokonała takiego wyboru i niczego nie daje sobie wytłumaczyć. W tym momencie pasowałoby mi przerwać na jakiś czas śląski wątek i wrócić do wileńskiego, od którego rozpocząłem swoją rodzinną opowieść. Wilno będzie jednak w następnym wpisie, bo właśnie na Śląsk nadchodzą krasnoarmiejcy, a oni lubią to robić bezzwłocznie.

milewiczzareczyny (1)Innymi słowy, te rowy przeciwlotnicze czy przeciwczołgowe, które moi przyszli rodzice razem kopali, nie na wiele się zdały. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona przełamała na Górnym Śląsku niemiecki front i tutaj wojna się już zakończyła, ale powstały inne problemy. Kiedy bojcy albo NKWD dotarli na Wesołą, Erwina, jako niemieckiego faszystę, postawiono pod murem. Odbył się krótki sąd polowy i gdyby nie sąsiad z domu obok, pan Kruzel, który zaświadczył, że dziadek jest powstańcem śląskim, nikt by mi już tak pięknie nie pokazał, ani nie opisał Tatr. Pan Kruzel to była też piękna postać. Przyszedł razem z radzieckimi żołnierzami z ugrupowania marszałka Koniewa, w polskim mundurze oficerskim. Nie wiem, czy w tym ugrupowaniu służył, ale przyszedł z frontu do domu. Zapamiętałem po latach jego łysą, jak księżyc głowę, przysadzistą sylwetkę i jowialną, dobrą twarz. Pamiętam też jego uroczą, zawsze pogodną żonę, podlewającą kwiaty w ogrodzie i oranżerii na pierwszym piętrze. Bardzo się kochali. Kiedy po latach wspólnie spędzonego życia, ona pierwsza odeszła, on z rozpaczy popełnił samobójstwo.

milewiczweseleMoi rodzice pobrali się 27 marca 1945 r. w Chorzowie. Ceremonia ślubna odbyła się w urzędzie stanu i kościele, a wesele w domu młodej pani, na Wesołej, w wąskim gronie rodziny i najbliższych sąsiadów. Ze strony ojca nie było nikogo, poza jego przyjacielem Ryszardem Esopem, który świadkował mu na ślubie. Rodzice poszli mieszkać na swoje, z mieszkaniami w owym czasie nie było problemów, wiele stało pustych. Ich niemieccy właściciele ewakuowali się w ślad za pokonaną armią na Zachód, ale atrakcyjne adresy były w cenie. Dziadkom pewnego dnia zagroziła eksmisja, oficjalnie z powodu volkslisty i wtedy mój ojciec pokazał, co potrafi. Nie wiem, jak to zrobił, ale przy pomocy osobistych kontaktów, gdzieś tam, udało mu się ten nakaz anulować. Wujka Jurka, brata dziadka, nie było już wtedy w Chorzowie, ale w suterenie na Wesołej nadal mieszkała jego żona z dziećmi. Nie wiem, kto zajmował parter po Rosenbergach, później wprowadził się tam pan Jazowy, mój przyszły profesor łaciny w Słowaku, z rodziną. To już jednak znacznie nowsze dzieje.

W górę rzeki (6)

Zbigniew Milewicz

Brunatna mgła

Tytuł częściowo „pożyczyłem“ z książki Tadzia Dyniewskiego, mojego dawnego kolegi redakcyjnego*, ale mam nadzieję, że mi wybaczy zza grobu, tym bardziej, że piszę o tym samym okresie w historii Śląska, chociaż z innej perspektywy niż on. W latach 80 XX w. ruch śląskich autonomistów nie był jeszcze tak rozbuchany jak dziś. Póki co jest jednak początek września 1939 r. i trzeba wywiesić z okna flagę ze swastyką, bo Chorzów znowu nazywa się Königshütte.

brunatnamgla1 (2) dwieKiedy do domu przychodzi urzędnik miejski ze znaczkiem NSDAP w klapie marynarki, dziadkowie są w mieście. Na ulicy Wesołej, która zmienia nazwę na Narzisenweg, jest tylko moja mama Nina. Właśnie wróciła z jakiejś zbiórki, albo alertu, ma na sobie polski mundur harcerski i ukończone 18 lat. Przybysz zwraca jej uwagę, że w okolicznych domach flagi już powieszono, a tutaj jeszcze nie, więc niezwłocznie powinna to zrobić.
– Niczego nie powieszę – odparła hardo.
– Pani musi to zrobić – rozkazał stanowczo.
Wtedy nie wytrzymała, poszła do kuchni, wzięła nóż do mięsa i krzyknęła mu w twarz, że po jej trupie, ale tej szmaty nie wywiesi z okna. Łatwo można sobie wyobrazić, czym groziło wówczas takie wystąpienie. Zrządzeniem Opatrzności nadeszli rodzice, w mig zorientowali się w powadze sytuacji i babcia na poczekaniu odegrała jedną ze swoich najlepszych scen w życiu. Dogłębnie załamanym głosem oświadczyła urzędnikowi, że spotkało ich z mężem wielkie nieszczęście, bo ich córka jest chora psychicznie. Leczą ją wprawdzie, ale nie widać poprawy, więc – i tu zalała sie łzami – trzeba ją będzie chyba wywieźć do szpitala w Rybniku. Ta nazwa brzmiała na Śląsku (i nadal brzmi) złowrogo, więc stróż porządku jakoś udobruchany kiwnął ze współczuciem głową, jeszcze raz przypomniał o obywatelskim obowiązku i sobie poszedł. Widocznie nie sporządził później żadnej notatki służbowej, bo obyło się bez dalszych konsekwencji. Nina nie zamierzała jednak spokornieć. W jakiś czas później spotkała na ulicy jedną ze swoich kuzynek, która na dzień dobry odpowiedziała jej heil Hitler, więc ją publicznie spoliczkowała.

Zarówno dziadkowie jak i mama podpisali jednak niemiecką Volkslistę; w imieniu młodszej Irki zrobili to rodzice. Pewnie nie była to dla nich łatwa decyzja, mogli odmówić, ale zbyt wiele by ryzykowali. Sięgnę tu do historycznej pracy Danuty Sieradzkiej**, by głębiej naświetlić problem:

Późną jesienią 1939 r. podjęto próbę ustalenia składu narodowościowego ludności miasta; był to spis policyjny, tzw. palcówka. Formularz rejestracyjny (drukowany w językach polskim i niemieckim) zawierał pytania dotyczące narodowości i języka.

Blankiet policyjnego rejestru ludności należało oddać w lokalu urzędowym i w obecności władz zostawić odcisk palca wskazującego. Wielu Polaków – ze względów taktycznych – podało narodowość niemiecką. Na przebieg rejestracji wpływała atmosfera terroru, a ponadto zalecenie biskupa Stanisława Adamskiego (w porozumieniu z rządem polskim na emigracji), aby Polacy wpisywali na kwestionariuszu narodowość niemiecką. Biskup chciał w ten sposób uchronić wielu Górnoślązaków przed licznymi prześladowaniami.

Zarządzenie Reichsführera SS Heinricha Himmlera o Niemieckiej Liście Narodowościowej (Deutsche Volksliste) miało ostatecznie rozwiązać problemy narodowościowe. W marcu 1941 r. ustalono 4 kategorie listy: 2 pierwsze były zastrzeżone dla rodowitych Niemców, 2 następne dotyczyły Polaków, z którymi wiązano nadzieję, że staną się członkami niemieckiej wspólnoty narodowej. /…/ Chorzów na tle innych miast wypadł niekorzystnie: ponad 40% mieszkańców zaliczono bezpośrednio do grup, które mogły zaraz otrzymać obywatelstwo niemieckie, natomiast dalsze 44,6 % oczekiwało na indywidualne nadanie niemieckiej przynależności państwowej. Złożoność ówczesnej sytuacji oddaje wiersz z tamtego okresu :

Jeśli nie podpiszesz – twoja wina
Zaraz cię wezmą do Oświęcimia.
A gdy podpiszesz, ty stary ośle,
Zaraz cię Hitler na Ostfront pośle

Wielu chorzowian nie podpisało volkslisty. Ludzi tych zazwyczaj wyrzucano z mieszkań (tak się n.p. stało z rodzinami Dubielów, Fojcików czy Hanke ) i w każdej chwili narażali się na szykany, a w konsekwencji na rozstrzelanie lub śmierć w komorze gazowej.

Na podstawie odpowiednich zarządzeń Ślązakom, którzy oficjalnie określali się, że są Polakami, nie wolno było m.in. wstępować do żadnej restauracji i słuchać nabożeństw odprawianych w głównym kościele. Ich karty żywnościowe i odzieżowe, z literą „P“, miały zmniejszony przydział, a w pracy potrącano im dodatkowo 15% zarobku.

W niejednej polskiej rodzinie w Chorzowie i w innych miastach Śląska – pisze dalej autorka – przeżywano osobiste tragedie. Wielu Polaków, zaszeregowanych do III grupy volkslisty, odmawiało służby w wojsku niemieckim – czekały ich aresztowania i Oświęcim. Do Wehrmachtu wcielano nawet tych, którzy nie podpisali volkslisty. Zazwyczaj byli wysyłani na front wschodni, gdzie ginęli. Matka – której syn był Polakiem i czuł się Polakiem – otrzymywała wiadomość, że jej ukochane dziecko poległo na polu chwały za Führera i III Rzeszę. Raporty policyjne donosiły, że osoby wpisane do III grupy niemieckiej listy narodowej demonstracyjnie przyznają się do polskości i używają języka polskiego.

brunatnamgla1 (1)grobDo tej grupy zostali zaszeregowani również moi dziadkowie z mamą i ciocią Irką. Status społeczny rodziny się zmienił, dziadek musiał odejść ze „Skarbofermu“, spółka przyjęła nazwę Bergwerksverwaltung Oberschlesien GmbH der Reichswerke Hermann Göring. Dziadek dostał pracę w biurze kopalni, prawdopodobnie Polska, co teraz nazywała się Deutschland , a moja mama, która przed wojną marzyła o tym, żeby studiować medycynę i zostać chirurgiem, zatrudniła się w inżynieryjno-budowlanej firmie Schubert, gdzie powierzono jej księgowość. Równolegle z liceum Curie, ukończyła bowiem szkołę handlową i miała na ten temat pewną fachową wiedzę, a już na pewno nie bała się jej sprawdzić w praktyce. Kiedy dziadek przestał pokazywać się w pracy, a także na ulicy, tego dokładnie nie wiem. Na pewno stało się to po tym, jak babcia dowiedziała się, że pod Stalingradem padli brat męża Maks i jej brat Wili. W piwnicy na Wesołej, między węglem i ziemniakami, została zbudowana kryjówka, w której Erwin spędzał dni, bo spać chodził do Jadki, na piętro. Przez tę piwnicę przeziębił sobie nerki i później już zawsze miał z nimi problem, ale może uratował życie. Krycie miał dobre, na parterze , po rodzinie Szumskich, którzy musieli wyprowadzić się na Klimzowiec, do jakiejś klitki, mieszkał wysokiej rangi oficer Wehrmachtu o nazwisku Rosenberg, a w suterenie ciocia Marysia z dziećmi, żona brata Jorga, co w międzyczasie wstąpił już do SA i był głównie tam , gdzie, jak to się mówi, strzelali. Przypuszczam, że obydwaj niczego o tej skrytce nie wiedzieli, ale przecież dzisiaj mi tego już ani nie potwierdzą, ani temu nie zaprzeczą.

Volkslista dziadkow 003 Volkslista dziadkow 002O niemieckich dokumentach w rodzinie dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek, władze PRL nie lubiły niemieckich Ślązaków, więc się z nimi w rodzinie nie obnoszono. Kopie dowodów osobistych z hitlerowską gapą, opatrzonych zdjęciem mojej babci i dziadka, zobaczyłem dopiero w 1988 r., kiedy po nielegalnym wyjeździe do Monachium sam złożyłem wniosek o przyznanie mi niemieckiego obywatelstwa. Przysłała mi je z Polski, przez innych „turystów“, ciocia Irka, która miała oryginały, trzymała je czujnie i mocno przy swojej bujnej piersi i rok później sama drapnęła do Niemiec. Jakże ironicznie postępuje z ludźmi historia. Oczywiście, każdy jest kowalem swojego losu, a nawet jeśli w to wątpimy, Czesław Miłosz powiada: nie jesteś przecież tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach…

* Tadeusz Dyniewski „Zbrodnia i Kara“, Pitaval Śląski. Wyd.1986
** Danuta Sieradzka „Królewska Huta, Chorzów w latach 1868-1945“. Wyd.2001

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

***
Wywiad z Tomaszem Fetzkim nagrany już po opublikowaniu tego wpisu i na jego podstawie, wyświetlony w regionalnej telewizji żarskiej i dostępny online:

http://www.telewizjazary.pl/51,2676-poznaj_swoje_miasto_-_kamien_hermanna_l%c3%b6nsa.html

Alma (1)

Lech Milewski

Foto : Alma Mahler-Werfel
Foto z Wikipedii: Alma Mahler-Werfel

Alma Mahler wpadła mi w oko w Pirenejach podczas nielegalnej przeprawy przez francusko-hiszpańską granicę. Nie tyle ona co jej bagaże – tuzin walizek!

 

Naturalnie, kobieta! – pomyślałem.

A było to tak…
Od roku 1929 Alma Mahler była żoną pisarza Franza Werfla. W 1938 roku, po Anschlussie Austrii, Werfel, który był Żydem, uciekł wraz z żoną do Francji. Przewidując najgorsze ubiegali się o wizę do USA. Otrzymali ją z łatwością dzięki wstawiennictwu Tomasza Manna, który cieszył się ogromną sympatią i zaufaniem Eleonory Roosevelt i pomógł załatwić wizy setkom niemieckich intelektualistów i artystów. Przewidując najlepsze zwlekali z wyjazdem do USA aż do 1940 roku, do zajęcia Francji przez Niemcy. Wtedy było już za późno. Nie mogli wydostać się z Francji legalnie, gdyż nie mieli wizy wyjazdowej, a zgłoszenie się po taką wizę do urzędu, skończyłoby się wydaniem w ręce niemieckie. Ukrywali się w Lourdes, gdzie Franz Werfel zapoznał się szczegółowo z historią Bernadetty Soubirous – dziewczyny, której objawiła się Matka Boska. Złożył wtedy ślub, że jeśli uda mu się szczęśliwie wydostać z Francji, to napisze książkę na temat cudownego objawienia.
Po kilku tygodniach Werfel nawiązał przez pośredników kontakt ze współpracownikiem amerykańskiego konsulatu w Marsylii, dziennikarzem Varianem Fry, który właśnie organizował przerzut do Hiszpanii rodziny Tomasza Manna – syna Golo i brata Henryka wraz z żoną Nelly. Dołączyli więc do nich. Pociągiem dojechali z Marsylii do stacji Cerbere tuż przed granicą hiszpańską. Graniczna stacja Cerbere – jakże właściwa to nazwa!
Piątka uciekinierów powędrowała z przewodnikiem na piechotę, a Varian Fry przejechał legalnie pociągiem do Hiszpanii.
Wędrówka przez góry nie była łatwa. Musieli się wspiąć na wysokość 2000 m, co przy otyłości Franza Werfla i słabej kondycji Henryka Manna było zadaniem nie lada. Z kolei Varian Fry miał prawo obawiać się zainteresowania służby celnej i granicznej rozmiarami bagażu – 17 walizek. W tym 12 walizek Almy Mahler. Alma twierdziła, że walizki zawierają rzeczy absolutnie niezbędne – rękopisy partytur utworów Gustawa Mahlera, rękopis III symfonii Brucknera, rozpoczęte dzieła jej męża i odrobinę jej garderoby. Złośliwi twierdzą, że wszystkie szkice, partytury i rękopisy zajmowały tylko jedna walizkę.
Spotkali się w Portbou – pierwszej stacji po hispańskiej stronie. Varian Fry wrócił do Marsylii, a oni pojechali dalej, pociągiem do Madrytu i w końcu samolotem Lufthansa do Lizbony. Uciekali przed Niemcami samolotem Lufthansa? Czemu nie, w tamtych czasach można było podróżować incognito. Po miesiącu pobytu w Lizbonie pożeglowali do Nowego Jorku. Tam czekał na nich Klaus Mann, syn Tomasza, który w liście do ojca wspomniał, że wszyscy uciekinierzy byli w dobrej formie, tylko Alma wyglądała jak zdetronizowana królowa.

Franz Werfel wypełnił swój ślub – książka Pieśń BernadettyKLIK – i film nakręcony na jej podstawie zapewniły mu dobrobyt do końca życia. Był to więc bardzo udany ślub.

Dygresja – Varian Fry pomógł przemycić ponad 2.200 uciekinierów z Niemiec – KLIK.

Moje kolejne spotkanie z Almą nastąpiło w niespodziewanym miejscu – w fikcyjnym osiedlu Tel Kedar na pustyni Negev…

Między wiadomościami nadali program o życiu i miłościach Almy Mahler. Spikerka powiedziała, że świat mężczyzn nie był w stanie jej zrozumieć i widział w niej kogoś innego, niż była naprawdę, a potem opowiadała jaka naprawdę była Alma Mahler. Wyłączyłem ją w pół zdania na potwierdzenie, że świat mężczyzn nie zmienił się na lepsze.

Amos Oz – Nie mów noc – tłumaczyła Agnieszka Jawor-Polak

Rzeczywiście, nie zmienili się. Dowodem może być choćby ta piosenka Toma Lehrera – Najurokliwszą dziewczyną Wiednia była Alma

Pozwoliłem sobie sparafrazować refren tej piosenki – Almo jakiego użyłaś magicznego tańca, by oczarować Gustawa, Waltera i Franza?

Gustaw, Walter i Franz to kolejni mężowie Almy – Gustaw Mahler, Walter Gropius i Franz Werfel. Zaś pomiędzy mężami, a czasem równolegle z nimi, przez życie Almy przewinęło się wielu słynnych artystów i twórców..

Nie usiłuję zrozumieć Almy Mahler. Nawet wolę jej nie rozumieć. Pozwala mi to przypatrywać się jej i jej otoczeniu czasem w admiracją, czasem ze zgrozą, a ciągle z bezrozumnym oczarowaniem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Evelyn Juers – House of Exile – KLIK – cudowna książka – skarbnica informacji o ucieczce artystów i intelektualistów z hitlerowskich Niemiec.
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.

Dotyk życia

broniaokladkaDzieciństwo Ani

Pierwsze cztery lata życia Ani były bardzo szczęśliwe. Rodzice i starsze rodzeństwo traktowali ją jak małą księżniczkę, uwielbiali ją i rozpieszczali. Ta śliczna dziewczynka o niebieskich oczach i jasnych loczkach miała dzieciństwo bardzo szczęśliwe, acz biedne. Nosiła skromne sukienki i bawiła się szmacianymi lalkami zrobionymi przez mamę. Z natury była dobra i pogodna, chociaż czasami zazdrościła Sabince, wnuczce pani dziedziczki Kantarowej. Sabinka była rówieśniczką Ani, miała swój pokój dziecinny, śliczne sukienki i zabawki kupowane w sklepie. Ania bawiła się i spała w jednym pokoju z rodzicami i rodzeństwem. Ale też w całym jej domu był tylko jeden pokój i maleńka kuchnia, w której stał stół, ława i piec chlebowy,
w którym mama piekła chleb. W kącie, przy piecu
stały żarna.

Oto wracam do korzeni swoich
Kawałka ziemi leżącego odłogiem
Bochna chleba w dłoni
Pachnącego tatarakiem
Zrywam kłos wypełniony ziarnem
Jak niezapominajkę kładę
Na omszałych żarnach

Najmilej Ania wspomina wieczory, kiedy po wspólnej kolacji cała rodzina była w domu. Ojciec brał ją wtedy na barana i podnosząc ją w górę i huśtając nad głową śpiewał:
Gdzieżeś ty bywał
Czarny baranie
Czarny baranie?
Dziewczynka popiskując z radości odpowiadała:
We młynie
We młynie
Mój miły panie!
Ojciec był jej najlepszym przyjacielem i wiedziała, że zawsze może na nim polegać. Mama natomiast objaśniała jej tajemnice świata, odpowiadała na każde pytanie. Brat Romek bawił się z nią na podwórku, a siostra Joasia pięknymi kołysankami utulała do snu.
Śpij Anusiu moja mała
Bo już na cię czas
Ja cię będę kołysała
A ty oczka zmruż
Luli luli śpij spokojnie
Śpij bez żadnych trwóg
Tu siostrzyczka cię utuli
Tam nad tobą Bóg
Czasami Ania była sama w domu. Wtedy biegła na pobliską łąkę i łapała motyle, cichutko śpiewała i szeptała do zrywanych kwiatów. Lubiła wsłuchiwać się w odgłosy łąki – brzęczenie owadów, cykanie świerszczy.
Wnikliwie obserwowała świat przyrody. Nie wiedziała tego, ale tak było. W odradzającej się wciąż naturze odnajdywała poczucie harmonii, spokoju i radości. Współuczestniczyła w odwiecznym procesie zmieniających się pór roku i dnia. Wiedziała, że tylko Bóg mógł stworzyć taki doskonały świat, pełen piękna i tajemnic, które wciąż na nowo odkrywała. Dorastała i w zakamarkach pamięci rejestrowała każde spostrzeżenie, każdy obraz.
W twarzach starych ludzi widziała drzewo, jego pomarszczoną korę. Świat jawił się jako jedność skupiona w drzewie – był magiczny i zagadkowy.

Jestem sosną rosnącą samotnie
Smutnym drzewem skrzypiacym na wietrze
Igiełkowe łzy czasem ronię
Może ktoś sosnę utuli
W wiatru szumie
W słońca aureoli
Rozterka odejdzie w nieznane
Dusza sosny
Nie będzie cierpiała

W rodzinnym domu Ani zawsze panowała atmosfera ciepła i życzliwości. Mimo wielu zmartwień i biedy rodzina żyła spokojnie i zgodnie. Ania była dziewczynką cichą, skrytą i skłonną do melancholii. Wydawała się najbardziej podobna do Ludwika i jak się póżniej okazało miała najsilniejszy charakter ze wszystkich dzieci Antosi i Ludwika.

bronia1stronaWojna

Beztroskę zmącił huk przelatujących samolotów. Podwórko dziecinnych zabaw zaniemówiło. W jednej chwili prysnął spokojny sen. Ktoś zamknął szczęście na klucz i klucz wyrzucił. Zachwiały się schody do nieba, po których do tej pory Ania wędrowała.
Pierwszego września 1939 roku niebo było czyste i bezchmurne. Ania bawiła się na podwórku w piaskownicy. Piekła babki z piasku i układała je na ławeczce stojącej pod ścianą domu. Nad jej głową skrzypiały i szumiały drzewa. Wsłuchiwała się w ich szum, kiedy nagle powietrze zadrgało jakimś uporczywym, powtarzającym się dźwiękiem.
– Co to takiego? – zapytała ojca, który w tym momencie wychodził z domu.
– Sama zobacz, córeczko! – odpowiedział wpatrując się w niebo.
Wtedy zobaczyła samoloty, które jak srebrne ptaki przesuwały się wysoko nad ziemią. Z nieba posypały się białe kartki jak płatki śniegu. Były to ulotki, na których czarnymi literami wypisano: WOJNA. NIEMCY NAPADLI NA POLSKĘ. Ania łapała te kartki jak motyle. Z domów powychodzili ludzie i kiwali głowami, lamentując:
– Znowu będzie piekło na ziemi! – spoglądali w niebo z trwogą.
Rodzice Ani przeżyli już jedną wojnę i bardzo się bali. Ludwik służył w wojsku w 1914 roku i omal nie stracił życia, a Antosia w wieku czternastu lat doświadczyła głodu, brudu i strachu.
Pierwsze miesiące wojny były w miarę spokojne – trwała mobilizacja do wojska i we wszystkich domach padały podobne pytania:
– Jak długo może trwać wojna?
– Jak się skończy?
– Jakie zapasy gromadzić?
– Zostać czy uciekać?
– A jeżeli uciekać to dokąd?
Nikt nie pomyślał, że za jakiś czas bomby będą spadały na domy, okna powypadają z framugami, rozpadną się ściany domów. Tymczasem trwała mobilizacja. Dworce kolejowe w Pohulance, Święcianach, Podbrodziu przepełnione były żołnierzami.
W 1940 roku wojna ogarnęła już całą Europę. Panowało przekonanie, że wkrótce Niemcy uderzą na Związek Radziecki. W czerwcu 1940 roku do Wilna wkroczyły sowieckie czołgi i rozpoczęła się okupacja, grabieże, głód, aresztowania, masowe deportacje Polaków, Litwinów i Łotyszy w głąb Rosji.
Pociągi z wywożonymi odjeżdżały na Wschód w sam środek syberyjskiej zimy.
– Ta przeklęta wojna znowu pochłonie miliony niewinnych ludzi – mówił z goryczą Ludwik.
– Miejmy nadzieję, że nie potrwa długo – uspokajała Antosia.
Ludwik czuł się bardzo źle, był przygnębiony i smutny, od niespokojnych myśli huczało mu w głowie.
– Pójdę się położyć – powiedział cicho, po twarzy płynęły mu łzy. – Gdyby nie ta wojna, to może nasza Joasia by żyła? – dodał z rozpaczą. – Miała tylko siedemnaście lat.
W rok później, też w czerwcu Niemcy zaatakowali i rozpoczęła się wojna sowiecko-niemiecka. Z nieba leciały bomby, domy tonęły w kłębach dymu i ognia. Ludwik patrzył ze ściśniętym sercem na żonę i dzieci – ich oczy straciły blask i były smutne. Od kilku tygodni kładli się spać głodni.
– Jeść! – pochlipywała Ania, wkładając do buzi brudny kciuk.
– Będziesz ty cicho?! – zdenerwował się ojciec surowo mierząc wzrokiem córkę. Od jego głosu zatrzęsła się niska chata.
– Aniu, kochanie – wtrąciła się pospiesznie Antosia obejmując czule córkę. – Wszyscy jesteśmy głodni i nic na to nie możemy poradzić. Jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zrozumieć, że niczego nie mamy do jedzenia. Wczoraj zabrano nam wszystko, co mieliśmy. Gdybyśmy nie oddali zboża i ostatniej krowy, to twój tatuś mógłby zginąć jak wujek Heniek. Pamiętasz przecież jak go zabili.
Ania ze smutkiem pokiwała głową i usiadła w kąciku przełykając łzy. Okupanci żądali coraz więcej i Ludwik był “zadłużony” po uszy. Kilka razy nocą nieznani ludzie wyprowadzali go z domu i katowali. Najczęściej żądali przyznania się do współpracy z ruchem oporu, udzielania pomocy i schronienia Żydom, posiadania broni. Często przeprowadzali rewizje. Ludwikowi serce pękało na widok dzieci i żony stojących pod ścianą z podniesionymi rękami, odwróconych twarzą do muru. Nie potrafił uchronić ich przed ciągłym zagrożeniem, głodem i nędzą.
Rok 1944 dobiegał końca. Ludzie mówili, że za pół roku wojna się skończy, czekali na to z utęsknieniem, potrzebowali wolności jak kromki chleba.
Ludwik czuł się coraz gorzej, był słaby i nie miał siły do pracy. Zbliżał się pierwszy dzień stycznia 1945 roku. Tę datę nosił w swoim chorym sercu przez piętnaście lat.

Bystrzanowice. Wojna i śmierć

Zofia Slaska
kolejna część wspomnień, spisanych w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone, dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Jelskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

konstancja2To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała. Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

konstancja1Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Masią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Masi, która mieszkała z matką w Kielcach.

Gestapo przyszło do Masi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski mieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej córki chodziły do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Masia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Ewy i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać.

Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy. Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie.
Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie mleczarek przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.
I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym  pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia z opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła, lecz zmarła w czerwcu. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

konstancja3-zosiaTak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy niedopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Masia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były komplikacje, i Henryk pojechał na operację do Szwecji. Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci. Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć.

Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania.
I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Nie wiem, co dla ojca ta wizyta znaczyła, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku. To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

Następna część wspomnień już się ukazała. Była zatytułowana 1945.

Przemarsz zer

Dorota Cygan przypomina kolejną rocznicę, nie okrągłą, a tekst wprawdzie nie o niczym tylko o czymś, ale jednak o zerach.

zeraMeeting czyli przemarsz zer – tak brzmi tytuł szkicu węglem autorstwa niemieckiego malarza Wernera Heldta z roku 1933/34. „Dziś przed 81 laty”, jak mówią użytkownicy języka niemieckiego (mhm, to zupełnie tak, jak gdyby w niemieckim gramatyka decydowała o kultywowaniu wiecznie świeżej pamięci) Hitler doszedł do władzy. Rysunek powyżej jest komentarzem tego, co stanowiło nieodłączne kulisy tych i późniejszych wydarzeń związanych z tym faktem.

Można niejedno wyczytać z tego rysunku, nie znając dzieła malarza. Abstrakcyjna forma obrazowania tłumu jako kółka-zerówki to czysta kpina z reżyserowanej liturgii zlotów partyjnych i ich śmiertelnej powagi, której tłem było istne poczucie misji dziejowej. Germaniści piszą czasem, analizując artefakty mrocznych czasów nazistowskich, że wielka szkoda, iż nie było więcej tego typu szpilek nadających się do wkłucia w toporny kloc sztuki propagandowej. Czyli atestują malarzowi rzadką jak na owe czasy subtelność przytyku, a zarazem opozycyjność wobec systemu. Zakładając tym samym, że dla współczesnych krytyka ta była oczywista i czytelna. Poświadczają zatem dziełu subwersywność o sile z dzisiejszej perspektywy trudnej do przecenienia.

Aż się prosi, żeby sprawdzić, jakie miejsce w dziele samego malarza zajmował ten szkic węglem. Czy był pojedynczym żartem, wypadkiem przy pracy, a może konsekwentnym elementem jakiejś drogi rozwojowej? Jaka była jego siła? Skoro artysta opuścił Niemcy nazistowskie wiosną 1933 roku – to czy z powodu tego szkicu? Wykonał go pod wpływem nagłej niezgody na reżim, czy z powodu zwykłej, motywowanej estetycznie, niechęci doń? Kim był malarz, którego dzieło doczekało się retrospektywnej wystawy dopiero w 1989 roku w Norymberdze? Czy był związany z tym miastem? Może właśnie tam napatrzył się na przemarsze SA?

Nic podobnego. Urodzony w 1904 roku, większość życia spędził w Berlinie, stroniąc od typowych atrybutów wielkiego miasta oraz nowych trendów w sztuce (typu Neue Sachlichkeit), żył jednak konsekwentnie jak cygan, szukając w alkoholu zapomnienia – także z powodu skłonności homoseksualnych, które dla chłopaka z pietystycznego domu były trudną do zaakceptowania sprzecznością biograficzną. Wczesne rysunki przepełnione melancholią wpisują się jednak w ducha schyłkowej Republiki Weimarskiej: abstrakcyjnie płaskie, puste przestrzenie bez żywej duszy, redukcja przedstawionego świata i zdystansowanie wobec przedmiotów, kruchość przedstawionych obiektów oraz – bez wyjątku – bezruch.

W przerwach w pracy malarskiej pisał. I tak, w roku 1927 powstaje artykuł Einige Beobachtungen über die Masse, dokończony kilka lat później już na Majorce. Heldt wyznał wówczas matce, że pisanie tego tekstu go uzdrowiło, przestał czuć się szaleńcem i wie, iż jego choroba polega na tym, że nie potrafi brać udziału w kolektywnym obłędzie. Tekstu tego nie oddał jednak do druku, targany jak zawsze wątpliwościami co do swojej osoby. Kryzys życiowy stawał się powoli elementem na stale wpisanym w jego życie. Ale potrafił uczynić z niego temat pracy twórczej – i tak na rok przed dojściem Hitlera do władzy powstało w sumie 80 prac graficznych i malarskich. Jest w nich, jak zawsze, ciężka melancholia w 80 różnych wariantach, np. jako obraz pustych ulic, niekończące się ciągi domów, tajemnicze wnętrza, a także motyw morza – w wydaniu Wernera Heldta również to alegoria depresji . I znów: po tej krótkotrwałej erupcji twórczości następuje obsunięcie w bezczynną depresję.

Interpretatorzy są zdania, że paraliż zdolności twórczych ma ścisły związek z dojściem nazistów do władzy i że nastroje artysty u progu roku 1933 to antycypacja wydarzeń społeczno-politycznych. Tak interpretują jego ucieczkę na Majorkę wiosną 1933 roku z niewielkim bagażem, w którym miało się znaleźć miejsce jedynie na Baudelaire‘a i Kleista. Długotrwałemu kryzysowi psychicznemu towarzyszyło poczucie winy, a także emocjonalna niezdolność do powrotu do Berlina. Ten ostatni symptom jest również typowy dla stanów duchowych wielu pisarzy i artystów niemieckich, przebywających w stanie zawieszenia między emigracją a okazjonalnymi pobytami w kraju. Niby nie ścigani przez policję polityczną, przez niejasne poczucie zagrożenia spokoju wewnętrznego jednak nie zaznali.

I jeszcze jedno jest typowe dla wielu przedstawicieli jego generacji: faszyzm, od którego próbowali uciec, dosięgał ich często również na emigracji – Wernera Heldta akurat na Majorce. Kiedy w Hiszpanii wybucha wojna domowa, musi, chcąc nie chcąc, w połowie sierpnia 1936 roku wrócić do Berlina. Przystań życiową znajduje w budynku ówczesnej Königliche Kunst- und Gewerbeschule przy Klosterstraße 75, która dawała schronienie artystom przepędzonym z Akademii. Heldt znajduje tam przyjaciół na dobre i na złe, a także akceptację i inspirację. Pracować jednak nie może, dręczony obsesjami, panicznym strachem przed prześladowaniami na tle orientacji seksualnej. Okresy depresji przeplatane są szukaniem zapomnienia w alkoholu. Przyjaciele, nazywający go niepohamowanym cyganem, w trosce o niego próbowali go przechytrzyć, kupując obrazy rzekomo w imieniu anonimowych kolekcjonerów. Sam bowiem zwykł je rozdawać za darmo.

Na pierwszej wystawie w Galerie Gurlitt, w zasadzie po zawieszeniu jej działalności, czyli niejako na dziko, pokazał więc jedynie wczesne prace, nowsze bowiem plątały się po piwnicach lub trafiły w ręce przypadkowych ludzi. Echo prasowe ograniczyło się do dwóch notatek gazetowych, zaś na temat echa towarzyskiego nie zachował się żaden zapis. Nie wiemy więc dziś, czy wystawa subwersywnych obrazów odbiła się jakimkolwiek echem w kręgach artystycznych. Do tzw. czynników decyzyjnych najwyraźniej nie dotarła, bo nie poskutkowało to zakazem wykonywania zawodu ani innymi szykanami.

Generalnie wiadomo, że Werner Heltd pogardzał nazizmem i jego metodami. I że w latach 1936-40 nie napisał ani linijki. Z wyjątkiem listów, w których nazywa wojnę osobistą katastrofą. Ale wbrew temu, co mu się początkowo wydawało, po wcieleniu do wojska w 1940 roku okazało się, że wojna jest dla niego wyzwoleniem od niego samego, przynajmniej na czas jakiś. Służba wojskowa oznaczała bowiem strukturę, a tym samym była środkiem na lęki i depresję. Jako żołnierz dokonał nie lada wyczynu: W ciągu 5 lat zdobył zaledwie stopień starszego gefrajtra, co wiele mówi o jego ambicjach militarnych. Do jednego z przyjaciół pisał wówczas, że cieszy się, bo jest w przyzwoitej firmie i w zasadzie nie ma nic przeciw komiśniakowi, a nawet ceni to, że nie musi być sam za sobą. Jedyne, co mu dokucza to fakt, że próbują go w wojsku oduczyć melancholii. Musi więc dbać o to, by nie rzucać się w oczy i ukrywać swoje prawdziwe nastroje, pozornie poddając się militarnej dyscyplinie. I podsumowuje, że wojna przyniosła mu więcej korzyści niż szkody. W 1946 roku wraca do Berlina z poczuciem, że to początek nowego. Tym samym powraca jednak – jak się miało okazać po krótkim okresie względnej stabilności – do swojej nieuleczalnej melancholii. Z uwięzienia przez depresję nie jest go nawet w stanie uwolnić względny sukces na powojennym rynku sztuki, chłonnym i ciekawym nowych nazwisk. Szczyt popularności w roku 1947 bezpośrednio poprzedza ostateczne obsunięcie się w depresję.

Werner Heldt nieustannie potyka się o siebie samego: samotność „pośród śpiewu tłumów” i ta wśród przyjaciół, podskórne obawy, sceptycyzm, dystans, strach przed tłumem – z tych oto stałych elementów składa się jego życie na emigracji we własnym wnętrzu z towarzyszącą mu niezdolnością nawiązania choćby powierzchownych kontaktów z takimi znaczącymi sąsiadami z Majorki jak hrabia Harry Kessler, Hermann Keyserling, Franz Blei, podobnie jak z artystami, z którymi teoretycznie mógł w Berlinie obcować często, korzystając z gościnności tej samej Königliche Kunst- und Gewerbeschule co Käthe Kollwitz, Hermann Blumenthal czy Werner Gilles. Mógłby, gdyby nie jego zupełna niekompatybilność.

Na temat opętania tłumów pozostawił w sumie 24 prace (z lat 1926-1948). Każda z nich to na swój sposób polemika z szaleństwem mas i dyktaturami. Ale jego sytuowanie się poza obrębem wszelkich ugrupowań to taka opozycyjność bez wykrzyknika. Nie da się z niej wyprowadzić wyrazistej tezy o pozycji światopoglądowej autora.

I co tu zrobić z takim rodzajem opozycji wobec nazizmu? Nie nadaje się ani na plakaty ani do zagospodarowania jako symbol oporu. A jednak rysunek Aufmarsch der Nullen powstał. Nie da się zaprzeczyć. I służy jako materiał ilustracyjny do opisu pełnych sprzeczności lat 30.

A może da się odnieść do fenomenu Wernera Heldta ten fragment z Herberta: To wcale nie wymagało wielkiego charakteru / nasza odmowa niezgoda i upór / mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi / lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku / Tak smaku (…)

A mniej patetycznie może powiedzmy, że odmowa udziału i okazywanie niesmaku to w gruncie rzeczy jednak jakiś statement. Lekceważenie wszelkiego rodzaju nadętych, biorących swoje działania na śmiertelnie poważnie zbiorówek o ambicjach ruszania z posad bryły świata, potraktowanie ich rzuconą jakby od niechcenia przez ramię uwagą – „proszę bardzo, panowie, ale beze mnie. Ja te wasze zbiorowe uniesienia skomentuję niewielkim, czarno-białym szkicem” – to jednak jest coś.

Roger Loewig

loewkubcoverVor langem Zeit gaben wir im WIR e.V. mit Lidia Głuchowska zusammen zwei ihre Bücher über Stanisław Kubicki aus, den deutsch-polnischen Maler und Dichter, von dem hier, in diesem Blog, schon zig Mal die Rede war. Das dritte ihre Buch fasste die Schaffung erweiterte das Thema; es hieß: “Roger Loewig und Stanisław Kubicki. Zwei Maler-Dichter in der Verteidigung der Inseln der Menschlichkeit “

Damals arbeiteten wir eng mit der Roger Loewig Gesellschaft zusammen und mit ihrer Mitarbeiterin – Felice Fey. Irgendwann danach gab Felice selber ein Buch über Roger Loewig heraus. Heute hat sie uns / mir ein Fragment dieser Biographie zur Verfügung gestellt.

liebendeRoger Loewig: Eine Biographie, von Felice Fey
Berlin: Lukas Verlag, 2011

Auszug aus dem Kapitel „Späte Ernte“, S. 216-217

Die Reisen brachten eine gewisse Verschiebung der Bildinhalte mit sich. Noch immer schuf er Landschaften des Untergangs. Noch immer war die deutsche Teilung das Motiv, um das sein Schaffen kreiste. Aber er löste sich langsam von Fixierungen. Die Entwicklung hin zu einer subtileren Formulierung im Bild wird deutlich in einem Text, den er im Katalog der Regensburger Ausstellung zur abgebildeten Kugelschreiber-Zeichnung „Landschaft mit zwei untergehenden Sonnen“ aus dem Jahr 1976 veröffentlichte:

Die Weite eines Feldes, eines Ackers, die Tiefe eines Weges, einer ins Endlose entschwindenden einsamen Straße – ob damals zu Hause, ob in Nordböhmen,  in Masuren oder woanders – haben mich immer fasziniert und gelockt und in sich hineingesogen. […] An ihren Rändern, durch ihre Mitte, über die ganze Breite des Himmels, Zweigestirne bildend, klafft oft ein Graben, ein Riß, trennt sie eine gebrochene Naht, eine lange Wunde, eine schlecht verwachsene Narbe: Gleichnisse für böse Grenzmarkierungen. Die Absperrungen, die schrecklichen Palisaden, den unbewohnten, unbegehbaren Streifen Niemandsland, die träumte ich in meine Felder nicht hinein. Das ist deutliche, unverwischbare Wirklichkeit. Und wo finden sie sich nicht? Sie sind eingraviert in alle Himmelsrichtungen, sie zerschneiden Länder und Völker, Ströme, Straßen, Städte und uns selbst. Und sie lassen schließlich – zu dauerhaft und bis heut noch unverrottbar – manches und manchen, die, von ihnen verwundet, sich ihnen nicht mehr entziehen konnten, ausbluten.

flugfeldzeichenNicht nur in der Kunst, sondern auch im Leben blickten Roger Loewig und mit ihm seine Gefährtin Creszentia Troike bereits aus einer weiten Distanz zurück. Wesentliche Auseinandersetzungen lagen hinter ihnen. Beide hatten sie, er als Künstler, sie als unermüdliche Vertreterin seiner Kunst und seiner Geschichte, gemeinsam ein abenteuerliches Leben geführt: in der DDR die Verhaftung und die ersten professionellen Jahre mit ihren Schwierigkeiten und Lichtblicken, Verhinderungen, Förderungen und Freundschaften, später die Erfahrungen der Übersiedlung mit nachfolgendem Einreiseverbot. Sie lebten an der Peripherie West-Berlins und hatten ihre Rolle als Vermittler zwischen Ost und West angenommen. Besonders die mehr nach außen gewandte Creszentia Troike war unermüdlich damit beschäftigt, den Bundesbürgern ihre Erfahrungswelt und Perspektive zu vermitteln. Sie wollte die DDR erklären, lebte in Gesprächen und Briefen. 1978 ergab sich eine noch bessere Gelegenheit, die historische Erfahrung ihrer mit Roger Loewig geteilten Lebensgeschichte mitzuteilen. Hans Harmsen, der langjährige Wegbegleiter, hatte sie an die Akademie Sankelmark empfohlen, bei deren Leiter Dietmar Albrecht sie Verständnis fand. So erschien 1978 in der Schriftenreihe der Akademie das Bändchen „Licht und Schatten. Erfahrungen eines Künstlers in Ost und West, herausgegeben von einem Freund.“ Der Freund war Creszentia Troike. Sie hatte biographische Dokumente – Akten, Briefe, Rezensionen – gesammelt und kommentiert: Nicht ohne Polarisierung, nicht ohne Bitternis. Die Erfahrung der Zeitgenossenschaft verwandelte sich langsam in eine Geschichte, die den Zugang zu seinem Werk und seiner Person ermöglichte – oder auch verschloss.

haende

Auszug aus dem Kapitel: „Abgrenzungen“, S. 264-266

Er wollte anerkannt werden, in seiner Arbeit wie auch in seiner Ethik. Zusammen mit Creszentia Troike sehnte er sich nach Ehrung – leidenschaftlich, unerfüllt, unverstanden, oft mit Zorn. Er litt unter seiner Isolation. Nichtsdestoweniger leistete er sich eine Haltung, die dazu führen musste. 1995 schrieb er noch einmal an die Freie Akademie der Künste Mannheim. Diesmal war er, in Vorbereitung einer Anthologie, um Auskünfte zum Thema „Kunst und Künstler in unserer Zeit“ gebeten worden:

In der Gegend, aus der ich herkomme – das war die Deutsche Demokratische Republik – wurde die Kunst zur Farce. Der Staat, die Partei – besser Genossen und Funktionäre – droschen pausenlos die haarsträubendsten Phrasen über Kunst und Kultur, daß einem speiübel wurde; und sie reglementierten. Die braven Künstler gestalteten fromm was sie hörten, wohl kaum was sie sahen, und sie lebten wie die Maden im Speck. Zuletzt, nach der Wende natürlich, avancierten sie zu wahren Helden, zu Partisanen, zu Vorturnern. Die Nicht-braven, es gab nicht viele, zogen Straßen in die Versunkenheit, oft sehr schlimme.
Ich bin inzwischen 65 Jahre alt geworden, ich habe dieses Leben rückhaltlos und ohne je einer Partei, einer Ideologie, einem Marschblock, einer Gruppe zu folgen, meiner Schreib-, Zeichen- und Malarbeit geopfert, die ich für sehr notwendig halte und die ich nach eigenen Maßstäben ausrichte. Dabei geriet ich mit Staat und Parteien und anderen in Konflikte, in gefährliche wie ungefährliche, und auf schwierigen Weg.
Ich hasse die unendlichen Redereien über Kunst, das langweilige, unerfreuliche, für mich völlig uninteressante Theoretisieren. Da muss ich absagen, das kann ich nicht.

sinkender1996 geschah es, dass er sogar eine Auszeichnung, die er spontan angenommen hatte, nach einiger Überlegung doch wieder ablehnte. Auf Vorschlag des bekannten Polnisch-Übersetzers Henryk Bereska, der selbst aus Oberschlesien stammte, war ihm ein „Schlesier-Preis“ zuerkannt worden. Am Telefon überrascht, hatte er zugestimmt; dann siegten die Bedenken:

Ich bin für Preise wenig geeignet, doch völlig ungeeignet für einen „Schlesierpreis“, denn ich stamme aus Schlesien und alle meine Vorfahren; wie ließen alles in Schlesien, tiefe Verwurzlungen, Bindungen, Häuser und Güter. Dann habe ich Sehnsucht und Liebe nicht auf die hier noch (wie ich) herumstrudelnden Schlesier übertragen, sondern auf polnische Menschen, die mir längt unentbehrliche Freunde wurden; bei ihnen weiß ich „mein Schlesiertum“ gut aufgehoben.

ohne_fluegelNein, er war nicht verankert: nicht im Kulturbetrieb der Bundesrepublik, nicht beteiligt an politisch motivierten Gruppierungen. Unter dem Diktat des Sozialistischen Realismus war er ein Anhänger der verpönten Moderne gewesen. In der liberalen Umgebung des Westens bestand er auf den Qualitäten der Aussage und der Darstellung in der Kunst und nahm damit Positionen ein, die der konservativen Kulturkritik entsprachen. Unter Kommunisten war er Sozialist gewesen – „im Sinne des Prager Frühlings“. Unter den Sozialisten des Westens war  er dennoch nicht heimisch geworden. Er hätte, was seine Haltung zur Diktatur der DDR betraf, als ein verspäteter „Kalter Krieger“ gelten können. Aber das traf es nicht. Er war im Vergangenen verwurzelt, dem alten Preußen verbunden. Das Ressentiment der Landsmannschaften lehnte er dagegen ab. Im Gegensatz zu vielen Westdeutschen kannte er das Leben im östlichen Europa sehr gut.
kahlgefegteIn den nun etwa zwanzig Jahren nach seiner Übersiedlung von Ost nach West hatte er sich verändert. Neue Themen und Formen der Arbeit hatten sich entwickelt, und er hatte neben der Geschichte auch wiederum, wie bereits in seinen Anfängen, auch die Natur in den Blick genommen. Im Grunde aber blieb er, als Zeitgenosse wie auch als Künstler, der Haltung treu, die er in seinen Anfängen eingenommen hatte, in den 60er Jahren – gefördert von Marga Böhmer, anerkannt von den wenigen, die sich verdeckt und unter Schwierigkeiten für die Moderne in der DDR einsetzten, gefeiert in Warschau als ein Deutscher, der in seiner Arbeit für seine Nation, für das Grauen der Vergangenheit einstand. Diese Erfahrungen waren es, auf die er unter wechselnden Zeitumständen immer wieder zurückkam. Seine Treue war unverbrüchlich, oft auch mit einer Anstrengung des Willens verbunden.

Reblog: Das Weihnachtswunder von 1914

choinka-okopyInge da Silva (auf dem Facebook)

Weihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

***
Und noch passend dazu ein Weihnachtsgedicht von Erich Mühsam

Heilige Nacht

Geboren ward zu Bethlehem
ein Kindlein aus dem Stamme Sem.
Und ist es auch schon lange her,
seit’s in der Krippe lag,
so freun sich doch die Menschen sehr
bis auf den heutigen Tag.
Minister und Agrarier
Bourgeois und Proletarier,
es feiert jeder Arier
zu gleicher Zeit und überall
die Christgeburt im Rindviehstall.
(Das Volk allein, dem es geschah,
das feiert lieber Chanukka.)