Reblog: Nowa polska proza z Podhala

Mariusz Koperski

Śmierć samobójcy

ROZDZIAŁ I

Wyłączył latarkę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze minuta” – obliczył szybko. Odczekał chwilę, a potem zmrużył oczy, tak że światło, które rozbłysło w tym momencie, nie oślepiło go. „Banalna sztuczka, kto się na to nabierze? Wystarczy, że ktoś obserwuje mieszkanie przez kilka dni. Od razu wpadnie na to, że w domu nie ma żywego ducha, kiedy włącza i wyłącza się światło” – ze spokojem podszedł do nieudolnej próby zabezpieczenia domu przed włamaniem. Ale dla niego tym lepiej. Nie musiał marnować czasu na rozbrajanie alarmu, na którym zaoszczędził właściciel, no i mógł dowoli poruszać się po mieszkaniu przy zapalonym świetle nie wzbudzając podejrzeń. Musiał tylko uważać, by nie zbliżać się do okien od strony ulicy.

Rozejrzał się wokół. Uwielbiał drewniane domy. Wciągnął powietrze nosem. Ten był całkiem nowy i wyraźnie wyczuwało się jeszcze zapach drewna. Wywoływał miłe skojarzenie z sosnowym lasem. Z trudem powstrzymał się, by nie przeciągnąć palcami po grubych belkach tworzących ściany domu.

Stał w wejściu do dużego pokoju pełniącego najwyraźniej rolę salonu. Duża, czarna, skórzana kanapa na środku, przed nią mały stolik ze szklanym blatem, a dalej 32-calowy telewizor starego typu. Poza tym mnóstwo drobnych mebli i drobiazgów, które razem nie tworzyły jakiejś spójnej estetycznie całości, ale w połączeniu z ciepłem bijącym od drewnianych ścian, skutecznie budowały atmosferę przytulności.

Spojrzał w górę. Pod sufitem, przez całą szerokość salonu, przeciągnięto grubą, drewnianą belkę zdobioną rzeźbieniami z motywami ludowymi i jakimś napisem. Zmrużył oczy, ale mimo wysiłku nie udało mu się go odczytać. „To będzie dobre miejsce. W sam raz” – pomyślał uśmiechając się. Ponownie spojrzał na zegarek. Miał dokładnie dwie godziny i piętnaście minut do momentu, kiedy wyłącznik czasowy przywróci w mieszkaniu całkowitą ciemność.

Właściwie to miał być teraz na urlopie – siedzieć w jakiejś kafejce w jednym z urokliwych miasteczek Toskanii, popijać espresso lub prosecco i patrzeć na różne wcielenia Moniki Belucci. Już był spakowany i gotowy do wyjazdu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten, któremu się nie odmawia. Przyjął zlecenie, nawet słowem nie wspominając o planowanym urlopie. Taka praca. Przez chwilę myślał nawet, żeby zrezygnować z honorarium, ale doszedł do wniosku, że byłoby to chyba przesadnym lizusostwem i przystał na swoją zwykłą stawkę. Pewnym pocieszeniem było miejsce, gdzie miało dojść do realizacji zlecenia – Zakopane. Dawno tu nie był. Lata całe. To nie to samo, co Toskania, ale też jakaś namiastka urlopu.

Włożył lateksowe rękawiczki. „No dobrze, dowiedzmy się, kim naprawdę jest pan Rylski” – zastanowił się, przekraczając próg salonu. Bardzo lubił tę fazę swojej pracy. Przygotowanie. Rozpoznanie. Poznanie. Poznanie drugiego człowieka. Ofiary. Sama egzekucja to finał i w pewnym sensie formalność. Ale trzeba do niej doprowadzić. Poznawanie drugiego człowieka, odkrywanie jego tajemnic i słabości, to było w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Zawsze bardzo dokładnie przygotowywał się. Wszystko miało być zaplanowane ze szczegółami. Jak najmniej improwizacji, jak najwięcej perfekcjonizmu. Czasami chyba przesadzał, ale z drugiej strony wiedział, że w tej profesji błąd może wiele kosztować. Życie lub wolność.

Takie nastawienie do pracy przyniosło w końcu efekty. Od kilku lat dostawał tylko specjalne zlecenia. Szczególne przypadki, wymagające wyrafinowania i wyobraźni. Nie był zwykłym „cynglem” na usługach jakiejś mafii, rzeźnikiem, któremu zabijanie i zadawanie bólu ofiarom sprawia przyjemność. Wzywano go tylko wtedy, kiedy chodziło o coś więcej niż likwidację osoby, sprawiającej kłopoty. Dla niego było to jak osobliwa sztuka teatralna, która miał wyreżyserować. Jego zadaniem było pokierowanie aktorami spektaklu w ten sposób, by doszło do oczekiwanego finału. „Jestem artystą” – myślał o sobie, ale nigdy tego na głos nie mówił, bojąc się, że ktoś poczyta to za arogancję. Wolał uchodzić za chłodnego i powściągliwego. I tak się rzeczywiście działo.

Na lewo od wejścia znajdował się piękny kominek z ciemnozielonych kafli. Na kominku stało kilka fotografii w ramkach. Największa przedstawiała trzyosobową rodzinę, najwyraźniej małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rozpoznał Rylskiego. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem, krótkie blond włosy z wyraźnie widocznymi już zakolami. Uśmiechał się do obiektywu obejmując żonę i syna. Chłopiec podnosił głowę spoglądając na ojca. Kobieta wtulała się z czułością w ramię mężczyzny. Wzruszające. Rodzinna idylla, która jeśli wciąż trwa, skończy się za jego sprawą.

Na ścianie obok kominka wisiały oprawione zdjęcia Rylskiego z dawnymi osobistościami świata politycznego. Byli prezydenci, byli premierzy i byli wielcy opozycjoniści. Tylko niektórzy z nich utrzymywali się ciągle jeszcze na powierzchni, sławę wielu rozwiał bezlitosny wiatr historii. Zagwizdał z podziwu. „No, no, pan redaktor był kiedyś prawdziwą gwiazdą. A kim jesteś teraz, panie Rylski? Kim jesteś naprawdę?”.

Po salonie przyszedł czas na inne pomieszczenia. Na parterze znajdował się jeszcze gabinet Rylskiego. Stało tu duże biurko z ciemnego drewna, a dwie ze ścian były zastawione regałami pełnymi książek. Zatrzymał się na chwilę przy kilku półkach z beletrystyką. Książki dużo mówią o człowieku, nawet jeśli ich nie ma. Mimowolnie uśmiechnął się widząc tam swoje ulubione Życie. Instrukcja obsługi Perec’a. Obok stało siedem tomów W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Z piątego wystawała kolorowa zakładka. „Brawo” – pomyślał. – „Ja doszedłem tylko do czwartego. Ciekawe, czy ktoś przeczytał wszystkie siedem?”. Poczuł nagłą sympatię do dziennikarza. Wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało mu się już wcześniej polubić swoją ofiarę. Ale i tak w końcu robił swoje. Taka praca.

Na biurku panował twórczy bałagan. Mnóstwo wycinków prasowych, wydruków z komputera, kserówek. Na tych ścianach, które nie były zastawione książkami, wisiały oprawione w antyramy artykuły podpisane nazwiskiem Rylskiego i zdjęcia. Przyjrzał się temu dość dokładnie, ale nie znalazł nic ciekawego. Również wnętrze biurka nie zawierało niczego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu zlecenia.

Wszedł na piętro. Znajdowały się tu dwie sypialnie, jedna małżeńska z dużym podwójnym łóżkiem na drewnianej ramie, druga była właściwie pokojem dziecinnym. Automatyczne włączniki światła były podłączone tylko do dwóch lamp znajdujących się na parterze w salonie, wyjął więc z kieszeni małą latarkę.

W sypialni małżeńskiej już na pierwszy rzut oka coś się nie zgadzało. Podszedł do dużej szafy z klejonego, sosnowego drewna i otworzył ją. Od razu zauważył, czego brakowało. Były koszule, krawaty, garnitury, męska bielizna. Ale ani śladu damskiej garderoby. Zamknął starannie szafę i wyszedł z sypialni. Także w pokoju dziecinnym było coś zastanawiającego. Sam nie miał dzieci, ale wiedział dobrze, że nienaganny porządek, jaki tu zastał, nie jest czymś normalnym. Mnóstwo zabawek ustawionych porządnie na dwóch małych regałach, łóżeczko wzorowo pościelone jak na obozie harcerskim, nie, tak nie wyglądają pokoje chłopców w tym wieku. Wszystko wskazywało więc na to, że Rylski mieszkał tu sam. Żona z dzieckiem wyprowadziła się z jakiegoś powodu i on musiał ten powód poznać.

Stanął na chwilę na środku dziecięcego pokoju i zamknął oczy. Dotarły do niego stłumione odgłosy miasta żyjącego swoim wakacyjnym rytmem. Strzępy dyskotekowej melodii z jakiejś imprezy „open air”, pojedyncze pohukiwanie samochodowych klaksonów, śmiechy ludzi, którzy korzystali z atmosfery letniej, urlopowej niefrasobliwości i cieszyli się, że choć przez parę dni mogą zapomnieć o szarej codzienności. „Zakopane! Jestem w Zakopanem. Jestem w pępku świata!” – nie pamiętał już, skąd znał to określenie miasta pod Giewontem.

Nagle pośród tych dźwięków pojawił się całkiem blisko odgłos trzaśnięcia zamykanej furtki i chwilę potem usłyszał kroki na schodach prowadzących na ganek. Otworzył oczy, wyłączył latarkę i zamarł w oczekiwaniu. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i wszedł do holu. Spojrzał na zegarek. „Tylko bez paniki! Jeszcze chwila. Chwila powinna wystarczyć” – uspokajał sam siebie. Kilka sekund później w całym domu zgasło światło, na dole ktoś potknął się o coś lub w coś uderzył, a męski głos zaklął:  – Cholera jasna z tym światłem!

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU

Reblog: Maść do latania

Stanisław Czachorowski (profesor)

O tym jak maść do latania wynalazłem

01.07.2015 sczachor

Słowo wynaleźć ma dwa znaczenia. Po pierwsze wynaleźć czyli odkryć coś nowego, skonstruować wynalazek itd. Niewątpliwie oznacza kreatywność. Po drugie w języku potocznym wynaleźć to wyszukać, wyszperać spośród tego co już jest, tylko gdzieś się zapodziało. Czyli przywrócić na nowo do życia. Maść czarownic do latania wynalazłem na dwa sposoby (efekty). Po pierwsze wyszperałem z zapomnianego dziedzictwa ale i mocno zmodyfikowałem, a więc jest coś na nowo opracowane (nie udałoby się bez współpracy).


Na zdjęciu – Ewa Maria Slaska w kuchni; na stole na pierwszym planie butelka pomalowana przez Autora rok temu, w głębi, za cukiernicą, słoiczek (też pomalowany przez Profesora) z maścią do latania. Właśnie zabieramy się do konsumpcji. Foto: Zofia Wojciechowska

Maść do latania pojawia się w zupełnie nowym kontekście i znaczeniu.

Maść do latania naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też były ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Inaczej te słowa rozumieliśmy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i atrakcyjności turystycznej prowincji. W ten sposób wspieram kreatywnie gospodarkę lokalną i współpracuję z lokalną przedsiębiorczością. Po to właśnie powstało na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Kontekst kulturowy z nutą dowcipu jest pomocny w promowaniu lokalnej żywności i dziedzictwa kulinarnego.

Nasi przodkowie świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, a głód i choroby motywowały do kolejnych prób i poszukiwań. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask a pomogła konsekwentna promocja i pokazywanie pokrzywy w różnorodnych, kulturowych kontekstach. Liczy się nie tylko smak, ale i opowieść. Jest więc zupa z pokrzywy, pierogi z pokrzywą czy nawet lemoniada pokrzywowa. Lokalna i unikalna specjalność, w sam raz do pogłębionej turystyki. Dla ludzi poszukujących intelektualnej przygody.

To, co jedli nasi przodkowie, czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Czasem można było się otruć a czasem pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną. Tak jak każde lekarstwo.

Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, większym stopniu interpretowano go jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin (lub zwierząt) czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takie jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używanych było w przeszłości. Niektóre – do praktyk szamańskich, bo świat przesycony demonami i siłami duchowymi, które można było umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących a działających na układ nerwowy. A że dostępnośc roślin i grzybów psychotropowych była różna w różnych regionach, to i skład owych specyfików był różny.

Dlaczego czarownice? Bo czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, wampiry, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych. Tak jak krasnoludki – kiedyś uważane za demony najczęściej szkodzące, przynoszące choroby. Dzisiaj w kulturze krasnoludek to sympatyczny karzełek, pomagający człowiekowi.

Maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Nie wiem kiedy pojawiała się w popkulturze miotła, ale najstarsze opowieści informowały o wchodzeniu do kotła, po posmarowaniu się maścią. Tłuszcz był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Teraz o tym wiemy. Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic, jadło się albo smarowano (w miejscach ciała o cienkiej skórze, by łatwiej wnikały substancje do krwi).

Po przestudiowaniu wielu opracowań historycznych i etnobotanicznych, po odfiltrowaniu treści fantastycznych od przyrodniczych zaproponowałem nowy skład dla maści do latania. We współpracy z kucharzem i restauratorem z Cudnych Manowców powstała manowcowa maść czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Odgrzebany stary przepis, nawiązujący do historii oraz dziedzictwa niematerialnego ale przetworzony i na nowo opracowany. Maść czarownic wynaleziona na dwa sposoby.

Dlaczego pozostawiam nazwę na poły fantastyczną – maść do latania? Nie żeby oszukiwać i dawać złudną nadzieję na latania wbrew prawom fizyki, ani by promować dopalacze i inne narkotyki. Po to, by nawiązywać do bogatego dziedzictwa niematerialnego i przywracać zapomniane dziedzictwo kulinarne z wykorzystaniem takich „chwastów” jak bylica pospolita czy bluszczyk kurdybanek. Na nowo eksperymentować w kuchni i korzystając z lokalnej bioróżnorodności wynajdować nowe przepisy… albo odtwarzać stare. Ma to posmak archeologii eksperymentalnej i współczesnej innowacyjności.

Na zdjęciu: bylica (Wikipedia D)

Nie samym jedzeniem człowiek żyje ale i kulturą. Bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywano także w noc świętojańską. Dlatego debiut manowcowej maści do latania odbył się w Noc Świętojańską. Degustacji towarzyszyły opowieści etnobotaniczne i historyczne oraz przecudna muzyka Ani Brody. Sama nazywa swoje granie jako muzyka elficka. Na starym instrumencie i w nawiązaniu do archaicznych stylów śpiewu (tzw. biały śpiew). Stara tradycja w zupełnie nowej aranżacji. Pełen folkloryzm, czerpanie z dziedzictwa ale i tworzenie czegoś zupełnie nowego, oryginalnego.

Smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczów nienasyconych. W dobie „walki” ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą … gęsi robić za kosiarki do trawy. Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi a nie wykaszanej kosiarką). Trzecim motywem jest dziedzictwo kulturowe. I jest jeszcze czwarty motyw: wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań.

Reblog: Jak kupować ubrania

Pytanie: Jak kupować ubrania, żeby być fair?

Anna Piotrowicz

Większość ubrań na sklepowych półkach łączy jedno: miejsce produkcji nadrukowane na metce. Często to, co kończy zdanie „Made in…” kryje za sobą nieludzkie warunki pracy i nieprawdopodobnie niskie wynagrodzenie. Najczęściej dotyczy to Turcji, Europy Wschodniej i Azji. Przykładowo, z takiej koszulki uszytej w Bangladeszu i sprzedawanej za 59 złotych, 39 złotych dostaje sklep, 40 groszy  – szwaczka, resztę zabiera producent.

Długi łańcuch dostaw to norma przemysłu odzieżowego. Twoje ubranie, zanim do Ciebie dotrze, zdąży „zwiedzić” nawet kilkanaście krajów. Każdy z nich odpowiada za inny etap procesu wytwarzania – od produkcji tkaniny, po samo szycie. Przy każdej z tych czynności pracują ludzie. W większości przypadków, wysokość ich zarobków jest o wiele niższa niż wyznaczony przez ONZ próg ubóstwa, który wynosi jedynie 2 USD (około 7 złotych) dziennie. Jakie działania powinna podjąć firma odzieżowa, żeby można było mówić o godnym życiu pracownika?

Podstawową kwestią jest godna płaca!
Dla wszystkich zatrudnionych na wszystkich etapach łańcucha dostaw.

Ty, jako klient, masz na to większy wpływ niż myślisz. Podejmując codzienne decyzje, manifestujesz swoje stanowisko. Na rynku obecne jest multum marek odzieżowych. Spora część z nich nie spełnia wymagań produkcji etycznej. Niełatwo znaleźć ubranie, które wpasowałoby się w nurt odpowiedzialnej mody. Ale spokojnie – jeżeli chcesz robić świadome zakupy, musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać informacji i po czym poznać odpowiednie produkty. Więc …

… JAK KUPOWAĆ, ŻEBY BYĆ FAIR?

Nie bój się szukać. Internet to kopalnia wiedzy o produkcji ubrań. Wszystkie zrzeszenia i organizacje walczące o godziwe wynagrodzenie i warunki pracy udostępniają swoje materiały dla każdego.

Kupuj w sklepach internetowych. Powstaje coraz więcej marek odzieżowych, które oferują ubrania potwierdzone certyfikatem. Taka informacja powinna znajdować się na ich stronie internetowej.

Pytaj. Większość firm ci odpowie. Jak nie, to u nich nie kupuj…

Wybieraj marki, które mają lokalnych dostawców i lokalne szwalnie. Skoncentruj się na polskich markach, których z roku na rok jest coraz więcej.

Nie masz czasu? Szukaj szybszych rozwiązań. Jednym z nich jest aplikacja mobilna „Fair Fashion?” To idealne rozwiązanie, jeżeli nie masz czasu szukać odpowiedniego sklepu, a chcesz dokonywać świadomych wyborów. Zawiera bazę danych o najbardziej popularnych sieciówkach.

Zwracaj uwagę na metki. Być może znajdziesz na niej odpowiedni certyfikat. Każdy z nich odpowiada nie do końca za to samo, więc warto je poznać. Taki certyfikat da Ci gwarancje, że dokonujesz lepszego zakupu.

Zasada jest prosta: jeśli na metkach nie ma niczego o tym, że wyrób jest produkowany etycznie, to znaczy, że nie jest.

I wreszcie, zmień sposób ubierania się:

  • Po pierwsze: zminimalizuj ilość kupowanych ubrań. Nie ulegaj impulsom, myśl o tym co można nosić przez kilka sezonów. Korzystaj ze swappingu, czyli wymiany ubrań. Kupuj w lumpeksach – nie będziesz wspierać wyzyskiwaczy, to możesz znaleźć tam prawdziwe perełki.
  • Po drugie: jedno ubranie, wiele możliwości. Pobaw się w projektanta, poprzeszywaj, poprzerabiaj. Znajdź nowe zastosowanie dla swojego ciucha.
  • Po trzecie: inwestuj w tekstylia, które są biodegradowalne lub nadają się do recyklingu.

A więc – możesz. Zawsze możesz coś zrobić! Nie musisz wspierać wyzyskiwaczy. Dowiedz się, jak kupować, aby być fair.

I jeszcze reblog nr 2:

1baner%20koszulka780X370Rozpoczynamy nową odsłonę kampanii „Godna Płaca dla Wszystkich”. Specjalna strona internetowa (w kilkunastu językach) zachęca konsumentów i konsumentki z całej Europy do składania symbolicznej reklamacji ubrań z powodu braku godnej płacy.

Dołącz do kampanii teraz i złóż reklamację do firm odzieżowych >>>>>>>>>>

Zarówno w krajach azjatyckich, jak i w Europie, pracownice globalnego przemysłu odzieżowego z trudem wiążą koniec z końcem, otrzymując zbyt niskie wynagrodzenie. Obecny poziom płac nie pozwala na godne życie. Ustawowa płaca minimalna to zaledwie 19% godnej płacy w Bangladeszu, 31% w Indonezji oraz 35% w Kambodży.

Obecny poziom płac minimalnych powoduje, że pracownicy muszą znosić upokorzenia i życie w ubóstwie bez szansy na poprawę swojego losu. Osoby pracujące w fabrykach odzieżowych od dekady postulują o godną płacę. Wychodzą na ulice, demonstrują i żądają od firm, na zlecenie których szyją, jednego: Godnego życia.

Zachęcamy europejskich konsumentów i konsumentki do przyłączenia się do symbolicznej reklamacji swoich ubrań z powodu wady, jaką jest brak godnej płacy dla osób które je uszyły. Nadszedł czas by przyznać prawo milionom pracowników i pracownic przemysłu odzieżowego do godnego życia. W ostatnich dwóch latach, więcej niż 110 000 europejskich konsumentów i konsumentek podpisało naszą petycję. To pokazuje, że widzą oni potrzebę działania firm i rządów w kierunku wprowadzania godnej płacy.

Kampania zakończy się w Brukseli, podczas Forum „Godna Płaca Teraz”, które odbędzie się 12-14 października 2015 roku. Podczas tego międzynarodowego spotkania Clean Clothes Campaign przedłoży postulaty wsparte przez tysiące konsumentek i konsumentów, dzięki podpisanej przez nich petycji o godną płacę dla wszystkich i wezwie przedstawicieli firm odzieżowych oraz decydentów z krajów UE do podjęcia solidnych działań na rzecz poprawy sytuacji pracowniczej w przemyśle odzieżowym, w obszarze respektowania praw człowieka.

Przypomnij firmom odzieżowym, że są odpowiedzialne za wprowadzenie godnej płacy w całym swoim łańcuchu dostaw! Dołącz to setek tysięcy osób i złóż reklamację >>>>>>

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.

Reblog: Co się z nami stało???

Z reguły nie interesują mnie poradniki, a jednak… Zaproszenie do zapoznania się z tekstami Bartka Popiela przysłała mi pani Monika Wędrocha z wydawnictwa Złote Myśli. Już od jakiegoś czasu dostaję od nich informacje o nowych publikacjach. Wprawdzie nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na ich listę mailingową, ale zawsze porządnie czytam, co właśnie oferują. Mail sprzed dwóch dni zaczynał się tak:

Złote Myśli * Zmieniamy punkt wi(e)dzenia
_______________________________________________

„Mój dziadek mieszkał na wsi. Miał dużo ziemi,
którą uprawiał i dwa hektary sadu.
Poza tym hodował krowy, konie i świnie.

Jednak praca na roli, to nie było jego
jedyne zajęcie. Był w miejscowej szkole
nauczycielem matematyki.

Poza tym… miał sześcioro dzieci.

Wstawał codziennie o 4:00, żeby wszystko
oporządzić przed wyjściem do pracy.

Nigdy w życiu nie powiedział, że mu się nie chce,
albo, że dzisiaj nie wyprowadzi krów
i nie nakarmi świń, bo…
brakuje mu motywacji do działania.”

Spodobało mi się. Poprosiłam o zgodę na reblog. Pani Monika Wędrocha odesłała mnie bezpośrednio do blogu Bartka Popiela, ten do pani Oli, a ta natychmiast przysłała zgodę. I tak oto w nadzwyczajnym tempie udało mi się uzyskać pozwolenie zreblogowania wpisu, który jednak wcale nie zaczyna się opowieścią o dziadku. Szkoda, bo ta opowieść przypomniała mi wiersz Seamusa Heaneya

Bartek Popiel

jaksieW poniższym nagraniu poznasz najskuteczniejsze moim zdaniem sposoby na wzbudzenie i utrzymanie motywacji. To moje osobiste TOP 10. Jednak jeśli chcesz poszerzyć wiedzę z tego zakresu, to zachęcam do pobrania ebooka: „Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty!” Możesz go pobrać w panelu po prawej stronie całkowicie za darmo. Jednak najpierw zobacz video, ok?

No dobrze, a teraz rozsiądź się wygodnie, zobacz nagranie i jeśli masz jakieś pytania, to zapraszam do rozmowy w komentarzach.

***
Nie wiem, czy te porady mogą się przydać, ale na pewno warto co pewien czas przypomnieć sobie opowieść o dziadku, który wstawał o 4 rano.

Reblog: Oldest music in the world

Josh Jones

A Sumerian Hymn Written 3,400 Years Ago

In the early 1950s, archaeologists unearthed several clay tablets from the 14th century B.C.E.. Found, WFMU tells us, “in the ancient Syrian city of Ugarit,” these tablets “contained cuneiform signs in the hurrian language,” which turned out to be the oldest known piece of music ever discovered, a 3,400 year-old cult hymn. Anne Draffkorn Kilmer, professor of Assyriology at the University of California, produced the interpretation above in 1972. (She describes how she arrived at the musical notation— in some technical detail— in this interview.) Since her initial publications in the 60s on the ancient Sumerian tablets and the musical theory found within, other scholars of the ancient world have published their own versions.

The piece, writes Richard Fink in a 1988 Archeologia Musicalis article, confirms a theory that “the 7-note diatonic scale as well as harmony existed 3,400 years ago.” This, Fink tells us, “flies in the face of most musicologist’s views that ancient harmony was virtually non-existent (or even impossible) and the scale only about as old as the Ancient Greeks.” Kilmer’s colleague Richard Crocker claims that the discovery “revolutionized the whole concept of the origin of western music.” So, academic debates aside, what does the oldest song in the world sound like? Listen to a midi version below and hear it for yourself. Doubtless, the midi keyboard was not the Sumerians instrument of choice, but it suffices to give us a sense of this strange composition, though the rhythm of the piece is only a guess.

Kilmer and Crocker published an audio book on vinyl (now on CD) called Sounds From Silence in which they narrate information about ancient Near Eastern music, and, in an accompanying booklet, present photographs and translations of the tablets from which the song above comes. They also give listeners an interpretation the song, titled “A Hurrian Cult Song from Ancient Ugarit,” performed on a lyre, an instrument likely much closer to what the song’s first audiences heard. Unfortunately, for that version, you’ll have to make a purchase, but you can hear a different lyre interpretation of the song by Michael Levy below, as transcribed by its original discoverer Dr. Richard Dumbrill.

Josh Jones is a writer and musician based in Durham

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Gra o tron

graotronV

Wiem, podobno jest feministyczna dyskusja (dyskurs – jak to się dzisiaj nazywa w postmodernistycznej nomenklaturze naukowej) na temat, czy prawdziwa emancypowana kobieta powinna oglądać Grę o tron. Nie wiem, spóźniłam się z oglądaniem o spory szmat czasu – wciąż jeszcze oglądam drugą serię (w prawidłowej nomenklaturze – sezon), a tu właśnie wchodzi na ekrany telewizorów sezon piąty i ostatni – spóźniłam się więc również na dyskurs feministyczny.

Wiem jednak, że od wielu tygodni, w soboty, najpierw szwendamy się z przyjaciółką po mieście, potem zjadamy obiad bezmięsny, bezrybny, bezglutenowy i w ogóle bez, a potem zasiadamy w fotelach, oglądamy po dwa odcinki Gry o tron i jest po prostu pięknie!

“Gra o tron” wraca już 13 kwietnia. Jutro o 3 w nocy!

Nowy sezon nagrodzonego Emmy i Złotymi Globami kultowego serialu HBO Gra o tron pojawi się 13 kwietnia – po raz pierwszy w historii jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Polscy widzowie będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek piątego sezonu Gry o tron w nocy z 12 na 13 kwietnia o godz. 3.00 nad ranem w HBO i HBO GO. Pierwszy odcinek będzie również wyemitowany w poniedziałek, 13 kwietnia o godz. 22.00 w HBO. Dodatkowo ten odcinek będzie odkodowany w serwisie HBO GO.

Se­rial Gra o tron jest ad­ap­ta­cją sagi fan­ta­sy Geo­r­ge’a R.R. Mar­ti­na Pieśń Lodu i Ognia, w któ­rej po­li­ty­ka i seks prze­pla­ta­ją się w pro­wa­dzo­nej przez sie­dem rodów walce o kon­tro­lę nad kró­le­stwa­mi We­ste­ros. W pią­tym se­zo­nie Jon Snow stara się po­go­dzić obo­wiąz­ki w Stra­ży Noc­nej ze służ­bą na rzecz nie­daw­no przy­by­łe­go na dwór Stan­ni­sa Ba­ra­the­ona, który ty­tu­łu­je się pra­wo­wi­tym kró­lem We­ste­ros. W tym samym cza­sie Cer­sei za wszel­ką cenę chce utrzy­mać wła­dzę w Kró­lew­skiej Przy­sta­ni, gdzie za­gro­że­niem dla niej są Ty­rel­lo­wie i re­li­gij­na sekta, któ­rej prze­wo­dzi ta­jem­ni­czy Wiel­ki Wró­bel. Ja­imie wy­ru­sza na se­kret­ną misję. Na­to­miast na dru­gim krań­cu Wą­skie­go Morza Arya szuka sta­re­go przy­ja­cie­la, a zbie­gły Ty­rion znaj­du­je w swoim życiu nowy cel. W Me­ere­en robi się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Da­ene­rys prze­ko­nu­je się, że obro­na mia­sta bę­dzie wy­ma­gać od niej wiel­kie­go po­świę­ce­nia.

Reblog: Barbie just different

Emerald Pellot

What a doll

When I was a kid, I had a pile of dolls, and I loved each and every one of them. I gave each of them names, biographies, and stories.

I’d even make them tiny meals! We went on adventures together. I was devastated if I lost one. I was heartbroken when one broke. Each of them was a very real friend to me as a kid.

Yet, for whatever reason, my mom insisted that I shouldn’t play with Barbie dolls, no matter how cool her dollhouse was. I didn’t quite understand why until I was older.

Dolls have always garnered much controversy. Their curvy, idealized bodies, overt makeup, and even skin tone can greatly affect the way young girls perceive themselves.

With such high expectations projected onto our daughters, how are they supposed to feel when they look in the mirror?

If dolls represent “pretty” but don’t represent or resemble the girls who play with them, what are they to believe about themselves?

Moms around the world often struggle with this predicament. They want their daughters to have awesome toys, but they certainly don’t want them to have self-esteem issues.

How do you provide a little girl with this traditional and sentimental gift without the potential of harming her sense of self?

The solution is difficult, but one mom is figuring out how to navigate the world of hyper-sexualized dolls and imagery.

barbienew