Po Halloweenie w Berlinie znikają dynie

Mam na myśli sklepy – oferta komercyjna jeszcze kilka lat temu była taka, że wracał człowiek z wakacji, upał, piasek w walizce, muszelki, a tu tymczasem w sklepie pierniki w czekoladzie i typowe niemieckie spekulacjusy. Wszyscy się o to wściekali, były jakieś protesty, które nic nie przynosiły, bo te mikołaje z czekolady układała na półkach wolna ręka rynku… No ale kiedyś, całkiem niedawno, komercja odkryła, że między latem a zimą jest jeszcze jesień. Pojawiły się jabłka, śliwki, orzechy, kasztany jadalne i oczywiście – dynie, dynie, dynie… I tak aż do Zaduszek. Gdy się jednak już na dobre zacznie listopad, dynie przenoszą się na stoiska jarzynowe, a świat opanowują kalendarze adwentowe, nie budzący wytpliwości znak, że nadchodzi czyli adveni zima… Taki zatem wpis na zmianę sezonu…

EMS

W okresie Halloween – w Polsce znów rozgorzała dyskusja.
Jest, jak zwykle wiele opinii krytycznych.
A przecież ta niewyszukana forma rozrywki, czyli straszenie – obecne jest w wielu filmach, nie mówiąc o grach komputerowych itp.
Może warto więc zachować proporcje i zająć się oceną wzbudzanego przez polityków strachu wobec obcych i inaczej myślących?
Nie mówiąc już o atmosferze straszenia konfliktami zbrojnymi.

Wróćmy jednak do obyczajów regionalnych.
Mój kuzyn, Adam Rejman przesłał swoje wspomnienia ze zwyczaju kultywowanego w jego rodzinnej wsi – w Czarnej, koło Łańcuta, na Podkarpaciu.
W zwyczaju tym też jest trochę straszenia… ale jakie to niewinne wobec Halloween:-) nie mówiąc już o straszeniu wojną….

Andrzej Rejman


Adam Rejman

Czarnieńskie zwyczaje i obyczaje okołobożenarodzeniowe

W Czarnej nie mieszkam już od 1971 roku, ale swoich informatorów / młodszy brat / tu mam…
Od niego dowiaduję się, że zwyczaj kolędowania / droby i nie tylko / całkowicie tu zaniknął… Pomyślałem , że może warto więc o tych malowniczych zwyczajach napisać parę słów, w nadziei że może ktoś zechce o tym przeczytać, może jakoś utrwalić a może nawet reaktywować ?… A czarnieńskie kolędowanie to były w pierwszej kolejności droby… I od razu zaznaczam…Czarnieńskie droby chodziły tylko w Nowy Rok a ja byłem jednym z nich… Droby były różne i zmieniały się wraz z upływem czasu…Pamiętam że, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpierw, skoro świt, budziły gospodarzy droby biedne… Takie które z workiem na plecach zbierały pszenicę dla kur ale jabłkiem lub kawałkiem ciasta też nie gardziły…Ich strój nie był wyszukany… Zwykle był to odwrócony na drugą stronę kożuch przepasany powrósłem a na twarzy maska zrobiona ze skórki króliczej z otworami na oczy i nos…Bywało że taki bardziej pomysłowy kolędnik przyczepiał do maski czerwony nos i język w takim samym kolorze… Kiedy robiło się już bardziej widno i ciepło, zaczynały chodzić grupy poprzebieranych dzieci i trochę starszej młodzieży… Dzieci odwiedzały zwykle sąsiadów którym składały życzenia a jako datki zbierały drobne pieniążki, czasami słodkie ciasto… Dzieci były bardzo kolorowo poprzebierane… A to za anioła, a to za diabła i bywało że /zwykle diabeł/ straszyły tych malców, którzy na kolędników byli jeszcze za młodzi i przebywali w domach… Tym ostatnim zwykle nie było do śmiechu i takie diabelskie poszturchiwanie drewnianymi widłami zwykle kończyło się płaczem… Starsza już trochę młodzież zaczynała chodzić w godzinach popołudniowych, również kolorowo poprzebierana i zwykle skupiała się na odwiedzaniu tych domów w których był kawaler albo panna, którzy nie brali udziału w chodzeniu po drobsku… Młodzież ta nie gardziła kolędą w postaci drobnych grosików ale też nie odmawiała poczęstunku, którym zwykle było porzeczkowe wino… Wszystkie droby obowiązkowo wchodząc do czyjegoś domu wypowiadały formułkę “Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok… Żeby się wam urodziła pszeniczka i groch… Zimnioki jak pnioki, kapusta jak przetaki, owies jak las… Żeby się wam dobrze konik pasł”…I ewentualnie jeszcze coś więcej, jak ktoś umiał… Do pewnego czasu obowiązkiem droba było się tak przebrać, żeby nikt z domowników nie poznał kto jest kto… Odwiedzani domownicy z kolei czynili duże wysiłki żeby kolędnika rozpoznać, co skutkowało czasem zrywaniem z drobów masek… Było przy tym dużo śmiechu, kiedy okazywało się że… Adaś to ty?… A ja myślałem, że to kto inny… Początkowo maski robiło się samemu ze wspomnianej już wcześniej króliczej skórki, bądź szyto z jakiegoś płótna… Oczywiście diabeł, anioł i śmierć były najbardziej cenione… Później gotowe już maski tłoczone z papieru kupowało się w jednym ze sklepów, w Łańcucie… W czasie kiedy już byłem poważnym kawalerem moda na maski zniknęła i nikt już nie ukrywał swojej twarzy… Za to malował ją szminką i innymi farbami oraz przyozdabiał a to kowbojskim kapeluszem a to indiańskim pióropuszem… Zdarzało się, że niektóre dziewczęta potrafiły sobie tak wymalować wąsy i brody, że były brane za facetów… Nie wszyscy mieszkańcy wtargnięcie drobów do izby witali z radością, dlatego niektóre domy były, często w ostatniej chwili, zamknięte… Ale były też domy w których gospodarz czekał na drobów z otwartymi rękami i otwartym gąsiorkiem wina domowej roboty… Ostatni rodzaj drobów to były droby wieczorowe i nocne… To była już przeważnie podstarzała kawalerka a przypuszczam, że i żonaci mężczyżni też brali w tym udział… Raz byłem świadkiem takiego wtargnięcia tych wieczorowych drobów do mojego domu… Byli dość mocno podchmieleni, wyposażeni w harmonię i gdy tylko weszli, zaraz zaczęły się tańce… Pamiętam jak moja matka wywijała z takim jednym, niestety po zakończonym tańcu trudno ją było rozpoznać bo tak została wysmarowana w trakcie tańca sadzą… Droby te też chętnie całowały wszystkich dorosłych domowników, a z takiego pocałunku wychodziło się zwykle mocno usmarowanym szminką i sadzą… Oczywiście domagali się wódki i wina, i bez względu na to, czy dostali czy nie, rozrzucali po mieszkaniu sieczkę… Pamiętam, że jeden z tych drobów chyba przedawkował, bo podważali mu szczęki drewnianą łyżką i coś /kwaśne mleko ?/ wlewali do ust… Droby w zasadzie ograniczały swoją aktywność do swojej wsi, choć zdarzało się że do Czarnej docierały czasem droby z Krzemienicy… Ja i moi koledzy takich spotkań z krzemienickimi drobami unikaliśmy, bo szła fama, że oni zaraz będą chcieli się bić… Jako ciekawostkę podać mogę, że nasza próba poszerzenia drobskiego terytorium o Łukawiec skończyła się fiaskiem, bo już w pierwszym obejściu na Łukawcu zostaliśmy przepędzeni przez jakąś bardzo energiczną staruszkę z miotłą… Jak póżniej ustaliliśmy, na Łukawcu zwyczaj chodzenia po drobsku nie był w ogóle znany… A po Nowym Roku, zwykle o wieczorowej porze zaczynali chodzić inni kolędnicy… Jak to mogło wyglądać można wyobrazić sobie choćby oglądając w telewizji chodzenie z turoniem, z tym że w Czarnej było to chodzenie z kozą… Koza bodła domowników i grożnie kłapała pyskiem… W ekipie która jej towarzyszyła obowiązkowo musiał być anioł, diabeł, śmierć z kosą, czasem Żyd… Śmierć oczywiście tą kosą wywijała, diabeł szturchał widłami, Żyd coś tam mamrotał… Kilka razy przez wieś przeszła też ekipa ze słoniem… Słoń był tak skonstruowany że wywijał zrobioną ze sprężyny trąbą a pozostali uczestnicy przedstawienia /diabeł, śmierć/ robili swoje… Do zwyczajów związanych z Bożym Narodzeniem należało też przejście przez wieś Trzech Króli… Za mojej pamięci zdarzyło się to raz i dobrze pamiętam tych trzech rosłych mężczyzn, ubranych iście po królewsku, w powłóczystych sukniach i ze złotymi koronami na głowie… Godne odnotowania jest też przejście przez Czarnę ekipy, która w specjalnie skonstruowanej szopce pokazywała teatrzyk kukiełkowy, który ówcześni Czarnianie nazywali “puszczaniem bożków”… Na dzieciach ogromne wrazenie robiły pokazywane kukiełki… A to diabeł… A to anioł… Śmierć… Postać Żyda …I robiąca masło czarownica… W teatrzyku tym cały czas coś się działo… Śmierć ścinała komuś głowę… Diabeł przepędzał Żyda i przeszkadzał czarownicy w pracy… Nie mam pewności, skąd na Zawodzie dotarł ten teatrzyk… Zapamiętałem dwie wersje… Że albo z Krzemienicy, albo gdzieś z okolic Borka Starego… Wreszczie chodzenie z gwiazdą, w którym uczestniczyłem… Taką bardzo solidną gwiazdę, do wnętrza której wkładało się zapaloną świeczkę, zrobił nam ojciec… Gwiazda była przeszklona, a jej szybki pomalowane na różne kolory… Kiedy stawało się wieczorową porą pod czyimś oknem, a domyślni mieszkańcy gasili w izbie światło, mogli oglądać za oknem kolorowe widowisko… Oczywiście że dziś taki spektakl przegrał by z pierwszym lepszym kolorowym telewizorem, ale wtedy nie było przecież nie tylko telewizji ale nawet prądu w niektórych chałupach… Stojąc pod oknem wykonywaliśmy którąś z popularnych kolęd, a później czekaliśmy na zapłatę, czyli kolędę… Gdy kolędę otrzymywaliśmy, odchodząc śpiewaliśmy: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za kolędę dziękujemy… Ażebyście długo żyli… A po śmierci w niebie byli… Z aniołami!”… A gdy gospodarz nie kwapił się z datkiem, mógł na odchodne usłyszeć: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za nic wam nie dziękujemy… A żebyście krótko żyli… A po śmierci w piekle byli… Z diabełkami!”…
Zwyczaje wielkanocne były znacznie uboższe… Ja zapamiętałem tylko przejście przez wieś szczodroków… To byli normalni, choć z pewnością biedni, nie przebrani ludzie… Deklamowali jakąś formułkę /… a jo mały żoczek, wylozem na krzoczek itd /… I oczekiwali szczodroków… A szczodroki to były takie twarde jak kamień, razowe bułki, w które zęby wbijało się z największym trudem… Prawdziwy przysmak przedwojennych i wojennych dzieci, na przednówku…

*Czarna k. Łańcuta – wieś i gmina wiejska w województwie podkarpackim, w powiecie łańcuckim (11,6 tys mieszk.)


Póżniejsza nasza dyskusja o tekście i nie tylko –
Napisałem Adamowi, że wspominam ten zwyczaj jeszcze z lat 60, ale pamiętam, że
mówiło się “Draby”, i “Chodzić po drabsku” – na co odpowiedział:
Wikipedia podaje to tak: Draby noworoczne /droby/… Ale już dziennikpolski24.pl pisze: noworoczne droby, szczodroki, nowoletniki… Ja, Czarnianin /właściwie Czarniok, tak jak Miedyniok**, Krzemieńszczok**, tudzież Łańcuciok czy Rzeszowiok oraz Krakowiok a nawet Warszawiok/ byłem zawsze drobem i chodziołem po drobsku…Draby brzmią dla mnie trochę jak kanie /zamiast konie/ albo słanie /zamiast słonie/… Problem to ciekawy, zwłaszcza dla kogoś jak ja, który dobrze pamiętam, że w domu i wśród kolegów mówiliśmy “po naszymu”, a w szkole, w kościele czy w mieście, “po pańsku”, albo “po miastowymu”… Nie wiem, czy wiesz, że kiedy rozmawiam z bratem Kazimierzem, to ja natychmiast przechodzę na czarnieńską gwarę i… godom tak jak on… Pozdrowiom… pardon… Pozdrawiam!… Ja Adam… A po naszymu było by… Jo Adam…

P.S. Było z tym godaniem czasem nawet wesoło, bo można było w ten sposób odróżnić Czarnioka od Miedynioka, np. w sklepie… Bo Miedyniok zawsze powiedział “poprose ćtyry deka drozdzy”, gdy każdy Czarniok wiedział, że nie mówi się ćtyry, tylko…cztyry…

** od Medyni Głogowskiej i Krzemienicy – miejscowości w powiecie łańcuckim…


… i potem …
…Tak jeszcze wczoraj myślałem /a nie mogłem długo zasnąć/ że powinienem chyba jeszcze coś wyjaśnić… A chodzi o tą samogłoskę o… Bo ja jestem pewny, że w czarnieńskiej gwarze to o to nie brzmi jak prawdziowe polskie o… Ono brzmi ciut inaczej i jestem pewny że Ty, jako człowiek o absolutnym sluchu, tę różnicę byś usłyszał… I różnie z tym kombinowałem jakby Ci to przekazać… Że to o pod koniec skręca jakby /tak na 10 procent/ w stronę a, albo że pobrzmiewa troszkę jak ło… Ale to nie jest tak dokładnie jak np. łociec, bo tu to ł jest wyraźnie zaznaczone… Wydaje mi się, że w czarnieńskiej gwarze jest to tak jakby tylko trącenie… Włączyłem sobie nawet piosenkę zespołu De Press pt. Bo jo cię kochom, ale wydaje mi się, że i oni nie do końca oddają brzmienie tego o na tyle, żebym mógł uznać je za czarnieńskie… Dla mnie to o w tej piosence jest jakby trochę podrabiane… Pozdrawiam…
A…
(Adam Rejman)

Zapytałem jeszcze potem, czy mówi się “czarniejskie”, czy “czarnieńskie” odnosząc się do czegoś co pochodzi z Czarnej…
Adam odpowiedział:
Na pytanie czarniejskie czy czarnieńskie odpowiem tak… Czarniejskie to dla mnie brzmi jakby po miedyńsku /od wsi Medynia/…A słowa czarnieńskie też w gwarze wsi Czarna nie ma, za to jest słowo… czarniyńskiy… Ale myślę, że lepszym ode mnie autotytetem byłby mój brat Kazio, bo on godo po czarniyńsku jak za dawnych lat…I ciekawostka… Ja już co prawda praktycznie do Rzeszowa nie jeżdżę, ale pamiętam że kiedy jeździłem i wysiadałem np. z pociągu w Rzeszowie i usłyszłem jak ony godajom, to wiedziałem że jestem wśród swoich… A dziś, gdy oglądam w telewizji jakiś reportaż stamtąd, to bezbłędnie odróżniam jak rzeszowski redaktor mówi po pańsku albo po miastowymu, a tubylec choć stara się, to zajeżdża po rzeszowsku. (…) Współczesna gwara czarnieńska to pikuś wobec języka jakiego używali moi dziadkowie, choć pamiętam bardzo niewiele… Kiedyś nie zrozumiałem czego chce mój dziadek, gdy mówi do mnie przynieś mi wungla, a chodziło o węgiel… I kiedy babcia nakrzyczała na mnie, gdy jako dzieciak zacząłem kopać motyką w piasku, co, zwłaszcza w niedzielę, było zabronione… Zawołała: Adaś, podź haw i niechej tego, co oznaczało chodź tutaj i nie rusz tego / zostaw to …

(Adam Rejman)

Konie na pastwisku w Czarnej koło Łańcuta


I jeszcze na zakończenie tego dialogu kolejna uwaga od przemądrzałej adminki:
Bo jak autor pisze w swoim wywodzie o Czarniokach, których można odróżnić od Miedynioków, to oczywiście powinnam mu to wszystko poprawić, bo mieszkańców miast pisze się małą literą, i już wpadłam do ogródka, już palec nad klawiaturą witał się z gąską, gdy pomyślałam, doprawdy w ostatniej sekundzie, a co ci, babo miastowa, do tego!? No i zostawiłam.

Wasza

EMS

Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

Akedat Jicchak

To wpis na jutro, ale zgodnie z tradycją żydowską trzeba go wstawić o zachodzie Słońca w dzień poprzedzający Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok w roku 2017 skończył się o zmroku w piątek, 22 września.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Konrad Sałagan

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

 

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Miesiąc temu w Kalwarii Zebrzydowskiej

Elżbieta Kargol

Wakacyjne podróże

Pakuję do plecaka kilka zerwanych w Lachowicach ziół: miętę, wrotycz, nawłoć i dziurawiec. Wiążę gumką, bo nie mam lipowego łyka. Przyzwalam na to, że się poduszą, połamią i zwiędną, ale nie o to przecież chodzi, swojej mocy nie stracą. Dziś 15 sierpnia: święto Matki Boskiej Zielnej, w kalendarzu kościoła katolickiego jest dniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w kościołach wschodnich to święto obchodzone jest dwa tygodnie później i ma inną nazwę: Zaśnięcia Bogurodzicy.

Pamiętam jak babcia, osoba głęboko wierząca, opowiadała mi, jak to po śmierci Marii apostołowie nie znaleźli w jej grobie ciała, tylko same kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Od babci też wiem, że w tym zielnym bukiecie, przygotowanym do poświęcenia, nie powinno być roślin pastewnych: wyki, łubinu, koniczyny, lucerny – być może dlatego, że nie jedli ich ludzie.

Te sierpniowe zioła według tradycji po poświęceniu zyskują moc wręcz magiczną. Będą nas chroniły przed burzami piorunami i gradobiciem przed chorobami i wszelkimi innymi nieszczęściami.

Ksiądz wygłaszający kazanie mówi coś o związku Matki Boskiej Zielnej z porami roku, że połowa sierpnia to czas zbiorów, pierwszych dożynek i dlatego w tym dniu święci się kwiaty, zboża, zioła i warzywa.

Nie wspomina nic o pogańskich wierzeniach staropolskich, o Marzannie – Zbożowej Matce, nazwanej przez Jana Długosza Dziewanną, o rzymskiej bogini Dianie, której wniebowzięcie starożytni Rzymianie obchodzili też 15 sierpnia.

Dojeżdżam busem do Suchej Beskidzkiej i wsiadam do pociągu w kierunku Krakowa, pojadę nową wyremontowaną trasą, choć w dalszym ciągu jednym z odgałęzień kolei transwersalnej z 1884 roku łączącej Kraków z Wiedniem, przez prawie 400-metrowy most w Zembrzycach nad Skawą i nad zalewem wodnym w Świnnej Porębie, skąd roztacza się malowniczy widok na sierpniowy Beskid Makowski.

Pociąg wije się zakosami wśród pól i lasów, wzgórz i pagórków, co po chwila gwiżdże i trąbi. Ponieważ dróżki kalwaryjskie są po obu stronach torów, musi często zwalniać przed przejazdami. Z okna widzę i słyszę grupy pątników chcące przejść z jednej strony torów na drugą, od jednej kaplicy do drugiej.

Zbliżamy się do Kalwarii.

Łacińska Calvaria, po hebrajsku Golgota czyli czaszka utożsamiana jest ze wzgórzem w pobliżu Jerozolimy na którym dokonywano egzekucji skazańców.

Na wzniesieniu, według przesłania religii katolickiej, ukrzyżowano Jezusa Chrystusa, który przed śmiercią przeszedł Drogę Męki Pańskiej, niosąc krzyż od pretorium Piłata do miejsca śmierci.

Kalwaria Zebrzydowska, usytuowana jest w malowniczym Pogórzu Makowskim, w kotlinie rzeki Skawinki u stóp góry Żar i Lanckoronskiej Góry. Sanktuarium pasyjno-maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej jest jedną z najstarszych i największych w Europie kalwarii, jako jedyna kalwaria na świecie, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest miejscem kultu Męki Pańskiej i kultu maryjnego, miejscem świętym nie tylko od święta, które przyciąga wierzących i agnostyków, ciekawskich i pielgrzymów, żebraków, kalekich, zdrowych i chorych, świętych i nieświętych, wszystkich.

Początki sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej sięgają roku 1600. Fundatorem jej był Mikołaj Zebrzydowski potem jego synowie Jan i Michał, a później rodzina Czartoryskich. Mikołaj Zebrzydowski był zafascynowany powstawaniem w Europie średniowiecznych wzorowanych na Jerozolimie przestrzennych sanktuariów pasyjnych zwanych Kalwariami, a ponieważ dostrzegł w swoich dobrach rozpostartych między Lanckoroną a Żarem znaczne podobieństwo do Jerozolimy postanowił upamiętnić stacje Męki Pańskiej.

Pierwszą kaplicą, która powstała według jerozolimskiej kaplicy św Krzyża była kaplica Ukrzyżowania Jezusa, potem zbudowano jego grób, Wzgórze Żarek zamieniło się w Golgotę, wzniesienie przy kaplicy domu Kajfasza stało się górą Syjon, rzeka Skawinka Cedronem.

Mikołaj Zebrzydowski podpisał też specjalny dokument, który uczynił Zakon Braci Mniejszych czyli Bernardynów opiekunami sanktuarium w Kalwarii.

Przed bramą wjazdową na dziedziniec klasztoru przystojni, młodzi Bernardyni na dużym fotobanerze promują swój zakon, zachęcając płeć męską do wstąpienia w ich szeregi.

Dziadkowie moi z kilkuletnim wtedy ojcem i jego starszym i młodszym rodzeństwem wyruszali pieszo z Lachowic w Wielki Czwartek, żeby dojść przez Mucharz na wielkopiątkowe Misterium Męki Pańskiej do Kalwarii. Szli polami miedzami, potokami, często boso lub wymieniając między rodzeństwem jedną parę butów. 

Mnie nigdy takie ekstremalne pielgrzymki nie pociągały. Zresztą nie uczestniczyłam w żadnej. Z dworca kolejowego w Kalwarii Zebrzydowskiej jest dość spory kawałek do przejścia, cały czas pod górę, mnie to wystarczy.

Jest ciepło, wszyscy z bukietami niczym z kwiaciarni, więc na razie nie wyciągam tych moich zeschniętych badyli.

Idę, coraz więcej ludzi, grup, pielgrzymek, turystów i wszędobylskiej, wszechobecnej komercji, jarmarcznej tandety, kiczu, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty, obok dewocjonalia rodem z Chin (nie obrażając Chińczyków) przeplatanych pistolecikami,wiatrówkami a zamiast ołowianych żołnierzyków, plastikowe, metalowe, na baterie czołgające się i strzelające. O tempora, o mores! Dzisiaj jest przecież nie tylko odpust Matki Boskiej Kalwaryjskiej, ale też Święto Wojska Polskiego!

Festyn różności i próżności, gdzie nie może zabraknąć Dziadów Kalwaryjskich. To o nich ojciec opowiadał historie mrożące krew w żyłach. Ci żebracy lub często udający żebraków umiejętnie podwijali nogi lub ręce przywiązując w to miejsce kawały surowego krwistego mięsa, czym wzbudzali ogólny strach, żal i litość.

Kalwarię odkryłam i zobaczyłam i przeżyłam dla siebie będąc już w wieku średnim, towarzysząc ojcu w kolejnej jego podróży do sanktuarium. Do dziś przyjeżdżam tu chętnie. Lubię to miejsce, nie irytują mnie tłumy ludzi, ani pomieszanie sacrum i profanum, to przecież element misterium.

 

Z daleka widzę już figury franciszkańskich świętych, którzy pilnują klasztoru, poznaję Świętego Antoniego z lilią w ręce, a na Placu Rajskim wypatruję kolumny ze świętym Franciszkiem. Nie mogę się nigdy doliczyć tych 11 wież, o których opowiadał dziadek, mnie zawsze wychodzi 7 lub 8.

(Jest i Droga św. Jakuba – dopisała Adminka)

Nigdy nie przeszłam całości dróżek Maryjnych i Chrystusowych, choć myślę, że ciągle jeszcze to przede mną. Nie uczestniczyłam w obrzędzie pogrzebu Matki Boskiej ani w Misterium Męki Pańskiej. Zawsze przyjeżdżałam już po fakcie, gdy łotrzy schodzą z Golgoty wesoło śmiejąc się i gawędząc z Jezusem i sprawdzają najnowsze wpisy na smartfonach. 

Następna msza o 13, a więc zdążę się pomodlić przed obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej, kupić medalik dla wnuczki, wrzucić pieniążek do fontanny Świętego Franciszka, zdążę jeszcze na Golgotę i do pustelni Świętej Heleny i wpiszę tam różne moje prośby.

Do kościoła nie mogę się już dopchać, więc siadam przy jednym z wielu pustych konfesjonałów w podcieniach Placu Rajskiego. Kazanie jest nieciekawe. Może to tylko wina nagłośnienia i bodźców zewnętrznych albo wina bylejakości mojej wiary, która pozwala mi być uczestnikiem i obserwatorem. Relatywizm moralny naciągam do swoich potrzeb i swojego w sumienia, usprawiedliwia mnie on i rozgrzesza i pozwala mi w pełni uczestniczyć w Eucharystii.

W końcu wyciągam moje zioła po przejściach. Tylko te poświęcone nabiorą cudownej mocy. Te mniejsze zasuszę potem w „Księgach Jakubowych“, a z większymi obejdę trzy razy chałupę dookoła i powieszę na drzwiach, żeby strzegły domostwa do kolejnych wakacji, chyba w październiku, w kolejnym miesiącu maryjnym.

Z Kalwarii blisko do Lanckorony, o której śpiewa Grechuta, do Wadowic, do Stryszowa z jego XVII-wiecznym dworem. Ja wracam do Lachowic, by następnego dnia pojechać do dużo mniejszego sanktuarium w dużo większych górach: na Wiktorówki do Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Stuart 31

All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

Dookoła widzę znane twarze
Zużyte miejsca, zużyte twarze
Ludzie wcześnie wstają, do swych codziennych wyścigów
Iść do nikąd, iść do nikąd
Ich łzy wypełniają szklanki po brzegi
Bez wyrazu, bez wyrazu
Chowam głowę, a chciałbym utopić smutek
Nie będzie jutra, nie będzie jutra.

Gary Jules, Mad World

Joanna Trümner

Pytania

Mijały ostatnie godziny starego roku, rozgrzane słońcem ulice Sydney zapełniły się młodymi, roześmianymi ludźmi podążającymi na sylwestrowe zabawy. Z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze Meg wyglądała na ulicę i nie potrafiła zrozumieć nastroju radości, który zapanował na ulicach. „Z czego oni wszyscy tak się cieszą?”, zastanawiała się. „Przecież nic w życiu się nie zmienia tylko przez to, że zegar wybije dwunastą i zacznie się nowy rok”. Przypomniał jej się ubiegłoroczny Sylwester w mieszkaniu Chrisa – noc przepełniona śmiechem i muzyką w dużym gronie przyjaciół. Po wyjściu gości Meg i Chris zdecydowali się zostawić posprzątanie bałaganu na później i poszli na długi spacer po mieście. W najbliższym parku znaleźli wolną ławkę, na której mocno przytuleni do siebie czekali na wschód słońca. „Nie będzie ci ze mną łatwo, ale powinnaś wiedzieć, że od dawna nikt dla mnie tak dużo nie znaczył”, powiedział Chris. Prawdziwy sens tego romantycznego wyznania z nocy sylwestrowej zaczął docierać do niej w miarę upływu kolejnych tygodni. Chris coraz rzadziej miał czas na spotkania, tłumaczył się pracą i wyjazdami na szkolenia. Meg nauczyła się cieszyć z nielicznych wspólnie spędzanych godzin i nie stawiała żadnych wymagań. „To się na pewno niedługo zmieni”, powtarzała sobie w duchu, starając się zapanować nad coraz mocniejszym uczuciem rozczarowania. Gdyby nie doszło do jej feralnego wyjazdu z rodzicami do Melbourne, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się o aferach Chrisa.

Z okien tramwaju, którym razem z rodzicami zwiedzała miasto, zobaczyła Chrisa obejmującego mlodą, nieznaną kobietę. „Na pewno mi się przywidziało. To musiał być ktoś bardzo do niego podobny”, uspokajała wątpliwości czekając na kolejne spotkanie. A kiedy w końcu miała okazję zapytać go wprost o pobyt w Melbourne z inną kobietą, Chris przeprosił ją za tę głupotę, incydent, który dla niego nic nie znaczył. „Przecież wiesz, że liczysz się tylko ty”, powiedział wręczając jej następnego dnia wielki bukiet róż. „To już się nigdy więcej nie powtórzy, obiecuję”, dodał drżącym głosem. Po jego wyjściu Meg długo patrzyła na róże w wazonie i myślała o początku ich znajomości oraz pierwszym pocałunku na szpitalnym łóżku. „Mamy wyniki badań, będziesz mogła niedługo wstać, za kilka miesięcy wrócisz do normalnego życia. Ale niestety coś się przez ten wypadek zmieniło – nie będziesz mogła mieć dzieci. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym od kogoś innego” , powiedział patrząc jej w oczy. Zobaczył w nich tyle smutku, że instynktownie przytulił Meg do siebie, nie myśląc o tym, że za chwilę w pokoju może zjawić się pielęgniarka lub pacjentka z sąsiedniego łóżka. Wiedział jak bardzo właśnie teraz Meg potrzebowała kogoś bliskiego. Pocałował ją, sam zaskoczony tym, że przekroczył pewne niepisane zasady pracy lekarza. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w budynku szpitala są tylko oni w dwójkę.

Podczas wielu tygodni pobytu w szpitalu Chris stał się ważną częścią jej życia, nic jednak nie zapowiadało wtedy dalszego przebiegu tej znajomości. Z czasem zaczęła rozumieć, że Chris był wielką pomyłką. Podczas ich prawie rocznego związku kilkakrotnie słyszała od niego przeprosiny. Kilkakrotnie wyrzucała do kosza wyschnięte bukiety róż, zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie potrafię od niego odejść? Jak mogę pozwolić na to, żeby ktoś mnie tak traktował?” Z każdym dniem docierało do niej coraz mocniej, że odejście od Stuarta było największym błędem, jaki zrobiła do tej pory w życiu.

Dlaczego właśnie ja wpadłam po raz drugi w życiu na mężczyznę, który jest kaleką uczuciowym? Na kogoś, dla kogo jestem tylko jedną z wielu zdobyczy, potrzebnych do dowartościowania swojego ego? Jak mogłam się tak pomylić? I to właśnie ja, w końcu moja praca polega na tłumaczeniu pacjentom, jak powinni żyć, żeby nie zgubić poczucia własnej wartości?”, zastanawiała się nieraz, zbierając siłę na odejście. Dopiero po wielu miesiącach walki ze sobą udało jej się zakończyć tę znajomość.

Kiedy zegar w mieszkaniu wybił północ i rozpoczął się rok 1984 Meg dopijała do końca butelkę czerwonego wina. „Happy New Year”, pomyślała z goryczą i głośno powiedziała: „Nie chcę żyć w tym smutku! Przecież ja nawet nie mam przyjaciółki, nikogo, z kim mogłabym teraz porozmawiać. Nigdy nie miałam przyjaciółki, zawsze byłam samotnym dziwolągiem”, pomyślała. Przypomniała sobie jak będąc dzieckiem z zazdrością przyglądała się koleżankom z klasy, które przysyłały sobie podczas lekcji małe, zapisane drobnym pismem karteczki. Tajemnice, których Meg nigdy nie poznała. W czwartej klasie niespodziewanie i ona w końcu znalazła przyjaciółkę – Dianę, niezbyt ładną, grubą dziewczynkę z sąsiedniej klasy. Meg i Diana stały się wkrótce nierozłączne, spędzały ze sobą każdą przerwę pomiędzy lekcjami i każdą wolną chwilę, godzinami rozmawiały o tym, co wydarzyło się w szkole, o plotkach, sympatiach i antypatiach, chłopcach. Ta przyjaźń pomogła im w ciągu kilku miesięcy przemienić się ze smutnych, nie rozstających się z książką dziewcząt w rozchichotane nastolatki. Diana zaakceptowała nawet fakt, że Meg nigdy nie zaprosiła jej do siebie do domu. „Moja mama jest chora, u mnie nie można spokojnie porozmawiać”, tłumaczyła swój strach przed pijaną matką. W ostatniej klasie szkoły rodzina Diany wyprowadziła się do Londynu i Meg znów została sama. Przez kilka miesięcy po przeprowadzce Diany przyjaciółki pisały do siebie listy, z czasem stały się one coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.

Podczas studiów Meg poświęcała prawie cały czas na naukę i czekanie na Stana. „Straciłam dla niego tyle lat!”, myślała otwierając drugą butelkę wina na powitanie roku 1984. „Może po prostu jestem jedną z tych kobiet, które zawsze podświadomie wybierają sobie nieodpowiedniego partnera. Jedynego mężczyznę, który był dla mnie dobry i uczciwy zawiodałam tak, że nie chce mnie więcej znać. I ma rację. Trzymałam szczęście w ręku i lekkomyślnie wypuściłam. Zamieniłam szczęście na upokorzenie. Jestem beznadziejna, a wszystkie te mądre rady, które od lat daję obcym ludzim, w moim życiu zupełnie się nie sprawdziły. Od miesięcy nie potrafię zapanować nad depresją”. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i przysłuchiwała się odgłosom ulicy, temu, jak śmiali się ludzi powracający z zabaw do domu. „Ciekawe jak on zaczyna nowy rok?”, pomyślała siadając na parapecie okna.

Stuart śpiewał ostatni utwór na zakończenie sylwestrowego koncertu, kiedy w klubie nagle zapanowała kompletna ciemność. Opanował go dziwny niepokój, który nie ustąpił nawet wtedy, kiedy zapaliło się światło. Już raz w życiu, w chwili śmierci ojca, miał podobne uczucie strachu, poczucie, że stało się coś złego. Dlatego też zaraz po powrocie do domu zadzwonił do matki w Anglii. Usłyszał od niej, że w rodzinnym domu wszystko jest w porządku. Całe Walton przygotowuje się na powitanie nowego roku, jego siostra Eve odpoczywa po pierwszej chemioterapii, a matka przejęła na kilka dni opiekę nad małym Georgem. Po tej rozmowie Stuart zasnął jak kamień, nie pamiętając o ódziwnym, niewytłumaczalnym niepokoju po zgaśnięciu światła w klubie.

Dopiero w kilka dni później dotarła do niego wiadomość o samobójstwie Meg.

Wybrał się do Toma, bo nie chciał być w domu sam z natarczywą myślą: „Może to przeze mnie?” Przyjaciel próbował go uspokoić: „To nie jest twoja wina, to jej wybór, z którym nie masz nic wspólnego”. Stuart nie do końca był o tym przekonany. Wiedział jednak, że nikt nie odpowie mu już na pytania: „Może udałoby mi się ją uspokoić? Może powiedziałem poczas naszej ostatniej rozmowy coś, co ją zraniło? Może dzwoniła do mnie o północy i chciała się pożegnać?”

Po pogrzebie podszedł do rodziców Meg. „Nigdy nie będę w stanie zrozumieć”, zwrócił się do nich bezradnym tonem. „Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie widziałam, że jest tak źle”, odpowiedziała matka Meg, trzymając go kurczowo za rękę. Następnie Stuart podszedł do Lucasa, księdza w kościele, do którego regularnie chodziła Meg. „Nie potrafię zrozumieć, że nie pomogła jej wiara”, powiedział po cichu Lucas. „Dla ludzi wierzących nie ma chyba większego grzechu niż odebranie sobie życia”, dodał. Stuart rozejrzał się wśród uczestników pogrzebu, z trudem rozpoznał młodego lekarza, dla którego Meg zostawiła go przed ponad rokiem. „Śmierć, szczególnie taka śmierć, zostawia po sobie taki smutek i dziesiątki pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi”, pomyślał opuszczając cmentarz.

Cdn.

Wielkanoc

Ryszard Dąbrowski

Życzenia z okazji Równonocy Wiosennej

Hallo,

z okazji święta wiosny, nazywanego świętem wielkanocnym, składamy Tobie/Wam serdeczne życzenia: ciepłego i słonecznego słońca, które ogrzeje Twoje/Wasze/nasze stare kości oraz pogody ducha w nadchodzących dniach.

Grażyna & Ryszard

P.S. Życzenia te ilustrujemy uroczą pocztówka, która zauroczyła mnie na jednym z berlińskich pchlich targów. Obraz ten figuruje w “historii sztuki” pod dwoma tytułami: „Dzieci z muszlą” oraz „Mały Jezus podaje muszlę z wodą Janowi Chrzcicielowi”, i z tego też powodu (ale także i stereotypowego baranka) nadaje się jako załącznik do życzeń kierowanych zarówno do ateistów i agnostyków, jak i teistów. Namalował go hiszpański malarz Bartolomé Estéban Murillo:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

https://de.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

Pocztówka została wydrukowana techniką litodruku w czasie I wojny światowej przez firmę „Stengel & Co. G. m. b. H.” z Drezna oraz opatrzona numerem ewidencyjnym 29036.
W internecie znalazłem informację, że n.p. numer 29756 został wydany w 1917 roku.

Tu krótka informacja o tej firmie: istniała od 1885 roku do 1944 roku i była największym niemieckim producentem kart pocztowych:

https://de.wikipedia.org/wiki/Stengel_%26_Co

Historia odbiła się czkawką, i w ten sposób dowiedzieliście się o istnieniu firmy wydawniczej „Stengel & Co. G. m. b. H.”

Reblog przedwielkanocny z Malty

Udało mi się nadzwyczajnie, bo na dziś i na jutro dosłownie w ostatniej chwili nadpłynęły wspaniałe teksty.

Piotr Beszczyński

Wszystko, co maltańskie…

Jak zapowiedziano w marcowym wpisie, tak zrobiono. Udano się mianowicie na Maltę, przy wykorzystaniu niedrogiego aeroplanu, łączącego dwa razy w tygodniu ten sławny archipelag z Gdańskiem.

Jak na dłoni widać, że wyspy (Malta jest główną i największą) ulokowały się pośrodku Morza Śródziemnego. A że przez tysiąclecia jego wybrzeża stanowiły pępek cywilizacji (przynajmniej z naszego, europejskiego punktu widzenia), to na Malcie siłą rzeczy krzyżowały się najważniejsze morskie szlaki śródziemnomorskiego świata, zaś ich kontrola poprzez panowanie nad wyspą nęciła wszystkie liczące się w historii Europy imperia. Rzucającym się dzisiaj w oczy tego efektem jest wymieszanie genetyczne nielicznej ludności państewka (niespełna pół miliona, tyle co Gdańsk), unikalny język, oraz ogromna ilość interesujących zabytków, z których najstarsze mają grubo ponad 5 tysięcy lat.

Nie chcąc zanudzać Czytelników opisem zawiłych losów historycznych, odsyłam zainteresowanych do nieocenionej Wikipedii, gdzie znajdą kompendium wiedzy o Malcie. Poniżej zaś dzielę się refleksjami z zaledwie dwudniowego pobytu wedle klucza, gdzie nazwa wyspy występuje w formie przymiotnikowej. Ilustracje to zdjęcia naszej roboty oraz szkice autorstwa Ani.

  • Maltańska artyleria i maltańska duma

Strzelająca raz dziennie na wiwat nadbrzeżna bateria jest jedyną aktywną (w widoczny sposób) pozostałością militarnej przeszłości Malty : niezliczonych bitew, oblężeń, ostrzałów i nalotów. Dramatyczne epizody trwają w pamięci, jednak prawdziwym powodem dumy Maltańczyków jest ich skok cywilizacyjny w ostatnich latach, wyraźnie związany z członkostwem w Unii Europejskiej. Duma narodowa może być, jak widać, radosna i optymistycznie skierowana ku przyszłości, zauważana i doceniana przez inne nacje. Bywa jednak również inna: pełna pretensji, obolała, konstruowana i dekretowana w myśl politycznych potrzeb rządzących, wykrzykiwana przez nich zdziwionemu światu. Wolę tę maltańską.

  • Maltańska prezydencja i maltańska „arogancja władzy”

Malta sprawuje aktualnie prezydencję Unii Europejskiej, stąd większa zapewne niż zazwyczaj ilość unijnych symboli w publicznych przestrzeniach.

Natomiast widoczne poniżej oznaczenia rezerwacji miejsc parkingowych na ulicy dla Urzędu Premiera, Prezydenta, Ministra Spraw Zagranicznych, Prokuratora Generalnego czy Rzecznika Praw Obywatelskich, to jedyne przejawy wynoszenia się władzy państwowej ponad ogół.

No, jeszcze warta przed Pałacem Prezydenckim (za czasów Kawalerów Maltańskich – siedzibą Wielkiego Mistrza)

  • Maltański krzyż, maltańska religijność i maltański język
    X

Charakterystyczny, o równych i rozdwajających się na końcach ramionach, wywodzi swój pierwowzór ponoć z italskiego Amalfi, gdzie były zaczątki działalności Joannitów – Szpitalników – Kawalerów Maltańskich (zarys dziejów tego zakonu można sobie także przypomnieć, wracając do marcowego wpisu tego blogu), których stał się znakiem rozpoznawczym. Do dzisiaj wszechobecny w maltańskim krajobrazie, nie mówiąc o kościelnych wnętrzach (na ostatnim zdjęciu poniżej nie ma wprawdzie krzyża, jest za to sugestywny, bardzo typowy fragment posadzki)


Malta to kraj niemal w całości katolicki, jednak frekwencja w kościołach nie jest duża (być może wynika to z wyjątkowo wysokiego wskaźnika świątynioosobowego, bo kościołów jest mnogość, a mieszkańców niewielu). Wrażenie robi natomiast liturgia sprawowana w unikalnym języku maltańskim, melodyką chyba najbardziej przypominającym arabski. Fachowcy zaliczają maltański do grupy języków semickich (podobnie jak hebrajski czy arabski), spośród których jako jedyny zapisywany jest alfabetem łacińskim.

Z językami spotykamy się na wyspie także w nieco innym znaczeniu; tak mianowicie (Langua) zwano grupy narodowościowe w strukturze Zakonu Maltańskiego. Każdy z „Języków” odpowiadał za obronę innego odcinka fortyfikacji i każdy posiadał swój okazały dom modlitwy (i nie tylko modlitwy zapewne), zwany po prostu oberżą.

Jak rycerz nie zdzierży, bieży do oberży! (chyba niezłe na dyktando!)

  • Maltańscy Kawalerowie, maltańskie panny, maltańska młodzież

O Kawalerach Maltańskich trochę już było; najbardziej czytelne ich wizerunki znaleźliśmy w sklepie z pamiątkami:

W centrum stolicy stoi natomiast okazały pomnik Wielkiego Mistrza Jeana de la Valette, który po odparciu tureckiego oblężenia w 1565 roku, kazał wybudować od podstaw miasto, nazwane jego imieniem (Valetta).

Raz Kawaler Maltański, obrońca Valetty,
w przerwach między wojnami jął szukać podniety.
Próbował budowy szańców i odmawiania różańców,
lecz w końcu grzeszne oko dojrzało… kobiety!

W odróżnieniu od Kawalerów, panny maltańskie spacerują po ulicach „na żywo”.

Maltańską młodzież szkolną oprócz daty urodzenia wyróżniają jednolite mundurki, co budzi zrozumiałe zainteresowanie uczestników studenckich wycieczek uniwersytetów trzeciego wieku.

  • Maltańska fauna

Maltański pies (maltańczyk) – podobnie jak w przypadku Kawalerów Maltańskich nie udało się zaobserwować żywego egzemplarza, dlatego przedstawiam wizerunek wiszący w pałacyku rodziny Piri (warto też zwrócić uwagę na twarze odbite w szybie chroniącej obraz:)

Maltański pies z importu (dostępny na dworcu autobusowym):
X

Maltański wieprzek (w towarzystwie):
X

Maltański królik (próbowaliśmy, niezły):
X

Maltański koń zaprzęgowy (z kuposprzątaczem):
X

Maltański sokół roczna zapłata wnoszona przez Wielkiego Mistrza cesarzowi Karolowi V za podarowanie Malty zakonowi Joannitów. Naturalnie cesarz kalkulował znacznie większe korzyści z transakcji, mające strategiczny charakter, w czym się nie zawiódł. Ptaszysko jednakowoż stało się znanym symbolem, a także pożywką dla twórczości literackiej i filmowej. Najłatwiej spotkać je dzisiaj tam, gdzie sprzedają souveniry:
X

Maltańska martwa natura – jak pewnie zauważyliście, większość przedstawionej tu maltańskiej natury wygląda na martwą. Dla uzupełnienia jeszcze jedna, nie wiadomo dlaczego – z Buddą:
X

    • Maltańskie Trójmiasto (10 minut promem z Valetty)
      X

      X
    • Maltańska bandera (tania) – chętnie wykorzystywana przez armatorów w zrozumiałym celu ograniczenia obciążeń podatkowych. Rodzimy ślad: maltańską banderę noszą statki Polskich Linii Oceanicznych.
      X

      X
    • Maltańskie balkony – zabudowane, stanowią bardzo charakterystyczny element miejscowej architektury (zwłaszcza w Valetcie):


      Maltańskie landszafty








      Zazwyczaj na zakończenie wpisu umieszczałem kilka słów komentarza do jakiegoś „świeżego” wydarzenia. Tym razem będzie inaczej, bo wpis powstawał w okolicy 10 kwietnia; wszystko zatem powyłączałem, aby odciąć się od medialnej tupolewizny. Wiem wszakże, że Wielkanoc nadchodzi i wkrótce dobiegnie końca niezwykły czas Wielkopostnego Zdziwienia Wątroby. Zalecam sobie i innym stopniowe oswajanie tego organu z okolicznościami świątecznymi, jak również zwrócenie uwagi na duchowy wymiar przeżyć najbliższych dni. Życzę spokoju, pogody, optymizmu mimo wszystko, no i zdrowia, ma się rozumieć. Alleluja!!!

Zamiast kazania przedpaschalnego

Roman Brodowski już od lat zapewnia nam duchową strawę w pierwsze piątki miesiąca, tak sobie w te dni filozofując na temat ludzkiego życia, przy czym niekiedy bardziej zajmuje go sfera profanum, niekiedy sacrum, niekiedy polonicum, a czasem również politicum…

Roman Brodowski

Rozważania filozoficzno-religijne

Pascha – czyli najważniejsze święto chrześcijańskie. Święto Wielkanocne, w kościele katolickim rozpoczynające się Wielkim Piątkiem, a kończące, tradycyjnie, lanym poniedziałkiem, w dzieciństwie i wczesnej młodości było dla mnie świętem wyjątkowym, doniosłym i tajemniczym.

Wychowany w duchu teologii kościoła rzymsko-katolickiego, zarówno dzień Śmierci jak i Zmartwychwstania Pańskiego pojmowałem, zgodnie z tym czego mnie nauczono, jako dni mające przypominać mi o ofierze, jaką złożył za nas Jezus zwany Chrystusem i Synem Bożym. On, oddając swoje doskonałe życie – tak uczy nas katecheza – złożył okup za nas, uwolniając w ten sposób cały ludzki ród od grzechu pierworodnego i w ten sposób otworzył wrota nadziei na zmartwychwstanie w dniu ostatecznym. Innymi słowy – umożliwił otrzymanie życia wiecznego.

Jednak mój beztroski, naiwny okres dzieciństwa powoli przemijał, a ja w porywie rozwoju intelektualnego zacząłem odczuwać potrzebę poznania tej, tak zwanej, „wielkiej tajemnicy wiary”. Im głębiej zanurzałem mą „ciekawskość” w historii , filozofii i, wypełnionej wielobarwiem dogmatów, teologii chrześcijaństwa, tym bardziej zastanawiałem się nad wpływem religii na rozwój mej osobowość, zwłaszcza w sferze emocjonalnej.

Dzięki poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie, a dotyczące wiary pytania, oraz potrzebie poznania i zrozumienia mojej pozamaterialnej przestrzeni, jaką była właśnie wiara, powoli ale systematycznie zacząłem odkrywać dla siebie tajemnice chrześcijaństwa. Niestety obraz rzeczywisty kościoła, jaki zaczął mi się wyłaniać, był, powiedzmy, daleki od moich dotychczasowych wyobrażeń.

Wcześniej, byłem przekonany, iż „wiara” i przynależność do wspólnoty religijnej do czegoś zobowiązują, że wskazują drogę do zbawienia i nakreślają ramy prawa etycznego i moralnego, a każdy, kto wierzy, w swoim doczesnym życiu go przestrzega.

Głodny poznania fundamentu, na którym opiera się cała teologia katolicka, czyli Biblii, postanowiłem samodzielnie odkryć i pojąć jej zawartość, zwłaszcza w kontekście myśli religijnej i etycznej. Niestety, konfrontując poznane tak wartości z naszą rzeczywistością, zacząłem dostrzegać w moim otoczeniu wszystko, co było i co jest zaprzeczeniem tego, co jako prawdziwi chrześcijanie powinniśmy reprezentować.

Dzisiaj niestety wiem, że to, czego uczą nas nasi duchowi przywódcy oraz nasza religia ma się nijak do wskazówek zawartych w pismach zarówno apostolskich jak też ewangelicznych. Zgodnie z Księgą chrześcijanie powinni przynajmniej starać się, by być naśladowcami Chrystusa i pielęgnować w sobie pierwiastek boskich przymiotów.

Ponoć „stworzeni zostaliśmy na obraz i podobieństwo Stwórcy” – na te słowa zawarte w biblijnej księdze rodzaju 1:26 powołują się „pasterze” w naszych świątyniach – a skoro tak, to dobrze było by co najmniej starać się rozwijać w sobie przymioty tego, który jest sensem wiary, czyli Boga, a zwłaszcza ten najważniejszy, o którym wielokrotnie podczas swojej misji mówił twórca chrześcijaństwa, Jezus z Nazaretu, czyli – M I Ł O Ś Ć.

Przecież nikt inny, jak właśnie ten Wielki Nauczyciel i prorok w jednej osobie w doskonały sposób pokazał nam istotę idealistycznego Boga poprzez nie tylko słowa ale i uczynki.

„Bóg jest miłością” – czytamy w pierwszym liście Jana 4:8.

A jaka powinna być Miłość, tego również dowiadujemy się z kanonu pism, ze stron tej najstarszej Księgi Judeo-Chrześcijańskiej.

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje”. 1 Kor:13

Nie jestem kaznodzieją, więc nie będę w tym artykule poruszał wątków teologicznych, a skupię się na wykładni religijno-filozoficznej, a właściwie na tym, w jaki sposób niektórzy tzw. „chrześcijanie” rozumieją dzisiaj słowa: miłość, nadzieja i wiara w stosunku do pojęcia „bliźni”. A czynię to prowokacyjnie właśnie dlatego, że zbliża się Święto Paschy, czas na rozważenie tego, jacy jesteśmy, ile w nas Boga, czym jest cierpienie, co po nas pozostanie…

Przykładem, jakim się do tego celu posłużę, niech będzie niedawna pielgrzymka „wspaniałej” Młodzieży Wszechpolskiej do Sanktuarium na Jasnej Górze.

Młodzież Wszechpolska, jak wiadomo, na codzień utożsamia się z tzw. polskim ruchem nacjonalistycznym i zgodnie z jego wykładnią nosi na sztandarach hasła typu: „Precz z czerwoną hołotą”, „śmierć Żydom, czarnym, homoseksualistom” itd. Ostatnio pojawiły się także hasła przeciwko islamowi i wszystkim wyznawcom religii niekatolickich, bo, i to też wiadomo, „Prawdziwy Polak to katolik”. Jak widać, hasła te są wyrazem aprobaty i miłości, tej, jak mniemam, mniejszości młodzieży naszego kraju, do Boga.

Mimo iż organizacja ta wyznaje wartości, moim zdaniem, nieetyczne, biskup jasnogórski w swym kazaniu do uczestników tej pielgrzymki nie wahał się użyć w stosunku do nich chrześcijańskich superlatyw, nazwał ich kwieciem naszego narodu i porównał do młodzieży walczącej podczas Powstania Warszawskiego w „Szarych szeregach”.

Czy przykład ten nie daje nam powodu, aby zastanowić się nad tym, jaki sens miała i ma dla nas Ofiara Jezusa? Zwłaszcza w przededniu zbiliżających się Świąt?

Czy nie daje nam powodu do tego, by zadać sobie pytanie, czy, jak to określił duchowny jasnogórski, ta awangarda młodzieży polskiej, rzeczywiście w jakimś stopniu nie jest, lub nie była, odzwierciedleniem mojego własnego duchowego, emocjonalnego i etycznego wnętrza? Ile jest we mnie samym naśladownictwa Boga? i czy potrafię współczuć, nie nienawidzić, żyć tak, by„inni przez ze mni nie płakali”?

Wracając do Święta Paschy, do istoty obchodów Świąt Wielkiej Nocy, to w wymiarze teologiczno-religijnym ja osobiście nie znajduję ich merytorycznego sensu. Widzę go natomiast w wymiarze etnograficznym i kulturowym, jako dziedzictwo tradycji naszych przodków.

Jak więc była geneza Wielkanocnego Święta, jego początkowa forma, jego ciągła na przestrzeni wieków, ewolucyjna transformacja?

Według wielu źródeł historycznych już podczas soboru nicejskiego w 325 roku ustalono, że Wielkanoc będzie corocznie obchodzona w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, albowiem z chronologii biblijnej wynika, że Jezus zmarł w dniu trzynastym miesiąca nisan, czyli trzynaście dni po wiosennej pełni księżyca.

Natomiast zgodnie z tradycją kościoła to najważniejsze ze wszystkich świąt chrześcijańskich, święto upamiętniające misterium paschalne Jezusa, jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie obchodzono już wcześniej, jeszcze w czasie, gdy żyli apostołowie. To oni ponoć w okresie, kiedy Żydzi obchodzili Paschę, świętowali dzień śmierci swojego „Rabbi ”, gdyż cud zmartwychwstania dokonał się dzień po uroczystościach żydowskiej Paschy, upamiętniającej dzień wybawienia Żydów z niewoli egipskiej.

W początkowej fazie chrześcijańskie święto paschalne miało charakter stricte religijny i rozpoczynało się Rezurekcją, czyli procesją połączoną z nabożeństwem. Trwało jeden dzień, a celem jego było przypomnienie wiernym i światu dnia zmartwychwstania pańskiego, oraz znaczenia tego faktu dla ludzkości.

Na przestrzeni wieków kolejni Biskupi Rzymu czyli Papieże wprowadzali do tego święta nowe wątki religijne, jak na przykład post, czy poszerzali liturgię o dalsze elementy posługi sakralnej.

Z czasem, w okresie ewangelizacji Europy, dla złagodzenia często wrogich Kościołowi nastrojów społeczeństw lokalnych, dopuszczono łączenie nowego porządku religijnego z tradycją i wierzeniami danego obszaru. Dlatego też na różnych terenach w obrębie wszystkich religii nicejskiego wyznania wiary, ba, niekiedy w obrębie tej samej społeczności wyznaniowej, na przykład katolickiej, spotykamy odmienne formy adoracji Jezusa podczas obchodów Świąt Wielkanocnych (zresztą, dodajmy, nie tylko w okresie Wielkiej Nocy).
Aby w ramy świętowania oprócz czystej formy chrześcijańskiej zmieścić inne wierzenia i tradycje, mamy dziś dwa, trzy, a nawet cztery dni „wielkanocnej zadumy”.

Na naszym, polskim podwórku z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych. Niektóre z nich wywodzą się ze starosłowiańskiego „święta Jarego” (był to słowiański obrządek religijny kończący zimę ku czci bóstwa Jaryły), jak na przykład śniadanie wielkanocne, pisanki, święcone, śmigus-dyngus czy też palma wielkanocna.
Dzisiaj niestety Święto Zmartwychwstania zawłaszczyła totalna komercja. Tradycja i wierzenia powoli odchodzą do lamusa, świąteczna atmosfera ginie na sklepowych regałach pod postacią wielkanocnych ciast, upominków, pisanek i dewocjonaliów, na kilka tygodni przed świętami. Stroikami wielkanocnymi przyozdabia się nie tylko witryny sklepowe, ale i biura czy urzędy, ale obfitość dekoracji tym bardziej odbiera temu niegdyś rzeczywiście religijnemu wydarzeniu wszelką wartość sacrum, zamieniając je w jeszcze jedną bezduszną, świecką tradycję.

Bez wzgędu na to, jak się do tego święta odnosimy, wiemy, że od wieków towarzyszyło ono naszej nie tylko katolickiej, ale i polskiej, historycznej rzeczywistości.

Zanim więc niebawem usiądziemy do rodzinnego, wielkanocnego stołu, zanim staniemy w naszych „stajenkach” po duchową strawę od naszych „pasterzy”, pomyślmy o tym, jakie znaczenie mają dla nas te Święta, co czynimy dla innych, by chrystusowa ofiara żyła w naszych sumieniach, by nie słowami a uczynkami dać sobie i naszym bliskim świadectwo prawdy jakim jest „Miłość” – bo bez niej nie ma wiary.

Szanujmy i tolerujmy się nawzajem, bez względu na kolor skóry, narodowość, płeć, wyznanie, orientację i przynależność. Żyjmy obok siebie, ze sobą i dla siebie, bo tego uczył Ten, w którego dzień zmartwychwstania wierzymy. On z pewnością nie bałby się tych, którzy stanęli by obok niego w potrzebie, w niebezpieczeństwie, w chorobie, i to bez względu na zagrożenie – bo to jest siła i ważna część „wielkiej tajemnicy wiary”.

Wasz

Roman Brodowski (nie teolog)

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…

Kaziuki 2017

Roman Brodowski

Kaziuki

„Na Kaziuki do Wilna pan Kazimierz zaprosił” – tak rozpoczyna się jeden z moich wierszy napisany i poświęcony Kaziukom oraz Wilnu. Pisałem już TU o tym święcie, ale przypomę je raz jeszcze.
Od ponad trzystu osiemdziesięciu lat (z przerwami) „kaziukowe święto” nieodłącznie towarzyszy mieszkańcom Wilna i jedgo okolic.

Dzisiaj Kaziukami nazywa się jarmark odbywający się w stolicy Litwy … i nie tylko, w dzień św. Kazimierza (4 marca). Jednakże geneza „Kaziuków” była inna, bo było to święto na wskroś religijne, z procesją, modłami oraz odpustem. Typowe święto liturgii rocznicowej przypominające o dniu śmierci królewicza Kazimierza wyniesionego przez papieża Klemensa VIII w 1602 roku na ołtarze,

Kim był dzisiejszy patron Litwy, a dawniej i Rzeczypospolitej, św. Kazimierz?

Był drugim z kolei synem Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki.
Znany był z dobroczynności, często utożsamiał się z biedotą, prowadził ascetyczny tryb życia, głęboko pobożny czciciel Eucharystii i Maryi.
Urodził się 3 października 1458 roku w Krakowie (na Wawelu), zmarł 4 marca 1484 roku w Grodnie.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Żył 26 lat, ale mimo bardzo krótkiego życia pozostawił po sobie obraz prawdziwie oddanego sługi Boga i …nędzarzy. Do dzisiaj stawiany jest za wzór człowieka, który konsekwentnie realizował wytyczoną przez siebie misję – pomocy i miłosierdzia wobec potrzebujących i cierpiących. Często powtarzał o sobie, że „ prawdzwy królewicz nie może nic przystojniejszego czynić, jak w ubogich służyć samemu Chrystusowi” . Z informacji zapisanych w kronikach wynika , że od najmłodszych lat, pod wpływem duchowności franciszkańskiej, akcentującej ascezę, wiele czasu poświęcał na modlitwę, połączoną z wielogodzinną adoracją Najświętszego Sakramentu , oraz kontemplacją męki oraz śmierci Jezusa.

wilno-11

Młodego królewicza do prawdziwej, królewskiej dorosłości przygotowywali tak znamienici nauczyciele jak Jan Kanty, Jan Długosz czy też przybyły z Wenecji na Wawel, humanista, poeta i prozaik piszący w języku łacińskim Filip Kalimach (Filippo Buonaccorsi). To dzięki ich nauce królewicz, młodzieniec pełen wiedzy i wrodzonej inteligencji, mógł bez przeszkód sprawować powierzone mu przez ojca, Króla Polski, ważne w królestwie funkcje. Jego mądrość i dojrzałość były powszechnie podziwiane, nie tylko w Polsce, ale i na znamienitych dworach ówczesnej Europy.
Już w wieku trzynastu lat wyruszył na Węgry, by przyjąć dla rodu Jagiellonów tamtejszą koronę, którą zaproponowali mu Węgrzy, występujący przeciwko Maciejowi Korwinowi. Kazimierz, pamiętając, że Korwin jest siostrzeńcem Władysława Pogrobowca, wroga Jagiellonów, wypowiedział mu wojnę. Wyprawa pod wodzą Piotra Dunina wyruszyła 2 października 1471 roku, ale zakończyła się porażką, gdyż polska armia była nieliczna, a zabrakło jej wystarczającego wsparcia ze strony tamtejszych magnatów. W efekcie Kazimierz wrócił do Polski.

Nieudana wyprawa była dużym przeżyciem dla tego wrażliwego chłopca.

Gdy miał lat 23 był podczas nieobecności Kazimierza Jagielończyka , który przebywał z trzyletnią misją na Litwie, wyznaczonym przez ojca namiestnikiem i sprawował faktyczną władzę w królestwie. W tym czasie nosił tytuł “secundogentis Regis Poloniae” i rezydował w Radomiu.

wilno-009Dał się poznać jako sprawiedliwy i zatroskany o ubogich władca. Był jednak też zręcznym politykiem i z powodzeniem dbał o bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne państwa oraz swoich poddanych. Właśnie w Radomiu Królewicza zaczęły coraz bardziej trapić choroby. Okazało się niestety, że jest chory na gruźlicę. Przyczyną jego choroby mógł być ascetyczny tryb życia, a więc naśladowanie Chrystusa i miłość bliźniego w duchu św. Franciszka. Królewicz praktykował codzienną ascezę, nosił włosiennicę, uprawiał długotrwałe posty, spał na podłodze, unikał nie tylko rozrywek, ale i wypoczynku.

W związku z pogarszającym się stanem zdrowia późną wiosną 1483 r. został odwołany do Wilna.

Za te wszystkie przymioty, za troskę jaką okazywał mieszkańcom Wielkiego Księstwa, Kazimierz również na Litwie zyskał sobie wśród ludności wdzięczność i popularność.

Pomimo choroby pod koniec 1483 r. wraz z ojcem wybrał się w podróż do Lublina na zjazd szlachty królestwa. Jednakże ta podróż okazała się zbyt ciężka, tak że względu na stan zdrowia zatrzymał się w Grodnie. Król po otrzymaniu informacji w lutym 1484 r. o agonalnym stanie syna przerwał obrady i przybył do Grodna. Tam też w obecności ojca Kazimierz zmarł 4 marca 1484 r. Został pochowany w Kaplicy noszącej jego imię, w katedrze wileńskiej.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Wybrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Uni Lubelskiej z 1569 roku.

Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem rodzimego patrona, który był potrzebny dla religijnego prestiżu tego narodu i to Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi

wilno-3Zgodnie z obowiązującą zasadą liturgii kościelnej dniem wspomnienia świętego Kazimierza został dzień jego śmierci – czwarty marca.

W 1950 roku, Pius XII ogłosił Kazimierza patronem młodzieży litewskiej.

Na przestrzeni kilkuset, lat w powolnej ewolucji, święto kościelne przekształciło się w regionalne święto Kaziuki, tradycyjny dla Wilna radosny jarmark, w którym przeplatają się zwyczaje kościelne, ludowe i pogańskie, jak chociażby witanie nadchodzącej wiosny.

Kaziukowe jarmarki organizowane są w Wilnie od 1636 roku, rozpoczynają się zawsze w dniu św. Kazimierza, czyli 4 marca i choć dawniej trwały dwa tygodnie, teraz trwają dwa dni. Rozpoczyna je przemarsz ulicami Wilna orszaku przebierańców, handlarzy i kuglarzy. Na czele pochodu jedzie na koniu przebrany za św. Kazimierza wilniuk.
Nad Wileńką, na terenie starego miasta rękodzielnicy, rzemieślnicy, producenci żywności oraz inni handlarze rozstawiają jarmarczne stragany. Powstają regionalne karczmy, stoiska kulinarne oraz miejsca zabaw dla dzieci. Co kilkaset metrów na prowizorycznych scenach ludowi artyści zabawiają wilniuków śpiewem, tańcem, poezją i dobrą ludową muzyką.

wilno-008-kopie

Od jakiegoś czasu również i inne miasta, zarówno na Białorusi jak i w Polsce, organizują Kaziuki. W Grodnie od lat czwartego marca Związek Polaków na Białorusi, przy wsółpracy z innymi grodnieńskimi organzacjami kulturalnymi, korzystając z doświadczeń Wilna, także obchodzi swoje jarmarczne święto.
A i w Szczecinie, Białymstoku, Gorzowie i wielu innych miastach, wszędzie gdzie znajdują się ośrodki kultury kresowej, czy też skupiska przesiedleńców kresowych, zwłaszcza z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, pielęgnuje się tradycję kaziukowego święta.

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilnia
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie ma w Gdańsku,
w Warszawie.

Setki różnych kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I… z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy, Łotwy, Estonii,
Białorusi i naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
Że do kupna są chęci
Dla przyjaciół, dla siebie
dla brata.

Tak, tradycja wspaniała!
„Kaziukowe jarmarki ”
Świeto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Nie zobaczysz go w żadnej
Ze stolic

Wilno, 04.03.2009

wilno-007