Ich habe sie vor einem Monat in Lund kennengelernt. Sie war so schön und so jung, dass man dachte, man braucht sie nicht ernst zu nehmen. Dabei hielt sie einen von den besten Vorträgen während der Menschenrechte-Konferenz. Sie promoviert über Kafka, sie schreibt und sie malt.
sztuka
Izložbe Bruno Šulc – ciąg dalszy
Wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu, Belgrad
Izložbe Bruno Šulc – Marjuš Kubielas – In Transitu, Beograd
Wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w Belgradzie (12.12.-31.12.2014) różni się zdecydowanie od swych poprzednich odsłon w innych miejscach. Jej wernisaż, nawet w porównaniu z otwarciem w ramach Europejskiego Miesiąca Fotografii w Berlinie (2.10.-14.11.2014) miał nie tylko znacznie bardziej uroczysty, lecz i bardziej oficjalny charakter. Tym razem bowiem organizatorem był nie tylko Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – przygotowaniami całego przedsięwzięcia zajęła się w znaczym stopniu także Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Belgradzie, we współpracy z Serbską Biblioteką Narodową. Znalazło to swój wyraz już w uroczystym powitaniu artysty i przybyłej z Polski delegacji przez menadżerkę biblioteki oraz kierowniczkę Departamentu ds. Projektów i Współpracy Międzynarodowej, Tamarę Butigan-Vučaj.
Także charakter samej ekspozycji był tak w metaforycznym, jak i dosłownym znaczeniu znacznie bardziej niż dotąd interaktywny, między innymi dlatego, że zlokalizowana została w otwartej przestrzeni biblioteki, pomiędzy wejściem głównym a częścią kawiarniano-rekreacyjną. Przestrzeń wystawienniczą oddzielała od kawiarni jedynie ażurowa konstrukcja ze stalowych słupów wznoszących się od wysokości parteru aż do ostatniej kondygnacji budynku. Aranżacja wystawy w tej przestrzeni okazała się nie lada wyzwaniem.
Artysta zadecydował, że pięć wielkoformatowych prac (150 x 100 cm) zostanie przymocowanych do tych słupów, podczas gdy większość z pozostałych 33 fotografii, w ramach o wymiarach 60 x 80 cm, ustawiono na sztalugach bezpośrednio graniczących bądź to ze ścianą czołową głównego holu-galerii, w całości pokrytą zapisanymi zmodyfikowaną, serbską wersją cyrylicy inskrypcjami, podkreślającymi rangę i przesłanie instytucji goszczącej pokaz, bądź to z klubo-kawiarnią po przeciwnej stronie.
Instalację tej dynamicznie rozwijającej się, otwartej ekspozycji, już podczas montażu obserwowali liczni goście, głównie studenci i czytelnicy biblioteki, którzy jeszcze na kilka godzin przed ukończeniem prac aranżacyjnych, na tle gotowych juz fragmentów wystawy w iście ludycznym nastroju imitowali sceny przedstawione na fotografiach Mariusza Kubielasa.

W tym czasie menedżerka Biblioteki i autorka tego tekstu czyli kuratorka wystawy wspólnie wybierały fragmenty prozy Brunona Schulza w języku serbskim, które zostały odczytane podczas wernisażu.
Na otwarcie, oprócz studentów i przedstawicieli międzynarodowych środowisk intelektualnych, przybyło także wielu akredytowanych w Belgradzie dyplomatów.
Pani dyrektor Serbskiej Biblioteki Narodowej, Svetlana Jančić, urzekła zebranych erudycją. W swym wystąpieniu podkreśliła znaczenie włączenia tej interdyscyplinarnej wystawy, inspirowanej tak plastyczną, jak i prozatorską twórczością Schulza w przestrzeń Serbskiej Biblioteki Narodowej. Jakby w odpowiedzi na jej emanującą przedwojenną elegancją i wyjatkową kulturą słowa wypowiedzią, dyrektor Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego, Bronisław Kowalewski, ofiarował Bibliotece wybrane publikacje przygotowane w ostatnim czasie przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, towarzyszące organizowanym wystawom. Podkreślić tu należy, iż na potrzeby aktualnej wystawy jako podpisy-komentarze do prezentowanych fotografii, wykorzystano cytaty z prozy Schulza w serbskim tłumaczeniu Stojana Subotina, a także ze specjalnie w tym celu przygotowanego przekładu Milicy Markić.
Wernisaż stał się nie tylko okazją do wymiany myśli i dyskusji, m.in. z przedstawicielami interdyscyplinarnego środowiska akademickiego, także w trakcie kolejnych dwóch dni goszczącego na Małym Festiwalu Brunona Schulza, lecz również wywiadów udzielanych przez artystę, kuratorkę i organizatorów wystawy serbskiej telewizji.
Tymczasem przedstawiciele Telewizji Wrocław w belgradzkiej scenerii miejskiej i w trakie wernisażu realizowali trzeci już film o fotografiach szulcowskich Kubielasa. Najpierw powstały drohobyckie realizacje Jurija Gaszczaka (Kobieta i koń = Zaczarowane dźwięki światła i cieni. Awers i Rewers, 2012), a potem Matthias Frickel nakręcił In Search of a Lost Childhood – The Cruel Fate of Bruno Schulz dla Deutsche Welle (Festiwal Bruno4ever 2012). Tym razem w filmie wystąpiła jedna z modelek Mariusza Kubielasa, Magdalena Mytych-Lipińskia.
Pochwalmy się jeszcze, że Amabsador RP w Belgradzie, Aleksander Chećko, zaproponował artyście i kuratorce organizację tournee, w ramach którego wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w roku 2015 pokazana zostanie w innych miastach Serbii.
Zrodził się nawet pomysł zrealizowania w Belgradzie nowych fotografii do serii Schulzowskiej, w serbskiej scenerii i z udzialem serbskich modeli-aktorów. Sztuka i literatura mogłaby w ten sposób przyczynić się do budowy wyjątkowego pomostu kulturalnego między Polską a Serbią.
***
Uprzejmie dziekujemy za udostępnienie wykorzystanych w tekście fotografii:
Foto 1, 2, 4, 10, 11 © Viesia Hołyńska
Foto 3, 5-9, 12-15 © Mariola Nehrebecka
„W drodze do Republiki Marzeń“
Dr Lidia Głuchowska
Mały Festiwal Brunona Schulza, Belgrad, grudzień 2014/ „Na putu do Republike Snova“ – Mali Festival Bruna Šulca, Beograd, Decembar 2014
Paradoksalnie, choć prozę Brunona Schulza filologowie polscy uznają za nieprzetłumaczalną, dotychczas przekładano ją blisko 160 razy(!), i to m.in. na tak egzotyczne języki jak islandzki, japoński, chiński, tajski, koreański, arabski, estoński, ormiański czy esperanto.
Wspomnieć tu należy także o niedawno nagrodzonych przekładach twórczości pisarza z Drohobycza – w niemieckim obszarze językowym nagrodzona została Doreen Daume, w Finlandii – Tapani Kärkkäinen, tłumacz Sklepów cynamonowych.
Popularyzacja dokonań Schulza dokonuje się zarówno w rodzimej kulturze jak i w innych krajach jednak nie tyko za pomocą translacji literackiej, lecz też za pośrednictwem przekładu intersemiotycznego, odwołującego się do innych mediów artystycznej ekspresji.
W tym kontekście szczególną rolę zyskuje kolejny, po drohobyckim i wrocławskim, festiwal Brunona Schulza, zainicjowany przez Ambasadę Rzeczypospolitej Polskiej w Belgradzie (12-14.12.2014), w ogromnym stopniu dzięki osobistemu zaangażowaniu i energii Dagmary Luković, pełniącej aktualnie funkcję ataché kulturalnego przy ambasadzie.
Na Mały Festiwal Brunona Schulza „W drodze do Republiki Marzeń” złożył się szereg interdyscyplinarnych imprez kulturalnych, uświadamiających mieszkańcom Belgradu swoiste analogie między aurą ojczyzny Brunona Schulza – galicyjskim tyglem kultur a multinarodową i mulikonfesjonalną mozaiką bałkańską.
Program otwierał 11 grudnia pokaz filmów inspirowanych plastyczną i literacką twórczością Schulza. Były to Ulica Krokodyli w reżyserii braci Stevena i Timothy`ego Quay (1987) oraz Sanatorium pod klepsydrą Wojciecha Hasa (1973) w serbskim stołecznym Domu Młodzieży.
Kolejnego wieczora miało miejsce otwarcie wystawy Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w Serbskiej Bibliotece Narodowej, o której poprzednich odsłonach już pisaliśmy, i której poświęcimy jeszcze szczególną uwagę.
W kolejne popołudnie dużym zainteresowaniem cieszył się zorganizowany głównie z myślą o studentach polonistyki i miłośnikach literatury, w przestrzeni wspomnianej wystawy w gmachu bibliotecznym, okrągły stół pt. Inspiracje, adoracje, egzaltacje i frustracje – Schulz jako inspiracja i wyzwanie (Inspiracije, adoracije i frustracije – Šulc kao inspiracija i izazov), z dyskusją moderowaną przez Tamarę Krstić – krytyka literackiego i dziennikarkę Radia Belgrad, z udziałem Mirko Demića – autora powieści Ćilibar, med, oskoruša (Bursztyn, miód i jarzębina) z Brunonem Schulzem w roli głównej, Branislavy Stojanović – schulzologa, adiunkta w Katedrze Języka Polskiego Uniwersytetu w Belgradzie, a także artysty- fotografa – Mariusza Kubielasa i kuratorki międzynarodowego tournee jego wystaw, dr Lidii Głuchowskiej.


Spotkanie, w którym uczestniczyła także jedna z tłumaczek prozy Schulza, Milica Markić, dotyczyło głównie międzynarodowych interpretacji jego prozy. W centrum uwagi dyskutantów znalazły się także przekłady na język serbski, we fragmentach zrealizowane dotychczas przez… 11 (!) autorów, a także kwestie transmedialnych nawiązań do jego dorobku, obejmujących m.in. fotografię.

Fotografii poświęcono szczególną uwagę podczas wydarzenia łączącego dwie paralelne belgradzkie imprezy kulturalne – Mały Festiwal Brunona Schulza i festiwal Vizualizator (Festival fotografije VIZUALIZATOR), zatytułowanego Współczesne tendencje w fotografii i praktyce kuratorskiej (Dom omladine Beograda). Złożyły się na nie pokazy multimedialne i dyskusja studentów fotografii i historii sztuki z udziałem Mariusza Kubielasa i Lidii Głuchowskiej, w całości transmitowane na żywo w internecie.
Delegacja organizatorów wystawy z Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu oraz przedstawicieli wrocławskich władz miejskich i wrocławskiej telewizji została też zaproszona na Wigilię pod patronatem ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksandra Chećki. Było to uroczyste, uświetnione koncertem spotkanie, skupiające przybyłych z różnych stron Serbii przedstawicieli Polonii. Może warto tu dodać, że jej korzenie sięgają XIX w. i polskich powstań narodowych. W Wigilii wziął też udział dyplomata watykański, ksiądz Janusz, a autor wystawy, artysta-fotograf, Mariusz Kubielas, przeistoczył się tym razem nie w mitycznego Ojca rodem z prozy Schulza, lecz w Św. Mikołaja.
***
Uprzejmie dziękujemy za udostępnienie wykorzystanych w tekście fotografii:
Foto 1, 2, 4, 7-9 © Viesia Hołyńska
Foto 3, 5, 6 © Mariola Nehrebecka.
Wiecej: http://www.okis.pl/site/home/1500/n.html
Lidia Głuchowska, Transmedialne translacje, re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, W: Quart (Wrocław) 2014/ 4, 101-130
Cezarego Chrzanowskiego Witkacowski portret Mariusza Kubielasa
…i bynajmniej nie Schulzowski traktat o manekinach
Na wystawie „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ w Berlinie (X/XI 2014) pojawia się wiele inscenizowanych krypto-autoportetów autora projektu. Podobnie jak wizerunki własne Schulza wykazują one charakter autoironiczno-karykaturalny. Jednak podczas gdy Kubielas w autostylizacjach na groteskową Schulzowską postać ojca swą fizjonomię traktuje nieco z przymrużeniem oka, w sąsiedztwie jego prac gościnnie pojawia się również praca o zgoła odmiennym charakterze. Jest to demoniczny, raczej Witkacowski niż Schulzowski, portret artysty autorstwa wybitnego wrocławskiego fotografika, Cezarego Chrzanowskiego, odpowiadający poniekąd typowi B+ D „firmy portetowej”. Ten dokument wieloetapowego, multimedialnego dialogu Kubielasa i jego portecisty z dokonaniami dwóch wybitnych przedstawicieli polskiej międzywojennej ariergardy, imponuje nie tylko rozmiarami, lecz również stopniem wirtuozerii 9-warstwowej techniki gumy bichromatycznej. To wielkie mistrzostwo. Portret wyróżnia się na tle dokonań polskich i światowych specjalistów posługujących się tą tak kapryśna metodą utrwalania obrazu, ukazując ogromną skalę jej możliwości interpretacyjnych.
Tajniki swej sztuki Cezary Chrzanowski zgłębiał w toku wieloletnich studiów autodydaktycznych, swym doświadczeniem dzieląc się także z Mariuszem Kubielasem. Powstały przy tej okazji w wyniku spontanicznego impulsu wizerunek unaocznia jak kunszt artystyczny warunkuje powstanie dzieła „czystej formy“ w medium niegdyś dyskredytowanym za jego rzekomo wyłącznie mechaniczny charakter. Świadomie „niedopłukany” w procesie technologicznym czarny pigment potęguje w nim dramatyzm ekspresji modela, który in vivo emanuje znacznie bardziej optymistyczną, żartobliwą aurą.
Godny uwagi jest również fakt, iż także Chrzanowski, niezależnie od Kubielasa, stworzył kilka wersji fotografii, która mogłaby uchodzić za komentarz do Schulzowskiego Traktatu o manekinach, choć nie powstały one w rezultacie inscenizacji, lecz raczej spontanicznego ujęcia w duchu carpe diem Henri Cartier-Bressona. Ujęcia filtrowane były potem w laboratoryjnym procesie wielkokrotnej manualnej obróbki obrazu (Gracje, 2001).
- Cezary Chrzanowski, Portret Mariusza Kubielasa, guma 9-warstwowa, 2014, 100 x 80 cm.
- Cezary Chrzanowski, Gracje, 2001, 40 x 55 cm.
- Cezary Chrzanowski, Gracje II, 2001, 50 x 60 cm
Zamieszczony powyżej tekst jest fragmentem artykułu, który ukaże się w całości jako:
Lidia Głuchowska, Transnarodowe i transmedialne translacje i re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, w: Quart (Wrocław) 2014/ 4.
Walton Ford and Monkeys
czyli
Ewa Maria Slaska o małpach w sztuce
Teresce
Kilka lat temu w Berlinie odbyła się wystawa, której nikt już chyba nie pamięta, natomiast wszyscy pamiętają jeden z eksponowanych tam obrazów, mają go na zdjęciach, plakatach i pocztówkach. Oto on:

Walton Ford, The Sensorium (2003)
Małpi bankiet.
Walton Ford namalował całą serię obrazów z małpami, a wyjaśnienie, “co artysta miał na myśli”, jest chyba jeszcze lepsze niż same obrazy.
Nieco skrócone wypowiedzi malarza pochodzą z wywiadu, jaki w roku 2003 przeprowadziła z artystą gazeta online art21 (http://www.art21.org/texts/walton-ford/interview-walton-ford-political-humor-and-colonial-critique). Tłumaczyła Ewa Maria Slaska.
“Zajmuje mnie ostatnio brytyjski eksplorer
i uczony, Sir Richard Francis Burton (nie mylić z aktorem! – EMS) Jest on dla mnie tak ważny, że namalowałem sobie jego portret na ścianie pracowni (w Great Barrington w stanie Massachusetts, USA – EMS). To jeden z tych XIX-wiecznych facetów, którzy mnie bardzo interesują. Był totalnie rąbnięty. Lingwista. Gdy kopnął w kalendarz znał chyba ze 30 czy 40 języków. Niektórymi władał tak dobrze, że brano go za tubylca. W latach 40 XIX wieku był oficerem brytyjskim w Indiach. Podobno dotarł do Mekki przebrany za perskiego kupca. Wciąż zmieniał osobowość. Był szpiegiem. Był częścią wielkiej gry.
Maluję teraz małpi bankiet. Umieściłem na nim dziewięć małp. Ale może będzie więcej. To część cyklu poświęconego Burtonowi. Czytałem o nim bardzo wiele, a jedna z tych historii dosłownie mnie zwaliła z nóg. Jako młody angielski oficer Burton trzymał w swojej kwaterze ze 40 małp w różnym wieku i różnych ras. Prowadził z nimi eksperyment lingwistyczny. Ciekawiło go, czy prymaty używają języka pozwalającego im komunikować się ze sobą. Mieszkanie razem z małpami miało mu pomóc w odkryciu ich języka. Nauczył się naśladować wydawane przez nie dźwięki i sądził, że rozumie, co one znaczą. Burton ułożył listę około 60 małpich słów, która niestety zaginęła podczas pożaru domu w roku 1860.
Isabel, żona uczonego, twierdzi, że małpy miały imiona i stanowisko. Był doktor, kapelan, sekretarz, adiutant, agent, a pewna mała małpka o jedwabistych włosach pełniła funkcję żony i nosiła w uszach kolczyki z perłami. Wielką przyjemność sprawiało mu oddanie małpom do dyspozycji pomieszczenia, które miało im służyć za jadalnię. Siadały do stołu na krzesłach, a służba podawała im potrawy. Każda małpa miała swoją miskę i swój talerz, i miały z nich porządnie jeść i pić. Sam Burton siedział u szczytu stołu biesiadnego, a obok w wysokim krzesełku dla dzieci siedziała jego mała małpia żonka.
Dla mnie ta opowieść to symboliczna historia kolonializmu. Burton poznaje język I kulturę tubylców, fascynują go też oni erotycznie. To wszystko przełożył z ludzi na małpy. To szalone. Jest w tym coś daremnego i beznadziejnego. I wszystko kończy się pożarem. To przecież w skrócie historia podboju Indii przez Anglików!
Maluję więc teraz jadalnię w domu Burtona, tę sytuację, która go tak bawiła. Na obrazie jest też ta żonka Burtona. Są też lekarz, adiutant, kapelan – wszyscy. Wyposażyłem każdego z nich w indywidualność. Podczas pracy do mego umysłu wkradł się maleńki tekst, coś w rodzaju podpisu – bo ten obraz jest też alegorią zmysłów. Jest wzrok, dotyk, smak, zapach i dźwięk. Tak jakbym odtwarzał kolonialny eksperyment, a wszystkie zmysły brały w nim udział.”


Re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii
Dr Lidia Głuchowska
„Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”
Choć Bruno Schulz w literackich rozmowach z Witkacym i Gombrowiczem konsekwentnie powstrzymywał ekspansywne translacje, z czasem schulzologia stała się jednym z najbardziej wyrazistych fenomenów re-interpretacyjnych, i to zarówno w sferze filologii, jak krytyki czy interpretacji sztuki oraz praktyki artystycznej.
W kontekście najnowszych reinterpretacji dorobku Schulza i jego popularyzacji w skali międzynarodowej istotną rolę odgrywa zainicjowany przed dziesięciu laty transmedialny projekt Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu. Na trwającej jeszcze wystawie w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii w Berlinie obok stanowiącego jej główną atrakcję Gabinetu Technik Historycznych podziwiać można także monumentalny zestaw fotografii, intensyfikujący strategię wejścia w obraz i kooperatywnej aktualizacji sensu dzieła, egzemplifikowaną choćby w filmie Kobieta i koń Jurija Gashaka.
Intermedialny charakter projektu Kubielasa wynika z faktu, że prócz fotografii składa się na niego również „pierwotny”, inspirujący tekst Schulza i komplementarny wobec niego czy ewokowanych przez niego obrazów, równie subiektywny, „komentujący” je tekst reżysera działań parateatralnych, będących punktem wyjścia do jego magicznych obrazów.
Odniesieniem dla projektu Kubielasa jest jednak nie tylko praktyka literacka Schulza, lecz również nurt „fotografii inscenizowanej“ od początków jej istnienia aż do dziś. W perspektywie diachronicznej jest to zjawisko bardzo złożone. Inscenizowana była na przykład, obejmująca niemal 400 prac, seria portretów wykonanych Davida Octaviusa Hilla i Roberta Adamsona (1843-47), emanujących malarską aurą jak z dzieł Rembradta i Reynoldsa. Inscenizowane były też wizerunki składające się na gigantyczną, moralizatorską alegorię Dwie drogi życia Oskara G. Rejlandera (1857), stanowiącą eklektyczny, wiktoriański pendant do Szkoły ateńskiej Rafaela. Do tej kategorii należą też prerafaelickie w duchu prace Julii Margaret Cameron (ok. 1866-67) i subtelne, antykizujące kompozycje Clementine Hawarden (ok. 1860). Można by mnożyć przykłady takich prac, w których czy to antyk czy chrystologiczny cykl pasyjny były tylko kostiumem sublimującym homoerotyczną nagość. Do inscenizacji zaliczyć można również uszlachetniającą plemiona indiańskie fotografię etnograficzną Roberta Curtiusa czy wiele późniejszych dokumentów epoki postmodernistycznej tematyzujących „odgrywanie ról i współczesne baśnie”.
Poetyzm i estetyzacja niektórych prac z tego nurtu korespondują z wyobraźnią Schulza. Bliskie są one też dokonaniom Kubielasa, utrwalonym w dokumentacji z jego wystawy autorstwa Cezarego Chrzanowskiego.






Powyższy tekst niebawem ukaże się w całości jako:
Lidia Głuchowska, Transnarodowe i transmedialne translacje i re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, W: Quart (Wrocław) 2014/ 4.
Ilustracje
- Cezary Chrzanowski, Dokumentacja wystawy „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – in Transitu”, kurator: Lidia Głuchowska, w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii, Fotogalerie Friedrichshain, Berlin, 4.10-14.11.2014, (fragment ekspozycji zestawu wydruków wielkoformatowych), fotografia cyfrowa.
Widoczne prace (od lewej do prawej): Mariusz Kubielas, wydruki wielkoformatowe, ok. 100 x 150 cm: Nachrapane, naspane powietrze pierwsze, 2009/ 2014; Nachrapane, naspane powietrze wtóre, 2011/ 2014; Zapał tworzenia, 2006/2014; Przymiarka, 2006/ 2014; Cezary Chrzanowski, Portret Mariusza Kubielasa, guma 9-warstwowa, 2014, 100 x 80 cm; (ukośnie) Mariusz Kubielas, Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków, 2006/ 2014; Podróż po chleb, 2006/ 2014.
- Cezary Chrzanowski, Dokumentacja wystawy „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – in Transitu”, kurator: Lidia Głuchowska, w ramach VI Europejskiego Miesiąca Fotografii, Fotogalerie Friedrichshain, Berlin, 4.10-14.11.2014, („Gabinet Technik Historycznych“ , fragment ekspozycji), fotografia cyfrowa.
Widoczne prace (wewnątrz sali, od lewej do prawej, wszystkie 59,5 x 42 cm): Mariusz Kubielas, I Wielka szyba, czyli matki wówczas jeszcze nie było, jednak…, 2010/ 14, guma 7-warstwowa; II olej fotograficzny; III albumat; IV albumina kryta gumą jednowarstwową; V marant; VI papier solny z matowaną albuminą, VII papier solny z albuminą; VIII cyjanotypia.
***
O projekcie Mariusza Kubielasa publikowałam już tu tyle wpisów, że nie będę ich linkować – poproszę czytelników, by zechcieli poszukać na listwie obok po prostu imienia i nazwiska artysty lub wpisać Bruno Schulz w linijkę “szukaj”
Za tydzień jeszcze jeden tekst Lidii Głuchowskiej o Cezarym Chrzanowskim
Reblog: Hiszpańskie dzieci II
Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.
1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.

Infantka Anna Mauricia

Infantka Anna

Infantka Anna Maria

Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.

1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.
Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.
Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.
Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata

i tylko dwoje spośród nich: Alfons i Małgorzata

Alma (9)
Lech Milewski
Niejedno życie Almy
Jako akompaniament proponuję ostatnią część Symfonii Nr 45 Józefa Haydna – Pożegnanie. Powodów mam aż trzy. Po pierwsze przypominają mi się słowa Almy, gdy Gustaw Mahler prezentował jej swoją kolejną symfonię – wolę Haydna. Ja też. Po drugie ten post to moje pożegnanie z tą serią wpisów. Po trzecie… to wyjaśnię w zakończeniu. Teraz czas na muzykę…
Pierwsze życie Almy.

Prawie 30 lat życia z Franzem Werflem zakończone. Alma miała już 66 lat, stopniowo traciła słuch, przybrała znacznie na wadze, nie rozstawała się z butelką Benedictine. Jednak energia jej nie opuściła.
Pierwsza sprawa to proces z siostrą Franza o prawa autorskie po zmarłym. Alma wygrała.
Kolejna sprawa – łatwa do przewidzenia – ktoś rozpuścił plotkę, że Alma zamierza wyjść za mąż za słynnego dyrygenta Bruno Waltera – KLIK. Według moich obliczeń to już szósta propozycja małżeństwa nie licząc tych, które doszły do skutku. Alma zdementowała te pogłoski.
W 1947 roku Alma uzyskała obywatelstwo USA i wybrała się do Europy. W Londynie odwiedziła córkę Annę, zamężną po raz czwarty, ale nie ostatni. Córka Anny nie spodobała jej się. Status babci był dla niej nie do przyjęcia. Szybko opuściła Londyn i pojechała do Wiednia.
Tam spotkało ją szereg rozczarowań. Po pierwsze, miasto jej wspomnień leżało w ruinach – opera, katedra, Burgtheater. Jej rodzinny dom częściowo zburzony, jej dom w Semmering sprzedany Rosjanom, którzy zamalowali freski Oskara Kokoschki nad kominkiem. Jej ojczym Carl Moll – nazista z przekonań – popełnił wraz ze swoimi synami samobójstwo w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Wiednia. Na dodatek, jeszcze za życia, sprzedał wszystkie dzieła sztuki, które Alma oddała pod jego opiekę. Próby odzyskania tych dzieł były skazane na niepowodzenie, gdyż wszelkie instytucje, do których zwracała się Alma i jej adwokat, były nadal obsadzone przez osoby o poglądach nazistowskich, traktujące Almę z najwyższą nieufnością, wręcz pogardą. Opuściła Wiedeń w gniewie i przez resztę swojego życia już tu nie wróciła.
Namiętności i pasje wygasły – Alma była wreszcie wolna – bez mężą, bez kochanka, bez zależności od kolejnego wielkiego człowieka. Nie wiadomo, czy rozważała możliwość poświęcenia się swojej pasji z młodości – muzyce. Pewnie było już na to za późno. Pozostała jej do odegrania tylko jedna rola – wdowy. Czas przewartościował wiele dzieł sztuki, twórczość Franza Werfla szybko blakła i odchodziła w zapomnienie, za to twórczość Gustawa Mahlera zaczynała przeżywać prawdziwy renesans. Wybór był prosty – wdowa po Mahlerze. Alma przeniosła sie do Nowego Jorku i urządziła salon podobny do tego wiedeńskiego, z końca lat 20. Dzieła sztuki, rękopisy dzieł Mahlera, ubrana na czarno wdowa – niektórzy nazywali ją Wdową Czterech Sztuk – KLIK.
Alma zapraszano jako honorowego gościa na każde wykonanie utworów Mahlera. Do jej drzwi pukali wszyscy, którzy chcieli poznać kulisy powstania dzieł jej pierwszego męża – Bernstein, Solti, Britten. Stała się instytucją. Stosownie do tej roli zrobiła porządek w papierach, czystkę w listach i pamiętnikach, wydała dwie książki – Gustav Mahler, memories and letters i And the bridge is love.
Walter Gropius podczas pobytów w Nowym Jorku odwiedził kilkakrotnie Almę. Mieszkający na stałe w Szwajcarii Oskar Kokoschka pisał do niej listy do końca życia. Nie wiem, czy na nie odpisywała. Pewnego dnia przyjechał do Nowego Jorku i napisał kartkę do Almy prosząc o spotkanie.
Przypomniała mi się wypowiedź Almy:
Nigdy nie lubiłam muzyki Mahlera, nigdy nie interesowało mnie co napisał Werfel – (mogłaby dodać – nigdy nie obchodziło mnie co robił Gropius), ale Kokoschka, tak, Kokoschka zawsze wzbudzał we mnie emocje.
W tym kontekście oczywiste było, że Alma odmówiła.
Alma zmarła 11 grudnia 1964 roku w wieku 85 lat – zatem w tym roku przypada 135 rocznica jej urodzin i 50 rocznica śmierci.
Nie znalazłem żadnych informacji o jej pogrzebie poza wzmianką, że wybierając muzykę na swój pogrzeb, nie włączyła do niej żadnego utworu Mahlera.
Udało mi się znaleźć treść nekrologu opublikowanego w The New York Times w niedzielę 13 grudnia 1964 roku. Znając dbałość Almy o formę wszelkich oficjalnych deklaracji, jestem przekonany, że to ona była jego autorką a więc przytoczę go w całości.
Mrs. Alma Mahler Werfel, widow of the writer Franz Werfel and earlier of the composer Gustav Mahler, died Friday in her apartment at 120 East 73d Street. Her age was 85. She had also been married to Walter Gropius, the architect. Mrs. Werfel, who was once described as <<The most beautiful girl in Vienna>>, recalled in her autobiography that she had always been attracted to genius. She noted that she had once confided to her first husband, Mahler, that what she really loved in a man were his achievements. <<The greater the achievements>>, she told the great German composer, <<the more I love him>>. And genius also seemed to have been attracted to Mrs. Werfel. The former Alma Schindler, the daughter of Emil J. Schindler, a landscape painter in Austria, she grew up in Vienna surrounded by art and artists. Her intellect, which was nurtured by her brilliant father, complimented her beauty. She was a 21-year-old music student in 1902 when she met Mahler, who was 41 years old and director of the Court Opera House. He had already made his mark in the music world. After a short courtship they were married. Alma traveled with her husband on conducting tours in Europe and the United States. They had two daughters, but only one, Anna, survived. She became a sculptor. While still married to the composer, she met Walter Gropius, then a little known architect. She described him in her diary as an <<extraordinarily handsome German>>, and added that the night of their first meeting wore into sunrise. <<There remained no doubt>>, she wrote, <<that Walter Gropius was in love with me and expected me to love him>>. Mahler found out about their affair, brought the architect to their home and asked Alma to make a choice. She chose to remain with the compooser, but Gropius continued to write love letters to her. She said in her book And the Bridge is Love, published in 1958, that Mahler read Gropius’s correspondence and <<wrote beautiful poems about it>>. Mahler died in 1911 and his widow returned to Vienna to live with her parents. One day her father told her of <<a poor starving genius>> who painted. Later he brought Oskar Kokoschka home to paint her picture. She wrote that after he had finished sketching her he stood up, embraced her and walked out. He then started sending love letters and they became lovers. The affair lasted three years until Kokoschka joined the German Army. Shortly afterward Alma began corresponding with Gropius, who had become successful, and they were married in August 1915. They had a daughter, Manon, who died in her teens. While still married to Gropius she met Franz Werfel and had a son by him. The child died in infancy. Gropius and Alma finally agreed to divorce in 1918. She then moved in with Werfel, and they were married in July, 1929. She also wrote in her diary that she was pursued by other geniuses. The following was dated 1926 and referred to a conversation she had with Gerhart Hauptmann, the German drammatist and poet: <<‘It’s a pity’, he said to me, ‘that the two of us don’t have a child together. That would have been something You, you my great love…’ (…) ‘In another life’, he once told me, ‘we two must be lovers. I make my reservation now’. <<His wife heard it. ‘I’m sure Alma will be booked up there too.’ she said flippantly. He and I only smiled…>> She also wrote that other great men who were in love with her were Dr. Paul Kammerer, the biologist, and Ossip Gabrilowitsch, the Russian pianist and conductor who later married Mark Twain’s daughter. Werfel and Alma fled Nazi Germany in the late nineteen-thirties. Their experiences prompting Franz to write The Song of Bernadette and Jacobowsky and the Colonel. They came to the United States in 1940 and settled in California, where Werfel died in 1945. She moved to New York in 1952. Besides And the Bridge is Love, Mrs. Werfel wrote Gustav Mahler: Memories and Letters.
Alma została pochowana na cmentarzu Grinzing w Wiedniu, tym samym, na którym pochowani są Gustaw Mahler i jej dzieci.
Drugie życie Almy.
W nekrologu Almy była stosowna wzmianka na ten temat i wiemy na pewno, że Gerhardt Hauptmann dokonał stosownej rezerwacji.
Jestem przekonany, że drugie życie Almy jest niemniej urozmaicone niż pierwsze i gdy tylko uzyskam informacje z pierwszej ręki, pospieszę się nimi podzielić.
Trzecie życie czyli Problem pod tytułem Alma.
Jak wspomniałem na początku tego projektu, głównym źródłem moich informacji była książka Françoise Giroud – The art of being loved. Znalazłem gdzieś dość sceptyczną ocenę tej książki i podstawowy zarzut – książka słowem nie wspomina o “Alma Problem”. Rzeczywiście nie wspomina. Wrzuciłem więc haslo do google i zakotłowało się – 32 miliony trafień!
O co chodzi? Skonsolidowana odpowiedź jest w wikipedii – KLIK.
Jak wspomniałem nieco wyżej Alma przez 20 lat była instytucją. Na podstawie jej wspomnień, listów i książek dwie generacje muzykologów i krytyków muzycznych kształtowało obraz życia i twórczości coraz bardziej popularnego kompozytora. Aż nagle (wikipedia nie podaje kiedy) wyszło szydło z worka. Z ponad 350 listów otrzymanych od Gustawa Mahlera Alma ukryła/zniszczyła prawie 200. Spośród 159 opublikowanych 122 zostało zmienionych.
Jej książki zawierają wiele przeinaczeń. Lista innych przewinień podana jest na zlinkowanej powyżej stronie.
Jak to zwykle bywa, ludzie mediów, zamiast w cichości przeżywać swoją porażkę i wstyd, rozgłośnili ja ponad wszelką miarę. Miliony trafień google są tego dowodem. Z jednej strony Alma jest przedstawiana jako potwór, który wyssał wszelkie siły i życie geniusza, z drugiej jako ofiara zbyt silnych charakterów, którymi była otoczona. Napisano o niej kilka książek, zrobiono kilka filmów, napisano tysiące artykułów.
Dla mnie jednak książka Françoise Giroud pozostaje nadal najpełniejszym obrazem życia Almy. Nie pomija ani nie ukrywa żadnych czynów czy wad Almy, ale przedstawia je w logiczny i wyważony sposób.
Prawdę mówiąc gdybym od początku wiedzial o “Alma problem” nie zdecydowałbym się na opracowanie tego cyklu wpisów. Zrobiło to już tak wiele osób. Jednak błogosławieni naiwni – poznawanie życia Almy oraz osób i wydarzeń z nim związanych było i nadal jest dla mnie emocjonująca przygodą, której najbardziej esencjonalny fragment przedstawiłem w moich wpisach.
Dziękuję Ewie Marii za danie mi szansy na publikację moich odkryć, a wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość.
Czas na Pożegnanie…
Trzeci powód włączenia Symfonii Pożegnalnej do tego wpisu. Symfonia została napisana w okresie służby Haydna na dworze księcia Esterhazy – na plus księcia należy zapisać, że Haydn był tam trzecim najwyżej płatnym pracownikiem. Zwyczajem księcia było przenosić się na lato wraz z dworem do letniej posiadłości. W 1772 ten letni pobyt przedłużał się ponad zwykłą miarę i członkowie orkiestry byli mocno znużeni długim rozstaniem z rodzinami. Wtedy to Haydn skomponował tę symfonię, w której ostatniej części muzycy kolejno opuszczają scenę pozostawiając na niej ostatecznie tylko dyrygenta i pierwszego skrzypka (Haydna). Książę pojął aluzję i orkiestra dostała wkrótce zasłużony urlop. Tyle komentatorzy muzyczni.
A mnie kołacze się po głowie myśl, że może ten przedłużony pobyt dworu na wsi wiązał się w jakiś sposób z obowiązkami księcia na dworze cesarskim. Przecież tam pracowano wtedy nad bardzo poważnym projektem – pierwszy rozbiór Polski został oficjalnie podpisany 5 sierpnia 1772 roku w Petersburgu.
Oczywiście nie mam żadnych podstawy do takich przypuszczeń. Po prostu na stare lata wszystko co jest dla mnie istotne, kojarzy mi się z wszystkim.
W zlinkowanym video ucieczka ze sceny rozpoczyna się w 3 minucie i 20 sekundzie.
Tym razem to ja mam ostatnie słowo, a więc odchodzę ostatni.
Alma (8)
Lech Milewski
Wielka ucieczka
Jako podkład muzyczny proponuję Symfonię Nr 9 Antoniego Dworzaka – Z Nowego Świata. Wybór dość oczywisty gdyż tam właśnie zakończyła się ucieczka głównych bohaterów tej serii wpisów.
Ostatnim wydarzeniem w poprzednim odcinku było morderstwo kanclerza Dolfussa. Cofnijmy się o rok i przenieśmy do Niemiec.
8 kwietnia 1933 roku Studenckie Biuro Propagandy ogłosiło Akcję przeciwko nie-Niemieckiemu Duchowi.
Nie-niemiecki Duch objawiał się w:
– książkach zdrajców oczerniających Nowe Niemcy,
– literaturze komunistycznej i pacyfistycznej,
– literaturze liberalnej popierającej Republikę Weimarską,
– literaturze propagującej sztukę dekadencką lub czysto konstruktywistyczną (np. Bauhaus)
– literaturze stworzonej przez żydowskich autorów bez względu na jej zawartość.
Uczelnie otrzymały listę najgroźniejszych autorów. Na pierwszych trzech pozycjach znaleźli się: Karol Marks, Karol Kautsky i Henryk Mann. 10 kwietnia zapłonęły stosy. Największy na Opernplatz w Berlinie.
Zwróciłem uwagę na nazwisko Henryka Manna, pierwszego literata na tej liście. Już rok wcześniej, na łamach pisma Die Weltbühne, pojawił się artykuł A. Hitlera pod tytułem – Prezydent? Autor przeprowadzil całkiem logiczny dowód, że Henryk Mann jest lewicowcem nie uwikłanym w żadne układy partyjne i byłby w stanie doprowadzić do porozumienia szerokiego frontu lewicowego z komunistami i w rezultacie objąć stanowisko prezydenta Republiki Weimarskiej.
Na szczęście w 1933 roku Henryk Mann przebywał we Francji, gdyż w innym przypadku nie skończyłoby się tylko na paleniu książek.
Henryk Mann już od młodych lat demonstrował niezwykły instynkt polityczny w przeciwieństwie do swojego dużo słynniejszego, brata Tomasza, który każdą sytuację polityczną oceniał błędnie i potem wielokrotnie zmieniał zdanie.
W przypadku nazizmu było podobnie. Henryk Mann stał się przywódcą antyfaszystowskiego ruchu intelektualistów. Tomasz Mann, podobnie jak większość Niemców, w pierwszej chwili wiązał pewne nadzieje z Hitlerem. Nadzieje bardzo szybko się skończyły, ale słynny pisarz bardzo długo grał z nazistami w kocie łapki. Przezornie przebywał poza granicami Niemiec, ale bardzo długo zwlekał z podpisaniem listu intelektualistów antyfaszystowskich, twierdząc, że więcej pożytku przyniesie Niemcom możliwość dostępu do jego książek. Uległ dopiero naciskowi własnej rodziny, która była mocno zażenowana jego postępowaniem.
Rzeczywistość okazała się bardzo okrutna dla Henryka, który po zaprzestaniu publikacji jego książek w Niemczech, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej i utrzymywał się na powierzchni dzięki ciężkiej pracy żony i regularnej pensji wypłacanej mu przez brata.
Natomiast Tomasz Mann stał się ambasadorem niemieckich intelektualistów i artystów szukajacych bezpiecznej przystani w USA.
Wróćmy jednak do ducha nie-niemieckiego. Muszę stwierdzić, że zaskoczyło mnie zaliczenie do tej kategorii Bauhausu. Wszak propagował on funkcjonalność, ergonomię, czystość konstrukcji. To całkiem podobne do koncepcji samochodu dla ludu – volkswagena, który był ulubieńcem Hitlera i został skonstruowany i wprowadzony do produkcji przez nie byle kogo lecz samego doktora-inżyniera Ferdynanda Porsche.
Nie mogę się oprzeć nie popartemu żadnymi dowodami podejrzeniu, że w przypadku Bauhausu i Waltera Gropiusa jakąś rolę mogła odegrać osoba naczelnego architekta Rzeszy, Alberta Speera, który miał zupełnie inne koncepcje architektoniczne.
Walter Gropius bardzo szybko pozbył się złudzeń i w 1934 roku wyjechał do Anglii, a trzy lata później do Stanów Zjednoczonych, gdzie kontynuował swoją błyskotliwą karierę. Na początek zaprojektował i wybudował dom dla swojej rodziny (po rozwodzie z Almą ożenił się powtórnie i miał córkę z adopcji). Ten dom i jego otoczenie uchodzą do dzisiaj za wzór budownictwa funkcjonalnego – KLIK.
Kilka dni temu zapytałem żonę mojego bardzo młodego kuzyna, z zawodu architektkę, czy zna nazwisko Gropius. Spojrzała na mnie z urazą – też mi pytanie.
Proszę podać w google hasło “Gropius doorhandle” albo “Gropius chair” a może się okazać, że bez Waltera Gropiusa nasze warunki życiowe mogłyby być zupełnie inne…
Oskar Kokoschka nie miał żadnych złudzeń co do nazizmu. Przecież już w 1911 roku arcyksiążę Ferdynand (ten zastrzelony trzy lata później w Sarajewie) oglądając obrazy Kokoschki powiedział – ktoś powinien połamać temu człowiekowi wszystkie kości. Teraz czas wiedeńskiej operetki się zakończył, przyszedł czas na łamanie kości.
W 1934 roku Oskar przeniósł się do rodzimej Czechosłowacji. Powstała tam grupa artystów ekspatriantów, która przyjęła nazwe Oskar Kokoschka Bund. W Czechosłowacji ożenił się z Olgą Pavlovską. W 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wyemigrował do Anglii, gdzie jego twórczość była zupełnie nieznana i wraz z żoną do końca wojny żyli w biedzie. Po zakończeniu wojny jego dzieła szybko wróciły do czołowych galerii Austrii, Włoch i Niemiec, a on sam osiedlił się w Szwajcarii, gdzie zmarł w wieku 93 lat.

Wracam do głównej postaci tej opowieści. Wiadomość o zabójtwie kanclerza Dolfussa niezbyt przejęła Almę i jej rodzinę, gdyż przeżywali swoją własną tragedię. 17-letnia Manon została porażona paraliżem dziecięcym i całkowicie sparaliżowana. Manon – cudownie wrażłiwa dzieczynka, która potrafila się porozumiewać z roślinami i zwierzętami, która po wizycie za kulisami teatru czuła się na scenie jak we własnym domu, została przykuta do wózka inwalidzkiego. Walter Gropius przyjechał z Londynu odwiedzić córkę. Lekarze byli pełni optymizmu. Alma wierzyła, że Manon wyzdrowieje, bo ona, Alma, tego chce. Przyjaciel domu – ksiądz Hollnsteiner – radził, żeby jej znaleźć męża, Manon prosiła tylko o jedno – pozwólcie mi umrzeć w spokoju. Pocieszała też na swój sposób Almę – zapomnisz o tym, Mamusiu, tak jak zapomniałaś o wszystkich innych.
Manon umarła w Poniedziałek Wielkanocny 1935 roku. Została pochowana na cmentarzu Grinzig tak jak Gustaw Mahler i piewsza córka Almy. Pogrzeb odbył się tak pospiesznie, że Walter Gropius nie zdążył przyjechać na czas. Za to Alma była pierwszy raz na pogrzebie. Elias Canetti (literacki Nobel 1981 – KLIK) – bezlitosny krytyk Almy – wspomina pogrzeb tak: …tym razem, też, wszystko było zrobione dla efektu. Cały Wiedeń był tutaj. (…) Ona (Alma) płakała i uderzyło mnie, że nawet jej łzy były ogromnie duże. Nie było ich zbyt wiele, ale ona potrafiła tak płakać, że one płynęły razem, niezwykłego rozmiaru. Takich łez nie widziałem nigdy w życiu, jak niezwykłe perły, drogocenna ozdoba…
Franz Werfel był bardzo blisko Almy. Starał się ją wesprzeć w każdy możliwy sposób, ale teraz to on był gwiazdą. To o nim pisały gazety, to on zostal zaproszony do Nowego Jorku, to dla niego Ormianie, wdzięczni za pokazanie ich losu w książce 40 dni Musa Dag, organizowali specjalne akademie. To on został zaproszony przez Ligę Narodów na dyskusję na temat roli literatury.
Alma pisała: Moje małżeństwo nie jest już małżeństwem. Żyję nieszczęśliwie przy Werflu, którego monologi zdają się nie mieć końca. Jego zamiary, jego słowa, wszystko jego, jego, jego! Zapomniał jak ważne były kiedyś dla niego moje słowa.
W 1938 roku, podczas pobytu we Włoszech, dotarła do nich wiadomość o spotkaniu kanclerza Schuschniga z Hiltlerem. Anschluss Austrii był kwestią dni. Alma zostawiła męża we Włoszech, a sama udała się do Wiednia, ratować co się da. Na wszelki wypadek zamieszkała w hotelu. Z wystaw sklepowych spoglądały na nią portrety Hitlera. A jednak jej córka, Anna, nie zdawała sobie ciągle sprawy z tego, że bycie dzieckiem Mahlera jest niebezpieczne. Jednym z pierwszych posunięć nowej administracji była zmiana nazwy Mahler-Strasse.
Ksiądz Hollnsteiner przygotowywał kazanie na temat wielkości faszyzmu. Rodzina jej ojczyma, Carla Molla, świętowała. Alma wyciągnęła wszystkie swoje oszczędności z banku, zaszyła je w pasie i poprosiła swoja służącą o przewiezienie ich do Szwajcarii. Pożegnała się z matka, a ojczymowi przekazała pod opiekę wszystkie swoje dzieła sztuki.
Z wielkim trudem przekonała swoją córkę do wyjazdu. Na ulicach Wiednia rozwieszano ogłoszenia o mającej nastąpić za kilka dni wizycie Hitlera, gdy Alma z Anną jechały na dworzec.
Przez Pragę, Budapeszt, Zagrzeb i Triest dotarły do Mediolanu, gdzie czekał na nie Franz.
W Zurichu odebrali oszczędności Almy i przez Paryż pojechali do Londynu. Anna mówiła biegle po angielsku, Franz miał zdolności do języków, a nowe otoczenie mobilizowała go do działania. Alma natomiast oczekiwała nadal, że wszyscy będą do niej mówić w jej języku. Tak się nie stało i wkrótce znienawidziła Londyn. Powrócili więc do Paryża. Tam Almie udało się odzyskać pozostawiony w Wiedniu manuskrypt III symfonii Brücknera, ulubionego kompozytora Hitlera.
We wrześniu wybuchła wojna i nagle stali się we Francji cudzoziemcami z wrogiego kraju. Dlaczego natychmiast nie wyjechali do USA? Jakaś wiara w siłę euroejskiej tradycji kulturalnej? Podjęli decyzję dopiero gdy Niemcy opanowały Francję, ale wtedy było już za późno. Nie posiadali francuskiej wizy wyjazdowej i musieli uciekać przez “zieloną granicę”. Po kilku tygodniach oczekiwania w Lourdes trafiła się wreszcie okazja. Wraz z Henrykiem Mannem, jego żoną i synem Tomasza Manna – Golo – przekradli się do Hiszpanii a dalej, już legalnie, do Portugalii i USA. Ucieczkę tę opisałem szczegółowo w pierwszym odcinku opowieści.
Po sukcesie Pieśni Bernadetty ich sytuacja materialna była bardzo dobra. Kupili duży dom w Beverly Hills. Mieli dobre ksiązki, fortepian, służbę. Byli w centrum życia niemieckiej emigracji. A jednak: Franz jest zmęczony. Zamknięty w sobie. Jak martwy. Chyba potrzebuje nowej miłości albo czegoś podobnego. A ja, ja nie potrzebuję i nie szukam już nikogo ani niczego.
26 sierpnia 1945 roku Franz Werfel zmarł na skutek ataku serca. Problemy z sercem odczuwał już od kilku lat. A przecież w dniu, gdy Alma dostała krwotoku i przedwcześnie urodziła synka, złożył ślub, że jej nie opuści i rzuci palenie. Wypełnił tylko pierwszą część tego ślubowania.
Pogrzeb odbył się trzy dni później. Tomasz Mann wspomina go tak:
Uroczystość pogrzebowa odbyła się w kaplicy Towarzystwa Pogrzebowego w Beverly Hills; obfitość kwiatów była wielka a grono żałobników, liczące wielu muzyków i pisarzy, bardzo liczne. Wdowa, wdowa po Mahlerze, a obecnie i po Werflu nie była obecna. ‘Nigdy przy tym nie bywam’ – powiedziała ta wspaniała kobieta – a słowa te, w całej swej szczerości, wydały mi się tak komiczne, że nie wiedziałem właściwie, czy szloch, czy śmiech, wstrząsnęly moją piersią nad trumną. W sąsiednim pomieszczeniu śpiewała Lotta Lehman przy akompaniamencie (Bruno) Waltera. Mowa pogrzebowa abbe Moeniusa długo się odwlekała…, gdyż Alma w ostatniej chwili zażądała nagle rękopisu celem energicznej cenzury. (Bibliografia 3)
P.S. Dla osób, które poczuły nieco sentymentu do bohaterów tej opowieści mam prezent – nagrania głosów Almy Mahler, Waltera Gropiusa, Oskara Kokoschki, Franza Werfla, Anny Mahler (córki Gustawa i Almy) – KLIK.
Zakończenie za tydzień.
Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Evelyn Juers – House of Exile – KLIK.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.
Alma (7)
Lech Milewski
Koniec cesarskiego walca
Jako podkład muzyczny proponuję oczywiście Cesarskiego Walca…
Czy Alma wiedziała czyje dziecko nosi w swoim łonie? Być może nie. Z poprzednich odcinków wiemy, że decyzja o przerwaniu ciąży, z wiedzą czy bez wiedzy biologicznego ojca, nie przysparzała jej wielkich dylematów. Co więc zaważyło? Rozbudzone przez Manon Gropius uczucia macierzyńskie? Ciekawość? Zdanie się na łaskę losu?
A co myślał o tej ciąży jej mąż? Trudno odgadnąć. Wiadomo, że Walter Gropius był cały czas zazdrosny o miniony związek Almy z Oskarem Kokoschką. Wracał często do niego w korespondencji, a kiedyś, w napadzie gniewu, podarł jeden z papierowych wachlarzy podarowanym Almie przez Oskara na pożegnanie.
Temat kontaktów z Franzem Werflem nie pojawial sie w korespondencji Almy z mężem. Być może Walter zdawał sobie sprawę ze swojej bezradności. Przeszłość okazywała się łatwiejsza do kontrolowania niż teraźniejszość.
Rok 1917 przyniósł znaczne pogorszenie sytuacji finansowej Almy. Małżeństwo z Gropiusem oznaczało utratę wdowiej renty. Inflacja zmiejszyła dochody z wykonań i publikacji utworów Mahlera. Alma przeniosła się do swojego domu w Semmering. Spowodowało to pewne scementowanie rodziny. Starsza córka Almy – Anna Mahler – miala 13 lat, była wszechstronnie utalentowana, akceptowała i miała bardzo dobry kontakt z kolejnymi partnerami matki i darzyła wielką sympatią swoją młodszą (jednoroczną) siostrę.
W lipcu, gdy Alma była w 7 miesiacu ciąży, odwiedził ją Werfel. W pamiętniku zapisał: “Straciłem kontrolę nad sobą. Kochaliśmy się! Nie oszczędzałem jej...”
Kilka godzin później Alma dostała silnego krwotoku. Służąca posłała Franza po lekarza. Po ciemku zbłądził, zabłąkał się na jakieś mokradła. Zdesperowany złożył ślub – jeśli wszystko zakończy się pomyślnie, to nigdy nie opuści Almy i rzuci palenie.
Na szczęście córka Almy – Anna – nie straciła głowy i wezwała telefonicznie lekarza z Wiednia. Gdy wreszcie Franz wrócił do domu, Alma poprosiła go do swojego pokoju. Była tak piękna, że Franz miał łzy w oczach. Powiedział Almie, że czuje się winny tego co się wydarzyło.
Odpowiedź Almy: “Winny. Jesteś tak samo winny jak ja. A ja nie jestem wcale winna. Wina! Dla mnie takie pojęcie nie istnieje.”
Alma została przeniesiona do szpitala w Wiedniu. Franz próbował dodzwonić się do szpitala, żeby dowiedzieć się o stan jej zdrowia. Dodzwonił się następnego dnia o 9 rano. Telefon odebrał… Walter Gropius. Dziwnym trafem dostał właśnie przepustkę i przyjechał niezapowiedziany. Grzecznie poinformował Franza: “To była bardzo trudna noc. Dziecko urodziło się żywe. Alma czuje się dobrze, jak można się było spodziewać.”
Franz odwiedził ją w szpitalu następnego dnia…
“Z jej twarzy odpłynęła wszelka krew, ale nigdy nie była tak piękna. Kobieta, którą kochałem… a ja musiałem udawać obojętnego znajomego.”
Pierwsza refleksja Werfla na widok nowonarodzonego dziecka była – “nie miałem watpliwości, ten chłopiec należał do mojej rasy.”
Blade, milczące, niemowlę deprymowało go. Żeby chociaż płakało.
Kilka dni później Alma rozmawiała przez telefon z Franzem. Dyskutowali, jakie imię dać chłopcu. W tym momencie do pokoju wszedl Walter i usłyszał, że Alma zwraca sie do Werfla per Ty. Na widok męża odłożyła słuchawkę. To Twój kochanek? – spytał Gropius. Alma nie odpowiedziała.
Tego samego dnia Walter zapukał do drzwi apartamentu Franza. Nikt nie otworzył więc zostawil w drzwiach list następującej treści – “błagam Pana na miłość boską – bądź ostrożny z Almą, łatwo o nieszczęście i możemy stracić dziecko” – podkreślenie moje.
Refleksja Franza Werfla – “gdy przeczytałem ten szlachetny list, nie wiedziałem gdzie się podziać.”
Alma naradzała się z Franzem, jakie imię nadać synowi? Nie znalazłem wzmianki o tym, żeby naradzała się na ten temat z mężem. Wybrano imię Martin, które jest imieniem stryjecznego dziadka Waltera, również słynnego architekta – KLIK – ale może to tylko przypadek.
W pierwszych dniach listopada 1918 roku Walter został zwolniony z wojska, odwiedził Franza Werfla i razem zapukali do drzwi domu Almy.
“Wynoście się!” – krzyknęła Alma – “wynoście sie obaj. Nie chcę mieć nic wspólnego ani z Tobą Walterze, ani z Tobą Franz. I nie tkniesz moich dzieci. One są moje!”
12 listopada 1918 roku abdykował następca Franciszka Józefa, cesarz Karol I, Austria stała się republiką. Tłumy pod nową czerwono-biało-czerwoną flagą ruszyły pod budynek parlamentu. W zamieszaniu komuniści wydarli z flagi biały pas i szczepili ze sobą dwa pozostałe. Franz Werfel, który w swojej dotychczasowej twórczości głosił hasła braterstwa ludzi, wpadł w euforię. Następnego dnia zgłosił się do Almy w mundurze Czerwonej Gwardii, prosząc ją o błogosławieństwo. Alma pocałował go w czoło bez wiekszego przekonania. Gdy wrócil do niej wieczorem, brudny, cuchnący tytoniem i tanim alkoholem, odesłała do z powrotem, tam gdzie należy. Stał więc cały dzień na ławce w parku krzycząc – precz z kapitalizmm i wzywając tłum do wzięcia banku siłą.
Jednak rewolucja potoczyła się swoim torem i ostatecznie władzę przejęło zamożne mieszczaństwo. Franza spotkało powszechne potępienie, poszukiwała go policja. Na szczęście znalazł się poręczyciel – Walter Gropius ze swoją nieskazitelną kartą z frontu – cztery razy ranny, dwa razy odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Po tym szlachetnym czynie Walter wyjechał do Belina, żeby zdobywać środki na utrzymanie swoje i rodziny.
W styczniu 1919 roku Martin poczuł się źle i został zabrany do szpitala. Alma pojechała odwiedzić męża. Gropius był pełen entuzjazmu – przeniosą się do Weimaru. Przedstawił jej swój nowy projekt – Bauhaus – KLIK.
Reakcja Almy – Co? Wegetować do końca życia z Walterem w Weimarze? Nigdy!
W następnych dniach Walter otrzymał z Wiednia depeszę powiadamiającą go o śmierci syna. Nienaganny jak zawsze, powiadomił o tym fakcie Franza Werfla.
W tym momencie Alma miała wszystkiego dosyć. Wiedziona nagłym impulsem, pozostawiła Waltera z córką, a sama pojechala do Wiednia odwiedzić… Oskara Kokoschkę, który zasypywał ją błagalnymi listami twierdząc, że bez niej nie jest w stanie niczego namalować.
Na szczęście dla stanu moich nerwów nie zastała go. Wróciła do męża z ostateczną decyzją – chce się rozwieść. Walter był właśnie całkowicie pochłonięty swoją pracą, sprawy rodzinne zeszły na drugi plan, był więc skłonny zgodzić się na rozwód. Pod jednym warunkiem – Manon zostanie pod jego kuratelą.
Alma wróciła do Wiednia, gdzie czekał na nią Franz Werfel zakochany jeszcze bardziej niż przedtem. W liście do Almy przedstawił bardzo logiczne argumenty:
“Almitschka, żyj dla mnie. Swoją przyszłość widzę tylko w Tobie. Chcę się z Tobą ożenić. Nie tylko dlatego, że Cię kocham, ale ponieważ wiem, że jeśli jest na świecie osoba, która może przynieść mi samorealizację i zrobić ze mnie artystę, to jesteś nią Ty.”
Alma ocenila tę deklarację bardzo trzeźwo:
“Franz to mały ptaszek w mojej dłoni, z bijącym sercem i rozbieganymi oczami, którego muszę chronić przed pogodą i kotami. Czasem udaje bohatera, ale wolę go uważać za małego ptaszka, gdyż w gruncie rzeczy nie potrzebuje on mnie, ani nikogo innego.”
Na początek narzuciła Franzowi bardzo ostrą dyscyplinę twórczą. Sytuacja materialna nie zmuszała go do wytężonej pracy, gdyż ojciec wypłacał mu regularną pensję. Teraz Alma uzależniała częstotliwość spotkań od postępów w pracy. Efekty nie kazały na siebie długo czekać. W pierwszej połowie 1919 roku Franz napisał adaptację Trojanek Eurypidesa i dwie sztuki teatralne wystawiane w Lipsku, Monachium i Pradze.
W połowie lipca 1919 roku Walter Gropius postanowił ostatecznie zakończyć swoje, zakrawające na farsę, małżeństwo. Aby oszczędzić Almie wystąpień w sądzie, wziął całą winę na siebie. W tym celu zaaranżował spotkanie z prostytutką w obecności świadków, którzy złożyli w sądzie odpowiednie zeznanie. Zrezygnował również z żądania kurateli nad Manon, domagał się jedynie regularnych wizyt. Alma nie spełniła nawet tego żądania. W ciągu następnych lat Manon spędziła u ojca tylko jeden dłuższy okres. W międzyczasie Walter wysyłał córce regularnie drobne prezenty, w których znajdowały się listy ukryte przed czujnym wzrokiem Almy.
Nieco inaczej postąpił Oskar Kokoschka. Po zakończeniu wojny przeniósł się z Wiednia do Drezna, gdyż bliska obecność Almy mąciła mu spokój. W Dreźnie zamówił lalkę wielkości człowieka przypominająca Almę. Woził ją ostentacyjnie powozem, zabierał do opery, siedziala wraz z nim przy stole podczas posiłków. Jednak i to się skończyło. Któregoś wieczora Oskar urządził wielkie przyjęcie, przygrywała orkiestra kameralna drezdeńskiej opery. Wino lało się strumieniami plamiąc garderobę lalki. W końcu rzucono ją w krzaki urywając przy okazji głowę. Sen o powrocie Eurydyki się zakończył.
Wyjaśnienie: Kokoschka napisał sztukę Orfeusz i Eurydyka. W 1923 roku została ona przerobiona na operę. Muzykę napisał Ernst Krenek – mąż Anny Mahler, córki Almy. Na marginesie zaznaczę, że to był już drugi mąż 19-letniej wówczas Anny. Córka wyraźnie prześcignęła matkę.
Franz Werfel nieustannie namawial Almę do małżeństwa – przecież złożył ślub, że jej nie opuści. Alma nie była do tego przekonana. Być może zadawała sobie sprawę, że status wdowy po Mahlerze daje jej wyższą pozycję społeczną.
Salon pani Almy był miejscem spotkań przedstawicieli rządu, kościoła, świata dyplomacji, literatury, muzyki, teatru – każdy kto się liczył, tam był. Pani domu, wysoka, nienagannie ubrana, nadal imponująca twarzą i figurą, krążyła między nuncjuszem papieskim, Ryszardem Starussem, Arnoldem Schönbergiem. Między ministrem a czołowym tenorem, arystokratami i obecującymi poetami – pisał Klaus Mann.
W swoim salonie Alma prezentowała niczym Artemida, bogini polowania, swoje trofea – portert autorstwa Oskara Kokoschki przedstawiający ją w roli Lukrecji Borgii i rękopis X symfonii Gustawa Mahlera strategicznie otwarty na stronie z pamiętną dedykacją: „Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!”
Jednak Alma nie czuła się dobrze w Wiedniu po upadku cesarstwa. Być może to zadecydowało o ostatecznej decycji poślubienia Franza. Bardziej praktycznym powodem tej decyzji mogła być chęć stworzenia stabilnego domu rodzinnego dla 13-letniej wówczas Manon. Córka Almy i Waltera Gropiusa była niezwykłym dzieckiem. Podczas pierwszego spotkania z teatrem w wieku 5 lat wykazała ogromną wrażliwość i talent aktorski. Matka stworzyła jej warunki do bliskich kontaktów z naturą. Manon czuła się doskonale w świecie roślin i zwierząt.
Ostatnią przeszkodą był napisany przez Werfla wiersz z okazji rocznicy śmiercu Lenina, ale Alma pokonała i tę przeszkodę. Śłub odbył się 8 lipca 1929 roku. Alma miała wtedy 50 lat.
W podróż poślubną wybrali się do Egiptu, Palestyny i Libanu. Tam Werfel zapoznał się z tragedią armeńskich uchodźców. Rezultatem była książka 40 dni Musa Dag – KLIK. Warto wspomnieć, że w tym czasie Werfel był jednym z najpopularniejszych pisarzy niemieckich. Stawiano go w jednym rzędzie z Tomaszem Mannem. Książka 40 dni Musa Dag przyniosła mu światowy rozgłos. Zgłoszono jego kandydaturę do Nagrody Nobla.
To było trochę za wiele dla Almy. Znalazła się w cieniu słynnego pisarza. Kompensowała to gorliwością religijną. Codziennie uczestniczyła w mszy świętej odprawianej przez Johannesa Hollnsteinera. Po mszy odwiedzała go w jego apartamencie, a popołudniu limuzyna duchownego stała pod jej domem.
“Moje całe jestestwo domaga się, abym mu się poddała, ale muszę stawić opór tym żądaniom. To pierwszy mężczyzna, który mnie podbił.” Pierwszy?
Tak nadszedł rok 1933, książki Franza Werfla znalazły się na stosie. Werflów odwiedzili H.G. Wells, Dorothy Thompson i Sinclair Lewis, którzy zostali właśnie wydaleni z Niemiec i opowiadali, co tam widzieli. Alma i Franz byli oślepieni społecznymi osiągnięciami faszyzmu i nie słuchali ich argumentów. Franz nie miał oporów, żeby zgłosić swoją kandydaturę do Nazistowskiego Związku Pisarzy Niemieckich. Jako obywatelstwo podał – mniejszość niemiecką w Czechosłowacji. Podpisał deklarację lojalności wobec Hitlera. Dopiero gdy jego kandydatura została odrzucona, zaczęły go nachodzić wątpliwości.
Walter Gropius zachował się podobnie. W kwietniu 1933 roku policja wkroczyła do Bauhausu i aresztowała 30 studentów. Nazistowska prasa określała Bauhaus jako wylęgarnię bolszewizmu i źródło zdegenerowanej sztuki. Walter nie był już wtedy dyrektorem Bauhausu, nie doświadczył żadnych prześladowań i nadal uważał, ze architektura jest niezależna od polityki. Zgłosił swoje projekty na nazistowską wystawę sztuki.
W lipcu 1934 roku austriaccy naziści zamordowali kanclerza Dolfussa. Wiedeński walc się skończył.
PS. Jako przeciwwagę dla zdetronizowanego Cesarskiego Walca proponuję utwór Maurycego Ravela – La Valse – KLIK – dla którego inspiracją był pobyt w Wiedniu. Artysta mieszkał wtedy w domu Almy Mahler. Wybrałem transkrypcję fortepianową Glenna Goulda, która według mnie odkrywa wnętrze tego utworu. La Valse był powodem gniewnego zerwania kontaktów Ravela z Diagilewem i nieomal doprowadził do pojedynku, ale to już nie należy do tej historii.
Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .






