The winter came

Today I found in Internet, what I am thinking everyday about. The winter came!

Olga Popadiuk

Я специально пишу это по-русски.
Не потому что «так привычнее».
А потому что так дойдёт.
До тех самых русскоговорящих русских в России, которые любят говорить:
«Мы тут ни при чём»,
«Это политика»,
«Мы вне войны».
Так вот — вы при чём.

Я выживу, потому что у меня есть работа и хоть какие-то деньги.
Потому что да, я могу пойти в спортлайф и отогреть тело под горячим душем.
Потому что да, я могу съесть тёплый бургер в Макдональдсе и сделать вид, что жизнь продолжается.

Именно поэтому мне особенно мерзко писать этот текст.
Многие не орут и не жалуются.

Но, су..а, как же холодно.

Это не «ой, зима».
Это не «надень свитер».
Это холод, от которого некуда спрятаться.
Он в стенах. В полу. В пальцах. В голове.
Он не уходит, даже когда ты ложишься под три одеяла и делаешь вид, что спишь.

Черновцы. Центр Европы.
Шахеды почти не летают . спасибо, конечно.
Зато 19 часов без света.
Генераторы не тянут, потому что, сюрприз, их тоже надо заряжать.
Отопления нет, потому что квартира на электрике.
Электрики нет, потому что война.

Я всегда знала, что бабло решает.
Но вот это — новый уровень:
украинцы замерзают в Европе.
В то время как кто-то разрешает нас бомбить, кто-то считает геополитику,
кто-то делит бюджеты, а наши мужчины умирают уже четвёртый год подряд.

Я почти уверена, что я выживу.
Я доживу.
Я найду тёплый душ, еду, розетку, угол.

Но мне страшно не за себя.
Мне страшно за тех, кто не напишет.
Кто просто сидит в холодной квартире и думает:
«Главное дотянуть до утра».
Старики, мамочки с младенцами на руках.

У меня есть термос с чаем.
У меня есть бутылки с горячей водой в кровати. Я прижимаю сина к себе покрепче.
Я делаю всё правильно, как в инструкциях по выживанию.
Но свет выключают на шесть часов.
Потом дают на час.
И за этот час ты не успеваешь вернуть тепло

Сегодня кто-то умрёт от холода.
Не на фронте.
Не от ракеты.
Просто в своей квартире.
Тихо.
Без свидетелей.

Прошло восемьдесят лет после Второй мировой.
Мир говорил «никогда снова».
Люди говорили «мы изменились».
Ничего не изменилось.
Люди — всё те же звери.

Я вижу, как это устроено.
Кто-то воюет.
Кто-то сидит в тёплом кабинете и считает деньги.
Кто-то теряет сына.
Кто-то получает очередную звёздочку сидя в тилу

😉

И может позволить себе издеваться над женщиной с ребёнком, потому что у него власть.

Я смотрю на всё это и понимаю:
нас не считают за людей.
Нас считают за гной.
За что-то, что может терпеть.
Что можно не замечать.
Что можно списать.

Типа:
ну украинцы…
ну потерпят…

Сука.
Мы в центре Европы.Не в средневековье.
Не на краю карты.В центре.
И мы замерзаем.

Мне страшно за стариков, которые не напишут пост, не выйдут в эфир,
просто лягут и будут ждать утра.

Если вы это читаете, то знайте:
это происходит прямо сейчас.
Не как метафора.
Не как «трагедия где-то там».

И если миру всё равно —
значит, он всё ещё такой же,
как восемьдесят лет назад.

И вот это — настоящий пиздец.


I am writing this in Russian on purpose.
Not because I’m “so used to it”.
And because it will come.
To the most Russian-speaking Russians in Russia, who like to talk:
“We’re here for nothing,”
“It’s politics,”
“We are out of war.”
So what are you up to.
I will survive because I have a job and at least some money.
Because yes, I can go to sportslife and warm up my body in a hot shower.
Because yes, I can eat a warm burger at McDonald’s and pretend life goes on.
That’s why I’m particularly disgusted with writing this text.
Many do not yell and do not complain.
But, they are.. Oh how cold it is.
This is not “oh, winter.”
It’s not “wear a sweater.”
It’s cold with nowhere to hide.
It’s within the walls. In the floor. In the finger tips. In the head.
He doesn’t go away, even when you lay under three blankets and pretend you’re asleep.
Chernivtsi. The centre of Europe.
Shaheds hardly fly. thank you, of course.
That’s why 19 hours without light.
Generators don’t pull because, surprisingly, they also need to be charged.
There is no heating because the apartment runs on electricity.
No electricity because of war.
I’ve always known that a woman decides.
But this is a new level:
Ukrainians are freezing in Europe.
While someone allows us to be bombed, someone considers geopolitics,
someone divides budgets, and our men have been dying for the fourth year in a row.
I’m pretty sure I will survive.
I am going to live long.
I’ll find a warm shower, food, an outlet, a corner.
But I’m afraid not for myself.
I’m afraid for those who won’t write.
Who just sits in a cold apartment and thinks:
“The main thing is to make it to the morning.”
Old people, mothers with babies in their arms.
I have a thermos with tea.
I have hot water bottles in bed. I’m holding my son closer.
I’m doing everything right, like in the survival instructions.
But the lights are turned off for six hours.
Then they give it for an hour.
And during this hour you don’t have time to get the heat back.
Someone will freeze to death today.
Not on the front lines.
Not from a rocket.
Just at the apartment.
Quiet.
Without any witnesses.
Eighty years have passed after World War II.
The world said “never again”.
People used to say we changed.
Nothing has really changed.
Humans are all the same beasts.
I can see this being done.
Someone is at war.
Someone is sitting in a warm office and counting money.
Somebody is losing their son.
Somebody is getting another star sitting in the back😉
And he can afford to abuse a woman with a child because he has power.
I see it all and understand:
we are not considered as humans.
We are being counted as manure.
For something that can be endured.
The things you may overlook.
What can I write off.
Like:
Well, the Ukrainians…
Well, they’ll be patient…
Bitch.
We are in the center of Europe. Not in the Middle Ages.
Not at the edge of the map. In the center.
And we are freezing.
I’m afraid for the old people who will not write a post, will not go on air,
they will just lie down and wait for the morning.
If you are reading this, know:
this is happening right now.
Not as a metaphor.
Not like “a tragedy is out there.”
And if the world doesn’t care –
so, he’s still the same,
like eighty years ago.
And now this is the real fuck up.

Sztuczna Inteligencja o cierpieniu zwierząt

Zapytałam o cierpienie zwierząt w poezji i dostałam taką od powiedź:

Poezja o cierpieniu zwierząt porusza temat ich krzywdy, bezsilności i okrucieństwa wobec nich, często z perspektywy empatycznego obserwatora, jak w wierszu Adama Zagajewskiego czy Kazimierza Lubeckiego, kontrastując ich niewinność z ludzką obojętnością; obejmuje wiersze refleksyjne o utracie zwierzęcia (np. Tęczowy Most) oraz utwory o walce o prawa zwierząt, ukazując ból jako fundamentalne pytanie o sens istnienia i łącząc los zwierząt z losem człowieka.

Tylko linki poniżej dodałam ja, adminka, bo SI podała tylko linki do życiorysów poetów, a ja zmieniłam je na linki do odpowiednich wierszy. 

Continue reading “Sztuczna Inteligencja o cierpieniu zwierząt”

Nasza ludzka biel

Teresa Rudolf

Niewinność bieli

Zima, ach znów zima,
biała jak niewinność,
jak nowiutka kołdra
przykrywa nasz świat…

Świat pełen brudu;
pod bielą śpią sekrety,
do przewidzenia już,
a jeszcze niewidoczne…

Świat piękny, kochany
świat niebezpieczny,
świat teraz taki biały,
odkryje prawdę znów…

oblicza tych, którzy
nam go za naszym
pozwoleniem kradną,

teraz, dziś, pod białym…
…puchem 
niewinności…

i “niech no tylko… 
zakwitną jabłonie”???

Twoje “Ja” w stogu siana

My masochiści, sadyści,
psychopaci, cholerycy,
my posiadacze rozumu,
duszy, dobra, nadziei…

My, tacy razem, głośno
krzyczymy: “My Polska,
My też “Piłka i Ojczyzna”,
My jesteśmy wszystkim…

Ameryka, Chiny, Rosja, 
krzyczą również My, 
a w tych mrowiskach,
na całym świecie…

jesteśmy wszyscy My,
My, stojący naprzeciw 
jak w utworze Mrożka, 
patrząc ze zdziwieniem

Oni i My; 
I tak to samo…
…LUDZIE,

w dobroci,
mądrości
i podłości…

Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Pełnia słów i dźwięków

Godzina 19, ale zapraszamy już od godziny 18. I warto przyjść wcześniej, bo może być tłoczno.

📍 Berlin-Pankow
🗓 16 stycznia 2026 (piątek)
🕖 godz. 19:00
📌 Polska Kafejka Językowa, Schulzestr. 1
🎟 Wstęp wolny

dojazd (niestety z utrudnieniami) do stacji Wollankstraße – z utrudnieniami, bo dojeżdżając z południa trzeba pojechać przystanek dalej, do stacji Schönholz i tam wsiąść do pociągu jadącego z powrotem 😦

Continue reading “Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”

Na grobie Sylvii Plath

Konrad

Wybraliśmy się niedawno ze znajomą do Hebden Bridge; to mała wioska w dolinie rzeki Calder w Yorkshire, znana jako “brytyjska stolica lesbijek”. Zupełnie nie przypomina innych znanych gayborhoods, zwykłe pełnych życia nocnego i gwaru. Takie miejsca najczęściej zdominowane są jednak przez gejów, a lesbijki chyba wolą jednak tzw. cottagecore – czyli wyidealizowaną wizję życia na wsi, która “(…) koncentruje się na ideach prostego bytu i harmonii z naturą. Inne powiązane tematy obejmują samowystarczalność, romantyzację pracy domowej, tradycyjnych umiejętności oraz zrównoważonego rozwoju”.

Continue reading “Na grobie Sylvii Plath”

Ojciec i pradziadek

Od Adminki: Wiersz przysłała mi Dorota Biłous z Wrocławia, opatrując go takim komentarzem: Wiersz Feliksa Netza, który opowiada o moim tacie. Dzidek to tata, a ten niespotykanie stary człowiek to mój pradziadek. Takie historie.

Feliks Netz urodził się 26 grudnia 1939 w Kretkach Dużych koło Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie), zmarł 12 kwietnia 2015 w Katowicach, poeta, prozaik, dramaturg radiowy, tłumacz, krytyk literacki i filmowy, publicysta.

Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Feliks_Netz

Niewłączone do Księgi Psalmów

Nad rzekami Babilońskimi, tameśmy siadali
i płakali, wspominając na Syjon.

Psalm 137

Siedzieliśmy nad wodami Kwisy, było upalne
lato, piąte po wojnie, kościotrupy kamienic
spalonych do ostatniej cegły, myszkowaliśmy
po piwnicach – МИН НЕТ! Nie wywietrzał odór
spalonych ciał – dotknąłem kamienia tuż przy
betonowym dnie piwnicy, „ciekawe – powiedział Dzidek,
jak długo kamień przechowuje
pamięć ognia”;

w jego jak i moim poniemieckim domu zobaczyłem
niespotykanie starego człowieka w palcie (było lato!)
i czapce naciśniętej na uszy, spisującego nie
mający końca korowód nazwisk. Dzidek: „spisuje
wszystkich mieszkańców Kołomyi, jakich zapamiętał
a znał ich tysiące, budował mosty i wiadukty
w powiecie, a nawet dalej, zapisał już całą walizkę
papieru prośbowego”;

siedzieliśmy nad wodami Kwisy, mocząc nogi
o zdeptanych stopach, mytych byle jak wieczorem
pod nieuważnym wzrokiem matki, zrogowaciałe,
popękane pięty, skóra jak zelówka, nie miękła, gdy
nasze jedenastoletnie ciała pluskały się w statecznym
nurcie Kwisy, leżeliśmy na wznak, lekko poruszając
dłońmi, niby płetwami, z ciężkim słońcem na wargach,
z marzeniem w zmrużonych oczach, by prąd poniósł nas
do morza, tego lub tamtego, jakie to były morza, żywe
czy martwe, nie ja, lecz pamięć
nie pamięta;

siedzieliśmy, Dzidek (zmarł tej wiosny zastanawiam się
jak długo prochy przechowują pamięć ognia) i ja
spośród całych rodzin z i spod Kołomyi, Tarnopola
Drohobycza, a nawet z Bukowiny, kobiety w majtkach
i biustonoszach, dzieci na golasa, mężczyźni w spodniach
i gimnastycznych podkoszulkach, ponad głowami hasały
motyle, czasem zabuczał na najższej strunie trzmiel
opity bimbrem spływającym z szyjek niezatkanych
butelek, mężczyźni grali w karty milcząc, zrzucali je z furią
jak broń długą i krótką, kiedy wychodzili z lasów,
czasami któryś się nagle zapatrzył gdzieś, w jakiś punkt,
w jakąś dal, z kartą w ręce, która, jakby ją nagle odcięto,
przemierzała rozległe przestrzenie od morza do morza,
ale jakie to były morza, żywe czy martwe, nie ważne,
bo już nikt nie myślał o ucieczce, ni morzem,
ni lądem;

nie harfy wieszaliśmy na wierzbach, ale mokre gatki,
i halki, czasem któraś przeprała jedwabne pończochy,
poruszały się w nieruchomym powietrzu z cichym
szelestem, budząc w nas już nie dzieciach, po prostu
chłopakach słodki dreszcz;

nie śpiewaliśmy, bo jakże mieliśmy śpiewać, skoro –
słowa są Dzidka, nasze pieśni zostały tam, nad
Czeremoszem, na polach kukurydzy, w łanach jęczmienia,
w oślepiającej bieli ziemniaków wyrwanych z nacią,
z ziemi czarnej i tłustej, w srebrnych kłosach pszenicy
w zapatrzonych prosto w słońce słonecznikach
w studniach, w które wykrzykiwaliśmy nasze
imiona, aby dotarły do podziemnych miast
w wysokich trawach, w których zaplątywały się
nasze psy, jakże mieliśmy śpiewać, skoro każdy
chciał, aby jego serce, owinięte w liść łopianu
pochowano tam, gdzie, a było to pewniejsze niż śmierć
nigdy więcej jego stopa nie postanie, nie pozwolą
na to duchy żołnierzy radzieckich, które wychodziły
z grobów na szczycie Kamiennej Góry na nocny patrol
czasem ktoś zderzył się z duchem, bywało, że chciał
go wyminąć, próbował z lewa z prawa, w końcu
usłyszał jakby dochodzące z głębokiej studni:
spoj s nami – tiomnaja nocz’ tolko puli swistajut
w dali, tolko puli swistajut…


Jakoż mamy śpiewać mówili ludzie siedzący nad
wodami Kwisy, my, wygnańcy w ziemi cudzoziemców,
niech przyschnie język mój do podniebienia mego,
mówi we śnie stary człowiek w grubym palcie,
w czapce (lato!) naciśniętej na uszy, ba, myśli
strapiony, jak ma przyschnąć,
skoro mi go wyrwano.

Kolorowa Noc Fado w Sylwestra i na co dzień

Teresa Rudolf

Sylwester od zawsze…

Dzwony biją
na zamianę;
czego, na co? 

Nadzieja łaskocze,
w nas dorosłych
jak w dzieciach:

– Będzie lepiej,
– Będzie inaczej
– Będą ludzie lepsi,
– Będę lepsza/lepszy.

I tak co roku;
wierzy się losowi, sobie,
politykom przeróżnym,

przemówienia, muzyka,
śpiew, tańce, hopsańce,
petardy, ognie sztuczne,

niebo nie odróżnia,
czy to fajerwerki, drony,
tak już jest teraz, zawsze…

zwierzęta umierają 
najpierw “ze strachu”,
a niektóre naprawdę,

ludzie, niektórzy będą 
się dalej kochać, 
inni dalej nienawidzić,

wojny będą dalej trwać,
i nie ma jak dotąd 
religii zmieniającej świat,

polityki zmieniającej świat,
też i sztucznej inteligencji,
jesteśmy tylko my…

…co roku w Sylwestra
omamieni hipnozą
światową:

“BĘDZIE 
LEPIEJ,
PÓKI MY
ŻYJEMY!” 

Barwy

Są takie dni pełne
uwodzicielskich kolorów, 
każdy mizdrzy się inaczej,

dostaję oczopląsu 
biegnąc za nimi, gdy bawią
się ze mną w chowanego,

kocham je wszystkie,
nie mogę być każdemu
wierna, bo jutro jest inaczej.

A gdy idę przez dzień
czarna od stóp do głów,
czerwień głośno zawodzi,

krzycząc, że na żałobę 
po samej sobie, przyjdzie
jeszcze czas, przyjdzie czas.

Zielony kolor puka mi w okno,
mówiąc o przyjściu wiosny,
za miesiąc, dwa, niedługo,

a szarość pcha się brutalnie,
sycząc, że jest najlepsza,
bo neutralna na wszystko…

dziś deszcz pluszcze bawiąc 
się kroplami jak balonikami
o kolorze przezroczystym…

…jak łzy

My Trzy, Kashia Vega i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


PEŁNIA SŁÓW I DŹWIĘKÓW

My Trzy, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i Ewa Maria Slaska zapraszają na kolejny wieczór szczeciński w Polskiej Kafejce Językowej – tym razem będzie to spotkanie z poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i autorską muzyką Kashi Vegi.
Poetka zmarła w Manchesterze 7 lipca 1945 roku. 80 rocznica jej śmierci zainspirowała Senat RP do ogłoszenia 2025 rokiem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Piątek, 16 stycznia 2026 roku o godzinie 19
Polska Kafejka Językowa
Schulzestr. 1, 13187 Berlin-Pankow
Dojazd do stacji S-Bahn Wollankstr.

Wstęp wolny

Nasze styczniowe spotkanie w Polskiej Kafejce Językowej traktujemy jako berlińskie zakończenie obchodów tej rocznicy.

Aha, to wieczór szczeciński, bo Kashia Vega jest ze Szczecina.

Continue reading “My Trzy, Kashia Vega i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska”

Pierwszy dzień zimy

Mieczysław Węglewicz

Bóg opuścił Palestynę

Wczoraj przy torach w Małkini
szedł stary Bóg i Bogini
Zrobiło się zgromadzenie
a z tego cudu chryja
– że na torach
– i że zgorszenie
– sam Pan Bóg i Maryja
– dlaczego się trzymają?
– a dokąd idą?
– gdzie?
… że Syna razem mają-
wiadomo, każdy wie

– czy do nas uciekają
z Palestyny i w strachu
przed głodem
przed Herodem
dziś zwanym  Netanjachu?

Listopad

Ciężka mgła opadła na miasto
Spod mgły
wyciągano
ciała poetów, często w momencie ostatniego natchnienia

Pierwszy
dzień zimy

Od Koszalina do Tatr
scenariusz się powielał
Świat szronem rano zbladł
a potem śniegiem zbielał

Minister do Spraw
Zaskoczeń
spał długo, była niedziela
Nie wierzę własnym oczom!
i przekrwione przecierał
Starł dłonią zimny pot z czoła
myślami porażony
że zima dookoła
A zimowe opony??!!
Padły dostawy prądu
Zerwana pod śniegiem trakcja
Olejnik pyta się Rządu
– PIS? czy Konfederacja?
– Zaraz to ustalimy,
potem piaskiem i solą
Nie gadamy, rządzimy
Sprawy są pod kontrolą
Nasz Rząd wkrótce dokaże
rosnące poparcie i chęci
Pójdą nam w górę sondaże
wraz ze słupkami rtęci