Reblog / Re-Facebook / Re coś tam

EMS

Znalazłam na Facebooku. Ważne. Najpierw zlajkowałam, potem przeniosłam do bloga na stronę “Heute/dziś/today”, ale wszystko mi było za mało, bo rzecz jest ważna, no więc robię rebloga i wstawiam na wieki wieków amen…

4.01.2016

KOD, budowanie ruchu społecznego, demonstracje, niezgoda, opór bierny, oporniki, deklaracje – to wszystko ładne, fajne i sympatyczne. Ale nie zapominajmy o jednym: ci, którzy tworzą to “my” (ja również), należą do tak zwanej “fajnej Polski” uprzywilejowanych, zadowolonych z dotychczasowego rozwoju, otwarcia na Zachód, względnego dobrobytu, względnego pluralizmu, mamy względnie dobre posady, mieszkamy w większości w miastach i jesteśmy zadowoleni, na tyle zadowoleni, że nie zastanawialismy się do tej pory nad tymi, których głosy obecna władza zagospodarowała i dlaczego tak się stało. Model neoliberalny, (jaki w Zachodniej Europie bylby nie do pomyślenia), który narzucono Polsce siłą globalnych graczy, ma się ku globalnemu końcowi, widać to i będzie to widać coraz wyraźniej. W Polsce dużo poszło dobrze, pewnie wiekszość spraw. Względnie dobrze, ale są duże obszary, gdzie panuje de facto feudalizm, pół-niewolnictwo, gdzie pracodawca jest bezkarnym wyzyskiwaczem, gdzie umowy z pracownikiem to śmieć, gdzie ludzie pracują z nadgodzinami na 1,5 etatu, nie widząc w tygodniu swoich dzieci, ale nie są i tak w stanie dociagnąć do pierwszego, gdzie nie można się rozchorować, bo się leci z roboty. W Polsce gospodarką rządzą korporacje nie płacące de facto podatków, rozwarstwienie się pogłębia i z biedy nie sposób wyjść o własnych siłach, chyba że wyjeżdżając za granicę. W tej Polsce uprzywilejowanych, czyli nas, tworzących choćby KOD, w ciągu ostatnich lat kompletnie zabrakło solidaryzmu społecznego, zamiast niego był paternalistyczny kapitalizm najgorszego sortu. Na Zachodzie, który my uprzywilejowani tak bierzemy za przykład i go “gonimy”, cywilizacyjnie nigdy nie zabrakło solidarności z tymi, którzy nie dają rady – niezależnie od tego czy u steru byli Chadecy, czy Socjaliści, jeżeli nie z milości bliźniego to z czystej kalkulacji, żeby nie doszło do rozwoju ruchów radykalnych. W Polsce tego zaniechano i pozwoliliśmy na to na lewej i na prawej, by społecznymi postulatami troski o wspólnotę, sprawiedliwości społecznej etc. zawładnęli radykałowie. Jakie refleksje na temat własnego działania, własnego państwa płyną z KODu i innych formacji stawiajacych opór obecnej władzy? Na razie kompletnie mi ich brakuje. Jak ma wygladać postpisowska Polska? Czy bedzie powrotem do upadajacego neoliberalizmu zadowolonych?

***
W komentarzach ktoś napisał, że grzechem, jeszcze cięższym niż brak solidarności społecznej, była obojętność, a następnego dnia przeczytałam gdzieś, że obojętność to okrucieństwo w wykonaniu ludzi dobrze wychowanych…

***

EMS

Oczywiście nie znaczy to, że nie mamy protestować, bo mamy i musimy, ale musimy jednocześnie myśleć, czuć, współczuć i przewidywać…

Więc na dziś – demonstracja w Warszawie, demonstracja w Berlinie. Idźcie, idźmy, chodźmy, chodźcie…

plakat

plakat-samstag

Reblogi czyli opowiadania o uchodźcach

polityka okladkaTak to jest… Nam Christmas… Im monotonia bytowania w schronisku. Chociaż różnie bywa. Syryjczycy z Oławy nagrali kolędę. Śpiewają po polsku i po arabsku…

Die Flüchtlinge aus Syrien in Ohlau (Niederschlesien) singen Weihnachtslieder in Polnisch und Arabisch

Gazeta Wyborcza

Sześć krakowskich rodzin przyjęło na święta syryjskich uchodźców

28 grudnia 2015

Łukasz Grzesiczak

Ośmioro syryjskich uchodźców z obozu w Be rlinie spędziło święta w Krakowie. Przyjęło ich sześć rodzin. To spontaniczna akcja, którą przy pomocy mediów społecznościowych zorganizowała krakowianka Hania Hakiel.

Hania Hakiel pochodzi z Krakowa, ale od pięciu lat mieszka w Berlinie. – W pewnym momencie zobaczyłam, że uchodźcy to moi sąsiedzi. W Polsce obserwowałam niechęć wobec idei przyjmowania uchodźców i mnóstwo negatywnych stereotypów na ich temat, dlatego poczułam coś w rodzaju poruszenia serca. Postanowiłam ich poznać, zobaczyć, co mogę i chcę dla nich zrobić. Zaczęłam chodzić do obozów dla uchodźców, rozmawiać z nimi, bawić się z dziećmi, rysować, zawiązałam pierwsze przyjaźnie – wspomina.

Dalej

***
Jak to miło!  Znam Hanię Hakiel niejako wirtualnie, przysłała do nas do schroniska wspaniałą grupę teatralną… w Nowym Roku mamy zamiar wspólnie działać dalej…

Polityka

Uchodźcy przyspieszą rozwój niemieckiej gospodarki

Niemcy zdecydowanie chętniej niż inne kraje Unii Europejskiej przyjmują uchodźców. Nie wynika to jednak z empatii dla pokrzywdzonych, ani nawet z poczucia winy za minione grzechy.

W 2013 roku Niemcy zdali sobie sprawę, że jest ich o dwa miliony mniej niż do tej pory myśleli – 80 milionów, o 2 mln mniej niż powszechnie sądzono. Prognozy są na dodatek kiepskie. Spodziewać się można, że do połowy obecnego stulecia ich liczba spadnie poniżej 69 milionów. Gdyby się to potwierdziło Niemcy utraciłyby tytuł największej gospodarki europejskiej na rzecz Wielkiej Brytanii. Trudno sobie wyobrazić bardziej namacalny dowód na kryzys demograficzny w ciągle największym kraju UE. Dlatego właśnie obecny europejski kryzys imigracyjny bywa w samych Niemczech postrzegany jako szansa dla trapionego niżem demograficznych kraju.

Niemcy są jednak zbyt poważną nacją aby podejmować jakąkolwiek decyzję bez uprzedniego dokonania rachunku zysków i strat, w tym i odpowiedzi na pytanie czy gospodarka niemiecka poradzi sobie z dużym napływem ludności obcej. Optymiści sugerują, że nie można było sobie wyobrazić lepszego niż obecnie okresu do stawienia czoła kryzysowi imigracyjnemu.

Przyczyny historyczne

Wielu Niemców otwartych jest na pomoc imigrantom z czysto humanitarnych powodów. Postawa rządu Niemiec jest już jednak bardziej złożona. Już pięćdziesiąt lat temu było jasne, że jedynie imigranci mogą zaradzić wielu kłopotom trapiącym ówczesną gospodarkę niemiecką. Wśród nich była m.in. nierównowaga płciowa w latach powojennych. Skoro wielu Niemców zginęło na froncie i brakowało rąk do pracy (zwłaszcza tej, która była poza zasięgiem kobiet), siłę roboczą należało importować.

Teza ta nie została nigdy formalnie postawiona, ale wiele przemawiają za nią wypowiedziane w 2008 r. słowa niedawno zmarłego byłego kanclerza Helmuta Schmidta w wywiadzie-rzeka udzielonemu Giovanniemu di Lorenzo: Kiedy gospodarka Niemiec Zachodnich nabierała na skutek wygenerowanego przez Ludwiga Erharda cudu gospodarczego rozpędu rodziło się pytanie co dalej. O ile Schmidt postulował podniesienie płac bądź co bądź wymęczonym wpierw wojną a potem odbudową kraju Niemcom, Erhard optował za podtrzymaniem za wszelką cenę niskich kosztów pracy w gospodarce. A do tego potrzebni byli mu imigranci, których napływ hamował przez długi czas roszczenia niemieckich pracowników.

Hamowanie presji płacowej w Niemczech musiało mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki tego kraju, co w średnim okresie czasu wykazało słuszność koncepcji Erharda. Co ważniejsze, koncepcja Erharda przyczyniła się może i do opóźnionego, ale za to trwalszego procesu bogacenia się Niemiec. Zwróćmy uwagę na to, że inne kraje Europy (zazdroszczące Niemcom silnej marki) nie miały innego wyboru jak zacząć naśladować politykę monetarną Niemiec.

Niższe koszty pracy doprowadziły do sporych nadwyżek handlowych, za sprawą których doszło do gwałtownej aprecjacji marki niemieckiej prowadzącej pośrednio do wzrostu dobrobytu w tym kraju. Jednak Schmidt – gdy już doszedł do władzy w 1974 r. – postanowił wyhamować przypływ imigrantów, których liczbę szacowano już wówczas na ok. 3,5 miliona osób. Schmidt obawiał się o zdolność do asymilacji w niemieckim społeczeństwie. Miał świadomość, że tzw. wyzwanie asymilacyjne przerasta zarówno imigrantów, jak i samych Niemców. Zielone światło dalszemu napływowi ludzi z zewnątrz dało dopiero nadejście ery Helmuta Kohla.

Rachunek ekonomiczny

W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2015 roku niemiecką granicę przekroczyło 219171 Syryjczyków. Przybyło ich być może nawet więcej. Jeszcze we wrześniu niemiecki rząd mówił, że wiązać się to będzie z kosztem około 670 euro miesięcznie. Bardziej realistycznie kwestię widzi prof. Marcel Fratzscher, szef niemieckiego instytutu Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, prof. Marcel Fratzscher, który szacuje koszt niemieckiego budżetu z tytułu przyjęcia jednego imigranta na niespełna 12 tysięcy euro rocznie, czyli około 1 tysiąc euro miesięcznie.

Trzymając się tego bardziej realistycznego rachunku i zakładając, że w 2015 r. przybędzie do Niemiec łącznie 800 tysięcy uchodźców, sfinansowanie ich przyjęcia kosztować będzie Niemcy około 10 mld euro rocznie. Fratzscher wychodzi z założenia, że w 2016 r. do Niemiec napłynie dalsza podobna liczba uchodźców, co oznaczać będzie wzrost wydatków o kolejne 10 mld euro, co odpowiadać będzie 0,6 proc. PKB Niemiec.

Jest to duże obciążenie budżetu naszych zachodnich sąsiadów. Fratzscher zaleca jednak patrzenie na tę kwotę przez pryzmat programu nakręcającego koniunkturę w Niemczech. Jego zdaniem jeśli nawet połowa z omawianych tutaj 20 miliardów pójdzie na konsumpcję ze strony uchodźców, to gospodarka niemiecka i tak zyska w postaci wyższego wzrostu PKB. A dokładniej konsumpcja ze strony uchodźców może dołożyć ok 0,3 proc. do całego wzrostu przewidzianego na rok 2016.

Fratzscher nie ogranicza jednak swojej projekcji tylko do roku 2016 i wybiega naprzód aż do roku 2035. Zakłada, że w latach 2017-2020 będzie napływać do Niemiec 400 tysięcy uchodźców rocznie. Z różnych powodów (przede wszystkim chodzi o barierę językową), współczynnik aktywności zawodowej imigrantów będzie niski (na poziomie 20 proc.). Do 2027 r. powinien on jednak wzrosnąć już do 70 proc., a jego efektywność pracy będzie wynosić 67 proc. efektywności przeciętnego Niemca.

Przy takich założeniach w 2020 r. koszt utrzymania przybyłych w latach 2015-2020 do Niemiec 3,2 milionów nowych uchodźców sięgnie 1,2 proc. PKB. W 2020 r. wielu uchodźców powinno już jednak zacząć pracować na siebie. W jego ocenie wygenerują oni już wzrost gospodarki niemieckiej rzędu 0,54 proc. Za sprawą bardzo wysokich kosztów utrzymania tzw. wzrost netto wyniesie jednak nadal minus 0,66 proc. PKB. Sytuacja powinna znacząco poprawić się już w 2025 r. kiedy tzw. zmiana netto PKB będzie już dodatnia i wyniesie 0,8 proc. PKB. A 10 lat później (to jest w 2035 r.) zmiana netto podskoczy nawet do 1,12 proc. PKB.

Optymizm Fratschera bazuje na założeniu dotyczącym struktury wiekowej uchodźców. Z punktu widzenia budżetu Niemiec najlepszym przedziałem wiekowym jest przedział od 25 do 30 lat. Przybysze w tym wieku są już oni ukształtowani zawodowo i nawet w przypadku możliwej przeciągającej się ich integracji z rynkiem pracy będą oni w stanie zapracować na swoją emeryturę. Tak więc ich tzw. obciążenie netto dla budżetu będzie wręcz ujemne.

Na strukturę wieku zwraca uwagę  też prof. Clemens Fuest z Zentrums für Europäische Wirtschaftsforschung (ZEW), który dość sceptycznie podchodzi jednak do wyliczeń Fratschera. Zdaniem Fuesta byłoby wręcz idealnie gdyby wśród uchodźców dominowali inżynierowie z Bagdadu i lekarze z Kabulu. Jest to jednak oczywiście mrzonka. Fuest nie kwestionuje korzyści dla rynku pracy, zwraca jednak uwagę na stronę fiskalną całego przedsięwzięcia, a dokładniej na obciążenie dla niemieckiego podatnika. Wbrew pozorom nie musi to być dla wszystkich w Niemczech oczywiste. Niemcy już w 2012 r. płacili per capita 125 euro za każdego uchodźcę przebywającego w Niemczech. Suma ta może znacząco wzrosnąć w najbliższych latach.

Fuest bazuje swoją ocenę na wyliczeniach prof. Holgera Bonina z 2014 r i które odbiły się w Niemczech szerokim echem. Bonin w swoich badaniach oceniał obciążenia dla niemieckiego podatnika wynikające z tytułu przyjęcia jednego uchodźcy. Ich wysokość zależy od poziomu wykształcenia imigranta. Przy obecnej strukturze wykształcenia imigrantów każdy Niemiec dopłaca do jednego imigranta 125 euro.

Gdyby struktura wykształcenia imigrantów upodobniła się do struktury wykształcenia całej ludności niemieckiej (13 proc. Niemców ma wyższe wykształcenie, 62 proc. ma wykształcenie średnie lub zawodowe, a 16 proc. nie posiada wyuczonego zawodu) dotychczasowe obciążenie przekształciłoby się w korzyść w wysokości 347 euro per capita.

Z najnowszych danych niemieckich wynika, że wśród uchodźców jest nawet 11 proc. osób z wyższym wykształceniem. Czas dzielący od momentu przekroczenia granicy przez uchodźcę z wyższym wykształceniem do momentu jego wejścia na niemiecki rynek pracy może jednak trwać nawet do 15 lat. Nie chodzi tu tylko o opanowanie i tak już bardzo trudnego języka niemieckiego, ale i nostryfikację wszystkich niezbędnych dokumentów.

Czy Niemcy wytrzymają ten okres dostosowawczy? Budżet na 2016 rok, ze względu na spore nadwyżki w 2015 r. pozostanie zrównoważony. W 2017 r. może się już jednak okazać, że przyjęcie fali uchodźców zachwieje równowagą zrównoważonego dotychczas niemieckiego budżet, co wypadnie akurat w roku wyborczym.

Za przyjmowaniem uchodźców optują niemieckie kręgi biznesowe. Wynika to z prostej kalkulacji – w Niemczech będzie brakować rąk do pracy. Gdyby jednak przyjmowane szacunki nie potwierdziły się, koszty okazały się wyższe, a potencjalne zyski niższe, Niemcy mogą ponieść duże koszty polityczne tych kalkulacji. Kosztem tym byłoby wyłonienie się w Niemczech silnej partii o zabarwieniu mocno nacjonalistycznym.

***
Ewa Maria Slaska

Bardzo rozsądny głos w dyskusji, ale… Ale choć lubię wyważoną i rozsądną argumentację, ta nie podoba mi się wcale. Autor patrzy chłodnym okiem i racjonalizuje, dokonuje reinterpretacji ludzkiego gestu kanclerz Merkel i Niemców.  W jego oczach all that jazz to czysty merkantylizm i chłodna kalkulacja.

Nie umiemy czy nie chcemy docenić ludzkich uczuć?

Przecież w samych Niemczech wszyscy się dziwią, jak to się stało, że Angela zdobyła się na taką postawę i przy niej trwa. Wir schaffen es – damy radę stanie się jednym z symboli XXI wieku.

Ale moje obawy, że jest to racjonalizacja przesadzona, a zatem szkodliwa – idą jeszcze dalej, bo oto podświadomie (ufam, że podświadomie) myjemy ręce, a nawet je umywamy. NIE MUSIMY zajmować się uchodźcami, to nie nasza broszka, niech się nimi zajmują ci, którym to przyniesie zyski.

W rozmowach z moimi rodakami usłyszałam już wiele argumentów przeciw uchodźcom, a zwłaszcza przeciw temu, byśmy my jako Polacy musieli ich przyjąć i zapewnić im opiekę.  Wypływały one niekiedy z głębi serca, z przekonań, z systemu wartości, ze światopoglądu, z głupoty, z tchórzostwa. To co tu czytamy, wypływa z analizy ekonomicznej i wydaje mi się jeszcze bardziej niebezpieczne niż głupota. 

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

Reblog: Polska PiSu – pełzający autorytaryzm

Wywiad z prezydentem Słupska, Robertem Biedroniem – 23 grudnia 2015 – Kropka na i.

biedron-olejnik

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

– Jako samorządowiec, który mógł korzystać potencjalnie z Trybunału Konstytucyjnego dziś patrzę z przerażeniem na to co dzieje się z TK.

A w komentarzach:

Świetna decyzja Pani Moniki Olejnik, aby zaprosić do swojego programu Pana Roberta Biedronia, który krytykując decyzje polityków, nie opluwa wszystkich i wszystkiego lecz mówi konstruktywnie, merytorycznie i jako politolog z wykształcenia – potrafi oceniać fakty i przewidywać ew. konsekwencje różnych działań. Polacy, posłuchajmy tego Człowieka, wyciągnijmy wnioski.

Wreszcie ktoś z ludzką twarzą, merytorycznymi wypowiedziami, inteligencją urokiem osobistym, piękny świąteczny prezent!!!!

Pan Robert Biedroń, przyszły prezydent Polski!

Dobra analiza, Biedroń wyrasta na lidera lewicy, dużo głębsze te analizy niż Nowackiej a nawet Millera czy Palikota. Biedroń w następnych wyborach do Sejmu marsz, mogą być wcześniej niż przewiduje PiS.

Reblog: Dlaczego jestem pesymistą?

Jacek Pałasiński

Oto powody, dla których jestem pesymistą.

Przez 45 lat bolszewizmu wpoiliśmy sobie przekonanie, że to, co się dzieje w kraju było winą przywiezionego na sowieckich czołgach ustroju. 25-letnia przerwa w bolszewii zdezawuowała ten mit, obnażyła naszą małość; to spsienie, te masowe manifestacje 1-majowe czy na 22 lipca, te 3 miliony członków PZPR, ta gorliwość ubeków i cenzorów, to byliśmy my, a nie ustrój.

Ale jednak za poprzedniej bolszewii mieliśmy fenomenalny punkt odniesienia, wzorzec normalności, który dodawał nam otuchy: Zachód. Kraje o ustroju liberalno-demokratycznym, gdzie obowiązywało prawo, gdzie panowała wolność i pluralizm, gdzie szanowało się prawa człowieka.

Teraz, kiedy sami, bez interwencji z zewnątrz, zarządziliśmy dla Polski drugą bolszewię, będziemy żyć nawet bez tamtej otuchy i nadziei.

Dlaczego? W weekend odbył się kongres faszyzującej partii “Alternative für Deutschland”. AfD wezwała NATO do zawarcia sojuszu z Moskwą i zakończenia sankcji przeciwko Rosji. Szefowa partii, Frauke Petry, zaapelowała do Angeli Merkel, by podała się do dymisji, ponieważ “straciła kontrolę nad kryzysem migracyjnym”. – “Proszę ustąpić, da pani radę” – powiedziała. Sondaże wskazują, że w najbliższych wyborach AfD dostanie dwucyfrowy wynik. Trwa otwarta fronda przeciwko pani Merkel w CSU, w samym CDU też rośnie opozycja wobec jej rządów i jej pełnej człowieczeństwa, szlachetnej polityce wobec uchodźców.

Kiedy w kraju tak nieistotnym, jak Polska zwycięża nazibolszewia, to jest to problem wyłącznie dla Polaków. Kiedy coś podobnego wydarza się w Niemczech, cały kontynent może zacząć drżeć. Do wyborów w Niemczech sporo się może jeszcze wydarzyć, AfD może dokonać podobnego exploit, co PiS w Polsce: wystarczy, by część klasy średniej irracjonalne odwróciła się od wartości demokratycznych.

A irracjonalnych tendencji w dzisiejszej Europie nie brakuje.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że następne wybory we Francji wygra Front National, grudniowe wybory regionalne, będą tego probierzem.

W Hiszpanii może wygrać Podemos, finansowane przez reżim wenezuelski. Katalonia się odłączy, kraj Basków pójdzie w jej ślady: kto będzie w stanie zapobiec chaosowi, który ogarnie ten kraj?

We Włoszech rosną niebezpiecznie akcje Movimento 5 Stelle i Ligi Północnej, siły liberalno-demokratyczne praktycznie już nie istnieją.

Wiedzą państwo, kto rządzi w Grecji.

Idę o zakład, że za rok już nie będzie Unii Europejskiej w kształcie, w jakim znamy ją dzisiaj, i z pewnością Polska będzie jednym z tych krajów, które przyczynią się do jej zgonu.

Scenariusz dla naszego kraju jest czarny, istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo, że w 2015 r. mieliśmy ostatnie wybory demokratyczne, że PiS raz zdobytej władzy już nie odda, odrobił już lekcję z 2007 r. Należy się spodziewać rozmontowania instytucji demokratycznych, niezliczonej liczby prowokacji wobec opozycyjnych partii i organizacji społecznych, wzorem Turcji. Przewodnia siła narodu zagranie całą władzę i trzeba będzie kolejnej rewolucji albo kolejnej wojny, żeby się jej pozbyć. A przy jej rządach wojna zbliża się wielkimi krokami.

Czeka nas więc nieciekawa przyszłość, pozbawiona na dodatek owej nadziei, którą za pierwszej bolszewii dawała obecność liberalno-demokratycznego Zachodu, bo Zachód właśnie od owych wartości także zaczyna odchodzić.

Reblog: Przeciw uchodźcom

Wyborcza.pl  16.09.2015

Magdalena Środa

Nienawiść jedno ma imię

Niedawna manifestacja przeciw uchodźcom wywarła na mnie takie wrażenie, że nie mogę się otrząsnąć z niego do dziś. I nie mogę pojąć, dlaczego żaden z polityków obecnych na licznych konwencjach wyborczych, zamiast klepać kłamliwe obietnice, nie zaczął krzyczeć: “nie!” Po prostu: “nie”! Bo to już nie jest sprawa przekonań politycznych, ale sumienia i elementarnej odpowiedzialności.

Wiele razy widziałam demolujących miasto kiboli czy nacjonalistów, ale sobotnie marsze nienawiści to coś więcej.

Szli mężczyźni pobudzani przez testosteron, ale też całe rodziny, panowie z brzuchami, dziewczyny z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Szli i wykrzykiwali nienawiść legitymizowaną rzekomą polityczną racją stanu. Już nie chodzi o jakiś klub sportowy ani o tęczę, nie chodzi tylko o to, by popić na mieście i postraszyć ludzi chamstwem i agresją (wśród “patriotów” słowo “jeb” było w ciągłym użyciu).

Teraz to coś więcej. Chodzi o obronę “naszości” i wykluczenie “obcych”, którzy nam zagrażają. Jak kiedyś Żydzi Aryjczykom. Podobny ton, podobna nienawiść, podobny poziom przesądów, podobny żar. Tyle że jeszcze w zalążku. To się tli i można to zagasić, ale można też rozdmuchać.

Chodzimy po cienkiej czerwonej linii. Jestem pewna, że prawicowym partiom jest to na rękę. Problem uchodźców spadł im jak z nieba. Z nienawiści do gejów i do genderyzmu nie da się więcej wycisnąć. “Wielkie homolobby”, przed którym ostrzegał niezmordowany showman ksiądz Oko, jak i “ideologia gender”, fantom ożywiony przez biskupów, przestały działać na zbiorową wyobraźnię.

Co innego taki muzułmański uchodźca. Można nim straszyć skuteczniej niż Żydem, genderem i gejem razem wziętymi. Żyd rozsiewał choroby, gej deprawował ojców rodzin, gender zmieniał płeć dzieci, uchodźca będzie niszczył krzyże, wynaradawiał, zabierał pracę i gwałcił kobiety. Nie ma to jak uchodźca! Samo zło i terroryzm. Jak łatwo zmobilizować wokół tej figury ludzkie obawy, namiętności! I jak łatwo obiecać wybawienie od zła.

Wiele lat temu pisałam, że polska tolerancja jest mitem, fikcją, podobnie jak szacunek i miłość bliźniego. Deklarujemy je, ale nie praktykujemy. Europejczykami jesteśmy tylko wtedy, gdy chcemy coś dostać. Solidarność to nazwa związku zawodowego, którego szef ma psa Kacperka i lubi luksus. Nic więcej.

Jesteśmy plemieniem, którego tożsamość budowana jest na niechęci wobec obcych. Zapewne jest to konsekwencją okresu komunizmu, długiej izolacji od normalnego, otwartego, multikulturalnego świata.

Prawdziwymi postkomunistami, nie tylko w Polsce, ale również na Węgrzech, w Czechach, na terenach byłej NRD, są ci, którzy ciągle marzą o żelaznej kurtynie, o izolacji od świata. Tej postkomunistycznej niechęci wobec obcych nie jest w stanie przełamać nawet wiara w Boga głoszącego miłość bliźniego. Zresztą jaką miłość? Gowin powie niedługo, że Bóg się mylił, tak jak myli się papież Franciszek.

A ja się tylko pytam, czym się różni owa nienawiść maszerujących “patriotów”, ich gotowość do hejtów, do przemocy, do narodowo-wodzowskiej dyktatury od nienawiści sianej przez terrorystów? Nienawiść jedno ma imię. Jej biało-czerwony kolor nie zmieni jej istoty.

***
Pod artykułem Magdaleny Środy Redakcja Wyborczej zamieściła informację, na którą czekam już od kilku lat – nie będzie można zamieszczać anonimowych wypowiedzi!!! A więc jednak można! Brawo!

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli?
Pod adresem listy@wyborcza.pl czekamy na Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym “Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl

17 września 1939

Wpis numer 1000!

Tomasz Fetzki

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne. Ten, którego za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstał w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

I taki był pierwotny plan. Zmienił się ze względu na jubileusz tysiącwpisu i na kilka innych okoliczności, o które mniejsza… Ale obiecuję, będzie krótko.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarza mi się w różnych okolicznościach, bardziej lub mniej profesjonalnych, popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj ma historię w nosie. Nie o to idzie, że zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, bo nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!, jak?!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wciąż jestem na początku drogi, jednak wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża tę rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, o ileż dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy, zwłaszcza na okoliczność ostatnich i najbliższych wyborów, śpiewają ochoczo po kościołach Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, naprawiajcie je, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, nie wydacie z siebie nawet jęku. A ona może przyjść, wszak Fortuna dicitur caeca, ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowego Soso.

Tak by się chciało im powiedzieć, ale po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj.

Reblog: Kobieta bez grobu na cmentarzu

I kolejny post o uciekinierach:

Kilka tygodni temu Maryna Over napisała na Facebooku:

Syryjka, uciekinierka z ogarniętej przerażającą wojną domową, nedzą oraz ludobójstwem ISIS, próbuje utrzymać swoje maleńkie dziecko nad wodą po tym jak łódź z uchodźcami na Morzu Śródziemnym przewróciła się. Ludzie uciekający przed rzezią nigdy nie mają wyboru.

W komentarzu Joleczka Chmiel napisała: wielka tragedia ludzkości, ale też konsekwencja faktu, że bogactwo jednych narodów zgromadziło się kosztem innych. I to od pokoleń. Brak równowagi w rozwoju ekonomicznym i cywilizacyjnym, pazerność korporacyjna, niesprawiedliwość, fanatyzm religijny, biznes wojenny, to rodzi takie tragedie. Świat rozpada się na naszych oczach. Jakiej siły potrzeba, by uporać się z Armagedonem, który już do nas dociera. Bo emigracja zalewająca bogatą Europę to nic innego jak rykoszet okresu niewolnictwa, podporzadkowania sobie krajów Afryki, bogacenia się kosztem ich rozwoju. Tak, jesteśmy im winni, ale czy przygotowani na nierównowagę kulturową? Wątpię, bo już widać, jak na pniu odradza się brunatna zaraza rasizmu.

***
Steven McCallum

This photo shows a Syrian mother trying to hold her baby above the water, after the boat they were on sank in the Mediterranean.

According to the UN, the vast majority of refugees have fled from Syria, where an estimated 220,000 to more than 300,000 people have been killed during its appalling and escalating war. The lack of compassion from many westerners that have been dumbed-down by xenophobic narratives in the mainstream media has been appalling. For once in your life, think for yourself! These people are human beings, our brothers and sisters who are in a perilous and desperate situation (largely caused by imperialism) that require urgent assistance!!

Refugees don’t hide their taxes in the Cayman Islands; Refugees don’t privatise the National Health Service; Refugees don’t influence government cuts to spending; And Refugees don’t scrape together their life savings, leave their loved ones behind, bribe and fight and struggle their way onto the undercarriage of a train, or into a tiny hidden compartment of a lorry with forty other people, watch their friends and loved ones die or get raped, all for the express purpose of bragging about earning £67.46 a week.

Imagine waking your children in the morning, feeding and dressing them, pulling a little girl’s hair into a ponytail, arguing with a little boy about which pair of shoes he wants to wear. Now imagine, as you are doing that, you know later today you will strap their vulnerable bodies into enveloping life jackets and take them with you in a rubber dinghy – through waters which have claimed many who have done the same. Think of the story you’d have to tell to reassure them. Think of trying to make it fun. Consider the emotional strength needed to smile at them and conceal your fear.

Try and envisage how it would feel like when that experience – your frantic flight from war – was then diminished by a vicious, dishonest media that crudely labelled you and your family “migrants,” as if you were a scourge on society. Imagine having little to no voice in countering this description of you so commonly used by governments and journalists.

***

Pozostaje jednak pytanie: Kto zrobił to zdjęcie? Dlaczego robił zdjęcie zamiast pomóc? Czy jednak potem pomógł? Jak to zdjęcie dotarło do nas? Czy ta kobieta i jej dziecko żyją? Czy jest to manipulacja naszymi uczuciami, jak to podobno było ze zdjęciem małego Syryjczyka, którego ciałko zostało znalezione na greckiej plaży 2 września?

 

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Tomasz Fetzki

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Jest niewielka, niepozorna i na dobrą sprawę można ją przeoczyć. Nic nie wskazuje na to, że do wybuchu ostatniej wojny ta osada nad Strwiążem, dopływem Dniestru, była jedną z największych i najbogatszych wsi w okolicy. Właściwie małym miasteczkiem: niemal półtora tysiąca mieszkańców, kościół, cerkiew, synagoga, ukraińska spółdzielnia przetwórstwa drzewnego, biblioteka oraz świetlica, polskie gniazdo organizacji Sokół. Wszystko dzięki doskonałemu położeniu, a zwłaszcza stacji kolejowej obsługującej tak ruch pasażerski jak i towarowy. Potem nadciągnęła zawierucha wojenna, część mieszkańców zginęła, część mniej lub bardziej dobrowolnie wyjechała, zaś w 1945 roku wioska znalazła się w strefie nadgranicznej… tyle, że po sowieckiej stronie granicy, która przecięła też linię kolejową, niwecząc jej znaczenie. Gdy zaś przyszedł roku 1951, w wyniku braterskiej wymiany terytoriów między naszym krajem a ZSRR (złoża węgla wokół Sokala w zamian za dzikie nieużytki okolic Ustrzyk Dolnych i Lutowisk; aż się prosi, by, wraz z Mozambickimi czworaczkami, zawołać: wy nam węgiel, my wam banana!) Krościenko – gdyż o nim oczywiście mowa – znalazło się na powrót w Polsce, ale znów w pobliżu granicy, która przebiega teraz niecały kilometr na wschód od wsi. I w tym kierunku podąża Viator, lecz na Ukrainę się nie wybiera. Nie tym razem, bo teraz ma na uwadze inny cel, który go już zresztą od dawna przyciągał, tylko jakoś tak dotąd nie złożyło się. Skądinąd, rozleniwiony faktem zamieszkiwania w strefie Schengen, od kilku lat nie może się Wędrowiec zebrać w sobie i wyrobić nowego paszportu.

Zatrzymać się trzeba zaraz za wioską. Oznakowanie, jakkolwiek niepozorne, jednak istnieje. Mały placyk typu klepisko, żadnego utwardzenia. Tam zostawia Viator samochód i pozostałe dwieście metrów pokonuje piechotą. Ścieżka zarośnięta i zaniedbana, ponadto trzeba naprawdę uważać, bo z obu jej stron rosną gąszcza wysokiego na ponad dwa metry barszczu Sosnowskiego. Monstrualne baldachy chwieją się przy najlżejszych podmuchach wiatru, grożąc poparzeniem. Ale czymże jest uraz spowodowany przez kontakt z Heracleum sosnowskyi, skoro w powietrzu unosi się coraz silniej zapach ukąszenia heglowskiego!

Jesteśmy na miejscu. Brama w miarę solidna, ale na szczęście furtka otwarta: nie będzie musiał Viator szukać dziury w płocie, tak, jak kilka dni wcześniej zmuszony był uczynić, aby się dostać na teren bejt-olam w Bobowej. Bo wejść tam musiał – innej opcji nie było. Tutaj bez problemu przekracza bramę, ozdobioną dwiema biało-błękitnymi chorągiewkami; dla pełnej jasności: miniaturami greckiej flagi państwowej.

Barwy narodowe Hellady gdzieś pośród beskidzkiej zieleni.

Cmentarz, by użyć ryzykownego sformułowania, czasy świetności ma już za sobą. Regularne pochówki ustały prawie czterdzieści lat temu, choć znaleźć można i groby XXI-wieczne. Trawa tudzież inne zielsko pleni się tutaj swobodnie i radośnie. Ale nagrobki zachowały się, generalnie, w przyzwoitym stanie. Napisy można odczytać bez problemu.

Bez problemu, o ile się, rzecz jasna, zna alfabet grecki. A jeśli nie, to też nie ma sprawy, bo większość inskrypcji oddano również łacinką.

Czas najwyższy, aby się Viator wytłumaczył z ewokowania woni heglizmu, którą jakoby da się tu wyczuć. Rzecz w tym, iż Grecy w Krościenku nie wzięli się przecież znikąd ani bez przyczyny.

Lata 1946-1949 nie były dla Hellady epoką wytchnienia po okrutnej nazistowskiej okupacji. Dwa różne pomysły na urządzenie państwa i społeczeństwa stały się przyczyną krwawego starcia, zwanego grecką wojną domową. Jak w wielu innych konfliktach tamtej złej, chorej na ideologię i nienawiść epoki, zwarły się w boju siły monarchistycznej prawicy z republikańską (a często komunistyczną) lewicą. Obie strony, tak jak wcześniej miało to miejsce choćby w Hiszpanii, stosowały terror, żadna nie wyszła z tych zmagań czysta. Armia królewska, dzięki poparciu Wielkiej Brytanii i USA, ostatecznie zwyciężyła. Liczni, naprawdę liczni czerwoni wraz z rodzinami musieli opuścić ojczyznę. Niemal piętnaście tysięcy z nich przybyło do Polski, zatrzymując się głównie na Dolnym Śląsku, zwłaszcza w Zgorzelcu. Po wspomnianej już tak zwanej korekcie granicy pewną ich część osiedlono w Krościenku i okolicznych wioskach. Niby dlatego, że górzyste okolice miałby im przypominać rodzinną Tesalię czy Macedonię, łagodząc gryzącą nostalgię. Inna rzecz, że coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić, a dobrowolnie mało kto chciał wtedy tutaj przyjechać.

Zamieszkali przeto wśród podkarpackich pagórków, założyli spółdzielnię rolniczą Nea Dzoi czyli Nowe Życie, hodowali owce, uprawiali ziemię i próbowali sobie rzeczywiście życie na nowo ułożyć. Dominowali w miejscowym pejzażu społecznym do roku 1974, gdy większość z nich, korzystają z politycznych przemian w Grecji, wróciła do starej ojczyzny.

Niektórzy twierdzą, że świadomość, zdolność myślenia i refleksji, to nasze błogosławieństwo, inni – że przekleństwo. Jedno jest pewne: dar to uciążliwy i męczący. Stoi Viator pośród greckich nagrobków i myśli, myśli… choć wie, że odpowiedzi na swe pytania nie znajdzie. Bo jak sprawiedliwie i uczciwie zważyć, rozsądzić oraz ocenić tamte zwariowane czasy, trudne wybory życiowe, zaangażowanie, poświęcenie i ofiarę? Nie chodzi o oczywiste, jednoznacznie godne potępienia biografie czerwonych katów i cynicznych komunistycznych oprawców; dyskusja o nich jest zbędna. Ale co począć z tysiącami, jeżeli nie milionami tych, którzy szczerze wierzyli w nowy, lepszy świat i o niego walczyli? Gdyby wiedzieli wtedy to, co my wiemy dzisiaj, może wybraliby inaczej. A może nie. Zmarnowali najlepsze lata czy też nie? Powinni się wstydzić, czy przeciwnie – mają powody do dumy?

Kiedy myślimy o greckich komunistach i innych lewicowcach, musimy pamiętać o kilku ważnych sprawach. O ile chcemy, by nasza ocena była choć w miarę sprawiedliwa. Przede wszystkim spróbujmy się wczuć w ich sytuację: co my byśmy zrobili, gdybyśmy mieli okazję patrzeć, jak degeneraci, którzy jeszcze niedawno przez kilka lat gorliwie wysługiwali się hitlerowskim okupantom, uczestnicząc w prześladowaniu własnego narodu, teraz, jakby nigdy nic się nie stało, wracają do łask, więcej – stają się podporą nowego ładu? Po której byśmy stanęli stronie? A te szuje jeszcze kilka razy pokazały, na co je stać! Długo nie mogli przyjąć do wiadomości, że ich czas minął. Wszak ostatnim, excusez le mot, odbiciem tej czkawki, wybitnie sfermentowanej i nieświeżej, były jeszcze rządy czarnych pułkowników. To dopiero po ich upadku emigranci mogli bezpiecznie powrócić do domu. I o tym zapominać nie wolno. Poza tym warto mieć świadomość, że bojownicy Demokratycznej Armii Grecji w żadnym razie nie mogą być nazwani sowieckimi pachołkami. Walczyli na własny rachunek. Cień górala kremlowskiego tutaj nie straszył, bowiem ten, który palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa, a słowo mu z ust pudowym ciężarem upada, do spraw greckich się nie mieszał, oddając kraj aliantom zachodnim; dość miał do połknięcia i strawienia terenów bardziej na północ.

W centrum Krościenka wznosi się niepozorny pomnik. Postawili go miejscowi Grecy; przyjrzyjmy się, czyją pamięć sławi.

NIKOS BELOJANNIS CZŁONEK KC KPG
DZIAŁACZ MIĘDZYNARODOWEGO RUCHU ROBOTNICZEGO
BOHATER NARODU GRECKIEGO URODZ. 1915
STRACONY 30.III.1952
PRZEZ REAKCYJNY RZĄD GRECKI

Z Krościenkiem Nikos może i nie miał wiele wspólnego, ale z Polską jak najbardziej: tutaj przebywał czas jakiś jako emigrant. Mógł sobie bezpiecznie mieszkać dalej, ale tęsknota i poświęcenie sprawie pchnęły go do powrotu. A w ojczyźnie czekał na niego ustawiony polityczny proces i egzekucja, mimo, że na całym świecie protestowali przeciw niej ludzie, których często trudno posądzić o najmniejszą choćby sympatię dla komunizmu. Powszechnie znana jest wszak znamienna refleksja prawosławnego arcybiskupa Aten, Spirydona: Jestem głęboko poruszony etyczną wielkością Belojannisa. Przewyższa nawet tę u pierwszych chrześcijan, jeśli zważyć, że Belojannis nie wierzy w istnienie życia po życiu.

Niewątpliwie liczni mieszkańcy Krościenka znali Belojannisa osobiście. Ich zdaniem zasłużył na pomnik. Nie tylko ich zdaniem: monumentów Nikosa powstało więcej. Ewo Mario, wy tam w Berlinie też macie takowy, nieprawdaż? (Ależ tak proszę bardzo – na dziedzińcu Wyższej Szkoły Technicznej w dzielnicy Treptow, czyli na terenie dawnego Berlina Wschodniego – EMS)

4 NikosZdjęcie Belojannisa wykonane podczas procesu. Sławny Mężczyzna z goździkiem, inspiracja dla wielu artystów, zwłaszcza dla Picassa.

I jak oceniać takich ludzi, ich biografie, wybory życiowe, ideały? Nic tu nie jest proste ani łatwe. Viator tego nie rozstrzygnie. Czy ktoś uczciwie powie, że potrafi?

Jedno wszakże uczucie rodzi się w Viatorze z całą pewnością na greckim cmentarzu w Krościenku. I to pomimo świadomości kontrowersji oraz zażenowania, jakie może budzić znajdująca się tam symbolika. Szacunek. Dla wierności dochowanej ideałom.

Mia dzon dosmene eton agona – całe moje życie jest walką (Mirka, dzięki!) Tak chciał być zapamiętany Ewgenis Cironis, takim go przeto pamiętajmy. A gwiazda i tak odpadła, więc nie przywiązujmy do niej wagi.

Ale Ewgenis to jeszcze nic! Ostatecznie odszedł młodo, może i nie miał czasu, by się rozczarować. Co innego ten naprawdę spiżowy komunista, który zmarł w Krościenku w wieku 75 lat. Od pewnego czasu można było bezpiecznie wracać pod błękitne niebo Hellady, lecz dla niego było już na to chyba zbyt późno, zapewne ze względu na wiek. Ale swą wiarę zachował do końca. Szacunek!

Chodzi o nagrobek pośrodku. Symbolika aż bije po oczach. Przynajmniej Viatora. A was?

Jeszcze jedno, na koniec. Przypatrzcie się krzyżowi na sąsiednim nagrobku. Można razem? Można!

Czy WIECZNY, tego Viator nie wie; ale ODPOCZYNEK – z całą pewnością. Zasłużyli.

 

 

Die kleine große Welt (16)

Monika Wrzosek-Müller

Die Flüchtlinge

Das Flüchtlingsheim war groß und unförmig; ein langes, hässliches Gebäude an einer sehr belebten Straße mit einem für Berliner Verhältnisse selten schmalen Trottoire. Es lag in einer Industriegegend, einem so genannten Gewerbegebiet mit vielen Betrieben und billigen Supermärkten einerseits und kleinen Einfamilien- oder auch Reihenhäusern andererseits. Eine Gegend, in der man sich fremd fühlen musste, aber nicht schlechter oder besser als andere dafür vorgesehene. Die Flüchtlinge waren zufrieden, manchmal sehr sogar. Sie waren immerhin dankbar für ein Dach über dem Kopf. Innen war alles frisch angestrichen, kleine Küchen und Bäder, die separat für Frauen und Männer, mit Duschen wurden eingerichtet; doch alles strahlte solche Ungemütlichkeit, Strenge und Leere aus, dass sie sich kaum vorstellen konnte, wie Menschen dort länger wohnen bleiben sollten und wollten. Immerhin hatten die Familien größere Räume, manchmal auch zwei; die alleinstehenden Männer mussten sich mit Zwei- bis Dreibettzimmern zufrieden geben. Sie bekamen eine Erstausstattung mit einem Set von in Folie eingeschweißten drei Töpfen, zwei Pfannen, Schneidebrett, einigen Messern etc…alles neu, von mittelmäßigen Qualität. In den Küchen gab es auch neue Herde, und Geschirrspüler; Kühlschränke standen in den Zimmern, alles fabrikneu, ungebraucht. Sie dachte, wer verdient hier so massiv, sind das die Unternehmen, die diese Gegenstände produzieren, warum kann man nicht gebrauchte Geräte benutzen und die Kosten auf diese Weise senken, damit man dafür andere Sachen bezahlen kann? Es gab auch einen Innenhof, auf dem für ihr Empfinden immer nur gestritten oder ständig laut geredet wurde, was sie dann als Streiten wahrnahm, und überall spielten Kinder in allen Altersstufen; Grüppchen von Männern standen verstreut auf dem ganzen Gelände herum, die Frauen immer ein paar Schritte weiter. Sie bildeten in kürzester Zeit ihre eigenen Gemeinschaften, mit ihren spezifischen Hierarchien, ihren Sitten und Bräuchen, von außen ziemlich abgeschottet und undurchdringlich; jede Nationalität für sich allein.

Und jeden Morgen so ab zehn Uhr schlichen die Ehrenamtlichen durch das Gelände, laut grüßend und unsicher, ob man sich auf die Menschen einlassen, wie man weiter mit ihnen kommunizieren sollte. Sie unterrichteten Deutsch, spielten mit den Kindern, organisierten manchmal Ausflüge, damit die Menschen aus der Gegend in eine andere rauskamen. Sie wollten aber oft zu viel Perfektion beim Organisieren, so dass die Menschlichkeit sich hinter den Ordnern, den Mappen und den Fragebögen versteckte und die Flüchtlinge manchmal verschreckte. Aber der Wille alles richtig zu machen, d.h. auch richtig zu helfen überwog. Es gab auch Helfer, die Spielzeug, gebrauchte Kleidung, Haushaltsgeräte etc. brachten, manchmal zu viel, manchmal zu stark gebraucht, so dass die Mitarbeiter es nicht schafften, alles zu sortieren, oder dass es sich das Sortieren nicht lohnte. Sie sah, dass die Hilfe spontan, herzlich, wenn auch oft unbeholfen kam.

Sie wollte auch helfen; es war ein innerer Wunsch, denn am Anfang war es auch ihr in der Fremde schlecht gegangen, und alles war so kompliziert und neu, dass sie sich gar nicht vorstellen konnte, wie diese Leute, nach ihren Erlebnissen im Mittelmeer oder auf dem Weg über die Berge, es hier schaffen sollten. Schließlich hatte sie selbst auch nie eine feste Arbeit bekommen, obwohl sie perfekt Deutsch sprach, aus Europa kam, einen deutschen Mann hatte, über einen (wie sich zeigte, völlig unbrauchbaren) Magistertitel in einem humanistischen Fach verfügte.

Sie spürte instinktiv, dass der Flüchtlingsstrom ein großes Problem sein würde; ein großes Problem für sie, für die anderen, für Deutschland, für Europa, schließlich für die ganze Welt. Aber obwohl man immer öfters darüber sprach, schien die Welt andere Probleme ernster zu nehmen als die Schicksale der Menschen, die sich in Bewegung gesetzt haben. Sie überlegte immer wieder, warum das erst seit Kurzem in so extremen Form aufgetreten war, warum die Leute so lange gewartet hatten, um sich jetzt umso desperater in ihr Abenteuer zu stürzen, ohne andere Wege zu sehen, zu erkennen oder wirklich zu haben; waren daran die Mobiltelefone und die globalen Vernetzungen schuld oder hilfreich, dass die große Welt so klein geworden war. Je länger sie sich damit beschäftigte, nicht nur im Kopf sondern auch ganz praktisch, indem sie ihnen half Deutsch zu lernen, erkannte sie, dass jeder Fall individuell und einzigartig war, jeder von den Flüchtlingen seine eigene Geschichte schrieb, und sie passierte schon und fand in Deutschland statt, ob man es wollte oder nicht. Es gab keine allgemeinen Lösungen; oder anders: es gab einige Lösungen, die die juristische Seite betrafen, doch ansonsten war jeder sein eigener Fall und es reichte nicht, ein paar Brocken Deutsch zu sprechen und etwas mehr zu verstehen, es war ein sehr kompliziertes Gefüge von allen möglichen Faktoren, die ihren Aufenthalt in Deutschland zum Gelingen bringen konnte – oder auch zum Scheitern.

Den Flüchtlingen war der Schrecken der langen Reise anzusehen; im Deutschunterricht saßen manche mit weit geöffneten, fast aufgerissenen Augen da, unbeweglich, andere wiederum bewegten sich ständig und zappelten und konnten nicht stillhalten. Es gab auch welche, die aus so diametral anderen Verhältnissen kamen, dass sie ernsthaft zweifelte, wie eine Sozialisation für diese Menschen aussehen sollte. Aber, und darüber war sie sehr erstaunt, es gab auch solche , die sich in Windeseile von den Strapazen erholt zu haben schienen, laut und herzlich lachten, entspannt waren, munter und zuversichtlich. Sie staunte, wieviel Kraft und Energie diese Menschen haben mussten, um unter diesen Umständen fröhlich sein zu können. Sie selbst war da viel düsterer und tat sich unnötig schwer mit der Umstellung; sie tauchte alles in Schwarz, war unzufrieden, abwesend und ablehnend. Klar, sie hatte Gründe dafür dazu, klar, es war nicht leicht, doch sie erkannte, dass letztlich jeder sein Leben so lebte, wie er konnte, und man musste sich bemühen, besonders in der Fremde, das Beste daraus zu machen.

Przedruk: My, Żydzi polscy

Nie ma najmniejszego powodu, dla którego właśnie dziś umieściłam ten tekst na blogu. Nie ma rocznicy, nie ma okazji. Jest tylko uporczywa, od jakiegoś czasu nurtująca myśl, że ta nienawiść do Innych jest ta sama, że ją znamy, że już była… Wtedy byli Żydzi, dziś muzułmanie…

Julian Tuwim

Matce w Polsce lub najukochańszemu jej cieniowi

1.

… Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba. To moja ściśle prywatna
sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani
wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. Nie dzielę Polaków na
“rodowitych” i “nierodowitych”, pozostawiając to rodowitym
i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom.
Dzielę Polaków, jak Żydów i jak inne narody, na mądrych i
głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, interesujących i nudnych, krzywdzonych i krzywdzących, gentelmenów
i nie-gentelmenów etc. Dzielę też Polaków na faszystów i kontr-
faszystów. Te dwa obozy nie są oczywiście jednolite, każdy z
nich mieni się odcieniami barw o rozmaitym zgęszczeniu. Ale
linia podziału na pewno istnieje, a wkrótce da się całkiem
wyraźnie przeprowadzić. Odcienie zostaną odcieniami, lecz
barwa samej linii zjaskrawieje i pogłębi się w zdecydowany sposób.

Mógłbym powiedzieć, że w płaszczyźnie politycznej dzielę
Polaków na antysemitów i antyfaszystów. Bo faszyzm to zawsze
antysemityzm. Antysemityzm jest międzynarodowym językiem faszystów.

2.

Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej
narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal
prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez “mistycznej” przyprawy. Być Polakiem – to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem.
Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego, że oddycha.
Polak – bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem,
nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z
wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej
rajskie rozkosze zapewniano.
Polak – bo dla czułego przesądu, którego żadną racją ani logiką
nie potrafię wytłumaczyć, pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła
i wessała ziemia polska, nie żadna inna.
Polak – bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano;
bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono; bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek; bo gdy przyszedł pierwszy
wstrząs poezji, to wyładował się polskimi słowami; bo to co w
życiu stało się najważniejsze – twórczość poetycka – jest nie do
pomyślenia w żadnym innym języku, choćbym nim jak najbieglej mówił.
Polak – bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej
miłości i po polsku bełkotałem o jej szczęściu i burzach.
Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż
palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i
Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie
potrafię uzasadnić.
Polak – bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad narodowych.
Polak – bo moja nienawiść do faszystów polskich jest większa,
niż do faszystów innych narodowości. I uważam to wszystko za
bardzo poważną cechę.

3.

Na to słyszę głosy: “Dobrze. Ale jeżeli Polak, to w takim razie
dlaczego “My, ŻYDZI”? Służę odpowiedzią: Z POWODU KRWI. –
“Więc rasizm?” – Nie. Wcale nie rasizm. Wprost przeciwnie.
Dwojaka jest ta krew: ta w żyłach i ta z żył. Pierwsza jest
sokiem cielesnym, więc badanie jej należy do fizjologów. Kto
tej krwi przypisuje jakieś inne, poza organicznymi, specjalne
właściwości i tajemnicze moce, ten, jak to widzimy, w konsekwencji
obraca miasta w zgliszcza, wyrzyna miliony ludzi i wreszcie,
jak to zobaczymy, sprowadza rzeź na własny swój szczep.
Druga krew – to ta właśnie, którą ów herszt międzynarodowego
faszyzmu wytacza z ludzkości, aby zadokumentować tryumf swojej
juchy nad moją juchą – krew niewinnie pomordowanych milionów
ludzi, krew nie ukryta w arteriach, lecz krew ujawniona. Takiej
powodzi męczeńskiej krwi nie było jeszcze jak świat światem, a
krew Żydów (nie “krew żydowska”) najszerszymi i najgłębszymi
płynie strumieniami. Zczerniałe jej potoki zlewają się już w
burzliwą pienistą rzekę –

I W TYM OTO NOWYM JORDANIE PRZYJMUJĘ
CHRZEST NAD CHRZTY: KRWAWE, GORĄCE, MĘCZENNICZE
BRATERSTWO Z ŻYDAMI.
Przyjmijcie mnie, Bracia, do tej zaszczytnej wspólnoty
Niewinnie Przelanej Krwi. Do tej gminy, do tego kościoła chcę
od dziś należeć.
Ta RANGA – ranga Żyda Doloris Causa – niechaj bedzie
udzielona polskiemu poecie przez naród, który go wydał. Nie za
żadne zasługi, bo ich przed wami nie mam. Będę to uważał za
awans i najwyższą nagrodę za tych parę wierszy polskich, które
mnie może przeżyją i pamięć o których związana będzie z moim
imieniem – imieniem Żyda polskiego. Mojej polskości.
Ale przede wszystkim – Polak dlatego, że tak mi się podoba.

4.

Na opaskach, jakie nosiliście w ghetcie, wymalowana była gwiazda
Dawida. Wierzę w taką Polskę, w której ta gwiazda, ta z opasek,
stanie się jednym z najwyższych odznaczeń, udzielanym najwalecz-
niejszym żołnierzom i oficerom polskim. Będą ją oni z dumą
nosili na piersi obok dawnego Virtuti Militari…


Kościołowi narodowych pamiątek przybędzie jeszcze jedna. Będziemy tam prowadzić dzieci i opowiadać o najpotworniejszym w dziejach świata męczeństwie ludzi. W centrum tego pomnika, którego tragizm uwydatnią otaczające go nowoczesne, da Bóg, Szklane Domy odbudowanego miasta, płonąć będzie nigdy nie gasnący ogień.
Przechodnie zdejmować będą przed nim kapelusze.
A kto chrześcijanin – przeżegna się znakiem krzyża…
Więc z dumą, z żałobną dumą będziemy nosić tę rangę, wszystkie
inne zaćmiewającą – rangę Żyda Polskiego – my cudem i przypadkiem pozostali przy życiu. Z dumą? Powiedzmy raczej ze skruchą i żrącym wstydem. Bo przypadła nam ona za waszą chwałę, Odkupiciele!…

5.

My, Żydzi Polscy… My, wiecznie żywi – to znaczy ci, którzy
zginęli w ghettach i obozach, i my widma – to znaczy ci, którzy z
za mórz i oceanów wrócimy do kraju i będziemy straszyć śród ruin
swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby-to
zachowanych dusz.
My, prawda grobów, i my złuda istnienia; my miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby-nietrupów; my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła; my kirkut, jakiego dzieje
nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie zmyje się ani śladów naszej krwi ani piętna grzechów świata wobec nas.
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich
mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano – tylko za to, że jesteśmy Żydami.
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów.
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie
przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego – i wystarczyło tej jednej śmierci, aby stał się Bogiem. Jaka religia
urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w
ostatniej rozpaczy ramion?

My, Szlojmy, Srule, Mośki, parchy, bejlisy, gudłaje – my których
imiona i przezwiska prześcigną w dostojności brzmienia wszelkich
Achillesów, Chrobrych i Ryszardów o Lwich Sercach.
My, znowu w katakumbach – w “bunkrach” pod brukiem Warszawy,
człapiący w smrodzie ścieków, ku zdziwieniu naszych kompanów – szczurów.
My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z powietrza domostw; my żołnierze wolności i honoru…
“Jojne, idź na wojnę!” Poszedł, szanowni panowie i zginął za Polskę.
My, którym “twierdzą był każdy próg” każdego walącego się na nas domu.
My, Żydzi polscy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze
dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni,
z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą staroświecką dwururką…
“A zna szanowny pan dowcip o Żydzie-gajowym? Pyszny! Żyd jucha,
uważa pan, wypalił i ze strachu w portki zrobił! Ha, ha!”
My, Hiobowie, my Nioby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych
żydowskich Urszulek…
My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych, pręgami pokrytych zwłok.
My – krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że go najdalsze wieki
usłyszą. My Lament, my Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachamim, którego echo stulecie będzie stuleciu przekazywać.
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym
użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją, lepiej smakował chleb wolności.
My, makabryczny rezerwat, my, ostatni Mohikanie, niedobitki rzezi,
które jakiś nowy Barnum może obwozić po świecie, obwieszczając
na pstrych plakatach! “Niesłychane widowisko! The biggest sensation in the world! Żydzi polscy – żywi i prawdziwi!” My, Gabinet Okropności, Schreckenskammer, Chambre des Tortures! “Osoby nerwowe uprasza się o opuszczenie sali!”

My, nad rzekami zamorskich krain siedzący i płaczący, jak ongi
nad rzekami Babilonu. Po całym okręgu świata płacze Rachel dzieci
swoje, aleć ich nie masz! Nad rzeką Hudson, nad Tamizą, nad Eufratem, Nilem, Gangesem i Jordanem błąkamy się w rozproszeniu naszym wołając “Wisło! Wisło! Wisło! Matko rodzona! Szara Wisło, nie od brzasku różowa, ale od krwi!”
My, którzy nawet grobów dzieci naszych i matek nie odnajdziemy –
tak się warstwami poukładają, tak się na całą ojczyznę wszerz
rozpostrą w jedno pogrzebanie! I nie będzie upatrzonego miejsca,
żebyś mógł na nim kwiaty położyć, ale, jak siewca ziarno, będziesz
je szerokim rozmachem rąk rozrzucał. Może przypadkiem trafisz.
My, Żydzi polscy… My, legenda, krwią i łzami ociekająca. Kto
wie, czy jej nie trzeba będzie pisać bibilijnymi wersetami:
“Oby rylcem żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę wydrążona
była” (Hiob XIX, 24)… My, apokaliptyczne studium dziejów. My
Jeremiaszowe Treny”!

…”Leży na ziemi po ulicach dziecię i starzec, panny moje i
młodzieńcy moi polegli od miecza; pobiłeś ich w dzień
zapalczywości twojej, pomordowałeś ich a nie sfolgowałeś”…

…”Wrzucili do dołu żywot mój, a przywalili mnie kamieniem.
Wezbrały wody nad głową moją i rzekłem: Jużci po mnie!…
Wzywam imienia Twego, o Panie, z dołu bardzo głębokiego…
Widzisz, o Panie, bezprawie, które mi się dzieje, osądź-że
sprawę moją… Oddajże im nagrodę, Panie, według sprawy rąk ich!
Dajże im zatwardziałe serce i przekleństwo swe na nich! Goń ich
w zapalczywości, a zgładź ich, aby nie byli pod niebem Twoim,
O Panie!” (Treny Jeremiaszowe, III).