Z życia w PRL

Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…

Krystyna Koziewicz

Wbrew własnej woli

Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…

Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem).   Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.

Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.

Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.

W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.

Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.

Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.

Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.

Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.

Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.

Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.

Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.

To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

„Podhalem” na Śródziemne (5 i koniec)

Zbigniew Milewicz

fosfatyMasyw Olimpu widać z pokładu dosyć wyraźnie. II mechanik nalewa bogom do Zatoki Salonickiej trochę swojego okocimia, smakuje im polskie piwo i pozwalają wejść do portu. Jest sobota po południu, kiedy cumujemy przy nabrzeżu siarkowym. W poniedziałek rano dokerzy mają zacząć rozładunek „Podhala“, termin zostaje dotrzymany, ale pod koniec dnia pracy kapitan otrzymuje wiadomość, że pilnie musimy wycofać się na redę.

Na miejsce „Podhala” ma wejść grecki statek, z ważniejszym od siarki ładunkiem amoniaku i dopiero po nim przyjdzie nasza kolej. Przyjętą rzeczą w pracy portów na świecie jest to, że pierwszeństwo w załadunku i rozładunku mają statki rodzimych bander. Podobnie dzieje się w przypadkach remontów statków w stoczniach. Na przykład w ZSRR zwyczaj ten jest bardzo konsekwentnie przestrzegany, natomiast u nas funkcjonuje dokładnie odwrotny system. Przypływa statek obcej bandery, to Polaka wyganiają z kei, albo ze stoczni. Zwłaszcza, jeżeli zagraniczniak jest ze strefy dolarowej. Dwa dni czekamy na ponowne podejście do greckiego nabrzeża. Później, prawie dwa tygodnie, aż ostatnie tony siarki zostaną wybrane z ładowni. Z powodu awarii taśmociągu w porcie rozładunek statku odbywa się bowiem przy pomocy dźwigów oraz samochodów, które przewożą żółty puder z kei do fabryki, a to w sumie długo trwa. Otrzymane od policji przepustki na ląd upoważniają załogę i pasażerów „Podhala“ do poruszania się tylko w obrębie Salonik, ale dzięki temu mogę je poznać dokładniej, niż niejeden turysta bawiący tutaj tylko przelotnie. Są drugim po Atenach miastem Grecji, stolicą greckiej części Macedonii. Stanowią ważny ośrodek przemysłowy, gospodarczy i kulturalny kraju, znany z corocznych, międzynarodowych targów jesiennych i międzynarodowych festiwali filmowych. Miasto ma bogatą, wielowiekową historię, obfitującą w szereg dramatycznych wydarzeń, często dlań niepomyślnych – krwawe najazdy obcoplemieńców i wojny domowe. W Thessalonikach mieszkał na wygnaniu Cycero, używał życia pisarz Lukian, nawracał pogan apostoł Paweł z Tarsu, który założył tutaj siedzibę gminy chrześcijańskiej. W mieście, którego nazwa brzmiała wtedy Soluń, urodzili się i rozpoczęli działalność słudzy Boży Cyryl i Metody, twórcy rytu słowiańskiego w chrześcijaństwie, czczeni w kościele katolickim i prawosławnym jako święci.

Wielbiciel Grecji klasycznej nie ma właściwie w Salonikach nic do szukania, natomiast fascynują one bogactwem pomników Grecji bizantyjskiej, głównie sakralnych. Najstarszy z kościołów na planie krzyża greckiego – Hagia Sofija, główna świątynia Salonik, stanowi jakby próbę generalną konstantynopolitańskiego kościoła Mądrości Bożej. Hagios Georgios – niegdysiejsze rzymskie mauzoleum Galeriusza, poźniej przez wieki bazylika, a następnie meczet, dziś jest muzeum sztuki bizantyjskiej, obfitującym w bezcenne skarby. Nie brak ich również w Hagia Ekaterini, Hagia Apostoli, Hagios Pantelejmon, Hosios David, Hosios Profitis Ilias i Panagia Chalkedon. We wnętrzach tych kościołów można podziwiać wspaniałe, stare ikony, freski i mozaiki, zaliczane przez historyków sztuki do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych budownictwa cerkiewnego. Prawdą jest jednak, że wiele zabytkowych świątyń w Salonikach wymaga pilnej odnowy. Skłamałbym również, gdybym stwierdził, że nie razi mnie widok starej, szacownej cerkwi przydepniętej przez nowoczesne budynki mieszkalne, użyczającej ogrodzenia na reklamę papierosów, czy dziedzińca hałaśliwemu supermarketowi. Najpopularniejszym kościołem w Salonikach jest Hagios Dimitrios. Stoi na rozległym tarasie jednego ze wzgórz salonickich, wysoko ponad dachami ludzkich domostw. Jest świeżo odrestaurowany i właściwie prawie w całości nowy. Dwukrotnie bowiem doszczętnie spłonął – w VII w. i w 1917 roku. Jego patron ma w Salonikach takie znaczenie, jak w Krakowie św. Stanisław. Św. Demetriusz, zabity w salonickim więzieniu 26 października 306 roku, już w 323 r. uczczony został kaplicą, którą po stu latach obudowano kościołem, tak, że kaplica zamieniła się w kryptę. Dzień jego męczeństwa stał się głównym świętem cerkiewnym w Salonikach.

Pomniki kultury bizantyjskiej sąsiadują w tym mieście ze śladami blisko pięciowiekowego panowania osmańskiego. To przede wszystkim meczety, które jednak nie są zbytnio szanowanymi tutaj zabytkami. Mieszczą się w nich sklepy, urzędy, kawiarnie. Przy jednej z cerkwi stoi nie zburzony minaret, do którego przylega cmentarz turecki. Są kioski, gdzie można kupić kasety magnetofonowe tylko z nagraniami tureckiej muzyki. Miesza się ona z grecką nutą, płynącą z otwartych okien i drzwi mieszkań, tawern i warsztatów rzemieślniczych; obydwie tworzą koncert dźwięków, którymi rozbrzmiewa salonicka ulica. Sporo z zapachów i stylu orientu zachował także ruchliwy bazar położony blisko odos Egnatia, jednej z głównych ulic miasta. Chyba najmocniej jednak utrwalił się Wschód w karnacji, rysach twarzy i czerni włosów mieszkańców tej ziemi. Przedstawicieli typowo helleńskiej urody – jasnookich blondynów o kręconych włosach i jasnej cerze widuje się tu rzadko, podobno najczęściej wówczas, kiedy przyjeżdżają orbisowskie wycieczki.

Rejon Salonik, tak jak znaczna część całego obszaru Bałkanów, bywa nawiedzany przez trzęsienia ziemi. 5 października 1984 r., pod koniec pobytu w tym mieście, mam okazję osobiście to poczuć. Pora popołudniowej sjesty, ulice prawie wyludnione. Od kilku dni jest bardzo parno, temperatura w cieniu nie spada poniżej 26° Celsjusza, nieruchome, przesycone samochodowymi spalinami powietrze ma konsystencję waty. Wspólnie z Ewą i Makisem, polsko- grecką parą znajomych z Salonik, popijamy kawę na ocienionym parasolami tarasie kafejonu przy placu Demokracji, kiedy nagle grunt pod nogami zaczyna przesuwać się – najpierw poziomo, później w górę. Wszystko trwa może 3-4 sekundy, ruch ziemi jest nieznaczny i przynajmniej w naszym najbliższym otoczeniu nie pozostawia po sobie trwałych śladów, ale czuć jego siłę. Mnie, mieszkańcowi Śląska, przypomina to „tąpnięcie” w kopalni. Ewa patrzy na zegarek, mówi, że jeżeli w ciągu pół godziny zjawisko powtórzy się, to będzie sygnał, że w nocy może trząść porządnie. Trzy lata temu przeżyła w Salonikach silne trzęsienie ziemi; kilkakrotnie uciekała wtedy wraz z innymi ludźmi z domu na pobliski plac, bo nie zabudowany teren jest najpewniejszym schronieniem. Przez kilka nocy spała przy otwartych drzwiach wyjściowych z mieszkania, ze śpiworem pod głową, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wybiec na zewnątrz. Twierdzi, że najważniejsze w takiej sytuacji jest zachowanie zimnej krwi. Kiedy na przykład trzęsienie ziemi zastaje człowieka w domu, wtedy trzeba stanąć we framudze drzwi – jej stalowa konstrukcja daje największe prawdopodobieństwo przetrwania. Mija pół godziny, zupełnie spokojnie. Następnego dnia miejscowa prasa podaje do wiadomości, że epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w odległości 60 km od Salonik, na Morzu Egejskim, a jego siła wynosiła 5,5 stopnia w skali Richtera, nie należało więc ono do najsilniejszych.

Znacznie gorzej znoszą niektórzy nagłe trzęsienie, które 5 października rano robi na statku grecka „czarna brygada”. Celnicy nicują „Podhale” od siłowni po mostek kapitański, ale nic godnego uwagi nie znajdują i w południe schodzą ze statku. 8 października dokerzy kończą wybieranie resztek siarki z ładowni, czyli tzw. trymerkę, uzupełniamy zapas paliwa, słodkiej wody oraz warzyw i owoców i odbijamy od salonickiego nabrzeża. Kurs – port Tartus w Syrii. „Podhale” płynie pod balastem i do celu dociera po trzech dniach podróży. Tartus jest drugim po Latakii portem syryjskim, stąd mamy wziąć fosfaty do kraju. Na drzwiach messy ochmistrz wywiesza karteczkę z informacją, że za wykryte przypadki handlu papierosami i alkoholem grozi w Syrii więzienie. Ale w ogóle nie handlować tutaj nie sposób.

Podobizny Prezydenta Syrii, Hafiza al - Asada sa w miescie wszechobecne.Podobizny prezydenta Syrii Hafiza al-Asada są w mieście wszechobecne

Zaraz po odprawie celnej, na statek wchodzą arabscy robotnicy portowi i wszystkich po kolei pytają: ,,krema, perfuma, masz?” Gotowi są zresztą kupić wszystko i nie można im niczego nie sprzedać, bo tak długo będą człowiekowi wiercić dziurę w brzuchu, aż wydębią od niego choćby starą koszulę flanelową, za którą dadzą ćwierć liwra. Oczywiście, obowiązkowo trzeba się targować. Bodaj nazajutrz po przybyciu do Tartus, podczas jednego z takich handlowych nalotów, przeżywam pewien dosyć ciekawy moment. Do kabiny wchodzi dwóch Arabów, starszy i młodszy, pytają w międzynarodowym slangu portowym, czy mam coś do sprzedania. Na odczepnego pozbywam się starych sandałów. Nagle starszy dostrzega na półce nad koją kolorowe zdjęcie Jana Pawła II, najwyraźniej się do niego zapala, prosi, abym mu je dał. W pierwszym momencie przychodzi mi na myśl, że mój gość należy do kościoła koptyjskiego, ale temu zaprzecza, jest mahometaninem. Z ciekawości pytam więc, po co mu podobizna katolickiego papieża? Składa ręce, jak do modlitwy i daje do zrozumienia. że umieści zdjęcie na ścianie w swoim mieszkaniu i będzie to dla niego duży zaszczyt. Rzecz jasna, chętnie mu je daję.

TakiewidokinienalezawTartusdorzadkosciTakie widoki nie należą w Tartus do rzadkości

W czasie wypadów do miasta próbuję fotografować, również ludzi. Większość ubrana po europejsku, w arabskich strojach paraduje głównie starszyzna. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, inni zasłaniają twarze rękami, lub bardziej nerwowo reagują na widok fotoaparatu i muszę przyspieszać kroku, co nie należy tutaj do łatwych czynności. Powietrze w Tartus jest jak w parowej łaźni, a temperatura w pierwszej połowie października, w cieniu, sięga 30° Celsjusza. Wygląd ulicy zmienia się w zależności od dzielnicy. Blisko portu – wąskie, wyboiste trakty, pełne nieczystości, z zapuszczonymi, niewysokimi domami mieszkalnymi. Handlowa część miasta, czyli suk – pełen gwaru i otwartych na oścież sklepików oraz warsztatów rzemieślniczych. W bogatszych sklepach klimatyzowane wnętrza, zwłaszcza u złotników, gdzie można dostać zawrotu głowy od nagromadzonego bogactwa. W nowej dzielnicy mieszkaniowej – sporo betonu , wysokościowce, kilka bogato wyglądających rezydencji, w bujnej zieleni ogrodów.

chetnychdozdjecjestsporoChętnych do zdjęć jest sporo

W drogę powrotną do Polski wyruszamy 16 października. Sztorm na Morzu Śródziemnym i dłuższa naprawa silnika w Gibraltarze opóźniają nasze tempo podróży, na gdyńskiej redzie stajemy 5 listopada, w 60 dniu rejsu. Odprawa celna i WOP ma odbyć się dopiero nazajutrz, załoga cieszy się z tego – 61 dni w morzu, to już wyższa, trzecia strefa w dodatkach dewizowych, jakie płaci im armator. W drugiej, niższej, marynarz otrzymuje za dzień rejsu 1,35 dolara, a oficer – 2,25. Znam na lądzie lepiej zarabiających „dolarowców”. Część załogi wraz z pasażerami odpływa z redy statkiem białej floty, czyli tzw. ferą, do portu. Schodzą na urlop, reszta zostaje na ,,Podhalu”. Po wyładunku fosfatów weźmie inny ładunek, na statek zamustrują do kompletu nowi członkowie załogi i popłyną w kolejny rejs, nie wiadomo jeszcze dokąd. Takie przeznaczenie statku i marynarzy.

P.S. Reportaż ten pisałem w czasie, kiedy PRL-owska cenzura miała się bardzo dobrze, stąd ani słowem nie wspomniałem w tekście, że u syryjskiego nabrzeża widziałem statki zaprzyjaźnionej, radzieckiej floty wojennej a w porcie paradnych matrosów na przepustce, bo by nie przeszło. Dzisiaj odwaga staniała, więc niniejszym uzupełniam brakujące informacje i zdjęcia, które mi się ostały w domowym archiwum.

Radzieccy marynarze na przepustce...Radzieccy żołnierze na przepustce

„Podhalem” na Śródziemne (4)

Zbigniew Milewicz

Podhalem4-winietaPłyniemy wzdłuż brzegów afrykańskich, kursem na wchód, w kierunku Sycylii, do której mamy z Ceuty mniej więcej trzy doby drogi. Później jeszcze trzy dni i powinniśmy być już na miejscu, w Salonikach, jeżeli oczywiście w międzyczasie nic nie zakłóci biegu podróży „Podhala”.

Za czasów cesarza Augusta i Antoniusza, w okresie wypraw krzyżowych, czy nawet wówczas, kiedy królowały na nim flotylle Filipa II, morze to było wielokrotnie rozleglejsze niż dziś, w epoce statków o sztucznym napędzie, coraz to szybciej przemierzających wodne szlaki. Dawne żaglowce, zdane na łaskę kapryśnych wiatrów, potrzebowały co najmniej tygodnia na drogę z Marsylii do Algieru i dwóch miesięcy na przepłynięcie z Gibraltaru do Stambułu. Jak na gust armatora poruszamy się jednak jeszcze zbyt wolno, bo następnego dnia po wyjściu z Ceuty nadchodzi z kraju drogą radiową polecenie, aby skrócić „przelot” do Salonik. W myśl pierwotnych założeń statek powinien tam dotrzeć w niedzielę, 23 września, teraz mówi się o czwartku, praktycznie wszystko zależy od okrętowego silnika, którego stan techniczny daleki jest od doskonałości. Ostatecznie „Podhale” zwiększa prędkość z l3,5 do 14,5 węzła i to jest górna granica jego możliwości.

zbyt wolno...Jak na potrzeby armatora poruszamy się zbyt wolno

Gdzieś na wysokości Tunisu, w czasie poobiedniej sjesty, podrywają mnie z koi dzwonki – osiem krótkich i jeden długi. Alarm szalupowy. Morze jest gładkie jak stół, nic nie wskazuje na to, aby ze statkiem działo się szczególnego, ale postępuję zgodnie z instrukcją. Łapię pas ratunkowy, po drodze jakiś sweter i wybiegam na pokład łodziowy pod szalupę nr 2, w której mam wyznaczone miejsce na wypadek tego typu akcji. Cichnie maszyna, „Podhale” staje w dryfie, na miejscu zbiórki meldują się ostatni maruderzy. III oficer pokładowy, Ryszard Prusik sprawdza stan liczebny załogi i pasażerów – są wszyscy. Już wiadomo, że uczestniczymy tylko w ćwiczebnym alarmie szalupowym, mającym wykazać, jakie jest przygotowanie ludzi i środków technicznych do sytuacji, w której zachodzi potrzeba nagłego opuszczenia statku w morzu. Przy okazji trochę odpocznie okrętowy silnik, bardzo zgrzany pracą na najwyższych obrotach. Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, obowiązującymi w polskiej flocie, takie sprawdziany przeprowadza się na statku co najmniej raz w miesiącu, podobnie, jak alarmy „człowiek za burtą” i przeciwpożarowy. R. Prusik, czuwający nad sprawnym wykonaniem ćwiczeń, będzie musiał odnotować w raporcie, że zablokowało się urządzenie dźwigowe przy szalupie nr 2, co nie pozwala na opuszczenie jej na wodę. Jedynka z grupą marynarzy na pokładzie już zjeżdża w dół, drugą łódź udaje się uruchomić dopiero po kilkudziesięciu minutach. W międzyczasie okazuje się, że pierwsza ma zepsuty motorek i może poruszać się tylko na flamingu – ręcznym napędzie śruby, przy którym ludzie w szalupie szybko ,,puchną”. Odchodzi więc od statku tylko na odległość 100-200 metrów, po czym wraca i z powrotem wciągają ją na pokład. Chwała Bogu, że jest to tylko ćwiczebny alarm.

Część załogi i wszyscy pasażerowie pozostają na pokładzie. Korkowe pasy, które mamy na sobie, wyposażone są w torebki z proszkiem w kolorze pomarańczowym, co po rozpuszczeniu w morskiej wodzie ma ułatwić znalezienie rozbitka. Służą temu również lampki wpięte w troki, ale brakuje do nich bateryjek. W opinii marynarzy główną wadą tych pasów – powszechnie używanych na polskich statkach – jest ich zła konstrukcja oraz nieelastyczność. Przy skokach do wody z dużej wysokości ryzykuje się w nich połamanie kręgów szyjnych. Przed utonięciem w morzu mają chronić również pneumatyczne tratwy i kola ratunkowe, w które „Podhale” jest kompletnie wyposażone, tyle że pochodzą one z różnych statków, o czym świadczą firmowe napisy na sprzęcie.

Zwłaszcza między rejsami wiele rzeczy ginie ze statków – tłumaczy mi ,,trzeci”. – O nowe trudno, zwykle stosuje się wtedy przerzuty brakującego sprzętu z innych jednostek armatora, które, dajmy na to, czasowo wyłączone są z eksploatacji. Bywa jednak, że następuje przyspieszenie terminu rozpoczęciu kolejnego rejsu, nie zdąży się uzupełnić tych braków i statek wychodzi w morze na przykład z niekompletnym wyposażeniem ratowniczym. Cieszmy się więc z tego, co mamy.

Dzwonki, koniec alarmu. Telegraf na mostku przekazuje maszynie „całą naprzód” i „Podhale” rusza w dalszą drogę, odbijając trochę w prawo od dotychczasowego kursu. Bliżej tunezyjskiego wybrzeża, które w pewnym momencie ostro wrzyna się w morze skalistym palcem – to przylądek Bon.

Marynarskie rodzinyMarynarskie rodziny na pokładzie

Panowie Stanisław i Jerzy z Krakowa, moi współtowarzysze podróży, wspominają przeszłość. Służyli w czasie wojny w Armii Polskiej na Wschodzie. Pod rozkazami gen. Stanisława Kopańskiego, czyli w Brygadzie Strzelców Karpackich, sformowanej w 1940 roku, w obozie Hims w Syrii. Pan Jerzy był w piechocie, a pan Stanisław w artylerii, gdzie dosłużył się stopnia kapitana. Po upadku Francji wywędrowali do Palestyny, gdzie brygada dołączyła do wojsk brytyjskich. Brali udział w walkach na Wschodzie i Zachodzie. Przerzuty wojsk odbywały się głównie drogą morską, zatem szlak, którym płynie teraz ,,Podhale”, znają dość dobrze. Teraz przemierzają go w celach relaksowo-turystycznych, ale przecież i dla odświeżenia- dawnych wspomnień. Panu Jerzemu towarzyszy w tej wyprawie żona Krystyna, jego wojenny kompanion podróżuje sam, ale dzięki temu – jak twierdzi – ma więcej czasu na uporządkowanie swego „karpackiego dziennika”, pisanego na gorąco przed czterdziestu z górą laty. Chciałby go przekazać kiedyś w spadku synowi.

Wachta na mostkuWachta na mostku – III oficer Ryszard Prusik i st. marynarz Jan Śwityj 

Wieczorem 19 września widać już zarysy Sycylii, mijamy wyspę w odległości około 10 mil. W messie oficerskiej i załogowej gromadzi się przed szklanymi ekranami mnóstwo luda, bo włoska telewizja sypie kryminałami, filmami przygodowymi i programami rozrywkowymi jak z rękawa, a w domu tego nie ma. Bariera językowa stanowi pewne utrudnienie w odbiorze i nie wszystko może się podobać, ale widownia pozostaje pełna aż do późna w nocy. Bo co tu robić z wolnym czasem na morzu, zwłaszcza wieczorem? Dla pasażera sam rejs może być fascynującą, życiową przygodą, dla marynarza statek i morze są jego chlebem powszednim i chciałby go jakoś okrasić. „Podhale” – tak jak obecnie już wszystkie statki pływające pod znakami armatorskimi PZM – wyposażone jest w urządzenie wideofoniczne, ale zestaw kaset, którymi dysponuje ochmistrz nie jest najlepszy. Kompozycja wydaje się najzupełniej przypadkowa: mamy ,,Kobrę” z wczesnych lat siedemdziesiątych, parę wywiadów Ireny Dziedzic, koncert ,,Warszawskiej Jesieni”, kilka odcinków „Świętego”, serial „Dom”, „Przygodę w Acapulco” i program oświatowy o życiu pierwotniaków. Jest też na statku projektor kinowy i trochę filmów fabularnych, których się jednak nie wyświetla z powodu uszkodzonej aparatury.

Te braki w realizacji „programu szerzenia kultury wśród załóg pływających” nadrabia częściowo statkowa biblioteczka. Posiada ona około stu tytułów książek z różnych dziedzin. „Cegieł” tam raczej niewiele, więc czytelnictwo na „Podhalu” kwitnie jak w najlepszych sferach intelektualnych. Największym powodzeniem cieszą się wszak książki z prywatnych zbiorów, zwłaszcza: kapitańska – ,,Cienka, czerwona linia”, asystenta radiooficera, „Raz w roku w Skiroławkach”, kucharza – „Podstawowe zasady radiestezji” i moja „Astrologia i polityka”. Nawiasem mówiąc, radiestezyjne wahadełko jest na statku bezużyteczne, bo za dużo tu metalu, ale gwiazdy wiszą nad Śródziemnym tak nisko i tak wyraziście świecą, że gołym okiem mogę z nich wyczytać, co czeka moje spodnie, jeśli nasz kucharz Jerzy Kostro nie zacznie gorzej gotować.

Kuchnia na statku jest najważniejsza, jedzenie to mimo wszystko główna uciecha marynarza w morzu. Od zdolności kulinarnych kucharza zależą w dużej mierze nastroje załogi, a te z kolei nie pozostają bez wpływu na przebieg rejsu. Posiłki wyznaczają tu rytm dnia, a czasowo sprzężone są ze zmianami wacht. W morzu śniadanie jest o 7.30, obiad o 11.30, podwieczorek – 15.00, kolacja – 17.30. W portach spożywa się posiłki w trochę innych porach.

W Gdańsku załadowano do chłodni m.in. tonę mięsa i kiełbasy, 1,5 tony mleka, taką samą ilość ziemniaków, 150 kg masła, 30 kg smalcu, 40 kg wędzonego boczku, ponad 300 kg mąki, 9 skrzyń po 360 sztuk jaj, 400 słoi kompotów, 200 kg owoców i kucharz Kostro pitrasi z tego różne potrawy dla 52 osób, cztery razy dziennie, starając się, żeby przynajmniej do Salonik ani razu nie powtórzyć obiadowych dań. Dzień pracy Jerzego Kostro rozpoczyna się przeważnie o 6.00 ,a kończy około 20.00. Kiedy do śniadania mają być podane świeże chrupiące bułeczki, wstaje już o 3 nad ranem Chleb piecze wieczorem, raz na trzy dni; średnio 28 bochenków. Wieczorem też ustala wspólnie z ochmistrzem jadłospis na następny dzień i sporządza tzw. nocne porcje, które umieszcza się później w lodówkach pentry załogowej oraz oficerskiej, aby ludzie z nocnych wacht i cierpiący na bezsenność pasażerowie mieli coś na ząb. Jego „prawą ręką” w kuchni jest Marek, pomocnik kucharza. Do skrobania ziemniaków awaryjnie przychodzi młodszy steward, Włodek, ale powszechnie na statku wiadomo, że szef większość prac w swoim królestwie lubi wykonywać sam.

Po półgodzinnym pobycie w kuchni jestem mokry jak po kąpieli. Na sześciu płytach elektrycznych i dużej patelni gotuje się i smaży obiad dla kilkudziesięciu głodomorów, od podłogi grzeje siłownia, z zewnątrz słoneczko, a pomieszczenie nie posiada urządzenia klimatyzacyjnego. Otwarte na oścież bulaje i drzwi nie potrafią go zastąpić. Kucharz Kostro liczy sobie 37 lat, z tego 22 już pływa. Zaczynał na „Darze Pomorza” od szorowania kotłów, jako praktykant Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, która kształciła kucharzy okrętowych. Teraz tej specjalności już nie ma, na morze idą na ogół ludzie nie obznajomieni w tych wszystkich sztukach kulinarnych, które szef kuchni na statku powinien mieć w małym palcu. Tutaj trzeba być jednocześnie kucharzem, garmażerem, cukiernikiem i piekarzem, bo tylu specjalistów nikt na statku handlowym nie zatrudni – stwierdza Jerzy Kostro, zwany wśród załogi żartobliwie „Chińczykiem”, bo rzeczywiście ma w wyglądzie coś z Chińczyka.

Pozuje na dowodce wachty...Pozuję na dowódcę wachty

„Podhalem” na Śródziemne (3)

winietazbych3Zbigniew Milewicz

Niedziela w Ceucie

W kanale La Manche ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Na szczęście widzialność jest dobra, w promieniu kilkunastu mil ani śladu mgły, tak typowej dla tego rejonu żeglugi. Drzemie również Zatoka Biskajska, po której cięciwie płyniemy, groźna dla statków i żeglarzy przez znaczną część roku z powodu silnych wiatrów zachodnich i północno-zachodnich, wiejących z głębi Atlantyku w stronę lądu.

Słońce operuje coraz intensywniej, na zawietrznej części głównego pokładu, między ładowniami i na pokładzie szalupowym ,,Podhala“ pojawiają się leżaki a na nich pasażerowie obojga płci i amatorzy opalania się spośród członków załogi, którzy czas pomiędzy wachtami wolą spędzać na świeżym powietrzu a nie w czterech ścianach swoich kabin. Leniwy bezruch dorosłych przerywają dzieci, przynosząc wiadomość, że chief znalazł koło ładowni latającą rybę. Wszyscy więc spieszą ją zobaczyć. Nikt nie ma pod ręką linijki, ani krawieckiego centymetra, żeby zmierzyć skrzydlatego pływaka, ale chief Jasiński twierdzi, że okaz jest stosunkowo duży. Widział już wiele ryb latających i wszystkie były jakoby mniejsze od tej. Chyba pierwszy raz spotyka rybę latającą w tak znacznej odległości od wód strefy równikowej, w których żyje ten gatunek. Co do sposobu, jakim trafiła ona na pokład, przypuszcza, że najpewniej wyrzuciła ją tu jakaś silna fala. Ciekawscy dotykają długich i szerokich płetw piersiowych, wzmocnionych twardymi promieniami i po- dobnie zbudowanej płetwy ogonowej, dzięki którym stworzenie to może utrzymać się w powietrzu ponad 10 sekund i przelecieć w tym czasie ponad sto metrów, zaś Ola, siedmioletnia córka państwa Jasińskich pilnie baczy, czy robią to na tyle delikatnie, żeby go nie uszkodzić. Tata obiecał bowiem zasuszyć rybkę i dać jej, żeby mogła pokazać koleżankom i kolegom w klasie.

rybazbych3Im bliżej Gibraltaru, tym częściej w rozmowach na statku pojawia się pytanie: jak będzie z bunkrowaniem w Ceucie i zejściem na ląd. Do portu w tym mieście, stanowiącym główną część niewielkiej, hiszpańskiej enklawy na północnym wybrzeżu Maroka często zawijają po paliwo polskie statki, które idą na Wschód lub z przeciwnego kierunku, bo jest ono tutaj stosunkowo niedrogie. O wiele tańsze na przykład niż na Majorce, choć oczywiście nam bardziej opłacałoby się wziąć je w Gdańsku, za złotówki. Teoretycznie taka możliwość istniała: „Podhale” płynące z Gdańska do Salonik, z blisko 15 tysiącami ton siarki w ładowniach, ma wystarczająco pojemne zbiorniki, aby pomieścić w nich tyle ton lekkiego i ciężkiego paliwa (mazutu), ile potrzeba na pokonanie całej tej trasy, ale jedna komora wyłączona jest w tym rejsie z eksploatacji z powodu pęknięcia. Dziurawa jest również inna – niestety napełniona – co jednak wychodzi na jaw dopiero na morzu, w czasie kontroli studzienek ładowni, która ujawnia w pierwszej z nich obecność paliwa lekkiego. Fakt ten zostaje odnotowany w dzienniku okrętowym, ale przy pasażerach wiele się o tym nie mówi, chyba że pół żartem w stylu: „na takim paskudztwie jedziemy, że nawet z siarką się nie zapali” albo: „nie ma się czym martwić, statek jest ubezpieczony na wypadek pożaru. Jedynym sposobem usunięcia łatwopalnej cieczy z zenz ładowni jest odpompowanie jej do morza. Cóż, kiedy pech chce, że mamy zablokowaną zasuwę tunelu, biegnącego wzdłuż dna statku, do którego przecieka paliwo z uszkodzonego zbiornika i mija sporo czasu, zanim ludziom z maszyny udaje się ją uruchomić. W dziesiątym dniu rejsu, ,,Podhale” z Bożą pomocą dociera do końca pierwszego etapu podróży. Wchodzi w Cieśninę Gibraltarską i w samo południe staje na redzie Ceuty. Z prawej burty, w odległości 2-3 mil mamy niewielki, grecki kontenerowiec. Nieco dalej, za rufą widać bliźniaczą jednostkę pod banderą tunezyjską, poza tym na redzie pusto. Jawi się więc nadzieja, że „Podhale” nie zapuści tu korzeni, ale kto wie – kraczą pesymiści – czy nabrzeże paliwowe jest wolne. W rezultacie mają rację statkowi optymiści, gdyż po dwóch godzinach oczekiwania podpływa do nas motorówka z pilotem, a później holownik i wchodzimy do portu.

Autor udaje kapitana...Część załogi i pasażerów ma z tego powodu dosyć kwaśne miny. Jest bowiem niedziela, wszystkie sklepy w mieście pozamykane, można co najwyżej pooglądać wystawy. Byliby zadowoleni, gdyby „Podhale” spędziło niedzielę i noc na redzie i w handlowy poniedziałek, z samego rana podeszło do nabrzeża, ale jeszcze na sto procent nie wiadomo, czy w ogóle otrzymamy pozwolenie zejścia na ląd. Kapitan Rzeczewski ma informację, że w tym mieście obowiązują od ubiegłego roku za- ostrzone rygory policyjne, wprowadzone w związku z nasilającym się ruchem miejscowej ludności arabskiej na rzecz zjednoczenia Ceuty z Marokiem.

Na zdjęciu: Autor udaje kapitana

Po trapie wchodzi postawny mężczyzna w granatowym mundurze, z budzącym respekt rewolwerem dużego kalibru, za nim skromniejszej postury cywil z walizeczką, stanowiącą nieodłączny rekwizyt chyba wszystkich celników na świecie. Najpierw składają kurtuazyjną wizytę kapitanowi, później roboczą – ochmistrzowi i siedzą u niego aż do kolacji. Na statku bowiem ochmistrz załatwia formalności paszportowo-celne w portach. U niego też zdeponowane są, od początku do końca rejsu, wszystkie paszporty pasażerów. Żadnemu z nas nawet nie śni się więc o tym, aby zejść samowolnie na ląd. Do zejścia ze statku na obcy ląd upoważniają zresztą wyłącznie przepustki, które lud „Podhala” jako wolny od podejrzeń o zamiary negatywnej działalności na terytorium królewskiej Hiszpanii, wreszcie otrzymuje. Niemal wszyscy pasażerowie idą do miasta, z załogi tylko niektórzy. Na statku zostają ci, którzy będą obsługiwać bunkierkę, albo mają wachty pokładowe, a także tacy, którym się nie chce stąd ruszać, głownie starsi wiekiem członkowie załogi. To jest typowe zjawisko. Starszy marynarz Jan Śwityj pełni służbę przy trapie, ale nawet gdyby miał wolny czas, to też nigdzie by go nie poniosło. Owszem, przez pierwsze lata pływania „nosiło”, ale później mu przeszło. Stwierdził, że w gruncie rzeczy wszystkie miasta portowe na świecie są do siebie podobne i teraz, kiedy nie ma na lądzie niczego konkretnego do załatwienia, to woli siedzieć na statku. Tutaj przynajmniej nie ciągnie go, żeby tracić „zielone” na różne głupstwa, bo, jak mówią, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Śpieszno mi po raz pierwszy w życiu postawić stopę na afrykańskiej ziemi. Po dziesięciu dniach przebywania na wodzie, ląd trochę się kołysze, kiedy po nim stąpam, ale trwa to tylko chwilę. Na wiszącej przy trapie tablicy wypisana jest kredą liczba 20, co znaczy, że o tej porze wszyscy muszą być z powrotem na statku. Taki przepis. Zbliża się 16.00, myślę, że za cztery godziny zdążę wdrapać się na jedno z czerwonawych, skalistych wzgórz na obrzeżach miasta i zobaczyć, jak prezentuje się ono w całości, a po drodze zwilżyć sobie gardło w jakiejś kawiarnianej oazie. Słońce przypieka bowiem dosyć mocno jak na popołudniową porę i drugą połowę września. Z pocztówkowego błękitu nieba praży rozczochrane czuby palm, rosnących wzdłuż szerokiego bulwaru, dachy białych i żółtych kamienic w bocznych uliczkach, pomiędzy którymi suszy się na sznurach bielizna i ludzi włóczących się w czasie sjesty po mieście. Są to niemal wyłącznie hiszpańscy żołnierze na niedzielnej przepustce i obywatele z „Podhala”. Szanujący się mieszkańcy Ceuty wypoczywają o tej porze w chłodnych wnętrzach swoich domów, za zaciągniętymi przed słońcem żaluzjami okien.

Wybieram złą drogę. Kamienista uliczka na peryferiach miasta, wijąca się w górę pod kątem 19 stopni ( informuje o tym tablica dla zmotoryzowanych, umieszczona na poboczu ) kończy się ślepo. Za murem są koszary. Jakiś żołnierz w fezie, którego pytam o drogę na wzgórza, macha dłonią w przeciwnym kierunku. Tędy nigdzie nie przejdę dalej, bo zaczynają się tereny wojskowe. Rezygnuję więc z dalszej wyprawy w góry i zadowalam się widokiem Ceuty z niskiego lotu ptaka. W górnej części miasta, do której do- tarłem, żyje głównie ludność arabska. Sporo tutaj rozsypujących się starych domów i skleconych z byle czego bud, w których ludzie mieszkają, ale przez uchylone okna widać odbiorniki kolorowej telewizji, a przed ruderami – samochody nie najgorszych marek. lm niżej, tym zamożniej. Coraz więcej dobrze utrzymanych budowli w stylu kolonialnym i nowoczesnej architektury, harmonizującej z naturalnym otoczeniem. Na samym w dole miasto zatrzymuje się na bulwarze z ciągiem dyskotek, barów i sklepów z pamiątkami, dalej jest już morze.

Enklawa Ceuty obejmuje półwysep o powierzchni 19 km. kw., połączony z lądem wąskim przesmykiem i liczy około 90 tysięcy mieszkańców, z których większość mieszka w mieście. W starożytności była to kartagińska, a następnie rzymska kolonia. Od około 711 roku, przez siedem wieków, władali nią Arabowie, później na ponad 160 lat przyłączona została do Portugalii. Do Hiszpanii należy od 1580 roku. W XVII i XVIII wieku stanowiła ważny ośrodek handlowy, między innymi w obrocie żywym towarem. Dziś Ceuta jest atrakcyjna kupiecko dla przybyszów z zewnątrz, m.in. z powodu dużej obfitości stosunkowo taniego sprzętu elektronicznego w sklepach, sprowadzanego z Dalekiego Wschodu. Za niezbyt wygórowaną cenę można również „wejść” w hiszpańską skórę, nabyć owoce cytrusowe, bakalie różnych odmian, miejscowe trunki i przyprawy. Poza portem handlowym funkcjonuje tutaj port rybacki, wojenny, pasażerski, przemysł stoczniowy. Z racji swojego naturalnego piękna Ceuta dobrze zarabia także na turystyce, choć stała obecność armii w tym mieście przypomina, że leżąc nad Cieśniną Gibraltarską stanowi dla Hiszpanii przede wszystkim ważny strategicznie punkt.

W drodze powrotnej na statek udaje mi się trafić na wieczorne nabożeństwo w niedużym, XVII-wiecznym kościółku przy jednej z głównych ulic miasta. Mimo, że nie znam ani w ząb hiszpańskiego, czuję się dosyć swojsko, bo tłoczno tutaj i w modlitewnym nastroju żarliwie jak w polskim kościele. Pod koniec Mszy świętej wierni tradycyjnie zapalają świece przed rzeźbą Piety w bocznym ołtarzu, bardzo sugestywną w wyrazie. Matka Boska Bolesna cieszy się wśród mieszkańców Ceuty szczególną estymą. Na ulicy, ale już daleko poza kościołem, dwie młode Hiszpanki w modnych kreacjach, witają się znakiem krzyża, ten szczegół również wydaje mi się godny odnotowania. Tym bardziej, że w chwilę później mam okazję być świadkiem kolejno jeszcze dwóch, podobnych scen.

Żegnamy się z Ceutą na krótko przed północą. Mruga ku nam „morsem” swoimi światłami, nadając: „do zobaczenia w drodze powrotnej, tym razem w dzień handlowy”. Tak w każdym razie odczytuje to mruganie Kazio Przychodzień, asystent radiooficera, który alfabet Morse’a zna jak własną kieszeń.

24 lutego 1985

„Podhalem” na Śródziemne (2)

Zbigniew Milewicz tekst2-winieta

Trzeci dzień podróży, niedziela.

W soboty o 22 i w niedziele o 13 czasu Greenwich z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku nadawane są na falach krótkich msze święte dla polskich marynarzy i rybaków będących poza krajem. Nabożeństwa te, od czterech lat transmitowane, przez Polskie Radio, stanowią jedyną okazję do wspólnej modlitwy dla wiernych – ludzi morza, rozproszonych po wodach całego świata. Ilu z tej możliwości korzysta? Chyba sam Pan Bóg tylko wie, bo kościołów na każdym statku jest tyle, ilu jest praktykujących katolików. Każdy z nich w czterech ścianach swojej kabiny tworzy własny, odrębny kościół i fakt jego istnienia zachowuje najczęściej dla siebie. Dlatego trudno tutaj o statystykę.

Płyniemy przez Cieśniny Duńskie, morze nadal spokojne. Dopiero za Skagen, kiedy wychodzimy na Morze Północne, zaczyna trochę kołysać. Powoduje to martwa fala, która bierze „Podhale” pod boki i zrazu delikatnie, a później coraz gwałtowniej przegina go w poprzek, raz na lewą, raz na prawą burtę. W poniedziałek po południu siła wiatru wzrasta raptownie do 7, a następnie do 8 stopni w skali Beauforta, co znaczy, że wieje on z szybkością od 17,2 do 20,7 metrów na sekundę. To już jest prawie sztorm. Wcześniej zarządzona przez chiefa pokładowego kontrola sztormowa statku wykazała, że wszystko jest należycie zabezpieczone – beczki z olejem i paliwem między ładowniami powiązane, bulaje na dolnym i głównym pokładzie pozamykane, podobnie jak włazy do ładowni i drzwi magazynków na baku. Tylko skrupulant cieśla – Michał Bussler, którego wiecznie widać krzątającego się przy różnych pracach na pokładzie, raz jeszcze idzie sprawdzić, czy rzeczywiście wszystkie pomieszczenia na dziobie są dostatecznie dobrze uszczelnione przed dostępem wody. Nie podobają mu się tylko kluzy kotwiczne, niezbyt dokładnie przykryte metalowymi pokrywami. Poprawia je i wraca do swojej kabiny, po drodze rozglądając się jeszcze, czy któryś z marynarzy pracujących przy konserwacji pokładu i pokładowych urządzeń, na tzw. dejmance, nie zostawił jakiegoś kawałka łańcucha, stalówki, albo narzędzia pracy, bo porwane przez falę mogłyby narobić dużo szkody. Te czynności sprawdzające należą do obowiązków cieśli Busslera. Inna sprawa, że dobrze zdaje on sobie sprawę z tego, jak silne potrafi być morze, jak bezbronnym wobec niego bywa wówczas statek i człowiek.

statkizbycha (1)Rodzina na nabrzeżu

W dużym sztormie fala potrafi na przykład wyrwać z pokładu stalowy pal polera do obkładania lin, o rozmiarach najgrubszego zderzaka kolejowej cysterny, i cisnąć nim jak pudełkiem zapałek w mostek. U nas na szczęście jeszcze nie jest tak źle, po kilku godzinach sztormowania „Podhale” ma na razie tylko trochę wgnieciony prawy reling na głównym pokładzie. Żywioł napiera na statek od strony dziobu i prawej burty. O 23 kierujący wachtą na mostku III oficer, Ryszard Prusik, wpisuje do dziennika okrętowego: „Podczas wachty silne przechyły boczne statku, fala i bryzgi fal zalewają pokład i pokrywy ładowni”. Żyropilot – „michałek” w takich warunkach zawodzi, trzeba sterować ręcznie. Marynarze Jan Śwityj i Sławomir Eljaszewicz zmieniają się przy sterze co godzinę, podobnie pełnić będą następne wachty ich koledzy. Jeden przy sterze – pilnuje kursu, który podał mu dowódca, drugi „na oku” – przez lornetkę obserwuje morze, czy jakiś statek nie zbliża się do nas od strony dziobu, albo z boku i nie grozi kolizja, zaś oficer to samo sprawdza na ekranie radaru. Wyjątkowo bowiem mroczna jest ta noc. Nie widać dalej niż na 3-3,5 mili i bez sprawnie działającego radaru statek płynąłby przed siebie jak ślepiec. Coraz więcej wolnych miejsc przy stolikach w messie. Sztorm daje się we znaki kolejnym pasażerom, podobno choruje również ktoś z załogi. Radiooficer, Stanisław Sacharuk, wszystkich pociesza, że tylko patrzeć , jak pogoda się poprawi, że takie są aktualne, radiowe prognozy meteorologiczne. Sprawdza się to, co mówi, bo już przed południem morze się trochę uspokaja.

Około 12 kapitan przekazuje mi otrzymaną z Polski za pośrednictwem „Szczecin-Radio” wiadomość, że nagle zmarła moja matka. W tej sytuacji postanawiam przerwać dalszą podróż i wrócić do kraju pierwszym polskim statkiem, który będzie nas mijał na kursie. W praktyce okazuje się to jednak niewykonalne. W godzinach popołudniowych kpt. Rzeczewskiemu, który zapowiada, że zrobi wszystko, co tylko można w mojej sprawie, udaje się wprawdzie przez radiostację znaleźć taki statek, są to „Gliwice II”, ale po rozmowie z kapitanem oznajmia, że niestety nie mogę tam przejść. Przyznaje, że jest już po sztormie, ale morze nadal wzburzone i z tego powodu nie zaryzykuje opuszczenia szalupy. Nie może nakazać swoim ludziom aby przewieźli mnie na inny statek, bo jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Poszedłby na podobne ryzyko tylko wówczas, gdyby zachodziła potrzeba ratowania czyjegoś zdrowia lub życia, a przecież w moim przypadku – zaznacza – taka sytuacja nie ma miejsca. Dowiaduję się też, że na pewno dodatkowo zapłaciłbym za powrót „Gliwicami II” do kraju, bo przecież jest to firma zarobkowa a nie dobroczynna.

Ponieważ w cenie biletu na statek mieści się także dostarczanie pasażerom rozrywki, więc cztery dni poźniej „pierwszy po Bogu” wydaje w oficerskiej messie wieczór kapitański z tańcami, na który także i ja otrzymuję zaproszenie. Za taktowność najwyraźniej kapitanowi nie płacą, ale z ciekawości uczestniczę w oficjalnym otwarciu imprezy. Wypełnia je krótka mowa powitalna do pasażerów oraz pokaz kultury towarzyskiej przy tradycyjnej lampce wina, kawie i ciastku. Nazajutrz mój współmieszkaniec, 61-letni pan Staszek z Krakowa, szczegółowo relacjonuje mi część artystyczną wieczoru. Mówi, że się dobrze bawił. Statek jest jak dom. W jednym mieszkaniu jest nieszczęście, w drugim wesoła zabawa, w trzecim, czwartym i dziesiątym nie dzieje się nic szczególnego.

Kiedy człowiekowi, w jego domu na lądzie coś nie odpowiada, to zawsze może z niego wyjść. Na statku, w morzu, jest to niemożliwe i pod tym względem bardziej on przypomina więzienie. To prawda – zamieszkiwane dobrowolnie, bywa, że luksusowe i przyjemne dla oka, ale więzienie. Największą jego dolegliwością jest odcięcie od najbliższych. Pierwszy elektryk Andrzej Czepulowski i jego żona Anna mają wieloletni staż małżeński, ich córeczka Klaudia chodzi już do trzeciej klasy, a Szymon ma sześć lat, jednak dopiero po raz drugi, płyną tak sobie razem.
– Czy to firma nie pozwala zbyt często zabierać żony w rejs? – pytam.
– Raczej życie – odpowiada pan Andrzej. – Owszem armator ma w tych sprawach głos decydujący, bo liczy się opinia jaką pracownik ma w przedsiębiorstwie i to, czy statek, na którym pływa, może przewozić pasażerów. Bywa też, że chętnych na zabranie rodzin w rejs jest zbyt wielu i trzeba swoje odczekać w kolejce. Głównie jednak inne sprawy decydują, że człowiek pływa zwykle w pojedynkę – dom, który żona musi sama prowadzić. Dzieci – albo są zbyt małe, by brać je na morze, aIbo już chodzą do szkoły i nie mogą przerywać nauki. Wreszcie sprawy finansowe, ale to już zupełnie odrębny temat. Pani Ania nie widzi powodu, żeby go przemilczeć. Jako żona członka załogi płaci za każdy dzień pobytu na statku 500 zł, za Klaudię połowę tej sumy. Szymon (sześciolatek) płynie za darmo. Mieszkają oczywiście w kabinie męża. Koszt miesiąca rejsu „Podhalem” wynosi dla nich ponad 20 tysięcy złotych. Jest więc trzykrotnie większy od podstawowej, miesięcznej pensji taty, oficera nawiasem mówiąc.
Mąż wspomniał o domu i dzieciach – mówi pani Anna. To zrozumiałe, że wszystkie obowiązki domowe i związane z wychowaniem dzieci spadają na mnie, kiedy mąż jest w morzu… Na początku, w pierwszych latach naszego małżeństwa było mi niełatwa samej radzić sobie z nimi, o wszystkim samodzielnie decydować, ale później jakoś okrzepłam. Do samotności można się przyzwyczaić, co nie znaczy, że się za mężem nie tęskni. Chyba najbardziej jednak tęsknią dzieci. Wprawdzie staram się, aby za bardzo nie odczuwały braku ojca, ale przecież zastąpić go nie potrafię. W zamyśleniu stwierdza, że dziwne jest to ich życie. Nie ma chłopa te dwa-trzy miesiące, później znów jest, taka huśtawka. Pan Andrzej słucha wywodów żony z wyraźnym zadowoleniem, co nie umyka jej uwadze. Aby więc zbić go trochę z tropu, zwierza mi się żartobliwie, że kiedy on schodzi ze statku na urlop, to na początku dom staje się za ciasny. Później jednak znów wszystko biegnie swoim torem – dodaje skwapliwie, widząc, że osiągnęła zamierzony cel.

Jak wygląda taki marynarski urlop? Dla p. Ewy Jasińskiej – żony chiefa pokładowego – pobyt męża w domu oznacza święto. Wtedy zapraszają przyjaciół, chodzą z dziećmi na spacery, do kina, w gości. W tym czasie pani Ewa nie wykonuje w mieszkaniu żadnych cięższych prac, inwestycji, przemeblowań, bo tym zajmuje się, kiedy mąż jest w morzu. Nie obarcza go również żadnymi sprawami z dziedziny tzw. „sztuki załatwiania”, bo przecież nie poradziłby sobie. Pani Ewa podziela tu popularną opinię, że ludzie morza, nawet bardzo dobrzy w swoim rzemiośle, często nie potrafią radzić sobie choćby z najprostszymi problemami życia na lądzie.

Pan Mundek, marynarz pokładowy z „Podhala”, nie przepada specjalnie za życiem towarzyskim. Jest typowym domatorem. Większość czasu na urlopach spędza w kręgu najbliższej rodziny, swoich książek i myśli, które przelewa na papier. Zanim został marynarzem, był nauczycielem i jeszcze paru innych zawodów się imał, ale zawsze ciągnęło go pisanie. Nie nazwałby tego twórczością literacką, są to tylko jego refleksje o życiu, zapisywane w formie chyba najbliższej esejowi. Wiele stron poświęcił życiu na statku i jeżeli chcę – proponuje – to możemy spotkać się kiedyś w Szczecinie i pokaże mi te teksty.

Pan Konrad z maszyny, jest miłośnikiem wędkarstwa, amatorsko pisuje wiersze teksty piosenek, gra na gitarze, śpiewa, którymi to zajęciami można znakomicie wypełnić wolny czas zarówno no na morzu, jak i podczas urlopu na lądzie, pod warunkiem, że człowiek nie ma większych zmartwień. Niestety od kilku lat pan Konrad przeżywa poważne kłopoty rodzinne, związane ze starszym synem. Zaczęło się od wypadku, długo po nim chorował. Później zaimponowało mu towarzystwo szpanującej młodzieży, złapał styl i szkoła, dom przestały się liczyć. Matka robiła, co mogła, żeby wyrwać lekkomyślnego chłopaka z tego kręgu. Podobnie ojciec, ale będąc nim jedynie „z doskoku”, miał praktycznie niewielki wpływ na syna. – Parę miesięcy temu – mówi pan Konrad – wdał się z kolegami w chuligańską rozróbę i teraz ma sankcję prokuratorską. A ja jestem w morzu, nie wiem, jak na bieżąco toczy się sprawa i gryzą mnie różne myśli. Jedno panu powiem, w zawodzie marynarskim nie powinni pracować ludzie, którzy mają żony oraz dzieci zwłaszcza dorastające. Za rozłąkę z rodziną płaci się bowiem prędzej lub później haracz. To są rodziny w swoisty sposób rozbite, a takie nie mogą być w pełni szczęśliwe.

Żona chiefa pokładowego, która ma jeszcze małe dzieci, póki co nie nastręczające kłopotów wychowawczych, przedstawia mi sprawę rozłąki w rodzinie marynarskiej bardziej optymistycznie. Uważa, że takie przerwy w byciu razem cementują małżeństwo. Nie grozi mu nuda, jak winnych stadłach. Minusem życia z mężem, który pływa jest natomiast to, że nigdy niczego nie można zaplanować. Na przykład – wyjazdu z całą rodziną gdzieś na urlop.

Mam więc dwa różne punkty widzenia tego samego problemu. Fakt, że większość ludzi pracujących na morzu stanowią mężczyźni żonaci i posiadający dzieci, świadczy jednak o tym, że przyjmuje się tu rozłąkę z najbliższą rodziną, z wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, za mniejsze zło od samotności. Na „Podhalu” wszyscy członkowie załogi są żonaci. Najkrótszy staż małżeński posiada Sławek Eljaszewicz – sympatyczny marynarz z pokładu, liczący 23 lata i prawie dwa metry wzrostu, którym zapracował sobie wśród załogi na pseudonim „Maluśki”. Jest świeżo po wojsku, ma rocznego syna Adriana i mimo młodego wieku – bardzo poważny stosunek do życia, który jego zdaniem wynika z twardej szkoły życiowej, jaką otrzymał w Liceum Morskim w Szczecinie. Ma ambicje w miarę szybkiego osiągnięcia wysokiego standardu bytowego. Jego rękojmią w rodzinie marynarskiej – twierdzi – jest dobra żona, a taką właśnie ma, więc wierzy w powodzenie swoich planów.

Ryszard Prusik, III oficer pokładowy, z którym pełni wachty „Maluśki”, przyznaje rację swojemu podkomendnemu: – Dobra żona właściwie zagospodaruje pieniążki, człowiek nie roztrwoni ich na lądzie i przynajmniej jest szansa, że razem dojdą do czegoś. Dlatego większość ludzi naszego fachu żeni się dosyć młodo, aby wcześniej osiągnąć ten cel. Poza tym im człowiek jest starszy, tym mniejsze ma szanse na znalezienie dla siebie odpowiedniej partnerki życiowej. Mówi się później, że „marynarz szuka żony”, a na takie hasło wiadomo nie zawsze idą najporządniejsze panie. „Trzeci” uważa, że do mitycznego obrazu marynarza – wolnego ptaka, który ,,w noc się bawi”, rzuca forsą w portowych tawernach i nie dba o jutro, pasuje niewielu. Przeważają rozsądni ciułacze i on chyba też do nich należy. Takie życie.

“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winieta

Statek zwie się “Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matkichrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć “drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg “Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)

Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość –mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”

Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice “Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską “Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.