Sny w bluesie

Teresa Rudolf

Tiulowe baranki

Kiedy przychodzi noc,
wpada światło księżyca
jasne, srebrne i chłodne, 
myśli układają się do snu.

Myśli dziś ostre jak brzytwa,
choć i łagodne jak baranki,
rozliczają, lub też chwalą
miniony, senny już dzień.

W głowie galimatias,
chaos emocji i logiki,
aż…ta tiulowa niemoc
szczelnie zasłoni oczy. 

Sen na sztalugach

Bledniemy sobie nieustająco,
coś wpycha nas brutalnie
do lamusa wspomnień
by zamknąć szufladę…

Nie wystarczyły moje
słodziutkie akwarelki,
a później olejne farby,
ani też i te krzykliwe…

Nie wystarczyły, 
wiem, wiem, wiem,
nie można nieustająco
malować równocześnie…

…na  kilku 
sztalugach,

..na mojej,
 i na czyjejś.

Wiersze na zaćmienie Księżyca

Andrzej “Filet” Fikus

Depresja

Zdzira podstępna
Zapada żelbetonowa kurtyna
Widząc promień słońca
Spada gilotyna
Wyczuwając iskrę nadziei
Idzie z tobą do sklepu
Byś się zgubił wśród półek
Byś wybiegł spocony oszalały
Ona idzie z tobą do łożka
Żebyś nie zasnął spał w malignie
Żebyś w śnie chodził w smole
Żeby być przy twoim obudzeniu
I cię ukrzyżować

Depresja siedzi na chodniku
Nie zawsze cuchnie brudem i alkoholem
Jedzie pociągiem nie chce wysiąść
Patrzy w kałużę chce utonąć

A jeśli mnie spotkasz
Zobaczysz czarne łzy
Głuche wycie krzyk ujadanie niemocy
Nie mów weź się w garść
Bo ci wyrwę język
Nie radź jakoś to będzie
Bo ci przegryzę tętnicę
Weź mnie za rękę
Pójdźmy razem po pomoc
Uporządkujmy moje rachunki
Usuńmy stare kurze
I bądź czujny nowe czyhają

***

Widziałem dziś jak cię zabrał wiatr
Wciąż czekam wciąż się oddalasz
Nie odsłonię okien już bo widziałem jak cię porwał wiatr
Liście zamiatają po tobie ślady
Nie mam prawa czekać bo widziałem właśnie jak cię uwiódł wiatr
Wkrótce kolory zakończą swój taniec a chłodny garb melancholii wyrośnie na moich plecach
Widziałem dziś jak się nie opierałaś
by cię zabrał wiatr

***
Zatrzymałem się w tym miejscu
Niewymownie podobnym do ciebie
Przykucnąłem na liściu wodnej lilii
Nasłuchuję wśród trzciny
Wiatr jakby niósł twój szept
Bądź tu znów wkrótce
Przysięgnę ci słońce

Magdalena Zawadzka w Berlinie

28 lutego 2026

Magdalena Zawadzka, wybitna polska aktorka, odwiedzi Berlin 28 lutego 2026 roku. Spotkanie autorskie, połączone z prezentacją jej książki “Taka jestem i już!“, odbędzie się o godz. 16:00 w Ambasadzie RP w Berlinie, a poprowadzi je Andrzej Pakuła. 

Szczegóły wydarzenia:

  • Data: 28.02.2026, godz. 16:00.
  • Miejsce: Polnische Botschaft in Deutschland / Ambasada Polska w Niemczech.
  • Prowadzący: Andrzej Pakuła.
  • Książka: “Taka jestem i już!”.
  • Rejestracja: Wymagana przez formularz https://forms.gle/69cqHU4DfZZhKe3E6 (niestety, być może nie ma już miejsc wolnych, ale zawsze warto próbować, bo czasem się coś zwalnia)

Wydarzenie jest okazją do spotkania z aktorką znaną z licznych ról teatralnych i filmowych. 

https://culture.pl/pl/tworca/magdalena-zawadzka

https://pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_Zawadzka

Pierwotnie spotkanie zainicjowane było oddolnie i miało przypomnieć Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, poetkę, która zmarła w Anglii w lipcu 1945 roku. Od jej śmierci minęło 80 lat, co Senat RP uczcił, ogłaszając rok 2025 Rokiem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Instytucje polskie w Berlinie nie zorganizowały żadnych obchodów, dobrze więc, że teraz przyjedzie do Berlina Magdalena Zawadzka, która w swej recytatorskiej aktywności poświęciła “Lilce” wiele miejsca. Dziękujemy, Magdo! I mamy nadzieję, że w Berlinie też ją przypomnisz.

Między soplem a pąkiem

Teresa Rudolf

×××

A kiedy już śnieg
we mnie stopnieje, 
dziś pod brudnymi 
butami pluszcząc,

patrzę w akwarelki;
niebieską i złotą
wiszące tam,
wysoko nade mną,

i czuję tę niekiedy
śmieszność uczuć
ludzkich, chcących
przechytrzyć zieleń,

budzącą
się w nas,
gdy się …
ją dopuści.

×××

Czekam,
a przecież
nie wiadomo,
co po drugiej
stronie lustra….

Biel już nie bawi,
choć przecież bawiła,
świat cicho sobie
drzemie pochrapując.

​Słońce zagląda w okna,
lecz jeszcze nie grzeje,
w sercu jednak powoli, 
coś ciepłego się rodzi.

Wiosna o wejście 
przenigdy nie prosi,
ona już idzie w ukryciu, 
w milczeniu, w sokach roślin, 
schowanych przed nami,
aż znów niedługo świat 
wybuchnie kolorem…

The winter came

Today I found in Internet, what I am thinking everyday about. The winter came!

Olga Popadiuk

Я специально пишу это по-русски.
Не потому что «так привычнее».
А потому что так дойдёт.
До тех самых русскоговорящих русских в России, которые любят говорить:
«Мы тут ни при чём»,
«Это политика»,
«Мы вне войны».
Так вот — вы при чём.

Я выживу, потому что у меня есть работа и хоть какие-то деньги.
Потому что да, я могу пойти в спортлайф и отогреть тело под горячим душем.
Потому что да, я могу съесть тёплый бургер в Макдональдсе и сделать вид, что жизнь продолжается.

Именно поэтому мне особенно мерзко писать этот текст.
Многие не орут и не жалуются.

Но, су..а, как же холодно.

Это не «ой, зима».
Это не «надень свитер».
Это холод, от которого некуда спрятаться.
Он в стенах. В полу. В пальцах. В голове.
Он не уходит, даже когда ты ложишься под три одеяла и делаешь вид, что спишь.

Черновцы. Центр Европы.
Шахеды почти не летают . спасибо, конечно.
Зато 19 часов без света.
Генераторы не тянут, потому что, сюрприз, их тоже надо заряжать.
Отопления нет, потому что квартира на электрике.
Электрики нет, потому что война.

Я всегда знала, что бабло решает.
Но вот это — новый уровень:
украинцы замерзают в Европе.
В то время как кто-то разрешает нас бомбить, кто-то считает геополитику,
кто-то делит бюджеты, а наши мужчины умирают уже четвёртый год подряд.

Я почти уверена, что я выживу.
Я доживу.
Я найду тёплый душ, еду, розетку, угол.

Но мне страшно не за себя.
Мне страшно за тех, кто не напишет.
Кто просто сидит в холодной квартире и думает:
«Главное дотянуть до утра».
Старики, мамочки с младенцами на руках.

У меня есть термос с чаем.
У меня есть бутылки с горячей водой в кровати. Я прижимаю сина к себе покрепче.
Я делаю всё правильно, как в инструкциях по выживанию.
Но свет выключают на шесть часов.
Потом дают на час.
И за этот час ты не успеваешь вернуть тепло

Сегодня кто-то умрёт от холода.
Не на фронте.
Не от ракеты.
Просто в своей квартире.
Тихо.
Без свидетелей.

Прошло восемьдесят лет после Второй мировой.
Мир говорил «никогда снова».
Люди говорили «мы изменились».
Ничего не изменилось.
Люди — всё те же звери.

Я вижу, как это устроено.
Кто-то воюет.
Кто-то сидит в тёплом кабинете и считает деньги.
Кто-то теряет сына.
Кто-то получает очередную звёздочку сидя в тилу

😉

И может позволить себе издеваться над женщиной с ребёнком, потому что у него власть.

Я смотрю на всё это и понимаю:
нас не считают за людей.
Нас считают за гной.
За что-то, что может терпеть.
Что можно не замечать.
Что можно списать.

Типа:
ну украинцы…
ну потерпят…

Сука.
Мы в центре Европы.Не в средневековье.
Не на краю карты.В центре.
И мы замерзаем.

Мне страшно за стариков, которые не напишут пост, не выйдут в эфир,
просто лягут и будут ждать утра.

Если вы это читаете, то знайте:
это происходит прямо сейчас.
Не как метафора.
Не как «трагедия где-то там».

И если миру всё равно —
значит, он всё ещё такой же,
как восемьдесят лет назад.

И вот это — настоящий пиздец.


I am writing this in Russian on purpose.
Not because I’m “so used to it”.
And because it will come.
To the most Russian-speaking Russians in Russia, who like to talk:
“We’re here for nothing,”
“It’s politics,”
“We are out of war.”
So what are you up to.
I will survive because I have a job and at least some money.
Because yes, I can go to sportslife and warm up my body in a hot shower.
Because yes, I can eat a warm burger at McDonald’s and pretend life goes on.
That’s why I’m particularly disgusted with writing this text.
Many do not yell and do not complain.
But, they are.. Oh how cold it is.
This is not “oh, winter.”
It’s not “wear a sweater.”
It’s cold with nowhere to hide.
It’s within the walls. In the floor. In the finger tips. In the head.
He doesn’t go away, even when you lay under three blankets and pretend you’re asleep.
Chernivtsi. The centre of Europe.
Shaheds hardly fly. thank you, of course.
That’s why 19 hours without light.
Generators don’t pull because, surprisingly, they also need to be charged.
There is no heating because the apartment runs on electricity.
No electricity because of war.
I’ve always known that a woman decides.
But this is a new level:
Ukrainians are freezing in Europe.
While someone allows us to be bombed, someone considers geopolitics,
someone divides budgets, and our men have been dying for the fourth year in a row.
I’m pretty sure I will survive.
I am going to live long.
I’ll find a warm shower, food, an outlet, a corner.
But I’m afraid not for myself.
I’m afraid for those who won’t write.
Who just sits in a cold apartment and thinks:
“The main thing is to make it to the morning.”
Old people, mothers with babies in their arms.
I have a thermos with tea.
I have hot water bottles in bed. I’m holding my son closer.
I’m doing everything right, like in the survival instructions.
But the lights are turned off for six hours.
Then they give it for an hour.
And during this hour you don’t have time to get the heat back.
Someone will freeze to death today.
Not on the front lines.
Not from a rocket.
Just at the apartment.
Quiet.
Without any witnesses.
Eighty years have passed after World War II.
The world said “never again”.
People used to say we changed.
Nothing has really changed.
Humans are all the same beasts.
I can see this being done.
Someone is at war.
Someone is sitting in a warm office and counting money.
Somebody is losing their son.
Somebody is getting another star sitting in the back😉
And he can afford to abuse a woman with a child because he has power.
I see it all and understand:
we are not considered as humans.
We are being counted as manure.
For something that can be endured.
The things you may overlook.
What can I write off.
Like:
Well, the Ukrainians…
Well, they’ll be patient…
Bitch.
We are in the center of Europe. Not in the Middle Ages.
Not at the edge of the map. In the center.
And we are freezing.
I’m afraid for the old people who will not write a post, will not go on air,
they will just lie down and wait for the morning.
If you are reading this, know:
this is happening right now.
Not as a metaphor.
Not like “a tragedy is out there.”
And if the world doesn’t care –
so, he’s still the same,
like eighty years ago.
And now this is the real fuck up.

Sztuczna Inteligencja o cierpieniu zwierząt

Zapytałam o cierpienie zwierząt w poezji i dostałam taką od powiedź:

Poezja o cierpieniu zwierząt porusza temat ich krzywdy, bezsilności i okrucieństwa wobec nich, często z perspektywy empatycznego obserwatora, jak w wierszu Adama Zagajewskiego czy Kazimierza Lubeckiego, kontrastując ich niewinność z ludzką obojętnością; obejmuje wiersze refleksyjne o utracie zwierzęcia (np. Tęczowy Most) oraz utwory o walce o prawa zwierząt, ukazując ból jako fundamentalne pytanie o sens istnienia i łącząc los zwierząt z losem człowieka.

Tylko linki poniżej dodałam ja, adminka, bo SI podała tylko linki do życiorysów poetów, a ja zmieniłam je na linki do odpowiednich wierszy. 

Continue reading “Sztuczna Inteligencja o cierpieniu zwierząt”

Nasza ludzka biel

Teresa Rudolf

Niewinność bieli

Zima, ach znów zima,
biała jak niewinność,
jak nowiutka kołdra
przykrywa nasz świat…

Świat pełen brudu;
pod bielą śpią sekrety,
do przewidzenia już,
a jeszcze niewidoczne…

Świat piękny, kochany
świat niebezpieczny,
świat teraz taki biały,
odkryje prawdę znów…

oblicza tych, którzy
nam go za naszym
pozwoleniem kradną,

teraz, dziś, pod białym…
…puchem 
niewinności…

i “niech no tylko… 
zakwitną jabłonie”???

Twoje “Ja” w stogu siana

My masochiści, sadyści,
psychopaci, cholerycy,
my posiadacze rozumu,
duszy, dobra, nadziei…

My, tacy razem, głośno
krzyczymy: “My Polska,
My też “Piłka i Ojczyzna”,
My jesteśmy wszystkim…

Ameryka, Chiny, Rosja, 
krzyczą również My, 
a w tych mrowiskach,
na całym świecie…

jesteśmy wszyscy My,
My, stojący naprzeciw 
jak w utworze Mrożka, 
patrząc ze zdziwieniem

Oni i My; 
I tak to samo…
…LUDZIE,

w dobroci,
mądrości
i podłości…

Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Pełnia słów i dźwięków

Godzina 19, ale zapraszamy już od godziny 18. I warto przyjść wcześniej, bo może być tłoczno.

📍 Berlin-Pankow
🗓 16 stycznia 2026 (piątek)
🕖 godz. 19:00
📌 Polska Kafejka Językowa, Schulzestr. 1
🎟 Wstęp wolny

dojazd (niestety z utrudnieniami) do stacji Wollankstraße – z utrudnieniami, bo dojeżdżając z południa trzeba pojechać przystanek dalej, do stacji Schönholz i tam wsiąść do pociągu jadącego z powrotem 😦

Continue reading “Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”

Na grobie Sylvii Plath

Konrad

Wybraliśmy się niedawno ze znajomą do Hebden Bridge; to mała wioska w dolinie rzeki Calder w Yorkshire, znana jako “brytyjska stolica lesbijek”. Zupełnie nie przypomina innych znanych gayborhoods, zwykłe pełnych życia nocnego i gwaru. Takie miejsca najczęściej zdominowane są jednak przez gejów, a lesbijki chyba wolą jednak tzw. cottagecore – czyli wyidealizowaną wizję życia na wsi, która “(…) koncentruje się na ideach prostego bytu i harmonii z naturą. Inne powiązane tematy obejmują samowystarczalność, romantyzację pracy domowej, tradycyjnych umiejętności oraz zrównoważonego rozwoju”.

Continue reading “Na grobie Sylvii Plath”

Ojciec i pradziadek

Od Adminki: Wiersz przysłała mi Dorota Biłous z Wrocławia, opatrując go takim komentarzem: Wiersz Feliksa Netza, który opowiada o moim tacie. Dzidek to tata, a ten niespotykanie stary człowiek to mój pradziadek. Takie historie.

Feliks Netz urodził się 26 grudnia 1939 w Kretkach Dużych koło Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie), zmarł 12 kwietnia 2015 w Katowicach, poeta, prozaik, dramaturg radiowy, tłumacz, krytyk literacki i filmowy, publicysta.

Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Feliks_Netz

Niewłączone do Księgi Psalmów

Nad rzekami Babilońskimi, tameśmy siadali
i płakali, wspominając na Syjon.

Psalm 137

Siedzieliśmy nad wodami Kwisy, było upalne
lato, piąte po wojnie, kościotrupy kamienic
spalonych do ostatniej cegły, myszkowaliśmy
po piwnicach – МИН НЕТ! Nie wywietrzał odór
spalonych ciał – dotknąłem kamienia tuż przy
betonowym dnie piwnicy, „ciekawe – powiedział Dzidek,
jak długo kamień przechowuje
pamięć ognia”;

w jego jak i moim poniemieckim domu zobaczyłem
niespotykanie starego człowieka w palcie (było lato!)
i czapce naciśniętej na uszy, spisującego nie
mający końca korowód nazwisk. Dzidek: „spisuje
wszystkich mieszkańców Kołomyi, jakich zapamiętał
a znał ich tysiące, budował mosty i wiadukty
w powiecie, a nawet dalej, zapisał już całą walizkę
papieru prośbowego”;

siedzieliśmy nad wodami Kwisy, mocząc nogi
o zdeptanych stopach, mytych byle jak wieczorem
pod nieuważnym wzrokiem matki, zrogowaciałe,
popękane pięty, skóra jak zelówka, nie miękła, gdy
nasze jedenastoletnie ciała pluskały się w statecznym
nurcie Kwisy, leżeliśmy na wznak, lekko poruszając
dłońmi, niby płetwami, z ciężkim słońcem na wargach,
z marzeniem w zmrużonych oczach, by prąd poniósł nas
do morza, tego lub tamtego, jakie to były morza, żywe
czy martwe, nie ja, lecz pamięć
nie pamięta;

siedzieliśmy, Dzidek (zmarł tej wiosny zastanawiam się
jak długo prochy przechowują pamięć ognia) i ja
spośród całych rodzin z i spod Kołomyi, Tarnopola
Drohobycza, a nawet z Bukowiny, kobiety w majtkach
i biustonoszach, dzieci na golasa, mężczyźni w spodniach
i gimnastycznych podkoszulkach, ponad głowami hasały
motyle, czasem zabuczał na najższej strunie trzmiel
opity bimbrem spływającym z szyjek niezatkanych
butelek, mężczyźni grali w karty milcząc, zrzucali je z furią
jak broń długą i krótką, kiedy wychodzili z lasów,
czasami któryś się nagle zapatrzył gdzieś, w jakiś punkt,
w jakąś dal, z kartą w ręce, która, jakby ją nagle odcięto,
przemierzała rozległe przestrzenie od morza do morza,
ale jakie to były morza, żywe czy martwe, nie ważne,
bo już nikt nie myślał o ucieczce, ni morzem,
ni lądem;

nie harfy wieszaliśmy na wierzbach, ale mokre gatki,
i halki, czasem któraś przeprała jedwabne pończochy,
poruszały się w nieruchomym powietrzu z cichym
szelestem, budząc w nas już nie dzieciach, po prostu
chłopakach słodki dreszcz;

nie śpiewaliśmy, bo jakże mieliśmy śpiewać, skoro –
słowa są Dzidka, nasze pieśni zostały tam, nad
Czeremoszem, na polach kukurydzy, w łanach jęczmienia,
w oślepiającej bieli ziemniaków wyrwanych z nacią,
z ziemi czarnej i tłustej, w srebrnych kłosach pszenicy
w zapatrzonych prosto w słońce słonecznikach
w studniach, w które wykrzykiwaliśmy nasze
imiona, aby dotarły do podziemnych miast
w wysokich trawach, w których zaplątywały się
nasze psy, jakże mieliśmy śpiewać, skoro każdy
chciał, aby jego serce, owinięte w liść łopianu
pochowano tam, gdzie, a było to pewniejsze niż śmierć
nigdy więcej jego stopa nie postanie, nie pozwolą
na to duchy żołnierzy radzieckich, które wychodziły
z grobów na szczycie Kamiennej Góry na nocny patrol
czasem ktoś zderzył się z duchem, bywało, że chciał
go wyminąć, próbował z lewa z prawa, w końcu
usłyszał jakby dochodzące z głębokiej studni:
spoj s nami – tiomnaja nocz’ tolko puli swistajut
w dali, tolko puli swistajut…


Jakoż mamy śpiewać mówili ludzie siedzący nad
wodami Kwisy, my, wygnańcy w ziemi cudzoziemców,
niech przyschnie język mój do podniebienia mego,
mówi we śnie stary człowiek w grubym palcie,
w czapce (lato!) naciśniętej na uszy, ba, myśli
strapiony, jak ma przyschnąć,
skoro mi go wyrwano.