Chwalmy Pana

Ewa Maria Slaska

Hashem Meleh

Y Studs a capella

Prosta żydowska piosenka religijna, jest od kilku lat przebojem, również na youtube. W mojej ulubionej wersji wykonuje ją zespół Y czyli studenci z Uniwersytetu Jeshiwa (Yeshiva University), ale śpiewali ją już Gad i Beni Elbaz (pięć i pół miliona odtworzeń na you tubie), którzy z kolei przerobili oryginalny utwór Khaleda, C’est la vie.

Śpiewa się ją wszędzie. Tu flash mob w Chicago – Elliot Dvorak i Key Tov Orchester

Hashem Melech to religijne wezwanie, Chwalmy Pana. Chwalmy Pana. Zawsze mnie zaskakuje, jak wesoło chwalą Pana wyznawcy religii mojżeszowej. Jak można się bawić jak dzieci, podskakując jak król Dawid, jak można było być starymi brodatymi Żydami i wstawać od stołu i ksiąg, by w szubach i lisich czapach tańczyć ad maiorem Dei Gloria (pamiętacie taką wspaniałą scenę z Austerii Kawalerowicza?)

I wtedy przypomina mi się, że w początkach chrześcijaństwa też się tańczyło w kościele chwaląc Pana, aż przyszło surowe Średniowiecze, pańskie psy – Dominikanie, fanatyczna Inkwizycja, i wygnano z kościołów tańczące korowody wiernych.  

ה’ מלך

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

Gad i Beni Elbaz

The lord is king

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one.

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one

Khaled

Gad Elbez i Nissim

W angielskiej wersji językowej brak zachęty do tańca, a z komentarzy w internecie wynika, że w oryginale jest wezwanie, by tańczyć na chwałę Pana. Zresztą wystarczy obejrzeć filmiki na youtubie. Ach jak oni tańczą, chwaląc Pana. Zaprawdę, gdy Boży duch ogarnie mnie, jak Dawid tańczyć chcę, jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid tańczyć chcę… To piosenka, jak stworzona dla raperów i do break dance.

Hashem meleh jest w sieci w różnych językach, nawet po wietnamsku. Szukałam po polsku, nie znalazłam, ale może ktoś coś wie, zna, słyszał…

No i chwalmy Pana. Wszak niedziela, Dzień Pański, a teraz to i tak już tylko On może nam pomóc, bo nawet gdyby Pan PAD NIE podpisał ustawy (a przecież wiemy, że podpisze), to i tak… ech, przegwizdaliśmy…

Liu Xiaobo and Liu Xia

Wczoraj przygotowałam ten wpis, i wczoraj Liu Xiaobo umarł
I prepared that post yesterday. Yesterday Liu Xiaobo died.
Ich habe diesen Beitrag gestern vorbereitet. Gestern ist Liu Xiaobo gestorben.

R.I.P.

Aufruf an die Chinesische Regierung bezüglich Liu Xiaobo und seiner Frau Liu Xia

Appeal to the Chinese government concerning Liu Xiaobo and his wife Liu Xia

Nobel Peace Prize Laureat Liu Xiaobo has been diagnosed with liver cancer. His wife, Liu Xia, who has been under house arrest for several years, is also gravely ill. They have the wish to travel to Germany so they can receive medical care. Their wish to leave China is so strong that Liu Xiaobo has stated that – if he is to die – he does not want to do so on Chinese soil. Liu Xia also no longer wishes to live there. Time is running. We urge the Chinese government to grant Liu Xiaobo and Liu Xia the freedom to leave the country!

Der Friedensnobelpreisträger Liu Xiaobo ist an Leberkrebs erkrankt. Er und seine Frau Liu Xia haben hat den Wunsch geäussert, nach Deutschland auszureisen, um medizinische Hilfe für beide zu bekommen – denn auch Liu Xia, die seit Jahren unter Hausarrest steht, ist schwer erkrankt. Der Wunsch der beiden geht soweit, dass Liu Xiaobo sagt, er möchte – selbst wenn er sterben muss – nicht in China sterben. Und Liu Xia sagt, dass sie nicht länger in China leben möchte. Die Zeit ist knapp. Wir appellieren dringend an die chinesische Regierung: geben sie diesen beiden Menschen die Freiheit, das Land zu verlassen!

The poem “You Wait for Me with Dust” by Liu Xiaobo in Chines, English, German and Polish. Other languages (Afrikaans, Arabic, Bosnian, Dutch, Finnish, French, Hebrew, Kurdish, Komi,  Portuguese, Romanian, Russian, Slovenian, Spanish, Swedish, Welsh) you find here.

和灰尘一起等我–给终日等待的妻

你一无所有,只能
和家里的灰尘一起等我
它们一层层
积满了所有角落
你不愿拉开窗帘
让阳光惊扰它们的安宁

 

 

书架上的字迹被灰尘掩埋
地毯的图案吸满了灰尘
你喜欢在给我写信时
笔尖吸住几粒灰尘
让我的眼睛有些刺痛

 

你终日端坐
不想随意走动
生怕自己的脚踩痛了灰尘
你尽量平稳地呼吸
用沉默编写一个故事
在这令人窒息的岁月
灰尘们献出仅有的忠诚

 

灰尘浸满了
你的目光、呼吸、时间
在你的灵魂深处
日复一日的修筑坟墓
从脚底一寸寸堆积
直到胸口直到喉咙

 

你知道,坟墓
是你最好的归宿
在那里等我
不会有任何惊扰
你就是对灰尘情有独衷
在黑暗中在安静中在窒息中
等我等我

 

和灰尘一起等我
拒绝阳光和空气的流动
让灰尘彻底埋葬自己
让自己在灰尘中睡去
直到我回来
你才苏醒
揩净皮肤和灵魂的灰尘
如同死而复活的奇迹

晓波1999.4.9

You Wait for Me with Dust

nothing remains in your name, nothing
but to wait for me, together with the dust of our home
those layers
amassed, overflowing, in every corner
you’re unwilling to pull apart the curtains
and let the light disturb their stillness

over the bookshelf, the handwritten label is covered in dust
on the carpet the pattern inhales the dust
when you are writing a letter to me
and love that the nib’s tipped with dust
my eyes are stabbed with pain

you sit there all day long
not daring to move
for fear that your footsteps will trample the dust
you try to control your breathing
using silence to write a story.
At times like this
the suffocating dust
offers the only loyalty

your vision, breath and time
permeate the dust
in the depth of your soul
the tomb inch by inch is
piled up from the feet
reaching the chest
reaching the throat

you know that the tomb
is your best resting place
waiting for me there
with no source of fear or alarm
this is why you prefer dust
in the dark, in calm suffocation
waiting, waiting for me
you wait for me with dust

refusing the sunlight and movement of air
just let the dust bury you altogether
just let yourself fall asleep in the dust
until I return
and you come awake
wiping the dust from your skin and your soul.
What a miracle – back from the dead.


April 9th 1999

translated by Zheng Danyi, Shirley Lee and Martin Alexander

Warte auf mich mit dem Staub

Es bleibt dir nichts übrig,
als mit dem Staub auf mich zu warten.
Schicht um Schicht füllt er die Ecken.
Du lässt die Vorhänge zu,
Die Sonne soll den Staub nicht stören.

Auf den Bücherregalen verschwinden die Zeichen im Staub,
die Muster im Teppich, vom Staub vollgesogen.
Wenn du mir schreibst, tauchst du den Stift gern in den Staub,
die Staubkörner stechen dann in meinen Augen.

Du sitzt den ganzen Tag da und willst nicht umhergehen,
damit deine Füße den Staub nicht verletzen.
Du atmest ganz ruhig, schreibst mit deinem Schweigen
eine Geschichte in dieser erstickenden Zeit.
Nur der Staub bleibt dir noch treu.

Der Staub erfüllt dir den Blick,
den Atem, die Zeit.
In deiner Seele baut er Tag um Tag ein Grab,
Zoll um Zoll, angefangen bei den Füßen
bis zur Brust und bis zur Kehle

Du weißt, das Grab ist deine beste Zuflucht.
Niemand stört dich, wenn du dort auf ich wartest.
Du hast eben eine besondere Beziehung zum Staub
der Dunkelheit in der erstickenden Stille, warte,
bitte wart auf mich.

Warte auf mich mit dem Staub
verweigre die Sonne, die Strömung der Luft,
bis der Staub dich ganz begräbt.
Lass dich einschlafen im Staub bis du erwachst,
wenn ich zurück bin,
wischt du den Staub von der Haut,
von der Seele und stehst auf
wie durch ein Wunder.

ÜbersetzungxMartinxWinter

Czekaj mnie w kurzu

cała jesteś tylko czekaniem na mnie
czekaniem w kurzu naszego domu
gdy jego warstwy gromadzą się
narastam w każdym kącie
czekasz niezdolna odsunąć zasłony
i pozwolić światłu by wygnało kurz

na półkach z książkami
porastają kurzem notatki wzory dywanu
wchłaniają kurz gdy piszesz do mnie list
dobrze, że stalówka jest nieoczyszczona
bo moje oczy dźga ból

cały dzień siedzisz
nie mogąc się ruszyć ze strachu
by twoje kroki nie wznieciły kurzu
starasz się płytko oddychać
gdy korzystając z ciszy piszesz
w takich chwilach duszący pył
jest zadziwiająco wierny

X

twoje spojrzenie, oddech i czas pozwalają
bym prochem wrastał po trochu coraz głębiej
w głąb duszy dusząc rósł od stóp do gardła

X
ty wiesz, że w tym grobie
można najlepiej wypocząć
czekając na mnie bez lęku
i nie niepokojona
dlatego pył jest dobry
w ciemności cicho dusi czekając,
czekając na mnie

X

czekasz przykryta kurzem
bez słońca i bez powietrza
pozwalasz by pochował cię pył
zasypiasz przyprószona zanim powrócę
i przebudzisz się
otrząśniesz proch ze skóry i duszy
cóż za cud – powstać ze zmarłych

9.04.1999

przełożyła Anna Nasiłowska

Trzy wiersze znalezione i jedna nadesłana piosenka

Ani

Te trzy wiersze i jedna posenka, przeczytane ostatnio raczej przez przypadek, zrobiły na mnie duże wrażenie i uderzyły aktualnością. Postanowiłam więc podzielić się nimi.

Icchok Lejbusz Perec
1852-1915

Wiersz jest pomieszczony w Antologii poezji żydowskiej, podarowanej mi niedawno przez moją przyjaciółkę Anię, która tę książkę znalazła porządkując bibliotekę rodziców w Gdańsku. Antologię wydał PIW w roku 1986, pod redakcją i ze słowem wstępnym Arnolda Słuckiego. Wydawnictwo powołuje się przy tym na prawa autorskie z roku 1983. Jakie jednak, skoro autor wyjechał z Polski ze słynnym biletem w jedną stronę w roku 1968, a w roku 1972 umarł w Berlinie Zachodnim? Wiem, bo chodzimy z Anią co roku na jego grób.

Foto Anna Kuzio

Nie myśl

Nie myśl, że świat jest karczmą – stworzony,
Ażeby przepychać się w nim do szynkwasu
Pięściami, pazurami i zachlać się, żreć, kiedy
Inni patrzą, i mdlejąc, i połykając ślinę
Wciągając żołądek miotany przez skurcze! –
O, nie myśl, że świat jest karczmą!

Nie myśl, że świat jest giełdą – stworzony,
By silny do woli mógł kupczyć słabymi,
Kupować młodych dziewcząt niewinność,
Mleko z piersi kobiet, szpik z kości
Mężczyznom i dzieciom odbierać ich uśmiech,
Rzadkiego gościa na zżółkłych twarzyczkach –
O, nie myśl, że świat jest giełdą!

Nie myśl, że świat jest dżunglą – stworzony
Dla wilków i lisów, łgarstwa i żeru;
Niebo – zasłoną przed widokiem Boga;
Mgła – by nikt tu nie patrzał na ręce;
Wiatr – by zagłuszyć dzikie okrzyki;
Ziemia, ażeby krew ofiar wessała –
O, nie myśl, że świat jest dżunglą!

Świat nie jest karczmą, giełdą ni dżunglą,
Wszystko się liczy i kładzie na wagę!
Ni łza, ni kropla krwi nie przemija,
Na próżno nie gasną ni oko, ni iskry!
Łzy rosną w rzeki, a rzeki w morza,
Z mórz wzbiera potop, z iskry jest piorun –
O, nie myśl, że umarło już prawo!

tłum. Arnold Słucki

***
Wiersz Herberta przytoczył na Facebooku Andrzej Saramonowicz, który prowadzi tam sobie taką własną rubrykę – co dzień jeden wiersz. Oczywiście Saramonowicz, chwała mu za to, musiał nam ten wiersz po prostu przypomnieć, przecież czytaliśmy go ongi bez końca i stał się chyba hymnem inteligenta lat 80, a jego tytuł stał się tak powszechną formułą, że do dziś się na nią powołujemy. Patrzymy na profesor Pawłowicz zajadającą w sejmie kebaba i myślimy, że to jednak jest kwestia smaku i naprawdę nie chodzi nam (tylko) o to, czy to kebab wegetariański czy z mięsem.

Zbigniew Herbert
1924-1988

Potęga smaku

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Z tomu Raport z oblężonego miasta, Paryż Kultura 1983

***

Tenże Andrzej Saramonowicz w tej samej rubryce przytoczył 8 czerwca wiersz, który wszystkimi synapsami wessał się w moje własne życie. Bo oto miałam na balkonie białą różę, co więcej, posadziłam ją zanim Krzysztof Łoziński przypomniał światu o incjatywie Białych Róż, zachęcającej, byśmy zaczęli organizować anty-miesięcznice antysmoleńskie każdego dziesiątego każdego miesiąca i byśmy przychodzili z białymi różami, które są symbolem pokoju, co tak rozzłościło suwerena Bonaparstka, że dokonując nadzwyczajnego skrótu myślowego, poinformował miasto i świat, iż biała róża jest symbolem nienawiści. I stało się to oczywiście zanim świat obiegły zdjęcia z kontr-miesięcznicy czerwcowej, pokazujące policję, która wynosi z manifestacji Frasyniuka czy Magdę Lempert z białymi różami w rękach.

Podlewałam tę różę jak najstaranniej, ale przyszło mi wyjechać na cztery dni, i zdarzyło się, że tego zimnego i mokrego lata nastały dwa dni potwornych upałów, w słońcu sięgających niemal 50 stopni (pokazał mi to mój nader mądry zegar) i wszystkie moje rośliny balkonowe przetrwały ten pustynny kataklizm, tylko róża… Róża postradała wszystkie kwiaty i uschła, a ja ją teraz próbuję odchuchać i namówić do życia, bo nie mam sumienia jej po prostu wyrzucić na śmietnik. I nawet już niektóre gałązki mojej róży zaczynają wyglądać jak gałązki róży…

No a ta stara pani… Oczywiście, jest o pokolenie starsza, ale czy to ma znaczenie?

CODZIENNIE JEDEN WIERSZ (773)

Kamil Wajer

* * * (moje rośliny na balkonie umarły)

moje rośliny na balkonie umarły
zbiegam na dół po fajki i w tym suchym powietrzu
spotykam sąsiadkę Irenę
Irena ma 86 lat i też coś przebąkuje o wyprawie na drugą stronę świata
wczepia się we mnie kurczowo prosi: pomóż mi wybrać listy
razem wchodzimy w cień schodowej klatki
Irena pokazuje laską która to skrzynka
a gdy wybieram
patrzy na mnie swymi wielkimi błękitnymi oczami
mówi „eh-eh… miałam takiego na wojnie…”
spoglądam na Irenę
stoi i lekko się trzęsie
jest suchutka jak letnie powietrze
cała siwo-niebieska jak izraelski domek lub ocean
wręczam jej listy całuję jej ręce mówię:
Pani uważa Pani Ireno, wyprawy, na tamten świat czy w rejony tego… po prostu czasem nie warto
czasem nie warto ruszać się z domu
w domu gra radio i jest kot
na oknie stoi kwiat miło trzeszczą ściany
dom to pewna i dobra planeta… niech się Pani nigdzie nie wybiera…
Irena śmieje się mówi: tamten to nie miał tak gadane…

cały rok kochałem się w Irenie
aż opatulili ją w coś białego i wynieśli następnym latem
stałem na klatce mówiłem: ja udzielę informacji ja znam tę Panią
powiedzieli tylko: odsuń się Pan tu już nie ma nic do roboty
więc zbiegłem na dół po fajki w tym suchym powietrzu
moje rośliny na balkonie umarły

***

Kamil Wajer wydał w roku 2015 tomik wierszy Noc nad Europą, wyd. Eperons-Ostrogi

***

Jutro następna kontr-miesięcznica… Róża wciąż jeszcze nie zakwitła, ale odżyła i wydaje mi się, że ma już pączki. Andrzej Klukowski ułożył piosenkę

To już od roku siódmego
Jak co miesiąc dziesiątego
Zbiera tłum się pod pałacem
Różańce, krzyże i modlitwy
Z ust pobożnych płyną klątwy
I już ciżba garnie się do bitwy

Prawda stoi tuż za rogiem
A tej prawdy nikt nie szuka
Taki to już polski teatr
taka to ci nasza sztuka
Jak co miesiąc 10
Naczelnik krzyczy do ludu swego
Frazy brzydkie pełne nienawiści
Komuniści i złodzieje
i że naród z nas się śmieje

Z drugiej strony rżną czarnego walca
coraz więcej mundurowych
coraz więcej białych róż
kto zapłaci za to widowisko
zaczynamy mieć nadzieję
ta drabinka się zachwieje naczelniku.

ty zapłacisz za to wszystko
coraz więcej jest teorii
coraz więcej nowych kłamstw
Nad zmarłymi czoła nikt nie chyli
Polityczne ekshumacje
nie nękajcie biednych dusz
dajcie spocząć już

Mówi prawda jest już blisko
Już za miesiąc, może dwa
W ludzkich głowach kartoflisko
Inni plują na to wszystko.
On tę prawdę dobrze zna
Lecz on do niej się nie przyzna
Do cholery! Niech wykrwawi się ojczyzna

Prawda czasem mgłą osnuta.
I choć dzisiaj jeszcze zatruta
To nawet gęste opary
Znikną, i to nie są żadne czary.
Prawda sama się obroni.
I nie jedno nam wyłoni.
A za oknem chicho płacze brzoza

Jeszcze Sara Teasdale

Andrzej Rejman
i gościnnie Anna Ciciszwili

“Cała nadzieja w literaturze” – czytam w jednym z “dobrych” tygodników – to reklama Festiwalu “Stolica Języka Polskiego”, który odbędzie się w sierpniu b.r. w Szczebrzeszynie.

Tak. Cała nadzieja w literaturze, ale też w sztukach wizualnych, w muzyce i w poezji, cała nadzieja w kreatywności człowieka. To skuteczna przeciwwaga dla powierzchowności, zniechęcenia, monotonii, to skuteczna terapia dla społeczeństw ogarniętych rywalizacją, i dla jednostek dotkniętych depresją, wynikającą czasem z niemożności znalezienia swojego miejsca na świecie.

***

Anna Ciciszwili, poetka, tłumaczka, napisała kilka słów o Sarze Teasdale, jako kontynuację mojego poprzedniego wpisu.

Anna Ciciszwili

Z poezją Sary Teasdale, amerykańskiej poetki przełomu XIX i XX wieku, zetknęłam się dzięki mojemu przyjacielowi Andrzejowi Rejmanowi, który wyciągnął ja z mroków zapomnienia. Dziś zapomniana w Stanach Zjednoczonych, (była jedną z najpopularniejszych poetek w swojej epoce – w 1917 roku otrzymała Poetycką Nagrodę Pulitzera) – i prawie nieznana w Polsce.

Sara Teasdale pisała właściwie pieśni, wiersze znakomicie nadające się do ułożenia melodii, wiersze dla dzieci, teksty charakteryzujące się wyczuwalną melodyjnością, wiersze rymowane, samoistnie układające się w muzykę.

Andrzej Rejman skomponował w ciągu ostatnich kilkunastu lat wiele utworów do tekstów Sary Teasdale, część piosenek powstało we współautorstwie z Ewą Górską, Karoliną Jankowską, Rafałem Smolińskim i innymi.

Słuchając tej muzyki odkryłam Sarę…

W jej poezji – na pozór prostej, o nieskomplikowanych, wpadających w ucho rymach – odkryłam ponadczasowe przesłanie, głęboki mistycyzm i wolność. Sara doskonale odnajdywała siebie we wszechświecie, opisując to w prostych słowach wierszy.

Sara Teasdale

Thoughts

When I can make my thoughts come forth
To walk like ladies up and down,
Each one puts on before the glass
Her most becoming hat and gown.

But oh, the shy and eager thoughts
That hide and will not get them dressed,
Why is it that they always seem
So much more lovely than the rest?

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Myśli

Gdybym swoje myśli puściła z polotem,
Żeby jak modelki roztaczały wdzięki,
To każda z nich nosić miałaby ochotę,
Twarzowy kapelusz i modne sukienki.

Ale moje myśli ukrywają twarze,
Nie lubią się stroić w sukienki wspaniałe.
Dlaczego tak jest, że zdają się zawsze
O wiele wspanialsze, niż te pozostałe?

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Autumn Dusk

I saw above a sea of hills
A solitary planet shine,
And there was no one, near or far,
to keep the world from being mine.

z tomiku „Dark of the Moon” 1926

Jesienny zmierzch

Widziałam ponad morzem wzgórz
Samotnych planet złoty rój,
Nie ma nikogo tam, czy tu,
Kto wstrzyma świat, by nie był mój.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Wiele wierszy Sara pisała pod wpływem wszechogarniającej ją miłości. Biegała w sandałach uszytych z wiatru i płomienia. Przeżywając rozczarowanie stawała się spokojnym jeziorem. Tak pisała o miłości.

Enough

It is enough for me by day
To walk the same bright earth with him;
Enough that over us by night
The same great roof of stars is dim.

I do not hope to bind the wind
Or set a fetter on the sea —
It is enough to feel his love
Blow by like music over me.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Wystarczy

Dla mnie wystarczy, że w dzień
Stąpam z nim po tej samej ziemi:
Nocą wystarczy ten sam
Dach rozgwieżdżony nad nami.

Nie skuję wiatru w kajdany,
Nie zwiążę morza w rzemienie —
By czuć jego miłość wystarczy,
Że płynie muzyką przeze mnie.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Potrafiła cieszyć się życiem, wydobyć z każdej chwili piękno i ukryty sens, jednocześnie doskonale rozumiała przemijalność wszelkich ziemskich spraw i nieśmiertelność uczuć i duszy.

If I Must Go

If I must go to heaven’s end
Climbing the ages like a stair,
Be near me and forever bend
With the same eyes above me there;

Time will fly past us like leaves flying,
We shall not heed, for we shall be
Beyond living, beyond dying,
Knowing and known unchangeably.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Jeśli mam iść

Jeśli mam iść na kraniec nieba,
Pokonując epoki jak schody,
Bądź zawsze przy mnie, nade mną,
Chcę widzieć wciąż twoje oczy;

Czas przemknie nad nami lekko
Jak liście – będziemy bowiem

Poza życiem i poza śmiercią
Wiedzący i wiecznie wiadomi.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

W poezji Sary Teasdale wątki radości życia przeplatają się z projekcją śmierci, i zgody na nią.

W niektórych utworach Autorka wydaje się zapowiadać swą przedwczesną śmierć.

I Shall Not Care

When I am dead and over me bright April
Shakes out her rain-drenched hair,
Though you should lean above me broken-hearted,
I shall not care.

I shall have peace, as leafy trees are peaceful
When rain bends down the bough,
And I shall be more silent and cold-hearted
Than you are now.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

To nic

Gdy odejdę i jasny kwiecień nade mną
Potrząśnie włosy spływające deszczem,
Choć to ty łzę mógłbyś uronić niejedną
Ja się nie przejmę.

Będę spokojna jak drzewo, które nie drgnie
Kiedy deszcz do ziemi ugina gałęzie,
I będę bardziej milcząca zimnym sercem
Niż teraz jesteś.

Tłumaczenie Anna Ciciszwili

A Little While

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Krótka chwila

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Żyć będę tam, gdzie żyją pieśni moje,
Jak krucha piana wznosi się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Przez krótka chwilę jeszcze płonąć będą
Te dni i noce w pianie napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Mam nadzieję, ze wkrótce będę mogła udostępnić czytelnikom w Polsce tę wspaniałą poezję kobiecą w moim zbiorze przekładów, przygotowywanym do wydania.

Anna Ciciszwili, lipiec 2017

***

Dziękuję, Aniu – swą pracą przyczyniasz się do uspokojenia tego świata!
A to jedno z najważniejszych zadań człowieka.

A.R.

Rainbow Gold – wiersze dla chłopców i dziewcząt wybrane przez Sarę Teasdale, ilustracje Dugald Walker – Macmillan Company, New York, 1924

Przychodzimy odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego II

Tydzień temu rozpocząłem snucie wspomnień o przyjacielu moich młodych lat. A dziś zakończę snuć, bo niewiele po nim zostało.

Pisał Rafał Łachmańczuk wiersze, ale odważył się też na piosenkę. Tak samo jak wiersze niedorobioną, lecz ileż wspomnień budzącą! Wspólne wyprawy w Beskid Sądecki. Krynica, Tylicz… Rafał i tak lepiej oddał te nasz wrażenia, niż ja bym to potrafił uczynić. Bo ja ani pisać ani komponować nie umiem. Co gorsza (czy na pewno? może jednak: co lepsza?) śpiewać też się nie odważę. Musiałem o to poprosić jednego naszego kolegę, który też znał Rafała. Jego wykonanie to również nie mistrzostwo, obaj o tym wiemy. Jeśli się jednak zdecydował to jedynie, jak sam wyznał, przez wzgląd na pamięć naszej wspólnej młodości. Tak jakoś przegniłej… jak te deski cerkiewne.

Przychodzimy, odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego

Dlaczego cenię ten blog? Chyba dla tej przyczyny, iż skrupulatne zbiera i pieczołowicie odkurza skorupki pamięci o ludziach, zdarzeniach, dziełach, uczuciach. Już to Pradziadek Hrebnicki znów przechadza się pośród swego Raju, już to rozlegają się dźwięki poezji Maschy Kaléko, już duma słuszna napełnia z dokonań rodu Berlinerblau.
Gdzie indziej może o tym zapomną, ale nie tutaj. A przecież śpiewa Leszek Długosz: Bo jeśli z nas ma coś ocaleć/To niech innych pamięć o nas/Niech nam będzie tak jak schron…
Pomyślałem sobie przeto, że to najlepsze miejsce, aby choć na chwilę ocalić od zapomnienia kogoś, komu jestem to winien. Niedługo przecież nie stanie już nikogo, kto by o nim pamiętał. O przyjacielu młodości. Rafał. Rafał Łachmańczuk mu było. Tylko najpierw, zanim przystąpię do wypominków, musiałbym, jak to mówią, naświetlić kontekst. Bo kto dziś zrozumie ten pokręcony czas, gdy wielu, naprawdę wielu młodych ludzi, w tym oczywiście my obaj, poszło za czarodziejem. Magiem. Istnym flecistą z Hameln. Szczurołapem. Poszli…śmy na własną zgubę. Zamiast hartować się, twardnieć psychicznie i zdobywać normalny zawód, a dzisiaj mieć kasę, wpływy oraz pozycję, rozdrapywaliśmy rany duszy i kołysaliśmy się ułudą. Flecista-Stachura-Szczurołap potrafił uwodzić! Co ciekawsze – zza grobu, bo już wtedy tańczył w „niebieskiej tancbudzie”. Ale jego poezja brzmiała. Szczególnie do muzyki Satanowskiego: mrocznej, eschatologicznej niemalże. Ten melanż lubiliśmy z Rafałem najbardziej. Ach, brało nas to wtedy! A i dzisiaj jeszcze wzdraga człowiekiem, choć wiadomo, że wiedzie ku zgubie. Rafałem już nie wzdraga: jego już nie ma. Ale mną…

Słuchaliśmy, marzyliśmy o Boliwii czy Patagonii – tych miejscach, gdzie nas nie ma, a więc na pewno jest tam dobrze, wszak wszędzie dobrze, gdzie…
I tak zostaliśmy bezbronni wobec rzeczywistości. Zawsze bowiem na straconej pozycji są ci, którzy wyhodowali w sobie wrażliwość, a z nią skrupuły i sumienie. Długo trwało, zanim się jakoś ogarnąłem, a i teraz jeszcze mi się to czkawką nieraz odbija. A Rafał? Jego już nie ma. Może i lepiej? On by sobie nie poradził. Dobrze, że odszedł.
Ale wcześniej zdążył, pod wpływem Steda – a jakże! – popełnić kilka wierszy. Bidne toto, niedorobione, kaleczne. Ale przynajmniej szczere. Nie miało czasu dojrzeć, okrzepnąć. Zostało takie, jakie jest. Jeżeli więc ośmielam się jeden z tych utworów przypomnieć (za tydzień będzie jeszcze jeden: uwaga – piosenka!) to, jakem wspomniał, tylko po to, by ocalić od zapomnienia. Oj, Rafcio, Rafcio…

Iluminacja na kirkucie w Wołczynie
Cieniem ta kępa drzew kusiła
Sama, jedyna w szczerym polu
A do miasta jeszcze kawałek
Rowerzysta zdrożony
Siada w gąszczu
Na wołczyńskim kirkucie
Na Opolskim Śląsku
Gdzie polskie z niemieckim
Się ściera
Słowiańskie z germańskim
Gotuje od wieków
Dziwna kraina…
A tu jeszcze na pochyłych kamieniach
Ku czci onych, co pod kamieniami
Wykute plączą się z lewej ku prawej
Łodyżki literek znad Jordanu
Z piasków judzkiej pustyni
A tu jeszcze po alef bejt gimel
Wędruje od prawej ku lewej
Wędruje żwawo żuczek kolorado
Pasiasty przybysz z Nowego Świata
No – stonka
Chciałeś Edwardzie Całą Jaskrawość
Masz

Fête de la Musique

Zapowiedź po polsku poniżej

oder

Das sollten sie nicht verpassen

Am Mittwoch, den 21. Juni, genau zu Sommeranfang, wird Berlin zur Konzertbühne – in der ganzen Stadt wird draußen musiziert. Die Fête de la Musique steigt allerorten. Das ist ein nicht kommerzielle Musikfestival – seit 1982 in Paris und seit 1995 in Berlin. Um 16 Uhr geht es los – bis 22 Uhr wird unter freiem Himmel musiziert – unverstärkt, ohne Strom und kostenlos!

Das komplette Programm gibt’s unter fetedelamusique.de

Fête de la Musique 2017: Alles in einer Karte

Und wir sind natürlich auch dabei. Wo? In der Regenbogenfabrik! Um 20:00 Uhr tritt dort die Stettiner Band SKLEP Z PTASIMI PIÒRAMI!

Eine Veranstaltung im organisiert in Zusammenarbeit der Regenbogenfabrik mit dem Verein Städtepartner Stettin e.V. im Rahmen des vereinseigenen Eventsformats OstEuropaTage.

Z zachwytem informujemy, że dziś w ramach Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Fête de la Musique w Berlinie wystąpi również szczeciński zespół Sklep z ptasimi piórami. Pisaliśmy już o tym w marcu, a dziś przypominamy:

Regenbogenfabrik
Im Hof
Lausitzer Str. 22
10999 Berlin-Kreuzberg
Dojazd do stacji metra Kottbusser Tor albo Görlitzer Bahnhof

Program od godziny 16:00, Sklep… o godzinie 20:00.

Na stronie zespołu znajdzie się znacznie więcej utworów, w tym również poezji śpiewanej, tu tylko dla zachęty jedna z piosenek:

Poniżej jeszcze, przygotowany na warsztat translatorski, wiersz Marka Maja, Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest. Podczas koncertu usłyszymy ten wiersz w wykonaniu Sklepu…, podczas warsztatu wiersz ten (i kilka innych) zostanie przetłumaczony na niemiecki. Wraz z wierszami Marka Maja weźmiemy też na warsztat piękne opowiadanie warszawskiej pisarki Joanny Rudniańskiej XY, prozę rosyjskiego pisarza Alexandra Kazaka oraz prozę i poezję Ireny Ivanovej z Bułgarii. Translator Workshop odbywa się 8 i 9 lipca od godziny 12 w Lettretage na Kreuzbergu. Jeśli macie ochotę powalczyć z trudnymi a niekiedy bardzo trudnymi tekstami z Europy Wschodniej, proszę zgłaszajcie się TU. Znajomość języków słowiańskich nie jest wymagana – na warsztat przygotowaliśmy surowe tłumaczenia tekstów na niemiecki.

Marek Maj

Wiem jak nie jest

Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest…
Są głośniejsi co lepiej się znają,
Lecz gdy światłem podziałać wśród rzęs
Dojrzysz świat, co sam sobą się zajął.
Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest,
A ta wiedza z najskrytszych doświadczeń,
A z niewiedzy pokornie jak pies
Patrzę w bezmiar, i patrzę, i patrzę…

Mam na imię… na drugie już nie,
Bo kalendarz miał braki na wiosnę –
Dwuimienne ze stworzeń są te,
Co są dumne i te, co są proste.
Mam na imię – na prąd czasem nie;
Trzeba wiedzieć, że trzeba chcieć więcej
I nie wiedzieć – jak głaz – o tym, że
Niemożliwy jest kaktus na ręce.

Wiem tak cicho, jak cichy jest szmer
Prawybuchu i praw dynamicznych;
Nie wiem głośno – szukając wśród sfer
Złud potocznych i kłamstw fantastycznych.
Wzrok w krzywizny ekliptyk się wplótł,
Więc w lekkości się ćwiczę po trosze,
I łopotań bezskrzydłych znam trud
I o lotność zabiegam i proszę…

Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. “Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że “ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Reblog: Pełnia lata i inne wiersze / Der Hochsommer und andere Gedichte

Das SprachCafè Polnisch e.V. in Pankow
STZ Pankow, Schönholzer Str. 10, 13187 Berlin
02.06.2017 – 31.08.2017

2 czerwca – wieczór poezji i wernisaż / 2. Juni – Poesieabend & Vernissage
18:00

Agata Koch

A skąd się biorą te wszystkie myśli?
Przychodzą do nas z kosmosu?

Te duże i małe,
te szare i barwne,
te nowe i dawne,
te zimowe i te z lata,
te smaczne i bez smaku,
te pachnące i te bez zapachu,
te górnolotne i te codzienne,
te ważne i te nie tak bardzo…
te lekkie i te ciężkie,
te rozbiegane i te spokojne,
przezroczyste i gęste,
miękkie i nie do zgryzienia,
te moje i te mi obce,
te proste i te nie do zrozumienia,
te widoczne i te…
te jasne…

…i jakie jeszcze będą?
Teraz już sama nie wiem –
spójrz na nie ze mną…

Danke…

Wo kommen all diese Gedanken her?
Aus dem großen All von überall?

Die großen und die kleinen,
die grauen und die farbigen,
die neuen und die von früher,
die winterlichen und die vom sommer,
die leckeren und die ohne geschmack,
die duftenden und die geruchlosen,
die abgehobenen und die alltäglichen,
die wichtigen und die nicht ganz so,
die leichten und die schweren,
die hektischen und die ruhigen,
die durchsichtigen und die dicken,
die weichen und die nicht zu knacken sind,
die von mir und die mir fremden,
die einfachen und die unfassbaren,
die sichtbaren und die…,
die klaren…

…wie sind sie denn noch?
Gleich weiß ich selber nicht mehr,
schaue Du jetzt mit hoch…

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind, mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Rzeczy
które mamy
posiadamy
pragniemy
rzeczy
o które się tak staramy
których potrzebujemy
które są nieodzowne
lub tylko tak wydaje się nam

rzeczy
które lubimy
które są piękne i modne
nam towarzyszą i otuchy dodają
wiele umożliwiają i ułatwiają

rzeczy
przypominają
nasz smak opisują
i przynależność wyrażają
oraz prestiż

dzielimy się rzeczami z innymi
dzielimy się z rzeczami
sprawami duchowymi…

rzeczy
zbieramy
przekładamy
rzeczy
które leżą
spoczywają i się nudzą
zakurzone
pod swym ciężarem
– rzeczy zmęczone…
– – –

Sachen
die wir haben
besitzen
nach denen wir streben
um die wir uns so Mühe geben
Sachen, die wir brauchen
die unentbehrlich sind
oder uns nur so vorkommen
mögen

Sachen
die schön sind und in
Sachen, die wir mögen
die uns begleiten und es gemütlich gestalten
vieles ermöglichen und leichter machen

Sachen
die uns an was Bestimmtes erinnern
die unseren Geschmack beschreiben
und Zugehörigkeit
sowie Prestige zeigen

wir teilen Sachen mit anderen
wir teilen mit Sachen
auch Seelen…

Sachen
die wir sammeln
leihen, umräumen
Sachen
sind liegengeblieben
sie ruhen und langweilen sich
verstaubt
unter ihrer Last
– müde…

…bo najważniejsze jest
to
między chwilami
w nawale spraw
pędzie dnia codziennego
milionów detali jego
głębię oddechu poczuć
i lekkość
nagłą i piękną
spojrzeć na
to
jak na czarne na białym
czy
białe na czarnym?
klarowne
cudowne
To

…denn das Wichtigste ist
das
zwischen den Augenblicken
in der Menge der Dinge
und der Schnelligkeit des Alltags
in Milionen seiner Details
die Tiefe des Atems zu erspühren
und seine Leichtigkeit
die plötzlich eintritt und schön ist
das
zu erblicken
wie Schwarz auf Weiss
oder
Weiss auf Schwarz?
ein klares
wunderderbares
Das

Obrazy / Bilder

W rozmowie / Im Gespräch, Collage, Barbara Konieczna

Co nas porusza – wystawa zbiorowa artystek*artystów z berlińskiej dzielnicy Pankow/ Was uns bewegt? – Gemeinschaftsausstellung der Pankower Künstler*innen

Wystawiają / Es stellen aus:
Agata Koch, Aleksandra Gajda, Barbara Konieczna, Bianca Monroy, Estrella Betancor, Gabriele Klier, Grażyna Zarębska, JP Bouzac, Justyna Stokłosa, Sabine Renault,  Silviya Zdravkova, Susanne Kiene

Spotkanie w ramach cyklu prezentacji autorów bloga
Ein Treffen im Rahmen des Vorstellens der Autor*innen vom Blog
ewamaria2013
&