Reblog: Nieużytki sztuki

nieuzytki-banner

Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe “nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a “nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w “Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako “zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny, ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z “przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione “nieużytki sztuki” skończą jako “pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

nieuzytki-pudelko
EJ:
Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na “nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają “nieużytki sztuki”: stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny “grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Ten wywiad i inne interesujące teksty TU, a tu wkład czteroletniego Antosia w uprawianie własnych ogrodów kwiatowo-jarzynowych w środku miasta. Mam na balkonie osiem skrzynek lub doniczkowo-koszykowych odpowiedników skrzynek, w których Antoś posiał kwiaty i jarzyny. Już jemy rzodkiewki, a wśród kwitnących właśnie kwiatów typu chwasty rosną ziemniaki, zółta fasolka, buraki i marchewka. Zdjęcie – Honti.

Antosiowe male

300 Jahre Nachhaltigkeit

Vor 300 Jahren schrieb Hans Carl von Carlowitz sein Buch Sylvicultura oeconomica, oder haußwirthliche Nachricht und Naturmäßige Anweisung zur wilden Baum-Zucht, das als erstes Werk gilt, das Nachhaltigkeit fordert: „Wird derhalben die größte Kunst/Wissenschaft/Fleiß und Einrichtung hiesiger Lande darinnen beruhen / wie eine sothane Conservation und Anbau des Holtzes anzustellen / daß es eine continuierliche beständige und nachhaltende Nutzung gebe / weil es eine unentberliche Sache ist / ohne welche das Land in seinem Esse nicht bleiben mag.“

Dass es mit Herrn von Carlowitz so gewesen ist, wurde ich von Tarik Mustafa informiert, Präsidenten des Bundesverbandes Nachhaltigkeit. Wir treffen uns auf dem ehemaligen Flughafen Tempelhof, auf dem Gelände von Arche Metropolis. Ich drehe seine Visitenkarte in der Hand rum. Ha, Bundespräsident! Wir alle sind doch irgendwelche Präsidenten. Er ist ein Präsident der Eutopie, eines glucklichen Ortes. Es ist ein Kunstprojekt fżr die Chancen und die Entwicklung der urbanen Gesellschaft in 21. Jahrhundert. Kunsprojekt. Akademie für Fortschriftliche Rückbesinnung. Auszeichnungen durch UNO. Ich schaue mir sein Feld an und weiß nicht, ist es ein schönes Projekt, ist es ein Bluff? Tarik selber ist jedoch ein unglaublich netter Mensch. Offen, entgegenkommend. Ich vermute, dass er auch ein Frauenversteher ist, weil er mir so leicht alle meine anfängliche skeptische Gedanken weg nimmt.  Das Projekt soll dem Gründungsvater der Nachhaltigkeit gebürtige Ehre zuweisen.

An einem schönem, kalten, windigen Tag sitzen wir auf einer Holzbank mitten im Nichts des riesiggrossen ehemaligen Flughafens und reden von bürgerliche Partizipation, Zukunftsvisionen und sozialen Aufgaben jedes Einzelnen. 1,3 Hektar Feld mieten er und seine Mitstreiter, wo sie kleine Hütten bauen, kleine Gartenbeete für Schulklassen zur Verfügung stellen, kleine Bühne betreiben, gedeckt von einem Dach aus den Plastikresten voll von gewollten Leerräume. Wir reden miteinander und ich bin enthusiastisch und hingerissen.

archeDas haben die charismatischen Menschen an sich. Sie bezirzen uns. Was hat er mir erzählt, der Tarik? Ausser Bilder von kleinen Hüten, vom weiten Feld und der Geschichte von Herrn Carlowitz, habe ich wenig im Kopf. Trotzem, eins ist sicher: Ein interessantes Bildungs- und Kunstprojekt.

Adresse:
Tempelhofer Feld, zwischen den beiden Eingängen vom Tempelhofer Damm und dann ganz einfach dorthin gehen, wo man kleine Häuschen und flattriges Dach sieht

Bilder: Wikipedia Commons

Zusätzliche Information vom November 2013. Arche Metropolis wird ausweichen müssen.
wymowienie

Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w “Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu “Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Jonasz Kofta