Reblog: Pasteur w Australii

Lech Milewski

Gambit Pasteura – 2 – szach, pat i druga szansa

Dzień przed niezbyt fortunną prezentacją drużyny Pasteura przed komisją konkursową ukazał się raport Board of Health – instytucji kontrolującej stan higieny oraz zagrożeń chorobami zakaźnymi.
Raport oceniał bardzo krytycznie propozycje Pasteura. W szczególności wytknął fakt pominięcia sprawy zagrożenia ludzi bakteriami chicken-cholera. W świecie medycyny i nauki nie znano  przypadków takich zakażeń, ale tu nie chodziło o fakty lecz o formy.

W rezultacie komisja zdecydowała, że testowanie metody musi się odbyć na bezludnej wyspie i, jeśli wypadnie pozytywnie, zostanie powtórzone na specjalnej farmie.
Pozytywnym akcentem było zezwolenie na wwiezienie mikrobów na teren stanu Nowa Południowa Walia. Mikroby przechowywane w Nowej Kaledonii dotarły do Sydney w ciągu tygodnia. Niestety okazało się, że straciły swoją skuteczność, co rozgłosiła natychmiast miejscowa prasa. Loir miał w zanadrzu bakterie sprawdzone w Melbourne, ale kolejne ziarno wątpliwości zostało zasiane.

Komisja zajęła się szukaniem bezludnej wyspy, ale Adrian Loir nie pozostawał bezczynny. Klubowy kolega z Melbourne przedstawił go właścicielom browaru Victoria Brewery – KLIK. Loir udzielił im cennych wskazówek dotyczących hodowli drożdży. Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania i Loir otrzymał w podzięce czek na dzisiejszych $100,000. To było więcej niż zarobił w całym dotychczasowym życiu.

Dużo poważniejsza propozycja napłynęła z innej strony. Przedstawiciele Nowej Zelandii i Queensland wspominali Adrianowi Loir o chorobach bydła (Cumberland disease). Loir zidentyfikował to jako anthrax (wąglik) – KLIK, na który Pasteur miał gotową szczepionkę. Tu nie było żadnej komisji, Adrian Loir został zatrudniony w instytucie w Queensland przy pracach nad wdrożeniem szczepionki.

Na początku lipca 1888 roku oddano do dyspozycji zespołu ośrodek na Rodd Island – KLIK. W tym samym ośrodku zameldowała się również groźna konkurencja. Na wiadomość o niemożności uczestnictwa w pracach zespołu Komisja postanowiła prowadzić własne badania, które miały sprawdzić czy wprowadzenie chicken-cholera nie spowoduje jakichś skutków ubocznych. Żeby podkreslić swoją determinację Komisja zwróciła się do instytutu Roberta Kocha z prośbą o dostarczenie bakterii chicken-cholera.

Włączenie Roberta Kocha do gry było wielkim ciosem dla Pasteura. Obaj uczeni mieli ze sobą od dawna na pieńku. Po pierwsze Pasteur był zaciekłym patriotą i porażka Francji w wojnie 1870 roku była dla niego tragedią. Tym większą, że Francja utraciła Strasburg, w którym Pasteur brał ślub. Po drugie Koch wielokrotnie krytykował oczywiste sukcesy Pasteura. Obaj uczeni spotkali się na konferencji naukowej w Genewie, gdzie Pasteur udowodnił swoje racje i wezwał Kocha do publicznej dyskusji. Koch zrobił unik obiecując odpowiedzieć na piśmie. Odpowiedź była złośliwym pamfletem, w którym Koch dał do zrozumienia, że nie uważa Pasteura za naukowca lecz za farmaceutę i biznesmena, który chce się wzbogacić na efektach pracy “prawdziwych” naukowców.

Po wybudowaniu na Rodd Island specjalnego laboratorium przekazano je Francuzom w celu rozpoczęcia prac. W sąsiednim pomieszczeniu, dr Katz (używając bakterii od R. Kocha) szukał dziury w całym.
Efekt – króliki zdychały zgodnie z planem. Miesiąc testów dowiódł, że chicken-cholera efektywnie zabija króliki nie czyniąc żadnej szkody koniom, owcom i bydłu. Warunki konkursu zostały spełnione. Dr Katz niczego nie znalazł. Komisja udała się na naradę.

W międzyczasie na farmie w Junee prowadzono intensywne badania nad szczepionką na anthrax. Pod koniec sierpnia zebrano wystarczające dowody na to, że chroni ona skutecznie bydło i owce przed zarażeniem. Wyniki ogłoszono publicznie w sali przy dworcu kolejowym w Junee. Naczelny weterynarz stanu – Edward Stanley – ogłosił zebranym farmerom, że program szczepień zostanie uruchomiony, jeśli znajdzie się zadowalająca ilość owiec do szczepienia. Nie minęło 10 minut a zgłoszono 20,000 owiec, w sumie 260,000 z czego programem objęto 130,000.
Ogromny sukces? Chwileczkę – za udostępnienie swej szczepionki Pasteur zażądał równowartość 40 milionów dolarów. To było nie do przyjęcia. Loir zasugerował, aby na razie zaszczepić 130,000 owiec na koszt ich właścicieli. Pasteur wyraził zgodę pod warunkiem, że najpierw musi zostać rozstrzygnięty konkurs na króliki. To był oczywisty szantaż. Zbyt wiele czarnych chmur zebrało się nad tym projektem.

W kwietniu 1889 roku Komisja ogłosiła werdykt – metoda Pasteura nie została przyjęta.
Głównym argumentem były wątpliwości czy chicken-cholera jest zaraźliwa. Jeśli nie, jeśli trzeba będzie wciąż karmić króliki bakteriami, to nie jest lepsze niż dotychczas stosowane trucizny.
Pozostała jeszcze jedna furtka – Komisja zezwoliła zespołowi Pasteura prowadzić dalsze prace na farmie w Australii i, jeśli te badania dostarczą nowych dowodów, to sprawa zostanie ponownie rozpatrzona za 6 miesięcy. Ludwik Pasteur musi sam sfinansować te badania.
Póki co Komisja zaleciła wprowadzenie obowiązku stawiania przeciwkróliczych płotów. Zasiadający w Komisji importer płotów oferował promocyjna cenę. I na płotach stanęło.

Tragedia? Niezupełnie. Decyzja Komisji otworzyła drogę dla szczepionki na anthrax. Pasteur zgodził się sprzedawać ją bezpośrednio farmerom – 3 pensy za owcę. Do produkcji szczepionki wykorzystano pomieszczenia na Rodd Island, które przemianowano na Instytut Pasteura. Innym źródłem dochodu stała się szczepionka na zarazę płucną bydła (pleuropneumonia). W ciągu roku Loir przekazał do instytutu Pasteura we Francji znacznie więcej pieniędzy niż wynosiła nagroda za króliki.

Wyspa Rodd Island zyskała sobie jeszcze inny powód do dumy. W 1891 odwiedziła Australię legendarna aktorka Sarah Bernardt – KLIK.
Przywiozła ze sobą psy, które musiały być poddane kwarantannie. Czyż mogło być lepsze miejsce niż wyspa, na ktorej pracował jej rodak? Wdzięczna Sarah Bernardt zaoferowała się pomóc Adrianowi Loir jako tłumaczka. Plotkarze donoszą, że pomoc była tak intensywna, że aktorka odwołała na tydzień występy w Brisbane (więcej o sprawie w reblogu za tydzień – przyp. EMS).

Adrien Loir ożenił się z Francuzką i pod jej naciskiem niechętnie opuścił Australię, aby kontynuować pracę w Tunezji. Instytuty Pasteura zaczęły powstawać w wielu krajach. A tymczasem w Australii… pracownik ośrodka na Rodd Island, John McGarvie-Smith, przekazał konkurencji tajemnicę produkcji szczepionki przeciwko anthraxowi. Instytuty Pasteura istnieją w 30 krajach, ten australijski zbankrutował, instytut Johna McGarvie-Smitha istnieje do dziś i na swojej stronie twierdzi, że to John McGarvie-Smith wprowadził w Australii szczepionkę przeciwko wąglikowi  – KLIK.

Źródła: Stephen Dando-Collins – Pasteur’s Gambit – KLIK .

Reblog (zmodyfikowany): Pasteur w Australii

Ten wpis ma już kilka lat i został opublikowany na naszym poprzednim blogu – QRA czyli Nowa Kura, kuchnia i kultura – ale historia jest znakomita i na tyle wiekowa (ma ponad wiek), że nie trzeba się martwić tym, że się zestarzała. Będą dwa odcinki…

Lech Milewski

Gambit Pasteura – 1 – gry wstępne

Ponieważ nieżyjąca para została nadesłana do Tuły
18 listopada 1924 roku, można więc w chwili obecnej
obliczać ilość królików w guberni tulskiej na 11,762 i pół sztuki.
Na skutek prawidłowej akcji  oraz braku różowej wody
przewiduje się na 1 styczeń 1930  roku we wspomnianej guberni
260,784 sztuki królików.

Ilia Erenburg – Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca.

Australia spisała się dużo lepiej, w 1926 roku było tu 10 miliardów królików KLIK.

Króliki przywiezione zostały do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 roku – KLIK. Nie spowodowały one jednak żadnych kłopotów. Jedynie na Tasmanii zanotowano ich nadmierny rozrost.
Kłopoty zaczęły się w 1859 roku gdy pan Thomas Austin poprosił kuzyna z Anglii o przysłanie 12 szarych królików, 5 zajęcy, 72 kuropatw i kilku wróbli żeby było na co polować – KLIK . Kuzyn zastąpił kilka szarych królików domowymi i to chyba właśnie one, odporniejsze na przeciwności klimatu, zapoczątkowały późniejszą eksplozję. Ledwie 10 lat później królików było tyle, że coroczny odstrzał 2 milionów nie powodował zauważalnego efektu.
W 1897 roku straty powodowane przez króliki były tak poważne, że rząd Nowej Południowej Walii zafundował nagrodę w wysokości 25,000 funtów (równowartość 10 milionów obecnych dolarów) za efektywna metodę zniszczenia szkodników. Nadeszło 1,500 zgłoszeń z całego świata. Również od bardzo słynnego europejskiego mikrobiologa. Jak widać z pierwszej linii tego wpisu problemu nie rozwiązano.

W 1887 roku Ludwik Pasteur osiągnął światową sławę, za którą niestety nie przyszły znaczące korzyści majątkowe. Oczywiście nie chodziło o osobistą fortunę, ale o fundusze na założenie Instytutu Pasteura, w którym możnaby kontynuować prace naukowe w dziedzinie mikrobiologii. Pasteur zwrócił się do rządu o pomoc podając jako przykład założony w 1885 roku Instytut Higieny w Berlinie, w którym zatrudniony był Robert Koch – KLIK. Odpowiedzią rządu francuskiego było zorganizowanie międzynarodowej zbiórki funduszy. Pasteur zainicjował akcję osobistą wpłatą 100 tys franków i to była największa dotacja. Z całych Niemiec wpłynęło .. 105 franków natomiast z okupowanej przez Niemców Alzacji i Lotaryngii – ponad 48,000. Pedro II – cesarz Brazylii – dał tysiąc franków, car Aleksander III – prawie 98 tysięcy.
W marcu 1887 roku zakupiono teren i rozpoczęto budowę, ale Pasteur zdawał sobie sprawę, że konieczne są środki na wyposażenie instytutu i rozkręcenie działalności. Bez tego cały projekt runie. Właśnie w tym momencie dotarła do niego wiadomość o nagrodzie w wysokości 25,000 funtów (625,000 ówczesnych franków, 10 milionów dzisiejszych dolarów) ufundowanej przez rząd stanu Nowa Południowa Walia. To mogło rozwiązać wszystkie problemy.

Pasteur był przekonany, że ma nagrodę w kieszeni. Pod koniec 1887 Madame Jeanne Pommery, właścicielka dóbr, na których produkowano słynne wina – KLIK – powiadomiła Pasteura o pladze królików, które niszczyły jej plantacje. Pasteur wysłał swego kuzyna Adriana Loir z kulturą bakterii chicken-cholera – “KLIK” – i w dwa tygodnie problem został rozwiązany.

1 kwietnia 1888 roku pocztowy parowiec Cusko przybył do nadbrzeża portu Melbourne. Na pokładzie znajdowała się trzyosobowa reprezentacja pod dowództwem Adriana Loir – KLIK – kuzyna i bliskiego współpracownika Pasteura. W bagażu wieźli nielegalnie słoiki wypełnione bulionem z zabójczymi bakteriami. To rzeczywiście wygląda na żart primamaprilisowy – jechali do Nowej Południowej Walii a wylądowali w Melbourne?  Rzecz w tym, że po przybyciu do Adelajdy, pierwszego portu jaki statek odwiedził w Australii, pasażerowie dowiedzieli się, że rząd Nowej Południowej Walii właśnie wydał zakaz wwozu na teren stanu jakichkolwiek bakterii. Melbourne w stanie Wiktoria było ostatnim portem, w którym można było podjąć jakąś akcję.
W porcie zauważyli francuski statek, który szykował się do podróży do Nowej Kaledonii. Przekazali mu połowę śmiercionośnego ładunku. Mieli nadzieję, że drugą połowę uda się przechować w Melbourne. Nazwisko Pasteur otwierało wszystkie drzwi (chociaż w dniu 1 kwietnia nie obyło się bez pewnych wątpliwości). Adrian Loir uzyskał od ręki członkostwo Athenaem Club i Melbourne Club, dwóch najbardziej ekskluzywnych “gentlemen clubs” w Melbourne. Natychmiast znalazł się ochotnik do przechowania bakterii.
Teraz należało sprawdzić jak bakterie zniosły podróż przez Morze Czerwone. Trzeba było wyhodować kulturę bakterii i podać ją królikom. Posiadanie, przechowywanie czy przewożenie królików było surowo karanym wykroczeniem, ale czego się nie robi dla klubowego kolegi. Kulturę bakterii normalnie hoduje się w inkubatorze w stałej temperaturze 37 C. Z braku inkubatora Adian Loir skonstruował pas, w który włożył fiolki z hodowlą i nosił go na sobie przez 48 godzin. Żona klubowego kolegi udostępniła swój buduar. Królikom podano jedzenie obficie pokropione bakteriami. Zdechły przez upływem 24 godzin. Można było jechać do Sydney i stanąć przed komisją konkursową.

Drużyna Pasteura składała się z 3 osób – wspomnianego wyżej Adriana Loir, dr Franka Hind i dr Francois Germont. Był to dość dziwny zespół. 25-letni Adrian Loir miał za sobą 7 lat pracy u boku Pasteura, ale nie posiadał żadnego tytułu naukowego czy zawodowego. Książka wspomina, że Pasteur traktował swego kuzyna jak niewolnika. Dopiero po kilku latach doszedł do wniosku, że celowe byłoby mieć w zespole doktora medycyny. Sam Pasteur był z wykształcenia farmaceutą i nie miał nawet prawa zrobić komukolwiek zastrzyku.
Anglik – Dr Frank Hind występował w roli tłumacza. Kłopot w tym, że nie znał on praktycznie francuskiego. Pasteur wyznaczyl go mimo sprzeciwu kilku osób. Rzecz w tym, że w obecności Pasteura, wolno było otworzyć usta tylko w odpowiedzi na pytanie mistrza. Dr Hind pracował z Pasteurem 10 tygodni. Najwyraźniej robił to tak dobrze, że Pasteur nie miał żadnych pytań.
Z dr Germont – Francuzem –  było odwrotnie. Pasteur uważał go za biegłego w języku angielskim. W rzeczywistości dr Germont nie był w stanie przetłumaczyc jednego fachowego zdania bez pomocy słownika.

Pora przedstawić komisję konkursową. Zgodnie z australijską tradycją komisja liczyła wiele osób (12)  o przeróżnych kwalifikacjach, wymienię kilka z nich. Dr Wilkinson – doktor medycyny zafascynowany osiągnięciami dr Roberta Kocha. Edward Quin – farmer, który doświadczał plagi królików na własnej skórze. Stan Queensland nie był dotknięty plaga królików, ale wstawił do komisji swojego reprezentanta w nadziei, że może przy okazji znajdzie się jakieś remedium na choroby bydła. Tasmanię reprezentował Hugh Mahon, którego głowną troską było, aby przy likwidacji królików nie ucierpiały owce. Reprezentant stanu Wiktoria – Edward Lascelles był bogatym byznesmenem prowadzącym bardzo zróżnicowaną działalność. Między innymi był głównym importerem płotów przeciwko królikom i producentem fosforowej trucizny na króliki. Ostatnia rzecz jakiej by chciał to wytępienie królików przez Pasteura.

Spotkanie obu zespołów nastąpiło 23 kwietnia 1888 roku. Dr Hind przedstawił swój zespół i odpowiedział na pytania komisji. Na wstępie nakłamał – przedstawił Adriana Loir jako doktora medycyny podczas gdy był on jeszcze studentem. Podał błędne informacje na temat swojej i dr Germonta współpracy z Pasteurem. Spytany w jaki sposób bakterie będą przenoszone przez króliki – podał ekskrementy podczas gdy Pasteur zakładał, że króliki będą się zarażać w norach. To była ogromna różnica. Zapaliło sie światło alarmowe dla osób ostrzegających  o ryzyku rozprzestrzenienia się bakterii wśród innych zwierząt.
Na koniec, spytany czy francuski zespół zgadza się na obecność osób trzecich podczas eksperymentu, dr Hind odpowiedział – tak – bez uzgodnienia z zespołem. Prawdopodobnie bał się zadać pytanie po francusku. Te przekręty miały ogromnie negatywny wpływ na późniejszą współpracę z komisją, ale o tym w następnym odcinku.

Vergessener Genozid

2015 jährt sich zum hunderten Mal der Völkermord an den Armeniern – einer der ersten systematischen Genozide des 20. Jahrhunderts. Er geschah während des I WK unter Verantwortung der jungtürkischen, vom Komitee für Einheit und Fortschritt gebildeten Regierung des Osmanischen Reichs. Bei Massakern und Todesmärschen kamen je nach Schätzung zwischen 300.000 und mehr als 1,5 Millionen Menschen zu Tode. Der 24. April, der Tag, an dem 1915 die Deportation der armenischen Elite aus Konstantinopel begann, wird in Armenien als „Genozid-Gedenktag“ begangen. In einem gesellschaftlichen Portal unter meinen fast 400 Facebook-Freunden hat niemand den Völkermord erwähnt.

Unsere neue Autorin, Esther Schulz-Goldstein ist Psychoanalytikerin und beschäftigt sich seit dreißig Jahren mit der Gewaltproblematik in der türkischen Gesellschaft. Ihre Patienten aus Anatolien zwangen sie, die Geschichtslüge des türkischen Staates aufzuspüren, weil diese sich auch in der seelischen Struktur ihrer Patienten abbildete. In diesem Zusammenhang schrieb sie die vier Bände „Am Himmel blieb die Sonne stehen“ in der sie die Gewaltentbindung im Zusammenbruch des Osmanischen Reiches erforschte, die in den vier von den Türken verübten Völkermorden an den Armeniern Aramäern, Griechen aus dem Pontos und den Zaza aus Dersim in Ostanatolien mündeten. In Band drei verglich sie die Phantasmen der türkischen Henker mit denen der Deutschen der Nazizeit, die zu Auschwitz führten. In Band vier untersucht sie den Nahostkonflikt.

Wolfgang Gust war Redakteur beim Wochenmagazin des Spiegels und hat zusammen mit seiner Frau Sigrid Gust und etwas später mit dem IT-Ingenieur Vagharshak Lalayan alle Akten des Auswärtigen Amtes bezüglich der Völkermorde für das armenocide.net digitalisiert. Für Genozidforscher eine große Erleichterung ihrer Arbeit.

Esther Schulz-Goldstein

Laudatio

für Herrn Wolfgang Gust zu seinem 80. Geburtstag, in die seine Ehefrau Sigrid Gust eingeschlossen wird.

Mit Ossips Mandelstams Büchern „Die Reise nach Armenien“ unterm Arm fuhr ich 1975 in das von ihm so wunderbar beschriebene Bergland im Kaukasus. Als ich in Ēǰmiajin die im damaligen Sowjetreich übriggebliebene Kirche des „Papstes der Armenier“ besichtigte, wurde ich mit den Mitgliedern meiner Reisegruppe von seinem Sekretär zur Audienz gebeten.

Es stellte sich sehr schnell heraus, dass wir die falsche Delegation waren, weil sie verwechselt worden war mit einer aus der Kraftwerkunion des damaligen Westberlin, die wegen der Turbinen für den Sewansee erwartet wurde. Ich jedoch kam aus Westberlin aus einer psychotherapeutischen Beratungsstelle, in der ich auf die Traumata der II. Generation von Schoah-Überlebenden gestoßen war. Nach der Klärung dieses Missverständnisses fragte ich den Katholikos Vasgen, ob es besondere Rituale gäbe, die die armenische Kirche als Verarbeitungshilfe des Völkermords entwickelt habe. Auf das Mahnmal in Zizernakaberd hinweisend empfahl er, dass ich als künftige Psychoanalytikerin mich für die psychischen Schäden der Armenier interessieren sollte.

Sie, Herr und Frau Gust, haben in den neunziger Jahren, im Wochenmagazin der Spiegel eine Serie über Armenien und seine Literatur veröffentlicht. Seither haben die Armenier Sie auch nicht mehr losgelassen. Im Jahre 2000 beschäftigte ich mich mit den psychischen Spätfolgen der Massaker in Kleinasien und klickte im Internet auf die Dokumentensammlung aus dem Archiv des Deutschen Auswärtigen Amts zum Thema Völkermord an den Armeniern. Innerhalb von Minuten hatte ich das im Computer, was ein guter Freund im gleichen Archiv mühsam abgeschrieben hatte und sich schon zu 1/10 auf meiner Festplatte befand. Welche Erleichterung der eigenen Arbeit in der Wirklichkeitsrekonstruktion der damaligen Geschehnisse und welche Möglichkeit, die Völkermordleugnung der Türken ad absurdum zu führen. Dafür danke ich Ihnen beiden. Ihre gesamten Veröffentlichungen ermöglichten mir die Frage, warum die Türken bei einer solchen Quellenlage den Völkermord so vehement verleugnen können, sodass die Welt der Wissenschaft nur noch den Kopf schütteln kann?

Sie führte mich zu der Antwort, dass ihre Leugnung einen unbewussten Wunsch erfüllt die ihre Wahrnehmungs- und Denkidentität beeinflusst. D. h. wenn eine Wahrnehmung – real oder nicht –oder innerhalb der Konstrukte, die das Kollektiv anbietet, Bilder produziert, in der der Wunsch platziert werden kann, so wird er wenigstens vorübergehend erfüllt. Dieser Vorgang ist vergleichbar der Wunscherfüllung im Traum, die seinen latenten Inhalt mit Hilfe der Zensur so umformt, dass er das Gewissen passieren kann.

Um das zu verdeutlichen möchte ich Phantasmen bezüglich des „Türke-Seins“ aufzeigen, die den Wunsch nach innerer Entlastung erfüllen. Denn die Wahrheit der Vergangenheit im Untergang des Osmanischen Reiches und in der Gründung der Türkei scheint für das Selbstbild der deutungsmächtigen Türken nicht aushaltbar zu sein, sodass sie sich in der Verleugnung des Genozids den Wunsch nach Entlastung von dieser furchtbaren Bürde erfüllten.

Dazu erfanden die damaligen Deutungsmächtigen Bilder, die diese Entlastung bewirken sollen. Hinzu kommt, dass es: „heute noch nicht üblich (ist), den gegenwärtigen sozialen und so auch den nationalen Habitus eines Volkes mit dessen ,Geschichte’, wie man es nennt, und besonders mit dessen Staatsentwicklung zu verknüpfen. … In Wirklichkeit aber sind die gegenwärtigen Probleme einer Gruppe entscheidend mitbestimmt durch ihr früheres Schicksal…“ Diese Überzeugung von Norbert Elias teile ich und deshalb stelle ich kurz die Geschichte des Antichristianismus im Desaster des Untergangs des Osmanischen Reiches dar. Ich tue dies unter dem Blickwinkel der Psychoanalyse als Theorie unbewusster Konflikte, die sich hinter der Genozidleugnung verbergen.

Die Lebensweise der „Ungläubigen“ wird von vielen in Anatolien des ausgehenden achtzehnten Jahrhunderts als relativ autonom und heterogen beschrieben.

Ich jedoch gehe davon aus, dass eine Reparatur des Narzissmus der Muslime in der Entwürdigung der „Ungläubigen“ angelegt war durch die Herrschaftspraxis des Islam im Dhimmitut. Letzterer ist Status der Nicht-Muslime unter islamischer Herrschaft. Dieser inferiore Status der Christen wurde uns von Bernhard Lewis in seinem Buch „Die Juden in der islamischen Welt“ folgendermaßen übermittelt: Weder du noch die Muslime an deiner Seite sollten die Ungläubigen als Kriegsbeute behandeln und sie (als Sklaven) verteilen … wenn du die Kopfsteuer erhebst, gibt dir das kein Anrecht auf sie und kein Recht über sie. Hast du dir überlegt, was für die Muslime nach uns bleiben wird, wenn wir die Ungläubigen gefangen nehmen und als Sklaven zuteilen würden? Bei Allah, die Muslime würden keinen Menschen finden, zu dem sie sprechen und aus dessen Arbeit sie Nutzen ziehen könnten. Die Muslime unserer Tage werden sich zeit ihres Lebens (von der Arbeit) dieser Leute ernähren, und nach unserem und ihrem Tod wird für unsere Söhne das gleiche getan von ihren Söhnen und so fort, denn sie sind Sklaven des Volkes der Gläubigen, solange die Religion des Islam vorherrschen wird. Deshalb erlege ihnen eine Kopfsteuer auf und versklave sie nicht und lasse es nicht zu, dass die Muslime sie unterdrücken oder ihnen Schaden zufügen oder sich über das Erlaubte hinaus an ihrem Eigentum vergehen, sondern halte dich getreulich an die Bedingungen, die du ihnen gewährst und an alles, was Du ihnen gestattet hast.”

In der Auflösung der Millets – d.h. der Selbstorganisation der Nichtmuslime – in der Verkündung einer Verfassung im 19. Jahrhundert bekamen alle Bürger gleiche Rechte. Damit war das Überlegenheitsphantasma der Muslime, über die Nichtmuslime, nicht mehr aufrechtzuerhalten. Der Verlust des Überlegenheitsgefühls über die Christen hätte zu einer Veränderung des Selbstbildes und der Wahrnehmungsidentität der Muslime führen können. Diese konnte erfolgreich abgewehrt werden, weil islamrechtlich die Gleichberechtigung ein grober Verstoß gegen die Anwendung der Rechtsdogmen der Scharia war. Auf diesem Hintergrund entwickelte sich ein dem Antisemitismus vergleichbarer Antichristianismus.

In seiner Analyse verdeutlichte sich der tiefe abgrundhafte Hass im Antichristianismus vieler muslimischer Türken, der sich in den beginnenden Massakern 1885 an den Armeniern offenbarte. Ein Schreiber der Hohen Pforte in Istanbul 1886 notierte: „Die Armenier, seien besondere Wesen; um es offen zu sagen: eine schädliche Art von „nagenden Würmern”, die die Fundamente des Reiches untergraben. Wenn die Muselmanen die Armenier hart angefasst hätten, so sei das nur gerecht“. „Die Armenier seien notorisch raffgierige Wucherer, und die polnischen Juden“, schrieb er, „wirkten im Vergleich zu ihnen wie miserable Pfuscher“. „Der Hass, der die Muselmanen von den Armeniern trennt, hat keinen anderen Grund als diese maßlose Ausbeutung, die jener durch die Juden in Frankreich, England, Polen und Österreich-Ungarn gleicht. Die religiöse Frage hat damit nichts zu tun, dieser Kampf heißt in Europa Antisemitismus, in der Türkei heißt er die „Armenische Frage“ wie uns Philippe Videlier, in seiner „Türkische Nacht“ in Lettre übermittelte.

Er war sich seiner Argumentation so sicher, dass er den Europäern prophezeite, dass wenn eine ähnliche Bewegung sich in Europa wie im Osmanischen Reich mit den Jungtürken etabliere, „es wahrscheinlich keine Macht auf der Welt gibt, die die Ausrottung der Juden als gerechte Vergeltung für die seit hundert Jahren angehäuften Verbrechen verhindert“.

Der Hass aus dem gesellschaftlichen Unbewussten der Türken ausgelöst durch den Verlust ihrer Privilegien gegenüber den „Ungläubigen“ und die Angst vor dem Untergang des Osmanischen Reiches verwandelte sich in eine Tötungsbereitschaft gegenüber den Armeniern. Vor den Augen der muslimischen Bevölkerung war es in den Städten zum wirtschaftlichen Aufstieg der armenischen Dhimmis gekommen, während die Türken als Sunniten in der Bürokratie eines scheiternden Staates und dem inzwischen erfolglosen Militär und im Bauernstand ihre „Aufstiegschancen“ wahrnehmen durften. Man stelle sich vor, wie die ehemals inferioren christlichen Dhimmis mit dem von ihnen erwirtschafteten Reichtum ein Bildungsbürgertum etablierten und auf die, auf der Scholle festsitzenden Muslime blickten und umgekehrt.

Zwischen 1878 und dem Ersten Weltkrieg hat das Osmanische Reich 85 Prozent seines Territoriums und 75 Prozent seiner Bevölkerung verloren um Sie, Herr Gust, zitieren zu dürfen.

Diese Tatsache stellte eine ungeheure Entwertung des muslimischen Herrenmenschenhabitus dar. Diese Entwertungserfahrung machten Sie in den veröffentlichten Aktenstücken aus dem Jahre 1909 für die von Muslimen angesteckten und geplünderten armenischen Dörfer und armenische Landgüter der Öffentlichkeit zugänglich: Konsul Tischendorf teilte mit, dass die Stimmung zwischen der mohammedanischen und armenischen Bevölkerung in der Umgegend von Alexandrette eine sehr gereizte sei, hervorgerufen durch das hochfahrende und anmaßende Benehmen der Armenier, und dass er Äußerungen von Mohammedanern vernommen habe, dass wenn die Armenier ihr Benehmen nicht ändern würden, keiner derselben am Leben gelassen werden würde.

Zusätzlich zur Entwertung kommt die Tatsache, dass die türkischen Eliten ihr einstürzendes Osmanisches Reich paranoid verarbeiteten. Sie erblickten in jeder Hand eines Armeniers einen Dolch, der den Rücken eines Türken zu suchen schien und begannen in ihrem Wunsch nach einer homogenen sunnitischen Türkei, die Christen Kleinasiens zu ermorden.

Zum tragischen Symbol dieses Zeitraums wurden die Armenier, weil die in ihrem Völkermord gemetzelten Aramäer und Griechen unter die „Armenische Frage“ subsummiert wurden. „Wenn die Türken sich selbst als den Phönix sehen, der aus der osmanischen Asche emporgestiegen ist, so stellen die Armenier die nicht willkommenen Spuren dieser Asche dar“, meint Taner Akcam ein Genozidforscher aus Amerika. Sie sind deshalb eine so unwillkommene Spur, weil in der Türkei die Schamkultur herrscht. Dominiert das psychische Scham- und nicht das Schuldsystem der Menschen innerhalb einer Gesellschaft, dann wird alles, was ein gutes Selbstbild eintrüben könnte, verleugnet, projiziert oder abgespalten, und ins gesellschaftliche Unbewusste verdrängt.

Auf diese Weise, Herr und Frau Gust, erschufen sich die Türken eine glorreiche Vergangenheit, die von keiner Blutspur durchzogen zu sein scheint. Dabei half eine nationale Identitätskonstruktion, die genozidale Vergangenheit ins gesellschaftliche Unbewusste der Türken zu verdrängen. Diese Identitätskonstruktion begann auf einer Tagung der türkischen Vereine, geleitet von Frau Afet, der Adoptivtochter Kemal Ata-Türks, am 23. April 1930.

Satzungsgemäß in §2 und 3 definierten sie sich als Bewusstseinsproduzenten über das „Türken-Sein“. Als politische Institution wollten sie das Selbstbewusstsein ihres durch den Untergang des Osmanischen Reiches schwer gebeutelten Volkes reparieren und verordneten als Therapeutikum eine gänzlich neue Theorie über das „Türke-Sein“.

Die Aktenstücke machen verständlich, dass die Türken ein neues Geschichtsbild brauchten. Die akademisch verbrämten Weihen in den „Türkischen Geschichtsthesen“, sind einer Selbstidealisierung geschuldet, die innerpsychisch scheinbar Not-wendig wurde. Es gründete sich auf der Tagung der Türkischen Vereine der Ausschuss zur Untersuchung dertürkischen Geschichte mit dem Zweck, die türkische Geschichte und Zivilisation mit wissenschaftlichen Methoden aufzuwerten. Das Prozedere war wie üblich, und seine 16 Mitglieder bildeten zugleich den Kern der noch heute existierenden Gesellschaft für türkische Geschichte.

Von Interesse ist noch, dass ein Großteil der Mitglieder des Ausschusses aus Parlamentsabgeordneten bestand, die zu dieser Zeit ‘par ordre du mufti’ von Mustafa Kemal zu Abgeordneten berufen wurden und mit dem Weltbild des Partei- und Staatschefs übereinstimmten. Deshalb repetierten sie die Auffassungen Mustafa Kemals von 1927 über das „Türke-Sein“, das er in seiner 7 Tage währenden Rede als Hobbyhistoriker mit frei flottierenden Größenwahn verkündet hatte.

Familie Gust, wir müssen festhalten, dass sich die türkische Geschichtsschreibung damals dem Weltbild Mustafa Kemals, dem späteren Atatürk, unterwarf. Wie die Kemalisten es geschafft haben, den in den Aktenstücken so gut dokumentierten Völkermord an den Armeniern in das gesellschaftliche Unbewusste der neuen Republik zu verdrängen, lehrt uns ihre neue Geschichtsschreibung. Dabei half der Ausschuss, als er Ende 1930 Die Grundzüge der türkischen Geschichte veröffentlichte. In dem 606 Seiten zählenden Buch nahmen die türkischen Geschichtsthesen Konturen an, die wie folgt zusammengefasst waren: „Von den früheren Zeiten der Geschichte an fanden aufgrund von Trockenheit und wirtschaftlicher Ursachen Wanderbewegung aus Zentralasien in Richtung Osten, Westen und Süden statt. Die Wanderer waren brachyzephalen und alpinen Typus’ und sprachen türkisch. Im Gepäck hatten sie eine fortgeschrittene Zivilisation. Sie, die Türken, waren es auch, die die Zivilisation in Mesopotamien, Ägypten, Anatolien, China, Kreta, Indien, Ägäis und Rom errichteten. Bei der Schaffung, Entwicklung und Verbreitung von Kulturen auf der Welt spielten diese türkisch sprechenden Menschen die Hauptrolle“.

Wie diese Thesen doch die eigenen Wurzeln vergolden, denn es gab in der damaligen Zeit keine Wanderer, sondern nur umherziehende Nomaden. Auch kommen die fortgeschrittenen Zivilisationen aus den Städten und nicht aus einem Nomadenzelt, doch das ist noch harmlos. Schwieriger wurde es mit den Verbrechen im Völkermord. Sie waren so unsagbar groß, dass sie hinter einer unsagbar großen Kulturleistung verborgen werden mussten. Hier wirkt ein psychischer Abwehrmechanismus,in der die Konstrukteure dieser Thesen unerträgliche affektive Bedeutungsinhalte in ihr Gegenteil verkehren. Damit sind sie ausgepolstert von den psychischen Abwehrmechanismen, im Besonderen der des ungeschehen Machens: Deshalb wirkt der Vortrag der Thesen wie ein magisches Abwehr Ritual, das den vom „Crimen Magnum“ ausgelösten Schamkonflikt verdecken muss. Konkret beseitigen die Geschichtsthesen vorangegangene Mordgedanken mit edlen Gedanken und kultivierten Handlungen.

In der Überschrift „Warum wurde dieses Buch verfasst?“ diktierte der Zeitgeist u. a. den Begriff einer Rasse:„Die türkische Rasse, die die größten historischen Strömungen herbeigeführt hat, hat, verglichen mit anderen Rassen, am meisten ihre Identität bewahren können. In den weiten Gebieten, die sie während ihrer Geschichte besetzt hat, sowie in Grenzgebieten hat sie die hier ansässigen Nachbarrassen geschützt. Da bei diesem Nachbarschaftsverhältnis im Hauptsächlichen kulturelle Beziehungen geknüpft wurden, hat sie ihre rassischen Besonderheiten bewahren können. Später jedoch integrierten sie sich in einige Mehrheitsgemeinschaften, sodass sie ihre Namen und Sprache nicht vor dem Verlust rettenkonnten. Die Sprache als das stärkste Geistesprodukt ging verloren“.

Auch hier ist die Verkehrung ins Gegenteil am Werke, denn die Türken hatten ihre Identität verloren, weil kaum ein Mensch in Anatolien des Jahres 1916 wusste, was ein Türke ist und in der Schule erstmals türkisch unterrichtet wurde. (…) „Wie man sieht, hat die türkische Rasse in der Geschichte stets eine Einheit dargestellt. Mit ihrer offenkundig organischen Eigenschaft, Sprachkultur und gemeinsamen Vergangenheit bildete sie eine große Gemeinschaft, die der heutigen Definition über die Nation entspricht. Es ist eine große Ehre, die vielen der gegenwärtigen Gesellschaften nicht zuteilwird, solch eine große Rasse auch als eine Nation zu erleben.“

Die Begriffe der Ehre, Gemeinschaft und Einheit werden hier wie ein Container benutzt. Sie bergen, die in ihr Gegenteil verkehrten gefürchteten, peinlichen und unangenehmen inneren Antworten auf die zerbrochene Außenwelt, die zerbrochenen Beziehungen, den zerbrochenen Lebensentwurf als hungernder Flüchtling in Istanbul.

Die daraus resultierenden Konflikte oder Wünsche werden auf die vielen gegenwärtigen Gesellschaften projiziert – die damit ehrlos werden, ohne dass die Kommission merkt, dass sie sich selbst beschreibt. All dies geschieht unbewusst, d.h. im Unbewussten laufen seelische Vorgänge ab, von denen man keine direkte Kenntnis gewinnt, die man nicht in voller Bewusstseinshelle registriert oder kritisch hinterfragen kann. Der Wunsch nach Entlastung von einer großen Schande steuert diese innerseelischen Prozesse.

Aussagen über vorgeschichtliche Epochen werden gemacht, für die keine Quellen angegeben werden. Sie bezeugen eine Selbstbesoffenheit, die naturgemäß von keiner Realitätsprüfung eingeschränkt wird. Auf diese Weise dienen die Geschichtsthesen als Heiligungsrezept für die Nation.

Der zweite Abschnitt ist wie folgt zusammengefasst:„Die türkische Rasse, die die größten historischen Strömungen herbeigeführt hat, hat am meisten ihre Identität bewahrt. Die gegenwärtig denkende Menschheit kann bei der Erklärung ihrer dunklen und rätselhaften Seiten nicht umhin, die türkische Rasse in den Mittelpunkt zu rücken. (…) Unsere These beabsichtigt keine Geringschätzung oder Verachtung irgendeiner anderen Rasse oder Nation“.

Lieber Herr und Frau Gust, dass die Türken sich zu Kreatoren der Zivilisation der Menschheit stilisieren, ist auf dem Hintergrund des Völkermordes verstehbar. Wir können jedoch ihre Geschichtsschöpfungen gleich eines magischen Gegenzaubers zum Völkermord deuten. Diese dunkle Seite oder ihr Schatten bringen sie projektiv in der Menschheit unter, damit diese sie modellgleich in den Mittelpunkt ihrer Aufmerksamkeit stellen können. Zusätzlich wird der Verlust der türkischen Identität, während des 600 Jahre dauernden Osmanischen Reiches, durch die Selbstverliebtheit in die eigene Ethnie als ungeschehen erklärt.

Das Gleiche gilt auch für den Völkermord im folgenden Satz in den Grundzügen der türkischen Geschichte: „Die Liebe zur eigenen Nation und Respekt vor anderen Personen und Existenzen, das ist die Losung des Türken.“

Im dritten Abschnitt des Buches wird ein Selbstbild der Türken aus den Ländern China, Indien, über Ägypten, Anatolien, der Ägäis, Italien mit den Etruskern, dem Iran, Zentralasien über die Chaldäer, Elamiden und Assyrer extrapoliert, indem sie verkünden, dass deren Zivilisation und Kultur ursprünglich von ihnen erschaffen wurde. Auf diese Weise seien die Zivilisationen in China, Indien, Mesopotamien, Ägypten, Ägäis, Italien, Anatolien und Iran entstanden und von den dortigen Völkern weiterentwickelt worden.

Ein solches Geschichtsbild ist Ausdruck einer schweren Regression, in der es zu einer Wiederbelebung von Denkfiguren aus kindlichen Zeiten kommt. In ihnen hängte der Vater als Supermann auch schon mal den Mond an den Himmel, und auf diese Weise haben die türkischen Supermänner alle Kulturen der Welt erschaffen, in denen es harmonischer, vertrauter, und gemütvoller zugegangen ist.

In dem Kapitel der Betrachtung der türkischen Kulturgeschichte in Zentralasien geht es jedoch um die eigenen Wurzeln: Die Geschichte der türkischen Rasse ist ein Resultat der geografischen Bedingungen Zentralasiens. Die Vertrocknung dieses Gebietes hat für das historische Schicksal der türkischen Rasse zu einigen wichtigen Konsequenzen geführt:
1.   „Ein Teil wurde gezwungenermaßen zu Nomaden. So wurde das Nomadentum zu einer Notwendigkeit. Unter günstigen klimatischen Bedingungen zeigten die Türken niemals eine Neigung zu Nomadentum.
2.   Die Tatsache, dass das Land teilweise zur Steppe wurde, teilte die Türken in zwei Gruppen, die sich in lebenswichtigen wirtschaftlichen Interessen voneinander unterschieden.
3.   Die schwierigen Lebensbedingungen auf den Steppen und das im Gegensatz dazu stehende Bevölkerungswachstum der Türken führte zu der Tendenz, in Richtung Westen und Süden zu ziehen und so neue Heimatgebiete zu suchen.
4.   Für Wanderbewegungen musste man organisiert sein. Auf diese Weise entstand bei den Türken Militär- und Ordnungsgeist. Das Bedürfnis nach Ordnung verwandelte die Türken zu einer staatstreuen Nation.
5.   Während der Eroberungszüge in Richtung Westen und Süden stellten die Steppentürken die vor ihnen liegenden fruchtbaren türkischen Ländereien unter ihren Gehorsam.
6.   Sie zwangen andere Bevölkerungen zur Teilnahme an diesen Eroberungszügen. Für den Erfolg war es nötig, auch von technischen Kenntnissen und Fertigkeiten der bereits kultivierten Türken zu lernen.
7.   So sah sich die fruchtbare türkische Zivilisation den wellenartigen Zügen der aus dem Norden kommenden Türken ausgesetzt“.

Nun, lieber Herr und Frau Gust, wir wissen aus der persischen Literatur von Firdausi und von den Orchoninschriften, dass die Türken ursprünglich Nomaden waren. Ein daraus sich entwickelnder Ordnungsgeist der Organisation einer Wanderbewegung entstammend, zeugt vom Unverständnis des Schreibers. Denn reichhaltige Viehweiden bestimmte das Nomadenleben und nicht ein abstraktes Ordnungsprinzip.

Da nach den türkischen Geschichtsthesen die Türken die Quelle aller Kulturen und Zivilisationen auf der Welt sind und alle Welt eigentlich türkischen Ursprungs ist, mussten die Türken selbst bei der Eroberung Armeniens „türkische Ländereien” besetzen. Wenn wir die alten Landkarten betrachten, sehen wir, das Ostanatolien das ursprüngliche Armenien ist. Dass sie Armenien zu türkischen Ländereien erklären, ist wiederum der Abwehr geschuldet. Sie radiert aus, dass einst Armenier dort gelebt haben, aber da, wo keine Armenier gelebt haben, können auch keine umgebracht worden sein.

Lieber Herr und liebe Frau Gust, wir sehen den Wunsch, ein edler, kultivierter, rücksichtsvoller, ordnungsliebender, staatstreuer, gehorsamer und ritterliche Türke zu sein, hat sich im neuen „Türke-Sein“ durchgesetzt, weil die türkische Massenregression im Dienste der Abwehr von Schuldgefühlen den Verstand und die Realitätsprüfung auf der Strecke ließen.

In jeder Nationen-Werdung sind vergleichbare Konstrukte zu finden. Schauen doch auch andere Völker, peinlich berührt, in die Kinderstube ihrer Nation, in denen es auch größenwahnsinnige Entgleisungen gab. Doch diese Entgleisungen haben die Völker in Europa überwunden, nur die Türken konnten mit ihrer institutionell abgesicherten Regression in der Militärdiktatur eine realitätsprüfende Selbsthistorisierung nicht erreichen.

Lieber Herr und Frau Gust, deshalb schlief der größenwahnsinnige Gestus, – in jeden Hinterhof Kreuzbergs einmal am Tag zu hören- dass „ein Türke mehr wert sei als tausend andere Menschen“, nicht ein.

Wenn sie die Website aus dem Jahre 2001 der türkischen Botschaft betrachten, dann stoßen sie in ihrer Selbstdarstellung auf eine 80 Jahre währende narzisstische Verzückung. Unter anderem werden dort die Türken als „ein 4000 Jahre altes Volk mit einer glänzenden Geschichte“ bezeichnet.

Man kann darüber streiten, ob sich hier nicht unbewusst die Pinkelolympiaden kleiner Jungens in den Text vorgedrängt haben. Es fehlen einfach 2600 Jahre, die dokumentarisch nicht belegt werden können, denn die heutigen Ursprünge der Türken lassen sich bis zum 6. Jahrhundert n u.Z. zurückverfolgen. In chinesischen Quellen tauchen die „T`u-küe” im Jahre 532 n.u.Z. das erste Mal auf.

Weiter heißt es auf der Website: „[…] Der türkische Gelehrte Ebu Reyhan el-Bīrūni machte diese Periode zu einer der wichtigen innerhalb der islamischen Kulturgeschichte und schrieb in dieser Zeit (1009) durch den Poeten Firdevsi das berühmte Werk Tehname.“

Abu I-Qasim Mansur Firdausi lebte um 940 in Tos bei Chorasan und später bis 1021 unter der Herrschaft der Buyiden, einem iranischen Herrschergeschlecht, deren Nachkommen die Zaza in Ostanatolien unter Befehl Atatürks 1937/38 in einem vierten Völkermord der Türken auszurotten versucht wurde.

Die persische Sprache war bereits seit dem 9. Jahrhundert zur dominierenden Kultursprache der Region geworden. Dazu gehört als eindrucksvolles Beispiel seine „Schahnama“. Es ist das persische Nationalepos mit 60.000 Doppelversen und das bedeutendste mittelpersische Werk. Firdausi ist unter dem Schutz der buyidischen Dynastie, als Retter der persischen Kultur, zum Retter der iranischen Sprache geworden. Er schreibt in einem Epos: „Im immerwährenden Kampf gegen den Erzfeind Turan kämpfen Heldengestalten unter Einsatz ihres eigenen Lebens für ihr Land.“

Sundermann übersetzte ins Deutsche:

Da lachte Nariman: Was schreist Du wie ein Narr?
Nicht Prahlerei gilt hier, hier gilt nur Kampfgeschick.
Ich werde Dein Gehirn, du Wicht von einem Feind
den Geiern in der Wüste werfen, vor zum Fraß.
Der Pfeil fand seinen Weg und schoss genau ins Ziel.
Er traf des Türken Haupt, der tot zu Boden fiel.

Nach dieser Faktenlage ist es zulässig zu behaupten, dass die Türkischen Geschichtsthesen die Selbstdarstellung der türkischen Botschaft beeinflussten, als sie den persischen Schriftsteller Firdausi und den persischen Wissenschaftlers El Bīrūni türkten. Dass das türkische Konsulat sich im Jahre 2001 auf eine Quelle bezog, in der die Türken als Inbegriff des dummen und großmäuligen Feindes gekennzeichnet werden, lässt vermuten, dass sie das Nationalepos nicht kennen.

Liebe Familie Gust, die türkische Botschaft offenbarte weiter ihr besonderes Geschichtsverständnis:

Die Herrschaft der Gökturken wurde im Jahre 745 durch die Uyguren beendet, die demselben ethnischen Stamm entsprangen. Auf diese Weise zerstreuten sich all jene Türken, die unter dem Banner der Gökturken zusammenströmten, unter dem der Uyguren. Das landwirtschaftliche Becken, in dem sie lebten, wurde als Turkestan bekannt. Im Jahre 1229 beendeten die Mongolen die Herrschaft der Uyguren; jedoch wurden die Uyguren ihre kulturellen und politischen Mentoren.

Der große Orientalist Joseph Hammer Purgstall schrieb in seiner „Geschichte des Osmanischen Reiches auf Seite 51, über das Jahr 1229.” Als Dschengis – Chan verheerend in das Land jenseits und diesseits des Oxus einfiel, flüchteten die Gelehrten aus den rauchenden Trümmern ihrer Bibliotheken und Akademien nach dem äußersten Westen Asiens zu Keikobad, bey ihm den Unterstand und Schutz suchend, den ihnen Chuaresm – Schah nicht mehr gewähren konnte, und die Literatur wanderte von den Ufern des Oxus an die des Ionischen Meer aus…

Martin – zitiert nach Gunnar Heinsohn, in seinem „Lexikon der Völkermorde“- beschreibt den Vorgang so: „In diesem Eroberungskrieg von Dschingis Khan spricht die Geschichtswissenschaft von 10 bis 15 Millionen Ermordeten… Seine Regel, nach einem Sieg niemals einen Feind in seinem Rücken zu belassen, führt zu einer ungeheuren Ausmordung auf seinem Einigungs- und Eroberungszug. Die Eliten der Gegner – und vormaligen Alliierten – wurden grundsätzlich umgebracht“.

Dass die Elite der Uyguren beim türkischen Botschafter 2001 zu den politischen und kulturellen Mentoren des Volkes seiner Mörder aufsteigen kann, geht auf das Konto der Verkehrung in ein Gegenteil und die Verwandlung des Türken in ein Opfer. Denn in der Wiederkehr des Verdrängten verwandeln sich die Opfer in einer Verschiebung in geistig Überlegene, was die Armenier auf Grund ihres Bildungsgrads ja auch waren. Gleichzeitig wird in der Darstellung der Botschaft die moralische Erbärmlichkeit der Täter in ihrer Grausamkeitsarbeit verharmlost.

Das bis dahin existierende Geschichtsbild in der Selbstdarstellung der türkischen Botschaft in Berlin verdeutlicht, dass die Türken den Zugang zur eigenen Geschichte verloren haben. Deshalb bietet Ihre Arbeit, Herr und Frau Gust, einen realistischen, wenn auch beschämenden Zugang, weil mit dem osmanischen Sprachentod der Weg zu den eigenen Wurzeln nicht mehr gefunden werden kann.

Dieser Sprachentod, seit der Sprachreform 1928, vom türkischen Militär überwacht, stand im Dienste der Verleugnung der Grausamkeitsarbeit der Hamidiye-Regimenter im Völkermord. Doch auch im – in Ankara entwickelten – Curriculum für den muttersprachlichen Unterricht türkischer Kinder in Berlin Kreuzberg oder Bottrop dominieren Grandiositätsphantasmen noch heute. Sie lernen, dass der große Sultan, den Griechen, den Bulgaren, Serben und Ungarn ein Land schenkte, als ob es keine Balkankriege, keinen Wiener Kongress, kein zusammengebrochenes Osmanisches Reich, keine Völkermorde und keinen verjagten Sultan gegeben hätte.

Deshalb konnte Präsident Erdogan unlängst einer staunenden Welt verkünden, dass die Türken die Entdecker Amerikas seien. Er bezog sich dabei auf den Kartographen Piri Reis, der 1521 eine Karte der Welt anfertigte, die das auf osmanisch beschriftete Kartenmaterial über Südamerika, das „Cülümbüs“ auf seiner Fahrt benutzte, mit einbezog. Diese hatte sein Vater als Pirat in einem geenterten Schiff des „Entdeckers Amerikas“ gefunden. Man könnte einfach sagen, dass der Stichwortgeber des Präsidenten der Türkei einen Bock geschossen hat. Jedoch der Präsident als reinkarnierter Sultan und damit „Beherrscher der Welt“ sich vorführend, konnte dies nicht kritisch hinterfragen, als er die türkische Entdeckung der „Neuen Welt“ verkündete, weil er in der Schule lernte und deshalb davon überzeugt ist, dass alle entscheidenden Kulturleistungen türkischen Ursprungs seien.

Die Türkei macht sich auf diese Weise in der Welt ungeheuer lächerlich und beschämt ihre eigenen Bürger. Deshalb ist die Arbeit über den Völkermord an den Armeniern von Ihnen, Wolfgang und Sigrid Gust, so kostbar. Weil die Aktenstücke des Auswärtigen Amtes – inzwischen auf Türkisch erschienen –, von den Türken selbst gelesen werden können. Auf diese Weise kann die entsetzliche Blutspur des eigenen Volkes in den psychischen Haushalt integriert werden, und deren Verleugnung mit all den daraus resultierenden Kuriositäten aufgegeben werden. Damit können die Türken sich von den von mir dargestellten Phantasmen befreien, und Ihre Arbeit kann ihnen dabei behilflich sein.Auch die Großmütter helfen dabei, wenn sie auf ihrem Totenbett den Enkeln ihre armenische Identität offenbaren. Beide brauchen diese Wahrheit. Sie brauchen sie deshalb, weil das Trauma ihrer Großmütter unbewusst weitergegeben auch in ihrer Psyche haust und so tragen sie die Unerträglichkeit eines Völkermords in sich, der in der türkischen Gesellschaft geleugnet wird. Diese Leugnung stigmatisierte sie zu Verrückten. Dieser innerpsychische Spagat zwischen dem Gefühl der Minderwertigkeit, ohne Lebensrecht existieren zu müssen, und dem Grandiositätswahn in der Identitätspolitik der Kemalisten konnte von den Nachkommen der über einhunderttausend Großmütter nur neurotisch verarbeitet werden. Derzeit entsteht in der türkischen Gesellschaft ein schmerzlicher Prozess, an Stelle des alten Schmerzes. Er dient jedoch diesmal der Heilung der Spannung zwischen einer transgenerationell unbewusst weiter gegebenen armenischen, aramäischen und griechischen Identität und dem Konstrukt aus der türkischen Identitätspolitik. Dazu haben Sie, Wolfgang und Sigrid Gust, beigetragen und es wird ihnen gedankt werden, dass sie das ermöglicht haben.

Die Aktenstücke zu lesen war für mich schauderhaft, weil sie mich traumatisierten, mir bis heute den Schlaf rauben und mich bis in die Träume verfolgten. Ich kann mir vorstellen, dass es Ihnen nicht leichter von der Hand gegangen ist, sie zu lesen, um sie in den Einführungen zu den Aktenstücken richtig einordnen zu können. In diesen Abgrund der Barbarei zu schauen, verletzt die eigene Seele. Trotzdem diese Unterlagen der Forschung zugänglich gemacht zu haben, ist Ihr großer Verdienst. Denn sie erleichtern das Ringen um Anerkennung der armenischen Katastrophe als Völkermord. In der Konvention der Vereinten Nationen über die Verhütung und Bestrafung des Völkermordes aus dem Jahre 1948 wurde Völkermord als eigenständiges Verbrechenskategorie eingeführt und damit verkündet, dass jedes Volk ein Lebensrecht besitzt. Sie haben entschieden, dass Völkermord ein so großes Verbrechen ist, dass es die Weltgemeinschaft zwinge, das bedrohte Lebensrecht eines Volkes zu verteidigen. Die Deutschen als Verbündete, die Franzosen, die Italiener, die Engländer als Besatzungsmächte im Rumpfland der Osmanen, wie aus den von Ihnen digitalisierten Unterlagen des Auswärtigen Amtes hervorgeht, haben zugelassen, dass im Osmanischen Reich und in der Türkischen Republik Völkermorde geschahen. Damit konnten die Völker sich mit der genozidalen Politik in der türkischen Nationenwerdung identifizieren. Sie sind heute – moralisch durch die Konvention – gezwungen, die Verbrechen als Völkermord anzuerkennen. Sie müssen es deshalb tun, weil die Konvention keine Gültigkeit für die Zeit des Völkermordes an den Armeniern haben kann. Deshalb müssen die Parlamente der nationalen Gruppen das Lebensrecht der Armenier in der Anerkennung als Völkermord den Nachfahren zurückgeben. Die deutschen Parlamentarier verwiesen zwar 2005 in ihrer Resolution auf „zahlreiche unabhängige Historiker, Parlamente und internationale Organisationen, die Vertreibung und Vernichtung der Armenier als Völkermord“ bezeichnen, lehnten es aber selbst ab, ihn als solchen anzuerkennen.

Sie haben sich, vermutlich in Unkenntnis der Brisanz des Lebensrechts der Armenier, das sich hinter der Anerkennung verbirgt, Verhandlungsmöglichkeiten mit der türkischen Regierung nicht erschweren wollen. Für die Armenier ist ihr Lebensrecht nicht verhandelbar. Solange sie dies von den Nationen nicht gespiegelt bekommen, müssen sie fürchten, dass sich diese Geschehnisse wiederholen. Alle Völker, die das Lebensrecht durch die Anerkennung der armenischen Katastrophe als Völkermord nicht zurückgeben, binden die Nachkommen der Überlebenden zwanghaft an eine quälende Vergangenheit.

Jedoch haben Sie, Wolfgang und Sigrid Gust, diesen zwanghaften Mechanismus zumindest für die Deutschen mit Ihrem Lebenswerk durchbrochen. Dafür danke nicht nur ich Ihnen.

Rozmyślania poety o nauce

Jan Kozłowski

Pięknisie, pracusie i palaczki (czyli trzy grupy zawodowe
w pewnej instytucji naukowej)

Ach pięknisie,
Ach pięknisie,
Co noc któraś
Komuś śni się!…

Szczypczykami
Biorą ptysia,
Aby ptyś nie
Zbrudził pysia.

Uśmiech z serca –
Równym sobie,
Ten na pokaz –
Mnie i Tobie.
……………………….
Żyją stale
W ambarasie
W strachu, w stresie
W niedoczasie.

Ślepe na to,
Co jest wokół,
Bo co ważne,
To protokół.

Zawsze w normie.
Zawsze w ramach.
To pracusi
Cichy dramat.
………………………
Dym się wije,
Dym się skręca,
Dym palaczkę
Wciąż okręca.

Dym palaczka
Ciągle chłonie,
Chłoną uszy,
Chłoną dłonie,

Chłonie suknia,
Beret, sweter,
Szalik, mufka
I pies seter.

Tamże

Cztery wilki
Idą miedzą.
Tu gęś zjedzą,
Tam gęś zjedzą.

Nie pogardzą
Kuropatwą,
Byle żywą,
Nigdy martwą.

Taka była
Wola Boża,
Że dotarły
Do Wolborza.

Już-już miały
Schrupać wójta,
Gdy niewiasta
Krzyknie: „Stójta!

Wara wilkom
Od Wolborza,
Jakem Kasia,
Dziewka Hoża!

Innowacją
I rozwojem,
Ja z wilkami
Toczę boje!”
Nie minęła
Chwila czasu,
Cztery wilki,
Czmych do lasu!

Z rodzinnych zapasów słowa pisanego

Jan Kozłowski

Humor w nauce (przedruk)

Humor to jedno z niewielu podstawowych zjawisk społecznych, spotykanych we wszystkich społeczeństwach od zarania historii pisanej. Brak zainteresowania nauki zjawiskiem humoru bierze się stąd, że oba zjawiska – humor i nauka – leżą [pozornie] w dwóch przeciwnych sferach: powagi niepowagi. Nauka traktuje siebie serio i podejmuje tematy poważne. Z jej perspektywy humor to zjawisko „niepoważne”, a zatem niewarte badania. Jednak naukę i humor łączy to, że poszukują tego, co nowe, nieoczekiwane i niespójne [Kilbourne 1996].

Sfera niepowagi posiada wielkie znaczenie społeczne. Właśnie oddzielenie humoru od rzeczywistości na serio powoduje, że jest tak cennym komentatorem tej ostatniej. Humor warto badać nie tylko dlatego, że sam w sobie jest ciekawy, ale także z tego powodu, że pozwala zrozumieć świat poważny [Mulkay 1988].

Humor i powaga działają według całkowicie różnych zasad i służą zupełnie różnym celom.

Podstawową cechą humoru jest niespójność płynąca z przecięcia się dwóch różnych ram koncepcyjnych. Wzór leżący u podstaw anegdoty [skeczu lub humoreski] to postrzeganie sytuacji lub idei w dwóch spójnych wewnętrznie, lecz niedopasowanych do siebie układach odniesienia [np. świat romantycznej fantazji Don Kichota i życiowej mądrości Sanczo Pansy]. Te dwa układy odniesień można by nazwać jeszcze inaczej – planami, schematami, kontekstami skojarzeń lub matrycami [myślenia, zachowań].

Wspólny wzór – ujęcie rzeczywistości jednocześnie na kilku planach dzięki dostrzeżeniu ukrytych pomiędzy nimi podobieństw – cechuje nie tylko różne gatunki humoru, ale wszelką działalność twórczą. Gdy dwa niezależne układy odniesienia zderzają się ze sobą, rezultatem jest albo kolizja, która kończy się śmiechem, albo fuzja w nowej intelektualnej syntezie, albo konfrontacja w doświadczeniu estetycznym [Koestler 1964].

Dzieło artystyczne, odkrycie naukowe, humor czy oryginalne rozwiązanie praktycznej sytuacji życiowej – efekt operowania ideami, słowami, formami plastycznymi, dźwiękami, równaniami matematycznymi lub dłutem – mają ze sobą coś wspólnego, są jakąś niestereotypową odpowiedzią na pewien problem, jakąś realizacją zasady Poincaré pour inventer il faut penser à cote, uzyskaną dzięki chwilowemu rozluźnieniu świadomej kontroli myśli nad rzeczą.

Rozluźnienie to polega nieraz na uwolnieniu myśli z pęt słów. Słowa to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo. Krystalizują one myśl, nadają czytelną formę mglistym obrazom i ulotnym intuicjom. Ale kryształ, jak wiadomo, nie jest płynny. Język to nie tylko podstawa myślenia, lecz także główne źródło niezrozumienia i nieporozumienia. Język jest jak ekran pomiędzy człowiekiem a rzeczywistością. Prawdziwa twórczość często zaczyna się tam, gdzie kończy się język.

Uwalniając się spod władzy języka [lub innego kodu] można osiągnąć zderzenie różnych układów odniesień dzięki wielu różnym chwytom: kalamburom słownym [połączeniu dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą myśli] lub plastycznym [nowa forma plastyczna powstała z połączenia dwóch form niezależnych], przesunięciu uwagi na cechy pozornie peryferyjne, „postawieniu na głowie”, konkretyzacji ogólnej idei lub dostrzeżeniu w konkrecie symbolu niezwerbalizowanych pojęć, odkryciu ukrytych analogii, podwójnej tożsamości [jest się sobą i jednocześnie czymś innym].

Nos w formie ogórka to kalambur plastyczny. Podróżnik dosiadający promieni światła Einsteina to konkretyzacja abstrakcyjnego problemu. Wąż chwytający się za ogon jako obraz molekuły Kekule`go to symbolizacja rodzącej się, jeszcze nie sformułowanej teorii. Teoria dualizmu falowo-korpuskularnego to zastosowanie zasady „podwójnej tożsamości”. Psychiatra, który poza intencjonalnym przekazem pacjenta chwyta sygnały pozwalające na postawienie diagnozy, ilustruje zasadę przesunięcia uwagi z centrum sprawy na jej peryferie. Styl Giorgone`a, który zerwał z zasadą, że krajobraz jest tylko konwencjonalnym tłem dla przedstawiania ludzi, otwierając możliwość malowania krajobrazu, w którym ludzie odgrywają rolę detalu, to realizacja zasady „stawiania na głowie”.

Humor to nie tylko kolizja dwóch matryc. To także zagadka, wyzwanie dla wyobraźni i inteligencji.

Dowcipne powiedzenie Picassa „często maluję falsyfikaty” jest równoważnikiem zdań: „Od czasu do czasu, jak i inni malarze, robię jakąś powtórkę, wariację na temat, która dla mnie wygląda jak podróbka mojej techniki. W rzeczy samej, jest to imitacja dzieła natchnionego Picassa wykonana przez Picassa pozbawionego inspiracji”. W formie opisowej zniknąłby dowcip. Dowcip kryje w sobie jakąś zagadkę, wymaga wysiłku wyobraźni. Gdyby ta myśl została wyłożona explicite, słuchacz zostałby pozbawiony wyzwania oraz nagrody za odpowiedź. Nie byłoby zgrabnego paradoksu. Nie narodziłaby się anegdota. Wyzwanie polega na do-określeniu, wypełnieniu luk, odkryciu aluzji, znalezieniu ukrytych analogii. Każdy dobry dowcip zawiera w sobie element zagadki, którą słuchacz musi rozwiązać [Koestler 1964].

Zasadą dowcipu w anegdotach o wielkich uczonych – jednej z najczęściej spotykanych form humoru środowiska naukowego – jest z reguły zderzenie ze sobą świata ich myśli z potocznym myśleniem „szarego człowieka”.

Wielki matematyk Wacław Sierpiński znany był z roztargnienia. Pewnego dnia udał się w podróż z żoną. Żona, idąc łapać taksówkę, prosiła go, by dobrze pilnował dziesięciu sztuk bagażu. Gdy wróciła, profesor z głębokim zatroskaniem powiedział:
Mówiłaś o dziesięciu sztukach, a ja doliczyłem się tylko dziewięciu.
– Och nie, było dziesięć!
– Policz sama: 0, 1, 2…

Bardziej złożoną i ciekawszą formą jest zderzenie ze sobą perspektyw poznawczych dwóch lub więcej dyscyplin.

Klasyfikacja dziedzin chemii:
Chemia fizyczna: żałosna próba zastosowania y=mx+b do wszystkiego we wszechświecie.
Chemia organiczna: praktyka transmutacji smrodliwych substancji w publikacje.
Chemia inżynieryjna: praktyka robienia dla pieniędzy tego, co chemik fizyczny i chemik organiczny robią dla zabawy.

Albo oparta na podobnej zasadzie żartobliwa definicja:

Związek chemiczny to substancja, którą
– chemik organiczny zmieni w odór
– chemik analityczny zmieni w procedurę
– biochemik zmieni w spiralę
– inżynier chemik zmieni w profit.

Konfrontacja dyscyplinowych perspektyw jest często prowokowana przez nagłe i nieoczekiwane zdarzenie spoza sfery nauki: Biolog, statystyk, matematyk i informatyk są na safari. Zatrzymują jeepa, żeby lornetką zlustrować okolicę.
Biolog: Spójrzcie! W środku stada biała zebra! Fantastycznie! Stanę się sławny!!
Statystyk: Jedna biała zebra to próba statystycznie nieistotna.
Matematyk: Ściśle biorąc, wiemy tylko, że istnieje jedna zebra, której jeden bok jest biały.
Informatyk: O cholera! Wyjątkowy wypadek!

Z tego rodzaju humoru najzabawniejsze wydają się dowcipy o chwytaniu lwa na pustyni [za pomocą metod sugerowanych np. przez matematyka, fizyka teoretycznego, fizyka doświadczalnego i informatyka] oraz o radzeniu sobie z problemem flaczejącego balonu, w którym przedstawiciele różnych dyscyplin przedkładają kolegom dyscyplinowo zróżnicowane propozycje ratunku.

Najcenniejszą funkcją humoru środowiska naukowego jest przekłuwanie balonu środowiskowej samoiluzji i demaskowanie ograniczeń poznawczych dyscyplin lub samej nauki.

Jest jakaś prawda w poglądzie Vilfredo Pareto, że człowiek łudzi się, uznając siebie za istotę racjonalną. W naturze ludzkiej leży skłonność do mistyfikacji i konfabulacji. Siłą napędową zachowań ludzkich nie jest rozum, tylko instynkt, interes i uprzedzenia. Rozumu ludzie używają głównie do tego, by swym działaniom nadawać jakieś uzasadnienia, jakieś pozory logiczności, pisał Pareto. Idee, ideologie i zasady, choć same w sobie nonsensowne i odporne na argumentację, legitymizują ich codzienne zachowania.

Swoje środowiskowe idee, ideologie i „skrzywienia” mają też naukowcy. Humor odsłania ich ukryty absurd lub pokazuje granice sensowności.

Jedną z metod demaskacji jest zderzenie „jak jest” i „jak być powinno”. „Jak jest” [praktyczne, choć głośno nie formułowane zasady postępowania] zajmuje w instrukcji miejsce „jak być powinno” [zasady głoszone oficjalnie]:

Zasady pracy w laboratorium

Gdy doświadczenie się udaje, coś musi być nie w porządku.
– Gdy nie wiesz co robisz, rób to starannie.
– Doświadczenia muszą być powtarzalne. Powinny one brać w łeb zawsze w ten sam sposób o tym samym czasie.
– Wpierw kreśl krzywe, potem nanoś dane.
– Jeśli chcesz być dobrym doświadczalnikiem, pisz raport na długo przed eksperymentem.
– Jeśli nie możesz uzyskać odpowiedzi na pytania, zacznij od odpowiedzi, a potem wyprowadzaj z nich pytania.
– Praca zespołowa jest niezbędna. Pozwala zwalić winę na kogoś innego.
– Żaden eksperyment nie jest kompletną porażką. Przynajmniej może służyć jako przykład negatywny.

Inna zasada polega na zderzeniu ze sobą dwóch ideologicznych zasad lub reintepretacji różnych kodów zachowań dokonanej dzięki zestawieniu ich ze sobą:

Dlaczego uniwersytety odmawiają Panu Bogu tytułu profesora?

  1. Ponieważ legitymuje się tylko jednym dziełem.
  2. Nie ma publikacji w czasopismach listy filadelfijskiej.
  3. Możliwe, że to prawda, iż stworzył świat, ale co zrobił od tego czasu?
  4. Jego umiejętności pracy zespołowej są bardziej niż ograniczone.
  5. Nikomu nie udało się powtórzyć Jego eksperymentu.
  6. Nigdy nie złożył do Komisji Etyki wniosku o pozwolenie na eksperymenty na ludziach.
  7. Gdy obiekty Jego eksperymentu nie zachowywały się zgodnie z oczekiwaniem, często karał je lub nawet usuwał z próby.
  8. Rzadko przychodził na zajęcia, po prostu kazał studentom czytać Książkę.
  9. W nauczaniu wyręczał się Synem.
  10. Wyrzucił z klasy swoich dwóch pierwszych uczniów.
  11. Jego test egzaminacyjny był zbyt trudny, gdyż choć zawierał tylko dziesięć wymagań, większość studentów nie mogła mu sprostać.
  12. Nie przestrzegał godzin wykładów. Za miejsce wykładów wybierał szczyt góry.

Ale humor środowiska naukowego to nie tylko katharsis i „godzina prawdy”. Ujęcie zjawiska jednocześnie na kilku planach dzięki dostrzeżeniu ukrytych między nimi podobieństw to znakomite ćwiczenie wyobraźni i inteligencji. Dobry problem naukowy – podobnie jak dowcip – powstaje dzięki odkryciu nieoczywistych analogii na przecięciu kilku płaszczyzn.

Zdając sobie z tego sprawę, wybitni dydaktycy lubią zadawać studentom prowokacyjne pytania. Co ksiądz ma wspólnego z prostytutką? pytał studentów profesor socjologii Everett Hughes. Pytał nie po to, by szokować i nie dlatego, by zacierać zasadnicze różnice statusu i cech charakteru przedstawicieli obu zawodów. Zadawał to pytanie, aby rzucać światło na ukryte cechy, by wybijać z utartych kolein myślenia. Podobnie jak psychoanalityk, oboje słuchają poufnych wyznań, oboje wpływają na emocje swoich klientów oraz nadają tym emocjom nowe ramy, odpowiadał.

Humor z zasady podważa rozdział rzeczywistości i nierzeczywistości, który jest podstawą świata powagi. Wciągnięci w życie codzienne, porozumiewamy się z innymi językiem powagi. Zakładamy, że mamy do czynienia z obiektywnymi zjawiskami, które istnieją niezależnie od nas, że inni doświadczają świat w sposób podobny do nas, oraz że wszyscy postępują w sposób przewidywalny kierując się ogólnie zrozumiałymi przesłankami. Zachodzą wprawdzie w tym wspólnym świecie zdarzenia, które odbiegają od normy. Spotykają się one jednak z niechęcią i są traktowane jako chwilowy błąd. Formułowane są także przeciwstawne opinie i poglądy, nawet przez tych samych ludzi i w tym samym czasie. Traktowane są one jednak jako niezamierzona pomyłka; zakłada się bowiem, że każda ocena odsyła do jednego, zorganizowanego i niezależnego świata, wobec czego rozbieżne wypowiedzi są wynikiem złej woli lub niezawinionej niedoskonałości percepcji. Niezgodność opinii powinna być usunięta. Pomiędzy światem realnym i nierealnym – światem snu, marzeń, baśni i urojeń – przebiega nieprzekraczalna granica.

Świat realny, demaskowany przez humor i paradoks, bierze na nich odwet, traktując je nie jako odsłonięcie paradoksalnej natury oraz wewnętrznej niespójności świata społecznego, tylko jako błąd rozumowania. Niezgoda, przeciwieństwo, paradoks i wieloznaczność często pojawiają się w poważnej rozmowie. Co więcej, życie codzienne byłoby pewnie niemożliwe bez językowej dwuznaczności i braku precyzji. Lecz na codzień cechy te wiąże się ze zjawiskami komunikacji, a nie z charakterem społecznego świata.

O humorze łatwiej żartować niż pisać o nim poważnie; od poważnego naukowego opisu oczekuje się przestrzegania reguł świata powagi, czyli właśnie tych, którym humor zadaje kłam. Świat humoru zakłada postrzeganie sytuacji lub idei w dwóch wewnętrznie spójnych, lecz wzajemnie przeciwstawnych układach odniesień; rozprawa naukowa, która zostałaby oparta na podobnej zasadzie, nie miałaby szans, by wejść do kanonu uznanej wiedzy naukowej.

Żart jest tak zorganizowany, że wpierw ustanawia pewną rzeczywistość, a następnie ją podważa poprzez nagłe i nieoczekiwane wprowadzenie innej.

Humor pełni wiele funkcji w życiu codziennym. Rozładowuje trudne sytuacje. W rozmowie pozwala na wprowadzenie trudnego problemu, pozostawiając pole manewru i możliwość odwrotu, gdyby druga strona nie zechciała przejść na płaszczyznę powagi. W stosunkach towarzyskich pozwala na nawiązanie relacji nieformalnych. W sytuacjach uroczystych pozwala na wprowadzenie dozy luzu.

Żarty pozostają w opozycji do status quo, podważają istniejący porządek i hierarchię, kwestionują dominujące wartości. Ale opozycja ta może mieć bardzo różny charakter. Intencją humoru politycznego może być zniszczenie zastanego ładu. Intencją humoru, na jaki pozwala sobie laureat Nobla podczas ceremonii wręczenia nagrody, może być kontrolowane przełamanie oschłości i formalizmu, towarzyszących imprezie.

Badania naukowe mają długą tradycję. – Powiedział w swej mowie pewien laureat. Poprzez dzieje ludzie usiłowali pozyskać nową wiedzę, poszukiwali nowych dróg poznania. Dla wielu wybitnym przykładem takiej tradycji był Krzysztof Kolumb. Gdy Kolumb wyruszył do Ameryki, nie wiedział dokąd płynie. Gdy dopłynął do kontynentu, nie wiedział gdzie jest. A gdy wrócił bezpiecznie do Europy, nie wiedział, gdzie był. A żeby tego było mało, nie podróżował nawet za swoje pieniądze.

Wszystko to są dylematy współczesnej nauki.”

Pozornie Kolumb został poddany ostrej krytyce. Dążył do wiedzy, a popadł w ignorancję. Sytuacja, w jakiej się znalazł, przypomina stan, w jakim pozostaje współczesna nauka.

Laureat zerwał ze wzorcem przemówienia noblowskiego, który każe wygłosić pochwałę nauki. Ale krytyka nauki jest jej ukrytą pochwałą. Pomimo początkowego błędu, Kolumb dokonał epokowego odkrycia. Stało się tak dlatego, że choć finansowany z kiesy władcy, nie został poddany bezpośredniej kontroli. Podobnie nauka, jeśli tylko – finansowana z kasy państwa – zostanie pozostawiona sama sobie, zaowocuje epokowymi odkryciami. Pozorna krytyka zmienia się w komplement. Laureat decydując się na żart, odszedł od obowiązującego wzorca, ale nie zerwał z etykietą.

Wątek podobieństw humoru i matematyki podejmuje John Allen Paulos. Zarówno matematyka jak i humor są intelektualną zabawą; w matematyce akcent położony jest na stronie intelektualnej, w humorze – na zabawowej. Logika, wzorce, zasady, struktura – to esencja tak matematyki, jak i humoru. W humorze logika jest nieraz odwrócona, wzorce zburzone, zasady złamane, a struktura zachwiana. Wszystkie te przekształcenia nie są jednak przypadkowe; puenta przenosi słuchacza na nowy poziom sensu, odmienny od początkowego. Ponadto, zarówno humor, jak i matematyka są proste i ekonomiczne. Piękno dowodu matematycznego zależy do pewnego stopnia od jego zwięzłości i elegancji. Podobnie, żart traci swoją siłę, gdy jest długi i ciężki [Paulos 1988].

Pomostem pomiędzy humorem i matematyką są paradoksy i łamigłówki. Mają one bardziej intelektualny charakter od dowcipu, ale lżejszy ton od matematyki:

Dwie lokomotywy, oddalone od siebie o 300 mil, ruszają ku sobie po tych samych torach. Pierwsza jedzie z szybkością 100, a druga – 50 mil. W chwili startu ptak fruwający z prędkością 200 mil na godzinę opuszcza pierwszą lokomotywę i zmierza w stronę drugiej. Osiągnąwszy cel zawraca ku punktowi startu, a potem powtarza swój lot między lokomotywami. Jak długo będzie tak latał, zanim lokomotywy zderzą się ze sobą?

Jeśli ktoś skupi się na długości przelotu, stanie przed trudnym zadaniem dodawania każdego kolejnego odcinka. Jeśli natomiast ktoś zwróci uwagę na czas niezbędny dla spotkania się lokomotyw [2 godziny, gdyż jadą one z szybkością 100 + 50 = 150 mil na godzinę], wówczas od razu obliczy, że ptak przeleci 2 x 200 = 400 mil.

Istotną rolę w matematyce i humorze odgrywają dedukcja i logika. Pewna znajomość logiki jest potrzebna, aby m.in. uchwycić dowcipy oparte na sylogizmach. Często dowcipy mają strukturę, którą łatwo oddać za pomocą czysto logicznego rozumowania, np. Opowiadacz dowcipu: „W jakim modelu aksjomaty 1, 2, i 3 są prawdziwe?” Słuchacz: „W modelu M”. Opowiadacz dowcipu: „Wcale nie, bo w modelu N”. Taką właśnie strukturę mają znane żartobliwe zagadki.

Obdarty włóczęga podchodzi do siedzącej na ławce panienki i zadaje jej pytanie:
– Co takiego wchodzi twarde i suche, a wychodzi miękkie i wilgotne?
– … To jest… [Panienka czerwieni się].
– Guma do żucia, odpowiada włóczęga.

By zrozumieć dowcip, choćby i sytuacyjny, słuchacz musi dokonać „transcendencji”, to znaczy wznieść się na poziom meta, z którego obie ramy interpretacyjne – i ta początkowa i ta wniesiona przez puentę – mogą być ze sobą zestawione. Wzniesienie się na poziom meta jest możliwe dzięki osiągnięciu dystansu w stosunku do obu układów odniesień. Ta cecha humoru tłumaczy, dlaczego dogmatycy i ideologowie notorycznie nie znoszą humoru. Ludzie, których życie jest zdominowane przez jeden system myślenia, są w nim zaklinowani i nie są w stanie spojrzeć na niego z boku. Pozbawieni poczucia humoru są także ludzie, których myślenie jest skrajnie luźne i nieustrukturyzowane. Dzieje się tak dlatego, że aby docenić humor, trzeba mieć w sobie poczucie porządku myślowego. Inaczej nie uchwyci się zderzenia dwóch struktur, które tworzy oś humoru.

Zasada zderzania różnych układów odniesień tłumaczy z kolei, dlaczego na całym świecie tak wielu humorystów i aktorów komediowych pochodzi z mniejszości etnicznych: Żydzi w przedwojennej Polsce, Żydzi i Murzyni w Stanach Zjednoczonych, Irlandczycy w Wielkiej Brytanii. Poruszanie się w dwóch różnych porządkach znaczeń zmusza do „transcendencji” i pozwala na bardziej abstrakcyjne ujmowanie zjawisk życia codziennego. Dystansowanie się nie może jednak iść zbyt daleko, gdyż wówczas osłabłaby empatia, konieczna do uchwycenia poznawczego dysonansu.

Zasadą zarówno wielu dowcipów, jak i paradoksów logicznych jest samo-zaprzeczające samo-odniesienie. Najbardziej znane paradoksy to paradoks kłamcy oraz paradoks golibrody z Sewilii: Golibrodzie prawo nakazuje golić wszystkich mężczyzn, którzy nie golą się sami. Kto w takim razie goli golibrodę? Prawo jednocześnie nakazuje i zakazuje mu golenia się samemu. Podobną budowę mają żarty o ogłoszeniach: Jeśli chcesz nauczyć się czytać, zadzwoń…

Logiczna zasada odwrócenia relacji zastosowana jest m.in. w starej anegdocie o markizie na dworze Ludwika XIV:
Markiz na dworze Ludwika XIV, znalazłszy w buduarze żonę w objęciach biskupa, podszedł cicho do okna i jął błogosławić ludzi na ulicy.
– Co ty robisz? – krzyknęła wzburzona żona.
– Jego Wielebność wypełnia moje funkcje – odparł markiz – więc ja wykonuję jego
.

Nie tylko prawa logiki, ale także teorie matematyczne znajdują zastosowanie w interpretacji zjawiska humoru. Teoria katastrof René Thoma tłumaczy jego zdaniem nie tylko takie zjawiska, jak załamanie się rynku, trzęsienia ziemi, decyzje o wszczęciu wojny lub o jej zakończeniu, ale także zjawisko humoru. Tłumaczy przy tym zarówno samą zasadę organizacji humoru, jak i reakcję słuchacza – śmiech [Paulos 1988].

Bibliografia
Michael Mulkay, On Humour. Its Nature and Its Place in Modern Society [1988]
John Allen Paulos, Mathematics and Humor, 1988
Arthur Koestler, The Act of Creation, 1964
Peter L. Berger, Redeming Laughter. The Comic Dimension of Human Experience, 1997
Edwin D. Kilbourne, Humor in Science, “Proceedings of the American Philosophical Society” Vol. 140, No. 3 [Sep., 1996], pp. 338-349

Tekst opublikowany: “Humor w nauce”, Sprawy Nauki 11 (2000), s. 22-23

Koty i naukowcy

Była już tu kiedyś dawno kotka Schrödingera. Dziś kot innego profesora. Lubię bardzo stosunek kotów do nauki!
Na zdjęciu kubek z kotami w domu autora tekstu.

kubekzkotamikozlowskiJan Kozłowski

KOT PROFESORA

Profesor je rogalik, popija go mlekiem. Patrzy na kota. Kot profesora jeży sierść. Przeciąga się. Ziewa. Spogląda na lewo. Spogląda na prawo. Robi krok przed siebie. Odwraca wzrok. Dostrzega swój ogon. Mruczy. Postanawia złapać ogon i zaczyna kręcić się wokół siebie. Okrążenia stają się coraz szybsze. Ogon ucieka przed zębami. Kot, obracając się wokół własnej osi, zaczyna jednocześnie biegać wokół stołu z profesorem. Profesor wlepia oczy w kota i stara się śledzić jego ruchy. Wpija się w niego wzrokiem. Wchodzi myślą w jego myśli, w jego nerwy, w jego mięśnie, w jego oddech i jego krew, w jego ruch, w jego pęd.

W pewnej chwili spostrzega, że ma przed sobą nie jednego, ale dwa koty. Kiedy stara się zrozumieć tę przemianę, liczba zwierząt podwaja się. Usiłuje policzyć koty, ale nie dąży, gdyż jest ich coraz więcej. Zrazu odróżnia je, ale po chwili ich obrazy zamazują się i wtedy dostrzega, że jest opasany przez wijącą się wokół niego kocią wstęgę.

Profesorowi zdaje się, że wraz z krzesłem i stolikiem unosi się do góry. Podłoga zapada się, ściany rozsuwają, a sufit cofa. Koty kołują wokół stołu po wszystkich możliwych i niemożliwych do przewidzenia orbitach, przy czym w pewnej chwili orbity te zaczynają drgać i odtąd same kręcą się wokół siebie we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach.

Profesor miga kotom przed oczami. Zbliża się i oddala, wznosi i opada, kołysze, obraca, ukazuje znad głowy i spod stóp. W pewnym momencie wszystkie punkty widzenia nakładają się na siebie i koty widzą profesora jednocześnie ze wszystkich stron i w każdej możliwej pozycji na raz; w chwilę później obrazy profesora znoszą się wzajemnie i na ich miejscu pojawia się biała plama, która niebawem znika.

Koty samolubne wirują po bokach kuli, gdzie panuje rozrzedzenie, koty towarzyskie tłoczą się w środku. Przenikają się za sobą czas przeszły dokonany i czas przyszły niedokonany, czas teraźniejszy zaprzepaszczony i czas teraźniejszy do zaprzepaszczenia, czas ziszczony i czas nieziszczalny. Koty to kurczą się, to rozkurczają, miarowo i rytmicznie, a wraz z nimi kurczy się i rozkurcza kocia kula. Gdy kula się kurczy, rozlega się miauczenie długie i przeciągłe, gdy rozkurcza – krótkie i chrapliwe. Kurcząc się i rozkurczając – kula rośnie i pęcznieje. Świat koci rozwija się w sobie w niewiadomym kierunku.

Cienie rzucane przez koty tańczą po twarzy i ubraniu profesora, po stole, po rogaliku i po szklance z mlekiem. W pewnej chwili zdaje się profesorowi, że to on sam przemienił się w kręcącego się kota, później, że w dwa kręcące się koty, aż wreszcie, że we wszystkie możliwe i niemożliwe do pomyślenia koty, jeszcze nie urodzone i już nie żyjące. Wpada w wir i po chwili czuje, że jest jednocześnie wszystkimi kotami naraz, a jednocześnie jest i poza nimi, przenika poza koty i jest samym wirem, wirującym kotami.

Stara się odszukać w pamięci formułę, dzięki której mógłby ogarnąć sytuację i znaleźć rozwiązanie. Na próżno. Grunt usunął się profesorowi spod stóp.

Nie ma środka kociej rzeczywistości, bo środek jest wszędzie i w każdym miejscu, we wszystkich kotach i w każdym z osobna, nie istnieje „bliżej” ani „dalej”, nie ma „przedtem”, ani „potem”. Każdy kot krąży w kocim wszechświecie, a koci wszechświat krąży w każdym kocie. By zmienić położenie, koty muszą uchwycić własne ogony. Ich pyszczki muszą się wessać w ogony, ogony muszą wgryźć się w zęby, zęby muszą strawić żołądki.

Koty chwytają ogony.

Następuje przesilenie i profesor widzi znowu jednego, zapatrzonego weń kota. Kot mruży oczy, marszczy brwi, liże sobie łapki. Podchodząc do lustra, uśmiecha się przebiegle.

W profesorze wzbiera miłość do kota. Miłość do kota rośnie, przepełnia jego serce. Przemienia się w pożądanie. Profesor chwyta kota i odgryza jego uszy. Im bardziej wzbiera w nim miłość, tym bardziej rośnie jego żarłoczność. Profesor obdziera kota ze skóry, urywa duże kęsy to wątroby, to serca, to zadnich łapek. Mózg kota wybiera z czaszki łyżeczką, oczy wydłubuje i wyrzuca poza siebie, zęby wypluwa na talerzyk, ogon obraca w palcach, obgryza starannie.

Przeciąga się, ziewa, patrzy na lewo, patrzy na prawo, robi krok przed siebie, stroszy wąsy, jeży sierść. Wypluwa resztki profesora, po czym spokojnie zabiera się do rogalika.

Warszawa, styczeń 1982

Gustav Theodor Fechner – odkrywca nowych lądów

Po kilku miesiącach podróży przez Łużyce ciężko jest tak po prostu opuścić tę niezwykłą krainę. Viator ma nadzieję, że ciężko jest nie tylko jemu, ale i Czytelnikom. Dlatego pozwala sobie przedstawić tutaj kolejny łużycki tekst, który kilka lat temu zamieścił w jednym z periodyków regionalnych. Tekst udowadniający, iż niezwykła kraina rodziła niezwykłych ludzi.

A swoją drogą: to, co Czytelnik za chwilę przeczyta, jeszcze raz udowadnia prawdę, którą Viator wyraził na samym początku swej przygody z blogiem Ewy Marii – szpagat między nauką i sztuką skutkuje takimi właśnie produkcjami – miał być artykuł naukowy, a wyszły z tego bajki. Skoro zaś jesteśmy przy bajkach… Za tydzień zaprezentuje Viator ostatni tekst łużycki. I będzie to właśnie spotkanie z postaciami z bajek serbołużyckich.  

Tomasz Fetzki

Syn pastora

O takich jak on pisał Conrad: Urodził się na plebanii. Wielu dowódców pięknych statków handlowych pochodzi z tych przybytków spokoju i pobożności. (…) Mały kościółek na wzgórzu przypominał w swej omszałej szarości skałę za postrzępioną zasłoną z gałęzi. Stał na tym miejscu już od stuleci, a drzewa wokół niego pamiętały zapewne chwilę, gdy kładziono kamień węgielny. Poniżej jaśniał ciepłą barwą (…) front probostwa wśród trawników (…). Probostwo należało do rodziny już od pokoleń.

Zadziwiająca zgodność panuje między tym opisem, a wyglądem rodowego gniazda naszego bohatera. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia fakt, że nie był on, jak Lord Jim, marynarzem. Bowiem i on także odbył podróż – fascynującą, długą i niebezpieczną. Jedno się tylko nie zgadza: ojciec Gustava był zupełnie inny, niż ojciec Jima, który posiadał ową wiedzę o Niewiadomym, stworzoną dla bogobojnych mieszkańców chat i nie mącącą spokoju ducha tym, którym nieomylna Opatrzność pozwala mieszkać w pałacach. Wprost przeciwnie! Chyba po ojcu właśnie odziedziczył młody Fechner odwagę i ciekawość nowego.

1. KosciolKościół w Żarkach Wielkich

Wiele lat temu biograf Gustava Theodora napisał następujące słowa: Niedaleko Muskau, na dolnych Łużycach, należących niegdyś do elektoratu saskiego, a dziś Prus, leży wioska Groß-Särchen. Tam, 19 kwietnia 1801 r., na plebanji przyszedł na świat Gustaw Teodor Fechner. Już dziadek jego był tu proboszczem od połowy XVIII stulecia; opiekował się on troskliwie swojemi parafianami, sam zajmował się rolnictwem i udzielał porad lekarskich. Jego następcą na urzędzie był syn, ojciec naszego Fechnera. Tymczasem duch oświaty zaczął z wyżyn przenikać do szerszych warstw ludności. Ojciec Fechnera wyprzedzał całą okolicę w szerzeniu nowych idej. On pierwszy kazał zaopatrzyć wieżę kościelną w piorunochron, dawał dzieciom swoim szczepić ospę i przemawiał z kazalnicy bez peruki, co tak rozdrażniło chłopów, iż wójtowi udało się dopiero uspokoić ich przez wskazanie na to, że Pan Jezus też wygłaszał kazania bez peruki. Niestety, syn niedługo pozostał pod kierunkiem takiego ojca, stracił go bowiem już w piątym roku swego życia. Matka (…) przeniosła się do miasteczka Triebel, jej synowie zaś, Teodor i jego starszy brat Edward, który został później malarzem, wkrótce potem zamieszkali w domu Wuja, diakona Fischera z Wurzen i wraz z nim przenieśli się do Ranis w Turyngji, gdy ten ostatni otrzymał tam probostwo. Mając lat czternaście Teodor wstąpił do gimnazjum w Żórawiu, lecz gdy wkrótce potym jego matka osiedliła się w Dreznie, wrócił do rodzinnego domu, ażeby skończyć studja gimnazjalne, po czym przez pół roku uczęszczał do akademji medyczno-chirurgicznej w Dreznie, a następnie zapisał się na uniwersytet w Lipsku, ażeby poświęcić się medycynie; liczył wówczas dopiero 16 lat (K. Lasswitz, Gustaw Teodor Fechner, Warszawa 1903). Fechner nie interesuje nas jednak tylko ze względu na wybitne uzdolnienia, które zaprezentował w tak młodym wieku; nie on jeden wcześnie zaczął zdradzać zadatki na osobę wybitną. Przyjrzyjmy się dokładnie powyższemu tekstowi. Dolne Łużyce już dawno nie są ani saskie, ani pruskie. Po 1945 roku dostały się po części Niemcom, a po części Polsce. Muskau nazywa się dziś Łęknica (część niemiecka tego granicznego miasta to oczywiście Bad Muskau), Groß-Särchen noszą miano Żarek Wielkich, Triebel jest Trzebielem, a tajemniczy Żóraw to nic innego, jak Żary. Gustav Theodor Fechner był synem Ziemi Żarskiej. Jednym z najwybitniejszych. Jego zasługi dla rozwoju nauki, zwłaszcza psychologii, są niekwestionowane. Dlatego warto, aby obecni mieszkańcy tej ziemi lepiej wiedzieli, kim był ich wybitny, dziewiętnastowieczny ziomek.

2. PlebaniaPlebania – miejsce narodzin G. T. Fechnera

Wszechstronny naukowiec

Czas studiów medycznych to dla młodego Gustava okres kłopotów materialnych. Aby zarobić na utrzymanie, zajął się tłumaczeniem francuskich opracowań, głównie z zakresu chemii i fizyki. Ta działalność wpłynęła rozstrzygająco na cały kierunek jego studiów, bo dzięki nim porzucił medycynę i zwrócił się do fizyki (tamże). To jednak nastąpiło nieco później, póki co skończył medycynę, zdał bakalaureat i egzaminy doktorskie (1822), lecz nie doktoryzował się. Więcej nawet, począł odczuwać do medycyny niechęć, a przy tym nie wierzył we własne uzdolnienia w tym kierunku. Według J. E. Kuntze – jego siostrzeńca i wychowanka – Fechner mawiał: nie umiałbym otworzyć żyły, nałożyć najzwyczajniejszego opatrunku, zrobić najprostszej operacji ginekologicznej i nie tylko widziałem, że nie mam sposobności wypełnienia tych braków, lecz czułem także, iż nie posiadam do tego krzty praktycznego talentu. Chociaż więc przewidywałem, jakie trudności musiałyby mię z tego powodu niechybnie spotkać, byłbym jednak zmuszony wziąć się na los szczęścia do praktyki, gdybym nie był wciągnął się powoli do pracy literackiej, która dawała mi środki utrzymania i zarazem popchnęła mię na inną drogę (tamże).

W roku 1823 uzyskuje tytuł doktora filozofii, a pół roku później habilituje się rozprawą Praemissae ad theoriam organismi generale. Jednak tym, co pociągało go najsilniej, było doświadczalne przyrodoznawstwo; zajęcie się nim dało całej pracy Fechnera podstawę empiryczną; jego spekulacyjny umysł przejął się do głębi nowoczesnymi metodami fizyki i ta kombinacja wydała nowe i oryginalne owoce (tamże). Osiągnięcia młodego naukowca na tym polu doceniono – w 1824 roku obejmuje katedrę fizyki lipskiego uniwersytetu. Zajmował się głównie takimi dziedzinami jak elektrotechnika i optyka. Przełożył z języka francuskiego liczne dzieła z tego zakresu, przeprowadził też szereg własnych badań. Odniósł wiele sukcesów: uzupełnił teorię elektrolizy Berzeliusa, udoskonalił elektroskop Bohneberga, dokonał uogólnienia prawa Ohma. Z tych osiągnięć nauka korzysta do dziś. Efektem jego pracy był przyznany w 1834 roku tytuł profesora, a dwa lata później – profesora zwyczajnego.

Jednak nie te odkrycia zapewniły Fechnerowi trwałe miejsce w historii nauki. Jego osobowość podróżnika-odkrywcy kazała mu bowiem pożeglować w kierunku zupełnie innych zagadnień.

„Psychofizyka” czyli psychologia eksperymentalna

W XIX wieku psychologia (czyli nauka o duszy) nie istniała jako odrębna nauka – traktowano ją jako dyscyplinę filozoficzną i stosowano w jej obrębie metodologię metafizyczną, spekulatywną. Gustav Theodor, rasowy eksperymentator, nie akceptował takiego stanowiska. Zachęcony wynikami badań, jakie prowadził nad wrażliwością dotykową jego kolega – profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku – Eduard Weber, Fechner doszedł do wniosku, że możliwe jest uczynienie z psychologii nauki w pełni empirycznej (J. Pieter, Historia psychologii, Warszawa 1972). Udoskonalił i rozszerzył wyniki badań Webera, a następnie przedstawił je w formie formuły matematycznej, która głosi, że doznanie jest proporcjonalne do logarytmu bodźca (G. S. Brett, Historia psychologii, Warszawa 1969). Formuła ta znana jest do dziś jako prawo Webera – Fechnera. Ponadto uważał, że zjawiska psychiczne biegną równolegle do fizycznych (koncepcja paralelizmu psychofizycznego), a więc zjawiska psychiczne, zasadniczo niewymierne i przez to niepoznawalne, można poznawać pośrednio, mierząc towarzyszące im zjawiska fizyczne. Uznał, że nie tylko zagadnienia wrażliwości zmysłów, ale i inne formy zewnętrznego manifestowania się życia psychicznego (jak np. uwaga, wyobrażenia i wyobraźnia, sny itp.) można zmierzyć i opisać liczbowo. Na potrzeby tych pomiarów stworzył Fechner trzy metody: metodę ledwo dostrzegalnych różnic (odkrywania najniższych progów wrażeń), metodę przypadków trafnych i mylnych oraz metodę średniego błędu. Położył w ten sposób podwaliny pod utworzenie nowej nauki.

Nazwał ją psychofizyką, zaś jej założenia sformułował w takich dziełach jak Elemente der Psychophisik (1860), In Sachen der Psychophisik (1877) oraz Über die psychischen Massprincipien und das Webersche Gesetz (1887).

Gustav Fechner był prekursorem i jego dzieło nosi typowe cechy dzieła prekursorskiego: w wielu szczegółach się mylił, część jego teorii późniejsi badacze zweryfikowali negatywnie, ale zasadniczy kierunek, który nadał dociekaniom psychologicznym, okazał się słuszny. Jednym z tych, którzy przyjęli założenia Fechnera, był Wilhelm Wundt – lekarz, fizjolog i filozof, od 1875 roku profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku. Opierając się na dokonaniach Fechnera rozwinął twórczo jego myśl. Pozwoliło mu to stworzyć w 1879 roku na lipskiej wszechnicy pierwszą w świecie pracownię psychologii doświadczalnej. Była to początkowo pracownia w ramach zakładu fizjologii, ale w r. 1897 – po całkowitym uniezależnieniu i rozbudowie – podniesiona do rangi instytutu psychologicznego, również pierwszego w historii naszej nauki (J. Pieter, Historia…) Niestety, Gustav Theodor Fechner nie dożył tego dnia wielkiego tryumfu swej myśli.

Człowiek renesansu

Niespokojny charakter i niespożyte siły kazały Fechnerowi zajmować się coraz to nowymi dziedzinami. Oprócz wspomnianych już medycyny, filozofii, chemii, fizyki i psychologii, parał się też sztukami plastycznymi, teorią estetyki, krytyką literacką, poezją i satyrą. W utworach satyrycznych, podpisywanych Dr. Mises, ośmieszał zwłaszcza współczesną medycynę. Sarkastycznie opisuje tajemniczość i sztuczną powagę lekarzy starej szkoły, którym nie wolno było czegoś nie wiedzieć. Nawet wtedy, kiedy przez pomyłkę odjęto pacjentowi zdrową nogę zamiast chorej, lekarz z łatwością dowiódł, że wyzdrowienie nie byłoby nastąpiło, gdyby nie amputowano zdrowej nogi. Wobec tego wartoby w ogóle zalecać usuwanie zdrowych członków w przypadkach zasłabnięcia (K. Lasswitz, Gustaw Teodor…). Poza intensywną pracą naukową i literacką wiele podróżował (Bawaria, Szwajcaria, Francja, Austria, Włochy) i uczestniczył w pracach licznych towarzystw oraz stowarzyszeń, nie tylko naukowych. W roku 1831, gdy przez Lipsk maszerowały kolumny uchodźców – uczestników Powstania Listopadowego – Fechner, jak zresztą większość środowiska intelektualistów saksońskich, wsparł czynnie działalność Verein zur Unterstützung Hielfsbedürftiger Polen (Związku dla Wsparcia Potrzebujących Pomocy Polaków).

Tak aktywny i wyczerpujący tryb życia nie mógł pozostać bez wpływu na zdrowie. W latach 1841-1844 przeszedł ciężką chorobę oczu, połączoną z niedyspozycją układu pokarmowego. Ten smutny stan miał być dopiero zapowiedzią o wiele cięższej choroby. Wszystkie usiłowania lekarzy wyleczenia choroby ocznej okazały się płonnemi. W końcu zastosowano kurację, której Fechner omal nie przypłacił życiem; medycyna pomściła się na satyryku (tamże). Tym razem wszystko ostatecznie skończyło się dobrze, naukowiec odzyskał wzrok i powrócił do pracy. Jednak w latach 1873-1876 trzykrotnie przeszedł operację oczu.

Czas płynął nieubłagalnie. Fechner stopniowo tracił siły, ale działalności naukowej nie zaprzestał, tym bardziej, że była ona powszechnie ceniona, a jego osobę otaczano uznaniem i szacunkiem. Wielką radość sprawił Fechnerowi powszechny i żywy udział w uczczeniu 80 –ej rocznicy jego urodzin w 1881, złotego wesela w 1883 i 50 letniego jubileuszu pracy profesorskiej 3 października 1884 r. Ucieszyło go szczególnie udzielenie mu honorowego obywatelstwa miasta Lipska i powinszowanie od parafji Groß-Särchen, w której się urodził, gdzie nie znający go osobiście pastor
kazał na cześć jego bić we dzwony
(tamże).

6 listopada 1887 roku, około godziny dziewiątej, Fechner doznał ataku apopleksji (udaru mózgu). Przytomność odzyskał, ale po dwóch tygodniach, 18 listopada 1887 roku, w godzinach popołudniowych zmarł.

Lipsk bardzo szybko uczcił pamięć profesora Gustava Theodora Fechnera. W pierwszą rocznicę śmierci jego popiersie znalazło się w galerii dwunastu zasłużonych uniwersytetu lipskiego (zniszczonej podczas nalotu dywanowego w 1943 roku). Natomiast z okazji dziesięciolecia śmierci w lipskim Rosenthalu umieszczono pomnik-popiersie naukowca, ufundowane przez jego ucznia doktora P. J. Möbiusa, a wykonane przez G. Kietza. W 1940 roku pomnik ten, z powodu braków surowcowych w przemyśle wojennym, zarekwirowało wojsko. Zrekonstruowana statua wróciła na dawne miejsce w 1983 roku. Od 1900 roku jedna z lipskich ulic nosi nazwę Fechnerstraße.

Również Żarki Wielkie nie zapomniały o synu pastora Fechnera. W 1929 roku odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci Gustava Theodora, umieszczoną na ścianie żarkowskiej plebanii – w miejscu jego urodzin. Po II Wojnie Światowej tablica ta zaginęła. W Żarkach Wielkich mieszkali wtedy już inni ludzie – przesiedleńcy z Kresów – którzy nic o Fechnerze nie wiedzieli. Zresztą nikt nie miał wtedy głowy do pielęgnowania jego spuścizny, ludzie żyli innymi problemami – kto mógł zagwarantować, że za kilka lat znów ktoś ich nie wygna z nowych siedzib?

Wiele lat musiało upłynąć, zanim przesiedleńcy ze Wschodu poczuli się w Żarkach naprawdę u siebie. W końcu jednak to nastąpiło. A w ślad za tym zrodziło się pragnienie poznania historii i dziedzictwa nowej Małej Ojczyzny. Ci, którzy tu mieszkają, pragną być dumni z tej spuścizny.

18 listopada 2002 roku odbyła się uroczystość, która wiele mówi o przemianach, jakie się dokonały w ostatnich latach. Oto bowiem spotkali się dawni i obecni mieszkańcy Żarek Wielkich oraz członkowie niemieckich organizacji: „Stowarzyszenia im. Fechnera” i „Stowarzyszenia Wierni Żarom”, jak też żarskiego oddziału PTTK, aby wspólnie uczcić pamięć wielkiego żarkowianina, twórcy psychologii eksperymentalnej, profesora uniwersytetu w Lipsku – Gustava Theodora Fechnera.

Historia zatoczyła koło. Na ścianie plebanii w Żarkach Wielkich, naprzeciw świątyni, w której pastor Fechner bez peruki Słowo Boże głosił, znów pojawiła się tablica ku czci jego syna, a na niej napis w trzech językach (polskim, niemieckim i dolnołużyckim): Tu urodził się i mieszkał Gustaw Teodor Fechner (19.04.1801 – 18.11.1887). Twórca psychologii doświadczalnej, filozof, literat.

Navigare est necesse

W roku 1806 Gustav Fechner opuścił Żarki Wielkie, by wypłynąć na szerokie wody. Kolumb udał się w podróż do Indji Wschodnich; tam nie dotarł, ale odkrył więcej niż szukał, mianowicie nową część świata; dopiero potomność oceniła należycie całą doniosłość jego czynu. Że Ameryka była po drodze, to nie zmniejsza jego zasługi, odkrył ją bowiem dzięki temu, że posiadał spryt, odwagę i energję. Podobny los spotkał Fechnera, który szukał miernika dla czuć. To, co znalazł, jest może czymś innym, niż mu się zdawało, jest może czymś więcej, odkrył bowiem nową naukę – psychologię doświadczalną.

Nieważne, skąd się wypływa. Ważne, jak mocno pragnie się dopłynąć. Ważne, na ile jest się świadomym, że necesse est navigare.

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

O pocieszeniu jakie daje filozofia

Ewa Maria Slaska

czyli Consolatio philosophiae

Tak to ja a nie Boecjusz wypowiem się dzisiaj w tę świętą sobotę o pociechach płynących z filozofii. Bo co do Boecjusza to sprawa nie jest pewna, przypuszcza się, że mógł to być jednak jakiś inny filozof, a nie on. To oczywiście szkoda, bo piękna była wizja, że niesprawiedliwie oskarżony i osadzony w więzieniu w Pawii mędrzec, czekając na śmierć, napisał to dzieło, po czym został stracony, zapewne w roku 525. Tak widziano Consolatio przez stulecia, jako dzieło zaświadczające o nieugiętym duchu, odwadze i stoickim spokoju. Wikipedia pisze, że jest to dialog poświęcony poszukiwaniu sensu ludzkiej egzystencji, oceniany jako najważniejsza i najbardziej wpływowa praca z Zachodu na chrześcijaństwo średniowieczne i wczesno-renesansowe, a także ostatnie wielkie dzieło klasycznej starożytności na Zachodzie.

A tu w tę świętą sobotę zamiast Boecjusza odezwę się do Was ja, Ewa Maria Slaska. Wiem, wysoko mierzę, ale zaprawdę powiadam Wam, że to co mi się ostatnio przydarzyło z filozofią, może być pociechą dla każdego intelektualisty, który czyta Dzieła przez duże D i myśli sobie, że nie dorasta, no nie dorasta. Tu Kant, tu Hume, tu Boecjusz, a tu nie przymierzając ja. I co ja Wam mogłabym takiego, nieboraczki, powiedzieć?

A było tak. Dostałam od koleżanki książkę pod tytułem O filozofii uczuć. Wydało ją dwóch uczonych panów w uczonym wydawnictwie, publikując plon konferencji, która odbyła się w Berlinie w roku 1990. Zamyśliłam się, bo książka pokonferencyjna – niech mi wybaczą koleżanki i koledzy naukowcy – nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Na samej konferencji teksty konferencyjne, najczęściej przecież o marginaliach i przyczynkach, są dobre, a nawet świetne, i równie dobrze jest spotkać się po latach z koleżanką, posłuchać, czym się zajmuje, dowiedzieć się czegoś nowego. Ale konferencja w postaci książki z reguły nie spełnia obietnicy, którą daje swym tytułem. Jeśli biorę do ręki książkę pod tytułem O filozofii uczuć, to oczekuję raczej kompendium, zarysu filozofii uczuć od Platona do Gadamera, a nie glos i głosów. No ale dostałam to, co dostałam.

Wracam metrem do domu, wyciągam książkę i zaczynam ją “studiować”, jak to się zawsze robi z nową książką. Klasyczna okładka tak typowa dla tej serii i tego wydawnictwa, w środku piękny, kremowy, gładki papier, obiekt miły w dotyku. Czytam wstęp, który streszcza owo nieopublikowane a pożądane kompendium na 5 stronach – na moje potrzeby jak najbardziej wystarczy. Studiuję spis treści i znajduję coś, co mnie rzeczywiście interesuje. Harald Köhl, Die Theorie des moralischen Gefühls bei Kant und Schopenhauer. Teoria moralnego uczucia? Teoria uczucia moralnego? Nie mogę się zdecydować, która wersja jest lepsza? Zaczynam czytać, nie pamiętając, że to jednak filozofia i to po niemiecku, i że zaraz sobie rozbiję nos o zdania ułożone jak pęk pił zębatymi brzeszczotami do góry. I zaiste, sierra peligroso zaczyna się już na pierwszej stronie. Die theoretische Struktur (…) entsteht dadurch, daß Kant wie auch Schopenhauer drei Fragen systematisch unterscheiden: 1/ die Frage der moralischen Korrektheit oder Akzeptabilität einer Handlung, 2/ die Frage nach ihrem moralischen Wert d.i. die Frage nach dem genuin moralischem Motiv, 3. die Frage nach der moralischen Motivation. Patrzę na te zdania i patrzę, czytam drugi raz, tłumaczę na polski, piły zębate, straszne, a ja tu w metrze, nic nie rozumiem… Pomijam wreszcie te nieszczęsne zdania, czytam dalej… A tu odnośnie punktu 2 nagle informacja, iż  często nawet czyn moralnie niesłuszny może być jednak zgodny z prawem. I nagle satori w metrze! Olśnienie. Punkt 1 – legalność i akceptacja prawna działania. Jest rok 1935, pozbawiamy Żydów ich własności. Prawo dozwala i akceptuje takie działania. Punkt 2 – mam długi u tego dziada sklepikarza, jeśli na niego doniosę, to będzie to czyn egoistyczny i niesłuszny, ale konfiskata żydowskiego sklepu będzie legalna, a mnie załatwi sprawę długów. Mamy więc i akceptację, i egoistyczny motyw moralny.  Jakoś mi to nie wystarcza, wolałabym jednak własne wewnętrzne moralne przekonanie i proszę, punkt 3 – moralna motywacja. Bo przecież jeśli wierzę, że Żydzi finansowymi machinacjami doprowadzili Niemcy do ruiny, to uznam wszak, że odkupienie (cholera, dwuznaczne słowo) od nich ich własności na specjalnych warunkach czyli taniej, jest działaniem słusznym i sprawiedliwym. Patriotycznym. Punkt. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Tak to funkcjonuje? Przykładam te trzy punkty do każdego dowolnie wybranego działania. 1. Legalność działania prawnego, bo zawsze można tak ustawić prawo, żeby to, co chcemy zrobić, było legalne. Każda władza tak może. 2.  Niska motywacja czynów zalegalizowanych przez prawo i 3. ich wykładnia z najwyższego rejestru. Każdą obrzydliwą politykę da się tym zmotywować i wyjaśnić. Wszystko, inkwizycję, propagandę anty-gender, pedofilię, zakaz aborcji potworka, nienawiść do gejów i lesbijek, małżeństwa z małymi dziewczynkami, niewolniczą pracę, manipulację pożywienia, doświadczenia na zwierzętach, spokojne pogodzenie się Europy z wojną na Ukrainie, wydanie miasta Kobane na pastwę Państwa Islamskiego, każdy nasz ludzki czyn da się rozłożyć na te trzy fazy oswajania się ze złem.

A dobro? Najpierw nic mi nie przychodzi na myśl. Cały następny dzień chodzę i myślę, co zdarzyło się dobrego? Przecież musiało się też zdarzyć coś dobrego! Wreszcie, eureka, tym razem w autobusie, mam! Niemcy odstąpiły od energii atomowej. To oczywiście na razie plan, ale jednak. Punkt 1 – wydano po temu stosowne prawo. Punkt 2 – istnieje motyw egoistyczny: strach przed katastrofą, zdolną pozbawić bogatą Europę życia, zdrowia i posiadania i żerowanie na tym strachu w celu wygrania wyborów. Punkt 3 – stworzenie sobie image’u najbardziej ekologicznego państwa na świecie.

I taka oto pociecha płynie z filozofii. Wszystko można wyjaśnić, a przeto i wszystko zrozumieć. Szkoda, że czy złe czy dobre, i tak obróci się przeciw nam. Ale na to nie mają wpływu ani Boecjusz, ani Kant, ani Schopenhauer. Tak po prostu jest, a teraz przynajmniej rozumiemy dlaczego – przez punkt 2! Bo pod każdym dobrym działaniem tkwi egoistyczny motyw.

Nie wiem czy Kant i Schopenhauer to właśnie próbowali udowodnić. Przestałam czytać referat z konferencji, a zaczęłam do wszystkiego przymierzać trzy punkty.

Reblog: Otwarty dostęp do nauki

Artykuł ukazał się we wrześniu

Emanuel Kulczycki

Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.

Otwarty dostęp do publikacji

Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.

Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.

Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.

W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.

Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?

Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.

Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-​podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.

Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.

Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.

Otwarty dostęp to śmierć jakości

Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).

Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.

Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.

Otwarty dostęp a „sprawa polska”

W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.

Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-​u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-​u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:

Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.

Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.

Historycy, obudźcie się!

Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-​u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):

Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.

Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/​lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.

Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-​prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.

Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.

To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.


Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.

Miejsce pierwotnej publikacji: Histmag​.org

Zdjęcie: kshelton – Public Domain

Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.

A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki: