Z Andrzejem Milczanowskim poznaliśmy się pod koniec 1977 lub na początku 1978 roku. Dokładna data zatarła się nam obu w pamięci. Zapoznał nas ze sobą Michał Paziewski. Byłem wówczas konstruktorem w Stoczni Szczecińskiej, gdzie pracowałem od 1974 roku. Michał zaprosił mnie na jedno ze spotkań u Andrzeja w których później w miarę regularnie uczestniczyłem. Było nas jedenastu: Artur Frey, Michał Paziewski, Michał Plater-Zyberk, dr Jerzy Słonecki, ks. Waldemar Szczurowski, Jan Tarnowski, dr Mieczysław Ustasiak, Ewaryst Waligórski, Jerzy Zimowski, Andrzej oraz moja osoba, a chyba od 1980 roku dołączył także Ryszard Ukielski. Na spotkaniach tych zapalczywie dyskutowaliśmy na tematy polityczne i historyczne, wymienialiśmy się i pożyczaliśmy sobie prasę i książki tzw. „drugiego obiegu”. Wówczas po raz pierwszy miałem w rękach Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Po powstaniu „Solidarności” te grupowe spotkania, z powodu braku czasu u ich uczestników, umarły śmiercią naturalną.
Wczoraj publikowałam tu włoski artykuł o tym, że nie mamy już Europy, nie mamy wspólnej europejskiej flagi, flagi w tym sensie, w jakim flaga jakiegoś narodu, symbolicznie go jednoczy w chwili niebezpieczeństwa. Ela, pisząc kilka dni temu o wieńcach ku czci powstańców wielkopolskich, wyraziła nadzieję, że jak dojdzie do niebezpieczeństwa, wszyscy staną wspólnie pod tą jedną flagą, tak jak wspólnie, ci z lewa, ci z prawa i ci ze środka, złożyli “ku czci” identyczne ozdobione flagami wieńce.
Autor jednak, podobnie jak Paulo Rumiz, sugeruje, że się nie da, że flaga NA Pałacu Prezydenta i flaga Pałacu Prezydenta to dwie różne flagi i ich różność nas poróżnia.
Monika Wrzosek-Müller nadesłała do publikacji nieco patetyczny, ale do głębi autentyczny list Paulo Rumiza, włoskiego dziennikarza do premiera Tuska, zawierający wielce trafną analizę sytuacji w Europie.
Si tratta di una missiva un po’ irrituale, come ammette lo stesso autore, in cui si appella alla Polonia come una sorta di salvatrice dell’Europa. Un testo dai toni gravi e accorati, che qui riporto. È molto lunga e per questo la spezzo in due parti.
Plany interwencji sowieckiej w Polsce na przełomie listopada i grudnia 1980 roku. Nowe hipotezy
Reżim NRD-owski miał swoje uświęcone rytuały. Co roku pod koniec października Erich Honecker przyjmował w okazałym gmachu Rady Państwa (Staatsrat) w Berlinie Wschodnim świeżo promowanych na pierwszy stopień oficerski młodych poruczników. W otoczeniu kierownictwa politycznego i wierchuszki wojskowej wygłaszał przemówienie na temat konieczności obrony „osiągnięć” NRD, potem zaś odbywało się przyjęcie, które miało za cel zintegrować młodych oficerów i dowartościować ich poprzez namacalny kontakt z kierownictwem państwa. Była to z reguły jakby wewnętrzna impreza armii NRD-owskiej, nie zapraszano na nią sowieckich wojskowych czy też przedstawicieli innych armii Ukladu Warszawskiego.
27 pazdziernika 1980 roku odbyło się kolejne takie spotkanie, z którego zachowało się kilka dokumentacyjnych fotografii. I oto u boku Honeckera i ministra obrony NRD Heinza Hoffmanna stał w demonstracyjny sposób generał armii Jewgienij Filippowicz Iwanowski, od 1972 roku głównodowodzący Grupy Wojsk Radzieckich w NRD z siedzibą w Wünsdorf pod Berlinem (Datei: Bundesarchiv Bild 183-W1027-0020, Berlin Militärabsolventen, 27.10.1980). Przypadł mu więc tego październikowego wieczoru honor zgoła niecodzienny, gdyż mimo swojej wysokiej funkcji również on nie bywał wcześniej na takie spotkania zapraszany.
Powód był jeden: Od końca września 1980 roku Honecker parł zdecydowanie do zbrojnej interwencji w Polsce. Sprzymierzył się w tym celu właśnie z generałem Iwanowskim – sowiecki generał i dowództwo armii NRD-owskiej rozpoczęli taktyczne i logistyczne przygotowywania do ewentualnej inwazji Polski od Zachodu. Z polskiego punktu widzenia zapowiadała się makabryczna powtórka – Iwanowski jako młody żołnierz wziął mianowicie udział w uzgodnionej z Wehrmachtem agresji Armii Czerwonej przeciwko Polsce 17 września 1939 roku. Moskiewskie politbiuro zachowywalo się jednak w październiku i listopadzie 1980 roku w sposób wyczekujący, popierając wprawdzie te przygotowania, ale traktując je jednocześnie jako środek nacisku psychologicznego na kierownictwo polskie.
O ile wojskowi sowieccy w olbrzymiej większości popierali inwazję Polski, o tyle minister obrony Dymitr Ustinow miał, jak się wydaje, spore wątpliwości. Rozmawiajac z Honeckerem we wrześniu 1980 roku zwrócił mu uwagę na fakt, iż wielu czołowych polityków amerykańskich takich jak Zbigniew Brzeziński i Edmund Muskie, a także oczywiście papież, są „polskiego pochodzenia” i że koszta polityczne i wojskowe wkroczenia do Polski mogłyby być bardzo wysokie. Przyczynił się do tego też fakt, iż inwazja Afganistanu – której gorącym zwolennikiem był uprzednio w grudniu 1979 roku sam Ustinow – nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i wciągnęła ZSRR w długotrwałą wojnę.
Wydaje się, że w listopadzie 1980 roku Ustinow zorientował się, iż istnieje ryzyko podjęcia jakiś nieodpowiedzialnych działań przez Iwanowskiego i że doszło ze strony podległego mu generała do zbytniej komitywy z Honeckerem i z dowództwem armii NRD-owskiej. Podjął więc jedyną w swoim rodzaju decyzję: 25 listopada odwołał Iwanowskiego ze stanowiska dowódcy wojsk sowieckich w NRD i przesunął na stanowisko dowódcy białoruskiego okręgu wojskowego z siedzibą w Mińsku, zaś dowódcę okręgu białoruskiego, generala armii Michaiła Zajcewa przesunął z kolei właśnie na stanowisko dowódcy tej grupy wojsk w NRD. Doszło więc do roszady na tych kluczowych stanowiskach dowódczych i to właśnie w okresie, gdy nieustannie zdawała się zacieśniać pętla wojskowa wokół PRL-u, zaś przygotowania inwazyjne sztabów w Wünsdorf i w Mińsku dobiegały końca.
W potencjalnej agresji przeciwko Polsce główna rola musiała przypaść właśnie 15 sowieckim dywizjom zgrupowanym w NRD i na Bialorusi, dowodzonym przez obydwu generalów. Przesuwajac ich w kluczowym momencie na nowe stanowiska Ustinow sabotował w sposób oczywisty plany wkroczenia wojsk do Polski w grudniu 1980 roku. Musiałoby przecież minąć kilka miesięcy nim obaj dowódcy mogli się zapoznać z podległymi im teraz nowymi wojskami i nowym terenem, na którym miało przyjść im działać. Jest rzeczą absolutnie zadziwiajacą, iż znaczenie tej jakże dobitnej w swej prostocie roszady umknęło uwadze historyków opisujących i analizujących dramatyczną sytuację wokół Polski w listopadzie i grudniu 1980 roku.
Decyzja Ustinowa w sposób bezpośredni dezawuowała też polityczne i wojskowe plany Honeckera. Przywódca NRD zareagował w następnych dniach kilkoma, mało przemyślanymi, lecz nieslychanie demonstracyjnymi ruchami. I właśnie działania Honeckera bezpośrednio po tej decyzji – czyli w dniach od 28 listopada do 1 grudnia, wydają się potwierdzać w sposób paradoksalny nasze, ex post, odczytanie wymowy tej roszady. Być może Honecker odebrał usunięcie Iwanowskiego jako element intrygi w ramach samych sowieckich sił zbrojnych i liczył, iż kierownictwo sowieckie w pełnym składzie jednak podejmie niebawem decyzje o interwencji.
W trzy dni po usunięciu generala Iwanowskiego, 28 listopada 1980 roku, odbyło się wiec posiedzenie NRD-owskiego Biura Politycznego w Strausbergu pod Berlinem, gdzie znajdowało się naczelne dowództwo sil zbrojnych NRD. Wprawdzie w planowanej inwazji Polski miała uczestniczyć wschodnioniemiecka 9 Dywizja Pancerna, ale Biuro Polityczne na pewno nie mogło przecież zajmowac się konkretnymi działaniami wojskowymi – wybór Strausbergu jako miejsca obrad Biura stanowił więc niewątpliwie element psychologicznego nacisku na hamletyzujące i podzielone na frakcje kierownictwo sowieckie. 30 listopada Honecker poleciał z nagłą wizyta do Pragi, by uzgodnić wspólne stanowisko z innym zwolennikiem inwazji, szefem komunistów czechosłowackich, Gustawem Husakiem. Tego samego dnia powrócił na swoje stare miejsce na alei Unter den Linden w Berlinie Wschodnim słynny pomnik króla pruskiego Fryderyka II, prominentnego grabarza I Rzeczypospolitej. W sytuacji napięcia na granicach PRL-u wymowa tej pomnikowej restytucji miała szczególnie antypolski charakter. Zaś w dzień później, 1 grudnia 1980 roku, czołowy organ SED „Neues Deutschland”, który uprzednio niesłychanie skapo informowal o sytuacji w Polsce, zamieścił blisko dziesięć artykułów i notatek poświęconych „solidarnościowej kontrrewolucji” w Polsce. I w tym wypadku uprawnione jest stwierdzenie, iż dotychczas nie zestawiono i przeanalizowano w szerszym kontekście tych gorączkowych ruchów Honeckera, wywołanych szokiem po utracie sprzymierzonego z nim generala Iwanowskiego.
Ta groteskowa, jeśli nie wręcz dziecinna, hiperaktywność Honeckera, która po tygodniu skończyła się równie szybko jak się zaczęła – nie mogła jednak wpłynąć w sposób zasadniczy na kierunek polityki moskiewskiej. Przez następnych kilka dni Rosjanie testowali coś na kształt pól-inwazji, a mianowicie pozornie pokojowego wkroczenia do Polski pod pretekstem wspólnych manewrów wojskowych, lecz już 5 grudnia Stanislaw Kania dowiedział się w Moskwie od samego Leonida Breżniewa o zawieszeniu planów inwazji. Tego samego dnia – co znamienne – Erich Honecker uroczyście pożegnał w Berlinie Wschodnim generała Iwanowskiego i powitał generała Zajcewa, przez co wiadomość o tej roszadzie musiała dotrzeć i do polskiego kierownictwa. Wobec Zachodu Rosjanie jeszcze przez kilka dni podtrzymywali atmosferę gotowości do zbrojnych działań, zaś mocarstwa zachodnie albo naprawdę nadal bały się inwazji – choć już 6 grudnia pierwsze sowieckie jednostki zaczęły wycofywać się z pozycji wyjściowych przy granicach Polski – albo z przyczyn propagandowych udawały, iż wierzą w taką możliwość. Dopiero po 10 grudnia napięcie na granicach Polski opadło i stało się jasne, iż Polacy spędzą święta Bożego Narodzenia bez nieproszonych gości ze Wschodu i Zachodu.
A tak naprawdę to w najgłębszym moim przekonaniu kontury tej dobrej dla Polski decyzji zarysowały się już 25 listopada, czyli o dwa tygodnie wcześniej, kiedy to właśnie usunięto z kluczowej pozycji dowódcy wojsk sowieckich w NRD wojowniczego generała Iwanowskiego. Czy była to decyzja samego Ustinowa czy tez stały za nią, co bardzo prawdopodobne, inne osoby z kierownictwa sowieckiego, tego przy dzisiejszym stanie badań nadal nie wiemy. Warto jednak próbować w przyszłości podążyć tym tropem i starać się dokładniej wyjasnić tło tego zbawiennego dla Polski aktu.
Zaś w rok później, w październiku 1981 roku na kolejne spotkanie kierownictwa NRD-owskiego z nowo powoływanymi młodymi oficerami nie zaproszono już generała Zajcewa, następcy generala Iwanowskiego. Tym dramatyczniejsza jest wymowa pozornie mało istotnej fotografii z 27 października 1980 roku. Widzimy tam po prostu trójkę potencjalnych grabarzy naszego kraju.
Wczoraj przy torach w Małkini szedł stary Bóg i Bogini Zrobiło się zgromadzenie a z tego cudu chryja – że na torach – i że zgorszenie – sam Pan Bóg i Maryja – dlaczego się trzymają? – a dokąd idą? – gdzie? … że Syna razem mają- wiadomo, każdy wie
– czy do nas uciekają z Palestyny i w strachu przed głodem przed Herodem dziś zwanym Netanjachu?
Listopad
Ciężka mgła opadła na miasto Spod mgły wyciągano ciała poetów, często w momencie ostatniego natchnienia
Pierwszy dzień zimy
Od Koszalina do Tatr scenariusz się powielał Świat szronem rano zbladł a potem śniegiem zbielał
Minister do Spraw Zaskoczeń spał długo, była niedziela Nie wierzę własnym oczom! i przekrwione przecierał Starł dłonią zimny pot z czoła myślami porażony że zima dookoła A zimowe opony??!! Padły dostawy prądu Zerwana pod śniegiem trakcja Olejnik pyta się Rządu – PIS? czy Konfederacja? – Zaraz to ustalimy, potem piaskiem i solą Nie gadamy, rządzimy Sprawy są pod kontrolą Nasz Rząd wkrótce dokaże rosnące poparcie i chęci Pójdą nam w górę sondaże wraz ze słupkami rtęci
Das heutige Europa wurde nach dem Zweiten Weltkrieg auf Versöhnung aufgebaut. Ehemalige Feinde verwirklichten ihren Traum von einer Gemeinschaft auf Augenhöhe.
Ein Beispiel dafür ist die Wanderausstellung „Versöhnung für Europa“, die bereits in verschiedenen europäischen Städten gezeigt wurde. Nach Stationen in Rom, Warschau und Görlitz ist die Ausstellung nun vom 1. Dezember 2025 bis zum 15. Januar 2026 im Roten Rathaus in Berlin zu sehen.
Lubimy się bać. Pamiętam jak w młodości chodziliśmy wieczorami po mieście i jak trafiała się ciemna uliczka to ktoś rzucał – diabeł nas gonił. Ale się wtedy uciekało. Przeskoczyłem drogę wjazdową do jednej posesji, co w dzień nigdy mi się nie udało. Jak się już zmęczyliśmy, to przechodziliśmy do marszu i nikt nawet nie sprawdzał, czy dalej diabeł nas goni. Polityka tak jak i religia to zarządzanie lękiem. Czemu to jest tak skuteczne?
Wyobraźmy sobie dwie partie polityczne. Jedna L – partia prorozwojowa, w miarę sprawna w rządzeniu, rozsądnie oceniająca zagrożenia i podejmująca racjonalne kroki, by je zażegnać. Druga, R-partia, nieudolna gospodarczo, hamująca rozwój, obsesyjnie mnożącą i wyolbrzymiająca zagrożenia.
Przyjmijmy, że fundamentalnym, zepchniętym do podświadomości lękiem, jest lęk związany z postępem cywilizacyjnym. Przyjmijmy, za Kępińskim, że jednym za sposobów redukcji tego fundamentalnego nieokreślonego lęku, jest przykrycie go strachem czyli lękiem określonym, niekoniecznie racjonalnym.
Ja bym głosował za R-partią. Swoją nieudolnością przynajmniej nie potęgowałaby mojego lęku fundamentalnego, jednocześnie zastępowałaby go lepiej znośnymi dobrze określonymi lękami i nieistotne na ile racjonalnymi. L-partia ta prorozwojowa mało, że pcha mnie w coraz głębszy lęk, to na dodatek nie daje mi tej ułudy, że wiem co mi grozi. Jakby jakimś cudem wygrała L-partia, to na prezydenta wybrałbym kogoś, kto będzie straszył i sypał piasek w tryby, hamował powrót na drogę postępu. ” No i rybka” jak mawiał prof. Feliks P.
Myślę, że sprawa jest bardziej skomplikowana, niemniej nie bagatelizował bym tego fundamentalnego lęku w wyjaśnianiu ludzkich często irracjonalnych wyborów.
I na zakończenie trochę z Apokalipsy. Po niewieście obleczonej w słońce i smoku o siedmiu głowach i dziesięciu rogach czas na Bestię. “Bestia, którą widziałem, podobną była do pantery, łapy jej – jak u niedźwiedzia, paszcza jej – jak paszczą lwa.? No i od razu przychodzi mi na myśl Karol Nawrocki. Ryczy jak lew, jak wielu polityków ma lepkie łapy niczym niedźwiedź po dobraniu się do miodu, a że nie zakłada skóry pantery na plecy, niczym plemienny kacyk, to dlatego że dziś inną moda. Za to lata robić sobie fotki za ocean .
Gdzie Jan Chryzostom Pasek nie mógł podołać… Historia stadniny koni wyścigowych w Miławczycach
Gazeta Rolnicza z 1906 roku, na stronie 126 w dziale „Wiadomości bieżące”, pod tytułem „Wspomnienie pośmiertne”, podaje następującą wiadomość: „W dniu 8 b.m. rozstał się z tym światem ś.p. Józef Trzebiński, właściciel dóbr Miławczyce, ogólnie lubiany i szanowany wzorowy rolnik i zasłużony hodowca koni wysokiej półkrwi. Tłumy włościan okolicznych zebrane na pogrzebie, świadczyły o serdecznym stosunku, jaki łączył zmarłego, byłego sędziego gminnego, z otaczającymi wsiami.”
Co fakt odznaczenia Orderem Orła Białego Waldemara Lysiaka – „Barona Münchhausena IV RP” – mówi o Karolu Nawrockim
Prezydent Nawrocki odznaczyl Andrzeja Poczobuta i pisarza Waldemara Łysiaka Orderem Orła Bialego. Poczobut na pewno bezspornie na ten zaszczytny order zasługuje, o Łysiaku tego powiedzieć nie sposób. Odznaczenie Łysiaka wpisuje się tym samym w widoczną od 2015 roku, czyli od początku prezydentury Andrzeja Dudy, tendencję do obniżania poziomu i kryterium zasług osób odznaczonych jak i coraz bardziej widocznego prawicowego przechyłu ideologicznego.
Waldemar Łysiak był autorem licznych powieścideł historycznych dotyczących epoki napoleońskiej, których szczyt popularności przypadał na koniec PRL-u, i pierwszą dekade III Rzeczypospolitej. Zapewne zaczytywał się nimi młody Karol Nawrocki i trudno zakwestionować mu prawo do nostalgicznego wspominania pierwszych lektur. Jednak poziom językowy i treści intelektualne napoleońskiej epopeji Łysiaka, które tak zafascynowaly niegdyś ambitnego gdańskiego licealistę, predestynowałyby go jednak raczej do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi i chyba niczym więcej.
Zostawmy jednak na boku samą epopeję napoleońską. W latach 90. Łysiak popelnił kilka na poły grafomańskich ataków na środowisko opozycyjne KOR-u, a przede wszystkim Adama Michnika i Jacka Kuronia jako przedstawicieli tzw. „salonu warszawskiego”. Możemy tam znaleźć wszystkie wręcz miazmaty i obsesje skrajnej prawicy, począwszy od teorii agenturalno-spiskowych a skończywszy na podskórnym antysemityzmie. Trawiony kompleksami co do własnej, dość konformistycznej kariery w PRL-u, Łysiak zaczął też naprędce konstruować nowy, wielce heroiczny życiorys pełen epizodów swoich rzekomych potyczek z SB, KGB a nawet z… wojskami kubańskimi. Brechty i przekłamania Łysiaka znakomicie zdemaskował prawie dwadzieścia lat temu (GW, 23.12.2006) Wojciech Czuchnowski, tytułując go, jakże słusznie, „Baronem Münchhausenem” IV RP.
Średni, jeżeli nie niski poziom pisarstwa Łysiaka, jego obrzydliwe ataki na świetlane postacie opozycji i rozliczne żenujące kłamstwa autobiograficzne wykluczyłyby w normalnych warunkach kandydaturę do grona odznaczonych Orderem Orła Białego. Najbardziej niepokojący moment zostawiłem jednak na koniec. Łysiak był i jest patologicznym Ukrainożercą, mnożąc pogardliwe wyzwiska pod adresem naszych sąsiadów, zaś protagonistów euromajdanu 2014 zaliczając, w pełnej zgodzie z propagandą rosyjską, do „banderowskich nazistów”.
Odznaczając najwyższym i bardzo ekskluzywnym orderem RP taką postać, Karol Nawrocki dał wyraźny sygnał polityczny, również jeżeli chodzi o politykę ukraińską. Jest to dramatyczne zerwanie z pozytywnym ukraińskim dziedzictwem Andrzeja Dudy. Nie powinniśmy mieć już żadnych złudzeń.