Karol Frycz, ojciec polskiej scenografii

Rzadko pojawiający się na blogu piewca Ponidzia, tym razem o wielkim człowieku teatru, którego ukształtowało piękno ponidzkich krajobrazów

Tadeusz Rogala

Z Cieszków do Krakowa

„W piątek 23 marca 1877 roku o godzinie 5-tej po południu we dworze w Cieszkowach przyszedł  na świat pierworodny syn Heleny i Kaźmierza Fryczów. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Józef; pierwsze po pradziadkach Fryczu i Dąbskim, drugie po dziadkach Fryczu i Trzetrzewińskim. Chrzest chłopca odbył się 7 października 1877 roku, po raz pierwszy w rodzinie zgodnie z wyznaniem matki: w rzymsko-katolickim kościele parafialnym w Probołowicach, drewnianym, z barokowymi ołtarzami, wystawionym w 1759 roku na lekko wyniesionym wzgórzu przez Proboszcza księdza Jacka Kowalskiego” – pisze o Karolu Fryczu, późniejszym dyrektorze krakowskiego teatru im. Juliasza Słowackiego, Lidia Kuchtówna w książce Karol Frycz.

Rodzina Fryczów pochodziła z Niemiec, z Saksonii, pierwotne nazwisko to prawdopodobnie Fritsch lub Fritsche. Polska linia Fryczów osiadła w Polsce za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pradziad Karola, Karol Bogumił, urodził się w roku 1773 w Lublinie, został ochrzczony w kościele kalwińskim w Piaskach Luterskich. Karol Bogumił ożenił się z Marią Bandtke, córką lubelskiego kupca. Rodzina Bandtków była wyznania augsburskiego, pochodziła ze Śląska. W roku 1814  Karol Bogumił zakupił dobra Schöbekirche koło Piotrowic (obecnie w Czechach).

Dwór w Cieszkowach, gdzie urodził się Karol Frycz; zdjęcie z lat trzydziestych, z prawej strony niższa przybudówka z dużymi oknami to oranżeria, w której Karol Frycz jako dziecko tworzył swój teatr

Dobra ziemskie Cieszkowy z przysiółkami Krzyżem i Grabówką w powiecie skalbmierskim, województwie krakowskim Karol Bogumił Fritsch nabył 31 sierpnia 1821 roku od barona Karola Larischa. Fritschowie do Cieszków przenieśli się z majątku na Śląsku.

W XVIII wieku właścicielami Cieszków byli Żeleńscy, przodkowie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Poprzez koligacje rodzinne dobra te przeszły w ręce Karola Larischa.

Karol Bogumił Frycz (używano już spolszczonej wersji nazwiska) zmarł 16 maja 1838 roku w Cieszkowach, dziedzicem dóbr został syn Józef, urodzony na Śląsku. Józef brał udział w powstaniu listopadowym, był porucznikiem pułku piechoty liniowej. Wcześniej studiował na Uniwersytecie Jagielońskim, osiadł w Cieszkowach i miał opinię znakomitego rolnika. W roku 1835 Józef poślubił Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinkowskiego, w Księstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtuti Militari.
Z małżeństwa tego przyszło na świat dziewięcioro dzieci.

Grób Józefa Kalinkowskiego, dziadka Karola Frycza,
na cmentarzu w Probołowicach

W roku 1856 Józef Frycz rozbudował dwór w Cieszkowach według projektu architekta Stanisława Postawki z Gabułtowa, sąsiada i towarzysza z powstania. Wnętrza dworu udekorowano obrazami sławnych artystów – Józef znał się na sztuce. Dzieci dorosły, usamodzielniły się, a dobra Cieszkowy przypadły synowi Kaźmierzowi. W roku 1863 Kaźmierz bierze udział w Powstaniu Styczniowym. W roku 1875 zawiera związek małżeński z Heleną Trzetrzewińską.

„Kiedy panna Helena Trzetrzewińska – katoliczka, wchodziła do rodziny Kaźmierza, Fryczowie byli całkowicie spolonizowani, pomimo kalwińskiego wyznania męskiej lini rodu. Już nie wracali we wspomnieniach do niemieckiej tradycji. Ich korzenie wrosły mocno w szlacheckie gniazdo rodzinne w Cieszkowach na Ponidziu; w rozległy, pofałdowany krajobraz lessowy, i w modrzewiowy dwór stojący w cieniu potężnych lip. A w opowieściach rodzinnych przenoszonych przez pokolenia, kształtujących tożsamość narodową i głębokie przywiązanie do polskiej ziemi i polskiego narodu, kultywowano ofiarny udział przodków w kolejnych zrywach niepodległościowych” – psze Lidia Kuchtówna.

Resztki dawnej alei lipowej ze starymi drzewami, za aleją był ogród z jabłoniami, na których przesiadywał Karol Frycz jako dziecko

Mały Karolek dzieciństwo spędzał na wsi w Cieszkowach, wśród przyrody Ponidzia. A przyroda jest tu szczególnie piękna. Jak opisywał,  w tym czasie  czterdziestoletni Adolf Dygasiński, urodzony także w Niegosławicach na Ponidziu: „Nigdzie tak pięknie nie śpiewają słowiki ani skowronki, nigdzie bzy nie mają woni tak miłej, nigdzie róża rankiem nie przyozdabia świata cudowniej.” Karolkowi zostanie w pamięci piękny modrzewiowy dwór, za którym stał z tyłu zbór ariański, już wtedy przerobiony na lamus, stare aleje lipowe, pamiętające jeszcze innowierców w Cieszkowach – jak mówiono na braci arian – i sad jabłoniowy, rozciągający się na wschód od alej lipowych w dół do stawu rybnego. Z południowej strony sadu, na najwyższym wzniesieniu stał kopiec- kurhan z praczasów – a na nim rósł ponad dwustuletni wiąz. Zapewne pod nim bawił się mały Karlolek, a zimą zjeżdzał stąd na sankach, jak to robiły wiejskie dzieci. Sad słynął jeszcze potem, za czasów, gdy gospodarowali tu Bukowscy, ze smacznych śliwek, z których powidła były znane i doceniane w przedwojennej Polsce, w Krakowie. Sad przetrwał jeszcze do końca lat siedemdziesiątych, kiedy to władza ludowa wykarczowała stare drzewa i posadziła nowe. Teraz ten teren jest porośnięty dzikimi krzakami.

Poczwórna fornalka podczas bronowania na byłych polach majątku Fryczów, zdjęcie z roku 1943, brony pochodzą jeszcze zapewne z czasów gospodarowania Fryczów

Karol pierwsze nauki pobiera w rodzinnym dworze. Dla uzupełnienia nauki sprowadzono  nauczycielkę z Francji tzw. bonne supérieure. Bona tak opisywała wrażenia z polskiej wsi: „Zima była wyjątkowa, długa, poczwórne fornalki w końcu kwietnia borykały się, bronując, z zamarzniętą grudą, proboszcz parafii kwękał długo po przebytej hiszpance, a zawodowa stadnina harcowała po okólniku.  … Mając tu sto rozbieganych koni i stu służących, którzy jeżdżą konno nie spełniając żadnej poważnej pracy…”

Nauczycielka zapewne się z tymi końmi pomyliła. Nic nie wiadomo, aby w Cieszkowach hodowano tyle koni, natomiast w pobliskich Miławczycach w tym czasie Józef Trzebiński posiadał hodowlę koni wyścigowych, jedną z najlepszych w Królewstwie Polskim. W tych właśnie Miławczycach siedział kiedyś na dzierżawie Jan Chryzostom Pasek, a pierwsze dni dzieciństwa spędziła tu profesor Maria Dzielska. Można też przypuszczać, że gościńcem wsi Cieszkowy przejeżdżała latem starsza o dziesięć lat od Karola, Maria Skłodowska, jadąc ze pobliskich  Stawieszyc do  kancelarii notarialnej swego wuja Zdzisława Skłodowskiego do Skalbmierza. Maria Skłodowska spędzała na Ponidziu letnie wakacje.

Karol już jako siedmioletni chłopiec jeździł do Kielc i Krakowa. W wieku dzisięciu lat jest na przedstawieniu teatralnym w Starym Teatrze w Krakowie na sztuce „Rewizor petersburski” Gogola. Wygląd teatru z tego przedstawienia pozostał mu na długo w pamięci. Ogląda następne przedstawienia.

Dawny zbór ariański, z prawej stron widoczne stare lipy, o których wspominał Karol Frycz i fragment budynku szkoły, stojącej na miejscu, gdzie stał kiedyś dwór Fryczów

Po tych pierwszych przedstawieniach odrywa u siebie wielki pociąg do teatru. Po powrocie do domu  odtwarza role widziane w teatrze. Zamienia opustoszałą w lecie oranżerię na fikcyjny teatr, angażuje siostry i krewnych równolatków do gry w tym jego teatrze. Równocześnie ujawniają się zdolności rysunkowe Karola. W domu rodzinnym w Cieszkowach kultywowano tradycyjne patriotyczne i narodowe. „Wszystko, co zaznaczało się swoiście polskim charakterem, co miało jakieś cechy dodatnio wyróżniające nas orginalnością pośród rodziny narodów europejskich, a przede wszystkim słowiańskich, wszystko, co było znamieniem pewnej ciągłości narastających epokami formacji kulturowych czy obyczajowych, doznawało w domu troskliwej opieki. To była jakby kotwica wczepiona w ziemię ojczystą, zarówno w jej hojności, jak i w jej biedy.”

We wrześniu 1887 roku rodzice wysyłają Karolka do gimnazjum w Krakowie – nie chcą, by syn uczył się w Królewstwie Polskim w szkole rosyjskiej. Karolek okazał się się w tych początakach swojej edukacji niezbyt gorliwym uczniem. Klasę III, IV i V przerabia ucząc się w domu w Cieszkowach.

W tym okresie, podróżując z matką, zwiedza prawie całą zachodnią Europę, poznaje języki, do których miał wrodzone predyspozycje. Już w młodości władał niemieckim, włoskim, francuskim i angielskim.

Do Krakowa przyjeżdża tylko dwa razy w roku na egzaminy. W roku 1896 otrzymuje świadectwo ukończenia V klasy. Dalszą edukacje rozpoczął w gimnazjum w Bochni. W maju 1896 roku zdaje egzamin dojrzałości. Zawsze wspominał Cieszkowy, gdzie spędził dzieciństwo, czuł się Polakiem i Europejczykiem. Z maturalnym świadectwem powrócił do Cieszków. W rodzinie zastanawiano się nad dalszą jego edukacją – nie zdradzał bowiem szczególnego zainteresowania do żadnego przedmiotu. Było jednak wiadomo, że chętnie rysował.

W październiku 1896 roku rozpoczął studia na politechnice w Monachium na wydziale architektury. W czasie studiów młody student architektury doszedł do przekonania, że nie interesuje go architektura, lecz historia sztuki. W roku 1898 został wyrzucony ze studiów i powrócił do rodziców. Już zdecydował, że chce podjąć studia w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie.

Nie spełniła się nadzieja ojca Kaźmierza, że jedynak przejmie majątek rodzinny. Karol nie wykazywał żadnego zainteresowania rolnictwem. Rodzice nie sprzeciwiali się wyborowi studiów malarskich. W tej sytuacji Kazimierz Frycz około roku 1898 sprzedał Cieszkowy swojemu siostrzeńcowi, Felicjanowi Mieroszewskiemu i przeniósł się z rodziną do Lublina. I tak kończy się przygoda rodu Fryczów z Cieszkowami na Ponidziu.

Karol Frycz do końca życia będzie z nostalgią wspominał Cieszkowy. „Mając dwadzieścia lat – pisał w jednym z listów – opuściłem pewnego dnia stary, modrzewiowy duży dwór, w którym od dziecka mieszkałem, w którym urodził się mój ojciec, dziad i pradziad, w którym nagromadziły się graty i pamiątki, jak wspomnienia, od piwnic do strychu. Moim  ‘sadem wiśniowym’ były trzechsetletnie lipy, ocieniające stary zbór ariański w głębi parku, pielęgnowany przez moją rodzinę.”

Do Krakowa wyjechał już z Lublina. Zaczął studia w  matejkowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Po śmierci Jana Matejki uczelnią zarządzał wybitny akwarelista – Julian Fałat. Karol studiował pod kierunkiem Alfreda Rollera, który później został scenografen Opery Wiedeńskiej.

Frycz od samego początku wyróżniał się wśród krakowskich studentów malarstwa. Jego profesorami byli m. in. Leon Wyczułkowski i pejzażysta Jan Stanisławski. Karol interesuje się życiem kulturalnym i naukowym w mieście, które gromadziło wówczas znakomite  nazwiska i świetne talenty.  Nadal utrzymuje żywe kontakty rodzinne, szczególnie z Żeleńskimi, z Stanisławem Gabrielem, Edwardem i Tadeuszem. Równolegle do studiów malarskich  w roku 1902 Frycz zapisuje się na Wydział Filozoficzny Uniwerytetu Jagielońskiego, na kurs historii sztuki.  Spotyka się wtedy m. in. z Wyspiańskim i z Jackiem Malczewskim.

Karol Frycz nie kontynuuje jednak studiów na Akademii, lecz zapisuje się do rządowej Szkoły Przemysłu Artystycznego w Wiedniu, gdzie kształci się w kierunku dekoracyjno-przemysłowym. W czerwcu 1903 Frycz roku zalicza w Kunstgewerbeschule rok szkolny 1902/1903 i powraca do Krakowa. Współpracuje z pismem satyrycznym Liberum Veto, a jesienią pojawia się a Akademii na prawach wolnego słuchacza. Wiosnę 1904 roku Karol Frycz spędza w Anglii, dokąd wybrał się w podróż studyjną. Ten wyjazd zamyka lata jego studiów.

W kwietniu 1904 roku Frycz osiada w Krakowie. Jest tu już znany. Kontynuuje współpracę z Liberum Veto, interesuje się teatrem, uczestniczy w życiu kulturalnym Krakowa. Pokrewieństwo z rodziną  Żeleńskich ułatwiało mu wstęp do najlepszych krakowskich salonów. Intelektualiści Młodej Polski spędzają wiele czasu razem – w salonach, kawiarniach, za kulisami teatru. W cukierni Michalika spotykają się malarze, dziennikarze i poeci. Tu, przy wspólnym stoliku powstała myśl powołania kabaretu artystów, wzrorem podobnych przedsięwzieć w Europie Zachodniej. Tak powstał Zielony  Balonik. Od początku działał pod zarządem komitetu w składzie: Edward Żeleński, brat Boya, Nosakowski, Boy, Frycz, Trzciński i Sierosławski. Pierwszy wieczór kabaretowy odbył się 7 października 1905 roku.

Karol Frycz odwiedza często Stanisława Wyspiańskiego, kiedy ten jest już ciężko chory.  Gdy Frycz wyjedzie z Krakowa na pogrzeb stryja, po powrocie nie spotka już przyjaciela – Wyspiański już nie żył.  Fryczowi powierzoną oprawę plastyczną pogrzebu artysty.

W wieku trzydziestu lat Frycz jest już wziętym malarzem, cenionym grafikiem, uznanym dekoratorem teatralnym i wybitną postacią krakowskiego życia kulturalnego. W roku 1906 Ludwig Solski, dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego, daje mu szansę zadebiutowania w prawdziwym teatrze. Frycz przygotowuje scenografię do sztuki Peleas i Melissanda Maeterlincka. W latach 1907-1912 Karol Frycz działa w Krakowie z dużym zaangażowaniem i intensywnością, uprawia plakat, karykaturę grafikę, ilustracje książkowe, malarstwo sztalugowe. Włącza się w ruch Wielkiej Reformy Teatru, proponując tworzenie nowej oprawy plastycznej dla każdego przedstawienia i odejście od konwencjonalnych rozwiązań.

W roku 1912 Frycz przenosi się do Warszawy do otwieranego przez Arnolda Szyfmana Teatru Polskiego, gdzie zostanie zatrudniony jako scenograf.

Okres pierwszej wojny światowej Frycz spędził w Sandomierzu, gdzie w katedrze Narodzenia Najświętszej Maryi Panny odrestaurował średniwieczne freski.

Odzyskanie przez Polskię niepodległości przyniosło artyście nowe wyzwania. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w 1919 roku misję dyplomatyczną, której celem było nawiązanie kontaktów z admirałem Aleksandrem Kołczakiem, jednym z dowódców Białych i przeciwnikiem bolszewików, który kontrolował znaczne obszary Syberii. Delegacja wyjechała statkiem z Francji przez Kanał Sueski i dalej przez Ocean Indyjski do Chin. Misja nie powiodła się. W Chinach delegaci dowiedzieli się, że bolszewicy rozbili wojska Kołczaka, a jego samego rozstrzelali. Zadaniem Frycza w Azji była także promocja nowopowstałego kraju, poprzez upowszechnianie jego kultury. Frycz jeździł po Chinach i Japonii dając wykłady i spotykając się z politykami i prasą. Już przed wyjazdem Frycz nawiązał kontakty z gazetami, dla których pisał także reportaże z podróży. Powrócił do kraju po dwóch latach, a do końca życia przyrosło do niego przezwisko „Chińczyk”.

W latach 1921-31 działał w warszawskim Teatrze Polskim, realizując ponad 70 projektów.  W roku 1933 Frycz został  ściągnięty przez Juliusza Osterwę z powrotem do Krakowa, do Teatru im. Juliusza Słowackiego. A za dwa lata sam objął stanowisko dyrektora teatru, był też profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W roku 1939, po wkroczeniu wojsk niemieckich, zamknięto Akademię Sztuk Pięknych, a teatr Slowackiego zamieniono na scenę impresaryjną dla zespołów III Rzeszy. Frycz spędził wojnę, pracując w bibliotece.

Po wojnie został pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego. Dyrekcja stała przed trudnym wyzwaniem, pracownie i magazyny zostały rozgrabione, także aktorów pozostało niewielu. Fundusze na działalność były niewielkie. Przy teatrze powstało Studio Aktorskie, które stało się zaczątkiem późniejszej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po przejęciu dyrektorstwa teatru przez Osterwę Frycz był dziekanem wydziału scenografii krakowskiej ASP. Wśród jego uczniów znaleźli się Tadeusz Kantor, Andrzej Stopka, Józef Szajna. Frycz kładł nacisk na logikę myślenia, konsekwencję, wyczucie materii teatru. Jego wychowankowie określani są jako przedstawiciele krakowskiej szkoły scenografii.

Pod koniec życia Frycz ciężko chorował. Zmarł w piątek 30 sierpnia 1963 roku w wieku 86 lat. Pochowano go na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie, sam wybrał sobie to miejsce pochówku dwa lata przed śmiercią. Spoczął w pobliżu Osterwy, Rostworowskiego, Tadeusza Białkowskiego, Mariana Niżyńskiego. W pogrzebie uczestniczył duszpasterz środowisk twórczych – biskup Karol Wojtyła, także m.in. wiceminister Kultury i Sztuki Zygmunt Garstecki, Balicki, Szyfman, Władysław Daszewski, Andrzej Stopka.

***

Przy pisaniu autor korzystał z książki Lidii Kuchtówny Karol Frycz. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Tadeusz Rogali.

Barataria w teatrze

Ewa Maria Slaska

Barataria nazywa się w teatrze po prostu Eiland – wyspa czy może Ostrów, bo Eiland to takie trochę archaiczne słowo, które chyba zresztą lepiej oddaje sens i intencje Cervantesa, który wprawdzie uczynił z wyspy przynętę, co to skusi Sancho Pansę, namówi do opuszczenia domu, żony i dzieci, by udać się na wędrówkę błędnych rycerzy, ale najpierw tej wyspy wcale nie wspomniał w swej opowieści, a gdy już wreszcie, w drugim tomie, który powstał wszak w dziesięć lat po pierwszym, wyspa się pojawiła, wcale nie była wyspą na morzach i oceanach, a przynajmniej rzekach lub jeziorach – nie, Barataria była wyspą na lądzie, ostrowem więc, który po polsku z rzadka jest prawdziwą wyspą i najczęściej oznacza miejscowość jak najbardziej lądową.

Ale ja tu wchodzę od razu głęboko w materię nierzecznej i nierzeczywistej rzeczy, jaką jest wyspa, a trzeba zacząć jednak od teatru. 12 października 2019 roku odbyła się w Teatrze Niemieckim (Deutsches Theater) w Berlinie premiera teatralnej wersji Don Kichota, w wersji stworzonej przez Jakoba Nolte na podstawie nowego tłumaczenia powieści z roku 2008, dokonanego przez Susanne Lange. Jest to też nowa wersja teatralna, jej premiera miała miejsce w czerwcu tego roku podczas  festiwalu teatralnego w Bregencji (Bregenze Festspielen), gdzie, jeśli dobrze pamiętam – wszystko odbywa się tak czy owak na wyspie.

Reżyseria Jan Bosse
Scenografia
Stéphane Laimé
Kostiumy
Kathrin Plath
Muzyka
Arno Kraehahn
Dramaturgia
David Heiligers

Po lewej: Ulrich Matthes jako Don Kichot
poniżej Wolfram Koch czyli 
Sancho Pansa

Nolte stworzył sztukę nowoczesną, ba – postmodernistyczną, a naszpikował ją cytatami, w czym zresztą dzielnie mu sekunduje reżyser (zresztą oczywiście mogło być na odwrót). Nawiązanie do słynnego autoportretu van Gogha z obciętym uchem, to tylko drobna próbka możliwości pary Jana Bosse i Jakoba Nolte. Już samo ucho oczywiście prowadzi nas dalej, głębiej, do Nowego Testamentu i ucha, które Piotr odciął żołdakowi na Golgocie, a Jezus mocą cudowną przymocował mu je z powrotem. Oczywiście w międzyczasie było jeszcze ucho Nietzschego, właściwy organ poznawania literatury, którym wcale nie jest oko – a to też nie jest bez znaczenia.

Jedynym elementem scenografii jest ogromny wóz w stylu Matki Courage Brechta, ale znowu – może to nie tak, może i Brecht, i Nolte cytują tu Tespisa i jego wózek. Tespisowy wóz czyli wędrowny teatr, który niczego nie potrzebuje oprócz człowieka, dwóch trzech symbolicznych rekwizytów i słowa. Słowa, słowa, słowa. Hamlet, a może Ewangelia wg św. Jana.

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.

Innym podstmodernistycznym cytatem jest na pewno ministerstwo śmiesznych kroków Monty Pythona. Ale może i tu jest właśnie na odwrót, bo przecież wiemy, że Monty Python jest współczesnym Don Kichotem (nawet bez produkowanego przez 20 lat filmu Człowiek, który zabił Don Kichota).

To jest w tej sztuce dobre, ciekawe, interesujące, zaskakujące, śmieszne, ale mimo to nie wystarczy – prasa niemiecka pieje zachwyty nad tym wystawieniem, które zredukowało wielką siedemnastowieczną powieść do dialogów w stylu Becketta. Don Kichot i Sancho Pansa przez dwa akty tylko rozmawiają i niestety klawiatura aż się prosi, żeby napisać w tym miejscu: gadają. Gadają. I to nie jest Słowo tylko słownik. Słownik Don Kichota, donkichotyzmu, idealizmu. Dyskusja prgmatyzmu z szaleństwem, w której przedstawiciel “normalnych ludzi” wciąż krytykuje swojego pana. Ale to nieprawda. Gdy dwóch ludzi, dwa systemy światopoglądowe obcują ze sobą przez długi czas, zaczynają nabierać cech tego drugiego. W pewnym momencie Don Kichot mówi do Sancho Pansy: Im bardziej ja poważnieję, tym bardziej ty stajesz się szalony. I tak jest, gdy w drugim akcie Don Kichot umiera, umiera stary zwykły człowiek, a Sancho Pansa płacze rzewnymi łzami i nie zdziwilibyśmy się, gdyby, jak to ma miejsce w filmie Człowiek, który zabił Don Kichota, po śmierci swego pana, to jego prosty nieuczony giermek ruszy w świat, walczyć z wiatrakami o dobre imię księżniczki…

Dlatego pod koniec zdejmie z siebie paskudny kostium ze sztucznym brzuszydłem w opiętych elastycznych dżinsach. Nota bene – identyczny brzuch /a może ten sam ;-)/ ma przez chwilę Kleopatra w Berlinie w Operze Komicznej Barry Koskiego. Ale to już zupełnie inna historia, choć przy okazji powiem – idźcie, naprawdę warto! Tu więcej: Perły Kleopatry.

Drugi akt Don Kichota, krótki, spokojny, pozbawiony większości wydziwiań i udziwnień, które przesiąknęły akt pierwszy, akt, w którym umiera Rycerz Smętnego Oblicza, wynagradza smętną nudę gadulstwa dla gadulstwa – jest piękny i wzruszający.

Idźcie do teatru, jak przetrwacie gadaninę I aktu, poczujecie Wielki Majestat Śmierci. I dla tego momentu naprawdę warto pójść.

Teatr Gdańska w Berlinie

I uwaga – nie jest to teatr z Gdańska, a tak mi cały czas sugeruje wujaszek Google. Wręcz przeciwnie, przybywa z niemieckiego “Zachodu”, z Oberhausen, gdzie na rynku (Altmarkt 3) znajduje się restauracja Gdańska, która wykazuje sią niezwykłymi inicjatywami polonijnymi. Pamiętam organizowane w Oberhausen noce poezji, a jestem pewna, że to restauracja patronowała odjechanej imprezie gitarowej – najwięcej na świecie gitarzystów, którzy razem grali Hej Jude (o ile pamiętam, rzecz  się udała i Polacy z Oberhausen weszli do księgi Guinessa).  Nigdy nie byłam Oberhausen, znam natomiast aktywnie udzielającego się tam Polaka – Leonarda Paszka i być może się mylę, ale wydaje mi się, że to on jest tym zaczynem i zarzewiem…

Tak się Restauracja Gdańska reklamuje w internecie.

Na zdjęciu wygląda dobrze. Pogoda jest dobra, przyjemny wieczór, wszystkie stoliki zajęte, właściciel szuka ludzi do pracy. Może oni tam mają lepsze powietrze w Oberhausen niż my tu w Berlinie. Pierogarnia zlikwidowana, Filafood zlikwidowany, Stary Kraków dawno zamknął podwoje…

Przy restauracji działa hotelik, a gdzie my w Berlinie mamy polski hotelik? No ale my mamy blisko do Polski, a z Oberhausen, które leży w zagłębiu Rury, do granicy z Polską jest 600 kilometrów. Może jak jest daleko, to trzeba się bardziej starać.

Mają polski teatr (my mamy trzy, to prawda) i z polską komedią obyczajową z lat 90 przyjeżdżają dziś do Berlina. Twierdzą, że jest nadal jak najbardziej na czasie. Piszą o sobie bez fałszywej skromności, że czeka nas “wspaniała zabawa, ubaw po pachy, ale również refleksja nad polską zaściankowością”. Grają po polsku.

A nieoceniony Leonard Paszek również gra. Czego ten człowiek już nie robił? To ten owinięty w kołdrę na łóżku…

Czy ktoś chciał się ze mną ostatnio spotkać i okazało się, że nie mam czasu lub nie możemy znaleźć pasującego terminu – to spotkajmy się w teatrze, mam nadzieję, że będę miała czas 🙂

Frauenblick: Unrast

Zu unserer Ansage schreibt jetzt

Monika Wrzosek-Müller

Eine rastlos theatralisch-musikalische Reise nach Motiven von Olga Tokarczuks >Unrast<

Für uns, aufgewachsen in der Tradition von Grotowski, Kantor oder später Szajna, ist das Experimental/Avantgarde-Theater eine Selbstverständlichkeit. Das Spiel mit dem Körper, weg von der Sprache, vom Text, nah an Bild, Musik, Bewegung, das alles habe ich als Gymnasiastin im Polen der 70er Jahre erlebt. Arbeit mit Schatten, mit Pantomime, Gesang, direkte Interaktion Schauspieler-Zuschauer während des Stücks war nichts Neues für mich. Ich kann mich an eine Aufführung von Jozef Szajna im Theater Studio in Warschau im Kulturpalast erinnern, in der die Schauspieler mit Schüsseln voll Wasser zu den Zuschauern gingen und sagten: „wascht eure Hände“, und jemand antwortete ganz laut und unvorhersehbar: „Wasch dir selbst die Hände, ich habe für den Theaterbesuch gebadet“…

Ende der 70er Jahre habe ich an einem Ausbildungsworkshops von Grotowski teilgenommen. Ich wog mich wie Ähren auf einem imaginären Kornfeld im Wind oder verrenkte mich wie eine Wolken am stürmischen Himmel. Schwieriger waren komplizierte Nachahmungen aller möglichen Kriechtiere, den Unterschied zwischen einer Eidechse und einer Schlange körperlich herauszuarbeiten… und zu lernen versuchen, wie man auf der Stelle verharrend mit viel Anstrengung Distanzen bewältigt, die in Metermaßen 0 betrugen, doch von Weitem als sehr effektvolles sich Vorwärtsbewegen aussahen. Wenn ich jetzt auf meine Biographie zurückschaue, war die Beschäftigung mit meinem Körper immer für mich wichtig, ich brauchte es, um weiterleben zu können. Deshalb meine Ausbildung zur Yogalehrerin und meine jahrelange Yogapraxis.

Umso mehr erstaunt mich, dass in Berlin meistens ganz traditionell im Sinne eines Sprechtheaters inszeniert wurde und die Spektakel von Bob Wilson sich so großer Popularität und so riesigen Interesses erfreuten, weil sie etwas Anderes, Neues waren. Zwar existierte seit 1984 in Berlin eine von Teresa Nawrot, einer Assistentin von Grotowski, gegründete Theaterschule, die nach ihm Schauspieler (mit Körper-, Stimmarbeit, Rhythmus und Text) ausbildet, doch bei den hiesigen Theaterinszenierungen traf man solche Choreographien und Inszenierungen sehr selten.

Warum ich soweit aushole: Es war für mich ein Vergnügen, die letzte Aufführung von „Unrast“ von Elzbieta Bednarska in der Spandauer Zitadelle zu sehen. Die Fülle der Bilder, die physische Präsenz der Schauspieler, der Ort der Aufführung, alles sprach mit der starken, emotionalen und deutlichen Sprache des polnischen Avantgardetheaters. So viel Kraft und Vision kann man kaum in einem normalen Zuschauerraum erzeugen, auch wenn das Thema Reisen, Flüchten, sich von Ort zu Ort Bewegen sehr aktuell in unserer so bewegten Zeit ist. Wir wurden auf die Reise mitgenommen und konnten Textpassagen, Bilder und Musik wirklich miterleben; auch wenn das Wetter den Schauspielern übel mitspielte (es stürmte und regnete stark), so waren die Bilder umso suggestiver und expressiver. Auch die Auswahl aus den Texten der heute in Deutschland vielleicht bekanntesten zeitgenössischen polnischen Schriftstellerin kam uns entgegen; in verschiedenen Sprachen, Kulturen, das sich Bewegen als Ziel, nie erreicht und immer vor neue Fragen oder auch Herausforderungen stellend. Das Ziel ist auch andere Menschen zu treffen, sie mitzunehmen, sich auszutauschen, aber auch sich zu verlieren, das Alte aufzugeben, zu flüchten oder letztendlich zu pilgern. Doch deutlich zeigte sich: So wichtig auf der einen Seite die Reise, das Sich-Bewegen, für den modernen Menschen ist, ihn fast formt, so deutlich kommt auf der anderen Seite die Suche nach Verwurzelung und nach Identität zum Vorschein.

Die Schriftstellerin selbst dazu: „Die Reise ist wohl die größtmögliche Annäherung an das, was unsere moderne Welt zu sein scheint: Bewegung und Instabilität. Jede Epoche sieht sich versucht, den Zustand des zeitgenössischen Menschen mit irgendeinem schlauen Wort zu beschreiben. Mir scheint, dass für unsere Zeit Unrast ein solches Wort sein könnte“.

Wunderbar waren auch die Musik von Chopin und die Geschichte der „Reise“ seines Herzens, das seine Schwester Ludowika, in französischen Cognac getaucht, nach Warschau transportierte und dort in der Heiligkreuzkirche beisetzen ließ. An der Tafel in der Kirche steht bis heute der biblischer Satz „Denn wo euer Schatz ist, da ist auch euer Herz“. Für Tokarczuk war eben Chopin einer der Reisenden, aber auch eine Identifikationsfigur, bessere kann man nicht finden, oder doch wie bei den Szenen, die an eine katholisch-orthodoxe Messe erinnern…

Auf jeden Fall sah ich in den Gesichtern der Zuschauer um mich herum tiefe Gefühle, reges Interesse; die Schauspieler, Musiker und die Regisseurin wurden mit Ovationen verabschiedet. Schade, dass es nur drei Vorstellungen dieses gelungenen Spektakels gab.

“Unrast” Tokarczuk in Zitadelle Spandau

Seit ein paar Jahren gehen Monika Wrzosek-Müller und ich immer zu neuen Aufführungen von Elżbieta Bednarska. Ihr Theater ist eine skurille Mischung des Textes, der Choreografie und Akrobatik sowie ungewöhnlicher Raumnutzung. Sie arbeitet immer an den Grundlagen der Bücher der polnischen Autoren mittlerer Generation. Nach Innana in den Katakomben von Olga Tokarczuk und Hebronmauer von Andrzej Stasiuk, nahm Bednarska diesmal wieder ein Buch von Olga Tokarczuk an: Unrast (Bieguni).

See you in Zitadelle Spandau. Wir können (voraus)sagen – geht hin! Es lohnt sich.

Nach dem klicken an das Bild kann man sich eine pdf-Datei des Flyers speichern und alles in Ruhe lesen.

Spätere Notiz. Monika: Hervorragenes Theater!


Bei der Gelegenheit noch ein anderer kultureller Ratschlag für morgen für Polen und Polensfreunde in Berlin – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – Großes Orchester der Weihnachtshilfe 2019 in Werkstatt der Kulturen in Neukölln, Wissmannstr. 32. Ab 12:00 bis 23:59 Uhr.

Spätere Notiz. Ewa: Es war so angenehm, und dann diese Nachricht, dass unser Danziger Stadtpräsident, Paweł Adamowicz, während der Veranstaltung in einer recht-radickallen Attacke schwer verletzt wurde! Shame!

Karl Marx zum 200. Geburtstag

Christine Ziegler

“Frau Kapital trifft Dr. Marx”
vom Weber-Herzog-Musiktheater

Es war der Donnerstag vor genau einem Monat, 5.4.18 um 20 Uhr im RegenbogenKino.

Ein schwarzer Vorhang vor der Kinoleinwand, ein altes Klavier, ein Sofa und ein Lehnstuhl, viel mehr brauchen sie nicht, die Leute vom Weber-Herzog-Musiktheater, um die Thesen von Karl Marx aus dem ersten Band des Kapital in 100 Minuten auf die Bühne zu bringen. Wichtiger war ihre Geduld in unzähligen Diskussionen, die wichtigen Worte und Sätze herauszuschälen, auf die es ihnen ankommt. Hinwenden, herwenden, alles im Licht der Ereignisse der seitdem vergangenen Jahre betrachten, das hat das Distillat dann hervorgebracht.

Ein studierter Marx mit Hang zum Dozieren trifft auf eine feine, etwas exhaltierte Dame mit Lust am Rausch der Macht. Wer besucht hier wen auf wessen Geburtstagsparty?

Ausbeutung, Mehrwert, Öl als Droge und die Betrachtung, wie eigentlich alles anfing mit der Akkumulation, wir können mit Frau Kapital gemeinsam auf Reisen gehen und die Rolle des Kapitalismus als ökonomische Entwicklungsstufe wiedererkennen.

Wie wir das alles wieder loswerden können, das skizzieren sie notwendigerweise nur, denn die Aufgabe, die da vor uns liegt, ist natürlich ans Publikum zurückgegeben.

Wenn wir aber unsere Gesundheit und das Leben auf dem Planeten bewahren wollen, dann muss sich grundlegend was ändern.

Das würde ohne die tolle Musik dann doch an der einen oder anderen Stelle wie ein Seminar daherkommen. Nachdenken ist halt auch anstrengend. Mit Lust an der Zuspitzung und mit ganz verschiedenen Stilmitteln unterstützt die Musik den Erkenntnisprozess mit einem Couplet aus den zwanziger Jahren ebenso wie mit einem Choral.
Und immer wieder schaut auch Kurt Weil erfreut um die Ecke.

So kommen alle auf ihre Kosten, ganz sicher die, die sich ihren Marx selber erarbeitet haben, aber auch die, die keinen einzigen Kapitalkurs durchstehen wollten.

Es wirken mit:
Raiko Hannemann, Christof Herzog, Martin Orth und Christa Weber.

Produktionsleitung / Regieassistenz: Dennis Kupfer

Nochmal Gelegenheit, das selber zu sehen:
Di., 15.5.18 um 20 Uhr, wieder im RegenbogenKino
Lausitzer Straße 22
10999 Berlin

8 kwietnia: Mury kontra Pożądanie

Auf Deutsch auf rot…

Kwiecień 2018 jest paranoidalnym wręcz miesiącem, jeśli chodzi o polskie ewenty. Skrzynka mailowa pęka od zaproszeń na wystawy, debaty imprezy, tańce, koncerty, polskie gotowanie po persku, polską ręczną domową produkcję kosmetyków, polskie wykłady o pielęgnacji metodą ayurvedy…

Na zrzucie ekranu umieszczonym obok widać, wcale nie wszystkie!, polskie berlińskie imprezy kwietniowe.

Czasem myślę, że Polacy w Berlinie robią więcej niż tej samej wielkości społeczności w Polsce. Jest nas w Berlinie podobno około 130 tysięcy, do końca nikt tego nie wie tak na pewno, bo zależy to między innymi od metod liczenia i przyjętych kryteriów, ale pomińmy ten szczegół. Sto tysięcy. Załóżmy, że jest nas sto tysięcy.

Zaglądam do internetu. W Polsce są 23 miasta, które mają ponad sto tysięcy mieszkańców. Chyba niewiele, ale w ogóle (czytam) jest w Polsce mniej niż tysiąc miast, a dominują małe miasta, o populacji nie przekraczającej dziesięciu tysięcy mieszkańców – takich miast jest aktualnie 514. Miast o populacji równej wielkością Polonii w Berlinie jest 23.  Legnica, Kalisz, Koszalin, Chorzów, Tarnów, Włocławek, Wałbrzych, Zielona Góra, Opole… Opole 120 tysięcy… Stop.

Spójrzmy na Opole, bo to mniej więcej podobne wielkości. Oferta na kwiecień 2018 – festiwal teatralny (wiele różnych terminów), koncert, kabaret, spotkanie poetyckie, bajki dla dzieci, wernisaż i finisaż. Owszem dużo. Dużo i ciekawie. Ale praktycznie nie przekracza to tego, co oferuje Berlin. A w Opolu kulturą zajmują się przecież odpowiednie instytucje, wydział kultury, miejski i wojewódzki, wojewódzki dom kultury, biblioteka publiczna… Tymczasem w Berlinie albo robimy takie rzeczy zupełnie sami, wydzierając fundacjom i instytucjom pieniądze na projekty, albo założyliśmy sami nasze własne instytucje kultury, albo w trakcie długich podchodów przekonaliśmy jakieś instytucje niemieckie, żeby się nami zajęły.

Z oferty na najbliższy weekend w Berlinie wybieram, jak u Szaniawskiego – dwa teatry.

Polska grupa teatralna w Berlinie, Teatr w Afekcie, wystawia komedię Jacka Getnera, pt. Pożądanie (oryginał: Pożądanie w cieniu pokrywki).
Zapraszamy w niedzielę, 8.04 o godzinie 19:00 do klubu kulturalnego Mastul na Weddingu, przy ulicy Liebenwalder Str. 33, 13347 Berlin. (Das polnische Theater aus Berlin präsentiert das Theaterstück Begierde, auf Polnisch zwar aber mit deutschen Untertiteln, oder sind es Übertiteln, egal, Hauptsache – polnisches Theater in Berlin auch auf Deutsch mit einem Lustspiel).

Twórczynie piszą o swoim teatrze i o spektaklu:

Berliński polonijny Teatr w Afekcie czwarty już raz zaprasza na spektakl komediowy Jacka Getnera “Pożądanie”. Jest to komedia traktująca o sile i jakości marzeń przeciętnego konsumenta. Okazuje się, że pod wpływem, na co dzień skrzętnie skrywanych pragnień, nawet sentymentalna wizyta w teatrze przeistoczyć może się w wojnę.

Występują: Jeremi Kozłowski, Agnieszka Winter i Katarzyna Willmann.
Spektakl grany jest po polsku z niemieckimi napisami.

Bilety w cenie 6 euro będzie można kupić na miejscu bezpośrednio przed spektaklem. Nie ma możliwości rezerwacji miejsc.

Terminy: 08.04. i 21.04.2018, godzina 19:00.

 

I jeszcze tekst Agnieszki Winter:

Oryginalny tytuł spektaklu to: „ Pożądanie w cieniu pokrywki“ i to wcale nie jest bez znaczenia. Wprawdzie już po Wielkanocy i gorączka gotowania minęła, jednak garnki przydają się cały rok, nie tylko od święta. A co robi się od święta? Od święta to można zrobić wyjątek we własnych postanowieniach np. dietetycznych (pozwalając sobie na dodatkowy kawałek tortu czekoladowego) czy moralnych (pozwalając sobie na jeszcze jeden kieliszek wódki). Można również od święta się do czegoś przemóc i np. być miłym dla nieprzyjaciela lub odstąpić od codziennej zgryźliwości albo tak jak ja, coś napisać. Jednak klasykiem odświętnym jest elegancka kreacja i … wyjście do teatru.

Kto ciekaw jest poznać prawdę o kobietach, ich najskrytszych marzeniach, pragnieniach i słabościach, niech zawita i obejrzy naszą sztukę.

Kultura czy figura? Ile warta jest sztuka? Na co skorzy jesteśmy wydać nasze z trudem ciułane pieniądze? Jak ma się wartość warzyw ze straganu do wartości biletu na spektakl?

Na te, i wiele innych pytań odpowiemy już w niedzielę na scenie klubu kulturalnego Mastul na Weddingu.

Zapraszamy na kilkadziesiąt minut dobrej zabawy i głębszej refleksji.

Foto: Marek Wiśniewski


06. – 08.04.18

Theaterperformance „Die Mauern von Hebron“ mit Texten von Andrzej Stasiuk

Der legendäre Debütroman „Die Mauern von Hebron“ (Mury Hebronu, 1992) von Andrzej Stasiuk wird erstmals auch in Berlin aufgeführt. Die Inszenierung von Elżbieta Bednarska ist an drei Terminen im April 2018 im ehemaligen Frauengefängnis Berlin-Lichterfelde zu sehen.
In dem Roman „Die Mauern von Hebron“ erzählt Andrzej Stasiuk über seine Erfahrungen im Gefängnis, wo er seine 1,5-jährige Militärstrafe wegen Desertion verbüßte. Ungeschönt und hemmungslos schildert er die dort herrschende Brutalität, Gewalt und Kälte. Stasiuk gerät dabei in eine Auseinandersetzung mit seinem eigenen menschlichen Dasein, die er mit seiner abstrakten und metaphysischen Sprache eindrucksvoll beschreibt. Mit dem Roman legte der Autor das Fundament für sein gesamtes weiteres Schaffen.
Elżbieta Bednarska inszeniert in ihrer Romanadaption die einzelnen schmerzhaften Stationen eines Gefangenen, dessen Existenz auf ein Minimum an Raum und Zeit beschränkt ist. Diese entmenschlichenden Bedingungen werfen die Frage nach der Menschlichkeit und nach der Würde des Insassen auf.

Premiere: 06.04.2018 um 20 Uhr
Weitere Vorstellungen: 07.04.2018 und 08.04.2018 jeweils um 20 Uhr
Ort: SOEHT.7: Ehemaliges Frauengefängnis, Söhtstr. 7 12203 Berlin-Lichterfelde

Weitere Informationen zum Stück sowie zur Kartenvorbestellung finden Sie hier.
05.04.2018 – http://oder-partnerschaft.eu/veranstaltungen/2018/10828

Jutro! Berlin po polsku!

Jutro jutro jutro jutro… Idźcie koniecznie! Ja też będę!

Katarzyna Willmann

Teatr W Afekcie

Jesteśmy polską grupą teatralną działającą w Berlinie już od kilku lat. Pierwszy nasz spektakl pod tytułem „Jestem prawdziwa“ powstał w 2011 roku i grałyśmy go, ze sporym powodzeniem, kilkakrotnie. Po przerwie wznowiłyśmy działalność. Od grudnia 2015 do kwietnia 2016 roku zorganizowałyśmy cykl trzech koncertów poświęconych twórczości Jeremiego Przybory. Pierwszy z nich odbył się w setną rocznicę urodzin artysty.
W październiku natomiast miejsce miała premiera naszego najnowszego spektaklu pod wdzięcznym tytułem „Szuja“.

W planach na ten rok mamy, oprócz dalszego grania najnowszego spektaklu, zorganizowanie koncertu z piosenkami napisanymi przez niedawno zmarłego Wojciecha Młynarskiego oraz równoległą pracę (już rozpoczętą) nad dwoma kolejnymi spektaklami. Rozważamy też tłumaczenie naszych sztuk na język niemiecki i granie z napisami.

Marzymy o tym, by Teatr W Afekcie stał się stałym elementem krajobrazu kulturowego polskiego Berlina.

„Szuja“

Podczas ceremonii pogrzebowej spotykają się trzy obce sobie kobiety. Dzieli je wszystko. Przynajmniej do momentu, w którym wspólnie pochylą głowy nad jedną urną. Atmosfera zgęstnieje, zaiskrzą podejrzenia, błysną oskarżenia, zagrzmią pytania, na które panie odpowiedzą, chcąc, nie chcąc… śpiewająco.

Spektakl „Szuja“ jest muzyczną czarną komedią, naszym autorskim musicalem, w którym we własny scenariusz wplotłyśmy piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. W spektaklu występują trzy aktorki: Agnieszka Winter, Ewelina Jaworska-Bone i Katarzyna Willmann, którym towarzyszy grająca na pianinie, niezwykle utalentowana i charyzmatyczna Ilona Gawlik. „Szuję“ grałyśmy dotąd trzy razy i spektakl spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem berlińskiej Polonii. Za każdym razem kameralna sala Teatru Panda (Kulturbrauerei) wypełniona była niemal po brzegi. Jest to dla nas dowód, że Polakom w Berlinie potrzeba okazji, by się wspólnie pośmiać, porozmawiać, oderwać od zatroskanej codzienności. Mamy wrażenie, że podczas spektakli i koncertów dajemy naszym gościom coś, za czym tęsknią – kawałek Polski. Myśl ta cieszy nas niezwykle i motywuje do dalszej pracy.

Spektakl „Szuja“ zobaczyć będzie można 09 kwietnia 2017 o godz. 19:00.
Gdzie: P.A.N.D.A Theater, małe podwórze w Kulturbrauerei, Knaackstr. 97, 10435 Berlin
Bilety: 10€ do kupienia na miejscu bezpośrednio przed spektaklem.
FB: https://www.facebook.com/events/1760408420954591/

Po co i dlaczego?

Czasami, jadąc na próbę późnym wieczorem, po ciężkim dniu pracy i opieki nad dziećmi pytam siebie: po co mi to? O ile przyjemniej byłoby zasiąść z książką i herbatą w wygodnym fotelu? Albo, kiedy tuż przed spektaklem uchylam lekko kurtynę i na widok zapełniającej się sali paraliżuje mnie strach. Czy nie łatwiej byłoby usiąść po tej drugiej stronie? Jednak kiedy nadchodzi ten moment, kiedy stoję na scenie, wtedy wiem, że było warto, że jestem dokładnie tu, gdzie być chciałam.

Trudno jest wytłumaczyć komuś własną pasję. Jedni to czują, inni nie. Tak po prostu. Jedni wolą szachy, inni boks. Jedni wolą się pocić na siłowni, inni w świetle reflektorów. Ja na scenie, tkwiąc w niewygodnym kostiumie i w postaci (niekoniecznie sympatycznej), z misją wygrania roli do końca, choćby nie wiem co, paradoksalnie czuję się wolna. Teatr otwiera mnie na innych, rozwija, stawia przed wyzwaniem i daje siłę oraz wiarę we własne możliwości. Niesamowita jest ta energia, którą, mimo zmęczenia, odczuwamy po spektaklu. I nie liczy się nawet to, czy ktoś zapomniał tekstu, pomylił kroki czy nawet zafałszował. Liczy się fakt, że udało nam się zgromadzić grupę ludzi i zjednoczyć ją, choć na tą magiczną chwilę, poprzez wspólny śmiech, zabawę, a także, mamy nadzieję, refleksję.

Teatr W Afekcie zrodził się z naszych marzeń, tęsknot i pragnień. To dzięki niemu się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Będziemy szczęśliwe, jeśli zechcą Państwo przychodzić na nasze spektakle. Serdecznie zapraszamy!

Nasz profil na FB: www.facebook.com/teatrwafekcie

Plakat Agnieszka Winter
Zdjęcia Cyprian Walkowicz

Na zdjęciach
przy pianinie Ilona Gawlik
w berecie Agnieszka Winter
z różową przepaską Ewelina Jaworska-Bone
z boa Katarzyna Willmann

Göttinnen

Innana, Herrin der Wilden Tiere (Pani Dzikich Zwierząt) ist meine Lieblings Göttin. Daher lade ich ein.

Inanna/Ishtar in British Museum

Elżbieta Bednarska

Inanna in den Katakomben
Theaterinszenierung nach Motiven des Romans AnnaIn in den KatakombenAnna In w grobowcach świata von  Olga Tokarczuk.
„AnnaIn in den Katakomben“ ist die Bearbeitung eines der ältesten der uns bekannten Mythen über eine sterbende und wiederkehrende Gottheit, den Weg des Menschen zur
Freiheit entwerfend. Auf diese Reise begibt sich Inanna, die sumerische „Königin des Himmels“, Göttin von Liebe und Krieg und Herrscherin über die Stadt Uruk, im Zweistromland von Euphrat und Tigris gelegen, dem heutigen Irak. Uruk als Ursprung
urbaner Zivilisation und gegenwärtiges Zentrum von Verwüstung ist dabei die Metapher für den zeitlosen Ort der Reise des Menschen zwischen Schöpfung und Zerstörung.

Inanna (2)
Die Inszenierung versetzt den Mythos in unsere Gegenwart. Wie leben die mächtigen mythologischen Bilder in uns, wie offenbaren sie sich und beeinflussen uns? Welcher Unterwelt begegnen wir heute? Die Entscheidung zwischen Schöpfung und Zerstörung ist eine jeweils individuelle und sie kann keinem Menschen von irgendeiner anderen Macht abgenommen werden. Freiheit ist nur als Verantwortung lebbar – für jeden an dem Ort und zu der Zeit, wann und wo sie von ihm gefordert wird.

Inanna (1)Inanna in den Katakomben
Nach AnnaIn in den Katakomben von Olga Tokarczuk in der deutschen Übersetzung von Esther Kinsky
Regie: Elżbieta Bednarska
Mit: Friederike Frerichs, Paolo Masini, Anna von Schrottenberg, Johannes Stubenvoll, Juliane Torhorst
Musik: Natalia Roginska, Konrad Roginski
Kostüme:Petra Korink
Licht: Luigi Kovacs
Skulpturen / Bilder: Werner Kließ
Multimedia:Roger Rossel
Plakat: Leszek Zebrowski
Textfassung: Pamela Dürr / Elżbieta Bednarska
Deutsche Uraufführung am Freitag, den 05. Juni 2015 um 20 Uhr im Kühlhaus Berlin
Weitere Vorstellungen am Samstag, den 06. und Sonntag, den 07. Juni 2015, jeweils 20 Uhr
Kühlhaus Berlin | Luckenwalder Straße 3 | 10963 Berlin
Kartenpreise 8 € / 15 €
Informations- / Kartentelefon: 030-78 71 23 77
Kartenbestellung unter: inannakatakomben@yahoo.de

Im September 2015 wird die Produktion im Browar Mieszczański in Wrocław gespielt.
Ein Projekt der Stiftung Begegnungen / Fundacja Spotkania in Kooperation mit dem Kühlhaus Berlin. Gefördert durch die Stiftung für Deutsch-Polnische Zusammenarbeit.

Inanna (0)

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungkostrzyn2 kostrzyn1