Den neuen Kultursenator treffen

Wir wissen es schon alle, wir haben einen neuen Kultursenator in Berlin. Hier eine der ersten Möglichkeiten ihn live zu treffen (und nicht um 15:00 wie in der Einladung steht, sondern um 15:30 Uhr); es ist ratsam, sich anzumelden.


Und hier noch ein Bisschen zu unseren neuen Senator (aus der Wikipedia):

Joe Chialo

(* 18. Juli 1970 in Bonn) ist ein deutscher Musikmanager und Politiker (CDU), seit dem 27. April 2023 Berliner Senator für Kultur und Gesellschaftlichen Zusammenhalt.

Als Sohn einer tansanischen Diplomatenfamilie wuchs Chialo in Bonn auf. Nach seinem Abitur am Ordensinternat der Salesianer Don Boscos bei Köln machte Chialo eine Ausbildung zum CNC-Fräser. Später studierte er Geschichte, Politik und wirtschaftliche Staatswissenschaften. Das Studium brach er aber ab. In der Nürnberger Disco Mach1 arbeitete Chialo als Türsteher.

1991 stieg Chialo bei der Nürnberger Band Blue Manner Haze, die zwei Jahre zuvor gegründet wurde, als Sänger ein. An der Gitarre war Robert Lenar, Bass spielte Oliver Holzner, am Schlagzeug saß Jay P. Montone. Mit Another Confused Youth Production (1991) und Blue Manner Haze (1995) legte die Rock-Combo zwei Alben vor, die aber kommerziell nicht erfolgreich waren. Das Musikmagazin Rock Hard urteilte über das letzte Album: „Joe Chialos Stimme variiert zwischen einschmeichelndem Soul, harten Raps und Hardcore-Geschrei – oft innerhalb der Songs. Aber das allein verhilft BMH nicht zu einer eigenständigen Note.“ 1995 trennte sich die Gruppe. Seine kurze Gesangskarriere brachte Chialo in die Musikbranche.

2009 gründete Chialo das Label Airforce1 Records sowie 2018 das Label Afroforce1 als Abteilung von Universal Music mit dem Ziel, Musik aus dem afrikanischen Raum zu fördern. Airforce1 Records, ebenfalls Teil von Universal, beherbergt Künstler wie Santiano, den Schauspieler Matthias Schweighöfer, The Kelly Family, Ben Zucker, Sarah Zucker und den EDM-DJ Noel Holler.

Beim Eurovision Song Contest 2019 war Chialo Teil der deutschen Jury.[9]

Seine 2022 erschienene Autobiografie Der Kampf geht weiter ist nach den letzten Worten benannt, die Chialos Vater ihm am Telefon vor seinem Tod mit auf den Weg gab („A luta continua“).

In den 1990er Jahren war Chialo Mitglied der Grünen und hat nach eigener Aussage Joschka Fischer bewundert. Im Streit um Bundeswehreinsätze auf dem Balkan trat er allerdings aus der Partei aus, da er die innerparteiliche Ablehnung gegenüber den Auslandseinsätzen nicht teilte.

2016 trat Chialo in die Berliner CDU ein und wurde 2021 als Direktkandidat für den Bundestagswahlkreis Berlin-Spandau – Charlottenburg Nord für die Bundestagswahl 2021 aufgestellt.

Bundesweit bekannt wurde Chialo mit der Berufung in das „Zukunftsteam“ von Kanzlerkandidat Armin Laschet zur Bundestagswahl. Hier war er Sprecher für die Themen Kunst und Kultur. Da Chialo mit 23,5 % der Erststimmen dem SPD-Kandidaten Helmut Kleebank (32,8 %) unterlag und nicht über die Landesliste abgesichert war, zog er nicht in den Deutschen Bundestag ein.

Auf dem digitalen Parteitag im Januar 2022 wurde Chialo in den Bundesvorstand der CDU gewählt. 

Joe Chialo ist verheiratet und Vater einer Tochter. Er ist römisch-katholisch.


Tja, was die CDU kann, kann die CDU. Einen ehemaligen Türsteher und einen Metal-Singer zum Kultur-Senator zu ernennen kann wirklich nicht jede(r).

Don Kichot nachodzi zewsząd

Ewa Maria Slaska

Tego dzisiejszego nadesłała Christine Ziegler, a znalazła go, bo musiała uporządkować stare papiery w biurze. A więc to jej dedykuję niniejszy wpis.

Berlińska lewicowa (wówczas) gazeta TAZ, 29/30 kwietnia 1981 roku. Po lewej okładka broszury: Sachschaden, TAZ-Journal numer 3, Häuser und andere Kämpfe (Straty materialne, Domy i inne walki). Na złamanej lancy Don Quizoffa napis LÄSST DIE LEUTE FREI (zwolnijcie ludzi).

29/39 kwietnia 1981 roku. Nie było mnie jeszcze w Berlinie. To był czas Solidarności, byłam w Gdańsku i przeżywałam najwspanialszy czas mojego życia, byłam tam, gdzie działa się HISTORIA. O tym będziemy jutro rozmawiać.

Amerykański sen. Projekt okładki tej mojej niewydanej książki zrobił Konrad

Bo wprawdzie w zaproszeniu napisane jest, że będę czytać, ale czytać chcę niewiele, a najbardziej mi zależy na naszej wspólnej rozmowie o “tamtych czasach”, o naszych czasach i losach naszego pokolenia. Moja powieść Amerykański sen, która odcinkami od ponad roku ukazuje się w nieregularnych odstępach tu na blogu jest teoretycznie ukończona, ale wciąż coś do niej dodaję, dopisuję i rozszerzam. Praca pisarza ma bowiem to do siebie, że dopóki nowego dzieła nie zabierze wydawca, nie wydrukuje go i nie wyda, pisarz wciąż będzie coś poprawiał. Nie zawsze te poprawki mają sens, ale nie ma sensu dyskutować na temt ich sensu, bo one po prostu są i są niezniszczalne. Jestem pewna, że nasza jutrzejsza rozmowa okaże się interaktywna, Wy będziecie różne rzeczy opowiadać, a ja je pochłonę, przepracują i wstawię do niekończącej się (póki co) powieści o tym, jacy jesteśmy, my, pokolenie Solidarności.

A teraz wróćmy do Don Kichota, który mnie otacza ze wszystkich stron. Teraz wychynął z berlińskich lat 80, z walki o domy.

Pod koniec lat 60, po okresie odbudowy tego, co było i zostało zniszczone w czasie wojny, nastąpił pierwszy berliński boom budowlany, który jak pełzająca po dnie morskim rozgwiazda parł przed siebie i pożerał wszystko, co spotkał na swej drodze. Jego ofiarą padały kolejne wielopodwórkowe kamienice w alternatywnej dzielnicy, jaką był Kreuzberg. A gdy burzono kamienice, by wybudować na ich miejscu nowe nowoczesne bloki, niszczono nie tylko starą substancję budowlaną, ale też substancję społeczną, która jak grzybnia przenika i przerasta wszelkie struktury sąsiedzkie. Buldożery wyrzucały z domów i wyrywały z sieci społecznych powiązań i dawnych berlińczyków, i nowopowstałe alternatywne komuny studenckie, artystyczne, imigracyjne, zgrupowania ludzi i idei wszelkiej maści, ale zawsze niezależne. Starzy i młodzi dość bezradnie patrzyli na to, jak odbiera się im domy i niszczy życie. Buldożery niszczyły niby to na zasadzie nazywanej po niemiecku Sanierung, odbudowa uzdrawiająca, którą lud przemianował na Kahlsanierung, czyli leczenie przez zniszczenie do stanu ogolonej na łyso czaszki. Gdy padły skupiska starych domów wokół Kottbusser Tor, wyrzuceni na bruk podnieśli głowy i powiedzieli NIE. 3 lutego 1979 roku berlińska młodzież zajęła dwa pierwsze przeznaczone do wyburzenia budynki. Rozpoczęła się wojna o domy – rebelianci zasiedlali na dziko przeznaczone do rozbiórki domy i nie dopuszczali do ich wyburzenia, i wychodzili na ulicę, gdy policja próbowała ich usunąć. Jesień i zima 1981 roku były apogeum tej walki. Zasiedlono prawie dwieście squatów, a walki uliczne toczyły się niemal co dzień.

Przełomowym momentem była wielka bitwa 12 grudnia 1980 roku.

W tym mniej więcej czasie, dokładnie rok później, w Polsce skończył się czas, nazywany teraz, nie wiadomo dlaczego, karnawałem Solidarności, generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, a polska młodzież bijąc się z milicją w obronie rozłożonej na łopatki Solidarności, krzyczała na zomowców, czyli oddziały do walk specjalnych GE-STA-PO GE-STA-PO. Walczący o domy berlińczycy wykrzykiwali w stronę swojej berlińskiej policji ZO-MO ZO-MO.


Ciekawe, że po niemiecku ta walka nazywała się Häuserkampf, walka o domy, co jest terminem militarnym, oznaczającym walkę w mieście o każdy dom osobno. W Berlinie w roku 1980-81 walka toczyła się wprawdzie również o każdy dom osobno, ale przede wszystkim o PRAWO do zachowania starych domów i prawo do zachowania własnych struktur społecznych.

W obu wypadkach można powiedzieć, że walczyli bezbronni przeciw machinie, artyści przeciw chęci zysku za wszelką cenę. Główną bronią rebeliantów były idealizm i sztuka. Wydawałoby się, że piórem, gitarą i pędzlem nie da się pokonać kapitalistycznej bestii, a tymczasem ta beznadziejna walka okazała niezwykle efektywna. Dziś po prawie pół wieku od tamtych czasów możemy powiedzieć z całą pewnością, że obie te walki, o prawa człowieka i o domy, okazały się skuteczne.

A potem nadeszły następne monstra… I tak, ta walka nigdy się nie kończy. Tamtą wygraliśmy, obcięliśmy łeb hydrze, cóż, odrosły trzy inne…

Reblogi po 10 latach: Między nami cygankami

Dorota Cygan

Między nami cygankami

Dzień po berlińskim Karnawale Kultur, w słoneczne południe Międzynarodowego Dnia Różnorodności Kulturowej podeszła do mnie w centrum Wrocławia cyganka. A dokładniej mówiąc to mnie zwyczajnie ‘podeszła’. Przyszło jej to łatwo, bo wzrok miałam nieobecny, a  ręce obwieszone siatkami zakupów dla tej, tamtej i innej duszy, a także dla owego i Iksińskiego, tudzież dla zaprzyjaźnionej psinki. Różnorodność Kulturowa nieomylnym instynktem wyczuła łatwy łup i otworzyła przemowę najskuteczniejszym wytrychem na świecie: „pani, parę złotych na chleb dla dzieci”. Bezdzietne kobiety w pewnym wieku miewają nieczyste sumienie – nawet jeśli się starają omijać wzrokiem wózki dziecięce, jedna najbanalniejsza statystyka demograficzna potrafi im przypomnieć o powinnościach wobec społeczeństwa tak skutecznie, że są gotowe obdarować lalkami Barbie nawet bezczelne dzieciaki z sąsiedztwa. Na chleb? Niech będzie, może być i na trzy. Każdy przytomny człowiek wie, że ta melodyjna inwokacja do sumień ludzkich (Paaani, poooomóż  Paaani… ) absolutnie zawsze  jest zaledwie przygrywką do reszty przedstawienia, skromną uwerturką do opery żebraczej o ściśle określonej wymogami gatunku strukturze i z góry wiadomym zakończeniu. Wie może każdy – ale przecież nie ktoś z takim nazwiskiem – ja się z tego obowiązku czuje w każdym razie zwolniona. Można tu oczywiście powątpiewać również w kompetencje wróżbiarskie ‘mojej’ cyganki, skoro nie wyczula nijakiego, choćby naciąganego, powinowactwa między nami i nie odstąpiła od swojego procederu. Ale nie stawiajmy w niekorzystnym świetle Różnorodności Kulturowej z czystej, bratniej zazdrości o profesjonalizm.

Powaliła mnie pierwszym chwytem: „A pani to taka szlachetna do ludzi, niewiele w zamian dostaje i takie ma życie pełne smutków…” Któżby się oparł takiemu dictum? A pewnie, że smutne, już od wczesnego dzieciństwa przezywali mnie cyganichą. Nikt człowiekowi nie odpuścił, najwyżej ci, co mieli jeszcze bardziej obce kulturowo nazwiska. Nie wiem, czy Inność Kulturowa wyczuła podskórną solidarność, czy tylko sądziła po numerze rejestracyjnym, że jak ktoś obcy, to łatwiejszy do „skrojenia”, w każdym razie obydwa czynniki na pewno były sprzyjające. Zrobiło się sympatycznie. Karty co prawda wychodziły chyba niespecjalne, przewaga czarnego i żadnych figur, nie budziły więc we wróżącej jakiejś euforii, ale poradziła sobie. Prognozę na przyszłość zakreśliła bowiem konstruując zręczne obejście: Zamiast czasu przyszłego i nieskończonych synonimów dla odmalowania udanego życia w przyszłości złożyła wypowiedź z samych zdań celowych: „Wyrywamy włos z Głowy, ŻEBY go spalić, ŻEBY odczynić tym uroki, ŻEBY życie potoczyło się szczęśliwiej. Chuchamy na grosik, ŻEBY go zaraz włożyć do schowka, ŻEBY go nie wydać, ŻEBY pieniądze się człowieka trzymały. Większy  zaś banknot z portfela puszczamy w obieg, ŻEBY się pozbyć złego pieniądza. Największy zaś banknot kładziemy cygance na dłoni, ŻEBY … (tę frazę możecie sobie dokończyć sami, skoro przećwiczyliśmy już gramatykę zdań celowych).

A jednak, lżejsza o te dwa deko, poczułam się mocno poruszona. Nie żeby odchudzenie mojego portfela miało takie działanie jak prawdziwa dieta. Strata banknotu nie spowoduje przecież ani przymusowej głodówki ani nawet minimalnych zmian żywieniowych. Ten banalny akt pozabankowego transferu gotówki poruszył jednak coś zupełnie innego. I kto by pomyślał? Przyprószone codziennością, zawalone obowiązkami i zaszczute własnymi myślami wydostało się na chwile na powierzchnię … moje ego (nawet teraz, w trakcie pisania, było tak nieśmiałe, że myślałam, czy nie powinnam dać go w cudzysłów). Nikt by się nie spodziewał, że się tak znienacka pojawi. Ani wielkiej okazji po temu typu ‘nowa praca’ ani typu ‘stara obrona dyplomu’. A tu jak po małym trzęsieniu ziemi. „Co będzie? Czy ja chcę żyć tak, jak do tej pory?”  Proste pytania, bez obudowy teoretycznej, sztafażu i przekłamań, autokreacji i  autokorekty, samooszukiwania i całej tej samoczynnej oczywistości,  wprzęgającej zniewolone ego w codzienny tryb zadań do wykonania. „Więc co dalej?”

Cyganka zapytała jeszcze, czym wierząca (proszę, nawet statystyki nie są jej obce) i inteligentnie zauważyła, że racja, Bóg wysoko ponad ludźmi, ale ona może chociaż odczynić uroki. I przystąpiła do dzieła.

Co tam uroki! Zrobiła w 10 minut więcej niż cykliczna i odnawialna lista postanowień noworocznych,  życzenia urodzinowe składane rok w rok samemu sobie, awans od skruszonego pracodawcy oraz spowiedź wielkanocna przed 20 laty razem wzięte.

(Tu w tekście jest pauza, czyli miejsce na myślową aktywność  Szanownego Czytelnika).

hanemann

Nie ucałowałam cyganki na koniec. Pamiętam zaledwie jej twarz z góry – ogorzałą, pomarszczoną cerę i czarne, mądre oczyska. Wrażenie wystarczające, by twierdzić, że tym się różni profesjonalizm starej cyganki od profesjonalizmu sprawnego żebractwa ulicznego, że jedno  pozwala nam być wielkodusznym, drugie zaś  zajrzeć sobie do duszy. Zrozumiałam po fakcie z tekstu pt.  Korrektes Betteln  Ulego Heinemanna  (Neulich in Neukölln, 2008), znudzonego rozbudowaną retoryką  żebrzących i proponującego redukcje tejże do eleganckiego „proszę,  dziękuję, dzień dobry”, że autor ma pecha, bo może w tym mieście  jedynie obserwować lepszy lub gorszy performance. A nie zobaczyć siebie. Jako berlińczyk pozbawiony jest jednego istotnego elementu autentycznej różnorodności kulturowej, która siedzi od po wojnie we Wrocku, a nawet spoczywa w wystawnych grobach przy głównej alei największego cmentarza. (No, chyba że znacie w Berlinie prawdziwe, zasiedziałe od pokoleń, miejscowe cyganki wróżące po niemiecku?) Do Berlina można przyjeżdżać i pisać doktorat o dramaturgii żebrania ulicznego (poznałam kiedyś taką osobę) – ale do pisania o głębokiej  filozofii wróżenia przez cygankę trzeba się udać za Odrę.

A jak ze szczęściem? Zapomniałam o szczęściu? Może i tak. Ale pewnie cyganka mu się w moim imieniu przypomni. Na początek wsiadłam dziś w pośpiechu do pociągu bez biletu – i nie było żadnej kontroli. Jak mnie to rozzuchwali, to wygram w totka i zasponsoruję jednorazowo tabory cygańskie. Więcej postanowień nie mam – no, może oprócz tego jednego, żeby nie spychać więcej mojego grzecznego ego na sam dół trzewi.

Jako że tekst może się kończyć apelem, powiem tak: Nie przeganiajcie cyganek. Zaproście je do stołu. Będzie to najmądrzej zainwestowana stówa – bo zainwestowana we własną  mądrość. Skuteczniejsza niż wydatki na psychoterapeutę, okulistę i krawca. Cyganka prawdę Wam powie.

Wasza C.

In Shadow of the Cross

Book Launch of Cross Purposes 

June 6, 2023, 18:00

The Center for Anthropological Research on Museums and Heritage and the Institute for European Ethnology of the Humboldt University in Berlin cordially invite you to a book launch of: Cross Purposes: Catholicism andthe Political Imagination in Poland by Magdalena Waligórska (Cambridge
University Press, 2023) to take place on June 6, at 18:00 CEST.
Please,  join us for a discussion with the author, chaired by Prof. Magdalena Buchczyk (HU Berlin), with comments by: Prof. Felix Ackermann (Fernuniversität Hagen) and Dr. Karolina Wigura (FU Berlin). The
discussion will be followed by a small reception.

The event takes place at the CARMAH Center for Anthropological Research on Museums and Heritage, Mohrenstr. 40-41, 10117 Berlin, Room 408.

Link: https://www.carmah.berlin/events/48173/

About Cross Purposes:

No other symbol is as omnipresent in Poland as the cross. This multi-layered and contradictory icon features prominently in public spaces and state institutions. It is anchored in the country’s visual history,
inspires protest culture, and dominates urban and rural landscapes. The cross recalls Poland’s historic struggles for independence and anti-Communist dissent, but it also encapsulates the country’s current
position in Europe as a self-avowed bulwark of Christianity and a champion of conservative values. It is both a national symbol – defining the boundaries of Polishness in opposition to a changing constellation of the country’s Others – and a key object of contestation in the creative arts and political culture. Despite its long history, the cross has never been systematically studied as a political symbol in its capacity to mobilize for action and solidify power structures. Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles.

-- 
PD Dr. Magdalena Waligórska

Institut für Europäische Ethnologie
Center for Anthropological Research on Museums and Heritage
Humboldt-Universität zu Berlin
Anton-Wilhelm-Amo-Str.41
10117 Berlin

NEW PUBLICATION:
Cross Purposes: Catholicism and the Political Imagination in Poland (CUP, 2023)

https://www.cambridge.org/core/books/cross-purposes/72E707A0DE6E82457D62EFE5E0D1A2B0

Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles. Historians of Eastern Europe will find in it a compelling cultural history of Poland’s major political upheavals.

Magdalena Waligórska is a cultural historian and sociologist. Her fields of interest include contemporary Polish and Belarusian history, nationalism and national symbols, Jewish heritage, Jewish/non-Jewish relations, and memory studies. She is currently leading a research group at the Department of European Ethnology of the Humboldt University in Berlin. She has published extensively on nationalism, Jewish culture, and Jewish-non-Jewish relations in journals including East European Politics and SocietiesHolocaust StudiesEast European Jewish Affairs and POLIN. Her first book, Klezmer’s Afterlife: An Ethnography of the Jewish Music Revival in Poland and Germany, was published 2013.

Frauenclub Begine. Projekt Irena Bobowska.

Sonntag, 07.05.2023 15:00 Uhr

Ausstellung, Diskussion, Performative Lesung und Buchvorstellung

Die Botschaft der Pol*innen lädt ein: zu einer Diskussion mit Anna Krenz, Ewa Maria Slaska und Monika Wrzosek-Müller über die Erinnerungskultur in den deutsch-polnischen Beziehungen aus feministischer Sicht, einer Ausstellung über Leben und Werk von Irena Bobowska, einer performativen Lesung ihrer Gedichte und einer Präsentation des Buches „Die fehlende Hälfte der Geschichte”.

Continue reading “Frauenclub Begine. Projekt Irena Bobowska.”

Spacer / Spaziergang

SATURDAY, 22 APRIL 2023 AT 16:00

Steglitz
Ulica Pałacowa i pałace
Die Schloßstraße und die Schlösser

Treffpunkt: Grunewaldstrasse 3
U-Bahn & S-Bahn Steglitz

PL
Ulica Pałacowa i pałace na Steglitz
Ukryta synagoga i Ściana Lustrzana
„Pałac” w chmurach i willa Schwartzów…

Między wsią i miastem, starym i nowym, nowoczesnym i staroświeckim, pamięcią i niepamięcią.
Zapraszamy serdecznie na spacer wokół pałaców!!!

Spotykamy się na Steglitz, przy „Pałacu“, wejście od Grunewaldstraße 3, w sobotę, 22 kwietnia 2023 roku o godzinie 16.00.

Nasz “pałacowy” spacer po “pałacowej” ulicy przewidujemy na okolo 1,5 godziny.
Zapisy: n.pruefer@sprachcafe-polnisch.org

Udział w wydarzeniu jest bezpłatny.
Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu o literaturze, prowadzonego przez berlińskie autorki: Elę Kargol, Krystynę Koziewicz, Ewę Marię Slaską i jej blog „ewamaria.blog“ (www.ewamaria.blog).

DE
Die Schloßstraße und die Schlösser in Steglitz
Die Spiegelwand und die versteckte Synagoge
Die Wolkenburg und die Schwartzsche Villa…

Zwischen Land und Stadt, alt und neu, modern und klassisch, zwischen Gedenken und Vergessen. Sie sind herzlich eingeladen zu einem Spaziergang um die Steglitzer Schlösser!

Wir treffen uns in Steglitz, am Schloss, Eingang Grunewaldstraße 3, am Samstag, den 22. April 2023 um 16.00 Uhr. Unseren “Schloss”-Spaziergang planen wir für ca. 1,5 Stunden.

Anmeldungen: n.pruefer@sprachcafe-polnisch.org

Die Veranstaltung ist kostenlos.

Die Veranstaltung findet im Rahmen des Zyklus über Literatur, geleitet von den Berliner Autorinnen Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska und ihrem Blog “ewamaria.blog”(www.ewamaria.blog) statt.

Chris Niedenthal

Urszula Usakowska-Wolff


Reblog: Der Beruf des Fotografen ist gewissermaßen meine Mission

Die Personale „Chris Niedenthal“ im Warschauer Haus der Begegnungen mit der Geschichte zeigt 200 seiner Fotografien aus fünf Jahrzehnten.

Chris Niedenthal hat mehrere hunderttausend Fotos gemacht, doch eine seiner berühmtesten Aufnahmen „verdankt“ er dem Kriegsrecht, das am 13. Dezember 1981 in Polen verhängt wurde. Am Tag darauf fuhr der Fotoreporter mit einem Bekannten durch die fast menschenleeren und vom Militär patrouillierten Straßen Warschaus. Neben dem Kino Moskwa, auf dessen Fassade ein Banner mit der Reklame des Antikriegsfilms Apocalypse Now in der Regie von Francis Ford Coppola hing, stand ein Scott Panzer, aus dem Soldaten ausstiegen. Diese Fotografie von Niedenthal ist das wohl am meisten zitierte Bilddokument der damaligen Zeit, ihre düstere und zugleich tragikomische Metapher, über die der Autor schrieb:

„Für mich symbolisiert dieses eine Bild das ganze Kriegsrecht. Aber damals hatte ich keine Ahnung, dass ich etwas so Wichtiges mache: Eine Ikone für die Polen.“

Continue reading “Chris Niedenthal”

Kolonialismus in Europa 1

Kolonialismus ist jetzt in aller Münde. Leider vor allem der “da weit weit weg”. Zeitlich und geografisch weit weg. So ist es viel bequemer. In einer Broschüre der BPP (Bundeszentrale für Politischer Bildung) zu diesem Mode-Thema (Informationnen zur politischen Bildung/izpb Nr. 336 vom 3/2018) schreibt die Autorin des Heftes, Prof. Dr. Gabriele Metzler wie folgt:

Der Schwerpunkt liegt dabei auf Westeuropa. Aus Gründen des Umfangs müssen die größen europäischen Kontinentalimperien Russland und die Habsburgermonarchie (…) ausgeblendet bleiben.

OK, BPB hatte keinen Zeit und Raum für dieses Thema. Schade. Hier auf diesem Blog lade ich ein, über Kolonialismus Russlands und Deutschlands IN EUROPA zu schreiben. Nicht nur wissenschaftlich. Prosa und Poesie, Film, Musik, Kunst sind gleichberechtigte Ausdrucksformen.

Ich werde versuchen ein Projekt zu diesem Thema zu starten, eine Aktion, eine Ausstellung, ein Buch.

Macht mit.

Redakcja / Ewa Maria Slaska

“ӨМӘ”

Ausstellung zu russischem Kolonialismus

Yiliia Katchypina

11.03. – 29.05.2023
Ort
Kunstraum Kreuzberg/Bethanien, Mariannenplatz 2, Berlin-Kreuzberg

Öffnungszeiten
So – Mi 10:00 – 20:00 Uhr
Do – Sa 10:00 – 22:00 Uhr

Eintritt frei

Sprache(n): 

  • Deutsch
  • Englisch


Veranstalter_in: neue Gesellschaft für bildende Kunst

Zur Ausstellung

In russland** leben Menschen aus 185 verschiedenen ethnischen Gruppen. Trotzdem gilt das Land, gerade im Westen, nach wie vor als „weiß“. Obwohl ethnische Minderheiten in der Geschichte russlands gewaltsam unterdrückt wurden und von ethnischen Säuberungen bis hin zum Genozid betroffen waren, wird Kolonialismus nicht nur vom russischen Regime, sondern auch von großen Teilen der Opposition im Land häufig als westlicher Import gesehen. An die Stelle einer Aufarbeitung der russischen Kolonialgeschichte tritt die Erzählung russlands als antikolonialer und antiimperialistischer Macht, die seit dem Überfall russlands auf die Ukraine auch zentraler Bestandteil der Kriegspropaganda ist.

Die Ausstellung Өмә ([öme]; baschkirisch für „kollektive Selbsthilfepraktiken“) macht deutlich, dass der aktuelle Krieg gegen die Ukraine wie auch die Annexion der Krim 2014 nicht isoliert von der Geschichte russlands betrachtet werden können, sondern die Fortsetzung einer historischen Kontinuität des russischen Imperialismus darstellen. Während seit Kriegsbeginn ukrainische Positionen zu Recht oftmals im Vordergrund standen, möchte Өмә daher nun dem antikolonialen Widerstand in russland mehr Platz einräumen.

Dazu versammelt die Ausstellung rund dreißig künstlerische Positionen von Mitgliedern indigener Gemeinschaften sowie von Künstler_innen mit multiethnischer und migrantischer Identität aus russland. Sie zeichnen das Bild russlands als Kolonialmacht, die sich nur durch Vertreibung, Zwangsassimilierung, Christianisierung, Russifizierung und Extraktivismus innerhalb ihrer heutigen Grenzen konstituieren konnte.

Da das Bild eines weißen russlands nicht nur vom Regime, sondern auch von der – ebenfalls mehrheitlich weißen – russischen Opposition aufrechterhalten wird, konnten sich dekoloniale Bewegungen, die nach dem Zerfall der Sowjetunion entstanden, nie durchsetzen. Nicht zuletzt deshalb möchte Өмә antihegemonialen Theirstories Gehör verschaffen und mit Methoden der Autoethnografie sowie durch die Aktivierung von Archiven ein komplexeres Russlandbild schaffen. Damit positioniert sich die Ausstellung im historischen und politischen Kontext andauernder kolonialer Expansion und Gewalt.

Ein Projekt der nGbK in Kooperation mit dem Kunstraum Kreuzberg/Bethanien.

Künstler_innen: Altan Khaluun Darkhan, appak, Ars Kerim, BaderNisa, Balapan, Gilyana Mandzhieva, Gul Altyn, Gul Zeile, Insaya, iskandaria kukchachak, Keto Gorgadze, klöna, Ksti Hu, Medina Bazarğali, Neseine Toholya, norma, Patimat Partu, Polina Osipova, Ptuška, Sanjin Jirgal, sn, Tegryash, Qalamqas, qodiriy, Victoria Sarangova, YumKai, ᠰᠶᠦᠷᠧᠠᠯᠢᠶ᠎ᠠ, MU collective, Never Odd or Even, un|rest group

nGbK-Arbeitsgruppe: FATA collective

** Mit ihrer Entscheidung, das Substantiv „russland“ und damit zusammenhängende Eigennamen nicht groß zu schreiben, wollen die Kurator_innen der Ausstellung ihre Unterstützung für die Menschen in der Ukraine zum Ausdruck bringen.

Auswahl Presseartikel:

Interview Monopol: „Wir sind wütend und wollen etwas tun“

Interview Kompressor (Deutschlandfunk Kultur): „Ausstellung über Minderheiten in Russland“

Beitrag rbb Inforadio: „Өмә: Ausstellung zu russischem Kolonialismus“ 


***

Und meine Fotos von der Ausstellung:

Was ich von der Ausstellungs denke? Es ist ANDERS. Das scheint mir das Wichtigste dabei. Es ist anders, es gibt viele sanfte Menschen, Frauen, Kinder, Musik. Es gibt Haus und Heimat, Essen, Kochen, Sticken, Nähen, Schlafen, Lieben. Textilien und nicht nur Texte. Und es ist so ungewöhnlich, plötzlich all diese Menschen zu sehen, von denen wir bis jetzt nichts wußten – Buryaten, Tschuktschen, Tschetschenen, Bashkiren, Kasachen, Tataren – alle diese Völker, die Mal von Russland eingenommen wurden und bis jetzt große, schweigende, vergessene Teile des russischen Imperiums sind. Wir sehen die größen Volker, größe Nationen – die Ukrainer, die Weißrussen und natürlich die Russen selbst. Die kleinen sind so weit weg, so marginalisiert und plötzlich sind sie alle da. So viele, so sanft und doch so hart.

Achtung, das Foto Nr. 6 ist nicht umgedreht.

Frauenblick auf Tár

Monika Wrzosek-Müller

Gedanken zum Film Tár

Eigentlich wollte ich über Cate Blanchett schreiben, die man letztens oft im Film sah, aber auch im deutschen Fernsehen. In einem Live-Interview der ARD saß sie der bekannten Moderatorin Sandra Maischberger auf dem Sessel gegenüber. Auch bei der Oskar-Verleihung fehlte sie nicht. Ich bewundere sie sehr, ihren Stil, ihre Anmut, Coolness und ihr professionell wirklich fantastisches Spiel – jetzt gerade wieder in dem langen Film Tár. Trotzdem gehen meine Gedanken nach dem Film in eine andere Richtung.

Immer öfter denke ich darüber nach, was für eine Welt wir uns aufgebaut haben, wie werden die Generationen nach uns leben müssen. Es geht mir sogar weniger um die Klimakatastrophe als um die Welt des Geldes, obwohl diese Welten erstaunlich eng zusammenhängen; es handelt sich eher um die Welt der Habgier, der horrenden Ungleichheit der Menschen in allen Lebensbereichen. Das haben wir alles selbst hervorgebracht, selbst gewollt, bei der Entwicklung zugesehen, sie zugelassen.

Warum komme ich gerade bei diesem Film (bei Tár) auf solche Gedanken? Eigentlich verbindet man die Kunst (im Film geht es um die Musik) nicht mit Ungleichheiten und Bevorteilung, sondern mit Talent, Hingabe, Fleiß und (etwas) Glück. Doch was mich beim Ansehen von Tár am meisten beeindruckt hat – neben dem hervorragenden Spiel von Blanchett – das war die Einsicht, wie abgehoben die Welt der Dirigenten und ihrer gottgleichen Stellung in der Welt der Musik ist; sie wird hier wie ein Epizentrum der Macht dargestellt. Wir erleben, wie eine relativ junge Frau als Chefdirigentin der Berliner Philharmonie berufen und damit mit Geld und Privilegien überhäuft wird. Sie fährt sofort einen grotesk großen Porsche, bekommt ein zweites Luxus-Appartement, wird eingekleidet von einem Herrenausstatter, bekommt maßgeschneiderte Hemden, einen Smoking; die Szenen bei dem „Maßschneider“ Egon Brandstetter in Berlin-Wedding sind sehr gelungen, er spielt sozusagen sich selbst. Vielleicht konnte er von diesen Szenen sogar als Werbung für sein Atelier profitieren. Lydia Tár, die Stardirigentin, fliegt im Privatjet nach New York, nur um am nächsten Tag bei der Orchesterprobe dabei sein zu können. Wohl ganz zu schweigen von der Gage, die sie monatlich bezieht. Was ihr dann zustößt, ist offenbar auch durch die Überhöhung ihrer Position sozusagen vorprogrammiert. Die Umstände formen die Menschen im Guten wie im Schlechten. Natürlich ist sie noch dazu so schön, so cool, aber lesbisch und zu scharf, und sie verlangt von anderen wahrscheinlich zu viel. Sie hat ihre ganz präzisen Vorstellungen von ihrer Interpretation der Partitur, ihre ganz eigene Sicht der Musik. Die Welt des Orchesters mit ihren Problemen existiert aber genauso, und sie ist für die Musik, die wir zu hören bekommen, vielleicht sogar noch wichtiger als die des Dirigenten.

Mich hat das immer wieder abgestoßen und verwundert: die Erzählungen über die Unverschämtheiten von Dirigenten wie Karajan, Barenboim oder anderen und wie alle das ausgehalten und still hingenommen haben. Wieviel Raum, wieviel Macht darf so ein Genie bekommen, vielleicht auch ausnutzen, davon handelt der Film. Von einem Bekannten, selbst Orchestermusiker, hörte ich aber auch, dass gut eingespielte Musiker die DirigentInnen wenig bis gar nicht brauchen, kann das denn stimmen? Im Film wird die Erinnerung an diese männlichen, patriarchalischen Dirigenten in den Szenen festgehalten, in denen das Vorspielen der KandidatInnen für einen Platz im Orchester hinter einem Vorhang stattfindet. So kamen damals auch die Frauen zu einer Einstellung, vielleicht auch Ausländer. In Tár wird die Bedeutung des Vorhangs heruntergespielt, gar verlacht, denn der Vorhang ist zu kurz und man sieht deutlich die Schuhe des Kandidaten; also doch durchschaubar, wer gerade vorspielt. Und siehe da: die junge, coole, exzellente Dirigentin macht sich das zunutze.

Jemand hat mir gesagt, das sei ein Film über Aufstieg und Fall von Stars in künstlerischen Berufen, über ihren Platz, ihre Privilegien und manchmal auch ihren Anteil an Macht; es könnte sich genauso um ArchitektInnen, MalerInnen oder gefeierte SchriftstellerInnen handeln. Doch ich denke, die Stellung eines Chefdirigenten ist schon etwas besonders. Er herrscht über andere KünstlerInnen, soll ein absolutes Gehör haben und, was wahrscheinlich noch wichtiger ist, ein Charisma, das ihm eben erlaubt über die anderen zu herrschen – um der Musik willen. Das ist hier wirklich die große Frage.

Erstaunlich unterschiedliche Meinungen hörte ich zu dem Film, aber zugleich immer und wirklich immer wieder die große Begeisterung für das Spiel von Cate Blanchett. Manche sahen sie als Inbegriff des Bösen, Überheblichen, andere als Opfer der komplizierten Welt der Musiker, der Musik, des Kampfs um Machtpositionen. Auf jeden Fall wird ihr Abstieg, ihr Fall richtig schockierend dargestellt; ihre Verbissenheit, fast Besessenheit, mit der sie sich in der Welt der Musik zu behaupten versucht, weckt aber auch Bewunderung. Andererseits, was sonst blieb ihr übrig? ihr Elternhaus existierte nicht mehr, sie stammte aus sehr bescheidenen Verhältnissen und arbeitete sich allein durch Disziplin und harte Arbeit hoch. Manche fanden gar, dass sie verrückt geworden sei und dass die letzten Szenen aus Asien sich vielleicht in ihren Träumen abgespielt hätten. Hinweise auf ihre übergroße Sensibilität für Geräusche finden sich in vielen Szenen, ebenso wie auf ihre übermäßige Nervosität.

Der Film zeigte deutlich, wie schwer es für eine Frau ist, in der ehemaligen Welt der Männer zu bestehen, sich zu positionieren und eine Stellung zu behaupten, daneben eine Beziehung zu pflegen, ein adoptiertes Kind als Mutter-Vaterfigur zu betreuen. Es wird schließlich erwartet, dass eine Frau sich anderer Mechanismen bedient, um an der Macht zu bleiben. So etwa lautete die Frage der deutschen Journalistin, doch darauf antwortete Blanchett sinngemäß: warum glaubt man, die Frau müsse mitfühlender, toleranter, besser, sanfter und anders agieren als der Mann? Sie wolle doch auch ihre Rolle, ihre Karriere, ihre Machtposition behaupten.

Auf jeden Fall finde ich den Film sehenswert, die kontroversen Meinungen, Sichtweisen darüber zeigen deutlich, dass er einen Nerv getroffen hat und uns auf vielen Ebenen berührt.