Jacek Pałasiński
14 sierpnia 2016
W oczekiwaniu na prom wjechałem na malownicze wzgórze na wschód od Porto Torres. Wpatrywałem się w wyraźnie nakreśloną linię horyzontu: na dole ciemny błękit, urozmaicony pojawiającymi się i znikającymi białymi kędziorkami fal, a powyżej nieśmiało zabarwioną na niebiesko biel. Lubię się wpatrywać w morze; dostarcza mi to cichej rozkoszy. Coś mi jednak w tym niezmiennym krajobrazie przeszkadzało, wytężyłem wzrok: ależ tak, to była Korsyka, jeden z najpiękniejszych fragmentów lądu, jaki znam. Ledwie-ledwie poszarzała biel nieba.
Moja sardyńska przygoda dobiega końca. Jeszcze kilka godzin i zaokrętuję się na prom, który, opływając Korsykę od Zachodu, zawiezie mnie do Genui. Jednego wnuka wcześnie rano odprawiłem na samolot, drugi został oswajać się z morzem i plażą; na razie się ich boi, ale z każdym dniem coraz mniej. Młode pokolenia uczą się mówić. Co powiedzą, jak już się nauczą? Coś mądrego, dobrego, czystego? Czy jak zwykle?
Niewiele się naużywałem, bo głównie siedziałem w ciemnej dziupli (bo chłodniej) i pisałem. Raz poszedłem na piękną plażę, by utwierdzić się w przekonaniu, że odkąd ludzkość wynalazła baseny morze jest raczej do oglądania. Były ogromne bałwany, zanurzyłem nogi, wiatr wypiaskował mi twarz jak z kerchera i uznałem, że dosyć. Zadawałem się natomiast z ciekawymi ludźmi z najmniej rozwiniętej części wyspy, może lepiej: z jednej z wielu zaniedbanych części tego skrawka Unii Europejskiej. W Polsce takiej biedy nie ma; a tu – są z nią za pan brat od stuleci. Biednie, brzydko, niezbyt czysto. Drogi jak zbombardowane. Po środku krzywo wybetonowane kanały; to pewnie nad rurami od metanu. Z jakichś powodów w całym kraju kładzie się je pod szosami, rujnując doszczętnie nawierzchnię. Firmy, które wygrały przetarg zapewne zobowiązywały się do naprawienia szkód, ale nich ich nie sprawdzał, nikt nie wymagał. Ogólnowłoski slogan, zawieszony na płotach, odgradzających rowy, ryte w jezdniach brzmiał: „E’ arrivato il metano azzurro” – „Nadchodzi błękitny metan”. Błękitny nie jak metan, ale jak kolor Włoch… Zrujnowali drogi w całym kraju. Gdzieniegdzie już się z tym uporali, bo to w końcu 20 lat, jak kładą te rury, ale nie na Sardynii; tu jest bieda. Zadekretowana, utrwalona tradycją, niezmienna bieda’ była jest i będzie, nie warto o nią kruszyć kopii.
Może dlatego sardyńskie miasteczka, te które leżą wewnątrz lądu należą do najbrzydszych nad całym Morzem Śródziemnym. Brzydkie i przygnębiające. Zwłaszcza w zestawieniu ze splendorem cudnego i czystego morza i majestatem wszelkiego rodzaju gór. Z Sardynii był prezydent Francesco Cossiga, był sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej Enrico Berlinguer; nic nie zmienili. Na Sardynii jest bieda i już. Wyciąga rękę do państwa, a państwo daje od niechcenia, byle co i byle jak; w końcu to niewielki region Italii, z dala od kontynentu, przynosi więcej kłopotów niż zysków.
Koło 1800 roku król Sardynii i Piemontu wydał bezterminowe koncesje na wydobycie z tutejszych gór ołowiu i cynku firmom francuskim i belgijskim. Przez 150 lar zamieniono tutejsze góry w szwajcarski ser, wyryto setki kilometrów sztolni i korytarzy. Przy udziale Polaków, dodajmy; po Pierwszej Światowej internowanych jeńców, po Drugiej Światowej z ochotników ze śląska. Ostatni polski inżynier i górnik zginęli tu, kopiąc sztolnię, nie dalej jak 15 lat temu.
Z całego tego wydobytego stąd bogactwa nic nie zostało na Sardynii. Nie budowano dróg; tylko kolejki do wywożenia surowca w pobliże morza; tam stawiano piece, które z grubsza oddzielały surowiec od skały. Najpierw kobiety stwardniałymi rękami to rozdzielały na taśmie, a potem podpływały małe łodzie, zabierały nieforemne wytopki i przewoziły na łodzie większe. Te odbijały, załadowane, w kierunku jeszcze większych a te z kolei w kierunku dalekich portów, ale nie sardyńskich. 1500 osób zginęło w tych kopalniach w niespełna 150 lat. O: ojciec Bruna, ojciec Sergia… W tych kopalniach Sardyńczycy się rodzili tu pracowali i tu umierali. Żeby się nie buntowali, budowano im kaplice, szkoły i boiska; kopalnia dbała o wszystkie elementarne potrzeby rodzin pracowników. Zarobki były głodowe, ale były, a gdzie indziej nie było nic. Nie ruszali się spod swoich chałupek, byle jak postawionych w pobliżu kopalń, bo po co? Ginęli, to ginęli, chorowali, to chorowali; takie sardyńskie życie, jedyna alternatywa to paść kozy, ale kozy kosztują; trzeba je kupić albo odziedziczyć…
W 1950 r. zasoby się wyczerpały i zagraniczne spółki kopalnie zamknęły. Całe pokolenie Sardyńczyków nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Państwo usiłowało przez 20-30 lat utrzymać nierentowne kopalnie przy życiu, potem powiedziało „pas”. No i koniec. Pozostały podziurawione jak robaczywy grzyb góry i setki okropnych struktur hutniczych, pobudowanych bezpośrednio na brzegu morza. Skruszały, leżą w gruzach. Całe miasteczka zostały porzucone, albo nie ma po nich śladu, albo, tu i ówdzie sterczą w niebo jeszcze jakieś ruiny.
W trosce o piękno środowiska zakazano budować struktur turystycznych. Z troski o środowisko. To największe bogactwo tej przecudnej ziemi leży odłogiem, jest brudnawe i zasyfione, ale środowisko triumfuje. Tylko na Północnym Wschodzie – Golfo degli Aranci, Porto Rotondo, Porto Cervo – kiedyś ze względów politycznych dano te ziemie w pacht Adze Khanowi; dziś to raj milionerów z Rosji, Berlusconiego, Mirka i jego Topolanka i innych snobistycznych bogaczy lub znajomych bogaczy. Ja nie sądzę, żeby tamte tereny straciły na tej koncesji. Sądzę, że jeśli władze regionu chcą chronić środowisko, to niech zaczną od sprzątania, od bonifikacji tysięcy czynnych jeszcze zbiorników zatrutych arszenikiem, tlenkami aluminium czy innymi chemikaliami, które każdej wiosny, kiedy i tutaj, nad tę suchą ziemię przychodzi deszcz, przelewają się, tworząc ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców, dwu i czteronożnych, a także dla roślin.
Pewnie, nie można powtórzyć dzikiej gonitwy do cementowania plaż, jak to miało miejsce w Hiszpanii, poważna władza powinna umieć sobie z tym poradzić. Ba, poważna władza…
Jakimś cudem, mimo panującego zakazu, ten i ów dostaje zezwolenie na budowę „mieszkaniową”, tj mini-domki szeregowe, po 50 m2 każdy, na dwóch piętrach i ze schodami, które liczą się do metrażu. Można taki kupić już za 100 tysięcy euro. Chętnych nie brakuje. Ale zaraz potem odkrywa się, że tu nie ma wody, więc trzeba ją zamawiać w wielkich bidonach za słone pieniądze. Potem okazuje się że domki stoją na piasku, więc mają tendencję do wyłamywania się z „szeregu”. I że są wykonane tak tandetnie, że nie mija rok, a trzeba całość znów tynkować od zewnątrz i wewnątrz. Sporo jest takich osiedli-widm porzuconych, których mieszkańcy prawują się z budowniczym, który już tymczasem zdążył zbankrutować.
Ale w miasteczkach ludzie sprzyjają takim bezecnym inicjatywom budowlanym, bo to przecież trochę miejsc pracy, choćby na krótko…
Ciao, piękna, kochana, zaklęta i przeklęta Sardynio…
***
W tej samej podróży włoskiej, tyle że dziesięć dni wcześniej autor zjadł…
…arcydzieło, kucharzom innych nacji niedostępne, ba, kucharzom z innych regionów: polentę z grzybami. Poezja!
Polenta to w 95 przypadkach na sto niejadalna, niesmaczna grduła z mąki kukurydzianej i wody, zaparzona we wrzątku jak kuskus, albo zapieczona w piekarniku. Cokolwiek z nią zrobisz – grdułą pozostanie. No, ale te pięć na sto razy… Och jej! Była z pieca, ale nie za sucha, ze skorupką, ale tylko z wierzchu, nie za grubą, właśnie taką, jaka potrzebna jest, by bez zapadania utrzymać na wierzchu dobrze dobraną mieszankę mocno posiekanych grzybów, uduszonych osobno, bez żadnego beszamelu ani śmietany, sama oliwa i grzyby we własnym sosie, a na to… Drobniutko pokrojony, cienki jak bibułka boczek, podsmażony praktycznie na sucho, tak, żeby miło chrupał wśród grzybków. A na wierzchu – kilkanaście płatków parmezanu. Kieliszek dobrego, czerwonego wina z Trentino, blend merlota z cabernetem, czyli sangiovese z cannaiolo nero po tutejszemu coronat opus.
***
Przyznaję jako administratorka bloga, że nie wiedziałam, o co chodzi z tym metanem, ale sprawdziłam, oczywiście wiedziałam, że jest to gaz i wiedziałam też, że są samochody na gaz, ale nie wiedziałam, że to samochody na metan… uczymy się całe życie. A Włosi ponoć rzeczywiście lubią metan i niemały w tym udziała FIATa. Więcej TU.


Ale po kolei. Zacznijmy od świąt. Święta zawsze zaczynają się niewinnie. Z początku spowijają człowieka mgłą samotności, nawet gdy tkwi przy wigilijnym stole z całą liczną rodziną. Samotność świąteczna jest samotnością niezwykłą i nie ma nic wspólnego z luksusem błąkania się przez życie w pojedynkę. Swoją drogą, od kiedy wyszłam za mąż, w kółko marzę o życiu w pojedynkę. Rozmawiałam o tym z Kaśką, ona też tak ma. Ewka już to zrobiła – rozwiodła się. Chyba wszystkie kobiety, które wyszły za mąż, chciały by być same. Ja bym chciała. Pewnie dziś nie miałabym całej chałupy gości, tylko pojechałabym sobie na narty z jakimś chwilowym amantem i gwizdała rozkosznie na cały ten rodzinny kierat. Ale ja na taką samotność nie mogę liczyć. Potrzeba samotności, o której mowa, nachodzi osoby uwikłane w relacje, tkwiące od lat na swoim miejscu w społecznym stadzie. Osoby te nie znają uczucia tęsknoty za drugą osobą, choć z samą tęsknotą są za pan brat. Tyle że jest to tęsknota za samotnością właśnie. Ta tęsknota budzi się razem z człowiekiem i snuje się za nim przez cały świąteczny dzień, by pod wieczór spocząć z rezygnacją wśród roztrajkotanej gawiedzi, wśród wyznań, ustaleń, problemów, wśród obaw o kraj, politykę, finanse, wśród rozmów o exposé premiera i wśród komentarzy opozycji, wśród wyrazów panicznego strachu przed zagładą, końcem świata, kryzysem, zablokowanym ratingiem, podwyższonym kursem franka, bezrobociem, mobbingiem w pracy, kolejnym dzieckiem w drodze, wojną ze wschodu i południa.


Przyjeżdżam tu od 8 lat i nic się nie zmieniło. „Zamczysko” jak straszyło tak dalej straszy pustką i zaniedbaniem ale wiem, że przyjdzie dzień, w którym władze przypomną sobie o potencjale tego miejsca. Podobnie było z twierdzą Udżarma w Kachetii, gdzie wreszcie od roku płaci się za wejście a miejsce przyciąga kolejnych turystów.


Po drodze mijam jeszcze zniszczony plac, przed którym wiele lat temu widniała tabliczka, że był to Targ Niewolników. Naprzeciwko dzisiaj jest szkoła. Ciekawa korelacja
Wardzia wygląda jak mrowisko albo kopiec termitów w przekroju z podręcznika do biologii. Wrażenie jest piorunujące, tym bardziej jeśli porównamy to, co widzimy na przykład z egipskimi piramidami. Ogromnym zaskoczeniem dla odwiedzających jest fakt, że korytarze i pomieszczenia zostały wydrążone wewnątrz zbocza górskiego Eruszeli. W związku z tym, że tego typu budowle były bardzo popularne od Kapadocji aż po Gruzję znowu napomknę o tym, że dziwne jest, że te dzieła powstały przy pomocy ludzkich rąk. Musieli w tym maczać palce starożytni astronauci from the outer space! Budowę rozpoczęto za panowania króla Jerzego III w 1184 roku a ukończono w 1213 roku za czasów legendarnej królowej Tamar, najwybitniejszej władczyni na Kaukazie, otoczonej „od zawsze” religijnym kultem. Przez kolejne 80 lat miasto było niewidoczne z zewnątrz i dawało schronienie nawet 60 tysiącom ludzi jednocześnie! Wśród labiryntu ponad 3000 sal, na 13 piętrach, funkcjonowały szkoła, szpital, spichlerze i winiarnie (podstawa handlu), znajdowały się tu także sale mieszkalne, stajnie i oczywiście klasztor oraz sala tronowa. Wardzia była samowystarczalnym ośrodkiem miejskim, z rozbudowanym system nawadniania dzięki poprowadzonym wewnątrz rynnom i sąsiedztwu rzeki Mtkwari.
Legendarna Tamar (1160-1216), prawnuczka króla Dawida Budowniczego, który zapoczątkował gruziński Złoty Wiek, rządziła Gruzją od 1184 roku. Była pierwszą i w zasadzie ostatnią (jej córka nie zdążyła specjalnie porządzić…) królową w historii kraju, która władała samodzielnie. Nazywano ją „królem królów i królową królowych” – Tamar Mepe (Mefe). By ukrócić naciski arystokracji, której nie podobało się, że najważniejsze stanowisko w państwie piastuje kobieta, wyszła za mąż za księcia Jerzego Rusina (Jurija Bogolubskiego). Małżeństwo nie układało się i Tamar doprowadziła do rozwodu. Kolejnym wybrankiem był książę Davit Soslan z osetyńskiej linii Bagrationich, z którym również nie podzieliła się władzą. W wyniku działań wojennych na terytorium północnej Persji około 1210 roku Gruzja powiększyła swój zasięg terytorialny o setki kilometrów. Również za czasów królowej Tamar Gruzja pomogła utworzyć zależne Cesarstwo Trapezuntu, funkcjonujące aż do drugiej połowy XV wieku na terytorium dzisiejszej Turcji, w rejonie miasta Trabzon.
Wystarczy spojrzeć na drugą stronę i wyobrazić sobie, że w XII wieku tak właśnie wyglądała z zewnątrz Wardzia. Armie ciągnące wzdłuż rzeki pewnie niejednokrotnie mijały terytorium miasta w ogóle nie wiedząc o jego istnieniu.
Miasto pokonuje się w poprzek od lewej do prawej. Wchodzimy przez portal, zaglądamy do kolejnych sal, potem po schodach przeskakujemy na wyższe piętro gdzie zachowały się przepiękne freski i tutaj znajduje się cerkiew Wniebowstąpienia Matki Boskiej, w której namalowano postacie fundatorów Wardzii – króla Jerzego III i jego córki Tamar. Następnie wejściem po lewej stronie zapuszczamy się do tunelu, który prowadzi nas jakieś dwa piętra do góry.



.
Dobrze jest na wycieczkę do Wardzii zabrać dobre buty a nie marne klapeczki. Schody przy zejściu są mało bezpieczne i słabo zabezpieczone zresztą jak cały teren kompleksu. Tym bardziej jeśli chcecie poświęcić więcej czasu na zwiedzanie niż standardową godzinę i zapuścić się do większej ilości sal gdzie nie ma żadnych barierek.



Unter dem Titel „lst Polen noch zu retten?“ luden die Deutsch-Polnische Gesellschaft der Bundesrepublik Deutschland e. V und die Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes – Bund der Antifaschistinnen und Antifaschisten ins Haus der Demokratie und Menschenrechte in Berlin. Diskutiert wurde über die aktuelle Entwicklung in Polen, die Frage ob Polen sich ähnlich wie Ungarn entwickelt, und wie in Polen damit umgegangen wird. Auf dem Podium (von links) Prof. Dr. Christoph Koch (DeutschPolnischen Gesellschaft der BRD), Łukasz Szopa (Komitet Obrony Demokracji KOD), Dr Przemysław Witkowski (Krytyka Polityczna Wrocław) und Moderator Thomas Willms (WN-BdA). Foto K. Forster
Kawa w samo południe to zbiór dziesięciu opowiadań, w których Łukasz Szopa opisuje życie w Bośni-Hercegowinie bezpośrednio po zakończeniu bratobójczej wojny, w latach 1992-1995. Autor, który był naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, nie koncentruje się jednak na faktach, czy refleksjach polityczno-historycznych; w formie przypominającej zapisy z dziennika, przedstawia raczej atmosferę panującą w tamtym czasie, w którym mimo pokoju, nadal występowało realne zagrożenie rozpalenia tlących się nacjonalizmów. Okres ten Łukasz Szopa ukazuje jako czas zaskakującej swobody i luzu – czas, w którym odbywa się szalony taniec pod mieczem Damoklesa. Jego uczestnikami są bośniaccy i zagraniczni poeci, artyści, aktywiści pokojowi, pracownicy misji humanitarnych, globtroterzy oraz zwyczajni obywatele pokiereszowanego kraju. To właśnie ich doświadczenia i towarzyszące im emocje, są osnową poszczególnych opowiadań. Wskutek zastosowanej przez autora chronologii i ponownego przywoływania pewnych postaci oraz wątków, opowiadania te układają się w spójną opowieść o tworzeniu nowego życia, obserwowanego przez “snajperów”, ukrytych w ruinach odbudowywanej rzeczywistości.
Bogdan Twardochleb i Michał Talma-Sutt
Berliński KOD zorganizował już kilka demonstracji przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, lecz – jak mówi Michał Talma-Sutt – nie chce jedynie krytykować, lecz chce rozszerzać zasięg debaty publicznej o sytuacji w Polsce.



















Podstawowy błąd atrybucji – o nim właśnie mowa – jest rodzajem zniekształcenia poznawczego, którego doświadczamy bardzo często analizując zachowania innych ludzi. Niestety niejednokrotnie dotyczy to także naszych najbliższych. W swej istocie podstawowy błąd atrybucji polega na tym, że oceniane przez nas zachowanie innych osób tłumaczymy jako wynik wewnętrznych cech charakteru tych osób. W przeciwieństwie do własnych zachowań, dla których zwykle bez najmniejszej trudności jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie w postaci zewnętrznych uwarunkowań niezwiązanych z naszymi cechami charakteru. Na przykład jeśli znajomy spóźnia się na spotkanie, to najprawdopodobniej jest spóźnialskim, niezwracającym uwagi na innych wokół siebie. Lecz jeśli to my nie jesteśmy punktualni, to z pewnością jest to wynikiem tego, że spóźnił się autobus, lub auto nie było zatankowane i musieliśmy jeszcze czekać w kolejce do dystrybutora. Czyż nie brzmi to znajomo w odniesieniu do przeróżnych sytuacji z życia związków? Ileż to razy podczas konfliktów w relacji mamy okazję usłyszeć z ust najbliższych dogłębną i bezlitosną ocenę naszych cech wewnętrznych niejednokrotnie wspartą dodatkowo teorią o dziedziczeniu biologicznym lub społecznym. “Jesteś leniem i bałaganiarzem i nic dziwnego, skoro rodzice cię nie nauczyli porządku, ale ja mam już tego dosyć.” W chwili takiej nie będzie miało najmniejszego znaczenia to, że regularnie odkurzacie, myjecie naczynia, rozwieszacie pranie i robicie zakupy. Nie zostanie także zauważone to, że mieliście akurat gorszy dzień w pracy, rozchorowało się dziecko lub domowe zwierzęta przedsięwzięły spisek przeciwko domowemu ładowi. To wszystko na nic. Na nic także próby wyjaśniania i argumentowania, prowadzą one tylko do dalszych konstatacji waszego wewnętrznego ustroju charakterologicznego. Usłyszycie więc najprawdopodobniej: „No tak, oczywiście ty zawsze jesteś taki święty, nigdy nie przyznasz się do winy zawsze znajdziesz wymówkę”. Co właściwie stawia was na z gruntu przegranej pozycji, albo nadal będziecie się tłumaczyć, potwierdzając powyższą tezę, albo zamilkniecie niemo przyznając rację interlokutorowi. Cóż, zatem pozostaje nam łagodna próba upowszechniania wiedzy na temat podstawowego błędu atrybucji, najlepiej w chwilach wolnych od obciążeń stanem konfliktu, podyskutować na ten temat bez zbędnych emocji. Dzięki temu w momencie, kiedy mimowolnie sięgniemy po ten sprawdzony mechanizm, będziemy mieli szansę uświadomienia sobie tego faktu i zastosowania racjonalnej korekty naszego postrzegania i reagowania. Nawet jeśli nie od razu się uda, to strategia taka powtarzana kilkukrotnie przyniesie w końcu pożądany skutek.