Lucy Wielka Mistrzyni 2

Tibor Jagielski

lucy w drodze

podczas jednej ze swoich licznych wędrówek zatrzymała się lucy w przydrożnej gospodzie
i stwierdziła, że pracują tam dwie dziewczyny: jedna bardzo piękna, a druga okropnie brzydka; przy czym piękna pracowała na zapleczu, a brzydka obsługiwała;
zdzwiona odrobinę takim stanem rzeczy, zapytała właściciela gospody o przyczynę
– ach – westchnął – ta piękna  jest przekonana o swojej piękności, goście więc odbieraja ją jako arogancką, natomiast ta brzydka, wie o swojej szpetocie i się stara…

lucy w drodze (2)

gdy pewnego dnia lucy wędrowała przez pustkowie, zaskoczył ją zmierzch
rozłożyła się na nocleg i rozejrzała za odpowiednim kamieniem, aby podłożyć go sobie pod głowę, i, jakie było jej zdziwienie, znalazła ludzką czaszkę.
– ha – zapytała – co rzuciło cię w te strony? prowadziłaś rozwiązłe życie i zrujnowałaś sobie zdrowie? a może byłaś przestepcą, który zginął z ręki kata, albo uczynilaś coś,
co przyniosło hańbę twojej matce, żonie i dzieciom, tak, że popełniłaś samobójstwo?
– a może zabłąkałaś się tu i umarłaś z głodu, albo osiągnąwszy podeszły wiek
postanowiłaś tu samotnie umrzeć? – mówiąc to, chwyciła czerep, położyła go sobie pod głowę jak poduszkę i zasnęła, jak zwykle krzepko.
lucy śni się czaszka
– nawijasz jak kumata – powiedziała czaszka – to są wszystko ziemskie problemy;
jak się umrze, to ma się to wszystko w nosie, chcesz się czegoś dowiedzieć na temat życia po śmierci?
– oczywiście – przytaknęła stara mistrzyni.
– posłuchaj… w śmierci – ciągneła czaszka – nie ma ani kanclerzyn, ani sprzątaczek;
nie ma też pór roku; jesteś całkowicie wolna, a ziemia i niebo są dla ciebie jak wiosna
i jesień pełne wiecznej szczęśliwości.
lucy nie chciała jej jednak uwierzyć i zapytała:
– a gdybym poprosiła stworzycielkę, aby przywróciła ci uprzednią postać,
tak byś mogła ponownie cieszyć się życiem w szczęśliwej rodzinie?
– spadłaś chyba z byka – odparła czaszka – mam wracać do ziemskiej harówki?

lucy w domu

raz jeden z filozofów, którzy czasami odwiedzali lucy, zapytał,
widząc jak przyszywa ona pilnie łatę do sukienki
– jeśli jesteś, tak jak mówią, wielką mistrzynią, to dlaczego zajmujesz się tak błahymi sprawami?
– ludzie mali – odpowiedziała lucy – zajmują się wielkimi rzeczami; wielcy – małymi.

Miłość, starość, śmierć

Ewa Maria Slaska

Love, being old, death

For Łucja Fice

Od jakiegoś czasu “chodziła za mną” pewna piosenka. Słyszałam ją w głowie, jak to zazwyczaj jest, najpierw kawałek melodii, potem strzęp wersu, potem jeszcze trochę melodii. I dość szybko całą linijkę: If you want to be free, be free… Znalezienie, co to za piosenka to był już niewielki problem. If you want to sing out, sing out, If you want to be free, be free, if you want to be high, be high…

Sorry, the rest of that post is in English.

Cat Stevens

You Want To Sing Out, Sing Out

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are

And if you want to live high, live high
And if you want to live low, live low
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are

[Chorus:]
You can do what you want
The opportunity’s on
And if you can find a new way
You can do it today
You can make it all true
And you can make it undo
you see ah ah ah
its easy ah ah ah
You only need to know

Well if you want to say yes, say yes
And if you want to say no, say no
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are
And if you want to be me, be me
And if you want to be you, be you
‘Cause there’s a million things to do
You know that there are

[Chorus]

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are

But of course, when I found that song, I knew, that I was also seeing pictures, and it was no Cat Stevens, whom I saw, but of course Ruth Gordon, one of the most beautiful old ladies in the history of cinema. Ruth Gordon in unforgettable Harold and Maude.

Well, such a wonderful movie and so unrealistic love story. But it does not matter. It is an amazing movie with amazing life messages. Do not think, it is about love between a teenager and an old woman, or a movie about the the age difference. No! It is love story saying us, that real love transcends all our limitations. If you are bigger than what you have ever learned is proper. There’s always something new to learn. And it never ends, because long after you die, everyone else still will go that way, trying to be free and to sing out. The old age does not matter and the death does not matter. We shall die and you stay and still try to be free… If you want to be free, be free…

Lucy Wielka Mistrzyni 1

Tibor Jagielski

lucy – przepis na zupę z kaczki

pewnego pięknego, słonecznego poranka stanęła lucy na progu swojego domostwa,
spojrzała na baraszkujące w sadzawce kaczki i poczuła ogromną ochotę na kaczą zupę;
ponieważ żadna z kaczek, mimo wielkiego szacunku jakim darzyły  mistrzynię, nie dała się
namówić na to, aby skończyć życie w wiszącym nad paleniskiem kociołku,
postanowiła lucy zrobić kaczą zupę bez kaczki:
do gotującej się wody wrzuciła pokrojone warzywa i zioła, następnie skrzydelka,
udka i nóżki nieistniejącej kaczki, a na koniec sporo nieistniejącego smalcu
z nieistniejacej kaczki, ciągle i dokładnie mieszając
i po niedługim czasie zupa była gotowa;
lucy spróbowała ostrożnie i powiedziała
– ho, ho, tak dobrej zupy już dawno nie jadłam
i nalała ją także swoim kaczkom do korytka;
na ptactwo nie trzeba było długo czekać
i wkrótce wszyscy zajadali się ze smakiem,
podczas gdy słońce wzosiło się powoli na niebo.

lucy i  koty

raz jeden z okolicznych kotów wbiegł do chatki mistrzyni i położył się spać akurat na poduszce,
na której zwykła siadywać lucy.
– czy mam go wyrzucić? – zapytał jeden z uczniów.
– jak wpadłeś na ten pomysł? – rzekła lucy – czyżbyś nie znał moich nauk?
– ale jaki z tego pożytek, że traktujesz tego kota po królewsku? – odparł uczeń.
a lucy na to
– co to byłby za pożytek, gdybym dzieliła się z innymi
tylko tym co bezwartościowe, albo bez znaczenia?
nie słyszysz jak mruczy? to ta muzyka jest mi zapłatą.

lucy na polowaniu

pracującej w ogrodzie lucy przeleciał raz przed samym nosem bażant
i zatrzymał się nieopodal
ach, wspaniale – pomyślała – dawno nie wylądował w moim garnku – i
mimo że była w trakcie w pielenia grządek, narzuciła sukienkę,
chwyciła procę i ruszyła za ptakiem…
jednakże bażant okazał się niełatwym kąskiem i ledwo lucy zbliżała się na odleglość rzutu,
on jakby tknięty przeczuciem odfruwał…
nie spostrzegła się lucy, a czas mijał, jak wylądowała w sadzie kasztanowców pobliskiego pgr-u
i tam też wreszcie znalazła właściwą do miotu pozycję, lecz zamiast rzucić kamieniem,
rzuciła najpierw okiem i spostrzegła w cieniu liścia cykadę,
a na samym liściu dokładnie obserwującą ją modliszkę,
a znowu modliszce przypatrywal się intensywnie bażant,
którego miała dotychczas w oku lucy
i zdumiona takim obrazem znieruchomiała na moment…
wtem rozległ się hałas i z pobliskich krzaków wybiegli chlopi z kijami,
myśląc, że mają do czynienia ze złodziejem i nieźle by się lucy oberwało,
gdyby im szybko nie wytłumaczyła, dlaczego zabłądziła do ich ogrodu…
wracając do domu była bardzo markotna;
– co się stało? – zapytała jedna z uczennic
– ach, wskoczyłam do brudnego potoku i zapomniałam o moim czystym jeziorze –
westchnęła lucy i wróciła do pielenia.

lucy umiera

gdy lucy umierała, zebrały się w jej domku uczennice i uczniowie
i radzili jaki jej urządzić pochówek i jakie drogocenności włożyć do grobu…
stara mistrzyni przerwała im:
– nie troszczcie się o to; moją trumną i zarazem grobem jest niebo i ziemia,
a słońce, księżyc i gwiazdy to moje klejnoty, a pożegna mnie cała natura.
– ale co będzie gdy przylecą sępy i wrony? – zatrwożyli się uczniowie.
– nad ziemią zjedzą mnie sępy, a pod ziemią mrówki,
wolicie mrówki?

Listopadowe spacery cmentarne. Poppy Day.

Ela Kargol

Brytyjski cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery)

O tym, czy maki kwitną w Stahnsdorfie wiosną, muszę się jeszcze przekonać. Na pewno zakwitają 11 listopada, a ściślej w niedzielę najbliższą tej dacie.

11 listopada 1918 w wagonie kolejowym w lesie Compiègne został podpisany rozejm między Ententą i Cesarstwem Niemieckim, kończący I Wojnę Światową. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11. Tego dnia Polska po 123 latach zaborów odzyskała niepodległość. W 1937 roku ustanowiono w Polsce 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości.

W Finlandii 11 listopada obchodzony jest Dzień Ojca, w Tajwanie Dzień Bliźniąt, w Chinach Dzień Singli, w Stanach Zjednoczonych Dzień Weteranów, we Wspólnocie Narodów Dzień Pamięci (Remembrance Day) nawiązujący też do dnia zakończenia I Wojny Światowej. Dzień Pamięci nazywany jest także Dniem Maku (Poppy Day).

Mak już od starożytności symbolizuje wieczny sen i śmierć. Makami przystrajano grobowce faraonów. Architektura sepulkralna pełna jest maków wykutych w kamieniu.

Mak jest rośliną ulotną, przemija szybko, jak życie. Nasiona jego z kolei mogą wykiełkować nawet po 30 latach.

Najbardziej lubi ziemię nagą, bez roślin, taką przeoraną i wymęczoną, wzruszoną pługiem lub wojną.

Poppy Day nie wziął się ze starożytnych wierzeń, ale z flandryjskich pól, pól, gdzie toczyły się najkrwawsze bitwy I Wojny Światowej.

John Alexander McCrae był kanadyjskim poetą, lekarzem, żołnierzem Kanadyjskich Sił Zbrojnych. Brał udział w Wielkiej Wojnie. Podczas drugiej bitwy o Ypres 2 maja 1915 roku ginie jego dobry przyjaciel. Pogrzeb odbywa się następnego dnia i wtedy McCrae dostrzega ogrom kwitnących maków na wojskowym polowym cmentarzu. Zaraz potem John McCrae pisze swój słynny wiersz In Flanders Fields. Czerwony kwiat maku staje się symbolem Dnia Pamięci w krajach anglosaskich i w ten dzień noszony jest z dumą przypięty przez Brytyjczyków do ubrania. Ze sztucznych maków powstają wieńce, składane w miejscach upamiętniających wojny, nie tylko tę pierwszą. W Poznaniu, na cytadeli na Cmentarzu Wojennym Wspólnoty Brytyjskiej, jedynym takim cmentarzu w Polsce, od lat składa się w niedzielę najbliższą 11 listopada wieńce ze sztucznych maków. Te wieńce widziałam już tam kilka razy i aż wstyd się przyznać, nie umiałam ich połączyć z żadnym świętem. O samym maku-symbolu, papierowym kwiatku, dowiedziałam się również stosunkowo późno.

Wojskowy cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery) założony został w roku 1924. Jest częścią znanego cmentarza Südwestkirchhof Stahnsdorf, o którym TU pisałam niedawno. Pochowano tu 1172 ofiary Wielkiej Wojny. Przy Heerstrasse w samym Berlinie znajduje się inny Brytyjski Cmentarz Wojskowy dla ofiar II Wojny Światowej, na którym wśród żołnierzy innych narodowości pochowanych jest pięciu Polaków służących w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.

Te cmentarze projektowane są wszystkie w podobny sposób, zgodnie ze standartami Komisji Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów. W centralnym miejscu umieszczony jest Krzyż Ofiarności (Cross of Sacrifice), w rzędach w wojskowym szyku ustawione są jasne wapienne stele z nazwiskiem zmarłego,  w równym szyku przed nimi rosną rośliny ozdobne i kwiaty. Wśród kwiatów na pewno są róże. Maków nie widziałam, ale to nie ich pora kwitnienia.

Przyjechaliśmy w tym roku tu specjalnie, żeby uczestniczyć w Remembrance Sunday, o godzinie 11 w dniu 8 listopada. Jechaliśmy z Berlina rowerami, bez współczesnych udogodnień, z mapką narysowaną ołówkiem na kartce. W końcu i przy końcu drogi wiedzieliśmy, że cmentarz musi być już gdzieś w pobliżu i wtedy wyłoniła się jakby z brytyjskiej mgły postać w meloniku z parasolem, w klasycznym trenczu z przypiętym do niego po lewej stronie papierowym makiem. Bardzo precyzyjnie i krótko opisał nam drogę i wojskowym szybkim krokiem pomaszerował dalej. Na cmentarz dotarł przed nami. Bo myśmy pojechali za głosem dudziarza, który ćwiczył w sosnowym lesie swoje smutne granie przed główną ceremonią. Była msza, bardzo uroczysta. Po odegraniu na trąbce wojskowego sygnału The Last Post nastąpiły dwie minuty ciszy. Krótko potem trębacz zagrał pobudkę Reveille. Nasz Brytyjczyk stał wyprostowany trzymając prawą rękę na sercu. Pastor opowiadał o okrucieństwach wojen i o utrzymaniu pokoju za wszelka cenę, i o wspomnieniu tych, co polegli. I nagle rozległy się dudy, pieśn żałobna wygrana z taką mocą i żalem, że aż mnie przeszedł dreszcz, tym bardziej, że nie widziałam dudziarza, słyszałam tylko muzykę, a potem go zobaczyłam, stąpającego między jasnymi grobami tych, najczęściej młodych, chłopców.

John McCrae

In Flanders Fields

In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place; and in the sky
The larks, still bravely singing, fly
Scarce heard amid the guns below.

We are the dead. Short days ago
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved, and were loved, and now we lie
In Flanders fields.

Take up our quarrel with the foe:
To you from failing hands we throw
The torch; be yours to hold it high.
If ye break faith with us who die
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields

Wśród Flandrii pól

Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy – dzielny ptak.

Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.

Podejmij walkę, tam wciąż – wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.

Tłumaczył Tichy na blogu Okruhy (Salon24)

Wspomnienia (3): po wojnie

Zofia Slaska i Jacek Slaski

Jacek Slaski: Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Zofia Slaska: Nas wyrzucano w 1945 roku i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie. We dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, żeby było śmieszniej, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił. Pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnościąi nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry dawały mi obiadw menażki. Musiałam też przynieść mu czyste rzeczy, a odebrać zawszone. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Wszystko musiałam i jakoś sobie radziłam. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał niktz rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista. Tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Jednak ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć co się da i rozprzedać. Był jeszcze wuj Henryk Woźniakowski, ojciec Jacka, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie. I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali ci panowie z tej instytucji rolnej – pan Grabowski i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed gmachem UB po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach. I to chyba ta komisja załatwiła, do której też się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, Ludwik Slaski, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w następnym roku szkolnym zdać maturę.

Maturę zdałam w 1946 roku, w PRL-u. To był mój najlepszy rok, z 1945 na 46. Z powrotem byłam uczennicą, nie byłam osobą decydującą, nie byłam osobą, na której ktoś polega. Cieszyłam się z normalności. Byłam uczennicą, taką jak inne, mogłam się przejmować tym, czy mam co włożyć na zabawę karnawałową. Ze strojami były straszne problemy – każda z nas miała po jednej spódnicy, więc się wymieniałyśmy, żeby nie chodzić zawsze w tym samym. Ja na maturę miałam jakąś białą bluzkę, ale spódnicę pożyczałam od dziewczyny, córki młynarza, bardzo zamożnej, która kończyła właśnie czwartą klasę gimnazjalną i miała prawdziwą układaną spódnicę. I w tej spódnicy zdawałam maturę. Ogromnie się przejmowałam strojami, bo ogromnie się przejmowałam kolegami. Brat jednej z moich koleżanek uczył sięw tej samej klasie co ja, ale w liceum męskim. W czasie karnawału maturzystki zostały zaproszone do tego liceum na studniówkę. Może to zresztą nie była studniówka, tylko zabawa karnawałowa. Bo w „Nazarecie” myśmy tańczyły ze sobą, żadnych chłopców nie było. I się ogromnie przejmowałam, tam mi się jeden chłopiec podobał, ale nic z tego nie wyszło, nawet nie było kiedy, bo już na Wielkanoc wyjechałam do Poznania.

Dlaczego do Poznania?

Do mojego ojca, bo mój ojciec już był wtedy w Poznaniu. Pojechał tam na zaproszenie państwa Zwolińskich, tych którzy mieszkali w Bystrzanowicach po upadku powstania warszawskiego, i Hulewiczów, którzy byli z nami spokrewnieni. Genialna była matka wuja, jak ja to mówiłam, Leona Zwolińskiego. Zwolińscy mieli majątek na Wołyniu, kamienice w Warszawie i hektary, i dom w Poznaniu. Jak Rosjanie weszli do wschodniej części Polski i odebrali im majątek, to wyjechali do Warszawy, a jak powstanie upadło i trzeba się było wynosić, to najpierw mieszkali w Bystrzanowicach, a potem pojechali do Poznania, gdzie chcieli zamieszkać w swoim domu. Nie umiem powiedzieć, skąd i jak, ale oni mieli zawsze pieniądze, po wojnie też. W Poznaniu mieli dom na ulicy Dąbrowskiego i gospodarstwo, ale w międzyczasie ten dom i gospodarstwo zajęli Rosjanie. Wynajęli więc pokój na tej samej ulicy, żeby być w pobliżu i pilnowali. Jak Rosjanie się wynieśli z ich gospodarstwa – było małe i nie podlegało reformie, pewnie było tam ze trzy hektary, ale było w mieście – to Zwolińscy natychmiast tam weszli. W domu były cztery pokoje i, zabawne, bo dwie kuchnie, jedna – zimowa w domu, a w lecie druga – w przybudówce, w budynku gospodarczym. I tam, u Zwolińskich, zamieszkał mój ojciec, a Hulewicze, którzy też się przenieśli, wynajmowali dwa pokoje w budynku parafialnym w pobliżu. Czyli cała grupa, która pod koniec wojny mieszkała w Bystrzanowicach, to byli przyjaciele i rodzina, z którymi się nawiązało bliskie stosunki jeszcze wtedy, jak oni wszyscy byli na Wołyniu.

Czyli twój tata pojechał, a ty zostałaś w Częstochowie?

Najpierw myśmy tam pojechali razem z ojcem, oboje, latem 1945 roku, gdy ojciec wyszedł z więzienia, a ja miałam wakacje, bo właśnie się skończył rok szkolny. Całe wakacje spędziłam w Poznaniu, tylko na dziesięć dni zabrali mnie do siebie wujostwo Edziowie Morawscy, bo ciocia z dwójką dzieci mieszkała na plebanii u księdza w pobliżu ich dawnego majątku. Majątku już oczywiście nie było, a wuj Edzio też podjął pracę w Poznaniu, tak jak mój ojciec, w tzw. PNZ – Państwowych Nieruchomościach Ziemskich. Tam zresztą był dyrektorem mój przyszły teść, zresztą kuzyn mojego ojca, Ludwik Slaski. W PNZ głównie pracowało ziemiaństwo. Dyrektorem naczelnym, bo centrala PNZ-ów była w Poznaniu, był pan Marenż, bardzo światły człowiek i pełen inwencji.

Po wakacjach wróciłaś do liceum w Częstochowie?

Na ostatni rok szkolny. I tu już też było zupełnie inaczej – cały dom został zwrócony zakonnicom, bo przedtem część ich budynku zajmowało wojsko niemieckie. Były więc normalne klasy, bo przedtem, w czasie wojny, myśmy miały lekcje w sypialniach. Sypialnie na dzień zamieniano na klasy szkolne i miałyśmy lekcje na zmianę, jedna klasa w godzinach rannych, a druga po południu. A teraz każda klasa miała swój pokój lekcyjny, choć były też oczywiście takie finezje klasztorne – myśmy na przykład nie mogły po południu siedzieć w klasie i lekcji odrabiać, tylko przebywałyśmy w pomieszczeniu, które się nazywało uczelnia – było wspólne dla wszystkich panienek, które mieszkały w internacie. Jednak były to już całkiem luksusowe warunki i byłam tam bardzo szczęśliwa. Finansowo też się jakoś wszystko dobrze ułożyło. Już w jesieni 1945 roku musiałam zacząć płacić za internat – w końcu siostry żywiły nas, ogrzewały, opierały. Nie wiem, czy zostały jakieś pieniądze ze sprzedaży inwentarza w Bystrzanowicach, opłaty z siostrami uzgadniał mój ojciec, gdy był już na wolności, ale siostry jakoś to wyliczyły, że starczyło. Ojcu przecież nie został żaden majątek, w czasie wojny nie zarabiał, nie handlował na lewo. Tyle co ten spirytus sprzedawał, ale to było na bieżące wydatki. A w domu w Bystrzanowicach było pełno ludzi. Ich wszystkich trzeba było wyżywić. Ludzi było tyle, że piec chlebowy we dworze nie starczał, nie dało się raz na tydzień napiec chleba dla wszystkich, dokupywało się chleb na wsi.

Nic się z Bystrzanowic nie uratowało?

Trochę, ale bardzo niewiele. Przepadły na przykład akcje papierni w Myszkowie, które miała moja mama, papiernia została upaństwowiona i nigdy nic z tych akcji nie dostaliśmy. (Tu gdzieś jeszcze leżą te akcje). Był moment, że ojciec był odpowiedzialny za jakieś pieniądze i miał manko. I wtedy sprzedał dwa obrazy szkoły holenderskiej, które miał po swoich rodzicach i które wisiały w Bystrzanowicach w jadalni, a potem zostały wywiezione i wisiały w Poznaniu. Bo obrazy czy meble można było wywieźć. Część tych mebli mam do dziś i stoją w moim mieszkaniu. To zresztą też nie było takie proste. Ruchomości z Bystrzanowic zostały najpierw przewiezione do klasztoru na Jasną Górę i odzyskiwaliśmy je stopniowo. Najpierw ojciec przywiózł trochę rzeczy do Poznania, ale nie meble, tylko jakieś mniejsze rzeczy. A później ja dwukrotnie, raz przed moim ślubem, a drugi raz, jak już dzieci były dobrze podrośnięte, przywoziłam meble z Jasnej Góry do Poznania. Ale cała reszta została. Bystrzanowice to nie był nawet taki wielki dwór, we dworze było dziewięć pokoi, ale dziewięć umeblowanych pokoi to było dużo mebli i nie dało się wywieźć wszystkiego. Ja już później, jak moje dzieci były duże, wywiozłam tapczany. Blejtramy się na to mówiło – w ramie drewnianej były sprężyny na pasach i to było obite. I to były takie dodatkowe miejsca do spania – był w salonie taki tapczan i w kancelarii mojego ojca. Również tak zwane wkłady z łóżek drewnianych – twoi rodzice spali na takim bystrzanowskim tapczanie jeszcze na Grunwaldzkiej. I te obrazy też się udało przewieźć. Dwa sprzedał mój ojciec, a inny, określany jako Murillo, to ja sprzedawałam. Taki chłopiec, pastuszek, siedzący na kamieniu, ma nogę założoną i wyciąga sobie cierń z pięty. Ten obraz został wyjętyz ram i nieprawidłowo zwinięty farbą do środka. Farba się mocno pokruszyła, ale przez jakieś znajomości to zostało w Poznaniu sprzedane, Muzeum to chyba wzięło. Guzik to był a nie Murillo, ale jednak muzeum to wzięło. Mnie to jednak nie interesowało, nawet nie chodziłam sprawdzać, czy to wisi, czy nie. Zresztą muzeum nie pokazuje wszystkich obrazów ze swoich zbiorów, równie dobrze mogli kupić ten obraz, odrestaurować i potem sprzedać. Nie wiem. W każdym razie innych obrazów w Bystrzanowicach nie było – te dwa holendry i Murillo. Portretów rodzinnych nie było, były fotografie – do dziś u Marka wisi portret babci Teodozji w ozdobnej rzeźbionej ramie i owalna fotografia jej rodziców. Morawscy mieli swoje portrety rodzinne, również po Łempickich, ale te obrazy były w Plancie i wszystkie przepadły. W Plancie był front, czy Niemcy wywieźli, czy Ruscy wywieźli, czy zostało spalone, zniszczone. Bystrzanowice nigdy nie zostały zajęte tak jak Planta, ale Bystrzanowice to było odludzie, z dwóch stron 8 kilometrów lasu – to zupełnie się nie nadawało do zajęcia przez wojsko.

Czyli twój tata jakoś zapłacił za internat u sióstr, ale za co na przykład kupowałaś ubrania czy pomoce szkolne?

Jesienią 1945 roku nie było pieniędzy, ale ja dawałam dużo lekcji i zarabiałam swoje pieniądze. I to był bardzo wspaniały rok. Tyle, że gdy pod koniec 1945 roku jechałam na Boże Narodzenie do Poznania, to się przeziębiłam. I to przeziębienie się ciągnęło i wciąż miałam stany podgorączkowe. Mam zwapnienia prawego szczytu płuc – to z tego okresu. A wtedy też miałam jakieś stany zapalne przy paznokciach, to się wtedy mówiło „obierały mi palce”. Było to ropne zapalenie, musiałam chodzić do infirmerii, w wodziez mydłem moczyć i maści mi jakieś przykładali. I, gdy zdałam maturę latem 1946 roku, rodzina zadecydowała, że trzeba mnie doprowadzić do porządku. Wtedy zabrał mnie do siebie Adam Grabkowski, bratanek mojego ojca. Był wtedy dyrektorem jakiejś stacji traktorów na Ziemiach Odzyskanych koło Kłodzka. I ja tam pojechałam wydobrzeć i odżywić się.

Ale najpierw zdałaś maturę?

Maturę zdałam dobrze, ale nie tak błyszcząco – byłam chyba trzecia w klasie, tylko że nas wszystkiego było w klasie osiem uczennic. Na maturze był stopień z geografii, który się uzyskało z czwartej klasy gimnazjum i tam miałam czwórkę, a inne przedmioty miałam na pięć. I chyba z religii miałam czwórkę, zresztą wszystkie miałyśmy obniżony stopień. Ksiądz się na nas okropnie wściekł, bo któraś mądralińska mu się przyznała, że się wycwaniłyśmy. Ksiądz dał tematy egzaminacyjne, które trzeba było sobie opracować i potem się zdawało końcowy egzamin, nie przed komisją, tylko u niego. I to było trudne, bo myśmy w pierwszej klasie liceum miały dogmatykę, a w drugiej – etykę. Kiedy ksiądz dał te tematy, a oczywiście młodzież była sprytna, każda z nas opracowała jeden temat, a reszty się uczyła z opracowań innych. I któraś mądralińska mu się przyznała, że to tak było. Skarżypyta straszna, ale awantura też była straszna. Zagrożone byłyśmy, że będziemy komisyjnie zdawać maturę z religii. W końcu nie doszło do tego, była komisja maturalna z kuratorium, ale się nie wtrącała do religii i tylko obniżono nam stopień. Czyli miałam te dwie czwórki na maturze.

A po maturze pojechałaś do wuja Grabkowskiego na Dolny Śląsk.

O, pan dyrektor miał mieszkanie służbowe, w domu była Niemka – gospodyni, pewnie była właścicielka tego domu, bo wtedy mieszkało tam jeszcze dużo Niemców, ich dopiero później wysiedlali. I tam spędziłam te wakacje, bite dwa miesiące. Były tam ze mną dwie siostry Adama, po kolei, pierwszy miesiąc jedna, a drugi – druga, bo one pracowały już i nie miały tyle wakacji, co ja. Rzeczywiście wydobrzałam tam, skończyły mi się stany podgorączkowe, palce się wyleczyły, wszystko było w porządku. Wyzdrowiałam i przyjechałam do Poznania. Ja sobie wymarzyłam, chciałam pójść na chemię albo na medycynę, ale oczywiście było dawno po egzaminach wstępnych. Poszłam więc na ekonomię na Uniwersytet Poznański, gdzie nie było egzaminów wstępnych – przychodził człowiek, zapisywał się i był studentem. Przeczekanie roku nie wchodziło w rachubę, trzeba było się uczyć. Natomiast było oczywiste, że będę studiowała, co jeszcze w pokoleniu mojej matki, która przecież matury nawet nie miała, jeszcze oczywiste nie było. Wszystkie kobiety w rodzinie miały wprawdzie ogromną wiedzę, ale uczyły się tylko w domu i nie studiowały, studiowali synowie.

W tym czasie poznałaś mojego dziadka, swojego przyszłego męża, Jacka Slaskiego.

Jacek przedtem też uczył się w domu, zdał maturę jako ekstern w Pińczowie i od razu zapisał się na pierwszą otwartą uczelnię w Krakowie – Akademię Handlową. Rok akademicki zaczął się w marcu 1945 roku i trwał do września. I jesienią 1945 roku, jak ja szłam dopiero do drugiej (ostatniej) klasy licealnej, żeby zdawać maturę, to on już przyjechał na II rok studiów do Poznania. Jego rodzice mieszkali jeszcze w Rawiczu, dokąd się przeniosły PNZ-ty i gdzie pracował jego ojciec, Ludwik. A Jacek w Poznaniu wynajmował kwaterę studencką. Decyzja zmiany miasta wynikała więc u Jacka tylko z tego, że chciał być z rodziną. Jego brat Michał nie przeniósł się za rodziną, studiował w Krakowie i bardzo długo tam mieszkał, a potem przeprowadził się do Warszawy. W każdym razie jak ja się zapisałam na I rok ekonomii, Jacek był na tym samym wydziale studentem III roku. Tyle, że w tym właśnie czasie doszedł do wniosku, że wcale nie chce być pracownikiem administracyjnym. Skończył studia ekonomiczne i już pracował, ale jednocześnie od III roku ekonomii studiował archeologię.

Drugie studia kończył równo ze mną. Jego zainteresowania archeologią datują się jeszcze na czas, kiedy mieszkał z rodzicami w ich majątku – Turnawcu, gdzie przed wojną dokonano jakichś odkryć archeologicznych. Znaleziono jakąś siekierkę, która zawsze leżała na biurku u jego ojca, ale znaleziono też jakiś skarb.

Poznałaś Jacka na studiach?

Wcale nie. To mój ojciec zarządził, a ja musiałam być posłuszna i grzeczna, że muszę iść z wizytą do wujostwa Slaskich, którzy właśnie się przeprowadzili do Poznania. A ja wcale nie miałam ochoty, miałam inne plany, spotkać się z kolegami czy coś. Zmuszona do wizyty, ze złości postanowiłam poderwać kuzyna. Było to w 1946 roku, właśnie przyjechałam i zaczęłam studiować. Poznaliśmy się więc na herbatce u jego rodziców.

Mieszkałaś razem z tatą w domu państwa Zwolińskich?

Nie, nie mieszkałam z moim ojcem, tylko wynajmowałam pokój na mieście. U Zwolińskich, w tym gospodarstwie, nie było miejsca, ale ja też nie miałam żadnej ochoty tam mieszkać. Najpierw długo mieszkałam u Berszów, których syn, malarz, był kolegą naszych – ze strony Morawskich – kuzynów Kicińskich. Staś Kiciński był przez rok w Bystrzanowicach jako praktykant. Kiepskim on był praktykantem, bo on nie lubił rolnictwa. Zresztą Staś później skończył szkołę mechaniczną i był specjalistą od samochodów. A młodzi Berszowie, bo ich było dwóch braci, też przyjeżdżali do Bystrzanowic, w lecie, na wakacje albo jak w mieście było więcej łapanek. Berszowie mieli mieszkanie w Poznaniu na ulicy Matejki, na III piętrze w kamienicy. Ale jakoś tak było, że starszy pan Bersz umarł i rodzice pani Berszowej mieli się sprowadzić do Poznania, żeby jej pomóc, więc już nie było dla mnie miejsca. Ale ja zawsze miałam jakieś pokoje i sobie świetnie radziłam. Trochę pieniędzy na życie dawał mi ojciec, a ja udzielałam lekcji. Biednie było, na pewno było biednie. Obiady jadałam w stołówce studenckiej i to się wypatrywało, w której stołówce jest trochę lepiej albo trochę taniej. Ciuchy się dostawało z Caritas Akademika, od czasu do czasu można było jakieś ciuchy dostać, jakąś bluzeczkę, jakieś coś tam. Z kupowaniem było trudniej, ale od ojca miałam całkiem porządny kostium, już nie wiem, czy on w tej firmie, gdzie pracował jakiś kupon dostał. Chodziłam w tym kostiumie na wszystkie egzaminy i może nawet byłam w tym kostiumie z wizytą u wujostwa Slaskich. Nie pamiętam. W każdym razie od połowy miesiąca zawsze chodziłam z wizytami do ciotek, tak koło godziny 19.00, żeby się załapać na kolację. I tak chodziłam do cioci Józinki Kicińskiej albo do cioci Elżuni Slaskiej. A z Jackiem to trwało a trwało, bo poznaliśmy się przecież w 1946 roku, tak z rok trwały podchody, w 1948 roku się zaręczyliśmy, w 1949 braliśmy ślub.

Było jakieś życie studenckie?

Ależ było, oczywiście. Namiętnie chodziłam na wszystkie występy, do teatru bardzo dużo i do opery, ale nie z Jackiem, raczej sama albo z ojcem. Bardzo się przyjaźniłam z Zosią, później Kolberg, Mogilnicką, która była moją koleżanką na roku, z tym że ona przez pierwszy rok studiowała jeszcze w Lublinie, bo oni pochodzili z lubelskiego, mieli tam majątek. Później państwo Mogilniccy, Zosia i jej brat przenieśli się do Poznania, i myśmy na moim roku ekonomii tworzyli taką szóstkę czy ósemkę przyjaciół, w tym Anka Uznańska i Iza Łaszyn, potem Kwilecka. To nie wszystko byli ziemianie, jednak w dużej części. Uznańscy byli właścicielami Szaflar, to taki majątek na Podkarpaciui tam była fabryka nart. Ale to czy moi koledzy byli ziemianami nie odgrywało zbyt ważnej roli, a w Klubie Włóczęgów już zupełnie nie. To była wspaniała instytucja, ten Klub Włóczęgów, zorganizowana przez Komorowskich, rodziców obecnego marszałka sejmu, Bronisława. Ja z Jadzią, jego matką, jestem w stałym kontakcie, bo ona teraz mieszka u córki tu, w Gdańsku. Zyś, ojciec marszałka, już nie żyje. Klub Włóczęgów to była tradycja. W dwudziestoleciu międzywojennym był taki Klub na Uniwersytecie Wileńskim, a Komorowscy są z Wileńszczyzny i dlatego ten nasz Klub tak się nazywał. Wiosną i jesienią organizowano niedzielne wycieczki po okolicy,a w lecie dłuższe, kilkutygodniowe wyprawy. Na przykład na Mazury. Byłam członkiem Klubu Włóczęgów, też mocno byłam zaangażowana w harcerstwie i w lecie jeździłam na obozy harcerskie. Natomiast bardzo się w poznańskim Klubie udzielali Krysia Slaska, córka wuja Jana Slaskiego, brata mojego teścia i Jurek Wiśniewski, za którego Krysia potem wyszła za mąż. Krysia studiowała rolnictwow Poznaniu, dopiero wiele lat potem stryj Jan kupił im dom w Krakowie.

I to wszystko byli ziemianie?

W tych organizacjach powiązania ziemiańsko-rodzinne niby nie od grywały już takiej roli, ale jednak jakąś odgrywały, bo wiele lat później, jak już byłam dorosła i miałam dzieci, kiedy powstał Klub Inteligencji Katolickiej, i ja się tam udzielałam i chodziłam na prelekcje, zebrania, to tam też było mnóstwo ziemian. Bo to była inteligencja, ludzie o szerszych zainteresowaniach, było to też dla tej grupy jakieś miejsce, gdzie mogli się spotykać. W drugiej połowie lat 40. taką funkcję pełniły zresztą te PNZ-ty – tam pracowali ziemianie, bo oni mieli wykształcenie rolnicze, odpowiednie, aby zarządzać gospodarstwami. Trwało to tylko kilka lat, potem zaczęły się czystki, wyniszczono ich, zamknięto do więzienia. Teść mój poszedł do więzienia w 1948 roku. Jak braliśmy ślub, to teścia nie było i były całe hece ze ślubem, bo teściowa Elżbieta Slaska, zwana Babunią, uważała, że trzeba czekać, aż dziadzio wróci z więzienia. Nie wiadomo było, jak długo to mogło trwać, bo teść był na razie aresztowany, zanim doszło do rozprawy w 1950 roku, to ja już byłam w ciąży z Ewunią. Dopiero potem dziadzio dostał wyrok, 10 czy 12 lat, z czego odsiedział siedem.

Czy planowaliście ślub?

Dogadaliśmy się z Jackiem w 1948 roku, że chcemy razem żyć, ale mieliśmy już zaplanowaną wspólną wycieczkę rowerową z Klubu Włóczęgów. Jacek też był w Klubie i był głównym organizatorem tej wycieczki. Jechała nas czwórka czy piątka, jeszcze jedna dziewczyna oprócz mnie i trzech chłopaków. To myśmy się nie przyznali, że myśmy się dogadali, Jacek nie oświadczył się mojemu ojcu o moją rękę, nie powiedział też nic swoim rodzicom. Tylko sobie pojechaliśmy spokojnie na tę wycieczkę. Wspaniała to była wyprawa, przez Zieloną Górę do Wrocławia. Wszystko rowerami. Zresztą wiele lat później pojechałam znów na taką wycieczkę rowerową z dziećmi, szlakiem orlich gniazd. Ale wtedy w 1948 roku, to się nocowało w gospodarstwach, to już nie były PNZ-ety, tylko PGR, mieliśmy takie papierki, to Jacek wszystko załatwił, żeby nas wspomóc, dać nocleg. Nocowaliśmy gdzieś na jakimś stryszku, na sianie. Bardzo to było romantyczne i bardzo sportowe. A we Wrocławiu zatrzymywaliśmy się u jakichś kolegów czy znajomych. I później we Wrocławiu wycieczka się rozwiązała, a myśmy pojechali we dwójkę do wujostwa Bronikowskich. To było kuzynostwo dziadzi Ludwika i do nich przyjechała na wakacje Babunia czyli mama Jacka. Myśmy tam pojechali i tam się przyznaliśmy, że jesteśmy zaręczeni. Jeszcze się gdzieś wybraliśmy na rowerach i potem wracaliśmy do Poznania razem z Babunią pociągiem, a na stacji czekał na nas ojciec Jacka, który już też wiedział, bo Babunia mu dała znać.

Rodzina była zadowolona, że się zaręczyliście?

Myślę, że rodzice Jacka byli zadowoleni, byłam z dobrej rodziny, znali mnie dobrze, choć Babunia w stosunku do mnie miała dużo wymagań, ale ona była takim człowiekiem i w stosunku do wszystkich miała dużo wymagań. Współżycie z Babunią nie było łatwe, ale ona też była w bardzo trudnej sytuacji. Teścia wkrótce potem zamknęli w więzieniu, ona pracowała, pracowała ciężko, w jakiejś ogrodniczej instytucji. Przenieśli ją z Poznania do Środy i codziennie dojeżdżała do Środy. Nie była już też najmłodsza, była po pięćdzisiątce. A dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia dopiero w 1956 roku.

Jak wyglądał wasz ślub?

Ślub się odbył w domu wujostwa Zwolińskich, tam gdzie ojciec mieszkał. Tu też się nie obyło bez komplikacji. Dawało się na zapowiedzi, a ja nie miałam wtedy jeszcze 21 lat i mój ojciec musiał za mnie chodzić do księdza proboszcza, żeby dać na zapowiedzi. Myśmy oboje byli bardzo młodzi, ale Jacek był rok ode mnie starszy, on już miał 21 lat. Nasz ślub był w czerwcu, a ja dopiero w sierpniu osiągnęłam pełnoletniość. Nie miałam też skończonych studiów, tylko trzy lata. Na ślubie nie było zbyt wiele rodziny. Był Franek Morawski, który wtedy mieszkał w Poznaniu, wujostwo Edziowie Morawscy, już nawet nie pamiętam, może ciocia Ola, jego matka, bo na też już mieszkała wtedy w Poznaniu. A ze Slaskich przyjechali z Krakowa stryjostwo Janowie i dwie ich córki, Brońcia i Hala, i stryj Michał był i Basia – rodzeństwo Jacka. Ślub nie był w mojej parafii, tylko u Pallotynów, w parafii mojego ojca.

Gdzie zamieszkaliście po ślubie?

Jacek mieszkał już wtedy u mamy, a ja najpierw mieszkałam w jego stancji na ulicy Matejki. Po ślubie musieliśmy się oboje przenieść na ulicę Zakręt, do domu, gdzie mieszkali moi teściowie – trzeba było zapełnić metraż, żeby nie odebrano im mieszkania. Mieszkanie było trzypokojowe, a i tak, mimo że Jacek po aresztowaniu ojca przeprowadził się do mamy, UB zajęło jeden pokój. Babunia miała dwa pokoje, w jednym z nich mieszkał Jacek, bo Basia była wtedy w szkole u sióstr Urszulanek w Pniewach, a Michał studiował w Krakowie. Mieszkało się z ubecją, wspólna kuchnia była, wspólna łazienka. Wyprowadziliśmy się wszyscy z tego mieszkania, jak dziadzio Ludwik wrócił z więzienia. Dziadzio przeprowadził proces o rehabilitację, bo to sądownie trzeba było przeprowadzić, wygrał i dostał nawet odszkodowanie, choć od sumy odszkodowania odjęto sumę za wyżywienie przez siedem lat.

Legenda rodzinna głosi, że za odszkodowanie kupiony został telewizor.

To rzeczywiście tylko legenda, bo pierwszy telewizor został kupiony przeze mnie, już po przeprowadzce na ulicę Marcelińską. Miałam stałą pracęi mogłam dostać talon na telewizor. Mnie potrącano z pensji raty, a dziadzio Ludwik mi co miesiąc zwracał te pieniądze.

Na Marcelińską przeprowadziliśmy się już, gdy dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia. Właściciele tego domu sprzedali go pewnemu panu Siekierczakowi, który wymienił z dziadziem Ludwikiem mieszkanie. Mieszkanie na Zakręcie było już znowu trzypokojowe, bo jeszcze zanim dziadzio wrócił, to ten ubek, pan Ledzian, dostał ataku serca, był w szpitalu i bardzo szybko umarł. Czyli nigdy się z dziadziem nie spotkał. Została jego żona i córeczka, ale one się wkrótce wyprowadziły. I bardzo śmiesznie się wyprowadziły. Bo jak ubecy zajęli Slaskim jeden pokój, to wtedy jednocześnie zajęli jeden pokój na piętrze właścicielom tego domu. Slascy zajmowali parter i tam były trzy pokoje, a właściciele – dwie siostry i brat, mieli takie samo trzypokojowe mieszkanie na piętrze. Też im wtedy zajęto jeden pokój, bo nie ma żadnego powodu, żeby dwie siostry nie mogły mieszkać w jednym pokoju. I tam się też wprowadziła rodzina ubecka, małżeństwo z córeczką. Córeczka miała na imię Grażyna, a Marek to przekręcił i nazywał ją gadzina. I to się Babuni szalenie podobało, że słusznie ją tak nazywa. No i jak już wszystko zostało załatwione, to tamta rodzina dostała jakieś ubeckie mieszkanie, a wdowa po panu Ledzianie z córeczką przeniosła się na I piętro.

Twój teść, czyli dziadzio Ludwik, bo tak go wszyscy nazywali, wrócił do pracy?

Dziadzio potem jeszcze bardzo długo pracował.

A babunia też pracowała?

Babunia przeszła na rentę dosyć szybko po tym, jak dziadzio wrócił. To była renta chrobowa. Babunia pracowała w magazynach owoców, nie fizycznie, bo prowadziła papierkową robotę, ale tam było zimno i wilgotno.

Czyli cała rodzina mieszkała na ulicy Marcelińskiej. Ale ty się potem wyprowadziłaś na Hetmańską?

Na Marcelińską przenieśliśmy się wszyscy w 1959 roku, jak był ślub Basi, siostry Jacka. Mieszkali tam moi teściowie, matka Babuni, pani Ostrowska, i ja z dwójką dzieci. A Basia z mężem, Zygmuntem Kanigowskim mieszkali w Warszawie, a potem w wynajętym mieszkaniu w Milanówku. Tomek się urodził w Poznaniu w 1960 roku, bo Basia tam pojechała rodzić, i potem Tomek mieszkał z nami, pod opieką Babuni. Basia pracowała w Warszawie i na sobotę i niedzielę przyjeżdżała do synka. W 1962 roku już jak była w ciąży z Joasią, a ja już miałam się wyprowadzić na Hetmańską, zaproponowałam, że na ten czas ja się przeniosę z dziećmi do takiej połówki pokoju, za szafę, gdzie przedtem mieszkała prababcia, a ona będzie mogła zająć z dziećmi mój pokój. Tymczasem oddanie mojego mieszkania na Hetmańskiej opóźniło się o trzy kwartały i przez ten czas tam już było potwornie ciasno.

Na Hetmańskiej mieliśmy nareszcie swoje mieszkanie, ale tylko dwa pokoje. W jednym ja mieszkałam z Ewunią, a w drugim mój ojciec z Mareczkiem. To było duże mieszkanie – 56 metrów – i ja musiałam mieć cztery osoby. Jak dostałam mieszkanie, to mój ojciec wyprowadził się od Hulewiczów i zamieszkał z nami. Miałam wniosek i przyznane trzypokojowe mieszkanie, ale nie wytrzymałabym tego finansowo.To było mieszkanie spółdzielcze, tzw. własnościowe, wpłacało się 15%, a resztę się spłacało przez 30 lat. A jak potem w 1978 roku wymieniałam Hetmańską na mieszkanie w Sopocie na Kolberga, to ja to mieszkanie już musiałam wykupić.

Na Hetmańskiej mieszkałam 15 lat, a tu w Sopocie już mieszkam 28 lat, największy odcinek mojego życia spędziłam w tym mieszkaniu. Biórków to było 6 lat, Bystrzanowice 12 lat, od 1933 do 1945 roku, potem w Częstochowie rok czy dwa, różne pokoje w Poznaniu, a od 1949 roku Zakręt i Marcelińska. Poznań to też było 30 lat, ale różne mieszkania. I to mieszkanie to twój tata z ciocią Ewą wybrali. Ta zamiana się ciągnęła przez dwa lata.

Wróćmy jeszcze do Poznania. Wzięliście z Jackiem ślub…

… i pojechaliśmy w podróż poślubną do Biskupina, gdzie Jacek miał praktykę, ale nie na samych wykopaliskach, tylko w magazynie, gdzie wszystkie te skorupki opisywał. Jacek był bardzo uczonym człowiekiem, dużo pisał, dużo publikował, pewnie by został profesorem, gdyby nie zginął w katastrofie samolotowej w listopadzie 1951 roku. Na pewno zostałby po studiach na uczelni i na pewno zostałby profesorem. Przed śmiercią został mianowany kierownikiem wykopalisk w Opolu, gdzie budowano halę widowiskową, w której się potem odbywał festiwal piosenki polskiej. Zanim podjęto budowę trzeba było przeprowadzić ogromne prace wykopaliskowe. I Jacek został dyrektorem całego tego interesu. On wprawdzie jeszcze studiował archeologię, ale miał już magisterium na Szkole Handlowej, a pracę magisterską pisał na temat ziaren zbóż na wykopaliskach w Egipcie. Czyli już na ekonomii znalazł sposób, żeby pisać pracę o archeologii. I tę pracę pisał, jak Ewunia była malutka, w 1950 roku. Potem skończył archeologię i jak zginął, to był już w trakcie pisania doktoratu. Jak zginął miał więc żonę, dwoje dzieci, dwa skończone fakultety i pisał doktorat. Był bardzo wybitnym człowiekiem.

Jacek zginął w pierwszej katastrofie samolotowej w Polsce powojennej.

Ten lot, w którym zginął, też był przez ten doktorat, bo Jacek konsultował się w sprawach numizmatycznych z jednym profesorem w Krakowie. I leciał wtedy do Krakowa. Ten doktorat Jacka tu jest, bo skończył go pisać Tabaczyński, jego młodszy kolega z archeologii. Praca została opublikowana, I część – Slaski, Tabaczyński, a II już tylko Tabaczyński. W każdym razie, wtedy Jacek leciał do Krakowa, a w Krakowie była mgła i ich nie przyjęto, więc zawrócili, a jest zasada, że niezależnie od warunków atmosferycznych samolot musi przyjąć to lotnisko, z którego wyleciał. I oni wracali do Łodzi, bo lot był z przesiadką, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków. I tak to było, oni mieli mały zakres czyli dostawali mało paliwa. To oczywiście było nietypowe, że on wtedy poleciał samolotem, a nie pojechał pociągiem. Atrasznie się cieszył na ten lot, pierwszy w życiu. Ja w trzy miesiące po śmierci Jacka poleciałam do sanatorium do Krynicy i leciałam tą samą trasą, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków.

Nie bałaś się?

Nie, nie miałam żadnych obaw, uważałam, że jak ma być, to niech będzie, niech się skończy raz na zawsze. Tak się wtedy czułam. Dostałam choroby wieńcowej na tle nerwicowym ze wszystkimi objawami, jakby to była angina pectoris i leciałam do Krynicy na kurację. Ja się nie bałam, ale nikomu nie powiedziałam, że lecę, dopiero z Krakowa zatelefonowałam i powiedziałam, że jestem na miejscu. Myślę, że Babunia by protestowała, gdyby wiedziała, że zamierzam lecieć. W końcu zostawiałam jej i takiej płatnej opiekunce dwoje maleńkich dzieci. To wszystko było strasznie dramatyczne. Teść w więzieniu, ja jako młoda wdowa z dwójką maleńkich dzieci, ciasnota mieszkaniowa, ubecy za ścianą. Przynajmniej Mareczek i Ewunia dostali od LOT-u renty sieroce… choć to bardzo długo trwało.

A twój tata? Co robił w PRL-u, jak przestały istnieć PNZ-ty?

Ojciec pracował bardzo długo. Jeszcze w wieku 80 lat pracował na uniwersytecie.

A ty studiowałaś jeszcze?

Ostatni egzamin dyplomowy zdawałam w listopadzie 1950 roku. Mój opiekun naukowy, profesor Curkiewicz miał zawał i we wrześniu nie pytał, a od października pytał tylko jednego studenta dziennie, a i to nie codziennie. Ewa była wtede maleńka. I miała do mnie potem o to pretensje, że jak jeździłam na egzaminy, to albo ją zostawiałam w wózeczku u krawcowej, którą mieliśmy w śródmieściu w Poznaniu, albo u portiera. Nie miałam żadnej opiekunki do niej, a wszyscy pracowali. Opiekunkę miałam, het, jak już dwoje dzieci urodziłam. Ewa zawsze miała pretensje, że ją zostawiałam u portiera, a tak by już miała zaliczone jakieś egzaminy czy wykłady, jakbym ją ze sobą brała na zajęcia. Gdy skończyłam studia, mój kuzyn Leitgeber pomógł mi znaleźć pracę. Bardzo chciałam od razu pójść do pracy.

Zatem poszłaś do pracy.

Tak. W listopadzie 1950 roku zdałam egzaminy dyplomowe i bardzo mi zależało, żeby już od razu, jeszcze w tym samym roku zacząć pracę, bo wtedy w następnym roku miało się już miesiąc urlopu. Leitgeber załatwił mi po znajomości u głównego księgowego jednej firmy budowlanej, że mnie przyjęli od 15 grudnia. I pech chciał, że dokładnie wtedy zaszłam w ciążę i rodziłam dokładnie 9 miesięcy potem, jak zaczęłam pracować w tej firmie. Pracowałam w dziale finansowym i zajmowałam się jakimiś rozliczeniami. Pracowałam tam, ciocia Ewa była w żłobku, a ja byłam na trzymiesięcznym okresie próbnym. I nie mogłam się nikomu przyznać, że jestem w ciąży, bo by mnie zwolnili natychmiast. Bo po co komu taki pracownik, który potem pójdzie na 3 czy 4 miesiące na urlop macierzyński? Na początku oczywiście nie wiedziałam nawet, ale potem już wiedziałam. I to ukrywałam. Nosiłam zapaskę – taki ludowy strój, pelerynka w kolorowe pasy, który był równieżw Częstochowskiem. I w biurze w tej zapasce chodziłam. Dopiero w maju, jak byłam w piątym miesiącu, a czas próbny dawno minął, przyznałam się, że jestem w ciąży. Jaki ten główny księgowy był wściekły, oburzony, cała heca była. W sierpniu urodziłam Marka i do ostatniego dnia chodziłam do pracy. Jeszcze w sobotę byłam w pracy, a w niedzielę 12 sierpnia urodził się Marek. Potem byłam na urlopie macierzyńskim, trzy miesiące i miałam miesiąc urlopu wypoczynkowego – Jacek jeszcze żył, zginął 15 listopada. A w firmie już wszystko było przygotowane, że jak tylko wrócę do pracy, to dostanę wypowiedzenie. Ale jak się okazało, co się stało, to pani personalna powiedziała: nie wolno, nie wolno zwolnić kobiety, która jest jedynym żywicielem rodziny. Był pełen socjalizm i takich rzeczy przestrzegano. Ale trzeba też dodać, że personalną była pani Jasnoszowa, której mąż był archeologiem, kolegą Jacka. Jacek pracował w Instytucie Historii u profesora Hensla, a tamten pracował w Muzeum Archeologicznym u profesora Kostrzewskiego. Więc jeszcze wykorzystywałam ten urlop, a potem jeszcze dostałam zwolnienie lekarskie. Bardzo się bałam, że mnie wyrzucą, tak że do pracy przyszłam dopiero w styczniu i wtedy personalna mi powiedziała, że nie grozi mi żadne wypowiedzenie. W tej firmie pracowałam do końca 1963 roku, dobre 10 lat. I oni mi dali częściowo wkład na to moje mieszkanie na Hetmańskiej. Bo to była Spółdzielnia Pracowników Budownictwa i firmy dawały częściowo wkład na mieszkania swoich pracowników. Ale trzeba było podpisać cyrograf – zobowiązanie, że się nie odejdzie z firmy do czasu zamieszkania w tym mieszkaniu. Zawsze mówiłam, że ja jestem chłop pańszczyźniany glebae adscripti, mówiłam to publicznie. Podpisałam, musiałam tam pracować i nie dostawałam żadnych podwyżek, bo po co dawać podwyżki pracownikowi, o którym wiadomo, że nie odejdzie. I wytrwałam tam aż do 1963 roku i natychmiast, jak się tylko zameldowałam w mieszkaniu na Hetmańskiej, złożyłam wypowiedzenie, choć nawet jeszcze nie wiedziałam, dokąd pójdę pracować.

I dokąd poszłaś?

Zosia Kolbergowa mnie ściągnęła do spółdzielczości pracy, gdzie troszkę więcej dostałam pieniędzy, a spółdzielczość organizowała świetne wakacje dla dzieci. To był Wojewódzki Związek Spółdzielni Pracy, a spółdzielnie były fryzjerskie, szewskie, budowlane, lekarskie, wszelkie. Tam najpierw pracowałam w różnych wydziałach, w administracji, a później w ramach tej spółdzielczości pracy przeszłam do Gdańska do Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Pracy. I tutaj w Gdańsku bardzo szybko awansowałam. Byłam sumienna i pracowita, i bardzo szybko zostałam kierownikiem działu ekonomicznego. Miałam lepsze pieniądze, bardziej odpowiedzialną pracę, swój gabinet. W 1983 roku, w momencie jak skończyłam 55 lat, przeszłam na emeryturę.

Dlaczego? Przecież miałaś dobrą pracę, lepsze pieniądze?

Bo to były te zmiany, euforia roku 1980 i 81, później stan wojenny, ciągle się też zmieniały przepisy administrowania tą spółdzielnią i powoli miałam wszystkiego dosyć. Mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę i skorzystałam z tego. To prawda, ja szalenie wcześnie przeszłam na emeryturę i dlatego mam taką małą tę emeryturę. Później zmieniły się przepisy, emerytury były wyższe i jak Zosia Kolberg przechodziła na emeryturę, trochę później niż ja, to dostała o wiele lepsze pieniądze. Myśmy były na równorzędnych stanowiskach, to znaczy ja w Gdańsku uzyskałam takie stanowisko, jakie ona miała w Poznaniu. I ona, jak tylko przeszła na emeryturę, to poszła na pół etatu do takiej niedużej spółdzielni. A ja tu przestałam pracować w 1983 roku i dopiero w 1986 roku, po urodzeniu się Adasia, poszłam w Sopocie do biblioteki na pół etatu. I wtedy mi się te trzy lata dołożyły do stażu pracy. To był jakiś taki przelicznik i potem miałam troszkę wyższą tę emeryturę.


Rozmowa z Zofią Slaską, zwaną Babaciem, przeprowadzona wiosną 2009 roku, przez jej najstarszego wnuka Jacka Slaskiego.
Spisała Ewa Maria Slaska

Zofia Slaska była mamą mojej najlepszej przyjaciółki na studiach, Ewy Marii Slaskiej. Gdy wyszłam za mąż za brata Ewy, Marka, ja też nazywałam się Ewa Maria Slaska, a mama Ewy i Marka została moją teściową. Gdy rozwiedliśmy się z Markiem, nadal mówiłam do niej “mamo” i często odwiedzałam ją i Ewę. Ewa umarła w roku 2005, teściowa dwa tygodnie temu. Zdjęcie zrobione tydzień wcześniej.

Listopad 2020. Asiu…

Ela Kargol

Asiu, od kilku miesięcy mówię do Ciebie tym zdrobnieniem, łagodniejszą wersją Aśki. Aśka była żywotna, pełna wigoru, planów, obowiązków, zabiegana, Aśka była zadziorna, pełna pomysłów, też naszych wspólnych, naszych wyjazdów, wspólnego pisania, rozmów, wędrówek pieszych i rowerowych z przerwą na piwo albo dwa. Aśka była życiem. I nie wiem w którym momencie przestałaś być Aśką. W momencie, kiedy Ty jeszcze może nie wiedziałaś, a ja już wiedziałam, że trzeba oswoić śmierć, która nadejdzie prędzej czy później, a ze śmiercią trzeba łagodnie, trzeba po dobroci.

Wtedy stałaś się Asią.

Nie pamiętam, kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam i nie wiem, kiedy ostatni. Ten ostatni raz na pewno da się poszukać w naszych whatsappowych rozmowach.
Trochę mnie oszukałaś, niechcący. Miałyśmy dalej pisać o Berlinie, pojechać pociągiem do Kultury do Wrocławia, potem do Szczecina, albo odwrotnie, miałyśmy chodzić z naszymi wnukami na spacery, place zabaw, na koncerty, wykłady, miałam do Ciebie wpaść, jak wyjdziesz ze szpitala, jak znowu Cię podleczą, wyleczą i na chwilę będziesz znowu Aśką.

Ja z Poznania, Ty znad morza, spotkałyśmy się na studiach w Poznaniu. Smukła, wysoka z czupryną długich rozwianych loków na głowie, taką Cię pamiętam. Nie byłyśmy wtedy przyjaciółkami, ale dobrymi koleżankami, zresztą do Ciebie wszyscy ludzie lgnęli. Miałaś w sobie jakiś magnes, który przyciągał nie tylko samych ludzi, ale i to, że się przed Tobą otwierali, a ty cierpliwie i z zainteresowaniem ich wysłuchiwałaś, każdą ich historię, wspomnienia, przeżycia. Tylko u Ciebie mogłam sie wyżalić, gdy umarł mi ojciec, gdy zięć opuścił moją córkę. Teraz, gdy jestem chora też bym do Ciebie najchętniej przyszła. Przyjdę.

Przyjechaliśmy z Tomkiem autostopem do Gdyni, pamiętam twój rodzinny dom, kotlety mielone, które przygotował nam twój ojciec, bez jajka, bułki tartej i przypraw, tylko ze solą. Pyszne.
Ja na drugim roku zostałam mamą i na kilka lat wyniosłam się z życia studenckiego, ale gdzieś tam się mijałyśmy, na pewno na strajku. Potem wszyscy zaczęli wyjeżdżać na zachód. Ty też pojechałaś.
Znalazłyśmy się w Berlinie, chyba ja Ciebie znalazłam, z naszego roku mieszkało wtedy w tym mieście kilkanaście osób. Byłaś jedną z nielicznych, z którymi nawiązałam kontakt. Inni się pochowali, zaczęli nowe życie, nie szukając starych przyjaźni.
Z Witkiem Kamińskim byłam świadkiem na twoim pierwszym, może niefortunnym ślubie. Nie, ślub był fortunny, ale dalsze codzienne życie już nie bardzo.
Zamieszkaliście na Märkisches Viertel dzielnicy z wielkiej płyty, przypominającej polskie osiedla. Udawałaś, że ci się podoba. Przedtem mieszkałaś na Kreuzbergu, nie pamiętam gdzie. Tam w tym mieszkaniu przedtem, tam przychodziły tłumy ludzi. Nie pamiętam ich wszystkich, niektórzy czekali na wyjazd gdzieś dalej. Dużo z nas zostało w tym mieście otwartym i zamkniętym, pięknym. Stąd było blisko do Polski, i ta bliskość, mimo braku wyjazdów pomagała. A Berlin przyciągał i cały czas to robi.

W końcu zostałaś mamą, założyłaś rodzinę, w dalszym ciągu przyciągałaś do siebie ludzi, a ludzie ciebie. Szczęście jest pewnym stanem, który się docenia, gdy on przeminie. Wychodząc z takiej definicji szczęścia, byłaś bardzo szczęśliwa.

Twój rak był z tych gorszych, z tych, które stawiają cię zaraz na przegranej pozycji. Jeszcze trochę pozwala ze sobą walczyć, prowokuje, okłamuje, podpuszcza, niby tak się boi tej całej chemii, że już go nie ma, no może jeszcze trochę, że niby się usuwa, że zdrowie wraca. Gówno prawda, a tu bęc, przyczaił się i od razu powalił, już nie pozwolił na jakieś gierki. Raczysko, wstrętny wróg, którego tylu wokół pokonało, tylko nie ty. Dlaczego nie ty? Nawet twojej mamie było dane 9 lat walki. 9 lat, to tak dużo. Mała Ela pamiętałaby Cię nie tylko ze zdjęcia.

O śmierci mało rozmawiałyśmy, chociaż nie, inaczej: o śmierci naszej, twojej i mojej mało rozmawiałyśmy. O innych śmierciach, tak. Zawsze przecież umierają inni, aż do teraz.
Bo teraz umarłaś Ty i jakaś część mnie w tobie, Asiu.

Wierszolisty powstały i powstają od czasu, gdy odeszłaś, a ja jeszcze jestem.

Asiu…

Joasiu, dokąd poszłaś i mnie nie zabrałaś?
Sama.
Tam nie ma świata, tam jest niebo, tam tylko samoloty i chmury i słońce i nic.
Nic, a może jednak coś?
Może Bóg, może Matka Boska?
Może mama, tata, przyjaciele, których już dawno przestaliśmy opłakiwać.
I anioł stróż, który nie rozpostarł nad Tobą skrzydeł,
bo już nie mógł,
bo chciał, żebyś dołączyła,
bo właśnie Ciebie wybrał.
Jedną z pierwszych.
My już będziemy po tobie.
Nie wiemy w jakiej kolejności.
Wybranką jesteś.

Nowy adres

Byłam dzisiaj u ciebie,
pod twoim nowym adresem,
tam, gdzie jeszcze cię nie ma,
tam, gdzie Chrystus upada pod krzyżem,
a Maryja wszystkiego ze szczytu dogląda,
tam, gdzie bluszcz alejki wyściela,
i liściom daje posłanie.
Który blok, które piętro i które mieszkanie?
Ah, o piętro nie powinnam się pytać.
Mówłaś, że przecież się spoktamy.
Jak nie teraz, to kiedyś,
jak nie tu, to tam.
Wiewiórka skacze z gałęzi na gałąź,
wrony grzebią w śmietniku.
A ta jesień, taka złota, taka polska.
Widziałaś ją, jeszcze miesiąc temu.

Ładnie tu.
Przyjdę do ciebie, jak się wprowadzisz.
Nie będę się umawiać,
przecież będziesz, Asiu.

Odwiedziny

Odwiedziłam Cię dzisiaj
w twoim nowym mieszkaniu.
Ta sama dzielnica,
trochę mniejszy metraż.
Ulica bez nazwy,
ale za to z numerem.
Coraz zimniej się robi
i dzień taki krótki.
Czy duszom jest zimno?
Jeśli tak, to Cię ogrzeję,
czapkę na zimę przyniosę, szalik i rękawiczki.
Wypijemy herbatę i grzane piwo.
A potem każda z nas pójdzie w swoją stronę.
Ty ulecisz, ja odjadę.

Będę tęsknić.

Wspomnienia (2): wojna

Umarła moja Teściowa, Zofia Slaska. W zeszłym tygodniu przypomniałam pierwszą część wywiadu z nią spisanego w roku 2010 przez mojego wnuka. Dziś druga część.

Zofia Slaska, babcia i Jacek Slaski, wnuk rozmawiają o życiu babci w czasie wojny

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze. Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Bielskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka, Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września, się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała.

Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w 1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Asią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Asi, która mieszkała z matką w Kielcach. Gestapo przyszło do Asi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski zamieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej synowie chodzili do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Asia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Hanusi i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać. Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy (tu gdzieś jest cała paczka listów). Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie. Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie „mleczarek” przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.

I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia ze swoją opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto dziesiąte i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

Tak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy nie dopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka, ta, która przeżyła, mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali do nas, odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Asia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były jakieś komplikacje,i Henryk pojechał na tę operację do Szwecji.

Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci.

Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć. Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania. I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Też i nie wiem, co to dla ojca znaczyło, ta wizyta, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku.

To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

We dworze już od 1940 roku mieszkali różni ludzie, Wojtek Morawski, który był mniej więcej w moim wieku, ale przede wszystkim zamieszkałau nas ciocia Azia Umiastowska, siostra mojej mamy, z mężem morfinistą. Nie była to moja ulubiona ciotka, a mój ojciec nie lubił jej męża, bo był leniem, ale co było robić. Od czasu uwięzienia mamy ciocia Azia prowadziła dom. Nie znała się na tym zupełnie, ale musiała i jakoś dawała sobie radę. Była chora psychicznie, miała ataki, chciała się targnąć na życie, pilnowano jej, ale uciekała. Mój ojciec sprowadzał do niej neurologa, a jak dostawała leki, jakieś krople na uspokojenie, to jej mąż je jej podpijał. Brakowało mu morfiny i sięgał po wszystko. Pamiętam, że była taka umowa z aptekarzem, bo była apteka w Janowie, że służba folwarczna z Bystrzanowic mogła realizować receptę u aptekarza, a rachunek pokrywał ojciec. Tylko recepta musiała być podpisana przez lekarza i mojego ojca, a jak ojca nie było, to przeze mnie, choć miałam dopiero kilkanaście lat, ale nie przez ciocię Azię. Ojciec bał się, że mąż cioci Azi mógłby zmusić ją do podpisania sfingowanych recept na morfinę.

Ty wciąż jeszcze byłaś uczennicą?

Byłam uczennicą, ale mieszkałamw domu i uczyłam się, miałam nauczycielki. Te panie się zmieniały. Bo moja nauczycielka, która mnie uczyła całą podstawową szkołę i jeszcze przez 1 i 2 klasę gimnazjalną już sama stwierdziła, że dalsze uczenie mnie przekracza jej możliwości. Języków uczyła mnie w tym czasie ciocia Azia. Angielki nie było, bo w 1939 roku wywieźli ją Niemcy. Niemcy zebrali wszystkich cudzoziemców, już nie wiem, czy w Częstochowie, czy wszystkich odstawiono do Warszawy i stamtąd wysiedlili ich na Zachód, do Holandii. Potem miałam drugą nauczycielkę, bardzo wspaniałą panią, która byłaz wykształcenia chemikiem bodaj czy fizykiem, chemikiem chyba, i ona mnie uczyła półtora roku. Ale ciocia Azia dla niej była przykra i ona odeszła. Mnie powiedziano, że dlatego, że mama jej choruje, ale naprawdę, to przez ciocię. Później się z tą panią jeszcze widziałam, były kontakty nawet po wojnie, śliczne sukienki mi przysłała dla Ewuni. A z jej siostrzenicą, nie – z bratanicą, byłam na studiach w Poznaniu, ale ja byłam na czwartym roku a ona na pierwszym. I to ona mnie odnalazła. I później była jeszcze jedna nauczycielkaz Częstochowy, która uczyła mnie pół roku. I tak skończyłam cztery klasy gimnazjalne. Już byłam sama, bo nie było Wojtka, który wyjechał do Krakowa po aresztowaniu mamy, więc i tak było trudniej. No a później pojechałam do sióstr Nazaretanek do liceum do Częstochowy.

We wrześniu 1943 roku?

Nie, to był rok 1944, w Warszawie było powstanie, do końca powstania było niespokojnie i ja chyba dopiero pod koniec października pojechałam do szkoły. To była szkoła dziewczęca, w klasztorze. Weszłam do klasy z bieżącym programem, ale musiałam sama nadrobić te pierwsze dwa miesiące. Nadrabiałam i na Boże Narodzenie pojechałam do domu. W szkole było fajnie, bo wreszcie miałam koleżanki. A poza tym miałam wspaniałe oparcie, bo mój ojciec, jak sprowadził tę Hanusię Dąbrowską z sierocińca i przywiózł ją z Kielc do Bystrzanowic – Hanusia była malutka, miała 6 lat, była 10 lat młodsza ode mnie, urodzona w kwietniu w 1938 roku – to przyjechała z nią pani Anka Lisińska, która była jej opiekunką w Kielcach jeszcze, do czasu aresztowania moich kuzynek. Anka była trochę starsza ode mnie i uczyła się sama. Panna Zofia, ta moja nauczycielka, jej pomagała, jakieś podręczniki dla niej sprowadzono i Anka uczyła się sama. Myśmy przerabiali – myśmy, bo wtedy był jeszcze Wojtek, całą tą zimę z roku 1942 na 43 – trzecią klasę gimnazjalną, a ona chyba pierwszą licealną. Anka poszła do sióstr wcześniej niż ja. Mój ojciec bardzo wspomagał ten klasztor i jakoś to zostało finansowo załatwione, że Ankę tam przyjęto. Jakaś inna pani z córeczką przyjechała zajmować się Hanusią i jej ojciec, ten właśnie Henryk Dąbrowski, zabrał ją w 1946 roku do Anglii, gdzie jeszcze dotąd żyje.

No więc w szkole w Częstochowie miałam w Ance wspaniałe oparcie, ona już była w klasie maturalnej i pomagała mi w matematyce. Bo ja miałam te dwa miesiące do nadrobienia. Polskiego nie musiałam nadganiać, miałam znajomość literatury na odpowiednim poziomie i nie było też problemem samej poduczyć się geografii czy historii, ale matematyka! A trzeba było nadgonić i program z matematyki, bo z każdego przedmiotu miałam ustny sprawdzian.

Wróćmy jeszcze do wojny. Jak funkcjonowały Bystrzanowice podczas wojny?

Wojna dotkliwie dała się odczuć w życiu rodziny, ale nie dotknęła majątku. Bystrzanowice znalazły się na terenie Generalnej Guberni, czyli nie zostały włączone do Niemiec. Trzeba było obowiązkowo odstawiać kontyngent, tak to się nazywało, bardzo duże ilości zboża, a wysokość dostawy była naliczana w zależności od ilości ziemi użytkowanej rolniczo. Był też przymus sadzenia takiej rośliny, która się nazywała oxalis, z której Niemcy chcieli produkować paliwo. Ziemniaki się nadal wywoziło do syropiarni, tylko pewnie tam Niemcy zabierali produkcję. Kolczykowano też świnie – Niemcy wprowadzili taki „spis” świń, wiedzieli, ile ich było i nie wolno było zabić dla siebie na potrzeby gospodarstwa, tylko te wyliczone sztuki, wyhodowane do normalnej wielkości, musiały być dostarczone do niemieckiej rzeźni. Oczywiście to się omijało, jak się zabijało świnię, to się jej obcinało kolczyk z ucha i przyczepiało prosiakowi.

A pracownicy?

Stosunek ludzi do ziemiaństwa nie zmienił się w czasie wojny. W każdym razie u nas się tego nie odczuwało. Mój ojciec był bardzo uważający dla swoich pracowników. Na przykład sprzedawał im zboże po normalnych cenach, co było w gruncie rzeczy nieopłacalne, bo na czarnym rynku zboże było wielokrotnie droższe. Ale ojciec nie handlował zbożem na czarnym rynku. Bo to było tak – część ziemian stawiała ponad wszystko wartości etyczne. Mówiło się – chlebem się nie handluje. Nie w czasie wojny. Sprzedaje się uczciwie, ale nie na lewo. Tak samo wuj Staś z Planty nie sprzedawał na lewo żyta, bo to jest chleb.

Dlaczego akurat zboże było towarem na czarnym rynku?

Polakom nie wolno było mieć białej mąki na bułki, tylko razową. Bo biała mąka jest nieekonomiczna – tylko 40% ziarna idzie na mąkę, reszta to otręby, czyli pasza dla zwierząt. Kaszy manny też Polakom nie wolno było mieć. Dlatego się jechało do znajomego młyna, bryczką, z wizytą, wiozło się 50 kilo pszenicy, za to dostawało się 20 kilo kaszki manny dla dzieci, dla staruszków.

Czyli pradziadek nie handlował na czarnym rynku?

A i owszem, ale nie zbożem. Bo na polach siało się nie tylko samo żyto czy ziemniaki, ale była też plantowana koniczyna czy lucerna, których jednak nie kosiło się jako zielonych roślin, tylko były hodowane na nasiona. I to się bardzo opłacało. Nasiona się odstawiało do spółdzielni rolniczej, za to się dostawało deputat cukru, spirytusu albo wódki i materiały, kupony na odzież. Wódkę całą ojciec sprzedawał. W domu się nie piło, trochę się robiło nalewek, więc jak był deputat na 100 litrów, to się powiedzmy dwa litry zostawiało w domu, a resztę się sprzedawało, gdzieś tam w Częstochowie. Cukier też ojciec częściowo sprzedawał.

Czyli trzeba było odstawiać kontyngent dla Niemców, ale trzeba też było płacić dzierżawę? Jak to było z tą dzierżawą?

Dzierżawa opiewała właściwie na dziewięć lat, ale przepisy w czasie wojny były takie, że nie rozwiązywano umów i dzierżawa się przedłużała na czas nieokreślony. Gdy Rosjanie się zbliżali, Niemcy dosyć szparko zwiali ze Złotego Potoku i okolicy, chyba już w marcu, ale jeszcze w kwietniu próbowali bombardować Częstochowę. Pamiętam, bo już wtedy, od 1944 roku, byłam w internacie u sióstr Nazaretanek. Był alarm. Kazano nam zejść do piwnicy. Siedziałyśmy rządkiem w takim korytarzu kuchennym, a z nami Matka Przełożona. Nie pamiętam dokładnie, co tam robiłyśmy, pewnie różaniec odmawiałyśmy. W okolicy Częstochowy nie było żadnych walk, w każdym razie ja nie widziałam żadnych akcji wojennych, tylko koło Bystrzanowic przejechały jakoś tak bokiem sowieckie czołgi, w drodze na Zachód.

Bystrzanowice cały czas były pełne ludzi?

Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków. Kiedy się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Cd w poniedziałek za tydzień

Cmentarz w Stahnsdorfie

Ela Kargol

Gdy w sklepach oferują przecenione stroje kąpielowe i dmuchane baseny, czekoladowe pierniki i sztuczne choinki, szkaradztwa hallowenowe, a pomiędzy nimi znicze i wiązanki nagrobne, to znaczy, że przyszła jesień, która jeszcze tęskni za latem, ale już wyczekuje zimy, radości świąt, choinki i gdzieś pomiędzy wkłada nam umieranie, groby, cmentarze,

Wszystkich Świętych i Niedzielę Wieczności.

Nie pojadę w tym roku na grób taty, bo takie czasy, Na grób przyjaciółki nie pójdę, bo jeszcze grobu nie ma i gdzieś tam czeka na swoją kolej pomiędzy ziemią a niebem. Według pogańsko-chrześcijańskich wierzeń nie powinna długo czekać, bo tyle ile niedziel minie do jej pogrzebu, tylu ludzi zabierze ze sobą stąd do wieczności. Takie czasy, dusze pokutują, a ciała czekają w kolejce na grób, na cmentarz, na pogrzeb.

Pojechaliśmy do Stahnsdorfu, zobaczyć jeden z największych cmentarzy w Europie, cmentarz objęty całkowicie ochroną zabytków, cmentarz muzeum, cmentarz, który powstał 111 lat temu, ale opowiada historie dużo starsze. Zajmuje obszar ponad 200 hektarów, leży nieco poza granicami Berlina na południowym zachodzie, w Brandenburgii.

Gdy Berlin w połowie XIX wieku nabrał tempa rozwoju, a liczba mieszkańców raptownie wzrastała, zaczęło brakować miejsc na parafialnych cmentarzach. I wtedy powstał plan budowy dużych cmentarzy za miastem, które oferowałyby miejsce pochówku poszczególnym parafiom i dzielnicom Berlina

W 1908 otwarto Ostkirchhof Ahrensfelde, w 1909 Südwestkirchhof Stahnsdorf, planowany
cmentarz północny Nordkirchhof w Mühlenbeck nigdy nie powstał.

Gdy Hitler marzył o wielkiej Germanii, a Speer jego plany urzeczywistniał, części cmentarzy, które znajdowały się na obszarze planowanej Osi Północ-Południe / Nord-Süd-Achse ulokowano w Stahnsdorfie. Do roku 1940 przeniesiono 15 tysięcy grobów, nie tylko ich zawartości, ale również tysiące okazałych, wspaniałych budowli nagrobnych, pomników, rzeźb, mauzoleów.

Jadąc do Stahnsdorfu znałam tylko jedno nazwisko. Może z uwagi na własne zainteresowania, ale też ze względu na to, że u nas, przybyłych tutaj z Polski, słowniki Langenscheidta do dzisiaj zajmują ważne miejsce na półce z książkami. Gustav Langenscheidt, niemiecki filolog, językoznawca, założyciel wydawnictwa Langenscheid zmarł w roku 1895 w Berlinie i został tam pochowany na Starym Cmentarzu św. Mateusza w dzielnicy Schöneberg (Alter St.-Matthäus-Kirchhof Berlin). W roku 1939
jego rodzinny grobowiec, wraz z doczesnymi szczątkami został przeniesiony do Stahnsdorfu. Do Stahnsdorfu translokowano też inne cmentarze leżące w Berlinie Zachodnim, o którym wtedy jeszcze nikt nie słyszał.

Zakup terenu i powstanie cmentarza w Stahnsdorfie finansował od samego początku Kościół Ewangelicki Berlina-Brandenburgii i Śląskich Górnych Łużyc (Evangelische Kirche Berlin-Brandenburg-schlesische Oberlausitz).

Kilka lat po otwarciu cmentarza uruchomiono linię kolejki podmiejskiej z przystankiem Stahnsdorf Friedhof. Kolejka zwana „cmentarnym pociągiem” lub „wdowim ekspresem” służyła nie tylko żywym. Przeładunek i załadunek trumien odbywał się na dworcach Wannsee, później Hallensee. Po drugiej wojnie światowej zmieniły się granice, Stahnsdorf pozostał w strefie wschodniej, a na cmentarz stworzony dla Berlina Zachodniego trudno było się dostać, aż wreszcie po budowie muru stało się to prawie niemożliwe. Kolej kursowała jeszcze do lat 50 ubiegłego wieku, później rozebrano tory, a w latch 70 wyburzono niszczejący dworzec. Czy restauracja naprzeciwko cmentarza należała do zabudowań dworcowych, tego nie wiem. Jedzenie dość marne, piwo jak wszędzie, za to nazwa restauracji TIC TAC dość kasandryczna. Pijąc piwo, zastanawiałam się nad tykaniem zegara, który kiedyś prędzej czy później wystuka każdemu ostatnią godzinę. Memento mori.

Semafor i tablica informacyjna przypominają o istnieniu dworca. Wchodząc głębiej w zagajnik można zobaczyć omszałe resztki peronu, zagłębienie torów i wolną przestrzeń między drzewami prowadzącą w kierunku Dreilinden i Wannsee.

Cmentarzem kieruje od ponad 30 lat Olaf Ihlefeldt, który nie tylko zna każdą piędź ziemi „dobrego miejsca”, jak sam o cmentarzu mówi, ale sercem i duszą oddany jest temu miejscu. Tłumaczy cmentarz, ponieważ cmentarze potrzebują tłumacza, żeby przemówić i go opowiedzieć.

Choć cmentarz w Stahnsdorfie stoi otworem dla wszystkich wierzących i niewierzących, ludzi różnych wyznań i niewyznań, to jednak nad całością czuwa oprócz Olafa Ihlefeldta Bóg i chrześcijański krzyż. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28) przemawia Chrystus z monumentalnej płaskorzeźby Ludwika Manzla, rzeźbiarza, grafika, malarza, twórcy słynnej szczecińskiej Sediny. 12-metrowy relief z Chrystusem i 24 figurami powstawał w latach 1909-1924 dla ewangelickiego kościoła w Gnieźnie. Kościół ten nigdy nie został zbudowany, Gniezno w roku 1919 roku po wygranym powstaniu wielkopolskim wróciło w granice Polski. Potężna rzeźba stanęła w roku 1924 na stahnsdorfskim cmentarzu. Ostatnie miejsce spoczynku artysta znalazł też tutaj wśród wysokich sosen i brandenburskich piasków.

Niestety na cmentarzu dochodzi coraz częściej do aktów wandalizmu, kradzieży, bezczeszczenia zwłok. Mauzoleum rodziny Hartenecków zostało pieczołowicie odrestaurowane przez studentów kierunku konserwacji zabytków z Wyższej Szkoły Zawodowej w Poczdamie, niestety trumna w krypcie jest pusta. Grobowiec słynnego reżysera Friedricha Wilhelma Murnaua, również kilka lat temu odwiedzili złodzieje. Ukradziono czaszkę twórcy „Nosferatu”, tworząc tym samym współczesną „Symfonię grozy”. Giną miedziane dachy kopuł mauzoleów.

Cmentarz cały czas szuka dofinansowania, oferuje objęcie patronatów nad zabytkowymi grobami, których czas użytkowania już dawno minął. Od 2000 roku działa Stowarzyszenie Wspierające Cmentarz Stahnsdorf; organizuje wykłady, spotkania, oprowadzania, koncerty w kaplicy cmentarnej i inne wydarzenia kulturalne, wyświetla filmy reżyserów tu pochowanych, wystawia opery. Dzieją się tu wydarzenia, może kiedyś niepasujące do tego miejsca, ale w dzisiejszych czasach jak najbardziej.

Cmentarz na przekór wszystkiemu żyje, tak jak kiedyś w zamierzchłych czasach, kiedy był miejscem radosnych obrządków, przenikania dwóch światów życia i śmierci. Dopiero później stał się miejscem ostatecznym, smutnym, niechcianym, którego każdy unikał. Od jakiegoś czasu jest znowu obszarem dla jednych i drugich. Jest miastem umarłych, do którego my żywi chętnie zaglądamy. Podziwiamy budowle, te starsze i minimalizm tych współczesnych, spacerujemy w sosnowym lesie pełnym bluszczu i posadzonych tu dawno temu rododendronów. Zatrzymujemy się na chwilę przed znanym nazwiskiem, przed okazałym pomnikiem i przed trzema boginiami życia i śmierci, Mojrami, prządkami losu człowieka, przed „Prządką” nici żywota, „Udzielającą”, która tej nici strzeże i „Nieodwracalną”, która ją przecina.

Więcej tu: http://www.suedwestkirchhof.de/aktuell.html

 

Zmieniamy czas? Czy on nas?

Boże, jak Ci mogę podziękować inaczej niż własną śmiercią?
Jak mogę się pogodzić z Tobą inaczej niż umierając?

Mietek Węglewicz

Wiersze funeralne: Z cyklu ,,pożegnania”

***
Na orbitach i na drodze mlecznej
W galaktyce obdarzonej łaskami
Słyszysz teraz
witamy serdecznie
wybierz chmurkę
usiądź, zostań z nami…
Niech Ci będzie tam Mamo lekko
świeża pościel i bielizna czysta
niebo niech będzie gwiezdne, księżycowe
i kołysze Cię cisza srebrzysta
czasem pozdrów z góry
nas ukradkiem
żegnaj Mamo
Mirka z Adkiem

Mama Mirusi Bednarczyk zmarła 18 02 2018

Ciociu,

Ziemia niech lekką będzie
I droga przed Tobą mleczna
poproszę Księżyc niech Cię kołysze
A Ciszę…
niech będzie serdeczna

,,Ciocia” Klara Kleberhof zmarła w Kolonii 01 01 2017

***
Byłeś mężny
Wymagania
miałeś
twarde
Wobec siebie
byłeś
twardym
Edwardem
Czasem trudnym
jak pisanie podania
W mgły i deszcze
brakowało Ci powietrza
nie wiem ,może
czegoś jeszcze
co kochałeś
nie zabrakło Ci
(bo miałeś)
jednego
Tej
serdecznej
mądrej
troski
o chorego

dr Edward Chrostek zmarł 21 stycznia 2019

Igor i Dedal

Zabrakło mi ciebie
tak bardzo
bo na zawsze
Na twoich skrzydłach
zwiedzałem krainę
upadłych bogów
antycznego ładu
ty dałeś je
drugi raz
Dedalowi

pamięci Igora Mitoraja
1944-2014

***
wychyliły się dzwony farne
wydzwoniły jęki żałobne
kwiaty biedne polne, łąkowe
zamożniejsze bukiety nadobne
dumne wieńce z pisanym
słowem
najróżniejsze
wianki, wiązanki
szarfy lśniące
czarno pisane
Drogiej Ani
dla Ani kochanej
najkochańszej
Pani Doktor naszej
wszystkie smutne
jak świata koniec
żegnam twoje kochane serce
mądre oczy
i dobre dłonie

dr Anna Obojska zmarla 5 10 2018r

W listopadzie

chryzantemy się złocą
to już listopad, popatrz
nocą cmentarze płoną
wielką łuną czerwoną
czas tak minął jak mgly
nie uśmiechasz się wcale
w zielonych oczach masz łzy

kocham Cię

Boże dzięki Ci za to
że była
taka dobra, mądra, kochana
czasem ciężko ale pięknie żyła
Za to posadź Ją u siebie na kolanach
i ukołysz migotaniem gwiazd,
żeby spała kiedy nie boli
żeby wstała kiedy przyjdzie czas

pamięci pani doktor Danuty Bogdanowicz
zmarła 11 10 2018

Noc listopadowa

O nocy listopadowa
co się ogniem rozgrzewasz
łuną z milionów zniczy
oświetlasz groby i drzewa
Patrz, tu grób ciemny, niczyj
Bądź prośbom naszym łaskawa
Zanieś zaduszki
do Pana
Na łące niebieskiej pospołu
gwiazdy z modlitwą połóż

 

Odchodzenie

Teresa Rudolf

Coraz więcej zdjęć

Coraz więcej zdjęć
we mnie, twarze, twarze,
coraz wiecej dźwięków,,
głosy, głosy  głosy.

Tylu ludzi odeszło,
porozbiegani teraz
po zaświatach szarych,
lub kolorowych…

Dziś ich święto,
spotykają się jedni,
omijają się inni,
jak kiedyś w życiu???

A ja,

czekam, czekam
na niektórych dzisiaj,
przy przebogatym
stole mej pamięci.

Zaduszki

Zapach świeczek,
kwiatów cmentarnych,
gdzieś się unosisz,
tuż nade mną?

Patrz, tak kolorowo
dzisiaj, to chryzantemy,
białe, a te łososiowe,
to dla Ciebie…

Siądę na troszkę,
posłuchaj moich myśli,
ich muzyki uroczystej
na dzisiejszy dzień.

Słyszysz? Słyszysz?
Liście szeleszczą…
chłód już zimowy…
znów odchodzisz…