Nowoczesna kobieta

Ewa Maria Slaska

nowoczesneJATen obraz powinien być zagadką, ale gdyby był zagadką, to nie mogłabym o nim dziś napisać.

Ale może popatrzmy przez chwilę na tę kobietę, tak jakby jej portret był jednak  zagadką. Co to za obraz? Kiedy został namalowany? Kto go namalował?

Zobaczyłam go na wystawie w Inselgalerie, gdzie poszłam obejrzeć nigdzie nie wystawiane obrazy Julie Wolfthorn. O Julii pisałyśmy na blogu w zeszłym tygodniu:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/15/wilczyca-z-torunia/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/16/julia-ii-glosy-z-umarlego-miasta/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/17/julia-iii-madonna-muncha-i-dagny-juel/

w-galeriiZastanowiła mnie ta wystawa, bo zrazu wydała mi się zupełnie niepotrzebna. To wystawa miałkich i nieważnych prac, jakichś resztek, odrzutów…  Nawet obejrzenie obrazów Julie nie pomogło. Też były w większości pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Choć oczywiście dwustronny portret kobiecy powieszony w oknie robił wrażenie.

podwojnaJuliePrzepraszam, marna ze mnie fotografka – jakość tych zdjęć pozostawia dużo do życzenia, ale, hmmm, oświetlenie było słabe…

Obrazy były nieważne i marginalne, oświetlenie słabe, a ludzie patetycznie smutni… Oczywiście nie mogło być inaczej, skoro na wystawie pokazano prace ośmiu znanych przed wojną, a potem niemal całkowicie zapomnianych malarek – niektóre z nich były Żydówkami, większość objął nazistowski zakaz pracy twórczej, Julie Wolfthorn nie przeżyła wojny. Nie złamały pędzli, malowały uparcie dalej, ale zapomnienie i tak otuliło je, jak chusta utkana z nocy i mgły. Można by to interpretować złowrogo, jako przejaw siły ideologii nazistowskiej, która nie była przecież dziełem Hitlera, lecz własnością narodu, a on ją tylko wypolerował i umocnił. Ale można też spojrzeć na to prościej, lżej, mniej ponuro. Nieobecni nie mają racji. Ktoś, kto zniknął ze sceny, z trudem na nią wraca, a często nie wraca już nigdy. Na to, by wrócił trzeba cudu.

obrazyJulie                                                          Obrazy Julie Wolfthorn.

Fakt zapominania o kobietach (ale bez wgłębiania się w materię żydowską i nazistowską) został już sklasyfikowany naukowo – mamy tu do czynienia z efektem Matyldy. Jak pisze Wikipedia: “jest to zjawisko systematycznego pomijania udziału kobiet naukowców w pracy badawczo-naukowej i przypisywania ich osiągnięć naukowcom-mężczyznom. (…) Nazwa pochodzi od imienia amerykańskiej działaczki na rzecz praw kobiet Mathildy Gage, która jako pierwsza w końcu XIX wieku zwróciła uwagę na zjawisko dyskryminacji osiągnięć naukowych kobiet.”

Zapewne w sztuce musi się to odbywać tak samo.

Ale smutek i nabożne skupienie publiczności wernisażowej nie wynika z tak abstrakcyjnych przemyśleń. To raczej automatycznie przybierany stan ducha. Przeszłość, jeśli już trzeba o niej pamiętać, to w Niemczech rzecz poważna, ale sprawa  żydowska jest po prostu śmiertelnym zadaniem, o którym myśleć wolno tylko na klęczkach, a mówić głosem przyciszonym i nasyconym uczuciem głębokiej melancholii. Gdy rzecz tyczy Żydówek natężenie smutku wzrasta wielokrotnie. Mnie też to przejmuje, ale jak moja siostra pisze niezwykły wpis o śmierci Julie Wolfthorn w Terezinie, wierzę jej bez zastanowienia, gdy jednak tłum zamożnie przyodzianych kobiet w towarzystwie kilku intelektualnych mężczyzn w Berlinie oddaje się czci zabitych, bez reszty i bez myśli, mam ochotę na nie nawrzeszczeć.

Oczywiście, czepiam się. Oczywiście, powinniśmy być szczęśliwi, że pojawiło się pokolenie ludzi (kobiet), zdolne do żałoby. Oczywiście, wiemy, że nawet najgłębsze i najbardziej autentyczne poczucie winy zbiorowej za śmierć tych ludzi (kobiet) nie może się skupić na milionach. Zera matematyczne są bezwzględne – odbierają żałobie jakikolwiek sens. Trzeba więc wybrać przystępny i dający się przełknąć fragment śmierci.

Artystka żydowska jest najłatwiej w Berlinie przełykanym fragmentem żałoby.

mamaA poza tym wszystko co tu powyżej napisałam jest nieważne i w ogóle zapomnijcie, że to przeczytaliście. Idźcie koniecznie na tę wystawę, to będziecie mogli na żywo obejrzeć portret, od którego rozpoczynam dzisiejszy wpis. Został namalowany w roku 1933  przez Kate Diehn-Bitt, niemiecką malarkę, urodzoną w roku 1900 w Berlinie. A więc ta nowoczesna kobieta w wąskiej spódnicy przed kolana, kozakach i z geometryczną fryzurą nie jest moją ani Waszą rówieśnicą, tylko jest równolatką MOJEJ babki. A przecież głowę bym dała, że to nasza młoda współczesna autorka, Ola Puciłowska.
Kate na obrazie jest już od 14 lat żoną i od 13 – matką, jest też doświadczoną malarką, która, po latach terminowania u mistrzów, przygotowuje się do pierwszej wystawy. Będzie to też na długi czas jej ostatnia wystawa.
Kate nie była Żydówką, ale jej ojczymem był żydowski aptekarz i to wystarczyło, by w roku 1935 władze zastosowały wobec niej zakaz pracy twórczej. A to oznaczało niemożność kupienia w sklepie farb, kredek, ołówków, nawet papieru. Gdy to piszę, nie mogę nie pamiętać o Klempererze, naukowcu, który nie miał prawa posiadać ołówka, żeby zapisać jakąkolwiek myśl, ba, listę spraw do załatwienia. Bo jakie Żyd miał sprawy do załatwienia?

Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (na wystawie jej nie ma!)

kobietazgolabkiemMalowała, bo koledzy przynosili jej ukradkiem farby, zeszyty, kredki…
Po wojnie mieszkała w NRD i to umożliwiło jej powrót do pracy twórczej, i uchroniło od zapomnienia. Na zdjęciu obok jej obraz “Portret kobiety walczącej o pokój” z roku 1952. To socrealizm, zapewne, ale jaki… Gdy patrzę na jej prace (oglądam je w dawno wydanym katalogu, na wystawie chyba nic nie ma poza tym Autoportretem, ale może nie zauważyłam), myślę o grafikach mojej matki. Jest w nich ta sama precyzyjna czystość linii. Ani jednej zbędnej kreski.
Chciałoby się tak pisać.

źródło: http://www.deutschefotothek.de/obj30121608.html

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”?

Chciałam, żebyśmy miały na blogu co jakiś czas sugestie, co czytać, co obejrzeć, dokąd pójść? Ale to trudno się tak regularnie mobilizować do regularnych zadań doradczych, a tu tymczasem Dorota Cygan już nas wysłała do teatru na Castorfa, a teraz poleca nam pójście do kina. Niniejszym mianuję ją więc naszym doradcą kulturalnym, choć oczywiście to Lidia wysyła nas na wystawy, a ja się staram od czasu do czasu polecić dobrą książkę lub film.

Dorota Cygan

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”? Refleksje po wyjściu z „Searching for Sugar Man”

Po co opowiadać prawdę?

Pozyskać widza, zawładnąć jego emocjami i przykuć do fotela kinowego coraz trudniej. Wszystko już było. Niejeden fikcyjny chwyt scenarzystów i kamerzystów na tyle się zużył, że jest w obrębie schematu fabularnego doskonale rozpoznawalny, czyli przewidywalny, zwłaszcza od kiedy karierę robią fabryki kreatywnego pisania, czyli szkoły kreatywnego istnienia (na rynku pracy). Furorę robi wiec ostatnio chwyt bardziej wyrafinowany: dokument – lub fikcja stylizowana na dokument.

Gatunek to trudny – przykładamy bowiem do prawdy miarę absolutną: Prawda musi być czysta, niebanalna – i w dodatku …  prawdziwa. Już z każda z tych cech osobno jest problemem, ale wszystkie razem to już nie lada wyzwanie dla twórcy.

Po co ją ubierać w narracje? By dać ludziom szczyptę konkretnej treści  w miałkiej papce produkowanej na tony w wytwórniach rozrywki. A widz się popsuł –  potrzebuje silnego bodźcowania zamiast subtelnego światłocienia i wyważonych racji. Bodźcowania na przemian ostrym światłem i najczarniejsza ciemnością. Wszak na koniec mają go unieść emocje – najlepiej pozytywne. „Bo ludzie potrzebują pozytywnych historii”  – taka jest konkluzja jednej z narratorek filmu, komentujących życie jej ojca – bohatera „Searching for Sugar Man”.  Udany, jak najbardziej udany. Powiedzmy więcej: Tak udany, że ma swoje (rosnące!) grono fanów. Tak udany, że aż budzi niepokój w sceptykach.

Jak opowiadać  prawdę?

Film rekonstruuje detektywistyczne poszukiwania śladów muzyka rockowo-bluesowego, który jakby zapadł się pod ziemię. W zasadzie przestał istnieć w jednym miejscu, by stać się legendą w innym. Nie wiedząc o niczym, rzecz jasna. Elementy legendy są doskonale synkretyczne: Są tu cechy niepokornego rockmana popełniającego rzekomo śmierć samobójczą na scenie, rysy jednostki wykluczonej, latynoski background, przedmieścia Detroit, mit zapoznanego geniusza w muzycznym świecie  twardych reguł  konsumpcyjnych, męski Kopciuszek przed i po balu, nawet Jezus rozdający honorarium rodzinie i przyjaciołom. Sporo tych elementów mitu jak na jednego bohatera – ale jakże dyskretnie opowiedziane! Jak zgrabnie poprowadzony wielogłos narracji! Na tyle przekonująco, ze widz na wszelkie padające na ekranie porównania z Hendrixem, Dylanem i duetem Simon&Garfunkel tylko wzrusza ramionami. Bo jednak mimo że życzyłby mu medialnego sukcesu na miarę tu wymienionych, głównie emocjonuje go coś odwrotnego niż sukces – właśnie antysystemowość bohatera, jego pogarda dla establishmentu, wreszcie  bluesowy Lebensgefühl pełen dystansu i stoickiej zgody na to, co jest – i jak jest. A także sugestia, że to człowiek wolny, wyzwolony dzięki sobie – potrafiący mimo zewnętrznego zniewolenia ciężką harówką „być ponad”.

Jak opowiedzieć taką prawdę? Sięgając obficie po sprawdzone Stimmungsmacher – dymy nad Detroit, czarny romantyzm upadłych siedlisk ludzkich w epoce postindustrialnej, zdjęcia na przemian czarno-białe i kolorowe, miasto o świcie, miasto w czasie burzy, miasto-trup, aura tajemnicy (i dymu) wokół bohatera na scenach piwnicznych klubów, no i teksty, no i ten magiczny głos…  Wszystko razem wzięte daje kompletny wzorzec identyfikacyjny dla wykluczonych, którzy w filmie dostrzegą „soundtrack do swojego życia”, jak mówi jedna z bohaterek, albo też „symbol tego, do czego jest zdolny ludzki umysł”, jak komentuje ten spóźniony o 20 lat i krótkotrwały sukces inna z postaci. Lub stanowi też marzenie każdego z nas, by za połową życia  jednak nadal „pozostać sobą”, być mądrym, mieć bogate wnętrze, nie dać się życiu stłamsić lub wyhamować. Porywające to wszystko: understatement, tajemniczość,  zgoda na świat „mimo wszystko”,  a na koniec misterium, które się dokonuje w czasie tych kilku koncertów po latach artystycznego niebytu – misterium, od którego widzowi przechodzą ciarki po plecach. Bajka? A miał być przecież dokument? Dwa gatunki, wobec których mamy wszak  inne oczekiwania estetyczne – czyż nie?

Jak wykreować prawdę?

Ale może te dwa gatunki się zbliżają? Może rekonstrukcja detektywistycznych poszukiwań dzisiaj musi nabierać cech bajki, żeby nie serwować mdłej strawy znanej każdemu z własnej codzienności,  niespektakularnego wycinka zdarzeń podobnych do siebie i pozbawionych puenty? Baśnie to w końcu szczyt dyscypliny konstrukcyjnej – mają początek i koniec, pośrodku jakieś perypetie, a na zakończenie morał. Czy podobałaby się nam historia całkiem niezmanipulowana? Bez podkręconych puent pośrednich, polityki odkrywania i zarzucania fałszywych śladów, bez dozowania napięcia, bez całej  tej subtelnej poetyki przypadku? Z pewnością na rozum tak, ale emocjonalnie to już mniej – idę o zakład, że wyszlibyśmy z kina bardziej przygarbieni – a wychodzicie, wychodzimy uniesieni pozytywnymi emocjami. Czemu wiec produkt jest taki świetny – mimo tego całego „ no tak, ale…”?

Bo tło społeczne się zgadza. Pokrywa się z tym, co tworzy nasze uniwersalne i pokoleniowe doświadczenia. Pokoleniowe zwłaszcza w Polsce, gdzie wiemy, jaką siłę może mieć muzyka obecna w kanałach nieoficjalnych. Doskonale potrafimy sobie wyobrazić duszną atmosferę RPA z czasów apartheidu – autokontrola, zachowawczość, potulny konformizm życia artystycznego, tzw. emigracja wewnętrzna sporej części społeczeństwa, estradowość oficjalnej kultury – a zatem jej miałkość. A na tle tego subwersywny potencjał dźwięków pojedynczej gitary. Dźwięków tym donośniejszych, im bardziej odbijały się od estradowej kakofonii nurtu oficjalnego. Znamy to – i to nas potrafi unieść. To film dla nas.

Czyli działa zarazem dlatego, że jest trochę konstrukcją i trochę autentykiem. Bajką i dokumentem. Czymś jednostkowym i uniwersalnym. Prawdą i fikcją.

Jak uznać to za prawdę?

Pierwsze wątpliwości mamy już wychodząc z kina – zbyt dobre, żeby było prawdą, no nie? A potem życzliwi sceptycy sączą  nam dalej do ucha truciznę podsuwając drobne dowody na nierzetelność dziennikarską. Wyczytali w internecie. Zgoda, popsuje mi to odbiór, jeśli uznam, że dokument jest zawsze czysty, tylko w tym przypadku nie. Ale czy właściwie chcę wiedzieć, ile retuszu jest choćby w reportażach Kapuścińskiego, Mularczyka, Jagielskiego? Może taka kontaminacja gatunków, czyli  dokument spaprany fikcją, jest bardziej prawdziwą informacją o naszych czasach niż absolutna, nieprzefiltrowana, dokumentalna prawda? A czy ja w ogóle jeszcze jestem w stanie poczuć jakość takiej prawdy – po latach obróbki mentalnej przez media? Chyba nie. Dlatego mogę pójść na film jeszcze raz, znowu obejrzeć go naiwnie i na wszelkie zaczepki sceptyków odpowiedzieć słowami bodajże Goethego (poeta pytany, czy nie widzi, ze pewien pan na jego oczach dopuszcza się czynów niegodnych, miał odpowiedzieć: „ależ widzę, oczywiście – ale nie wierzę”). Nie wierzcie i mnie, blogowcy. Ktoś, kto ma taki stosunek do prawdy, sprzedał Wam właśnie fikcję. Czyli bujdę. Ale na film i tak  idźcie.

A ja dodam od siebie – o tak, idźcie na ten film, nawet jeśli jest przesłodzony i podrasowany. Co w nim przerasowano i dosłodzono zostało opisane po niemiecku i angielsku (choć po angielsku zaledwie w dwóch linijkach):
http://de.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
http://en.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
a tu już na przykład – nic o tym nie napisano, no ale przyznajmy, że w ogóle napisano skromnie i niewiele:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sugar_Man

Bruno Schulz reloaded

PRAPREMIERA!

18 kwietnia 2013 o godz. 17.00
w Dolnośląskim Centrum Fotografii ‘Domek Romański’
odbędzie się wernisaż wystawy Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”.

02uniesienie

Jest to prezentacja eksperymentalnego projektu fotograficznego Mariusza Kubielasa i Jakuba Grzywaka, dla których inspiracją była twórczość literacka i plastyczna Brunona Schulza.

Z tej okazji publikujemy skróconą wersję eseju zamieszczonego w katalogu tej ekspozycji. Redaktorem publikacji i kuratorem wystawy jest Lidia Głuchowska.

Wystawa ukazuje unikalny eksperyment twórczy zapoczątkowany przez Mariusza Kubielasa, a kontynuowany wspólnie z założoną przez niego grupą Klisza Werk, do której, prócz Jakuba Grzywaka, zalicza się często także liczny zespół modeli-aktorów. Od 2009 r. inscenizują i utrwalają oni na kliszy fotograficznej parateatralne działania inspirowane twórczością Brunona Schulza.

08murplci

(…) Analizując dokładniej parateatralność cyklu U Schulza, za najadekwatniejsze dla niego porównanie uznać należy [jednak] nie teatr, lecz raczej zatrzymane kadry filmu niemego, a może utrwaloną na zdjęciu pantomimę. Prezentowane sceny nie rozwijają się bowiem w czasie i nie ukazują poszczególnych stadiów ruchu czy słynnych Schulzowskich metamorfoz, lecz stany momentalne, które oglądane w wertowanym pospiesznie katalogu czy na wystawie, zmieniają się raczej jak w kalejdoskopie czy izolującym od codzienności magicznym fotoplastikonie.

Tekst po polsku: Gluchowska-Schulz-KliszaPol

Cały tekst (wraz z przypisami) właśnie ukazał się jako:

Lidia Głuchowska, W magicznym fotoplastikonie. Transgresje, transformacje, reintegracje. Bruno Schulz, Klisza Werk i multimedia, w: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red./ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, s. 5-13. ISBN: 978-83-62290-41-3

***

03wojna

OPENING NIGHT!

April 18, 2013 at 5 pm
Roman House/Domek Romański, the Lower Silesian Photography Centre, is opening the exhibition called “Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

The show features a photographic experiment by Mariusz Kubielas and Jakub Grzywak inspired by the work of Bruno Schulz, a Polish-Jewish writer, graphic artist and painter.

On this occasion, we are publishing an abbreviated version of the essay published in the exhibition catalogue. The catalogue was edited by Lidia Głuchowska, who is also a curator of this exhibition.

The exhibition shows a unique artistic experiment initiated by Mariusz Kubielas, continued by him along with his group Klisza Werk. The group, apart from Jakub Grzywak, often includes a large amount of actors-models. Starting in 2009, to date they have staged and recorded on photographic film quasi-theatrical activities inspired by Bruno Schulz’s work.

09magia markownika

(…) analyzing the quasi-theatrical character of the At Schulz’s cycle more precisely one can conclude that the most adequate comparison for this art is not theater but rather frozen frames of a silent film or a pantomime registered by a photograph. The scenes presented in these photographs do not develop in time and do not present particular stages of movement or famous metamorphoses described by Schulz but instantaneous states which, when watched in the catalogue by turning the pages quickly or at the exhibition one after another, step by step appear to us consecutively like in the kaleidoscope or in the magical Kaiser Panorama which isolates them from daily life.

Full English text: Gluchowska-Schulz-KliszaAng

The full version of this essay (with footnotes) has been just published as:

Lidia Głuchowska, In the Magical Kaiser Panorama. Transgressions, Transformations, Re-integrations. Bruno Schulz, Klisza Werk and Multimedia, in: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red. / ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, pp. 13-20.  ISBN: 978-83-62290-41-3

***

Mieliśmy już na blogu informacje o tym projekcie – we had here already informations about this project:

OKIS & DOMEK ROMAŃSKI

05smiercnaraty

Julie I – Wilczyca z Torunia

Julie_WolfthornNie gehört, nicht wahr?

Julie Wolfthorn

Nigdy o niej nie słyszeliście, prawda?

Rozpoczynamy dziś na blogu krótki cykl wpisów o Julie Wolfthorn – dziś, jutro i pojutrze zamieścimy posty o tej malarce, o której nikt  nigdy nie słyszał, a i nie każdy historyk sztuki się z nią zetknął. Pomysł napisania o Julie wyszedł od Lidii Głuchowskiej.

Heute, morgen und übermorgen schreiben wir über Julie.

Urodziła się 8 stycznia 1864 w Thorn czyli Toruniu jako Julie Wolff, zmarła 29 grudnia 1944 roku w Theresienstadt. Pochodziła z rodziny żydowskiej, była niemiecką malarką i graficzką. Gdy zaczęła malować odjęła od nazwiska Wolff jedno f, co zmieniło je w Wilka, a dodała nazwę miasta, z którego pochodziła – Julie Wolfthorn. Piękne – Wilczyca z Torunia. Umarła w Teresinie, pokazowym niemieckim obozie koncentracyjnym. Do końca życia malowała.

Okazją do przypomnienia Julie jest wystawa przygotowywana właśnie w Galerie Die Insel w Berlinie – galerii należącej do Berliner Fraueninitiative Xanthippe e.V. – Inicjatywy Kobiecej Ksantypa. Kuratorinnen / Kuratorki: Ilse-Maria Dorfstecher, Gabriela Ivan, Sabine Krusen.

19.04.2013, Freitag / piątek, 19:00 Uhr, Vernissage
»Wieder im Licht – geehrt ausgegrenzt wiederentdeckt«

Kate Diehn-Bitt | Oda Hardt-Rösler | Käthe Loewenthal
Käthe Münzer-Neumann | Lene Schneider-Kainer | Hedwig Woermann | Julie Wolfthorn | Augusta von Zitzewitz
(bis / do 25.05.2013)
Insel-Galerie – Torstraße 207, 10115 Berlin

Tytuł wystawy trudno tak dobrze przetłumaczyć na polski, jak brzmi po niemiecku. Wieder im Licht – Znowu w świetle. Wystawa o malarkach: geehrt ausgegrentzt wiederentdeckt – cenione – wyrzucone poza nawias społeczeństwa – ponownie odkryte. Po polsku byśmy ten tytuł pewnie inaczej sformułowali – może tak: słynne zapomniane ponownie odkryte.

Dziś o  Julie tekst po niemiecku.

Dr. Irene Knoll

„Meine Freundin Julie Wolff träumt davon, Sie malen zu dürfen“, schrieb Hedwig Lachmann am 4.4. 1896 an Ida Auerbach, die spätere Frau Richard Dehmels. Sie benutzt den Geburtsnamen Julie Wolfthorns, ein Zeichen dafür, dass die beiden Frauen einander schon lange kannten. Zu dieser Zeit dürfte Julie Wolfthorn aber ihre Arbeiten schon mit ihrem Künstlernamen gezeichnet haben, den sie sich in Anlehnung an ihre Geburtsstadt Thorn an der Weichsel, das heutige Toruń, gab.

Mit dem Bildnis von Ida Auerbach, das im Dezember desselben Jahres entstand, ein Porträt in Lebensgröße, gelang Julie Wolfthorn auf der Großen Berliner Kunstausstellung 1897 der Durchbruch in der Berliner Kunstwelt. In den folgenden Jahren profilierte sie sich als excellente Porträtistin, deren Können und Malkultur weder von den Künstlerkollegen noch von der Kunstkritik mehr bestritten wurde.

Julie Wolfthorn ist 1944 im KZ Theresienstadt umgekommen. In den nachfolgenden Jahrzehnten, bis in unsere Tage hinein, waren Werk und Lebensdaten der großen Künstlerin vergessen, ja, schienen verloren. Erst in den neunziger Jahren kam allmählich ein suchendes Interesse auf, nachdem einige Bilder von ihr auf Ausstellungen erschienen waren. Inzwischen konnte durch weitreichende Recherchen und Kontakte, durch sorgfältige Kleinarbeit, besonders vom Berliner Freundeskreis Julie Wolfthorn intensiv betrieben, Leben und Werk Julie Wolfthorns wieder erschlossen werden.

Julie Wolfthorn war das fünfte Kind des jüdischen Kaufmanns Julius Wolff und seiner Frau Mathilde, geb. Neumann. Sie kam 1883, nach dem Tode beider Eltern, nach Berlin. In den achtziger und neunziger Jahren des 19. Jahrhunderts hat sie sich das Handwerkliche der Malerei durch privat betriebene Studien in Berlin und anschließend an der privaten Kunstakademie Colarossi in Paris angeeignet. In Berlin hat sie in der Kurfürstenstr. 50, ihrer Wohnung, selbst Frauen Malunterricht erteilt.

Von der männlichen Kunstkritik ist der Eintritt der Frauen in die Malerei zunächst mit Desinteresse, dann mit beiläufiger Gönnerhaftigkeit bedacht worden, “denn die Kunst ist vom Mann für den Mann gemacht“, wie der Kritiker Karl Scheffler schrieb. Er befand sich damit ganz auf der Fährte des Vorsitzenden der Preußischen Akademie der Künste, Anton von Werner, der Petitionen von Künstlerinnen für die Zulassung von Frauen zum Studium an der Kunstakademie wiederholt und bis zu seinem Tode ablehnte. Solche Petitionen wurden auch von Julie Wolfthorn gezeichnet.

Um 1900 gehörte sie zu den wenigen namhaften Künstlerinnen Deutschlands. Sie war eine von vier Frauen, die der 1898 unter Vorsitz Max Liebermanns gegründeten „Berliner Secession“ als Gründungsmitglieder angehörten. Die biografischen Daten, die nach und nach gewonnen wurden, offenbaren ihre intensive Mitarbeit an vielfältigen Initiativen, das Kunstschaffen der Frauen anzuregen und zu fördern und ihren Werken eine Öffentlichkeit zu verschaffen. Auf den Secessionsausstellungen bildeten die Arbeiten von Frauen nur einen verschwindend geringen Anteil. 1906 rief Julie Wolfthorn gemeinsam mit anderen Secessionistinnen und einigen Künstlerinnen aus München die „Verbindung bildender Künstlerinnen“ ins Leben, die fortan eigene Ausstellungen organisierten und weitaus mehr Beachtung fanden. Auf der Secessionsausstellung 1908 war dann schon jedes siebente Bild das einer Künstlerin.

Julie Wolfthorn gehörte dem „Verein der Berliner Künstlerinnen“ an, war Mitglied des „Frauenkunstverbandes“ und des „Deutschen Lyceum Clubs“, die eigene Ausstellungen veranstalteten. Die Themen solcher Ausstellungen sind inspiriert von Ideen und Zielen der bürgerlichen Frauenbewegung: Die schaffende Frau, Das Gesicht der selbständigen Frau, Die Frau von heute, Die gestaltende Frau, Das Kind.

Mit sehr viel Anerkennung werden in den Kritiken die Porträts Julie Wolfthorns erwähnt, aber auch ihre Landschaften finden zunehmend Aufmerksamkeit. Ein Foto aus dem Jahre 1914 zeigt sie, beladen mit Sonnenschirm und Malutensilien, in einer Gruppe anderer Malerinnen auf dem Wege zu einem landschaftlichen Malmotiv. Sie hat am Berliner Wannsee, in Ferch, in der Mark Brandenburg, auf Hiddensee, in Italien im Freien gearbeitet. „ Julie Wolfthorn ist modern im allerbesten Sinne des Wortes. Sie weiß sowohl dem heimlichen Stimmungszauber einer Landschaft Ausdruck zu geben, wie sie auch dem Menschen auf den Grund seiner Seele schaut und in ihren Porträts jede Individualität so scharf heraushebt, dass dem Beschauer der ganze Mensch sofort deutlich wird.,“ schrieb die Publizistin Luise Schulze-Brück.

Julie Wolfthorn galt als die „Seelenkennerin“ unter den Malern.1929 hat sie sich in einem Aufsatz für „Westermanns Monatshefte“ dazu geäußert: „ Ich habe es immer als meine Hauptaufgabe betrachtet, neben dem künstlerischen das psychologische Moment in meinen Bildnissen besonders zu betonen. Dazu gelange ich mehr auf dem Wege der Intuition als durch bewusste Gedankenarbeit. Oft habe ich das Gefühl, als malte nicht ich, sondern ein andrer in mir, so dass ich mitunter überrascht vor meiner eignen Arbeit stehe. Das sind die glücklichsten Momente des Schaffens.“ Zu den heute noch oder wieder bekannten Porträts von Julie Wolfthorn sind neben dem Porträt Ida Dehmels vor allem ein Bildnis von Richard Dehmel, ein Porträt von Gustav Landauer, das Porträt Hedwig Lachmanns, das Doppelportrtät Gerhart Hauptmanns und seiner Frau zu nennen. Sie war eine besessene Arbeiterin von überraschender Vielseitigkeit. Für die Zeitschrift „Jugend“ hat sie mehrere Titelblätter geschaffen; Aktzeichnungen, Buchillustrationen, Blumenstücke und Stilleben entstanden, und zu den bemerkenswerten Leistungen der aufkommenden Plakatkunst gehört ein Plakat, das sie für den soziademokratischen „Vorwärts“ schuf.

Nach der Machtübernahme durch die Nationalsozialisten wurde Julie Wolfthorn aus den Vereinen ausgeschlossen, Veröffentlichungen und die Ausübung ihres Berufs wurden ihr verboten. Nur in den Räumen des Jüdischen Kulturbundes wurden noch Arbeiten von ihr ausgestellt. Sie organisierte mehrere Atelierausstellungen und sprach mit den Besuchern über ihre Arbeit. In einem Bericht über einen solchen Besuch wird Ende 1934 im Gemeindeblatt der Jüdischen Gemeinde Berlin eine Fülle von Werken unterschiedlicher Schaffenszeiten und Genres erwähnt. „Ein Zug von ungewöhnlicher Frische, verbunden mit Reife des Könnens und einer gewissen unverwüstlichen Tüchtigkeit, macht die Erscheinung dieser Künstlerin besonders sympathisch“, schrieb der Verfasser Dr. M. Rieß.

Julie Wolfthorn wurde im Oktober 1942, in hohem Alter, nach Theresienstadt, deportiert. Wo all jene Werke, die zu diesem Zeitpunkt in ihrem Atelier standen, geblieben sind, konnte bisher nicht ermittelt werden. Sie starb am 21. Dezember 1944, wenige Tage vor ihrem 81. Geburtstag. Sie hat auch im Lager noch gemalt – Porträts von Leidensgefährten. Unter diesen letzten Arbeiten, die erst vor wenigen Jahren bekannt wurden, ist das Bildnis einer alten Frau, mit Bleistift skizziert und in schwachen Farben aquarelliert, auf schlechtem Papier festgehalten – ein kleines Kunstwerk und ein Dokument. Es trägt das Datum vom 6.Sept. 1943. Sie hat es „Rekonvaleszentin“ benannt.

Am 4. Juli 1947 erschien in „Der Weg“, einer Publikation der Jüdischen Gemeinde Berlins, unter der Überschrift „Der Leidensweg einer jüdischen Künstlerin” ein Bericht von Peter Edel. Der Schriftsteller Peter Edel, dessen eigentlicher Familienname Hirschweh ist und der in der Kurfürstenstraße 50 wohnte und bei Julie Wolfthorn Malunterricht hatte, hat darin seine letzte Begegnung mit ihr beschrieben; er selbst wurde nur wenige Wochen nach Julie Wolfthorn deportiert. „Auf die weite Reise im Viehwaggon nahm sie zwei Aquarellkästen, einige Pinsel und viele Bogen Papier mit. Sie versteckte diese Utensilien behutsam zwischen ihren Kleidern und den Büchern, die ihre alte Schwester mitnehmen wollte, und sorgte sich mehr um die Bleistifte und die Temperafarben als um das eigne Leben. ‘Man kann überall malen. Überall! Wohin man auch kommt‘, sagte sie mir, als sie sich verabschiedete.“

Stolperstein_JuliaWolfthornStolperstein / stumbling block / (kamień, o który się potykamy) kamień pamięci – Julia Wolfthorn, Kurfürstenstr. 50, Berlin-Tiergarten – Wikipedia Commons, Autor OTFW Berlin 2013

Autorka o tym nie wspomina, ale istniały też namalowane przez Julie portrety Dagny Juel i Stanisława Przybszewskiego. Zaginęły, jak wiele innych dzieł Julie, ale coś o nich wiadomo i podzielimy się z Czytelnikami tym, co wiadomo.

Następne teksty o Julie Wolfthorn:

Katarzyna Krenz: Głosy z umarłego miasta
Aleksandra Sawicka: Julie i Dagny

Mystische Augenblicke

Unser Leben
ist nicht das, was geschah,
sondern das,
was wir erinnern
und wie wir es erinnern

Gabriel Garcia Marquez

Laudatio… Thomas Raettig …
Forum Staniszów / Stonsdorf

… wie alles begann…

Es war im Jahr 1985, als Christine Pöttker in Berlin mit ihrem Lebensgefährten häufig vor Fotogeschäften stand, und dieser sich immer ausgiebig die Auslagen mit Kameras, Objektiven und Zubehör anschaute. Das alles interessierte sie damals überhaupt nicht, sie musste große Geduld beweisen, und bemerkte irgendwann zu ihm:  „Das nächste Mal sage ich dem Geschäftsführer, er soll einen Vorhang vor das Fenster hängen, dann können wir schneller weitergehen…

Und die Reaktion ihres Lebensgefährten? Er schenkte ihr ein paar Tage später eine Kamera, eine Minolta SRT 100X.

Das war der Anfang ihrer fotografischen Entwicklung und sie lernte von ihm, was Blende, Belichtungszeit oder auch Brennweite bedeutet. Der goldene Schnitt und der Stand der Sonne wurden fotografische Begriffe für sie. So begann die Künstlerin ihre ersten Fotografieversuche. Die Ergebnisse waren, wie man sich denken kann, zunächst eher bescheiden. Aber Übung macht bekanntlich den Meister, bzw. die Meisterin, auch wenn das noch einige Jahre dauern sollte.

007 April 08-C1 Rand

Als ich Christine 1991 bei einem Fotokurs in der Nähe von Schloss Babelsberg bei Potsdam kennen lernte, stand während dieser Woche die S-W Fotografie, die Entwicklung und Vergrößerung der eigenen Fotos im Labor im Vordergrund.

Wir wurden gute Freunde und auch in den folgenden Jahren trafen wir uns hin und wieder zu Fotoexkursionen oder einfach zum Erfahrungsaustausch.

Mit den Jahren wurde das Fotografieren immer wichtiger für Christine und begleitete sie auf all ihren Reisen. Doch es fehlte ihr nach wie vor der eigenen Stil, die Unverwechselbarkeit ihrer Bilder.

020 Juli 08 C2 Rand

Anfang des neuen Jahrtausends verschlug es die Künstlerin zusammen mit ihrem Lebensgefährten nach Schlesien. Zunächst in das Glatzer Bergland, auf der Spurensuche ihrer beider Vorfahren. Immer wieder kehrten die beiden zurück in diese faszinierende Landschaft Niederschlesiens, bis sie, angeregt durch die Fernsehdokumentation „Schlesische Märchenschlösser“ im Jahr 2004 auch das Hirschberger Tal, das „Tal der Schlösser und Gärten“, entdeckten.

Viele der heute vorzüglich restaurierten Schlösser waren damals noch Ruinen. Einige wenige, darunter auch Schloss Stonsdorf, beherbergten schon Gäste und waren auf dem Weg, zu eindrucksvollen Zeugnissen vergangener Epochen zu werden. In Stonsdorf war in diesem Jahr die Stiftung Forum Stonsdorf gegründet worden und niemand konnte ahnen, dass die Fotografin fast 10 Jahre später hier ihre Bilder ausstellen würde. Fotografien, die eine Geschichte erzählen von der bezaubernden Landschaft, so wie sie vorher noch niemand gesehen hatte. Die Einzigartigkeit des fotografischen Augenblicks kommt in den Bildern von Christine mit ihrer außergewöhnlichen Sichtweise eindrucksvoll zur Geltung.
044- Okt. 08 C2-1 Rand

Aber die Bilder erzählen auch eine ganz persönliche Geschichte der Künstlerin, die 2004, hier ganz in der Nähe auf Schloss Boberstein, ihren Lebensgefährten verlor. Auf der Suche nach dem Verlorenen kam sie seit 2005 mehrmals im Jahr an diesen Ort. Immer mit ihrer Kamera in der Hand, bekam das Fotografieren für sie eine ganz neue Bedeutung.

Es wurde zu einer Möglichkeit, ihren inneren Bildern, ihrer Trauer einen Ausdruck zu geben und eine Verbindung zu dem Verlorenen herzustellen. Und diese Zeit, die sie  hier im Hirschberger Tal verbrachte, befähigte sie, eine ganz neue, eigene Ausdrucksform in der Fotografie zu finden.

So konnte sie im Lauf der Jahre neue Hoffnung schöpfen, auf ein neues, anderes Leben, das jedoch immer mit diesem Ort verbunden bleiben wird.

2008 präsentierte die Künstlerin in Berlin erstmals eine Ausstellung mit einem Teil der hier gezeigten Fotografien. Aber der Zyklus war noch nicht abgeschlossen. Und so kam sie bis 2010 zu allen Jahreszeiten an diesen  wunderbaren Ort.

049 Jan. 09 C5-1 Rand

Im Sommer morgens um 5.00 Uhr, im Winter erst um 8.00 Uhr, hat sie das frühe Sonnenlicht genutzt, um die „mystischen Augenblicke des Hirschberger Tals“ einzufangen. Einmalige Erlebnisse, überraschende Anblicke, neue Sichtweisen entdeckte sie in der traumhaften Landschaft des Riesengebirges. Ihre Wege führten immer wieder am Ufer des  Bober entlang und er schenkte ihr im Spiegel der Sonne verzauberte Momente, die sie mit ihrer damaligen analogen Spiegelreflexkamera (Canon EOS 50 E) festgehalten hat. Und immer wieder ging der Blick hinauf zur Schneekoppe, unverkennbar, unverwechselbar. Mal umhüllt von Wolken, mal strahlend klar in der eisigen Winterlandschaft.

Eine Fotoreise „im Licht der Erinnerungen“.

Mit dieser Ausstellung sind ihre Fotografien an den Ort zurückgekehrt, wo sie ihren Ursprung haben.

Aber auch andere, neue Motive weckten im Laufe der Zeit das Interesse der Fotografin.

So zeigte sie 2012 in Berlin erstmalig ihre Ausstellung „Mohnblütenzauber“. Die Vielfalt unterschiedlicher Mohnblüten, die sie jedes Jahr auf ihrem Balkon aussät, wurden von ihr in ungewöhnlichen Gegenlichtaufnahmen fotografiert und ausgestellt.

Eine neue, faszinierende Ausdrucksform ist seit  2010 für die Künstlerin auch die Aquarellmalerei geworden.

Sowohl die Fotografie als auch die Malerei geben ihr die Möglichkeit, ihre Gedanken und Gefühle auszudrücken und sind nicht mehr aus ihrem Leben wegzudenken.

Kombajn mowy

Dorota Cygan

Kombajn mowy po Castorfie, czyli co zrobić, by poznać Krystynę Jandę

czechowjandacastorf

Foto Castorf: Ulf Mauder /Janda i Czechow – Wikipedia Commons

Ewa – nasza blogowiczka, niestrudzona i pełna poświęcenia  – wybrała się tydzień temu do berlińskiej Volksbühne, aby się bez reszty poświecić recepcji Czechowa Das Duell (czyli Pojedynek) w inscenizacji Franka Castorfa. Raczej nie było to poświęcenie w tym drugim, dosłownym, znaczeniu (Ewa się nie skarżyła, o nie!), i to dobrze, bo wolimy zapełniać blog myślami dobrymi, konstruktywnymi lub w najgorszym razie subwersywnymi, a nie wymownym milczeniem. No, spokojnie, nie mam intencji  wyręczać  Ewy  i pisać recenzji ze sztuki, której nie widziałam (wiem, lekceważę w ten sposób praktyki recenzenckie wielu gazet) – choć jest to myśl kusząca, przyznam, i przy okazji niezła wprawka stylistyczna. Chcę tu wystąpić ze sprawą bardziej osobistą.

Otóż Ewa była w teatrze z  panią dyrektor jednego z większych teatrów polskich, zaprzyjaźnioną, jak mi kiedyś wspomniała mimochodem, z Krystyną Jandą. Od kiedy to wiem, próbuję sobie odmalować, co należy zrobić, żeby poznać Krystynę Jandę – ale nie w Wawie, gdzie nigdy nie ma czasu, lecz w Berlinie, gdzie czas płynie inaczej. Czy nie mogłyby obie panie dyrektorki za którymś razem przyjechać do Berlina we dwie? To przecież takie oczywiste. Niestety, nic z tego. Kiedy usłyszałam od Ewy, że inscenizacja Castorfa trwała 4 (słownie cztery) godziny, pomyślałam, że  prędzej się stanie nie wiem co, niż ten cud, żeby wcielenie energii i dynamiki dało się przykuć do fotela na wieczność, nawet dla Czechowa. Swoją drogą cztery godziny to iście epicki rozmach, może tylko trochę usprawiedliwiony faktem, że chodziło o inscenizację bodajże jedynej POWIEŚCI wielkiego mistrza dramatu (eee tam, zaraz powieść, co najwyżej powieściątko – 60 stron – na szaro przypisy EMS). Można by pomyśleć, że reżyser chciał pokazać, co się stanie, kiedy z braku dramatów przyjdzie kolej na wystawianie prozy (a w dalszej kolejności artykułów gazetowych i reklamowych), ale jednak nie – ostatnio w Oldenburgu widziałam na scenie opowiadanie Kafki Die Verwandlung (Przemiana) – porównywalna ilość stron, a trwało tylko półtorej godziny (!). Musiało Castorfowi chodzić o coś innego. Ale niestety, jak by nie patrzeć, zużył na przesłanie artystyczne te prawie cztery godziny (no ale jednak dali nam 15 minut przerwy).

Mój zadaniowy charakter nie daje jednak za wygraną, kombinuje i podsuwa mi proste rozwiązania techniczne. Takie na przykład. Jeżeli prawdą jest, że teksty polskie są z reguły o jakieś  10 procent krótsze od niemieckich (jak zapewnia mój kolega tłumacz), to może … nie, nie, proszę nie myśleć  w tę stronę, nie będziemy oczekiwać od widza berlińskiego, żeby w teatrze w tym mieście na stałe obowiązywał język polski (tym bardziej, że nie mamy się co uskarżać, było już sporo gościnnych występów polskich w Berlinie, choćby w HAU). Ale można by skorzystać np. z wypróbowanego w polszczyźnie środka retorycznego, jakim jest elipsa. W niemieckim znacznie trudniejsza do zastosowania, jak się przekonałam, czytając opowiadania Czechowa w wersji dwujęzycznej  – też wychodzi na to, że tekst rosyjski, operujący  elipsą, jest o jakieś 20 procent krótszy od niemieckiego. Elipsa – owszem, niełatwa, ale przecież nie niemożliwa! Zyskalibyśmy ostrożnie licząc jakieś 20 minut z okładem. Po drugie, można by wyciąć trochę pauz – tych retorycznych i językowych, mówić z pominięciem akapitów i spacji, zatrudnić aktorów wyłącznie z północy Niemiec (mówią znacznie szybciej niż np. Bawarczycy) albo obcokrajowców (którzy i tak wolą z zasady równoważniki zdań), poopuszczać rodzajniki (to lubię!!), zrezygnować z (jakże „nienaturalnego”, jak wiemy)  wymawiania długich niemieckich samogłosek, zastępując je polskimi jasnymi „o, e, u”, po czym, przepuściwszy taki kombajn po tekście, otrzymalibyśmy produkt przynajmniej  zbliżony do tego, co statystyczny Polak uważa za poprawny akcent niemiecki (wiem, co mówię, walczą we mnie takie same upodobania melodyczne). A zbliżywszy szczęśliwie prozodię zdania niemieckiego do polskiego, zyskamy dalsze cenne minuty, marnowane na nabieranie powietrza i pracę organów artykulacyjnych w języku naszych zachodnich sąsiadów.

(Castorf, zapewne przewidując ten tekst, zrobił już pierwszy gest tego rodzaju –  zaczął od tego, że nad sceną umieścił napis po rosyjsku – cytat z Czechowa – nie tłumacząc go NIGDZIE!)

Wolno nam uczynić taki krok tym bardziej, że jest już w literaturze niemieckiej – ba,  w tekście niemieckiego noblisty! – pierwowzór takiej operacji językowej: W opowiadaniu Heinricha Bölla Doktor Murkes gesammeltes Schweigen (Zebrane milczenie doktora Murke, ale nie wiadomo tak naprawdę, bo rzecz nie została przetłumaczona na polski) bohaterowi wywiadu radiowego wycinają wszystkie przerwy w speechu na antenie – wychodzi im z jednego tylko wywiadu jakieś 15 minut – po czym bezlitośnie każą mu tego odsłuchać, prezentując mu jego „milczenie zebrane” – zamiast podziękowania. To znaczy, kulturze niemieckiej i takie radykalne eksperymenty nie są obce. (Ciekawe swoją drogą, jak by się miało ‚milczenie zebrane’ Krystyny Jandy z całego roku do jednorazowego milczenia böllowskiego bohatera. Wyszłoby pewnie po równo).

No więc takim sposobem uzyskalibyśmy jakieś dalsze 20 minut. Czy nie ucierpiało by na tym rozumienie spektaklu Castorfa? Niekoniecznie, skoro nawet recenzenci niektórych niemieckich gazet piszą wprost, że ten, kto mówi, że zrozumiał jego treść, zwyczajnie kłamie.  (To nieprawda, to po prostu oni nie zrozumieli, bo nie przeczytali uprzednio Czechowa, najlepiej po rosyjsku. Jakby przeczytali, to by zrozumieli) I przyznają jednocześnie, że mistrz i tym razem zaserwował niełatwą strawę intelektualną, z której widzowie mogą co prawda wyłuszczać pojedyncze aluzje do aktualnych spraw i bieżących produkcji artystycznych – i mieć podobno z tego uciechę, jednak o głównej idei tej wielkiej improwizacji w sumie mając pojęcie niewielkie. Nie szkodzi. Myślę, że wychodząc z teatru może on mieć poczucie, że otrzymał za cenę kupionego biletu rozrywkę odpowiedniej długości, niezależnie od tego, jak się zapatruje na genderowski dyskurs obecny w konsekwentnym obsadzeniu  ról męskich przez kobiety. Widz niemiecki to zna (ja to przynajmniej od Hamleta granego przez Angelę Winkler w Schaubühne ponad 10 lat temu) (Sarah Bernhardt też grała Hamleta, czego?) (Czy doceniacie, drodzy Czytelnicy/czki, zdania poboczne i wtrącone w nawiasach, jedne za drugimi, jak tramwaj? a będą jeszcze jedne w drugich), nie sposób go tym sprowokować – i NIE będziemy namawiać na wycięcie tych scen, bo nie chcemy zwiększać  poparcia dla aktywnych ostatnio polskich środowisk konserwatywnych, używających sobie na „gejowskim i takim tam” podejrzanym teatrze, ile wlezie. Te rzeczy zostawiamy, i tak wojująca prawica ma się nieźle.

Ale cóż właściwie będzie miał z kolei polski widz do przeciwstawienia zadowoleniu niemieckiego widza z zasady „płacę i dostaję odpowiednio długi spektakl”? Przypomnimy mu oto, że on za to dostaje trzy w jednym! Bo też 32 omdlenia według Czechowa w Teatrze Polonia (2011) składały się aż z trzech jednoaktówek. W jeden wieczór! To dopiero jest efektywna gospodarka czasem. Polski widz może więc powiedzieć „idę do teatru i poznaję od razu trzy teksty”, i to nie bynajmniej skróty à la Reader’s Digest, tylko aktorstwo z najwyższej półki (Janda – Stuhr – Gogolewski), oczywiście w stosownym tempie, bez dłużyzn, milczenia itd.  (Wszystko, co koleżanka autorka proponuje Castorfowi, ten już przerobił – w roku 2010 wystawił bowiem Trzy siostry łącząc je z Chłopami (Czechowa, nie Reymonta) i nazwał to Do Moskwy! Do Moskwy!)

No więc jest 1:1, możemy  przystąpić do dalszej racjonalizacji gospodarki czasem i energią w teatrze berlińskim. Skoro już wiadomo, że należy wziąć Polkę Krystynę Jandę, aby było szybciej z tym Czechowem, to ruszmy to, wnieśmy sensowny wkład w bilateralne projekty, które można sprawnie  sfinansować (a skróty i cięcia zawsze można dobrze uzasadnić, no nie?). Nie bądźmy tacy sceptyczni. W życiu, jak  w teatrze, liczy się także tempo podejmowania decyzji. Działajmy od razu. Niech kulturę niemiecką wzbogaci piękna mowa nadwiślańska. Skądinąd zarzut kumoterstwa nie powinien się pojawić, skoro grają już w tej sztuce niegdysiejsza towarzyszka życia Castorfa oraz przyjaciel Heinera Müllera. Nie mam racji?

A wówczas będę mogła poznać w Berlinie Krystynę Jandę, usadzę ją przy stole i poczęstuję bigosem i pierogami mojej mamy – bo będzie na to jakieś dwie godziny czasu więcej niż w wersji pierwotnej, gdzie liczy się tylko strawa intelektualna. A gdyby kolacja się miała przedłużyć, to proponuje jeszcze odzyskać parę sekund zmieniając pisownię z Tschechow na Czechow. (No Чехов przecież! Jeszcze o dwie litery krócej. I tak to Dorota napisała tekst, a ja mam ostatnie słowo!)

Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość jest siostrą talentu.
Czechow, “Pojedynek”

Reblog: Der Lippenstift meiner Mutter

Artur_BeckerArtur Becker

Der Lippenstift meiner Mutter

Verlag Weissbooks, Frankfurt/Main 2010

lippenstift

Masuren, Winter, polnische Provinz  in den 70ern.

Die Bloggerin bedankt sich bei Artur Becker, der ihr erlaubt hatte, hier ein Fragment seines Romans
zu präsentieren.


Kapitel I
Der Stepptanz und »Die Geliebte des französischen Leutnants«

Die sichelförmigen Absatzeisen, deren unermüdliches und unüberhörbares Klappern auf den Straßen von Dolina Róż erst in den langen und schneereichen Wintern fast gänzlich zum Verstummen kam, waren bei Herrn Lupicki, dem einzigen Schuster des Städtchens, der Verkaufsschlager. Damit würde Herr Lupicki zwar nie reich werden, und das wusste er, der seinen Beruf seit mehr als vierzig Jahren ausübte, wohl am besten, doch was sollte er machen. Alle Männer und Halbwüchsigen ließen bei ihm ihre Schuhe regelmäßig mit diesen hauchdünnen Absatzeisen veredeln. Sechs Nägel reichten, um die halbmondartigen und etwa sieben Zentimeter langen Eisen aufzuschlagen, und schon war selbst der letzte Armleuchter ein gemachter Mann. Keiner der Männer und heranwachsenden Jungen mochte auf das metallische Klappern auf den Bürgersteigen und Straßen – den hörbaren Beweis für die Männlichkeit oder Gerissenheit eines Kerls – verzichten. Ja, selbst die Pfarrer, die Milizionäre und Barteks Lehrer griffen zu diesem altbewährten Köder, der alte Weiber, widerspenstige Töchter und begehrenswerte Schülerinnen vom Gymnasium oder von der Nähschule davon überzeugen sollte, dass sie es nicht mit irgendwelchen Angsthasen und dahergelaufenen Hunden zu tun hätten, sondern vielmehr mit echten Helden, die zu jedem Schritt bereit seien − buchstäblich. Und den zahlreichen Mitbewerbern wurde signalisiert, sich warm anzuziehen, denn je lauter das metallische Klappern, dieser tägliche chaotische Stepptanz von Dolina Róż, war, desto wichtiger kamen sich die Träger der durch Herrn Lupicki persönlich aufgerüsteten Schuhe vor.
An diesem Stepptanz im Städtchen fand auch Bartek großen Gefallen, obwohl er erst fünfzehn Jahre alt war. Sein wichtigster Feind Schtschurek − die Ratte − ging sogar so weit, dass er sich selbst seine Turnschuhe mit Eisen, die er im Übrigen ständig verlor, beschlagen ließ. Doch jeder wusste, dass Schtschurek ein Idiot war und nur eines im Sinn hatte: solchen Muttersöhnchen, wie seiner Meinung nach Bartek eines war, bei passender Gelegenheit die Nase zu polieren. Schtschurek hasste Kinder, deren Mütter beliebte, hübsche und schwarzhaarige Lehrerinnen waren, da seine eigene Mutter, die an der Flasche hing, nicht einmal für knauserige Freier vom Lande ein Objekt der Begierde darstellte. Schtschureks Vater war zudem Totengräber, und man erzählte sich in der Werkstatt von Herrn Lupicki, dass der Totengräber Biurkowski ein mieser betrügerischer Grabhändler sei. Er würde nämlich die besten Liegeplätze des alten Friedhofs an der Luna für teures Geld an die Reichen verhökern, und die Armen hätten wieder einmal das Nachsehen und müssten ihre Angehörigen an den Randzonen bestatten, wo man noch hier und da alte Gräber mit Skelettresten und Schädeln aus deutschen Zeiten vermutete oder gar zu erkennen glaubte. Die von Efeu, Sträuchern und Gräsern überwucherten Gräber ähnelten riesigen Ameisenhaufen. Herr Lupicki sagte bloß: »Was ärgert ihr euch über dieses Stinktier Biurkowski! Ihr würdet an seiner Stelle genauso handeln! Der Gute will mit seiner Familie doch auch nur überleben!«
Jedenfalls versuchte Bartek, seinem größten Feind aus dem Weg zu gehen, nicht deshalb etwa, weil er dessen Arschtritte fürchtete. Nein, Schtschurek tat ihm sogar leid, zumal das Gesicht seines Erzfeinds tatsächlich der spitzen Schnauze einer ausgehungerten Ratte ähnelte. Diese Schnauze war der wahre Grund für Barteks Fluchten vor Schtschureks Verfolgungsjagden. Barteks Opa Monte Cassino väterlicherseits, der mit zwei Beinstümpfen im Rollstuhl saß, weil ihm im Krieg die Beine amputiert worden waren, und der in der Werkstatt von Herrn Lupicki als Aushilfe arbeitete, hatte nämlich seinen Enkel schon mehrmals gewarnt, Schtschurek nicht ins Gesicht zu sehen, vor allem nicht in seine Augen, denn das Böse sei eine Krankheit, die sich durch direkten Blickkontakt automatisch vermehren würde. Er wisse, wovon er spreche, so Opa Monte Cassino, er habe schließlich den Krieg an allen denkbaren Fronten mitgemacht – von Monte Cassino bis nach Afrika. Böse Augen seien stärker als die eines Normalsterblichen, mahnte er seinen Enkel, wenn dieser wieder einmal in die Fänge Schtschureks geraten war, und selbst Heilige zögen den Kürzeren, wenn sie von Angesicht zu Angesicht vor einem Bösewicht stünden.
Da Bartek nach der Schule so gut wie nie direkt nach Hause ging, wo ihn ohnehin niemand erwartete − außer seinem jüngeren Bruder Quecksilber vielleicht, der weinerlich und kränklich war, regelmäßig gläserne Fieberthermometer zerbiss und nach dem täglichen Schulunterricht meistens von Oma Olcia umsorgt wurde −, trieb er sich bis zum Abend auf den Straßen von Dolina Róż herum. Immer wieder suchte er die Werkstatt von Herrn Lupicki auf, um sich vor dem Regen oder einem Schneesturm zu verstecken oder, ganz einfach, um den neuesten Klatsch zu erfahren. Dann saß er stundenlang am Tresen, machte dort seine Hausaufgaben, hörte den Schustergesprächen und der eintönigen Musik zu, welche die Schuster mit ihren Hämmern und Feilen und Schleif- und Nähmaschinen erzeugten, oder er unterhielt sich mit der jungen Meryl Streep, von der er glaubte, sie wäre sein Mädchen, seine erste große Liebe! Er hatte im Kino Zryw den Film »Die Geliebte des französischen Leutnants« mit der Streep in einer Doppelhauptrolle gesehen, und seitdem war er wie ausgewechselt. Er begriff, dass er sich verliebt hatte, und obwohl seine Geliebte nur auf der Leinwand zu sehen war, beschloss er, der rothaarigen Meryl treu zu sein – bis er eines Tages eine echte Meryl treffen würde: eine aus Fleisch und Blut. Bartek machte sich da zwar keine allzu großen Hoffnungen, aber das Wichtigste war für ihn, dass er ein hübsches Mädchen liebte, das begehrenswerter war als die Schülerinnen vom Gymnasium oder von der Nähschule.
Zu Hause zu sitzen bedeutete für Bartek, dass er keine einzige ruhige Minute hatte, denn seine Eltern ließen ihn gern kleine Botengänge erledigen: »Bartek, renn schnell los und kauf bitte für den Papa eine Schachtel Zigaretten!« Oder: »Hol bitte für die Mama den neuen Schminkstift ab! Ich hab ihn bei Frau Żuławska unter dem Ladentisch gekauft!«, sagte Stasia gelegentlich, Barteks schwarzhaarige Mutter. Sie ist eine Hexe, eine ganz ausgebuffte Hexe, dachte er oft, mit ihren schwarzen Haaren fängt sie die Männer wie mit einem Kescher und stopft ihnen ihren schwarzen Schopf in den Mund, damit sie an ihrer Hexenschönheit ersticken.
Am schlimmsten war es jedoch am frühen Morgen oder am frühen Abend, wenn etwas Wichtiges fehlte, und es fehlte immer etwas Wichtiges: Zigaretten zum Beispiel. Warum kauft sich der Vater nie selbst Zigaretten?, fragte sich Bartek jedes Mal, wenn er wieder zum Kiosk gehen musste, um Popularne, Sporty oder Klubowe zu besorgen. Warum muss ich ständig seine Zigaretten kaufen? Und das Brot – entweder war es verschimmelt oder vertrocknet, und Bartek musste wieder los und einen Laib Brot, einen Liter Milch und ein Kilo Zucker und kostkę masła, ein Stück Butter, kaufen. Manchmal dachte er, seine Eltern hätten ihn lediglich deshalb gezeugt, um einen guten und gehorsamen Diener zu haben, den fleißigen Hermes. Sie saßen im Wohnzimmer auf dem Kanapee, sahen fern und erteilten ihm Befehle, während der Fernseher Neptun − eine alte polnische Schabracke, wie sich sein Vater Krzysiek auszudrücken pflegte − laut aufgedreht war, aber nur dann, wenn keine Konzerte mit klassischer Musik übertragen wurden. Chopin, Debussy und der Pianist Krystian Zimerman machten den Vater wahnsinnig, er fasste sich an den Kopf und schrie: »Bartek! Stell diesen fürchterlichen Krach aus! Diese Musik ist krank!«
Zum Glück stand der Fernseher auf vier dünnen Beinen, und zu Barteks Freude – Schadenfreude − war es ganz leicht, ihn im Vorbeigehen umzustoßen. Er landete immer auf dem Rücken, sodass der Bildschirm nie zu Bruch ging. Aber Stasia verteidigte ihren Sohn nicht, weil sie Angst vor ihrem Mann hatte, Angst vor seinen cholerischen Wutattacken, wenn sein Adamsapfel wieder einmal zu zittern begann, die Augäpfel sich mit roten Äderchen bedeckten, weshalb er von Sekunde zu Sekunde geistesabwesender und wutentbrannter wirkte. Diese Väter waren keine Freunde der Menschheit. Im ganzen Haus, auf jeder Etage des orange gestrichenen Wohnblocks im Plattenbauquartier, in dem Bartek mit seinen Eltern und seinem Bruder Quecksilber wohnte, waren sie anzutreffen, und einmal in der Woche zogen diese unberechenbaren Väter ihre von Herrn Lupicki gelochten Ledergürtel genüsslich aus der Hose, um ihre Söhne zu verprügeln. Ja, solche Weltmeister der cholerischen und alkoholgesteuerten Wutattacken bewohnten ganze Plattenbausiedlungen, und Bartek sorgte sich, eines Tages auch so ein unberechenbarer Weltmeister der Wut zu werden. Daher beschloss er für sich schon früh, nie Kinder zu zeugen. Manchmal fragte er seine Geliebte, der er fast jeden Tag einen neuen Namen gab: »Und, willst du mit mir Kinder haben?« − »Nein, mein Liebster! Du weißt doch, was sie ihren Kindern antun! Sie bilden sie zu Butlern aus und schicken sie jeden Sonntag in die Kirche zur Heiligen Messe, um ein reines Gewissen zu haben, oder sie lassen sie bei ihren alkoholischen Sexorgien in Ungewissheit taumeln, ob es da im benachbarten Wohnzimmer, aus dem seltsame Geräusche und Stimmen kommen, wirklich mit rechten Dingen zugeht…« − »Ach meine Liebe! Du musst jetzt schlafen gehen, ich habe noch etwas Wichtiges zu erledigen.« Und dann verschwand seine Meryl Streep, die so gut wie jeden Tag anders hieß und die noch nie jemand gesehen hatte, weshalb man Bartek für einen Angeber, Lügner und Träumer hielt, der steif und fest behauptete, Meryl Streep sei in ihn verliebt. Doch seine Eltern und auch der Schuster Lupicki und selbst Opa Monte Cassino sagten ihm: »Bartek! Du hast keine Freundin! Du sprichst mit Gespenstern! Und mit dir selbst!« Die Mutter Stasia machte sich Sorgen, und sie überlegte ernsthaft, ob sie ihren Sohn nun nicht doch einem Facharzt vorstellen sollte, einem Psychiater oder einem Psychologen aus Gdańsk oder Olsztyn; oder auch dem Mörder Baruch, der, nachdem er seine Strafe abgesessen hatte, ein Heiliger geworden war – nach seiner Entlassung aus dem Gefängnis war er zum besten Kurpfuscher des Landkreises Dolina Róż avanciert: Mit flauschigen Pfoten von Kaninchen, die er züchtete und mit großem Appetit verspeiste, versuchte er, die Menschen zu heilen und die bösen Geister zu vertreiben, indem er die Stirn seines Patienten mit einer Kaninchenpfote massierte.
Der einzige, der Bartek glaubte und auch seine Meryl mehrmals gesehen hatte, war Norbert, der dreißigjährige Sohn von Herrn Lupicki.
Norbert hatte einen Buckel − und an der rechten Hand sechs Finger. Für diese Laune der Natur und auch dafür, dass er nicht imstande war, seinen erbsengroßen Wortschatz zu erweitern, stellte man ihm gelbe Papiere aus: »Gelbe Dokumente für die Ewigkeit des Universums…«, sagten kichernd die älteren Jungen, die nach der Heiligen Messe vor der St.-Johann-Kirche Zigaretten rauchten. Der geistig behinderte Sohn von Herrn Lupicki spielte in Dolina Róż den Narren, und er spielte diese Rolle gern, zumal er von den Bewohnern des Städtchens für seine Nummern immer wieder mit Beifall oder gar Geschenken (Pfannkuchen mit Heidelbeeren, einer Flasche Bier oder einer Zigarette) belohnt wurde.
Man kann nicht gerade sagen, dass Norbert, der anhänglich war wie ein herrenloser Hund, Barteks bester Freund war. Und da Bartek − wenn er nicht gerade in der Schusterwerkstatt die Zeit totschlug − die Abende am liebsten mit Marcin und seiner Musik, seinen Büchern und Geschichten über exotische Auslandsreisen teilte, musste er Norbert oft den Laufpass geben. Er konnte ihn zu Marcin nicht mitnehmen, den verlorenen Narren, da Marcin, der bald achtzehn werden sollte, als Aristokrat des Denkens und Handelns – diese Bezeichnung war seine eigene Erfindung − keine Launen der Natur tolerierte. Er zitierte pausenlos große Namen, so auch den Philosophen Nietzsche, den er übrigens ins Polnische übersetzte − in Nietzsches eigentliche Muttersprache, so Barteks Kumpel und Lehrmeister −, und manchmal sagte er in belehrendem Ton: »Bartek! Du weißt gar nicht, wozu der Mensch fähig ist! Der Bucklige beleidigt nicht das Antlitz Gottes, sondern vielmehr das unserer menschlichen Spezies. Ich würde ihn in einem Käfig halten wie ein wildes Tier!«
Im Grunde genommen war Marcin in Dolina Róż nur ein Gast, ein Astronaut, der seit Jahren seine baldige Rückkehr ins Paradies, in das Gelobte Land plante. Er sagte, er wandere nach dem Abitur sofort in die USA aus und er bereitete sich auf diese große Ausreise jeden Tag vor, nicht nur, indem er intensiv Englisch lernte, nein, er versuchte auch, ein vorbildlicher Antikommunist zu sein. In der Tat war er in seiner politisch konsequenten Haltung eines Unangepassten und Aufwieglers nicht zu übertreffen, doch Bartek hatte dafür eine Erklärung: Nur der Sohn eines hohen Parteibonzen durfte ungestraft in seinem eigenen Rhythmus trommeln und protestieren und die Kommunisten für alle Misserfolge und die bitteren Niederlagen der Meinungsfreiheit in den Tageszeitungen aus Olsztyn oder Warschau verantwortlich machen; sein Papa würde ihn so und so immer in Schutz nehmen, und Marcin konnte damit nicht von der Schule verwiesen werden, obwohl er schon so oft die Lehrer und die Partei beleidigt hatte, meist im Gemeinschaftskunde- oder Polnischunterricht, wenn die Lehrer Gedichte über die Revolution von 1905 und 1917 vortrugen.
Marcin wohnte im einzigen von Reklamen und grellen Farben erleuchteten Wolkenkratzer des Städtchens – einem Wolkenkratzeraspirant, wie diese Mietskaserne im Jargon der Bewohner von Dolina Róż hieß. Dabei handelte es sich bei dem buntscheckigen Gebäude um einen ganz gewöhnlichen Wohnblock aus Betonplatten, der vier Eingänge und Stockwerke hatte. Da aber der Wolkenkratzeraspirant auf einem gewaltigen Sockel thronte, ragte er hoch in den Himmel wie der Turm der St.-Johann-Kirche. Im Sockel befand sich ein Restaurant mit der berüchtigten Dancing-Bar Piracka, in dem Barteks Tanten Hania und Agata, die zwei schwarzhaarigen Schwestern seiner Mutter Stasia, von Zeit zu Zeit für ungeheure Skandale sorgten: klassische Liebesszenen auf dem Billardtisch oder unangekündigte Verlobungs- und Hochzeitsfeiern. Einmal machte Barteks Oma Olcia, die in der Kopernikusstraße wohnte, vor dem Eingang des Piracka eine Verschnaufpause, weil sie unter mörderischem Bluthochdruck litt und ihr die Einkäufe vom Wochenmarkt zu schwer geworden waren – vor allem die Gans, die noch lebte und in einem Korb aus Todesangst ununterbrochen schnatterte. Und da das Piracka wegen einer Feier wirklich aus allen Nähten platzte, fragte Oma Olcia den nächstbesten Passanten, wer denn in diesem vom Teufel besessenen Schuppen feierte: »Das wissen Sie nicht, Pani Olcia?«, antwortete der junge Mensch. »Ihre Tochter Agata hat den Versicherungsbetrüger geheiratet, diesen Russischpolen! Jetzt saufen sie und tanzen sie!«
Mit anderen Worten: Marcin, der Aristokrat des Denkens und Handelns, lebte im Zentrum von Dolina Róż wie mitten im verruchten Warschau. Und wenn man zum Beispiel in der Silvesternacht auf dem Dach des Wolkenkratzeraspiranten stand − was eigentlich verboten war −, blickte man als Erstes auf die alten Wallanlagen, die einst die Altstadt vor den Angriffen der Pruzzen und anderer heidnischer Barbaren beschützten. Dann wanderte der Blick unweigerlich zum mittelalterlichen Kreuzrittertor mit der schwarzen, im Winter meist verschneiten und vereisten Uhr, auf der weiße Ziffern leuchteten. Im nächsten Moment schaute man auch noch auf den gigantischen Defilierplatz und das Kino Zryw, und vor allem flog man zu der Hanka-Sawicka-Straße und ruhte wieder eine Weile auf dem mittelalterlichen Tor mit der schwarz-weißen Turmuhr, von Bartek auch liebevoll Big Ben genannt, um schließlich bei den kleinen Läden und Arztpraxen und Ämtern der Hanka-Sawicka-Gasse zu verweilen: Dort auch lag die Werkstatt von Herrn Lupicki.

Der ehrenvollste und den Schustern immer willkommene Gast − zugegeben, ein seltener Gast − war Mariola, Herrn Lupickis Tochter, die junge, fünfundzwanzigjährige Krankenschwester, in die selbst der Aristokrat des Denkens und Handelns verliebt war. Jedes Mal wenn sie, stets leichtfüßig wie aus dem Nichts, die Schusterwerkstatt betrat, brachte ihr Halbbruder Norbert seine Ministrantenglocken zum Läuten, die er immer bei sich trug und die meist in einer ledernen Umhängetasche steckten. Mariolas Halbbruder kramte die Ministrantenglocken nur in Momenten hervor, wenn er seine Freude bekunden wollte. Allerdings verursachte er dann einen riesigen Lärm, und da er vor allem von seinem Vater für das debile Läuten, wie sich Herr Lupicki auszudrücken pflegte, ordentlich Schelte bekam, verwandelte sich die unbändige Freude in Sekundenschnelle in Wut und Trauer. Norbert zerrte im nächsten Augenblick hastig aus seiner Soldatenumhängetasche die aus sechs fetten Lederriemen geflochtene Geißel hervor, schlug sich damit auf den Rücken und wiederholte den einzigen Satz, den er in grammatikalisch korrektem Polnisch sagen konnte: »Norbert hat eine böse Strafe verdient! Norbert hat eine böse Strafe verdient! Norbert zasłużył na tę straszną karę!«

http://de.wikipedia.org/wiki/Artur_Becker_%28Schriftsteller%29
http://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Becker

Halle poza sezonem

Dorota Cygan

Halle, Kaminer i my. Albo odwrotnie.

Halle to wyzwanie. Nie tylko dla inwestorów, którzy, jak pisał przed 10 laty Władimir Kaminer w zbiorku historyjek Moja niemiecka księga dżungli, odeszli jeden po drugim, zostawiając to niebywałe eldorado na pastwę kolejnych inwestorów, w efekcie czego miasto przez chwilę o mały włos nie zasłużyłoby na przemianowanie go na Spielhalle. To wyzwanie także dla turystów, którzy wszak przyjeżdżają, żeby coś podziwiać, a nie pokrytykować dla zabawy. Lepiej sobie nie używać na takim mieście jak Halle i nie bawić się na koszt tych niewielu mieszkańców, którzy jeszcze się opierają trendowi migracyjnemu w zachodnim kierunku i trzymają fason. A że trudno się tej (poniekąd tradycji) oprzeć, skoro już Haendel opuścił Halle w wieku 17 lat, trzeba przyjąć, że tak to już jest.

halle1

Jako że pisarze bynajmniej nie rozpieszczają Halle opisami literackich podróży (a do traumatyzującej prozy rozliczeniowej Edgara Hilsenratha po prostu bałybyśmy się sięgnąć, by sprawdzić, czy Halle tam się w ogóle pojawi),  poczułyśmy trochę z przekory chęć okazania temu miastu spoza znanych tras turystycznych choć na krótko trochę uwagi. Jak tu nie poczuć solidarności na widok wielkopłytowych pomników socjalizmu, o których Kaminer pisał, że przeniosły go w myślach w czasy jego moskiewskiej młodości? Wiedzione tym impulsem i  prawdę mówiąc  trochę po to, aby z bezpiecznego dystansu naszych berlińskich domostw poczuć za darmo lekki horrorek, pojechałyśmy szukać Neustadt, spodziewając się, że dzielnica robotnicza będzie miała coś z dawnej zwartości, dumy i siły wczesnego socjalizmu. Ale nie. Rozstrzelona w przestrzeni na wiele kilometrów, może być jedynie metaforą dysocjacji osobowości lub jej zapowiedzią – dla tych eksperymentatorów, którzy jednak chcieliby autentyzmu na dłużej niż nasza krótka i intensywna przejażdżka.

halle2

Dajemy jednak miastu szansę, inaczej niż nasz wspomniany berliński autor o rosyjskich korzeniach (i uprzedzeniach). I widzimy: bogate wille  z czasów grynderskich, na wielu ozdobne fasady z przełomu wieków, bardziej wyważone proporcje niż ich odpowiedniki w Berlinie, czyli takie trochę jak w Dreźnie, widzimy starania konserwatorskie całkiem nowej daty i (mniej lub bardziej udane) próby adaptacji starych murów zamkowych do potrzeb wystawienniczych, tereny spacerowe i – no niestety, nie da się  skłamać – zupełny, uderzający i bolesny… brak ludzi. Jest oczywiście jakieś prawdopodobieństwo, że w niedzielne popołudnie w swoich czterech ścianach popijają lokalnego (!) szampana marki Rotkäppchen lub Mumm, testując realną lub fikcyjną różnicę między nimi po fuzji obu firm, ale nie jest ono wielkie. Ale być może w tej degustacji (fakcie kulturowym!), którą zawdzięczam właśnie Kaminerowi i którą regularnie praktykuję  na lekcjach niemieckiego, prosząc uczniów o arbitralne rozstrzygnięcie wewnątrzniemieckiego sporu intrakulturowego o wyższości jednego trunku nad drugim, tkwi rozwiązanie? Nie wiem, co pijał Lyonel Feininger, kiedy jeszcze przed dojściem nazistów do władzy i wymuszoną emigracją mieszkał półtora roku w Halle i malował tutejsze kościoły i wieże, ale w tym, co zostawił naszym oczom, jest magiczne zaklęcie rzeczywistości tego miasta – zaklęcie tych uliczek i placów, wyniesienie ich ponad realizm w rejony magiczne. Bo po pierwsze trzeba umieć patrzeć, żeby widzieć. Ale po drugie można nałożyć filtr wyobraźni i dopiero ruszyć w miasto. Albo wrócić jeszcze kiedy indziej, o innej porze roku. Zobaczymy.

Lidia Głuchowska

„Martwy sezon” w Halle

– we wszystkich tego słowa znaczeniach – nie tak mało wcale ma do zaoferowania. Niemal nie zniszczone podczas wojny, w pewnych zakątkach przypomina nie tylko zamożny niegdyś Lipsk, rezydencjonale Drezno, lecz i kurortową Jelenią Górę.

Hallepodwojne1

Jeśli nieopatrznie rozpocząć wycieczkę przy tutejszej Leopoldinie (niemiecka Akademia Nauk, założona w roku 1652, mieszcząca się w dawnym budynku loży masońskiej z roku 1820; informacja dla wrocławiaków – ich Aula Leopoldina jest starsza, bo zbudowano ją w latach 1728-1741), przez zamkniętą bramę będzie można popatrzeć na dziedziniec pełen róż chronionych przez pałuby, posępnie emanujący pustką.

Leopoldina

Po chwili jednak, nawet przy pochmurnej pogodzie, dostrzec można i „spolia” z lepszych czasów, które budzą refleksje i prawdziwy zachwyt.

Pobliski Moritzburg pozostawia wrażenie jeszcze bardziej ambiwalentne. Z tą perłą późnogotycko-renesansowej architektury, z portalami przywodzącymi na myśl i Wawel, i Chocim, i Lwówek Śląski, nie nazbyt życzliwie bowiem obeszli się konserwatorzy.

2_Halle pieknebrzydkieTak jedno ze skrzydeł wewnętrznych dziedzińca, ogołocone z balkonów, jak i monumentalne, zewnętrzne mury od strony „fosy”, z pewnościa odstraszą jak obronny gród…

Wewnątrz – podobna konsternacja – przyjazna obcokrajowcom obsługa „na piękne oczy” uwzględnia zniżkę dla dziennikarzy i historyków sztuki, stoi w kontraście z kubistyczno-więzienną szatnią i prowizorium aranżacji znakomitej skądinad wystawy fotografii z arcydziełami podpisanymi: Sudek, Sander, Man Ray, Witkacy, Rodczenko, Cindy Shermann…

Za chwilę znów zaskoczenie – stała ekspozycja: Die Brücke – Nowa Rzeczowość, konstruktywizm – przyciąga i koi wyważonym rytmem barw poprzecznych ścian – z początku dyktowanym staccato tonów harmonizujących z obrazami Schmidta-Rottluffa – stopniowo wyciszanych monochromią prounów Lissitzky’ego, rzeźb Lemmbrücka i protorenesansowych okien z marionetkami tutejszego teatru, rodem z wczesnych lat trzydziestych.

4 halle ekspopodw

Za progiem uwagę przykuwają Meduzy-maszkarony, i te z dziedzinca zamku, i te z bram wyburzanych kamienic

5 halle MaszkaronypodwojneKolejna perła to kościół w rynku – i jego cztery wieże – dwie od frontu i dwie z tyłu. Piąta, ta na zewnątrz, góruje ponad placem, za wielkim jakby dziś wobec rangi miasta.

8 halle-kosciolWewnątrz – arcydzieło proporcji – zgrabne i maleńkie – regencyjno-rokokowe organy dźwigają atlanty. A naprzeciw – jak żart architekta – „organki” – cukierkowe jak z dziecinnego pokoju, no i strojne w herby – na tle malowanej protestanckiej przypowieści.

Ponad wszystkim – sieciowe sklepienie, wykreślone regularnie, rodem z wzornika. Jest tu i ambona – kryta rozgwiazdą, jak po jubilersku zdobiona wieńcem manierystycznych putt.

10 ambona-sklepienie

Znak czasu to wystawa: a jakże –  ruch oporu – rodzeństwo Scholl – przestroga – byliśmy tu – raz jeszcze.

Trzecią odsłonę sztuki określa inny duch – „Piękno niewidomych”. To wystawa mody projektowanej wyłącznie z myślą o nich – ze smakiem i społecznym zmysłem – niewątpliwie potrzebnym.

gorset
Designerskie ubrania w minimalistycznym zestawie barw – bieli i czerni – zdobi tekst w alfabecie Braille’a, często wiersze lub myśli niewidomych modeli, dla widzących tłumaczone w folderach.

To przesłanie imponuje – idea integracji – czy dostrzeże ją świat poza Halle? Media? Internet?

12 moda-podwoj

Ewa Maria Slaska

Halle monochromatyczne

To ja byłam praprzyczyną wyjazdu do tego zimnego i pustego miasta, ponieważ miałam swój (bardzo skromny) udział w przygotowaniu wystawy mody dla niewidomych – pięknej mody dla pięknych niewidomych. Obejrzałyśmy wystawę, owszem, ale spóźniłyśmy się na wernisaż. Ale nie żałujemy. Wchłonęło nas miasto, miasto poza sezonem, martwe miasto, miasto monochromatyczne. Halle. Monochromatyczne z plamami czerwieni w strojach dwóch kobiet na moście.

***
O wystawie były już na blogu dwa wpisy:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/02/26/die-schonheit-der-blinden/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/09/modenschau-fur-blinden/

I jeszcze tu (choć już nie u nas): http://www.kunstforum-halle.de/veranstaltungen/die-schoenheit-der-blinden.html

halle-koniec

Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.

Die Schönheit der Blinden

zaproszenie2 Karsten Hein
Modenschau und Ausstellung

Hände tasten über einen schimmernden Stoff, dann über einen flauschigen, dann über feine und glatte und grobe und rauhe; staunende und konzentrierte Gesichter, rätselhafte Blicke.
Fotografien einer Modenschau von Blinden für Blinde. Blinde Models und ein blindes Publikum, eine Modenschau zum Anfassen.

Ausgangssituation

Es gibt heute viele selbstbewußte Blinde, die im Berufsleben stehen und eine Rolle in der Gesellschaft spielen, denen es wichtig ist, dem allgemeinen Bild der Blinden eine selbstbewußte Wendung zu geben. Die Welt der Blinden ist anders als die der Sehenden – sie ist nicht per se schlechter, geschweige denn bemitleidenswert.
Unser Projekt zielt auf ein postives Bild von Blindheit – die Schönheit der Blinden.

zaproszenie2str2Die Modenschau

Zur gleichen Zeit, als ich vor drei Jahren Blinde für meine Fotografie entdeckte, taten sich mehrere blinde Frauen zusammen, um in zwei Büchern über das Thema „Blindheit und Schönheit“ zu reflektieren und aus ihrer Perspektive über ihre Wahrnehmung des Gesehenwerdens, über ihr Bedürfnis nach Wahrgenommensein zu schreiben.

Gemeinsam möchten wir dieses Projekt realisieren.

Veranstaltungsort wird die Aula des BfW Halle sein. Die Kleider werden von drei bis vier Modedesignern stammen, teilweise von Modestudenten der Kunsthochschule Halle.
Besonders wichtig ist die Vielfalt der Oberflächenstruktur der benutzten Stoffe und sonstigen Materialien; dessen was die Blinden mit ihren Händen “sehen” können.

Die Bilder

Die Veranstaltung wird nicht vor sehendem Publikum stattfinden. Sie wird nur in Gestalt ihrer fotografischen Dokumentation, in einer Ausstellung und einer Website und ggfs einem Katalog veröffentlicht werden.

Die Fotografien bieten sozusagen einen Blick in eine geschlossene Gesellschaft: Blinde haben etwas, das Ihr Sehenden nicht habt! Die Blinden sind schön und ihre Welt, in die die tastenden Hände hineinführen, ist es ebenfalls.

Meine Entdeckung beim Fotografieren war, daß viele Blinde sich nicht nur sehr gut fotografieren lassen, sondern unter den richtigen Voraussetzungen dabei sogar zu ganz besonderem Ausdruck fähig sind. Ich muß nur mein Vorgehen ein wenig anpassen. Das Fotografieren mit Blinden ist ein langes ruhiges Gespräch, untermalt von sporadischem Klicken. Dies vorausgesetzt läßt sich bei manchen Blinden ein reinerer Ausdruck, eine unverstelltere Mimik finden als bei vielen Sehenden.

Fast ebenso wichtig wie die Gesichter sind bei unserem Projekt die Hände der Abgebildeten.

Ohnehin sind Hände ein wertvoller Bestandteil bei Portraits, da sie viel über den Portraitierten erzählen. Zudem können sie Bildern sowohl Intimität als auch Dynamik verleihen. Jede Handbewegung zum Körper hin ist ein Zeigen – es schafft Beziehungen.

Das gilt umso mehr für die Hände von Blinden beim Tasten. Wenn Blinde etwas ertasten, sieht es ganz anders aus, als wenn Sehende das versuchen.

Eben als ob – was ja der Fall ist – jede ihrer Bewegungen einen Sinn hätte. Es wirkt auch viel eleganter als die Bewegungen Sehender, gerade auch auf Fotos.

Damit die tastenden Hände in der Ausstellung sozusagen ein Ziel haben, werden die Kleider mit Texten in Punktschrift versehen sein. Wir haben eine Kunststickerin gefunden, die die unseres Wissens erste Technik entwickelt hat, mit der Kleidung wirklich gut tastbar mit Punktschrift bestickt werden kann. (Das könnte übrigens auch einen praktischen Nutzen haben: Man könnte damit zB die Farbe des Kleidungsstücks und die Waschanweisungen auf den Saum sticken.)

Die Ausstellung

In der Ausstellung werden dann parallel zu den Bildern die Erlebnisberichte und Reflexionen der Blinden hörbar gemacht. Die Models und die Besucher werden aus ihrer Perspektive die Veranstaltung und die Kleider beschreiben.

Die Texte und einige O-Töne werden aufgenommen werden, so daß sie in der Ausstellung auf verschiedene Weise wiedergegeben werden können. Teils zum Hören, teils auf Tafeln gedruckt, in Punkt- und in “Schwarz”-Schrift.

Für blinde Ausstellungsbesucher wiederum werden die Fotos von unseren Bildbeschreibern  beschrieben. Auf diesem Feld haben wir durch unseren Bildbeschreibungsblog „Bilder für die Blinden“ bereits Erfahrung. Es ist übrigens das erste Projekt seiner Art und kommt in der Blindenszene sehr gut an. Gegründet habe ich den Blog als Grundlage für meine Arbeit mit blinden Darstellern, um mich mit ihnen über unsere gemeinsame Arbeit austauschen zu können.