Wojenne rekreacje Mikołajka (4)

Tibor Jagielski

Jak zostaliśmy oswobodzeni

Szliśmy długimi korytarzami, w których bardzo dziwnie pachniało. Alcest szepnął, że tak pachnie stek z rekina w sosie z wilczej jagody, popijany żmijówką. Jeden z panów powiedział, żebyśmy przestali mruczeć pod nosem. Wreszcie znaleźliśmy się w gabinecie; chyba była to piwnica, bo pokój nie miał okien. Na środku stało olbrzymie biurko z żelazną lampą. Za biurkiem siedział pan, który zaraz się uśmiechnął, tak że zobaczyliśmy wszystkie jego złote zęby; i powiedział, żebyśmy się czuli jak u siebie w domu. Na to Alcest wyjął z kieszeni suchary i zaczął chrupać, aż ciarki przechodziły. Pan zza biurka skrzywił się okropnie i powiedział do bardzo chudej pani, która siedziała przy stoliczku z maszyną do pisania pod ścianą, że będziemy zaczynać.

Musieliśmy podać, ja i Alcest, kiedy się urodziliśmy, co robią nasze mamusie oraz odpowiedzieć na różne takie głupie pytania. A strasznie chuda pani ciągle stukała na maszynie. Krzesło, na którym siedziałem, było bardzo wysokie, więc musiałem majtać nogami w powietrzu. Alcest odpowiadał na pytania z pełnymi ustami, więc ten pan zza biurka denerwował się coraz bardziej. A kiedy po pytaniu, do której klasy chodzimy, Alcest wymamrotał, że do łęłej, to ten pan zza biurka nie wytrzymał. Wyskoczył jak z procy, wyrwał suchary Alcestowi i krzyknął, że on chciał z nami po dobroci, a my…

Wtedy otworzyły się drzwi i stanął w nich Euzebiusz. Pan zza biurka zbaraniał kompletnie i zdążył tylko powiedzieć, co… co… ty tu robisz smarkaczu… Ale nie dokończył, bo Euzebiusz podniósł do oka jakieś tekturowe pudełko i pstryknął. I nie było już pana zza biurka. Tylko fotel obrócił się kilka razy dokoła. Strasznie chuda pani najpierw zesztywniała, a potem zerwała się ze straszliwym krzykiem. Ale urwał się on błyskawicznie, bo Euzebiusz pstryknął ponownie i strasznie chuda pani również zniknęła.

Bardzośmy się ucieszyli i zaczęliśmy pytać Euzebiusza, jak się tutaj dostał i co to za aparat, który trzyma w ręku. Euzebiusz powiedział, że nie mamy zbyt dużo czasu na opowiadania, a aparat to znikacz uniwersalny, zrobiony z pudełka po makaronie. Niestety, dodał Euzebiusz, miał w domu tylko jednojajeczny, więc zniknięcie trwa ledwie jedną godzinę i musimy się pospieszyć. Wyjrzeliśmy przez drzwi. Ani żywego ducha. W drogę. Na biurku dzwonił i dzwonił telefon…

c.d.n.

Wojenne rekreacje Mikołajka (4)

Tibor Jagielski

Jak znaleźliśmy się na ubecji.

Siedzieliśmy na lekcji historii, a pani Nadzieja, nauczycielka, opowiadała nam o ludziach jaskiniowych, o tej wspólnocie pierwotnej, w której wszystko było fajnie i dobrze. Pani powiedziała, że powinniśmy sobie brać wzór z takiej wspólnoty i że w przyszłości, jak już będzie komunizm, to my też będziemy tacy szczęśliwi.

Na to odezwał się, wstając z tylnej ławki, Alcest, że on sobie nie wyobraża, aby mógł być szczęśliwy, jedząc surowe mieso. Ale pani Nadzieja spojrzała na niego krzywo i stwierdziła, że Alcest nie pojął istoty sprawy i że w komunizmie nie chodzi o jedzenie surowego mięsa, ale o radość, że ludzie mogą się wszystkim dzielić. Nawet kruchymi ciasteczkami? zapytał Alcest. Pani nauczycielka skinęła głową. No to, wobec tego jestem, stwierdził Alcest, tym… no… antyjaskiniowcem – i usiadł.

I na dodatek uczynił to z takim impetem, że ze ściany zerwał się nagle i spadł na podłogę portret generała, który ratuje naszą ojczyznę. No i powstał jeszcze większy huk, bo rozbiła się rama i pękła szyba, a spod zdjęcia naszego wielkiego przywódcy w czarnych okularach, wypadło wiele innych portretów, ale już innych panów, głównie z wąsami, i –  co ciekawe – ani jeden z tych panów nie miał brody! Natomiast pani  Nadzieja zdążyła jeszcze krzyknąć, że to jest prowokacja i dostała palpitacji serca.

Zaraz przyjechało pogotowie i wyniosło panią od historii na noszach, a wkrótce potem przyszedł stary woźny Wycech. Pozbierał rozsypane na podłodze szkło i stwierdził, że to żadna prowokacja, tylko dawny nauczyciel od historii, który przed rokiem poszedł na emeryturę, a który miał takiego fisia misia, że nie zmieniał portretów z „duchem czasu“, tylko je po prostu jeden na drugi wkładał w tę starą ramę. Woźny podniósł starą, pożółkłą fotografię i mruknął, że po raz pierwszy w życiu mu się to zdarza, aby ktoś dostał ataku serca na widok wizerunku prezydenta Mościckiego.

Wtedy wkroczył do klasy nasz nowy dyrektor Przykuc i powiedział, aaa… wszystko jasne, znowu Mikołajek! – i uśmiechnął się straszliwie (tak jak Brunner do kapitana Klosa) do mnie i Alcesta, podczas gdy my przyglądaliśmy się zdjęciu takiego łysego pana w drucianych okularach, i krzyknął, żebyśmy natychmiast zostawili Gomółkę w spokoju i wrzasnął też na Euzebiusza, żeby przestał ciągać Bieruta po podłodze.

Wcale nam na tym Gomółce nie zależało, ale nasz były pan od wuefu tak jakoś tym zdjęciem łysego pana szarpnął, iż nam tylko połowa tego portretu w rękach pozostała. Tego już za wiele, oświadczył nowy dyrektor, najpierw zbladł, a potem się zaczerwienił i dodał, że to nam już na sucho nie ujdzie.

I rzeczywiście, ledwie zaczęła się następna lekcja, biologia z panią Pantofelek, przyszła do klasy nowa sekretarka naszego nowego dyrektora i kazał nam (mnie i Alcestowi) udać się niezwłocznie do gabinetu. Alcest sapnął, że nie bardzo mu się to podoba i schował na wszelki wypadek do tylnej kieszeni paczkę sucharów, a ja oddałem, z wielkim bólem serca, norweski korkowiec Maksencjuszowi. No i okazało się, że mieliśmy rację.

W gabinecie dyrektora Przykuca czekało na nas dwóch smutnych panów, ubranych w takie same jesionki, takie same buty i takie same szaliki. Dyrektor kręcił się wokół nich i ciągle pytał, a może kawki, albo koniaczku? Na co ci panowie tylko przecząco kręcili głowami, na których mieli takie same kapelusze.

Obaj panowie podnieśli się na nasz widok natychmiast z nowych pluszowych foteli i powiedzieli krótko – idziemy! Najpierw poszliśmy do szatni, gdzie stara pani szatniarka popłakiwała cichutko, wydając nam palta i buty, a odbierając i deponując nasze worki z kapciami. Wobec tego powiedzieliśmy, ja i Alcest, aby się nie martwiła i powiadomiła chłopaków z 5 c, że z dzisiejszego meczu w hokeja będą niestety nici.

Przed szkołą czekała na nas wielka czarna bryka o nazwie „Wołga“. Kazano nam do niej wsiąść, no i pojechaliśmy do takiego miejsca, które wszyscy nazywają ubecją.

Wojenne rekreacje Mikołajka 3


Tibor Jagielski

Jak to było z karmieniem.

Zebraliśmy się koło trzepaka, bo już nas pupy bolały od tego zjeżdżania po śniegu na dyktach. Tak się złożyło, że na naszym podwórku nikt nie miał sanek. Nawet Maksencjusz, który ma bogatego tatę, a który powiada, że w ostateczności nie liczą się pieniądze, tylko znajomości, kiedy mu w szklarni nowalijki wymarzną, bo nie uda mu się skombinować węgla.

Staliśmy więc koło trzepaka i zastanawialiśmy się, co by tu wesołego zrobić. Augustyn zaproponował, żebyśmy znowu zaczeli malować na drzwiach kamienicy znaki kredą, tak jak przed kilkoma dniami, kiedy to Roztropkowa mało nie zemdlała widząc krzyż na futrynie, bo myślała, że to „Solidarność“, która zaraz przyjdzie do niej i zrobi z nią różne brzydkie rzeczy.

Ale nagle odezwał się Zenobiusz, że oglądał wczoraj w dzienniku telewizyjnym staruszka, który częstował cukierkami żołnierzy (tych, którzy stoją na skrzyżowaniach), a oni pozwolili mu za to wejść do czołgu.

Strasznieśmy się do tego pomysłu zapalili, a ja powiedziałem, że to cholerna frajda, bo jak ostatnio byliśmy na wycieczce w zoologu, to wszędzie było napisane „NIE KARMIĆ ZWIERZĄT!!!“ (nie wspominając o wchodzeniu do klatek) i bardzo nam to było nie w smak, a teraz będziemy mogli karmić czterech pancernych z naszego skrzyżowania ile wlezie. Tylko czym? zapytał Alcest, zjadając szybko swoje ostatnie ciasteczko.

No, bombonierką mojej babci, odpowiedział Zenobiusz i dodał, że to takie wielkie pudło i zawsze jak wracaja w niedzielę z kościoła, to babcia daje mu po czekoladce i że jeszcze jest ich tam sporo. Wobec tego powiedziałem, żeby szedł szybko po te czekoladki, zanim jego babcia wróci z warty przy krzyżu z kwiatów, który ludzie codziennie układają na placu.

No i Zenobiusz przyniósł zaraz to pudełko, na którym stało napisane wielkimi literami ZPC im. 22 LIPCA (i małymi e. wedel) i tacy byliśmy tym ucieszeni, że ruszając w drogę, pozwoliliśmy nieść bombonierkę Alcestowi i zaniśmy się opamiętali to zeżarł już prawie połowę zawartości.

Gdy doszliśmy do skrzyżowania to, powiedzcie, czy nie mamy szcześcia? byli tam nie tylko żołnierze z czołgiem, ale i telewizja! Kamery, reflektory i mikrofony na statywach – wszystko tam było! A jeden pan biegał z megafonem, wspinał się na zaspę i krzyczał, lufa wyżej! Albo, brać kapitana! Ale chyba nikt go sobie nie chciał wziąć, tylko kamery trajkotały i trajkotały na okrągło.

Podeszliśmy bliżej i wtedy ten pan z megafonem zaczął wrzeszczeć, aby te smarkacze natychmiast mu wyszły z planu i czego my tutaj właściwie szukamy? Powiedzieliśmy wtedy, że przynieśliśmy czekoladki dla żołnierzy, na co ten pan z megafonem zrobił wielkie oczy, zeskoczył z zaspy i powiedział, że ten milicjant, którego wysłał, aby mu znalazł przynajmniej parę kobiet z kwiatami, to nie taki głupi, na jakiego wyglądał i że to genialny pomysł z tymi dzieciakami i bombonierką.

Zaczął więc nas wszystkich ustawiać i wołał – więcej światła! A śmiał się przy tym, jakby powiedział jakiś dobry kawał. No i wtedy zdarzyło się nieszczęście, bo wrócił pan milicjant z paniami, które były bardzo umalowane i przyniosły okropnie dużo kwiatów, a gdy pan z megafonem zawołał, że ich teraz nie potrzebuje, to podniosły wielki krzyk, że tyle pieniedzy wydały na te goździki i w związku z tym muszą być koniecznie w telewizji. No i zaczęła się chryja. Jedna z pań zaczęła walić wiązanką kwiatów pana milicjanta po głowie, a inna usiadła na wieżyczce czołgu i wołała, że raczej umrze niż się stąd ruszy.

Zrozumieliśmy, że trzeba brać nogi za pas. I tak też zrobiliśmy.

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło

Wojenne rekreacje Mikołajka (3)

Tibor Jagielski

Jak poszliśmy do szkoły


Koniec laby. Idziemy do szkoły. Z całego podwórka to tylko Euzebiusz się ucieszył i powiedział, że teraz będzie wygodniej roznosić bibułę, bo już nie będzie tak podpadał z tym wypchanym tornistrem. Wczoraj była “tygodnica”, jak mówi mój tato. Siedzieliśmy w domu po ciemku i zapalaliśmy świeczki, a Roztropkowa stała na podwórku i zapisywała na karteluszku w którym oknie migoce. Mama powiedziała, że jak jej spalimy firanki, to zapisze się do OKON-u. OKON to jest taka organizacja, do której należy Roztropkowa i posterunkowy Wycech, który mieszka nad Alcestem. Ta organizacja (wspólnie z generałem, bratnią pomocą i czołgistami na pobliskim skrzyżowaniu) nas ratuje i gdyby nie ona, to byłoby już po nas, jak powiedział nowy dyrektor, gdy przyszliśmy do szkoły i zebrano nas w świetlicy na apel. Najśmieszniejsze, że nasz nowy dyrektor, to nikt inny jak pan od wu-efu, Przykuc. Maksencjusz, z którym stałem w ostatnim szeregu pod ścianą, powiedzial mi na ucho, ze  Rosół, stary dyrektor, został internowany. Na amen. Podsłuchałem, mówił Maksencjusz żując gume (na pewno zagraniczną, bo fajnie pachniała), panią Makutrę (tę od zajęć praktyczno-technicznych) jak szeptała z panią Pantofelek (od biologii).
Pani Pantofelek bardzo się dziwiła, że internowano Rosoła, który zawsze był bardzo ostrożny i nie chodził na Boże Ciało, tylko na 1 Maja, za co mu żona po głowie skakała (aha, teraz wiem dlaczego wyłysiał) i nie należał nawet, jako jedyny w szkole, do „Solidarności“. Przecież każde dziecko wie, wyszeptała na to pani Makutra, że Przykuc ma brata TAM – i mrugnęła lewym okiem. Gdzie? zapytałem Maksencjusza, ale chyba za głośno, bo nowy dyrektor wrzasnął, żeby ten bezczelny smarkacz z ostatniego rzędu wyszedł na środek sali. Co miałem zrobić, oddałem na wszelki wypadek norweski korkowiec Maksencjuszowi i zacząłem się przepychać przez stojące przede nami dziewczyny, na co Gruba Gośka syknęła, że dobrze mi tak. Zaprzysiągłem jej śmiertelną i wieczną zemstę, bo nie dalej jak w ostatnią niedziele pożyczyłem jej łyżwy na pięć minut, które okazały się być godziną. Aaa…, Mikołajek! – uśmiechnał się straszliwie (jak Brunner do kapitana Klosa), nowy dyrektor Przykuc i powiedział, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Pomyślałem, że chyba zwariował od tego szczęścia bycia dyrektorem i odpowiedziałem, że jabłko mam w tornistrze, razem z drugim śniadaniem, które mi mama zapakowała. Przykuc zbladł i zczewieniał na przemian i czułem, że zaraz oberwę w ucho, tak jak nieraz na zajęciach wuefu, ale odezwal się nagle nauczyciel języka rosyjskiego, pan Kozaczek, że nie czas na scysje (i wskazal na podniesiona na mnie dłoń nowego dyrektora), kiedy Ojczyzna Matka jest w niebezpieczenstwie, a takie wrogie siły (wskazał na mnie) i tak skazane są na zagładę. Bardzo mi się zrobiło nieprzyjemnie, że jestem wrogą, skazaną na zagładę siłą. Ale po apelu wszyscy patrzyli na mnie z podziwem, a nawet chłopaki z 5 C (z którymi mamy rozegrać wkrótce mecz w hokeja) walily mnie z rozmachem po plecach – jezuuu! (wołajac przy tam, że nie ma to, jak być skazanym na zagladę, czego najlepszym przykładem jest Winnetou, bo leci o nim właśnie już trzeci odcinek), tak że musiałem się prawie salwować ucieczką.                   
Całe szczęście rozległa się szkolna pieśń śmierci, to woźny Burdach dzwonił na lekcje jak opętany.                                             
Runęliśmy do sal, ale mężnie, tak jak prawdziwi Indianie potrafią.

Wojenne rekreacje Mikołajka (2)

Tibor Jagielski

Jak to było z Ośrodkiem Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej.

Świetnieśmy się bawili. Nawet Alcest, straszny łakomczuch, dzielił się z nami kruchymi ciasteczkami swojej mamy, mówiąc, że jak jesteśmy internowani to wszystko jest teraz wspólne i dodał, że szwedzką czekoladę z orzechami, którą schował w kieszeni skafandra Maskencjusz też ma na myśli.

Siedzieliśmy więc w zrobionym przez dziewczyny igloo, a raczej w Ośrodku Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej i było bardzo fajnie. Dziewczyny uwijały się jak w ukropie, podtrzymując nas na duchu: przynosiły nam komiksy z  kapitanem Klossem oraz gume do żucia i przemycały grypsy do Rufina, który jest chory na świnkę i dlatego nie mógł się z nami internować.

W grypsach pisaliśmy, że się trzymamy i nie damy, choćbyśmy mieli siedzieć tutaj do wakacji.

Rufin odpisywał, że całe podwórko patrzy na nas z podziwem i sam chętnie by się do nas dołączyl, ale mu mama nie pozwala wyjść na dwór.

Ale wszystko co dobre nie trwa dłużej niż pacierz, jak mawia mój dziadek po niedzielnym obiedzie, bo przyszedł dozorca Libuda (ten z ORMO) z panią Roztropkową (to ta, która zezuje na lewe oko i ma sztuczną szczękę) i zaczeli rozbijać łopatami nasz internat, wołajac, że to skandal i hanba, i żebyśmy sie cieszyli, że nie wezwali milicji, a to ze względu na transparent “ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”, zawieszony na igloo.

Euzebiusz, który ma z nas największe doświadczenie, bo jego tata strajkowal w Fabryce Urządzeń Niesamowicie Ważnych, powiedział, żebyśmy stawiali bierny opór i abym natychmiast schował korkowiec, który wyciągnałem z plecaka. Trudno.

Wobec tego chwyciliśmy się za ręce i zaczeliśmy śpiewać słynną piosenkę opozycyjną “Bo w partyzantce nie jest źle”.

Dozorca Libuda zrobił się czerwony jak flaga naszego bratniego kraju i zaczął wrzeszczeć, że nam nogi z pup powyrywa. Natomiast pani Roztropkowa, która tym razem zapomniała sztucznej szczęki, sepleniła, że zawoła zaraz dzielnicowego (tego, który przychodzi do niej wieczorami z kwiatami, a czasami nawet i z bombonierką, budząc tym zawiść Alcesta).

Wobec tak jawnej przemocy, oświadczył Euzebiusz, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko z podniesionym czołem opuscić nasz ośrodek internowania IV B, co też natychmiast uczyniliśmy, tym bardziej, że i tak niewiele z niego pozostało – parę rozwalonych brył śniegu.

Ruszyliśmy więc do odwrotu ze zrobionym przez dziewczyny transparentem (“ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”) i nieśliśmy też Maskencjusza, który twierdził, że jest ranny, bo trafił go odłamek lodu. Całe szczęście jego mamy nie było w domu, ponieważ stała w kolejce do rzeźnika.

Alcest powiedział, że na ciężkie obrażenia najlepsze jest kakao z miodem i ruszył natychmiast do kuchni. Usiedliśmy wokół łóżka, do którego położyliśmy Maskencjusza i byliśmy w bardzo ponurych nastrojach .

Prawdopodobnie zaczelibyśmy nawet płakać, gdyby nie Euzebiusz, który powoli wyrasta na prawdziwego przywódcę, chociaż nie posiada jeszcze wąsa. Nawet jednego włoska!

Walka trwa nadal, stwierdził, i weźmy sie w garść, bo o przyszłości należy myśleć organicznie. Co to znaczy organicznie? Zapytaliśmy się chórem.

Euzebisz podniosł palec do góry (tak jak Rosół, dyrektor naszej szkoły, kiedy ma coś ważnego do powiedzenia) i wyjaśnił, że organicznie oznacza myśleć nie tylko o rzeczach wielkich, ale i małych, na przykład o naszym odwołanym przez wybuch wojny meczu hokejowym z piątą C.

Fakt, przyznałem mu rację, zwłaszcza, że po Rufinie, który jest chory na świnkę, wypada nam z drużyny ranny Maskencjusz. Ledwo skończyłem mówić, Maskencjusz zerwał się z łóżka, wołając, że czuje się już znakomicie i nie potrzebuje nawet kakao z miodem.

Alcest wracając z kuchni rzekł, że spodziewał się takiego obrotu sprawy, więc wypił kakao sam, bo po dzisiejszych przeżyciach czuł się jakoś nieszczególnie.

Zaczęło się ściemniać, więc podjeliśmy jednomyślną uchwałę o rozejściu się do domów na kolację.

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!

Pokolenie Solidarności (13)

Ewa Maria Slaska

Eli

1 maja (1975)

Huczne pochody 1-majowe, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, stoczniowcy, tkaczki – w zależności od miasta, tłumy machające kwiatami z karbowanej bibułki, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na tak zwanych „rysunkach”…, ci wszyscy uśmiechnięci ludzie, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba… Ta kiełbasa z musztardą, sprzedawana za grosze prosto z ciężarówek. Gwizdki, wiatraczki z celuloidu i jakieś upieczone z potwornie twardego ciasta konikopieski z brązowymi uszkami i łapkokopytkami.

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś, kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa. Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła. Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód! – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka (pisownia: autor).

W latach 70. mowy partyjniaków nie zawierały już takich dziwacznych enuncjacji, stały się za to przekaźnikiem różnych pięknych, emocjonalnych obietnic. Na przykład mieliśmy być drugą Japonią. Na razie jednak w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się więc flagi robotnicze, zbiorowe wydania Dzieł Lenina i kasety magnetofonowe z nagraniami przemówień. Flagi były całe czerwone (bo na nich robotnicza krew) i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba je było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to było jakieś sztuczne tworzywo, nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie się od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wpakowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Z kolei Dzieła Lenina wydane zostały właśnie po raz kolejny, tym razem pięknie oprawne w cieniutką granatową skórkę (a właściwie surowiec skóropodobny). Polacy zabijali się o nie, ponieważ po umiejętnym oddzieleniu skórki od okładki, można było z kilkunastu kawałków uszyć torbę, spódnicę albo kapelusz. Środki trzeba było wyrzucić. Oczywiście było to dużo papieru i można by go było oddać na makulaturę (co było nota bene niezwykle ekologicznym rozwiązaniem i wielu świadomych zagrożeń ludzi do dziś żałuje, że skupy makulatury zniknęły na zawsze z krajobrazu po bitwie, jakim stała się Polska po roku 1989), a może nawet w ramach akcji Lektury z makulatury wymienić na talon na Dzieła zebrane Mickiewicza, ale było to nieco niebezpieczne, bo mogło się okazać, że jakiś nadgorliwy pracownik skupu doniesie komu trzeba, kto oddał Dzieła, albo, co było znacznie bardziej prawdopodobne, jakiś zapijaczony człowieczek wygada się w pobliskim barze Agata na Grunwaldzkiej pod Fotoplastikonem, że ci Szarzyńscy przynieśli dziś siedem kompletów Lenina, haha, ale cwaniaki. I powie to z uznaniem i z nazwiskiem, bo przecież każdy we Wrzeszczu znał pana doktora Szarzyńskiego i jego elegancką żonę, i tych dwóch chłopaków z długimi włosami i gitarami.

Użytek można było zrobić również z taśm z nagraniami przemówień. Młodzież namiętnie je wykupywała, żeby nagrywać na nich listę przebojów z radia Luksemburg, albo przegrywać na przykład płyty z muzyką młodzieżową, które pani Szarzyńska kupowała synom w komisie na Grunwaldzkiej.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią. Ok – trochę to wszystko było niemoralne, a może nie niemoralne, tylko jakieś takie, trochę wstyd się było przyznać, ale… takie były czasy. Socjalizm, jak wiadomo, to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż zbadano, jakie czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. Były cztery – w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima. Dowcip? No tak, ale jaki trafny.

Jeśli mamy sobie przypomnieć życie w Polsce latach 70, to nie sposób pominąć kartek. Od jakiegoś czasu, Wikipedia podaje, że od roku 1976, kartki bezwzględnie łączyły się z życiem w PRL. Sytem „kartek” nazywał się oficjalnie reglamentacją towarów. Obowiązywał w latach 1944–1949 i 1951–1953, ale tego ani Stefan, ani Basia nie pamiętali, pamiętali natomiast świetnie wprowadzony po „Radomiu” i trwający do końca PRL-u system kartek „na wszystko”, obowiązujący w latach 1976–1989. Stefan pamiętał też, że oni sami się tych kartek domagali. Jednym z 21 postulatów strajków w Stoczni Gdańskiej było właśnie wprowadzenie kartek na mięso. System obejmował cukier, mięso, wędliny, czekoladę, wódkę i papierosy, ale też doraźnie mnóstwo rzeczy, które się pojawiały i znikały, Basia nawet twierdziła, że kiedyś kupiła stanik na kartkę i że na pewno na kartki były podpaski, pieluszki i papier toaletowy, czego Stefan jednak nie pamiętał. Bardzo dobrze natomiast pamiętał benzynę.
– A czy trzy proszki były na kartki?, zapytał kiedyś Mateusza.
Trzy proszki to były proszek do pieczenia, proszek do prania i proszki od bólu głowy. Mateusz twierdził, że nie, było je trudno dostać, ale nie były na kartki.
– Ciekawe dlaczego?, zapytał sam siebie. Przecież jak czegoś brakowało, a brak stawał się dokuczliwy, wprowadzano kartki.
– Pewnie nie umieli wyprodukować wystarczającej ilości proszków od bólu głowy, zasugerował Stefan.

Na pewno w Polsce brakowało wszystkiego i na pewno momentem uzupełniania braków w zaopatrzeniu obywateli był właśnie 1 maja.
Dziś socjalizmu nie ma – ale święto pozostało, połączone trafnie z rocznicą uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja, która od czasów zamierzchłych (nazywanych potocznie „w roku którymś tam”) była też świętem Maryi Królowej Korony Polskiej. Połączenie obu świąt pozwoliło niemal co roku uzyskać długi, piękny, majowy weekend. Zasadniczo te dni wolne od pracy były po to, żeby 1 maja pójść na pochód, a 3 – do kościoła, ale tak się nie dzieje – dziś w te trzy, a czasem nawet cztery dni cała Polska zasiada przy grillu. Minęły „niesłuszne czasy komuny”, zaczęliśmy słusznie pracować i słusznie wypoczywać. Mogliśmy jako naród zacząć biegać, chodzić z północnymi patykami (no, bo jak przetłumaczyć na polski słynne Nordic Walking Sticks?), wiosłować, jeździć na rowerach, ale nie, ze wszystkich sposobów spędzania wolnego czasu, wybraliśmy właśnie grillowanie, a tak zwany „długi weekend majowy” jest po prostu jednym wielkim nabożeństwem do karkówki, kiełbasy i piwa.

Kiedyś Stefan przekroczył w poprzek pochód idący ulicą Grunwaldzką (właściwie to była aleja, ale nikt prywatnie nie używał tego słowa) mniej więcej na wysokości Opery Bałtyckiej, przeszedł przez park usytuowany na miejscu dawnego cmentarza niemieckiego i zobaczył w uliczce za cmentarzem samotnego człowieka, który szedł w tym samym kierunku co pochód, czyli w stronę Gdańska. Człowiek kroczył raźnie, choć lekko przygarbiony, i niósł biało-czerwoną szturmówkę. Szturmówka była wąską długą flagą, noszoną w pionie. Samotnie prezentowała się marnie, ale też jej zadaniem było tworzenie jednolitego szeregu łopoczących flag obok siebie. Człowiek w uliczce za cmentarzem niósł tę szturmówkę rozwiniętą, jakby nadal szedł w pochodzie, lekko łopoczącą w porywach wiatru od morza.

Samotna biało-czerwona szturmówka, pomyślał wtedy Stefan i na zawsze zapamiętał tę sytuację, choć nie wiedział wtedy jeszcze, że ta scena to symbol jego życia. Samotny człowiek w świecie przeważającej siły symboli, samotny, ale nieugięty.

Dziś nikt już nie wie, co to była szturmówka – wysoka wąska flaga, którą zawsze niosło się w szeregu i zawsze pionowo, tak by łopocące flagi tworzyły rodzaj palisady. A ponieważ szturmówki nie zna również internet, sądzę, że na zawsze zniknęła ona ze zbiorowej wyobraźni. We współczesnych sklepach internetowych oferuje się szturmówki poziome, co wydaje się głupie, bo szturmówka pozioma to chyba przecież po prostu flaga.


Dziękuję po raz kolejny Annie Dobrzyńskiej za inspiracje.

Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

Pokolenie Solidarności (10)

Ewa Maria Slaska

Eli

Taternicy (1969)

W marcu 1968 roku kolejne pokolenie „dzieci Komuny” zobaczyło na ulicach czołgi i walki. Te dzieci miały na całe życie zapamiętać tłumy młodych ludzi, bijące się z milicjantami, petardy w powietrzu, armatki wodne. Przestraszone dzieci z buziami przyklejonymi do okien, które przecież nie wiedziały, co o tym wszystkim myśleć, bo dorośli na wszeli wypadek niczego nie tłumaczyli. Skąd więc mogły wiedzieć, czy bójki z policją nie przeniosą się do ich dziecinnych pokojów, nie wyciągną ich z łóżeczek i kojców, czy milicjanci nie będą bić się z nimi lub z ich rodzicami. Oczywiście Stefan i Basia byli już ponad te dziecinne strachy.

Stefan, który był już na studiach w Warszawie i jak wszyscy też wziął udział w protestach na uniwersytecie i pod pomnikiem Mickiewicza, wyleciał ze studiów. Pomyślał wtedy, że dość już się nauczył matematyki i wrócił do Gdańska, gdzie, jak gdyby nigdy nic, przystąpił do egzaminu wstępnego na Politechnikę. Postanowił studiować budowę okrętów. Egzamin zdał i został przyjęty, co, choć było zdumiewające, jednak wcale nie było aż takie rzadkie. Najwyraźniej uczelnie nie rozsyłały list relegowanych studentów i najwyraźniej bezpieka też się tym nie interesowała, co sprawiło, że wielu niepokornym studentom w Polsce przydarzyła się paradoksalna sytuacja, iż wyrzuceni ze studiów w jednym mieście, zostawali studentami w innym.

Tym razem więc Stefanowi się upiekło, ale siedzieć poszedł i tak, choć dopiero w następnym roku – za tzw. aferę taterników.

Były właściwie dwie afery, jedna w sprawie przemytu nielegalnych wydawnictw z Polski do Paryskiej Kultury i druga – o zbieranie wiadomości o Marcu, o tym pisanym już z wielkiej litery. Stefan należał do drugiej grupy – zbierał informacje i przekazywał je Kozłowskiemu, który dostarczał je do Paryża. Obie grupy aresztowano w maju 1969 roku i jesienią połączono ich sprawy w jeden proces. Niektórzy oskarżeni otrzymali wyroki, innych przesłuchiwano tylko jako świadków. Wyroki były wysokie, ale skrócono je niemal od razu, w ramach amnestii “z okazji 25 lecia PRL”, co regulowała ustawa z 21 lipca 1969 roku. Stefan dostał wyrok 17 miesięcy i wyszedł po trzech miesiącach na mocy amnestii.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych został właśnie zorganizowany pierwszy festiwal muzyki rockowej w Woodstock, w sierpniu 1969 roku. Odbył się na farmie w Bethel, koło Nowego Jorku pod hasłem Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo iż festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu, Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich.

Przez kilka miesięcy po amnestii, czyli od września 1969 roku Stefan pracował w biurze cenzury w Domu Prasy. W tym momencie trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze mówiąc, Stefan sam nie wiedział. Był studentem, który nie ukończył matematyki w Warszawie i budowy okrętów w Gdańsku, jego pole manewru było dość ograniczone. Jednak po odsiadce musiał koniecznie znaleźć jakąś pracę, bo brak pracy był w PRL karalny. Istniał przymus pracy obejmujący mężczyzn między 18, a 45 rokiem życia. A po odsiadce politycznej znalezienie pracy łatwe nie było i zależało od znajomości oraz odwagi dyrektora instytucji zatrudniającej. Zaryzykował naczelnik trójmiejskiej cenzury, którego, jak to w PRL, znał prywatnie ktoś z kręgu Szarzyńskich, kto poręczył za Stefana i tym sposobem Stefan wylądował w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury. Był więc na minimalną skalę w takiej samej sytuacji jak słynny Tomasz Strzyżewski – dla nielicznych postać kontrowersyjna, dla większości bohater na miarę pułkownika Kuklińskiego, który w roku 1977 wywiózł na Zachód materiały demaskujące zasady funkcjonowania cenzury w PRL-u. Pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk został, jak sam mówił – z przypadku i był nim przez kilkanaście miesięcy. Zbierania materiałów podjął się jednak świadomie i w pełni bezinteresownie.

No dobrze, ale jednak cenzura. Mieściła się w Domu Prasy na Targu Drzewnym. Stefan był tam praktykantem, parzył kawę, odkurzał i segregował akta, przesuwał meble albo pilnował dalekopisu, który stale musiał drukować jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy “góra” nabrała do niego pewnego zaufania, dostał dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto, jak to opisał Zbigniew Milewicz, biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. To też było takie typowe dla PRL-u – prawie wszyscy pili w pracy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie. W cenzurze ciężar odpowiedzialności za słowo sprawiał, że piło się właściwie codziennie.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić, traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono pracownika dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie, ale Stefan, jak Jaś w piwnicznej izbie, nie doczekał szkolenia, bo wyleciał za pyskowanie.

Basia też w swoim czasie miała kontakty z cenzurą, bo w pierwszej swojej pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim, pracowała w sopockiej spółdzielni projektanckiej Trójkąt. Spółdzielnia zrzeszona była w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Produkcyjnych, a Basia, która najpierw była rzeczniczką prasową w Trójkącie, potem została zabrana do centrali wojewódzkiej, gdzie do jej obowązków należało wydawanie co miesiąc branżowej broszurki informacyjnej. Oznaczało to, że co miesiąc musiała chodzić do cenzury po zgodę na publikację.

Oboje mieli więc do czynienia z cenzurą, ale nigdy z żadnymi spektakularnymi przypadkami jej nadgorliwości, czy nieudolności, takimi jak na przykład sprawa Danielewicza. 13 II 1982 roku, w miesięcznicę (jakby się to w pisowskiej Polsce nazywało) wprowadzenia stanu wojennego, Danielewicz opublikował w Dzienniku Bałtyckim słynną recenzję muzyczną, w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „WRONA skona”. Gdy sprawa się wydała, Danielewicz wyleciał z pracy, został aresztowany i przetrzymywano go w areszcie przez dziewięć miesięcy. A potem, do 1989 roku, czyli do czasów wolnej Polski, nie znalazł nowej pracy.

Po porozumieniach Okrągłego Stołu cenzura została zlikwidowana.

Wszystko było jednak kwestią przypadku. Mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, był w czasie wojny więźniem Pawiaka i obozu koncentracyjnego w Stutthofie. W latach 70 opisał te czasy w książce Warszawiacy w Stutthofie. Książka popadła w zapomnienie i została wznowiona dopiero w roku 2015 przez Muzeum Stutthof w Sztutowie, niestety już w nowej szacie graficznej. Tymczasem stare wydanie miało niezwykłą okładkę. Był to wielki sekret i nawet córka dziadka nic o tym nie wiedziała. Sekret książki znała natomiast moja mama, opowiedziała mi go, a ja przekazałam to rodzinie podczas spotkania familijnego jesienią… 2014 roku, czyli po 40 latach. Otóż okładkę książki tworzył biegnący przez przód i tył, nabazgrany na szarym murze, biały napis PAWIAK. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Stutthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! AK, Armia Krajowa, formacja, o której w PRL-u czasem wolno było pisać swobodnie, a czasem nie wolno było nawet wspomnieć, i nie do końca było wiadomo, dlaczego tym razem było akurat tak, albo owak. Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka. Czy na sugestię ze strony Dziadka?

Jeśli zdarzało się, że urzędnicy nie wyłapali ukrytych treści, jak to było na przykład w wypadku książki dziadka, to z kolei sprawny cenzor potrafił doprawdy niewielkim wysiłkiem zmienić ogólną wymowę cenzurowanego dzieła. I tak jak autorzy starali się inteligentnie zakamuflować swe antyreżimowe przesłania do czytelników, tak cenzorzy brali sobie za punkt honoru, by je odkryć i, oczywiście, zlikwidować. Zdarzyło się, że otrzymałam kiedyś nagrodę na jakimś ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i ku mojemu zdumieniu zostałam poinformowana, że zostanie ono opublikowane. Byłam zdumiona, bo była to opowiastka o nie socjalistycznym wychowaniu w socjalistycznej rodzinie milicyjnej. Powszechnie wiadomo było, że nagrodzenie takich niepoprawnych dzieł na konkursach uchodziło, ale publikacja już nie. Zgodnie z prawidłami gry na linii autor-cenzor – w moim tekście jedno tylko słowo sugerowało, że chodzi o rodzinę milicyjną i to jedno słowo sprawiało, że tekst był nieprawomyślny. Ku mojemu zdumieniu redakcja napisała, że publikują tekst bez żadnych zmian, po czym cenzor znalazł jednak to jedno słowo i je usunął, czego już ze mną nie skonsultowano.

Gdy Stefan był praktykantem w cenzurze, na Targu Drzewnym, czyli przed jego oknami, stał eksmitowany ze Lwowa pomnik króla Jana III Sobieskiego. Odsłonięto go 26 czerwca 1965 roku i od tego czasu było to ulubione miejsce spotkań i randek wszystkich mieszkańców Gdańska. Przyjeżdżali tu też nowożeńcy, którzy fotografowali się przy pomniku i zostawiali królowi nadmiary weselnych kwiatów. Od grudnia 1981 roku tę funkcję przejął Pomnik Poległych Stoczniowców na placu pomiędzy Stocznią imienia Lenina a Liceum Ogólnokształcącym numer I, tym, do którego chodziliśmy wszyscy, ja, Stefan, Basia a również, choć osiem lat później niż Basia i ja, Donald Tusk.

Od lat 70 plac koło pomnika stał się także miejscem zgromadzeń patriotycznych, zwyczaj zapoczątkowany przez działaczy Ruchu Młodej Polski.


Dużo informacji zawartych w tym rozdziale, w tym osobistych wspomnień, zawdzięczam Jackowi Slaskiemu, Zbigniewowi Milewiczowi i Joannie Trümner.