Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego:

Ludzie z Facebooka 2 Didi Stone Veron

Poznałam go wprawdzie na żywo na dworcu głównym w Berlinie kilka tygodni temu, w pewną jesienną niedzielę o poranku. Zwrócił moją uwagę, bo był super ubrany, podeszłam więc i zapytałam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. W końcu okazało się, że zdjęcie zrobi nam wspólnie, jemu i mnie, jego kumpel. Zrobił ich chyba 40, wszystkie takie same i wszystkie nieostre. Wsiedliśmy razem do pociągu do Rathenow, oni wysiedli w trzy minuty później czyli na Spandau, my pojechałyśmy dalej. Teoretycznie na grzyby. Grzybów jednak nie było, za to spadł deszcz i w trzy dni później zaczął się wysyp.

Zamieniliśmy ze sobą co najwyżej pięć zdań, głównie się śmialiśmy. Była to ewidentnie tzw. znajomość nowojorska. Pamiętam, że gdzieś kiedyś taki termin przeczytałam u Vonneguta; jeśli zamieniłeś z kimś kilka słów i uścisnęliście sobie dłonie, to jesteście znajomymi nowojorskimi. I możecie się chwalić tą znajomością do końca życia.

No więc zostaliśmy znajomymi nowojorskimi, ale to dopiero twarzoksiążka mi uświadomiła, jaką niezwykłą osobę spotkałam i kto jest teraz moim “przyjacielem na Facebooku”.

Didi co weekend publikuje na FB różne komentarze na temat tego trzydniowego dnia, który jest w Berlinie dniem najlepszym pod słońcem, bo nie trzeba pracować i można się zajmować życiem (choć Bogiem a prawdą w Berlinie weekend jest przez cały tydzień). Teksty są bez znaczenia, chodzi raczej o podkreślenie radości:

All about the week End! Enjoy ur live And be in love with God. More blessings and happyness for all of US. Bonne fin de week End! Kaviar Diesel de Berlin

C moi veron kaviar Diesel de berlin! Bonne nuit à tous!

Juste une affaire à suivre.
Bon Week end à tous
Veron Diesel de berlin.

War sehr schön das Wochenende.
Ich wünsch euch allen einen guten rutsch ins neue.
Diesel de berlin!

Diesel – włoska firma designerska – ma w Berlinie 18 sklepów z modą. Didi przynosi zaszczyt wszystkim. Od czasu do czasu na FB pokazują się kolorowe jak rajskie ptaki zdjęcia mody dla mężczyzn, ale uważam, że Didi bije wszystkich…

Miłego adwentu, moi mili! Minęła Pierwsza Niedziela Adwentu nadchodzi Druga. Urządźcie przyjęcie, zaproście gości, otwórzcie kolejne drzwiczki w kalendarzu adwentowym, zapalcie pierwszą świeczkę, a potem drugą, a przy okazji pamiętajmy, że od 2 do 10 grudnia święcimy Hannukę. Albo jak to mówią Niemcy Weihnukka (Bożukka?) ugotujcie coś pysznego, ubierzcie się kolorowo, dajcie sobie jakiś drobiazg…

Adwent

Ewa Maria Slaska

Tyle razy pisałam już o adwencie, że postanowiłam nie powtarzać sama siebie, tylko sama siebie zacytować, przypominając niektóre z opowieści i przepisów.

W Niemczech wszyscy wszystkim składają dziś życzenia, które brzmią ni mniej ni więcej (to jednak dokładny naród) – miłego pierwszego Adwentu! Też Wam życzę.

Opowieść o pomarańczach

Adwent to czekanie. Byliśmy mieszkańcami świata zwanego Komuną, wiedzieliśmy znakomicie, że na wszystko trzeba czekać, często bez obietnicy, że się doczekamy. Nauczyliśmy się stanowczego stania w kolejkach, wytrwałego trwania przed sklepami, zapobiegliwego zapisywania się na listy… I gdy na Zachodzie kolorowy świat z filmów kupując smakołyki i prezenty czekał na przyjście Pana, tak my czekaliśmy na mięso, cukier, masło, mieszkanie, a przed świętami jeszcze na statki z pomarańczami. Statek z pomarańczami wypłynął wczoraj z Kuby… Statek z pomarańczami wpłynie najprawdopodobniej za trzy dni… Statek z pomarańczami stoi na redzie. Takie komunikaty otrzymywaliśmy w gazetach i w radio, a może nawet, przyznaję, że nie pamiętam, w wiadomościach telewizyjnych.
Bywały i inne statki, przywoziły rodzynki, grapefruity, traktory lub paszę dla świń. Ale żadne z nich nie budziły takich emocji jak owe statki z pomarańczami. Nigdy się wtedy nie zastanawiałam nad tym, czy te pomarańcze miały być tylko dla nas, mieszkańców Trójmiasta, czy też dzieliliśmy się dostawą z resztą Polski. Ile w ogóle było tych pomarańczy? Współczesny statek kontenerowy ma ogromną ładowność, przekraczającą nawet 500 tysięcy ton. Największe statki zbudowane dotąd w Polsce to seria masowców o nośności ok. 150 000 ton. No ale to na pewno nie takie kolosy płynęły 40 czy 50 lat temu na Kubę, żeby przywieźć do Gdańska twarde pomarańcze o plamiastej zielono-pomarańczowej skórce. Załóżmy dla prostego rachunku, że przywieziono 20 tysięcy ton tego wspaniałego owocu (który nota bene w kubańskim wydaniu wcale nie był wspaniały). W kilogramie mieściło się pewnie 5 sztuk, co daje łącznie 100 000 000 pomarańczy. Sto milionów? Naprawdę? Po 2,5 sztuki na głowę mieszkańca? Jeden statek zaspokajał adwentowe potrzeby całego kraju??? Nie wiem, w głowie mieszkańca mi się nie mieści. Zawsze się to nam wydawało okropnie mało, taki jeden statek, dlatego chyba nie pyskowaliśmy, że można było kupić tylko po kilogramie, a może nawet po prostu po sztuce na głowę… A przecież jeżeli umiem liczyć, to mogliśmy dostać nawet po dwie pomarańcze na głowę!

Dobrze pamiętam natomiast, co myśmy wtedy z tymi pomarańczami robili – kroiliśmy je w poprzeczne plastry i wkładaliśmy do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. I stale ktoś z nas podchodził do dzbanka i wtykał nos pod przykrywającą go ściereczkę. Te pomarańcze w ogóle nie miały smaku, ale pachniały i to już tworzyło nastrój prawdziwych świąt.

Opowieść o 11 listopada

Adwent to cztery ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia. To wie w Polsce każdy katolik, bo pierwsza niedziela adwentu to jednocześnie początek roku liturgicznego. Nie jest to święto ruchome, w takim sensie jak Wielkanoc i inne święta zależne od niej kalendarzowo, ale jednak data jego co roku się zmienia. W tym roku pierwszym dniem adwentu jest dzisiejsza niedziela czyli 2 grudnia. Z lekcji religii każdy z nas na pewno pamięta, że w adwencie “zabaw hucznych nie urządza się”. Dlatego starano się nie brać ślubów w adwencie. Myślałby kto, że jest to zasada obowiązująca w całym świecie katolickim. A bogdaj to…

W Niemczech, i tych katolickich, i tych prostestanckich, i tych ateistycznych, a też i innowiernych, okres adwentu to okres zabawy jak najbardziej hucznej, bo niemiecki karnawał zaczyna się 11 listopada o godzinie 11:11. Co jednemu święto Wyzwolenia a innemu Zakończenia I Wojny Światowej czy wręcz Kapitulacji, to Niemcowi moment wyciągnięcia z szuflady czerwonego nosa na gumce albo srebrnej sukni wieczorowej w złote płomienie jaką miała niedawno na sobie Renée Zellweger (ach!)

Adwent to w krajach protestanckich wieniec adwentowy z czterema świeczkami, domki z piernika, kalendarze adwentowe i ich lokalne odmiany, np. wizyty krasnoludków, ciasteczka adwentowe, dekoracje adwentowe, przygotowania do Bożego Narodzenia (pierniki, figurki do szopki, ozdoby choinkowe, pocztówki świąteczne, prezenty…), w Polsce jeszcze Andrzejki i Barbara, wszędzie Mikołaj, wszędzie tam, gdzie są Żydzi – Chanuka (też się dziś zaczyna!!!), w Skandynawii jeszcze ekstra – Santa Lucia i Julklap…

W każdym razie zaczął się adwent i trzeba upiec ciasteczka. Co najmniej kilka rodzajów. I powinny doczekać przyjścia Pana, ale niektóre ciasteczka kończą się zanim nawet adwent się zacznie. Tak bywa. Albo powiem więcj, tak właśnie jest. A jeśli jest inaczej i raz upieczone ciasteczka starczają bez dalszych wypieków aż do Nowego Roku, to tylko dlatego że (widziałam na własne oczy!) puszcza się w obieg zamkniętą puszką z ciasteczkami, każdy, gość i domownik, otwiera puszkę, wyjmuje ciasteczko, zamyka puszkę i podaje ją dalej. Raz w ciągu wizyty! No ale tego wszak nie będziemy polecać…

Ciasteczka dla Elizy

przepis na niemieckie pierniki “Elisenlebkuchen” z Norymbergi, nazwane tak w XIX wieku ku czci córeczki jednego z piernikarzy. Sam przepis pochodzi z XVI wieku.

elisenlebkuchen

70 g masła
170 g cukru
jajka
200 g mielonych orzechów
łyżka kakao
łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków
100 g rodzynek
125 ml mleka
250 g mąki
pół torebki proszku do pieczenia
100 g skórki pomarańczowej usmażonej w cukrze
paczka polewy czekoladowej
posiekane pistacje lub migdały

Tak! To pierniki bez miodu!

Masło, cukier i jajka ukręcić mikserem na masę o konsystencji kremu. Mikser odłożyć. Już go nie będziemy tu potrzebować. Dodać orzechy, skórkę pomarańczową, mleko i przyprawy. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać ręcznie.

Posmarować blachę tłuszczem. Wykładać ciasto na blachę – 1 piernik to 1 łyżka stołowa ciasta. Podana porcja ciasta starczy na dwie blachy. Piec 20 minut w temperaturze 220°C.

Ostudzić. Pokryć glazurą, posypać posiekanymi pistacjami lub migdałami.

Te pierniki są nadzwyczaj wręcz pyszne!

Światła w noc

Adwent to najczarniejsza część roku. Tak czarna, że chwała niech będzie protestantom, iż wymyślili, że trzeba ją rozweselić światłami. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o światło symboliczne, o to, że przypominamy sobie narodziny Jezusa, ale też oczekujemy jego ponownego przyjścia w chwale. Ale jednak symboliczne światło świeci również jak najbardziej realnie. Jest czarno, zimno i ponuro, a my wracamy do domu i zapalamy światła w noc. Katolicki adwent był czarny, wstawało się rano i szło się czarnymi ulicami do ciemnego kościoła na roraty. Jak jest teraz, oczywiście nie wiem. Niemiecki adwent po prostu tonie w światłach, a od wielu lat świetlne pomysły przekroczyły już granicę i w Polsce też już wszędzie świecą się okna, balkony, ogrody, dachy… Bardzo to lubię. Łańcuchy świateł wokół okien, świeczki pod herbatą, świeczka przy komputerze, grube świece w adwentowym wianku, no i wreszcie ukoronowanie tej świetlnej orgii czyli choinka.
Kicz? No tak, jasne, kicz…

Reblog: jedno zdjęcie

Kontynuując tematykę święta zmarłych i naszej pamięci o tych, którzy odeszli…

Hanna Szurczak

Pamięci mojej praprababci, Justyny Stengert
i Jej córki, Wandy – kobietom,
którym wyzwolenie odebrało godność i życie

Historia jednego zdjęcia

Był 1 listopada 2017 roku. Jak co roku szłam odwiedzić groby bliskich, krewnych i znajomych, na cmentarzu legnickim. Tym razem do co roku większej liczby zniczy dodałam jeszcze jeden. Chociaż trudno w to uwierzyć, to ja – urodzona i mieszkająca w Legnicy ponad 50 lat – nie wiedziałam nic o murze okalającym cmentarz komunalny przy ulicy Wrocławskiej. Dopiero wywiad z Marcinem Makuchem, obecnym dyrektorem Muzeum Miedzi w Legnicy i założycielem Fundacji Liegnitz.pl uświadomił mi, z czego powstał. A powstał w latach 70 XX wieku z „niepotrzebnych” płyt nagrobnych dawnych mieszkańców Legnicy.

Liegnitz, bo taką nazwę nosiło nasze miasto do 1945 roku, było dużym i znaczącym miastem niemieckim. W 1933 roku miało 76 504 mieszkańców, a w kolejnych latach liczebność ta wzrastała. Szacuje się, że w chwili zakończenia wojny doszła do 85 000.

Idąc wspominać swoich zmarłych postanowiłam zapalić znicz tym zapomnianym przez historię, pozbawionym potomków, bezimiennym legniczanom i legniczankom. Ustawiłam znicz pod murem i jego światło przez kilka godzin przypominało o ich istnieniu. Zdjęcie umieściłam na profilu Ratując pamięć na Facebooku, skąd trafiło na profil Liegnitz.pl. Prawie natychmiast pojawił się pod nim komentarz: „To może być miejsce pochówku mojej prababci…” Serce zabiło mi mocniej, bo choć nazwisko komentującej brzmiało z polska, to tekst był angielski. Odezwałam się do niej i tak zaczęła się jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu.

Korespondencja mailowa, prowadzona moim niezdarnym angielskim, trwa nadal i przynosi wciąż nowe odkrycia. Pozwala na poznanie historii nie tylko rodziny, ale i miasta. Pani Barbara Siwik napisała książkę o historii swojej rodziny, która nierozerwalnie łączy się z historią Legnicy.

***

Barbara Siwik, urodzona w Liegnitz w 1939 roku, pochodzi z rodziny, której przeszłość dała się udokumentować o kilka wieków wstecz. W roku 1939 jednak jej rodzice, Gertruda i Franz Larisch, byli zwykłymi obywatelami swojego miasta. Zajmowali małe mieszkanie na ul. Gerichtstraße 35 (obecnej Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego), gdzie mieli wieść spokojne życie. Wkrótce okazało się jednak, że spokojnie nie będzie – 1.09.1939 roku wybuchła wojna, która zmieniła wszystko. Chociaż Liegnitz leżało w granicach III Rzeszy, to i tutaj obowiązywały wojenne reguły. Najpierw z ulic miasta zniknęli młodzi mężczyźni, którzy pojawiali się w rodzinnych domach na krótko, ubrani w mundury. Potem zaczęli znikać dobrze znani sąsiedzi i oni już nie wracali. Tak jak Heinrich Goldmann…

Tylko wieczorem Trudl znajdowała czas, potrzebny do pisania codziennego listu do Franza.
O 10 wieczorem w końcu się położyła, ale przebudziła się o północy. Czy to zadzwonił dzwonek? Tak! Dzwonek się powtórzył – głośno, niecierpliwie.
Włączyła lampkę, włożyła pantofle, założyła podomkę i poszła przez ciemny salon. W korytarzu najpierw zapaliła światło, później otworzyła drzwi wejściowe. Przed nimi stało dwóch mężczyzn, ubranych z mundury SS.
“Żyd Heinrich Goldmann?” – zapytał jeden z nich ochryple.
“Tak, pan Goldmann tu mieszka”. Trudl wskazała na zasłonę za swoimi plecami. “Ale nie wiem, czy on…”
“Wracaj do pokoju i zamknij drzwi!” – Mężczyzna popchnął ją bezceremonialnie i odsunął zasłonę.
Drugi mężczyzna podążył za nim.
Trudl wróciła szybko do sypialni i przyłożyła ucho do okrytych tapetą drzwi do pokoju starego człowieka. Słyszała krzyki… z pewnością głos Goldmanna. Drugi głos wydawał ostre polecenia. Słychać było przewracające się przedmioty.
Czy mężczyźni szukali czegoś w pokoju starego człowieka? Czy miał coś skradzionego?
I Trudl nagle zrozumiała: SS-man powiedział “Żyd”! O Boże! Oni wezmą Goldmanna w środku nocy i gdzieś zabiorą! Co powinna o tym myśleć? Ludzie mówią o takich zdarzeniach tylko za zamkniętymi drzwiami. Ale jak ci dwaj weszli do środka? Od 10 wieczorem drzwi wejściowe są zamknięte. Ktoś ich wpuścił! Z pewnością nie Weigts! Starsi ludzie słabo słyszeli. Pomimo, że mężczyźni robili sporo hałasu na ulicy, nie obudziliby się. Schuster Pohl? Mało prawdopodobne. Rodzinna sypialnia wychodziła na podwórko. I nagle uderzyła ją myśl: to mógł być tylko Trieblich!
[…]
Kilka dni później Alfred poinformował córkę: “’Liegnitzer Tageblatt’ pisał dziś, że ostatni Żyd został usunięty z miasta. Co stało się z waszym Goldmannem? I wtedy Trudl opowiedziała…

Ojciec Barbary, wówczas Basi, włożył mundur Wehrmachtu. I w tym mundurze trafił na wschodni front. W domu pozostała Gertruda, jego młoda żona, z dwiema córeczkami: Basią urodzoną w 1939 i Moniką, urodzoną w 1941. Ostatni raz widzieli się podczas urlopu Franza, w 1942 roku. W styczniu 1943 roku przyszła wiadomość, że trafił do sowieckiej niewoli i kontakt się urwał. Los ojca pani Barbara poznała dopiero wiele lat po wojnie. Udało się ustalić, że zmarł z głodu i wycieńczenia w łagrze na Syberii.

Gdy stało się jasne, że losy wojny są przesądzone, że Niemcy ją przegrywają, nadzieją mieszkańców miasta były zapewnienia władz, że wojska radzieckie zatrzymają sie na granicy polsko-niemieckiej (mam na myśli granicę z roku 1939). Do ostatniej chwili podtrzymywano tę złudną wizję i nie pozwalano mieszkańcom na ewakuację. Aż przyszedł luty 1945 roku. Wojska sowieckie parły na Berlin i żadne stare granice ich nie powstrzymywały. Dopiero w przededniu wejścia Rosjan do miasta zarządzono ewakuację. Mieszkańcy Liegnitz mieli uciec do ówczesnego Sudetengau (obecnie Czechy). Zamierzali w ślad za wojskiem niemieckim przedostać się na linię frontu angielsko-amerykańskiego. Jednak nie zdążyli, bo w miejscowości Komotau (czeski Chomutov) doścignęła ich Armia Czerwona. Tam niemieckie kobiety dowiedziały się, co znaczy wojna… Kobiety w dobie wojny nigdy nie są bezpieczne. Przestają być godnymi szacunku i otoczonymi opieką siostrami, żonami, matkami i babkami. Stają się obiektami seksualnymi, które bierze się gwałtem, by ukarać naród, z którego się wywodzą. By pokazać, kto teraz dzierży władzę; by zabić w sobie człowieczeństwo i tak już nieistniejące od chwili, gdy odbieranie życia innym stało się codziennością. Wojna odczłowiecza, pozbawia hamulców, dopuszcza do głosu najbardziej prymitywne instynkty. A kobiety w tym morzu śmierci i gwałtu muszą przetrwać, by przetrwała nadzieja na odbudowę życia. I Gertruda przetrwała, a los sprowadził ją znowu do Liegnitz. Wróciła do domu pieszo, ze swoimi córeczkami i dwojgiem sąsiadów.

Do Liegnitz dotarli 20 maja w niedzielę Zielonych Świąt. Weszli od strony Goldbergerstraße (dzisiejsza ul. Złotoryjska). Mieli za sobą dwunastodniowy marsz na trasie ok. 300 km z dwójką dzieci, z których młodsze trzeba było przeważnie nieść.
Miasta, jakie zachowali jeszcze w pamięci, już nie było. Ring (Rynek) pokrywały sterty papierów tak gęsto, jakby to był śnieg zimą na rozległych brzegach Katzbach (Kaczawy). Wydawało się, że na placu rozsypano wszystkie dokumenty, jakie tylko były w ratuszu. Wiele budynków przy Frauenstraße (ul. Najświętszej Marii Panny) strawił pożar, wyglądający na skutek celowego podpalenia. Wyposażenie ocalałych jeszcze budynków poniewierało się na ulicy i przeważnie nie nadawało się do użytku. Wszędzie uderzał w nozdrza zapach dymu i odór zgnilizny. Nie było widać żywej duszy.
Wreszcie znaleźli się na Nepomukbrücke (most św. Nepomucena na ul. Wrocławskiej) i trwożnie spojrzeli przed siebie… Boże, nieduży dom przy Gerichtstraße (wówczas ul. Sądowa, obecnie Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego) stał na swoim miejscu! Powlekli się więc w jego stronę, mając nad sobą dźwięk dzwonów Dreifaltigkeitskirche (kościoła Świętej Trójcy).
Drzwi wejściowe do ich domostwa były otwarte na oścież. W sieni poniewierał się bezładnie porozrzucany i poniszczony dobytek dozorcy. Zewsząd roznosił się duszący fetor, jakby znaleźli się w jakiejś kloace. W rzeczy samej tak było.
Mieszkania na piętrze także stały otworem. Gertruda z drżeniem serca rozejrzała się po swoim gospodarstwie: wszędzie poniewierała się bielizna, ubrania, książki, potłuczone naczynia i sprzęty. Pierzyny porozrywano, a ich pokrywająca podłogę zawartość była wymieszana z fekaliami. Odór był wręcz nie do zniesienia.

Koniec wojny oznaczał zmianę mapy Europy. Zanim się to jednak stało, nastąpiła kolejna rodzinna tragedia…

Tej nocy Gertruda nie zmrużyła oka, a rano okazało się, że dzieci nie były tylko osłabione: obie córeczki miały wysoką gorączkę i leżały bez przytomności.
Po południu Basia oprzytomniała. Skręcały ją bóle brzucha. Wśród jęków i krzyku wydostawała się z niej krew i śluz. Chociaż wyglądało to strasznie, Gertruda wiele by dała, aby i Monika tak samo odzyskała przytomność. Ale mała leżąc cichutko, słabo oddychała pod mizerną kołderką.
Basi wróciły skurcze. Gertruda położyła ją na ceracie i czekała na rozwój wypadków. Dziecko miało 40° gorączki i nie reagowało nawet na bolesny ucisk.
Pod wieczór zjawił się w końcu weterynarz, który w tym czasie leczył i ludzi. Starszy pan przysiadł na posłaniu Moniki, wziął jej małą, ciepłą jeszcze dłoń w swoją rękę i pogłaskał ją po główce. „Ona nie żyje” – szepnął. „Obie mają tyfus. Prawdopodobnie zaraziły się dopiero tutaj. Wiem, że mieszkania służyły za wychodki, a w sowieckiej armii też grasuje czerwonka i tyfus. Ekskrementy to podstępne wylęgarnie chorób. Mała zmarła tak szybko, bo jej układ krwionośny był niewydolny. Starszej udało się przeżyć.”
Gertruda i sąsiadka owinęły Monikę prześcieradłem, a sąsiad zniósł malutkie zwłoki do piwnicy, gdzie było chłodniej.

Maj 1945 roku był niebezpieczny. Szczególnie dla Niemców. Pojawienie się na ulicy było dużym ryzykiem. Jednak Monikę należało pochować. Udało się to dzięki pomocy stacjonującej w tym samym budynku rosyjskiej żołnierki. Sama zaproponowała, że będzie towarzyszyć konduktowi żałobnemu w osobie matki i sąsiadów, odprowadzającemu dziewczynkę na miejscowy cmentarz. Monika spoczęła w wykopanym naprędce dole, okryta jedynie całunem. Miejsce nie zostało oznaczone, śmierć nie została nigdzie zapisana. Znikła ledwie dostrzegalnie dla świata – boleśnie dla najbliższych.

Podczas konferencji alianckich ministrów spraw zagranicznych na Malcie w lutym 1945 r. była mowa między innymi o przyszłym kształcie granicy niemiecko-polskiej, który miał zacząć obowiązywać od sierpnia 1945 r. po Układzie Poczdamskim. Jednak już w czerwcu od strony polskiej uzbrojeni milicjanci zaczęli wypędzać ludność, zamieszkującą ponad stukilometrowy pas na wschód od Odry i Nysy. Także Liegnitz leżało na tym terenie.

Rankiem 20. czerwca 1945 roku Gertruda otrzymała nakaz wysiedlenia.

Polski rząd nakazuje

Dnia 21 czerwca 1945 r. w godzinach od 6 do 9 odbędzie się wysiedlenie ludności niemieckiej.
Ludność niemiecka zostanie przesiedlona na zachód od rzeki Nysy. Każdy Niemiec może wziąć ze sobą nie więcej niż 20 kg bagażu. Cały inwentarz nieuszkodzony ma pozostać jako własność Rządu Polskiego. Niewykonanie rozkazu będzie najsurowiej karane, do użycia broni włącznie. Wszystkie mieszkania w mieście muszą pozostać otwarte, a klucze od mieszkań i domów pozostawione w zamkach od zewnątrz. Wszyscy mają się zebrać na rynku w kolumnie marszowej. Ci Niemcy, którzy posiadają zaświadczenie o nieobjęciu ewakuacją, nie mogą wraz z rodziną opuszczać mieszkań od godziny 5 do 14.

Następnego dnia około dziewiątej Gertruda z córką i sąsiadami znaleźli się w rynku, który ledwie mieścił wszystkich zgromadzonych. Około dziesiątej kolumna marszowa pod okiem polskiej straży konnej ruszyła wzdłuż Haynauerstraße (ul. Chojnowskiej). W większości szły w niej kobiety i dzieci w różnym wieku oraz nieliczni mężczyźni, starzy i niedołężni. Młody wiek oznaczał niebezpieczeństwo nie tylko dla kobiet, lecz także i mężczyzn, chociaż z innych powodów. Odstawiano ich do obozów albo byli rozstrzeliwani.

Konna milicja była wyposażona w karabiny i w baty, z których nie wahano się robić użytku, kiedy kolumna przystawała albo starcy poruszali się zbyt wolno.

Do Haynau (Chojnowa) było około dwadzieścia kilometrów. Pogodny letni dzień przykro kontrastował z szarym strumieniem ludzi, sunącym mozolnie drogą.
Wielu z idących miało nadzieję, że w Haynau nastąpi odpoczynek, ale konni kazali im ciągnąć dalej. Dopiero pod wieczór zatrzymali się w szczerym polu, gdzie przypadkowo pozostało po zimie sporo płotów przeciwśniegowych. Niejedna z kobiet zaraz rzuciła się na te zapory, aby robić z nich prowizoryczne szałasy. Już po samym sposobie poruszania się można było poznać, że to przebrani mężczyźni. Na szczęście polscy strażnicy nie zwrócili na to uwagi, bo póki było jeszcze jasno, rzucili się na bagaże: wysypywali i przetrząsali zawartość toreb i plecaków, zabierając to, co im przypadło do gustu. Powtórzyła się sytuacja z Chomutowa, tylko teraz nie byli to Rosjanie…

Rewizji nie uniknęli także ani Vogtowie, ani Gertruda, jednak jej wynik rozczarował rabusiów – nie znaleźli niczego godnego uwagi. Basia tymczasem spała niezauważona na porośniętej chwastami ziemi, zawinięta w kołdrę. Przykrywała sobą jak kwoczka na gnieździe kuferek, obrączkę ślubną matki i wyciągniętą z domowej kryjówki biżuterię Vogtówien.

Nazajutrz wczesnym rankiem ruszyli dalej. Kto nie miał ze sobą prowiantu, cierpiał z głodu i pragnienia. Gertruda podała dziecku kilka łyków przegotowanej wody z butelki, po czym towarzysze drogi przytroczyli jej Basię z powrotem do pleców. Niebawem zobaczyli na skraju drogi pierwszych zmarłych – starców i małe dzieci. Widok jak na trasie z Chomutowa do Liegnitz! Lato było gorące, więc zwłoki zaczynały już cuchnąć. Tego dnia kolumna zatrzymała się kilka kilometrów przed miejscowością Bunzlau (Bolesławiec).

„Szliśmy już tędy w lutym”, mruknął Georg Vogt. „Tylko teraz nie ma w mieście nic do jedzenia. Musimy oddalić się od kolumny. Na wsi może szybciej znajdziemy po piwnicach coś do jedzenia.” Wieczorem tak manewrowali w tłumie, aby się znaleźć na skraju obozowiska w miejscu, gdzie dwa pola dzielił wyschnięty strumień. Około północy wykorzystali dogodny moment i niezauważeni przez polską milicję uciekli jego korytem.

[…]

Wreszcie dotarli pieszo do Görlitz i przeszli przez Neiße (Nysę). Most wydawał się drżeć pod ich stopami, ale było to tylko złudzenie, spowodowane wyczerpaniem. Basia od czasu do czasu dreptała znowu na własnych nóżkach, co wydawało się być cudem, bo po drodze nie znajdowali prawie żadnego jedzenia. Marta Vogt i jej córki zbierały po łąkach szczaw, a potem wszyscy żuli gorzkawe liście, walcząc w ten sposób z uczuciem głodu.

Z niejasnego powodu Vogtowie i Gertruda jak i tysiące innych Niemców spodziewali się, że po drugiej stronie rzeki wszystko odzyska jakiś porządek. Jednak w Görlitz nie było żadnej administracji – ani niemieckiej, ani sowieckiej. Nikt nie wiedział, co zrobić z wysiedleńcami, panował jeden wielki chaos. W pobliżu rzeki znaleźli przynajmniej jakieś miejsce na nocleg.

Lato roku 1945 pokazało się na szczęście ze swojej najcieplejszej strony, co było wprawdzie trudne do zniesienia w dzień, ale pomocne w przypadku konieczności spania pod gołym niebem. Gertruda dalej niosła Basię na plecach i puszczała ją na ziemię tylko, kiedy córeczka wyraźnie się tego domagała. Po drodze jedli głównie leśne jagody, które żuli jedną po drugiej, jak chleb, żeby na dłużej starczało. I tak miało trwać jeszcze wiele tygodni…

***

Granica pomiędzy starym i nowym życiem została zamknięta. Uchyliła się dopiero w latach 70 XX wieku i wówczas dorosła już Barbara odwiedziła rodzinne miasto. W 1974 roku z mamą oraz znajomymi znającymi język polski, wybrała się w podróż sentymentalną. Nowa Legnica nie przypominała tej z 1945 roku – na szczęście! Nie przypominała też jednak tej zapisanej w dziecięcej pamięci. O tę pamięć zadbały matka i babka Barbary. Na ich wspomnieniach oparła się pisząc później swoją książkę.

W 1974 roku odwiedziły swoje dawne mieszkanie…

Przyspieszyli kroku, bo ich oczom ukazała się niewielka kamienica. Stała obok dwupiętrowego, świeżo odremontowanego domu i wyglądała na niezamieszkaną. Najprościej było wejść do środka przez podwórze. Zmurszałe drzwi stały otworem, te same co przed trzydziestoma laty…
Korytarz był brudny. Barbara przyglądała się nieufnie schodom na piętro. Między pozostałościami prętów poręczy, z których już dawno zeszła farba, wisiały pajęczyny, ale na zakurzonych schodach widniały ślady czyichś butów. Wreszcie stanęli przed drzwiami, za którymi spędziła pierwsze lata swojego dzieciństwa…
Barbara zapukała z lekkim wahaniem. Cisza. Zapukała znowu, głośniej. Ktoś ostrożnie uchylił drzwi. Ukazała się w nich stara kobieta. Patrzyła na nich nieufnie i spytała o coś po polsku.
Fred zrobił krok naprzód, wskazał Gertrudę i Barbarę a potem wyjaśnił, że mieszkały tu przed trzydziestoma laty, i że bardzo by chciały jeszcze raz popatrzeć na swoje dawne mieszkanie. „Czy można?”
W oczach kobiety zamigotało coś na kształt lęku, lecz otworzyła drzwi, i wskazała gestem, by weszli do salonu po lewej stronie. Gertruda i Barbara nie wierzyły własnym oczom: od pamiętnego czerwca 45 roku zatrzymał się tutaj czas! Wszystkie meble stały na swoich dawnych miejscach. Również w sypialni, do której drzwi były otwarte, zobaczyły oprócz małżeńskiego łóżka także dziecięce łóżeczko Barbary, nad którym wisiał święty obrazek z Jezusem błogosławiącym dzieci. W trzyczęściowym, ślepym lustrze toaletki ujrzały swoje zamglone odbicia. Wyglądały jak duchy.
Barbara zmusiła się, by odwrócić wzrok i wejść do salonu, gdzie wzór na tapecie dawno się wytarł. Dawniej brązowy, teraz raczej czarny, sfatygowany dywan świecił dziurami w miejscach, w których często po nim stąpano. (…) W kredensie za szkłem stało pięć kieliszków do wina i dwie kryształowe miseczki, które oparły się pasji niszczenia radzieckich żołnierzy. Obicie kanapy było mocno sfatygowane. Teraźniejszość ukazywała im przeszłość pod zasłoną z kurzu. Gertruda schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Tyle zostało z ich rodzinnego życia, które rozpoczęli przed wojną pełni nadziei i planów…
Barbara również walczyła z cisnącymi się do oczu łzami, bo nagle jej wzrok zatrzymał się na dwóch żelaznych hakach przymocowanych do futryny drzwi sypialni. Zobaczyła powieszoną na nich huśtawkę, a w niej małą dziewczynkę…
Nagle poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Stara kobieta mówiła coś do niej cichym głosem. Po jej policzkach także spływały łzy, jakby dobrze wiedziała, co czują jej niespodziewani goście…

Po tej wizycie przyszła kolej na cmentarz. Pani Gertruda chciała jeszcze raz pochylić się nad miejscem spoczynku swojej córeczki, westchnąć przy grobie prababki Barbary. Okazało się to jednak niemożliwe.

„Na cmentarzu matka ruszyła pewnym krokiem i nagle nieoczekiwanie stanęła przed murem. Za nim znajdował się lichy trawnik, na którym kilku chłopców grało w piłkę nożną. „To niemożliwe!”, wymamrotała. „Przecież dziadek Larisch pochował tutaj prababcię Luisę. (Luise Antonia Gocke, urodzona 9.04.1853 w Brzenczkowitz, zmarła 5.09.1945 w Legnicy) Gdzie są te groby?”
„Mamo, Polacy przenieśli po prostu tamte prowizoryczne groby w inne miejsce”, pocieszała matkę. „Chyba nie myślisz, że ci chłopcy grają w piłkę na mogiłach?”
Nie, oczywiście! Tego Gertruda nie była sobie w stanie wyobrazić. Ale gdzie było jej dziecko? „Monika nie żyje od prawie 30 lat. Nawet gdyby jeszcze nadal leżała na tym kawałku ziemi, nic by już po niej nie zostało”, powiedziała tym razem nieco ostrzej Barbara. „Co chciałaś zrobić? Odkopać szczątki?” Udało jej się skłonić matkę do powrotu.

Pani Barbara i jej matka zapragnęły wrócić do domu. Od tej chwili stała się nim ostatecznie Braunsbedra. Śladów pochówków ich bliskich nigdy nie udało się odnaleźć.

***

Legnica, wbrew tym wszystkim wydarzeniom, nigdy nie znikła z serca Barbary Siwik z domu Larisch. Dlatego starsza pani stała się, jako użytkowniczka Facebooka, wierną czytelniczką profilu Fundacji Liegnitz.pl. I to tam w początkach listopada 2017 znalazła zdjęcie znicza płonącego pod murem legnickiego cmentarza…

Kontakt z panią Barbarą od początku dotyczył książki, w której zawarła spory kawałek historii mieszkańców Legnicy. Opowiedziała o powojennym losie jednej rodziny, który był jednak udziałem dziesiątków tysięcy innych Niemców. Szacuje się, że 3,5 mln Niemców opuściło swoje miejsce zamieszkania lub zostało przymusowo wysiedlonych, 200 tys. z nich zginęło podczas deportacji do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, 40 tys. umarło w obozach radzieckich, a 60 tys. w polskich, 120 tys. osób padło natomiast ofiarą aktów przemocy, najczęściej z rąk czerwonoarmistów (za: Interakcje. Leksykon komunikowania polsko-niemieckiego). Los wielu z tych ofiar nie jest znany. Miejsce ich pochówku – również. Pozostają wciąż żywi w przekazach rodzinnych, opłakiwani przez kolejne pokolenia. Przez wiele lat milczano o tych wydarzeniach, o ich skali. Dopiero pod koniec XX wieku polscy historycy coraz bardziej otwarcie przyznawali, że miały miejsce. Rozpoczęły się badania archiwów, przesłuchania świadków. Zaczęto pisać książki, artykuły prasowe, kręcić filmy fabularne. Po całych dekadach przemilczeń wreszcie dano głos tym, którzy swoimi pojedynczymi losami zapłacili za przynależność do narodu niemieckiego.

Barbara Siwik nie nosi w sobie żalu. Na wszelkie możliwe sposoby przekonuje, że w wojnie nie ma wygranych. Opowiadając o dramatycznych wydarzeniach powojennych daje tego świadectwo.

Książka “Unwegsame Pfad der Zeit” (“Ciernista ścieżka czasu”) miała premierę w marcu 2018 roku. Choć wyszła w języku niemieckim, jej fragmenty, przetłumaczone przez Marię Bubrzycką, trafiły nieomalże równocześnie za pośrednictwem strony Wiejskie cmentarze ewangelickie województwa łódzkiego do polskiego czytelnika. Ciepłe przyjęcie przez legniczan, którzy dotarli do tych fragmentów za pośrednictwem Facebooka Liegnitz.pl, podsunęło pomysł na zaproszenie autorki do rodzinnego miasta. Zajęło się tym Muzeum Miedzi oraz Fundacja Liegnitz.pl, połączone osobą dyrektora Marcina Makucha.

Spotkanie autorskie odbyło się 6.10.18 w siedzibie Muzeum. Prowadziła je pani Karolina Kuszyk, autorka i tłumaczka literatury niemieckiej. Odpowiedzi pani Barbary tłumaczyła na język polski pani Aleksandra Kuśnierz. Dzięki nim opowieść o książce oraz wywiad z autorką dotarły bez jakichkolwiek
problemów do licznie zgromadzonej publiczności. Niestety chętnych do kupienia niemieckiego wydania nie było. Może warto podjąć starania, by wydać tę pozycję w języku polskim?

W tekście wykorzystałam fragmenty powieści “Unwegsame Pfad der Zeit” w tłumaczeniu Marii Bubrzyckiej, Magdaleny Jakowczyk-Styrc oraz Karoliny Kuszyk. Zdjęcia rodzinne pochodzą z archiwum Barbary Siwik.

Tekst i zdjęcia współczesne: Hanna Szurczak, 12 października 2018

Uwaga od adminki: Mały jest ten nasz świat, mały, maleńki. Karolina Kuszyk jest moją koleżanką w Berlinie, autorką, której teksty  o pani Irence ukazywały się kilkakrotnie na tym blogu. Jeden z nich poruszał tę właśnie tematykę… Zaduszki, groby, poszukiwania (zobacz).

Halloween, Wszystkich Świętych, Zaduszki…

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy wczoraj z Krysią “na groby”, Krysia zrobiła piękne zdjęcia polskich grobów – publikuję je dzisiaj, myśląc, że “Wciąż umieramy” i że taki pewnie będzie tytuł mojej drugiej książki o polskich grobach w Berlinie (pierwszą prezentuję np. TU) .
1 listopada jest dobrym dniem, żeby zobaczyć, gdzie są te nasze groby – stoją przy nich ludzie, leżą kwiaty, płoną znicze.
Piękna ta seria świąt, kiedy myślimy o zmarłych – najpierw Halloween, nie wiadomo dlaczego spostponowany przez wszystkich jako amerykańska komercja, skoro to stare piękne celtyckie święto przodków. Potem nasze europejskie ale i nasze własne, rodzime święto Wszystkich Świętych – też powoli postponowane przez nowoczesną lewicę jako masowy objaw płytkiego polskiego katolicyzmu, a ja, niby też lewaczka, przyznaję się wszem i wobec oficjalnie, że lubię i że wcale nie chcę go ukrócić. Pewnie, lepiej by było żeby te nasze polskie światła 1 listopada – widoczne ponoć nawet z Kosmosu jak Wielki Chiński Mur i autostrady w Belgii – powtarzam zatem, że lepiej by było, żeby nie były z plastiku i może jest to nisza, i można zrobić jakieś badania, i zdobyć pieniądze, i pomysł na biznes, i na start up, może nawet w Berlinie, żeby wymyślić eko-znicze, które się same całkowicie spalą, nie zostawiając śladów i nie szkodząc atmosferze, a może nawet ją oczyszczając (a co tam – jak marzyć, to na całego!)
No i wreszcie dzisiejsze Zaduszki czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Commemoratio Omnium Fidelium Defunctorum), które przypominają o ludowych uroczystościach ku czci zmarłych, o ich pogańskich tradycjach i o tym, że na całym świecie przed chrześcijaństwem ludzie wierzyli w swoich bogów i inne siły wyższe, i pamiętali o swoich zmarłych.

Krystyna Koziewicz

Zdjęcia z cmentarza św. Jadwigi na Lissenstrasse i św. Jadwigi na Olenhauer Strasse (ten ostatni nazywany jest czasem “polskim cmentarzem”).

A wieczorem poszliśmy tradycyjnie, na grób profesora Brücknera.

Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.