Z rodzinnych zapasów słowa pisanego

Jan Kozłowski

Humor w nauce (przedruk)

Humor to jedno z niewielu podstawowych zjawisk społecznych, spotykanych we wszystkich społeczeństwach od zarania historii pisanej. Brak zainteresowania nauki zjawiskiem humoru bierze się stąd, że oba zjawiska – humor i nauka – leżą [pozornie] w dwóch przeciwnych sferach: powagi niepowagi. Nauka traktuje siebie serio i podejmuje tematy poważne. Z jej perspektywy humor to zjawisko „niepoważne”, a zatem niewarte badania. Jednak naukę i humor łączy to, że poszukują tego, co nowe, nieoczekiwane i niespójne [Kilbourne 1996].

Sfera niepowagi posiada wielkie znaczenie społeczne. Właśnie oddzielenie humoru od rzeczywistości na serio powoduje, że jest tak cennym komentatorem tej ostatniej. Humor warto badać nie tylko dlatego, że sam w sobie jest ciekawy, ale także z tego powodu, że pozwala zrozumieć świat poważny [Mulkay 1988].

Humor i powaga działają według całkowicie różnych zasad i służą zupełnie różnym celom.

Podstawową cechą humoru jest niespójność płynąca z przecięcia się dwóch różnych ram koncepcyjnych. Wzór leżący u podstaw anegdoty [skeczu lub humoreski] to postrzeganie sytuacji lub idei w dwóch spójnych wewnętrznie, lecz niedopasowanych do siebie układach odniesienia [np. świat romantycznej fantazji Don Kichota i życiowej mądrości Sanczo Pansy]. Te dwa układy odniesień można by nazwać jeszcze inaczej – planami, schematami, kontekstami skojarzeń lub matrycami [myślenia, zachowań].

Wspólny wzór – ujęcie rzeczywistości jednocześnie na kilku planach dzięki dostrzeżeniu ukrytych pomiędzy nimi podobieństw – cechuje nie tylko różne gatunki humoru, ale wszelką działalność twórczą. Gdy dwa niezależne układy odniesienia zderzają się ze sobą, rezultatem jest albo kolizja, która kończy się śmiechem, albo fuzja w nowej intelektualnej syntezie, albo konfrontacja w doświadczeniu estetycznym [Koestler 1964].

Dzieło artystyczne, odkrycie naukowe, humor czy oryginalne rozwiązanie praktycznej sytuacji życiowej – efekt operowania ideami, słowami, formami plastycznymi, dźwiękami, równaniami matematycznymi lub dłutem – mają ze sobą coś wspólnego, są jakąś niestereotypową odpowiedzią na pewien problem, jakąś realizacją zasady Poincaré pour inventer il faut penser à cote, uzyskaną dzięki chwilowemu rozluźnieniu świadomej kontroli myśli nad rzeczą.

Rozluźnienie to polega nieraz na uwolnieniu myśli z pęt słów. Słowa to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo. Krystalizują one myśl, nadają czytelną formę mglistym obrazom i ulotnym intuicjom. Ale kryształ, jak wiadomo, nie jest płynny. Język to nie tylko podstawa myślenia, lecz także główne źródło niezrozumienia i nieporozumienia. Język jest jak ekran pomiędzy człowiekiem a rzeczywistością. Prawdziwa twórczość często zaczyna się tam, gdzie kończy się język.

Uwalniając się spod władzy języka [lub innego kodu] można osiągnąć zderzenie różnych układów odniesień dzięki wielu różnym chwytom: kalamburom słownym [połączeniu dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą myśli] lub plastycznym [nowa forma plastyczna powstała z połączenia dwóch form niezależnych], przesunięciu uwagi na cechy pozornie peryferyjne, „postawieniu na głowie”, konkretyzacji ogólnej idei lub dostrzeżeniu w konkrecie symbolu niezwerbalizowanych pojęć, odkryciu ukrytych analogii, podwójnej tożsamości [jest się sobą i jednocześnie czymś innym].

Nos w formie ogórka to kalambur plastyczny. Podróżnik dosiadający promieni światła Einsteina to konkretyzacja abstrakcyjnego problemu. Wąż chwytający się za ogon jako obraz molekuły Kekule`go to symbolizacja rodzącej się, jeszcze nie sformułowanej teorii. Teoria dualizmu falowo-korpuskularnego to zastosowanie zasady „podwójnej tożsamości”. Psychiatra, który poza intencjonalnym przekazem pacjenta chwyta sygnały pozwalające na postawienie diagnozy, ilustruje zasadę przesunięcia uwagi z centrum sprawy na jej peryferie. Styl Giorgone`a, który zerwał z zasadą, że krajobraz jest tylko konwencjonalnym tłem dla przedstawiania ludzi, otwierając możliwość malowania krajobrazu, w którym ludzie odgrywają rolę detalu, to realizacja zasady „stawiania na głowie”.

Humor to nie tylko kolizja dwóch matryc. To także zagadka, wyzwanie dla wyobraźni i inteligencji.

Dowcipne powiedzenie Picassa „często maluję falsyfikaty” jest równoważnikiem zdań: „Od czasu do czasu, jak i inni malarze, robię jakąś powtórkę, wariację na temat, która dla mnie wygląda jak podróbka mojej techniki. W rzeczy samej, jest to imitacja dzieła natchnionego Picassa wykonana przez Picassa pozbawionego inspiracji”. W formie opisowej zniknąłby dowcip. Dowcip kryje w sobie jakąś zagadkę, wymaga wysiłku wyobraźni. Gdyby ta myśl została wyłożona explicite, słuchacz zostałby pozbawiony wyzwania oraz nagrody za odpowiedź. Nie byłoby zgrabnego paradoksu. Nie narodziłaby się anegdota. Wyzwanie polega na do-określeniu, wypełnieniu luk, odkryciu aluzji, znalezieniu ukrytych analogii. Każdy dobry dowcip zawiera w sobie element zagadki, którą słuchacz musi rozwiązać [Koestler 1964].

Zasadą dowcipu w anegdotach o wielkich uczonych – jednej z najczęściej spotykanych form humoru środowiska naukowego – jest z reguły zderzenie ze sobą świata ich myśli z potocznym myśleniem „szarego człowieka”.

Wielki matematyk Wacław Sierpiński znany był z roztargnienia. Pewnego dnia udał się w podróż z żoną. Żona, idąc łapać taksówkę, prosiła go, by dobrze pilnował dziesięciu sztuk bagażu. Gdy wróciła, profesor z głębokim zatroskaniem powiedział:
Mówiłaś o dziesięciu sztukach, a ja doliczyłem się tylko dziewięciu.
– Och nie, było dziesięć!
– Policz sama: 0, 1, 2…

Bardziej złożoną i ciekawszą formą jest zderzenie ze sobą perspektyw poznawczych dwóch lub więcej dyscyplin.

Klasyfikacja dziedzin chemii:
Chemia fizyczna: żałosna próba zastosowania y=mx+b do wszystkiego we wszechświecie.
Chemia organiczna: praktyka transmutacji smrodliwych substancji w publikacje.
Chemia inżynieryjna: praktyka robienia dla pieniędzy tego, co chemik fizyczny i chemik organiczny robią dla zabawy.

Albo oparta na podobnej zasadzie żartobliwa definicja:

Związek chemiczny to substancja, którą
– chemik organiczny zmieni w odór
– chemik analityczny zmieni w procedurę
– biochemik zmieni w spiralę
– inżynier chemik zmieni w profit.

Konfrontacja dyscyplinowych perspektyw jest często prowokowana przez nagłe i nieoczekiwane zdarzenie spoza sfery nauki: Biolog, statystyk, matematyk i informatyk są na safari. Zatrzymują jeepa, żeby lornetką zlustrować okolicę.
Biolog: Spójrzcie! W środku stada biała zebra! Fantastycznie! Stanę się sławny!!
Statystyk: Jedna biała zebra to próba statystycznie nieistotna.
Matematyk: Ściśle biorąc, wiemy tylko, że istnieje jedna zebra, której jeden bok jest biały.
Informatyk: O cholera! Wyjątkowy wypadek!

Z tego rodzaju humoru najzabawniejsze wydają się dowcipy o chwytaniu lwa na pustyni [za pomocą metod sugerowanych np. przez matematyka, fizyka teoretycznego, fizyka doświadczalnego i informatyka] oraz o radzeniu sobie z problemem flaczejącego balonu, w którym przedstawiciele różnych dyscyplin przedkładają kolegom dyscyplinowo zróżnicowane propozycje ratunku.

Najcenniejszą funkcją humoru środowiska naukowego jest przekłuwanie balonu środowiskowej samoiluzji i demaskowanie ograniczeń poznawczych dyscyplin lub samej nauki.

Jest jakaś prawda w poglądzie Vilfredo Pareto, że człowiek łudzi się, uznając siebie za istotę racjonalną. W naturze ludzkiej leży skłonność do mistyfikacji i konfabulacji. Siłą napędową zachowań ludzkich nie jest rozum, tylko instynkt, interes i uprzedzenia. Rozumu ludzie używają głównie do tego, by swym działaniom nadawać jakieś uzasadnienia, jakieś pozory logiczności, pisał Pareto. Idee, ideologie i zasady, choć same w sobie nonsensowne i odporne na argumentację, legitymizują ich codzienne zachowania.

Swoje środowiskowe idee, ideologie i „skrzywienia” mają też naukowcy. Humor odsłania ich ukryty absurd lub pokazuje granice sensowności.

Jedną z metod demaskacji jest zderzenie „jak jest” i „jak być powinno”. „Jak jest” [praktyczne, choć głośno nie formułowane zasady postępowania] zajmuje w instrukcji miejsce „jak być powinno” [zasady głoszone oficjalnie]:

Zasady pracy w laboratorium

Gdy doświadczenie się udaje, coś musi być nie w porządku.
– Gdy nie wiesz co robisz, rób to starannie.
– Doświadczenia muszą być powtarzalne. Powinny one brać w łeb zawsze w ten sam sposób o tym samym czasie.
– Wpierw kreśl krzywe, potem nanoś dane.
– Jeśli chcesz być dobrym doświadczalnikiem, pisz raport na długo przed eksperymentem.
– Jeśli nie możesz uzyskać odpowiedzi na pytania, zacznij od odpowiedzi, a potem wyprowadzaj z nich pytania.
– Praca zespołowa jest niezbędna. Pozwala zwalić winę na kogoś innego.
– Żaden eksperyment nie jest kompletną porażką. Przynajmniej może służyć jako przykład negatywny.

Inna zasada polega na zderzeniu ze sobą dwóch ideologicznych zasad lub reintepretacji różnych kodów zachowań dokonanej dzięki zestawieniu ich ze sobą:

Dlaczego uniwersytety odmawiają Panu Bogu tytułu profesora?

  1. Ponieważ legitymuje się tylko jednym dziełem.
  2. Nie ma publikacji w czasopismach listy filadelfijskiej.
  3. Możliwe, że to prawda, iż stworzył świat, ale co zrobił od tego czasu?
  4. Jego umiejętności pracy zespołowej są bardziej niż ograniczone.
  5. Nikomu nie udało się powtórzyć Jego eksperymentu.
  6. Nigdy nie złożył do Komisji Etyki wniosku o pozwolenie na eksperymenty na ludziach.
  7. Gdy obiekty Jego eksperymentu nie zachowywały się zgodnie z oczekiwaniem, często karał je lub nawet usuwał z próby.
  8. Rzadko przychodził na zajęcia, po prostu kazał studentom czytać Książkę.
  9. W nauczaniu wyręczał się Synem.
  10. Wyrzucił z klasy swoich dwóch pierwszych uczniów.
  11. Jego test egzaminacyjny był zbyt trudny, gdyż choć zawierał tylko dziesięć wymagań, większość studentów nie mogła mu sprostać.
  12. Nie przestrzegał godzin wykładów. Za miejsce wykładów wybierał szczyt góry.

Ale humor środowiska naukowego to nie tylko katharsis i „godzina prawdy”. Ujęcie zjawiska jednocześnie na kilku planach dzięki dostrzeżeniu ukrytych między nimi podobieństw to znakomite ćwiczenie wyobraźni i inteligencji. Dobry problem naukowy – podobnie jak dowcip – powstaje dzięki odkryciu nieoczywistych analogii na przecięciu kilku płaszczyzn.

Zdając sobie z tego sprawę, wybitni dydaktycy lubią zadawać studentom prowokacyjne pytania. Co ksiądz ma wspólnego z prostytutką? pytał studentów profesor socjologii Everett Hughes. Pytał nie po to, by szokować i nie dlatego, by zacierać zasadnicze różnice statusu i cech charakteru przedstawicieli obu zawodów. Zadawał to pytanie, aby rzucać światło na ukryte cechy, by wybijać z utartych kolein myślenia. Podobnie jak psychoanalityk, oboje słuchają poufnych wyznań, oboje wpływają na emocje swoich klientów oraz nadają tym emocjom nowe ramy, odpowiadał.

Humor z zasady podważa rozdział rzeczywistości i nierzeczywistości, który jest podstawą świata powagi. Wciągnięci w życie codzienne, porozumiewamy się z innymi językiem powagi. Zakładamy, że mamy do czynienia z obiektywnymi zjawiskami, które istnieją niezależnie od nas, że inni doświadczają świat w sposób podobny do nas, oraz że wszyscy postępują w sposób przewidywalny kierując się ogólnie zrozumiałymi przesłankami. Zachodzą wprawdzie w tym wspólnym świecie zdarzenia, które odbiegają od normy. Spotykają się one jednak z niechęcią i są traktowane jako chwilowy błąd. Formułowane są także przeciwstawne opinie i poglądy, nawet przez tych samych ludzi i w tym samym czasie. Traktowane są one jednak jako niezamierzona pomyłka; zakłada się bowiem, że każda ocena odsyła do jednego, zorganizowanego i niezależnego świata, wobec czego rozbieżne wypowiedzi są wynikiem złej woli lub niezawinionej niedoskonałości percepcji. Niezgodność opinii powinna być usunięta. Pomiędzy światem realnym i nierealnym – światem snu, marzeń, baśni i urojeń – przebiega nieprzekraczalna granica.

Świat realny, demaskowany przez humor i paradoks, bierze na nich odwet, traktując je nie jako odsłonięcie paradoksalnej natury oraz wewnętrznej niespójności świata społecznego, tylko jako błąd rozumowania. Niezgoda, przeciwieństwo, paradoks i wieloznaczność często pojawiają się w poważnej rozmowie. Co więcej, życie codzienne byłoby pewnie niemożliwe bez językowej dwuznaczności i braku precyzji. Lecz na codzień cechy te wiąże się ze zjawiskami komunikacji, a nie z charakterem społecznego świata.

O humorze łatwiej żartować niż pisać o nim poważnie; od poważnego naukowego opisu oczekuje się przestrzegania reguł świata powagi, czyli właśnie tych, którym humor zadaje kłam. Świat humoru zakłada postrzeganie sytuacji lub idei w dwóch wewnętrznie spójnych, lecz wzajemnie przeciwstawnych układach odniesień; rozprawa naukowa, która zostałaby oparta na podobnej zasadzie, nie miałaby szans, by wejść do kanonu uznanej wiedzy naukowej.

Żart jest tak zorganizowany, że wpierw ustanawia pewną rzeczywistość, a następnie ją podważa poprzez nagłe i nieoczekiwane wprowadzenie innej.

Humor pełni wiele funkcji w życiu codziennym. Rozładowuje trudne sytuacje. W rozmowie pozwala na wprowadzenie trudnego problemu, pozostawiając pole manewru i możliwość odwrotu, gdyby druga strona nie zechciała przejść na płaszczyznę powagi. W stosunkach towarzyskich pozwala na nawiązanie relacji nieformalnych. W sytuacjach uroczystych pozwala na wprowadzenie dozy luzu.

Żarty pozostają w opozycji do status quo, podważają istniejący porządek i hierarchię, kwestionują dominujące wartości. Ale opozycja ta może mieć bardzo różny charakter. Intencją humoru politycznego może być zniszczenie zastanego ładu. Intencją humoru, na jaki pozwala sobie laureat Nobla podczas ceremonii wręczenia nagrody, może być kontrolowane przełamanie oschłości i formalizmu, towarzyszących imprezie.

Badania naukowe mają długą tradycję. – Powiedział w swej mowie pewien laureat. Poprzez dzieje ludzie usiłowali pozyskać nową wiedzę, poszukiwali nowych dróg poznania. Dla wielu wybitnym przykładem takiej tradycji był Krzysztof Kolumb. Gdy Kolumb wyruszył do Ameryki, nie wiedział dokąd płynie. Gdy dopłynął do kontynentu, nie wiedział gdzie jest. A gdy wrócił bezpiecznie do Europy, nie wiedział, gdzie był. A żeby tego było mało, nie podróżował nawet za swoje pieniądze.

Wszystko to są dylematy współczesnej nauki.”

Pozornie Kolumb został poddany ostrej krytyce. Dążył do wiedzy, a popadł w ignorancję. Sytuacja, w jakiej się znalazł, przypomina stan, w jakim pozostaje współczesna nauka.

Laureat zerwał ze wzorcem przemówienia noblowskiego, który każe wygłosić pochwałę nauki. Ale krytyka nauki jest jej ukrytą pochwałą. Pomimo początkowego błędu, Kolumb dokonał epokowego odkrycia. Stało się tak dlatego, że choć finansowany z kiesy władcy, nie został poddany bezpośredniej kontroli. Podobnie nauka, jeśli tylko – finansowana z kasy państwa – zostanie pozostawiona sama sobie, zaowocuje epokowymi odkryciami. Pozorna krytyka zmienia się w komplement. Laureat decydując się na żart, odszedł od obowiązującego wzorca, ale nie zerwał z etykietą.

Wątek podobieństw humoru i matematyki podejmuje John Allen Paulos. Zarówno matematyka jak i humor są intelektualną zabawą; w matematyce akcent położony jest na stronie intelektualnej, w humorze – na zabawowej. Logika, wzorce, zasady, struktura – to esencja tak matematyki, jak i humoru. W humorze logika jest nieraz odwrócona, wzorce zburzone, zasady złamane, a struktura zachwiana. Wszystkie te przekształcenia nie są jednak przypadkowe; puenta przenosi słuchacza na nowy poziom sensu, odmienny od początkowego. Ponadto, zarówno humor, jak i matematyka są proste i ekonomiczne. Piękno dowodu matematycznego zależy do pewnego stopnia od jego zwięzłości i elegancji. Podobnie, żart traci swoją siłę, gdy jest długi i ciężki [Paulos 1988].

Pomostem pomiędzy humorem i matematyką są paradoksy i łamigłówki. Mają one bardziej intelektualny charakter od dowcipu, ale lżejszy ton od matematyki:

Dwie lokomotywy, oddalone od siebie o 300 mil, ruszają ku sobie po tych samych torach. Pierwsza jedzie z szybkością 100, a druga – 50 mil. W chwili startu ptak fruwający z prędkością 200 mil na godzinę opuszcza pierwszą lokomotywę i zmierza w stronę drugiej. Osiągnąwszy cel zawraca ku punktowi startu, a potem powtarza swój lot między lokomotywami. Jak długo będzie tak latał, zanim lokomotywy zderzą się ze sobą?

Jeśli ktoś skupi się na długości przelotu, stanie przed trudnym zadaniem dodawania każdego kolejnego odcinka. Jeśli natomiast ktoś zwróci uwagę na czas niezbędny dla spotkania się lokomotyw [2 godziny, gdyż jadą one z szybkością 100 + 50 = 150 mil na godzinę], wówczas od razu obliczy, że ptak przeleci 2 x 200 = 400 mil.

Istotną rolę w matematyce i humorze odgrywają dedukcja i logika. Pewna znajomość logiki jest potrzebna, aby m.in. uchwycić dowcipy oparte na sylogizmach. Często dowcipy mają strukturę, którą łatwo oddać za pomocą czysto logicznego rozumowania, np. Opowiadacz dowcipu: „W jakim modelu aksjomaty 1, 2, i 3 są prawdziwe?” Słuchacz: „W modelu M”. Opowiadacz dowcipu: „Wcale nie, bo w modelu N”. Taką właśnie strukturę mają znane żartobliwe zagadki.

Obdarty włóczęga podchodzi do siedzącej na ławce panienki i zadaje jej pytanie:
– Co takiego wchodzi twarde i suche, a wychodzi miękkie i wilgotne?
– … To jest… [Panienka czerwieni się].
– Guma do żucia, odpowiada włóczęga.

By zrozumieć dowcip, choćby i sytuacyjny, słuchacz musi dokonać „transcendencji”, to znaczy wznieść się na poziom meta, z którego obie ramy interpretacyjne – i ta początkowa i ta wniesiona przez puentę – mogą być ze sobą zestawione. Wzniesienie się na poziom meta jest możliwe dzięki osiągnięciu dystansu w stosunku do obu układów odniesień. Ta cecha humoru tłumaczy, dlaczego dogmatycy i ideologowie notorycznie nie znoszą humoru. Ludzie, których życie jest zdominowane przez jeden system myślenia, są w nim zaklinowani i nie są w stanie spojrzeć na niego z boku. Pozbawieni poczucia humoru są także ludzie, których myślenie jest skrajnie luźne i nieustrukturyzowane. Dzieje się tak dlatego, że aby docenić humor, trzeba mieć w sobie poczucie porządku myślowego. Inaczej nie uchwyci się zderzenia dwóch struktur, które tworzy oś humoru.

Zasada zderzania różnych układów odniesień tłumaczy z kolei, dlaczego na całym świecie tak wielu humorystów i aktorów komediowych pochodzi z mniejszości etnicznych: Żydzi w przedwojennej Polsce, Żydzi i Murzyni w Stanach Zjednoczonych, Irlandczycy w Wielkiej Brytanii. Poruszanie się w dwóch różnych porządkach znaczeń zmusza do „transcendencji” i pozwala na bardziej abstrakcyjne ujmowanie zjawisk życia codziennego. Dystansowanie się nie może jednak iść zbyt daleko, gdyż wówczas osłabłaby empatia, konieczna do uchwycenia poznawczego dysonansu.

Zasadą zarówno wielu dowcipów, jak i paradoksów logicznych jest samo-zaprzeczające samo-odniesienie. Najbardziej znane paradoksy to paradoks kłamcy oraz paradoks golibrody z Sewilii: Golibrodzie prawo nakazuje golić wszystkich mężczyzn, którzy nie golą się sami. Kto w takim razie goli golibrodę? Prawo jednocześnie nakazuje i zakazuje mu golenia się samemu. Podobną budowę mają żarty o ogłoszeniach: Jeśli chcesz nauczyć się czytać, zadzwoń…

Logiczna zasada odwrócenia relacji zastosowana jest m.in. w starej anegdocie o markizie na dworze Ludwika XIV:
Markiz na dworze Ludwika XIV, znalazłszy w buduarze żonę w objęciach biskupa, podszedł cicho do okna i jął błogosławić ludzi na ulicy.
– Co ty robisz? – krzyknęła wzburzona żona.
– Jego Wielebność wypełnia moje funkcje – odparł markiz – więc ja wykonuję jego
.

Nie tylko prawa logiki, ale także teorie matematyczne znajdują zastosowanie w interpretacji zjawiska humoru. Teoria katastrof René Thoma tłumaczy jego zdaniem nie tylko takie zjawiska, jak załamanie się rynku, trzęsienia ziemi, decyzje o wszczęciu wojny lub o jej zakończeniu, ale także zjawisko humoru. Tłumaczy przy tym zarówno samą zasadę organizacji humoru, jak i reakcję słuchacza – śmiech [Paulos 1988].

Bibliografia
Michael Mulkay, On Humour. Its Nature and Its Place in Modern Society [1988]
John Allen Paulos, Mathematics and Humor, 1988
Arthur Koestler, The Act of Creation, 1964
Peter L. Berger, Redeming Laughter. The Comic Dimension of Human Experience, 1997
Edwin D. Kilbourne, Humor in Science, “Proceedings of the American Philosophical Society” Vol. 140, No. 3 [Sep., 1996], pp. 338-349

Tekst opublikowany: “Humor w nauce”, Sprawy Nauki 11 (2000), s. 22-23

Koty i naukowcy

Była już tu kiedyś dawno kotka Schrödingera. Dziś kot innego profesora. Lubię bardzo stosunek kotów do nauki!
Na zdjęciu kubek z kotami w domu autora tekstu.

kubekzkotamikozlowskiJan Kozłowski

KOT PROFESORA

Profesor je rogalik, popija go mlekiem. Patrzy na kota. Kot profesora jeży sierść. Przeciąga się. Ziewa. Spogląda na lewo. Spogląda na prawo. Robi krok przed siebie. Odwraca wzrok. Dostrzega swój ogon. Mruczy. Postanawia złapać ogon i zaczyna kręcić się wokół siebie. Okrążenia stają się coraz szybsze. Ogon ucieka przed zębami. Kot, obracając się wokół własnej osi, zaczyna jednocześnie biegać wokół stołu z profesorem. Profesor wlepia oczy w kota i stara się śledzić jego ruchy. Wpija się w niego wzrokiem. Wchodzi myślą w jego myśli, w jego nerwy, w jego mięśnie, w jego oddech i jego krew, w jego ruch, w jego pęd.

W pewnej chwili spostrzega, że ma przed sobą nie jednego, ale dwa koty. Kiedy stara się zrozumieć tę przemianę, liczba zwierząt podwaja się. Usiłuje policzyć koty, ale nie dąży, gdyż jest ich coraz więcej. Zrazu odróżnia je, ale po chwili ich obrazy zamazują się i wtedy dostrzega, że jest opasany przez wijącą się wokół niego kocią wstęgę.

Profesorowi zdaje się, że wraz z krzesłem i stolikiem unosi się do góry. Podłoga zapada się, ściany rozsuwają, a sufit cofa. Koty kołują wokół stołu po wszystkich możliwych i niemożliwych do przewidzenia orbitach, przy czym w pewnej chwili orbity te zaczynają drgać i odtąd same kręcą się wokół siebie we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach.

Profesor miga kotom przed oczami. Zbliża się i oddala, wznosi i opada, kołysze, obraca, ukazuje znad głowy i spod stóp. W pewnym momencie wszystkie punkty widzenia nakładają się na siebie i koty widzą profesora jednocześnie ze wszystkich stron i w każdej możliwej pozycji na raz; w chwilę później obrazy profesora znoszą się wzajemnie i na ich miejscu pojawia się biała plama, która niebawem znika.

Koty samolubne wirują po bokach kuli, gdzie panuje rozrzedzenie, koty towarzyskie tłoczą się w środku. Przenikają się za sobą czas przeszły dokonany i czas przyszły niedokonany, czas teraźniejszy zaprzepaszczony i czas teraźniejszy do zaprzepaszczenia, czas ziszczony i czas nieziszczalny. Koty to kurczą się, to rozkurczają, miarowo i rytmicznie, a wraz z nimi kurczy się i rozkurcza kocia kula. Gdy kula się kurczy, rozlega się miauczenie długie i przeciągłe, gdy rozkurcza – krótkie i chrapliwe. Kurcząc się i rozkurczając – kula rośnie i pęcznieje. Świat koci rozwija się w sobie w niewiadomym kierunku.

Cienie rzucane przez koty tańczą po twarzy i ubraniu profesora, po stole, po rogaliku i po szklance z mlekiem. W pewnej chwili zdaje się profesorowi, że to on sam przemienił się w kręcącego się kota, później, że w dwa kręcące się koty, aż wreszcie, że we wszystkie możliwe i niemożliwe do pomyślenia koty, jeszcze nie urodzone i już nie żyjące. Wpada w wir i po chwili czuje, że jest jednocześnie wszystkimi kotami naraz, a jednocześnie jest i poza nimi, przenika poza koty i jest samym wirem, wirującym kotami.

Stara się odszukać w pamięci formułę, dzięki której mógłby ogarnąć sytuację i znaleźć rozwiązanie. Na próżno. Grunt usunął się profesorowi spod stóp.

Nie ma środka kociej rzeczywistości, bo środek jest wszędzie i w każdym miejscu, we wszystkich kotach i w każdym z osobna, nie istnieje „bliżej” ani „dalej”, nie ma „przedtem”, ani „potem”. Każdy kot krąży w kocim wszechświecie, a koci wszechświat krąży w każdym kocie. By zmienić położenie, koty muszą uchwycić własne ogony. Ich pyszczki muszą się wessać w ogony, ogony muszą wgryźć się w zęby, zęby muszą strawić żołądki.

Koty chwytają ogony.

Następuje przesilenie i profesor widzi znowu jednego, zapatrzonego weń kota. Kot mruży oczy, marszczy brwi, liże sobie łapki. Podchodząc do lustra, uśmiecha się przebiegle.

W profesorze wzbiera miłość do kota. Miłość do kota rośnie, przepełnia jego serce. Przemienia się w pożądanie. Profesor chwyta kota i odgryza jego uszy. Im bardziej wzbiera w nim miłość, tym bardziej rośnie jego żarłoczność. Profesor obdziera kota ze skóry, urywa duże kęsy to wątroby, to serca, to zadnich łapek. Mózg kota wybiera z czaszki łyżeczką, oczy wydłubuje i wyrzuca poza siebie, zęby wypluwa na talerzyk, ogon obraca w palcach, obgryza starannie.

Przeciąga się, ziewa, patrzy na lewo, patrzy na prawo, robi krok przed siebie, stroszy wąsy, jeży sierść. Wypluwa resztki profesora, po czym spokojnie zabiera się do rogalika.

Warszawa, styczeń 1982

Gustav Theodor Fechner – odkrywca nowych lądów

Po kilku miesiącach podróży przez Łużyce ciężko jest tak po prostu opuścić tę niezwykłą krainę. Viator ma nadzieję, że ciężko jest nie tylko jemu, ale i Czytelnikom. Dlatego pozwala sobie przedstawić tutaj kolejny łużycki tekst, który kilka lat temu zamieścił w jednym z periodyków regionalnych. Tekst udowadniający, iż niezwykła kraina rodziła niezwykłych ludzi.

A swoją drogą: to, co Czytelnik za chwilę przeczyta, jeszcze raz udowadnia prawdę, którą Viator wyraził na samym początku swej przygody z blogiem Ewy Marii – szpagat między nauką i sztuką skutkuje takimi właśnie produkcjami – miał być artykuł naukowy, a wyszły z tego bajki. Skoro zaś jesteśmy przy bajkach… Za tydzień zaprezentuje Viator ostatni tekst łużycki. I będzie to właśnie spotkanie z postaciami z bajek serbołużyckich.  

Tomasz Fetzki

Syn pastora

O takich jak on pisał Conrad: Urodził się na plebanii. Wielu dowódców pięknych statków handlowych pochodzi z tych przybytków spokoju i pobożności. (…) Mały kościółek na wzgórzu przypominał w swej omszałej szarości skałę za postrzępioną zasłoną z gałęzi. Stał na tym miejscu już od stuleci, a drzewa wokół niego pamiętały zapewne chwilę, gdy kładziono kamień węgielny. Poniżej jaśniał ciepłą barwą (…) front probostwa wśród trawników (…). Probostwo należało do rodziny już od pokoleń.

Zadziwiająca zgodność panuje między tym opisem, a wyglądem rodowego gniazda naszego bohatera. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia fakt, że nie był on, jak Lord Jim, marynarzem. Bowiem i on także odbył podróż – fascynującą, długą i niebezpieczną. Jedno się tylko nie zgadza: ojciec Gustava był zupełnie inny, niż ojciec Jima, który posiadał ową wiedzę o Niewiadomym, stworzoną dla bogobojnych mieszkańców chat i nie mącącą spokoju ducha tym, którym nieomylna Opatrzność pozwala mieszkać w pałacach. Wprost przeciwnie! Chyba po ojcu właśnie odziedziczył młody Fechner odwagę i ciekawość nowego.

1. KosciolKościół w Żarkach Wielkich

Wiele lat temu biograf Gustava Theodora napisał następujące słowa: Niedaleko Muskau, na dolnych Łużycach, należących niegdyś do elektoratu saskiego, a dziś Prus, leży wioska Groß-Särchen. Tam, 19 kwietnia 1801 r., na plebanji przyszedł na świat Gustaw Teodor Fechner. Już dziadek jego był tu proboszczem od połowy XVIII stulecia; opiekował się on troskliwie swojemi parafianami, sam zajmował się rolnictwem i udzielał porad lekarskich. Jego następcą na urzędzie był syn, ojciec naszego Fechnera. Tymczasem duch oświaty zaczął z wyżyn przenikać do szerszych warstw ludności. Ojciec Fechnera wyprzedzał całą okolicę w szerzeniu nowych idej. On pierwszy kazał zaopatrzyć wieżę kościelną w piorunochron, dawał dzieciom swoim szczepić ospę i przemawiał z kazalnicy bez peruki, co tak rozdrażniło chłopów, iż wójtowi udało się dopiero uspokoić ich przez wskazanie na to, że Pan Jezus też wygłaszał kazania bez peruki. Niestety, syn niedługo pozostał pod kierunkiem takiego ojca, stracił go bowiem już w piątym roku swego życia. Matka (…) przeniosła się do miasteczka Triebel, jej synowie zaś, Teodor i jego starszy brat Edward, który został później malarzem, wkrótce potem zamieszkali w domu Wuja, diakona Fischera z Wurzen i wraz z nim przenieśli się do Ranis w Turyngji, gdy ten ostatni otrzymał tam probostwo. Mając lat czternaście Teodor wstąpił do gimnazjum w Żórawiu, lecz gdy wkrótce potym jego matka osiedliła się w Dreznie, wrócił do rodzinnego domu, ażeby skończyć studja gimnazjalne, po czym przez pół roku uczęszczał do akademji medyczno-chirurgicznej w Dreznie, a następnie zapisał się na uniwersytet w Lipsku, ażeby poświęcić się medycynie; liczył wówczas dopiero 16 lat (K. Lasswitz, Gustaw Teodor Fechner, Warszawa 1903). Fechner nie interesuje nas jednak tylko ze względu na wybitne uzdolnienia, które zaprezentował w tak młodym wieku; nie on jeden wcześnie zaczął zdradzać zadatki na osobę wybitną. Przyjrzyjmy się dokładnie powyższemu tekstowi. Dolne Łużyce już dawno nie są ani saskie, ani pruskie. Po 1945 roku dostały się po części Niemcom, a po części Polsce. Muskau nazywa się dziś Łęknica (część niemiecka tego granicznego miasta to oczywiście Bad Muskau), Groß-Särchen noszą miano Żarek Wielkich, Triebel jest Trzebielem, a tajemniczy Żóraw to nic innego, jak Żary. Gustav Theodor Fechner był synem Ziemi Żarskiej. Jednym z najwybitniejszych. Jego zasługi dla rozwoju nauki, zwłaszcza psychologii, są niekwestionowane. Dlatego warto, aby obecni mieszkańcy tej ziemi lepiej wiedzieli, kim był ich wybitny, dziewiętnastowieczny ziomek.

2. PlebaniaPlebania – miejsce narodzin G. T. Fechnera

Wszechstronny naukowiec

Czas studiów medycznych to dla młodego Gustava okres kłopotów materialnych. Aby zarobić na utrzymanie, zajął się tłumaczeniem francuskich opracowań, głównie z zakresu chemii i fizyki. Ta działalność wpłynęła rozstrzygająco na cały kierunek jego studiów, bo dzięki nim porzucił medycynę i zwrócił się do fizyki (tamże). To jednak nastąpiło nieco później, póki co skończył medycynę, zdał bakalaureat i egzaminy doktorskie (1822), lecz nie doktoryzował się. Więcej nawet, począł odczuwać do medycyny niechęć, a przy tym nie wierzył we własne uzdolnienia w tym kierunku. Według J. E. Kuntze – jego siostrzeńca i wychowanka – Fechner mawiał: nie umiałbym otworzyć żyły, nałożyć najzwyczajniejszego opatrunku, zrobić najprostszej operacji ginekologicznej i nie tylko widziałem, że nie mam sposobności wypełnienia tych braków, lecz czułem także, iż nie posiadam do tego krzty praktycznego talentu. Chociaż więc przewidywałem, jakie trudności musiałyby mię z tego powodu niechybnie spotkać, byłbym jednak zmuszony wziąć się na los szczęścia do praktyki, gdybym nie był wciągnął się powoli do pracy literackiej, która dawała mi środki utrzymania i zarazem popchnęła mię na inną drogę (tamże).

W roku 1823 uzyskuje tytuł doktora filozofii, a pół roku później habilituje się rozprawą Praemissae ad theoriam organismi generale. Jednak tym, co pociągało go najsilniej, było doświadczalne przyrodoznawstwo; zajęcie się nim dało całej pracy Fechnera podstawę empiryczną; jego spekulacyjny umysł przejął się do głębi nowoczesnymi metodami fizyki i ta kombinacja wydała nowe i oryginalne owoce (tamże). Osiągnięcia młodego naukowca na tym polu doceniono – w 1824 roku obejmuje katedrę fizyki lipskiego uniwersytetu. Zajmował się głównie takimi dziedzinami jak elektrotechnika i optyka. Przełożył z języka francuskiego liczne dzieła z tego zakresu, przeprowadził też szereg własnych badań. Odniósł wiele sukcesów: uzupełnił teorię elektrolizy Berzeliusa, udoskonalił elektroskop Bohneberga, dokonał uogólnienia prawa Ohma. Z tych osiągnięć nauka korzysta do dziś. Efektem jego pracy był przyznany w 1834 roku tytuł profesora, a dwa lata później – profesora zwyczajnego.

Jednak nie te odkrycia zapewniły Fechnerowi trwałe miejsce w historii nauki. Jego osobowość podróżnika-odkrywcy kazała mu bowiem pożeglować w kierunku zupełnie innych zagadnień.

„Psychofizyka” czyli psychologia eksperymentalna

W XIX wieku psychologia (czyli nauka o duszy) nie istniała jako odrębna nauka – traktowano ją jako dyscyplinę filozoficzną i stosowano w jej obrębie metodologię metafizyczną, spekulatywną. Gustav Theodor, rasowy eksperymentator, nie akceptował takiego stanowiska. Zachęcony wynikami badań, jakie prowadził nad wrażliwością dotykową jego kolega – profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku – Eduard Weber, Fechner doszedł do wniosku, że możliwe jest uczynienie z psychologii nauki w pełni empirycznej (J. Pieter, Historia psychologii, Warszawa 1972). Udoskonalił i rozszerzył wyniki badań Webera, a następnie przedstawił je w formie formuły matematycznej, która głosi, że doznanie jest proporcjonalne do logarytmu bodźca (G. S. Brett, Historia psychologii, Warszawa 1969). Formuła ta znana jest do dziś jako prawo Webera – Fechnera. Ponadto uważał, że zjawiska psychiczne biegną równolegle do fizycznych (koncepcja paralelizmu psychofizycznego), a więc zjawiska psychiczne, zasadniczo niewymierne i przez to niepoznawalne, można poznawać pośrednio, mierząc towarzyszące im zjawiska fizyczne. Uznał, że nie tylko zagadnienia wrażliwości zmysłów, ale i inne formy zewnętrznego manifestowania się życia psychicznego (jak np. uwaga, wyobrażenia i wyobraźnia, sny itp.) można zmierzyć i opisać liczbowo. Na potrzeby tych pomiarów stworzył Fechner trzy metody: metodę ledwo dostrzegalnych różnic (odkrywania najniższych progów wrażeń), metodę przypadków trafnych i mylnych oraz metodę średniego błędu. Położył w ten sposób podwaliny pod utworzenie nowej nauki.

Nazwał ją psychofizyką, zaś jej założenia sformułował w takich dziełach jak Elemente der Psychophisik (1860), In Sachen der Psychophisik (1877) oraz Über die psychischen Massprincipien und das Webersche Gesetz (1887).

Gustav Fechner był prekursorem i jego dzieło nosi typowe cechy dzieła prekursorskiego: w wielu szczegółach się mylił, część jego teorii późniejsi badacze zweryfikowali negatywnie, ale zasadniczy kierunek, który nadał dociekaniom psychologicznym, okazał się słuszny. Jednym z tych, którzy przyjęli założenia Fechnera, był Wilhelm Wundt – lekarz, fizjolog i filozof, od 1875 roku profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku. Opierając się na dokonaniach Fechnera rozwinął twórczo jego myśl. Pozwoliło mu to stworzyć w 1879 roku na lipskiej wszechnicy pierwszą w świecie pracownię psychologii doświadczalnej. Była to początkowo pracownia w ramach zakładu fizjologii, ale w r. 1897 – po całkowitym uniezależnieniu i rozbudowie – podniesiona do rangi instytutu psychologicznego, również pierwszego w historii naszej nauki (J. Pieter, Historia…) Niestety, Gustav Theodor Fechner nie dożył tego dnia wielkiego tryumfu swej myśli.

Człowiek renesansu

Niespokojny charakter i niespożyte siły kazały Fechnerowi zajmować się coraz to nowymi dziedzinami. Oprócz wspomnianych już medycyny, filozofii, chemii, fizyki i psychologii, parał się też sztukami plastycznymi, teorią estetyki, krytyką literacką, poezją i satyrą. W utworach satyrycznych, podpisywanych Dr. Mises, ośmieszał zwłaszcza współczesną medycynę. Sarkastycznie opisuje tajemniczość i sztuczną powagę lekarzy starej szkoły, którym nie wolno było czegoś nie wiedzieć. Nawet wtedy, kiedy przez pomyłkę odjęto pacjentowi zdrową nogę zamiast chorej, lekarz z łatwością dowiódł, że wyzdrowienie nie byłoby nastąpiło, gdyby nie amputowano zdrowej nogi. Wobec tego wartoby w ogóle zalecać usuwanie zdrowych członków w przypadkach zasłabnięcia (K. Lasswitz, Gustaw Teodor…). Poza intensywną pracą naukową i literacką wiele podróżował (Bawaria, Szwajcaria, Francja, Austria, Włochy) i uczestniczył w pracach licznych towarzystw oraz stowarzyszeń, nie tylko naukowych. W roku 1831, gdy przez Lipsk maszerowały kolumny uchodźców – uczestników Powstania Listopadowego – Fechner, jak zresztą większość środowiska intelektualistów saksońskich, wsparł czynnie działalność Verein zur Unterstützung Hielfsbedürftiger Polen (Związku dla Wsparcia Potrzebujących Pomocy Polaków).

Tak aktywny i wyczerpujący tryb życia nie mógł pozostać bez wpływu na zdrowie. W latach 1841-1844 przeszedł ciężką chorobę oczu, połączoną z niedyspozycją układu pokarmowego. Ten smutny stan miał być dopiero zapowiedzią o wiele cięższej choroby. Wszystkie usiłowania lekarzy wyleczenia choroby ocznej okazały się płonnemi. W końcu zastosowano kurację, której Fechner omal nie przypłacił życiem; medycyna pomściła się na satyryku (tamże). Tym razem wszystko ostatecznie skończyło się dobrze, naukowiec odzyskał wzrok i powrócił do pracy. Jednak w latach 1873-1876 trzykrotnie przeszedł operację oczu.

Czas płynął nieubłagalnie. Fechner stopniowo tracił siły, ale działalności naukowej nie zaprzestał, tym bardziej, że była ona powszechnie ceniona, a jego osobę otaczano uznaniem i szacunkiem. Wielką radość sprawił Fechnerowi powszechny i żywy udział w uczczeniu 80 –ej rocznicy jego urodzin w 1881, złotego wesela w 1883 i 50 letniego jubileuszu pracy profesorskiej 3 października 1884 r. Ucieszyło go szczególnie udzielenie mu honorowego obywatelstwa miasta Lipska i powinszowanie od parafji Groß-Särchen, w której się urodził, gdzie nie znający go osobiście pastor
kazał na cześć jego bić we dzwony
(tamże).

6 listopada 1887 roku, około godziny dziewiątej, Fechner doznał ataku apopleksji (udaru mózgu). Przytomność odzyskał, ale po dwóch tygodniach, 18 listopada 1887 roku, w godzinach popołudniowych zmarł.

Lipsk bardzo szybko uczcił pamięć profesora Gustava Theodora Fechnera. W pierwszą rocznicę śmierci jego popiersie znalazło się w galerii dwunastu zasłużonych uniwersytetu lipskiego (zniszczonej podczas nalotu dywanowego w 1943 roku). Natomiast z okazji dziesięciolecia śmierci w lipskim Rosenthalu umieszczono pomnik-popiersie naukowca, ufundowane przez jego ucznia doktora P. J. Möbiusa, a wykonane przez G. Kietza. W 1940 roku pomnik ten, z powodu braków surowcowych w przemyśle wojennym, zarekwirowało wojsko. Zrekonstruowana statua wróciła na dawne miejsce w 1983 roku. Od 1900 roku jedna z lipskich ulic nosi nazwę Fechnerstraße.

Również Żarki Wielkie nie zapomniały o synu pastora Fechnera. W 1929 roku odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci Gustava Theodora, umieszczoną na ścianie żarkowskiej plebanii – w miejscu jego urodzin. Po II Wojnie Światowej tablica ta zaginęła. W Żarkach Wielkich mieszkali wtedy już inni ludzie – przesiedleńcy z Kresów – którzy nic o Fechnerze nie wiedzieli. Zresztą nikt nie miał wtedy głowy do pielęgnowania jego spuścizny, ludzie żyli innymi problemami – kto mógł zagwarantować, że za kilka lat znów ktoś ich nie wygna z nowych siedzib?

Wiele lat musiało upłynąć, zanim przesiedleńcy ze Wschodu poczuli się w Żarkach naprawdę u siebie. W końcu jednak to nastąpiło. A w ślad za tym zrodziło się pragnienie poznania historii i dziedzictwa nowej Małej Ojczyzny. Ci, którzy tu mieszkają, pragną być dumni z tej spuścizny.

18 listopada 2002 roku odbyła się uroczystość, która wiele mówi o przemianach, jakie się dokonały w ostatnich latach. Oto bowiem spotkali się dawni i obecni mieszkańcy Żarek Wielkich oraz członkowie niemieckich organizacji: „Stowarzyszenia im. Fechnera” i „Stowarzyszenia Wierni Żarom”, jak też żarskiego oddziału PTTK, aby wspólnie uczcić pamięć wielkiego żarkowianina, twórcy psychologii eksperymentalnej, profesora uniwersytetu w Lipsku – Gustava Theodora Fechnera.

Historia zatoczyła koło. Na ścianie plebanii w Żarkach Wielkich, naprzeciw świątyni, w której pastor Fechner bez peruki Słowo Boże głosił, znów pojawiła się tablica ku czci jego syna, a na niej napis w trzech językach (polskim, niemieckim i dolnołużyckim): Tu urodził się i mieszkał Gustaw Teodor Fechner (19.04.1801 – 18.11.1887). Twórca psychologii doświadczalnej, filozof, literat.

Navigare est necesse

W roku 1806 Gustav Fechner opuścił Żarki Wielkie, by wypłynąć na szerokie wody. Kolumb udał się w podróż do Indji Wschodnich; tam nie dotarł, ale odkrył więcej niż szukał, mianowicie nową część świata; dopiero potomność oceniła należycie całą doniosłość jego czynu. Że Ameryka była po drodze, to nie zmniejsza jego zasługi, odkrył ją bowiem dzięki temu, że posiadał spryt, odwagę i energję. Podobny los spotkał Fechnera, który szukał miernika dla czuć. To, co znalazł, jest może czymś innym, niż mu się zdawało, jest może czymś więcej, odkrył bowiem nową naukę – psychologię doświadczalną.

Nieważne, skąd się wypływa. Ważne, jak mocno pragnie się dopłynąć. Ważne, na ile jest się świadomym, że necesse est navigare.

Profesor Brückner jak co roku

Ewa Maria Slaska

Profesor czyli walka o grób

Zaproponowałam dziś berlińczykom, żeby poszli ze mną na grób profesora Brücknera.
Myślę więc, że parę faktów trzeba tu przypomnieć. O profesorze, i o jego grobie.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym całkowicie się spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury czyli przez 44 lata. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest i był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Grób profesora znajduje się na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof.

Od wielu lat chodzimy z moją przyjaciółką Anią na ten grób. To takie nasze miejsce, gdzie możemy też zapalić świeczki dla naszych bliskich, którzy leżą pochowani na innych cmentarzach. Jednak cmentarz, gdzie leży profesor, pustoszeje z roku na rok, a nawet z dnia na dzień. Znajduje się w stanie likwidacji i za 10 lat go nie będzie. Od czasu, gdy się tego kilka lat temu dowiedziałyśmy, próbowałyśmy z Anią przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się wtedy stanie z  grobem profesora. Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, aż w zeszłym roku, całkowicie rozgoryczona, napisałam kilka gorzkich słów na Facebooku. Reakcja facebookowców przeszła wszelkie oczekiwania i do dziś wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Odezwała się masa ludzi, z których koniecznie muszę tu wymienić trzy osoby, Monikę Stefanek, dziennikarkę z Berlina, Dawida Junga, poetę z Gniezna i Łukasza Narolskiego, historyka spod Bydgoszczy. Powstała strona facebookowa poświęcona Profesorowi, która w ciągu kilku dni zebrała ponad tysiąc lajków. Zrodziła się wielka akcja, którą nagle wszystkie instytucje skutecznie nas przedtem ignorujące, musiały zauważyć. Nie zawsze reagowały miło, obrywały się nam nagany, pogróżki, pomówienia. Ale sprawa ruszyła do przodu.

W marcu tego roku delegacja parlamentarzystów polskich pod przewodnictwem marszałka Sejmu RP, Bogdana Borusewicza, podczas wizyty w Berlinie u parlamentarzystów niemieckich, odwiedziła grób Profesora.

Byłyśmy z Anią przy tym. Ja jestem na zdjęciu, Ania je zrobiła (zrobiła zresztą wszystkie te zdjęcia). Teraz już wiadomo, że Państwo Polskie zajmie się tą sprawą i zajmie się nią Konsulat i Ambasada.

Możemy być dumne.

Dziś przyszło około tuzina osób, Polaków i Niemców.

dzisbruecknermale
Na zakończenie piękny wiersz Przecława Słoty, napisany około roku 1400, znaleziony i opublikowany przez Profesora. Wiersz nosi tytuł “o chlebowym stole” i bardzo to piękny tytuł. To podobno najstarszy dokument świecki w historii literatury polskiej.

Gospodnie, da mi to wiedzieć,
Bych mogł o tem czso powiedzieć,
O chlebowem stole!
Zgarnie na się wszytko pole,
Czso w stodole i w tobole,
Czso le się na niwie zwięże,
To wszytko na stole lęże.
Przetoć stoł wieliki świeboda,
Staje na nim piwo i woda,
I k temu mięso i chleb,
I wiele jinych potrzeb —
Podług dostatka tego,
Kto le może dostać czego.
Z jutra wiesioł nikt nie będzie,
Aliż gdy za stołem siędzie,
Toż wszego myślenia zbędzie.
A ma z pokojem sieść,
A przy tem się ma najeść.

A mnogi jidzie za stoł,
Siędzie za nim jako woł,
Jakoby w ziemię wetknął koł.
Nie ma talerza karmieniu swemu,
Eżby ji ukrojił drugiemu,
A grabi się w misę przod,
Iż mu miedźwno jako miod
Bogdaj mu zaległ usta wrzod!

A je z mnogą twarzą cudną,
A będzie mieć rękę brudną,
Ana też ma k niemu rzecz obłudną.
A pełną misę nadrobi
Jako on, czso motyką robi.
Sięga w misę prze drugiego,
Szukaję kęsa lubego,
Niedostojen niczs dobrego.

Ano wżdy widzą, gdzie czsny siedzi,
Każdy ji sługa nawiedzi,
Wszytko jego dobre sprawia,
Lepsze misy przedeń stawia.
Mnodzy na tem niczs nie dadzą,
Siędzie, gdzie go nie posadzą;
Chce się sam posadzić wyszej,
Potem siędzie wielmi niżej.
Mnogi jeszcze przed dźwirzmi będzie,
Czso na jego miasto sędzie,
An mu ma przez dzięki wstać
Lepiej by tego niechać.
Jest mnogi ubogi pan,
Czso będzie książętom znan
I za dobrego wezwan.
Ten ma z prawem wyszej sieść,
Ma nań każdy włożyć cześć,
Nie może być panic taki,
Musi ji w tem poczcić wszelki;
Bo czego wie doma chowany,
To mu powie jeżdżały.
U wody się poczyna cześć:
Drzewiej niż gdy siędą jeść,
Tedy ją na ręce dają,
Tu się więc starszy poznają,
Przy tem się k stołu sadzają.

Panny, na to się trzymajcie,
Małe kęsy przed się krajcie.
Ukrawaj często, a mało,
A jedz, byleć się jedno chciało.
Tako panna, jako pani
Ma to wiedzieć, czso się gani;
Lecz rycerz albo panosza
Czci żeńską twarz – toć przysłusza.

Czso masz na stole lepszego przed sobą,
Czci ją, iżby chce sobie zachować,
Będą ji wszytki miłować
I kromie oczu dziękować.

Boć jest korona czsna pani,
Przepaść by mu, kto ją gani!
Ot Matki Boże tę moc mają,
Iż przeciw jim książęta wstają
I wielką jim chwałę dają.
Ja was chwalę, panny, panie.
Iż przed wami niczs lepszego nie.
Za to się ma każdy wziąć,
Otłożywszy jedno swąć.
Mnodzy za to niczs nie dbają
Iż jim o czci powiedają,
Przy tem mnogiego ruszają:
Kogo podle siebie ma,
Tego z rzeczą nagaba,
Nie chce dobrej mowy dbać,
Ni je da drugiemu słuchać.

Ktokoli czci żeńską twarz,
Matko Boża, ji tym odarz:
Przymi ji za sługę swego,
Schowaj grzecha śmiertnego
I też skończenia nagłego.
Boć paniami stoji wiesiele,
Jego jest na świecie wiele,
I ot nich wszytkie dobroć mamy,
Jedno na to sami dbajmy.
I toć są źli, czso jim szkodzą,
Bo nas ku wszej czci przywodzą.
Kto nie wie, przecz by to było,
Ja mu powiem, ać mu miło:
Ktokoli czsną matkę ma,
Z niej wszytkę cześć otrzyma,
Prze nię mu nikt nie nagani,
Tęć ma moc każda czsna pani.
Przetoż je nam chwalić słusza,
W kiem jeść koli dobra dusza.

Przymicie to powiedanie
Przed waszę cześć, panny, panie!
Też, miły Gospodnie moj,
Słota, grzeszny sługa Twoj,
Prosi za to Twej Miłości,
Udziel nam wszem swej radości!

Amen.

O pocieszeniu jakie daje filozofia

Ewa Maria Slaska

czyli Consolatio philosophiae

Tak to ja a nie Boecjusz wypowiem się dzisiaj w tę świętą sobotę o pociechach płynących z filozofii. Bo co do Boecjusza to sprawa nie jest pewna, przypuszcza się, że mógł to być jednak jakiś inny filozof, a nie on. To oczywiście szkoda, bo piękna była wizja, że niesprawiedliwie oskarżony i osadzony w więzieniu w Pawii mędrzec, czekając na śmierć, napisał to dzieło, po czym został stracony, zapewne w roku 525. Tak widziano Consolatio przez stulecia, jako dzieło zaświadczające o nieugiętym duchu, odwadze i stoickim spokoju. Wikipedia pisze, że jest to dialog poświęcony poszukiwaniu sensu ludzkiej egzystencji, oceniany jako najważniejsza i najbardziej wpływowa praca z Zachodu na chrześcijaństwo średniowieczne i wczesno-renesansowe, a także ostatnie wielkie dzieło klasycznej starożytności na Zachodzie.

A tu w tę świętą sobotę zamiast Boecjusza odezwę się do Was ja, Ewa Maria Slaska. Wiem, wysoko mierzę, ale zaprawdę powiadam Wam, że to co mi się ostatnio przydarzyło z filozofią, może być pociechą dla każdego intelektualisty, który czyta Dzieła przez duże D i myśli sobie, że nie dorasta, no nie dorasta. Tu Kant, tu Hume, tu Boecjusz, a tu nie przymierzając ja. I co ja Wam mogłabym takiego, nieboraczki, powiedzieć?

A było tak. Dostałam od koleżanki książkę pod tytułem O filozofii uczuć. Wydało ją dwóch uczonych panów w uczonym wydawnictwie, publikując plon konferencji, która odbyła się w Berlinie w roku 1990. Zamyśliłam się, bo książka pokonferencyjna – niech mi wybaczą koleżanki i koledzy naukowcy – nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Na samej konferencji teksty konferencyjne, najczęściej przecież o marginaliach i przyczynkach, są dobre, a nawet świetne, i równie dobrze jest spotkać się po latach z koleżanką, posłuchać, czym się zajmuje, dowiedzieć się czegoś nowego. Ale konferencja w postaci książki z reguły nie spełnia obietnicy, którą daje swym tytułem. Jeśli biorę do ręki książkę pod tytułem O filozofii uczuć, to oczekuję raczej kompendium, zarysu filozofii uczuć od Platona do Gadamera, a nie glos i głosów. No ale dostałam to, co dostałam.

Wracam metrem do domu, wyciągam książkę i zaczynam ją “studiować”, jak to się zawsze robi z nową książką. Klasyczna okładka tak typowa dla tej serii i tego wydawnictwa, w środku piękny, kremowy, gładki papier, obiekt miły w dotyku. Czytam wstęp, który streszcza owo nieopublikowane a pożądane kompendium na 5 stronach – na moje potrzeby jak najbardziej wystarczy. Studiuję spis treści i znajduję coś, co mnie rzeczywiście interesuje. Harald Köhl, Die Theorie des moralischen Gefühls bei Kant und Schopenhauer. Teoria moralnego uczucia? Teoria uczucia moralnego? Nie mogę się zdecydować, która wersja jest lepsza? Zaczynam czytać, nie pamiętając, że to jednak filozofia i to po niemiecku, i że zaraz sobie rozbiję nos o zdania ułożone jak pęk pił zębatymi brzeszczotami do góry. I zaiste, sierra peligroso zaczyna się już na pierwszej stronie. Die theoretische Struktur (…) entsteht dadurch, daß Kant wie auch Schopenhauer drei Fragen systematisch unterscheiden: 1/ die Frage der moralischen Korrektheit oder Akzeptabilität einer Handlung, 2/ die Frage nach ihrem moralischen Wert d.i. die Frage nach dem genuin moralischem Motiv, 3. die Frage nach der moralischen Motivation. Patrzę na te zdania i patrzę, czytam drugi raz, tłumaczę na polski, piły zębate, straszne, a ja tu w metrze, nic nie rozumiem… Pomijam wreszcie te nieszczęsne zdania, czytam dalej… A tu odnośnie punktu 2 nagle informacja, iż  często nawet czyn moralnie niesłuszny może być jednak zgodny z prawem. I nagle satori w metrze! Olśnienie. Punkt 1 – legalność i akceptacja prawna działania. Jest rok 1935, pozbawiamy Żydów ich własności. Prawo dozwala i akceptuje takie działania. Punkt 2 – mam długi u tego dziada sklepikarza, jeśli na niego doniosę, to będzie to czyn egoistyczny i niesłuszny, ale konfiskata żydowskiego sklepu będzie legalna, a mnie załatwi sprawę długów. Mamy więc i akceptację, i egoistyczny motyw moralny.  Jakoś mi to nie wystarcza, wolałabym jednak własne wewnętrzne moralne przekonanie i proszę, punkt 3 – moralna motywacja. Bo przecież jeśli wierzę, że Żydzi finansowymi machinacjami doprowadzili Niemcy do ruiny, to uznam wszak, że odkupienie (cholera, dwuznaczne słowo) od nich ich własności na specjalnych warunkach czyli taniej, jest działaniem słusznym i sprawiedliwym. Patriotycznym. Punkt. 

Patrzę i oczom nie wierzę. Tak to funkcjonuje? Przykładam te trzy punkty do każdego dowolnie wybranego działania. 1. Legalność działania prawnego, bo zawsze można tak ustawić prawo, żeby to, co chcemy zrobić, było legalne. Każda władza tak może. 2.  Niska motywacja czynów zalegalizowanych przez prawo i 3. ich wykładnia z najwyższego rejestru. Każdą obrzydliwą politykę da się tym zmotywować i wyjaśnić. Wszystko, inkwizycję, propagandę anty-gender, pedofilię, zakaz aborcji potworka, nienawiść do gejów i lesbijek, małżeństwa z małymi dziewczynkami, niewolniczą pracę, manipulację pożywienia, doświadczenia na zwierzętach, spokojne pogodzenie się Europy z wojną na Ukrainie, wydanie miasta Kobane na pastwę Państwa Islamskiego, każdy nasz ludzki czyn da się rozłożyć na te trzy fazy oswajania się ze złem.

A dobro? Najpierw nic mi nie przychodzi na myśl. Cały następny dzień chodzę i myślę, co zdarzyło się dobrego? Przecież musiało się też zdarzyć coś dobrego! Wreszcie, eureka, tym razem w autobusie, mam! Niemcy odstąpiły od energii atomowej. To oczywiście na razie plan, ale jednak. Punkt 1 – wydano po temu stosowne prawo. Punkt 2 – istnieje motyw egoistyczny: strach przed katastrofą, zdolną pozbawić bogatą Europę życia, zdrowia i posiadania i żerowanie na tym strachu w celu wygrania wyborów. Punkt 3 – stworzenie sobie image’u najbardziej ekologicznego państwa na świecie.

I taka oto pociecha płynie z filozofii. Wszystko można wyjaśnić, a przeto i wszystko zrozumieć. Szkoda, że czy złe czy dobre, i tak obróci się przeciw nam. Ale na to nie mają wpływu ani Boecjusz, ani Kant, ani Schopenhauer. Tak po prostu jest, a teraz przynajmniej rozumiemy dlaczego – przez punkt 2! Bo pod każdym dobrym działaniem tkwi egoistyczny motyw.

Nie wiem czy Kant i Schopenhauer to właśnie próbowali udowodnić. Przestałam czytać referat z konferencji, a zaczęłam do wszystkiego przymierzać trzy punkty.

Reblog: Otwarty dostęp do nauki

Artykuł ukazał się we wrześniu

Emanuel Kulczycki

Jakiś czas temu obrońcom „jedynej i niezbywalnej jakości nauki” został wytrącony z ręki kolejny argument. Jedno z najlepszych czasopism naukowych na świecie, tj. „Nature Communications”, ogłosiło, że przechodzi na publikowanie tekstów w otwartym dostępie i od tej pory materiały będą publikowane m.in. na licencji Creative Commons BY 4.0. Co to oznacza? Między innymi to, że każdy użytkownik Sieci może nie tylko za darmo i bez technicznych ograniczeń (tzn. bez potrzeby logowania się i zakładania konta) pobrać i przeczytać artykuł, ale może go również przetłumaczyć i bez pytania wydawcy czy autora o zgodę opublikować u siebie w antologii. Dlaczego tak ważne czasopismo (jako jedno z wielu – co trzeba podkreślić) postanowiło zrobić taki krok? To naprawdę proste: przede wszystkim dlatego, że celem nauki i komunikacji naukowej jest jak największa popularyzacja wyników badań. Gdyż dzięki temu nasze społeczeństwa szybciej się rozwijają, a badania finansowane – najczęściej – ze środków publicznych służą tym, którzy je finansują.

Otwarty dostęp do publikacji

Otwarty dostęp do publikacji naukowych jest jednym z kluczowych filarów otwartej nauki. Mówi się o nim i wdraża już od wielu lat. Publikacje naukowe (poza tajemnicami państwowymi itd.) nie powinny być towarem reglamentowanym. Dlatego wszystkie publikacje, które powstają w oparciu o finansowanie ze środków publicznych, powinny być dostępne za darmo dla każdego. Piszę o darmowym dostępie do publikacji i mam na myśli „darmowość” dla ostatniego elementu tego łańcucha – czyli dla zwykłego czytelnika. Nie ma bowiem co się oszukiwać: ta darmowość musi kosztować i koszty tego musi ktoś ponosić. Otwarty dostęp jest możliwy przede wszystkim dzięki rozwojowi technologii – i jeżeli ktoś obraża się na „internetowe zasoby” oraz „darmowe bazy danych”, to przypomina piętnastowiecznych mnichów ze scriptorium, którzy obrażali się na ruchomą czcionkę Gutenberga.

Publikowanie w otwartym dostępie ma swoje „lokomotywy”, takie jako BioMed Central (w Wielkiej Brytanii) czy Public Library of Science (PLOS) w Stanach. W ten sposób zmienił się model finansowania kluczowych dla nauki czasopism: do tej pory były finansowane głównie przez subskrypcje opłacane przez biblioteki uniwersyteckie. W modelu open access (a dokładnie w tzw. „złotej drodze”) koszty opublikowania tekstu zostają przerzucone na konkretnego naukowca – który oczywiście najczęściej nie płaci z własnej kieszeni, lecz z funduszy grantowych czy uczelnianych.

Ktoś może powiedzieć, że zarówno BioMed jak PLOS są nowymi instytucjami o jeszcze nieugruntownej renomie (co byłoby całkowitym minięciem się z danymi). Moglibyśmy przyjąć taki argument; ale jak wówczas poradzić sobie z faktem, że najstarsze towarzystwo naukowe na świecie – tj. Royal Society (Towarzystwo Królewskie) ogłosiło uruchomienie nowego otwartego czasopisma „Royal Society Open Science”.

W przyszłym roku minie 350 latach od powstania – właśnie w ramach Towarzystwa Królewskiego – pierwszego czasopisma naukowego o nazwie „Philosophical Transactions”. Towarzystwo Królewskie rozpoczęło wielką rewolucję w nauce (bo tak trzeba postrzegać powstanie czasopism naukowych). Teraz ma szanse wesprzeć trwające już zmiany; a jak widać ma taki zamiar, gdyż pisze wprost: „Mamy nadzieję, że Royal Society Open Science pokaże nasze nieustające wsparcie dla publikowania w otwartym dostępie i zaangażowania w publikowanie wyników badań, które służą nauce i ludzkości”.

Co takiego umożliwia otwarty dostęp do publikacji?

Aktywnych naukowców nie trzeba przekonywać do tego, jak ważny jest dostęp do literatury i wyników najnowszych badań. Chociaż nasze biblioteki akademickie robią co mogą, to i tak wciąż napotykamy mnóstwo barier (finansowych!), jeśli chcemy być na bieżąco z najnowszymi książkami i artykułami. A nie da się uprawiać nauki nawet na przyzwoitym poziomie, bazując na publikacjach, które nie są przedmiotem żywych dyskusji.

Naturalnie można wskazywać bardzo wiele zalet otwartego dostępu do publikacji (chociażby promocja własnych badań, potencjalny wzrost cytowań a przez to wskaźników bibliometrycznych służących do oceny naukowców). Warto jednak spojrzeć na tę całą sytuację w szerszym kontekście, tj. nie z perspektywy naukowca, lecz normalnego obywatela-​podatnika. Ta bowiem perspektywa sprawia, że wszystkie badania finansowane z nowego programu unijnego Horyzont 2020 (a także np. wszystkie badania prowadzone i finansowane ze środków budżetowych w Wielkiej Brytanii) będą musiałyby być udostępnione w otwartym dostępie.

Jeżeli podatnicy finansują badania naukowców, to powinni mieć dostęp do wyników owych badań. Obecnie natomiast bardzo często sprawa wygląda tak, że naukowcy otrzymują finansowanie, a następnie publikują artykuły i książki w taki sposób, że dostęp do nich jest płatny. Biblioteka zatrudniająca danego naukowca musi kupić dostęp do tych pozycji, aby koledzy naukowca mogli z nich korzystać. Podatnik również musi zapłacić za książkę wydawnictwu, chociaż przecież wyniki zawarte w tej książce zostały sfinansowane ze środków publicznych.

Nie chodzi o to, żeby zablokować możliwość sprzedawania książek i czasopism. Wręcz przeciwnie! Chodzi o to, aby np. oprócz owej wersji papierowej czy elektronicznej sprzedawanej w wydawnictwie można było pobrać (np. ze strony repozytorium instytucjonalnego) darmową wersję owej publikacji.

Otwarty dostęp to śmierć jakości

Przeciwnicy otwartego dostępu podnoszą wiele argumentów przeciw takiemu podejściu do komunikacji naukowej. Najczęściej podnoszonym jest coś, co ja nazywam „Argumentem ze śmierci jakości”. Okazuje się bowiem, że dla przeciwników otwartego dostępu to, że coś jest opublikowane w taki sposób, oznacza, że tych wyników nikt nie chciał gdzie indziej (powinniśmy niby to rozumieć tak: w zamkniętym, czyli prestiżowym wydawnictwie).

Oczywiście wszędzie tam, gdzie są ludzie i pieniądze, pojawiają się wszelkiej maści patologie. Tak też i jest z otwartym dostępem – powstają bowiem tzw. drapieżni wydawcy. Są to firmy, które zakładają wiele czasopism, pobierają od autorów opłatę za publikację i publikują wszystko jak leci – najczęściej bez procesu recenzyjnego. Takie patologie opisuje i śledzi m.in. Jeffrey Beall na swoim blogu Scholarly Open Access.

Sprawa drapieżnych wydawców jest oczywiście poważna – jednakże deprecjonowanie otwartego postępu z tego powodu, przypominałoby deprecjonowanie najlepszych winnic we Włoszech, gdyż w Polsce robi się tanie wyroby winopodobne.

Otwarty dostęp a „sprawa polska”

W Polsce debata na temat otwartego dostępu i otwartej nauki… powoli się toczy. Można nawet powiedzieć, że przyśpieszyła, aczkolwiek wciąż pojawiają się różne przeszkody. To, jak aktualnie wygląda otwieranie nauki, widoczne jest w najnowszym raporcie przygotowanym przez ICM UW pt. Otwarta nauka w Polsce 2014. Diagnoza.

Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi konsultacje na temat Planu wdrożenia otwartego dostępu do treści naukowych w Polsce. Konsultacje na temat otwartości są… zamknięte i ograniczone do wyznaczonych podmiotów. Dlatego zwykły naukowiec może zapoznać się jedynie z oficjalnymi stanowiskami odpowiednich instytucji, które na swych stronach zamieściły opinie. Tak uczyniło np. Narodowe Centrum Nauki czy Polska Izba Książki. I tak jak opinia NCN-​u jest stonowana i wyważona, tak opinia PIK-​u jest po prostu absurdalna. Na szczęście już pojawiły się polemiki z tym stanowiskiem, które – co zasługuje w pełni na uznanie – PIK zamieściła na swojej stronie. Jedną z odpowiedzi napisało wydawnictwo De Gruyter Open, które podkreśliło:

Ubolewamy, że PIK, mająca służyć polskim wydawcom, przyjęła tak zachowawczą i zaściankową postawę, oddalającą polską branżę wydawnictw akademickich od nowych trendów na rynku światowym. Nasze wydawnictwo (pod poprzednią nazwą Versita) było członkiem PIK, ale zrezygnowało z członkostwa widząc brak zainteresowania, brak zrozumienia, a nawet wrogość PIK wobec modelu OD.

Za kilka tygodni ma odbyć się konferencja podsumowująca dotychczasowe konsultacje i opinie, które spłynęły do MNiSW. Przyznaję, że nie mogę się doczekać lektury tych dokumentów i sprawozdań.

Historycy, obudźcie się!

Napisałem, że stanowisko Polskiej Izby Książki jest absurdalne (De Gruyter Open nazwało to stanowisko zachowawczą i zaściankową postawą – to chyba taki delikatny eufemizm). Skoro tak mocnego słowa użyłem w stosunku do PIK-​u, to nie wiem, co mi pozostanie, aby określić wypowiedź prof. Jana Szymczaka, prezesa Polskiego Towarzystwa Historycznego, która została wygłoszona na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie. Prof. Szymczak powiedział (film poniżej):

Uważamy, że pewnym zagrożeniem dla polskiej humanistyki staje się tzw. otwarty dostęp – jak nazywa to Ministerstwo Nauki – będący w zasadzie próbą zlikwidowania rozwoju badań z jednym z najważniejszych jego cech, jaką jest krytyka naukowa, ale także poszanowanie dla praw autorów, badaczy do wyników ich badań.

Powyższą wypowiedź chyba trzeba nazwać wprost: jest to wyraz absolutnego niezrozumienia i/​lub niekompetencji. Nic tak nie sprzyja krytyce naukowej, jak dostęp do publikacji. Może część historyków nadal uważa, że najlepiej opublikować monografię w nakładzie 100 egzemplarzy i rozprowadzać ją po zaprzyjaźnionych czytelniach. Wówczas rzeczywiście krytyka naukowa będzie prawdziwa, bo od prawdziwych przyjaciół. Jednakże prawdziwa nauka – o czym już 350 lat temu wiedzieli członkowie Towarzystwa Królewskiego – opiera się na ocenie eksperckiej. I nie ważne kto jest tym ekspertem – ważne jest to, na czym się zna i czy ma dostęp do publikacji.

Również drugi argument, jakoby otwarty dostęp nie był „poszanowaniem” praw autorów i badaczy jest całkowicie bałamutny. Bo niby w jaki sposób rodzaj dostępu do publikacji miałby łamać prawa autorów? Może ktoś wciąż myśli, że „jak będzie w internecie, to ktoś to ukradnie”. Tylko że – ponownie – jest to wyraz niezrozumienia współczesnego systemu autorsko-​prawnego oraz tego, jak działa współczesna Sieć.

Okazuje się jednak, że takie niezrozumienie nie jest tylko domeną historyków. W bardzo ciekawym artykule Kariery lewarowane opublikowanym w „Polityce” prof. Leszek Pacholski – analizując różne patologie – napisał: „Moda na open access (publikowanie wyników prac naukowych w otwartych czasopismach w internecie) sprawiła, że zupełnie zapomniana o trosce o jakość”. W żaden sposób nie potrafię się z tym zgodzić, gdyż taka opinia brzmi niczym: „Moda na wbijanie gwoździ młotkiem sprawiła, że zupełnie zapomniano o trosce o ładne paznokcie”. Zakażmy używania młotków, gdyż można zrobić sobie krzywdę. Przecież otwarty dostęp do wyników badań jest tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Jeżeli będziemy nasze opinie budować tylko na skrajnych przypadkach i patologiach, wówczas dobrze na tym nie wyjdziemy. Okaże się, że każdy naukowiec to patologiczna jednostka, która chce wszystkich oszukać.

To nieprawda, że wielokrotne powtarzanie nieprawdziwych słów, czyni z nich prawdę. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim odsłania niekompetencję wypowiadających.


Powyższy tekst powstał z inspiracji (1) dyskusji zainicjowanej na Facebooku przez Marcina Wilkowskiego z Historii i Mediów oraz (2) dyskusji z Romanem Sidorskim – redaktorem Histmag. org.

Miejsce pierwotnej publikacji: Histmag​.org

Zdjęcie: kshelton – Public Domain

Głos krytyczny w dyskusji na temat otwartego dostępu podczas XIX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich w Szczecinie, w dniach 17-21 września 2014 roku; uwaga: tekst znajduje się na samym początku nagrania, potem są marynarskie szanty.

A tu prof. Maria Poprzęcka na rzecz otwartej nauki:

In Archiven und Museen (2)

Dorota Cygan

Marbach. Mal schnell in die Stadt und schon zurück im Archiv

 marbach5
In diesem Turm wohnte kein Dichter, der wahnsinnig geworden ist (in welchem denn und wo dann?), die Leser dürfen ohne andächtiges Schweigen den Anblick genießen.

(Erklärung: die Autorin meinte den Dichter Friedrich Hörderlin, geb. 1770, gest. 1843, der wahnsinnig geworden ist und 35 Jahre in einem Turm in Tübingen verbrachte.)

Und drunter: Vielleicht klärt mich jemand auf, ob es der schwäbische Pragmatismus ist, Mauern in die Häuser zu integrieren – oder vielleicht eine weit verbreitete historische Baupraxis?

 marbach7

Und schon wieder im Literaturarchiv.

Ich nehme an, dass diese Plastik darunter jedem sehr nahe steht, der schon mal mehrere Stunden und Tage hintereinander hier las und glaubte, die Augen würden ihm bald herausfallen. Dabei war es nur die Brille, die sich auf einmal verselbständigte und tanzte.

marbach8

marbach9

Wahrscheinlich lag dem ein demokratisches Prinzip zugrunde: Jeder Mitarbeiter des Archivs sollte gleich viel Licht in seinem Büro haben und ins Grüne hinaus gucken. Wir Benutzer haben freilich immer das Gefühl, ALLE sehen uns, wenn wir wieder einmal zu spät ins Archiv kommen.

marbachnoca

LiMoLiteraturmuseum der Moderne im geheimnisvollen Nachtgewand. Würde man es jetzt indiskret lüpfen, wäre man Zeuge der höchst privaten, epochenübergreifenden Kontakte zwischen Schriftstellern, Kritikern, Objekten und allerlei „Ismen“. Das nenne ich eine Party!

marbachsordek2

Oben und unten. Exklusive Fotos nur für Euch: Lesesaal von außen – das Fotoverbot (von innen) wird selbstverständlich eingehalten. Leser erzählen sich Anekdoten, wer alles schon beinahe eingeschlossen worden ist, weil er sich zwischen den Buchregalen festgelesen hatte und im letzten Augenblick bemerkt worden ist.

marbachsordek1

marbachsordek3So nüchtern wie dieser Eingang wirkt auch der Handschriftenbereich (Tiefgeschoss). Damit ist sichergestellt, dass die Schönheit des Raumes (also die Form) nicht die Schönheit der Archivalien (also den Inhalt) überdeckt.

lesesaalmarbach

Sancta sanctorum – Handschriftenlesesaal
Ich weiß selber nicht, warum ich mich in dem Fall der Wahrheit verpflichtet fühle und Euch das echte Foto vom Handschriftenlesesaal zeige. Ich könnte doch viel besser fabulieren: Den Handschriftenlesesaal erfüllt der Schein alter Möbel und alter Gegenstände, durch alte Fenster schimmert in der Sonne der alte Staub und die alten Archivare gehen am Stock und können sich noch detailliert an ihr letztes Gespräch mit Thomas Mann, nein, mit Franz Kafka erinnern… Nö. Warum sollt Ihr eigentlich die Sache weniger nüchtern sehen als ich? Das wäre ungerecht.

skarpetkischilleraUnd dort. Ja! Zum Beispiel Schillers Socken!
In der Kunstbibliothek in Berlin darf man viele alte Bücher nur mit weißen Handschuhen anfassen. In Schwaben gönnt man das eigentlich nur Schillers Socken. Gut so. Allerdings wäre der Anblick interessant: Benutzer tippen in weißen Handschuhen Briefe und Handschriften ab. Tradition und Modernität. Soll ich das vielleicht anregen?

marbachsordek4

Hier wohnen wir alle – Schnüffler, Buchfetischisten und manische Literaturdeuter. Eingeschlossen in den Mönchszellen. Ihre schlichte, aber interessante Innenarchitektur folgt dem demokratischen Prinzip – auch übrigens die Platzierung der Gäste. Ich durfte vier Wochen lang meinen Lärm einem hochverdienten älteren Professor zumuten.

marbachsordek5

Lemberger oder Trollinger – wenn es der Wein von hier sein sollte. Die Marbacher selbst trinken eher den edlen Italiener oder reden sich aus.

Prost!

In Archiven und Museen

marbach6Dorota Cygan

Magie der vergilbten Papiere

Unser ausländisches Interesse an deutscher Kultur braucht eine Konkretisierung in etwas Fassbarem: Es erfreut sich an dem, was materiell ist und sinnlich erfahrbar. Da die generationenschweren Dachbodenschätze unserer Großeltern keine deutsche Signatur tragen, fühlen wir uns besonders wohl an einem Ort, wo das kulturelle Gedächtnis in besonderer Weise aufbewahrt, mit Signatur versehen und kultiviert wird – in Museen und Archiven. Zugegeben, das moderne…

Denkt nicht, dass das Leben eines
Archivbenutzers mit Rosen gesäumt ist.
Das ist der steile Weg zum Tageserfolg …

… Ausstellungswesen zeichnet heutzutage eine besondere Lebensnähe aus: Schillers Socken, Taufhemdchen von Thomas Mann, Kafkas auf Reisen verlorener Löffel oder Rechnungen mit Gedichtzeilen haben erfolgreich die Totenmasken und Fotos von Grabsteinen abgelöst. Ehrwürdige Museen oder Archive müssen sich freilich mit solchen Exponaten nicht schmücken, sieht der Bildungsbürger doch nach wie vor in der Pflicht, etwas für die Erhaltung der Kulturgüter zu tun und seine 100 Euro pro Jahr für Museumsbesuche auszugeben.

marbach1Marbach: Das Museum-Archiv-Komplex im Hintergrund; das ist eine optische Täuschung Schiller-Archiv thront nicht über der Stadt – eher liegt es vornehm-abseits und verlangt von den Besuchern, dass sie sich zu ihm bemühen.

Und wie ist es mit uns Ausländern? Was ist etwa an Handschriften so spannend, dass man freiwillig bei gutem Wetter in geschlossenen Räumen eines Literaturarchivs sitzt und die unmögliche Schrift eines längst verstorbenen Monomanen entziffert? Was ist spannend an diesen unzähligen Blättern rissigen Papiers mit Durchstreichungen, Altersflecken, vergilbten Rändern, überschriebenen Passagen, handschriftlichen Anmerkungen und flüchtigen Zeichnungen? Und was ist, wenn sie von den Autoren selbst verworfen wurden und nur durch die Böswilligkeit von Witwen oder ignoranten Kindern ans Archiv verkauft wurden und jetzt den Dichter kompromittieren? Wie weit soll man sich dem natürlichen Voyeurismus hingeben? Die Alltagslügen enttarnen? Randphänomene des Schreibprozesses studieren, um aus den Abfällen des kreativen Vorgangs eine revolutionäre These zu basteln? Assoziative Ketten zerlegen und mit der zeitgenössischen Logik neu begründen? Warum will man sich das antun? Um der Wahrheit willen? Na, eher um zu zeigen, dass die Literaturwissenschaft nicht bloß das Stiefkind der Literatur ist, sondern neben ihr ebenbürtig thronen kann. Niemandem ist es ja entgangen, dass sich die Germanistik seit Jahren Denkmäler setzt. Etwa mit der Geschichte ihres Faches.

marbach2Das Schiller-Nationalmuseum strahlt so viel Würde aus, wie ihm der Geist der Zeit um 1910 verlieh. Wir haben im Prinzip nichts dagegen, dass diese Würde nun auch auf uns ausstrahlt.

In der Tat kann man nur zu leicht der Versuchung erliegen, den Dichter vom Sockel zu zerren, sobald man seine Entwürfe schwarz aus weiß sieht. Nun, das trifft gleichermaßen Forscher im Inland wie im Ausland. Die Praxis beweist aber vielfach, dass ausgerechnet ausländische Germanisten gern quellenbezogen arbeiten, wenn sie diese Möglichkeit bekommen. Sonst, wer in entlegenen Ländern wohnt, ist auf die Sekundärliteratur angewiesen und seine Forschung orientiert sich mehr an der Theorie – und damit mehr an der Germanistik als an der Dichtkunst selbst. Der Umgang mit Rohmaterial wie Primärliteratur und Handschriften ist zunächst in dieser ungefilterten Form nicht so praktisch wie die Sekundärliteratur, wo die Zusammenhänge bereits hergestellt und Lücken mit entsprechendem Infomaterial geschlossen wurden und man sie nur noch mit eigenen Worten wiedergeben muss. Und doch beweist die Zahl der jährlich im Marbacher Literaturarchiv getätigten Recherchen ausländischer Forscher, dass diese Art von Arbeit als besonders intensiv und attraktiv empfunden wird.

marbach3Neckar, der Fluß der Dichter.
Man will es nicht glauben, aber vom Archiv läuft man bis hierher schon eine runde Stunde. Man weiß allerdings auch, wofür…

Warum sitzen sie also jetzt nicht alle in Marbach? Wohl, weil sie noch nicht wissen, was alles sie dort finden können, scheint mir. Ich habe dort einmal Briefe des polnischen Nobelpreisträgers an seine erste Übersetzerin gefunden. Gut versteckt im Nachlass ihres Mannes, der eine wichtige Figur im Zeitungswesen war. Im Grunde also sind es die Bestände selbst, die jede Argumentation überflüssig machen: Der ganze Berg unter dem Archiv beherbergt das Magazin mit Handschriften je nach Gusto – samt den dazugehörigen Werkausgaben, Widmungsexemplaren, Zeitungsausschnitten, Filmen, historischen Aufnahmen, Rundfunksendungen und sogar Hausrat. Alles in allem 800.000 Bücher, 200. 000 Kunstobjekte, 50 Mio. Blatt Papier, 11.000 Nachlässe von Schriftstellern und Gelehrten, die einen hierher verlocken. So hilfreich die historisch-kritischen Werkausgaben auch sind, sie ersetzen nicht den sinnlichen Umgang mit angegriffenem Papier. Hätten sonst gebückte Germanisten bei gutem Wetter hier gesessen? Sei es nur, um die Epoche zu verstehen: finanzielle Not des Autors, der auf billigstem Papier schreibt, Papierknappheit um 1945, Statusverbesserung durch eine Schreibmaschine oder demütigende Verhandlungen um das Zeilenhonorar für Rezensionen und sonstige Zeugnisse der Reibungen zwischen Verlegern und ihren Autoren – alles Bezüge, die sich einem viel besser erschließen, wenn man die Informationen nicht aus dritter Hand bekommt.

Nein, das ist weder Schillers Geburtshaus noch das seiner Mutter. Das müssen die Leser schon selber ergoogeln. Ich bekenne mich nicht zu irgendeinem Bildungsauftrag. Zumal ich noch in keinem von beiden drin war.

Einer Gesprächspartnerin habe ich daher gestern eröffnet, was mir als Krönung meiner eigenen Lebensleistung vorschwebt: Sollte ich doch meine längst überfällige, durch Jahrhunderte verschüttete Doktorarbeit jemals zu Ende schreiben, lasse ich sie auf gelblichem Papier drucken. Inhalt und Form werden so übereinstimmen. Und für mich wäre das ohnehin die kostbarste Archivalie. Was lacht Ihr mich aus? Perlen werden auch nur noch gezüchtet.

In einer Woche, nochmals Marbach
und ein Rätsel.
Fotos – Autorin

Dziecko włóczęga

wloczega okladkaDobraTen tekst z 1922 roku uraduje Czytelnika przede wszystkim nowoczesnością spojrzenia na problemy opieki nad dziećmi wymagającymi specjalnego starania. I choć wiele z opisanych tu problemów straciło na aktualności, a wiele rozwiązań proponowanych przez autorkę wprowadzono już do systemu działania Urzędów do Spraw Młodzieży, tekst ten nadal wart jest przeczytania i pomyślenia.

Autorka wraz z Danutą Zylberową założyła i od roku 1908 prowadziła pierwszą w Polsce szkołę dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. 

Dziękuję Tomaszowi Fetzkiemu za udostępnienie mi tego artykułu.
Zachowałam pisownię i interpunkcję oryginału.

prababciaEugenia Lublinerowa

Dziecko włóczęga

Wzrastająca z dniem każdym przestępczość wśród małoletnich, pobudziła umysły specjalistów do zajęcia się doszukiwaniem przyczyny tych objawów
i środków, któreby ten stan rzeczy zmieniły na lepsze.
Badano chłopców zatrzymanych przez policję
i okazało się, że 68% z nich to włóczęgi.

Strona z książki, Czy wiesz kto to jest,
wydanej w roku 1932
pod redakcją Stanisława Łozy.

Część tych włóczęgów była faktycznymi, część potencjalnymi przestępcami. Niewielki odsetek tych dzieci miał czystą przeszłość.
Bez względu na to, z jakiej przyczyny dziecko stało się włóczęgą i jaki rodzaj przedstawia ono pod względem umysłowym lub moralnym, fakt, że o ile tylko dom rodzicielski dobrowolnie lub pod przymusem, nie dostarczy włóczędze środków do życia, musi on żebrać, kraść a nawet i mordować.
Jest to naturalna kolej rzeczy; od włóczęgi rozpoczyna się zazwyczaj moralny upadek dziecka.
Jeden z wychowańców domu poprawczego bardzo trafnie określił i opisał etapy tego staczania się w przepaść występku. Na zapytanie, dlaczego popełnił przestępstwo, odpowiedział ogólnikowo, że biedaka zmusza do tego nędza.
Najpierw żebrze o jałmużnę, lecz mu odmawiają. Naturalnie nie ma co jeść. Jakiś czas jest głodny, więc zaczyna potrochu kraść. Następuje coraz większe rozgoryczenie – zaczyna rabować. Cóż biedak ma robić, jeżeli nie umie pracować?
Zdarzają się nieliczne przypadki, że włóczęga co nie co zarobi; ale te jego zarobki nie są ani stałe ani wystarczające na zaspokojenie tych jego niewielkich potrzeb.
Podciągnięte pod ogólne miano, „dzieci włóczęgi“, nie przedstawiają wcale jednolitego materiału.
Chęć do włóczęgi obserwujemy u umysłowo-chorych, u idjotów antispołecznych i melancholików.
Uczucie strachu, t. zw. „etat fugetit“, jest bardzo często przyczyną bezplanowej i bezcelowej ucieczki. Pod wpływem tego uczucia strachu, chęć ucieczki zjawia się raptownie w zupełnej niezależności od poprzedniego nastroju. Podczas takiego napadu strachu, nie istnieją dla nich żadne przeszkody. Nic nie jest w stanie powstrzymać ich od ucieczki. Oni tych przeszkód nie widzą i nie czują.
Objawy takie spotykamy i u tych chorych, u których ataki epileptyczne nie występują wyraźnie to t. zw. „padaczka ukryta” (epilepsie larwé). Ta postać padaczki zdarza się często u chłopców, zarówno jak u dziewcząt od 14-18 lat.
Chorzy ci uciekają bez przyczyny z domu, wałęsają się po drogach, nocują pod gołym niebem. Istoty te różnią się od włóczęgów tem tylko, że nie wiedzą  d l a c z e g o uciekli,
d o k ą d   i   p o c o. Zeznania takich chorych nie mają znaczenia, gdyż ani oni sami, ani nikt nie jest w stanie domyślić się, co było w rzeczywistości, a co było tworem ich chorobliwie pobudzonej wyobraźni. Między włóczęgami spotykamy nieraz dzieci zdrowe moralnie i fizycznie, gdzie tylko specjalnie nieszczęsne warunki sprawiły, że dziecko, zupełnie moralne, stało się włóczęgą. Np. w moskiewskim przytułku znajdował się 8-letni chłopczyk, o miłej, ufnej, dziecinnej twarzyczce. Był on tak towarzyski, że półgodzinna znajomość wystarczała na to, aby chłopiec przyjacielsko rozmawiał z gościem i żeby dawał szczere odpowiedzi na zadawane mu pytania.
Wywiad z nim przyniósł bardzo ciekawe dane. Chłopiec dawno stracił ojca. Matka, która prowadziła rozwiązłe życie, nie chciała go żywić więcej, gdy miał 5 lat. Aby się pozbyć dziecka, wyrzuciła go z mieszkania. Chłopiec, pozbawiony dachu, poszedł do wuja, który się nim opiekował w ciągu 2 lat. Gdy i ten wymówił mu gościnę, chciał wrócić do matki, ale tu natrafił na tak gwałtowną opozycję z jej strony, że uciekł, bojąc się postradać życie. Wałęsał się biedny 7-letni chłopiec po okolicy, żyjąc z jałmużny. Wreszcie przyjął posadę przewodnika żebraka, który udawał niewidomego.
Pomieszczony w przytułku zdawał się być zadowolony ze zmiany warunków, to też sprawował się przykładnie i nigdy nie miał ochoty uciekać.
Jeden z niemieckich pedagogów opisuje ciekawe a smutne dzieje chłopca-włóczęgi, zupełnie normalnego zarówno moralnie jak i fizycznie. Chłopiec ten, zdrów, dobrze zbudowany, silny ale niezdolny do nauki, przebywał w szkole normalnej. Rozumie się, że pomimo pilności i staranności postępów w nauce należytych nie robił. Nauczyciel, nie wchodząc w przyczynę tego braku postępów, stawiał mu złe stopnie i zatrzymywał go na drugi rok w każdej klasie. Ojciec karał go w okrutny sposób za złe cenzury, przypuszczając, że tego rodzaju pedagogiczne zabiegi wpłyną na poprawę. Chłopiec bity w domu, prześladowany w szkole przez nauczyciela i wyśmiewany przez kolegów, nie mógł już dłużej znosić tych tortur i postanowił uciec. Wałęsał się jakiś czas po polach i lasach w okolicy, żywiąc się skradzioną i wyżebraną strawą, ale to trwało nie długo. Wkrótce został on ujęty przez policję i odprowadzony do domu. W domu został ukarany za ucieczkę i zmuszony do powrotu do szkoły.
Zaczęły się znów przykrości i prześladowania. Chłopiec uciekał kilkakrotnie i zawsze z takim samym rezultatem. Im był starszy, tem bardziej cierpiała jego ambicja. Przykro mu było, że on, chłopiec już pod wąsem, nie mógł nauczyć się tego, co z łatwością przychodziło jego znacznie młodszym kolegom. Jedyny dostępny dla niego ratunek, to ucieczka – ale i ta go zawiodła. Dyrektorowi szkoły znudziły się wreszcie jego ciągłe ucieczki. Postarał się poznać chłopca gruntownie, zbadać jego warunki życia i uchwycić przyczyny tego postępowania. Zorientowawszy się w sytuacji, poradził umieścić chłopca w jakimś odległym internacie, dokąd nie dosięgła fama jego złej opinii.
Rada była dobra. Chłopiec w internacie odżył, nabrał humoru i pewności siebie. Brak zdolności rekompensował nadzwyczajną pracowitością i sumiennością. W tych warunkach mógłby łatwo ukończyć szkołę i przygotować się do zawodowej pracy, gdyby nie fatum, prześladujące owego chłopca. Nauczyciel internatu, widząc jego nienaganne sprawowanie, chciał wiedzieć, co było powodem wydalenia chłopca z domu i w tym celu przeprowadził korespondencję z zarządem szkoły, do której chłopiec uczęszczał poprzednio.
Nie ma w tym nic złego, że nauczyciel chciał poznać przeszłość swego wychowańca, ale źle, gdy list zawierający tajemnicę zawodową, dostanie się do niepowołanych rąk – jak w danym przypadku – żony nauczyciela.
Osoba ta, kontentna, że złapała sensacyjną wiadomość, opowiedziała ją sklepikarce. Gdy chłopiec zjawił się następnego dnia w sklepiku, właścicielka obrzuciła go wymysłami, dając poznać, że jest ona w posiadaniu tajemnicy jego nieszczęsnej przeszłości. Fakt ten zmusił chłopca do ponownej ucieczki. W ten sposób chłopiec, który nie miał w zupełności skłonności po temu, stał się mimowoli włóczęgą.
Między włóczęgami znajdujemy też takie normalne umysłowo dzieci, które kiedyś popełniły jakieś choćby nie wielkie przestępstwo i dzięki ucieczce uniknęły odpowiedzialności za swoje czyny. Dzieci te zmieniają z konieczności ciągle miejsce pobytu, widząc w każdym przechodniu ajenta, który chce je pozbawić wolności.
Między włóczęgami są też i dzieci zdrowe moralnie i fizycznie. Mają one dobre warunki domowe, tak że nie to powoduje konieczność włóczenia się i mają one nawet z gruntu dobry charakter – ale w ich czynach jest typowy dziecinny sposób postępowania i rozumowania, jest nawet i krasa młodzieńczego nie obmyślanego czynu. Dzieci te mają taki pociąg do włóczenia się, że mają faktycznie wstręt do zamkniętej przestrzeni: jest im tam ciasno i duszno. Szukają one coraz to nowych wrażeń, chcą zmieniać ciągle miejsce pobytu, aby zaspokoić swoją ciekawość. Profesor Benedikt twierdzi, że bywają indywidua, skłonne od urodzenia do włóczęgi, tak jak całe narody, nawet rasy całe, które nie są w stanie życia osiadłego prowadzić.

Dziecięca ruchliwość jest w dzieciach-włóczęgach nadmiernie rozwinięta. Ruchliwość tę daje się czasem opanować przez wychowanie – ale nie zawsze. Manja ta spotyka się we wszystkich bez wyjątku sferach. Działa tu pewna neurastenia, która przeszkadza danemu osobnikowi zarabiać na swe utrzymanie za pomocą spokojnej pracy.
Jest to pewne osłabienie woli, które sprawia, że praca jest możliwa tylko wtedy, kiedy dany osobnik znajduje się w specjalnie dla siebie korzystnych warunkach. Aby móc taki rezultat osiągnąć – należy ujarzmić wolę chłopca; krępować jego samodzielność.
To ciągłe podniecenie nerwowe chłopca-włóczęgi sprawia, że praca spokojna jest niemożliwa. Nie uczy się więc dobrze w szkole, gdyż samo spokojne siedzenie jest ponad siły; nie może dobrze uważać na lekcjach, nie odrobi zadanych lekcyj. Jako zły uczeń niechętnie uczęszcza do szkoły i radby ją zamienić na inną. Ale i w innej długo nie pozostanie. Zaczyna od tego, że opuszcza szkołę – wojażuje, włóczy się po okolicy, płata figle, wyrządza psoty. Z początku powraca do domu, aby jeść i aby spędzać noc pod dachem – i tak długo, póki jest jaki kontakt z domem, a zwłaszcza, póki jest jakakolwiek pomoc ze strony domu, póty może włóczęga nie wchodzić w kolizję z prawem. Z chwilą, kiedy zrywa zupełnie z domem rodzicielskim, i zaczyna żyć własnym przemysłem, staje się żebrakiem a nawet złodziejem. Przy nauce rzemiosła powtarza się to samo co było w szkole. Nie jest w stanie wytrwale pracować, wzbudza niezadowolenie majstra – a to znów wpływa na jego rozgoryczenie. Pod wpływem tego nastroju zmienia miejsce, często nawet zmienia fach i znów za każdym razem powtarza się to samo.
Te typy włóczęgów, które chcą i mogą zarobić na swoje utrzymanie, są mniej szkodliwe. Tak samo nieszkodliwy będzie włóczęga, pochodzący ze sfery zamożnej, który ma zapewnione utrzymanie.
Charakterystyczne cechy włóczęgów są to: sympatyczne obejście i różne towarzyskie zalety. Są oni mili i przeważnie nikomu krzywdy nie wyrządzą. Mogą być nawet uczciwi. Mało mają potrzeb; łatwo mogę rezygnować z osobistych wygód. Znoszą głód, chłód i pragnienie nieraz z zadziwiającą wytrwałością. Ale nawet ci, którzy doszli do pewnego poziomu intelektualnego, nie pozbyli się swych wad. Pracują zawsze niewytrwale i niesystematycznie, lubią ciągłe zmiany. Inni znów mają przesadne dążenie do swobody, a zwłaszcza do przygód. Działa tu chorobliwie rozbudzona wyobraźnia.
Dziecko przejmuje się i zachwyca opisami przygód różnych podróżników. Pochłania chciwie książki zawierające te opisy. Żadne, choćby najgenialniejsze utwory literackie, nie są w stanie konkurować z temi książkami; wszystko jest nudne: i szkoła i książka, a zwłaszcza dom rodzicielski.
Oni lubują się w przedstawieniach kinematograficznych, które jeszcze bardziej niż książki, pobudzają ich wyobraźnię. Chłopiec chciałby naśladować bohatera filmu. Działa tu wrażliwość, pobudliwość, a zwłaszcza chęć zwrócenia na siebie uwagi.
O ile obserwujemy dziecko, które z tych lub innych powodów musi zmieniać miejsce swego pobytu, któreby chciało ciągle biegać w nieznaną dal, to dojdziemy łatwo do wniosku, że mamy do czynienia z psychopatologiczne, dzieckiem. Ten niepokój, to pobudzenie nerwów, są to objawy chorobliwe. Wagabundzi – to po większej części umysłowo niedorozwinięci. Solier w swym dziele „Psychologia de l‘idore et de l’imbleile” charakteryzuje te dzieci w sposób następujący: Są między niedorozwiniętymi dzieci, które, nie zważając na żadne napomnienia i wysiłki nie dają się nakłonić do pracy. Przez całe dnie chodzą bez zajęcia, gapią się na to, jak inni pracują. Nieraz nawet taki niedorozwinięty włóczęga, daje rady i wskazówki ludziom pracującym, napotkanym przygodnie na drodze, jakby najlepiej tamci swoją robotę wykonać mieli, a sami nabierają o sobie przekonania, że są bardzo czynni, gdyż plączą się każdemu pod nogami.
O ile umysłowo normalni, dotknięci manją włóczęgostwa, pracują źle i niechętnie, to niedorozwinięci wagabundzi nie pracują wcale. Niedorozwinięty wagabunda wychodzi z domu i idzie przed siebie, ale sam nie wie dokąd idzie i z czego po drodze będzie żył. Nieraz tacy niedorozwinięci uciekają z przytułków – w towarzystwie kolegów dotkniętych tą samą manją. Wędrują nocami, a we dnie ukrywają się. Chłód i głód każą im udawać, że chcą pracować- ale ledwo dostaną oni strawę i nocleg u majstra lub u gospodarza we wsi, uciekają nad ranem w świat. Nie można takiego włóczenia się tłómaczyć dążeniem do swobody, dzieci takie uciekają nie tylko z przytułków, gdzie jest pewien rygor i gdzie prowadzą życie monotonne, nie urozmaicone – ale nawet z domu rodzicielskiego, gdzie nikt ich swobody nie krępuje. Dr Dräsche opisuje 11-letniego chłopca-włóczęgę, który nosił się z zamiarem ucieczki i aby zyskać niezbędne na drogę pieniądze, porobił długi na rachunek rodziców, pozatem zabrał z domu trochę gotówki. Spotkał kolegów idących do szkoły i namówił ich, aby z nim poszli w świat. W ten sposób w pięcioro rozpoczęli swoje przedsięwzięcie. Awanturnicze życie zaczęli od tego, że zabrali łódkę, która chwilowo była bez właściciela. Łódką tą popłynęli po rzece Elsterze do dzielnicy ogrodów. Tam zamieszkali pod mostem. Całe dnie wałęsali się po Hamburgu, żywiąc się bądź kradzionemi owocami, bądź też również kradzionemi śniadaniami robotników, zajętych przy moście.
Nie wszyscy towarzysze dotrzymali placu inicjatorowi tej awanturniczej wyprawy.
Jednego wyrzucili sami, gdyż nie przyczyniał się pracą swą do zaspokojenia potrzeb gromady.
Inny sam się odłączył od nich i powrócił do domu. Mogli się oni spodziewać zdrady z jego strony. Bali się, że wyda on miejsce ich pobytu.
Trzeba więc było przenieść się gdzieindziej. Wybór padł na wyspę Helgoland. Na to aby plan przeniesienia się uskutecznić, znów musieli przywłaszczyć sobie łódź – tym razem żaglową, odpowiednią do podróży morskiej. Nie dojechali oni jednak do miejsca, które sobie upatrzyli, gdyż dogonił ich poszkodowany właściciel owej łódki. Widząc kto mu łódź zebrał, uważał że najlepiej będzie odesłać owych małoletnich przestępców do domu rodzicielskiego – ale tego owi chłopcy nie pragnęli. Nie mając innego punktu wyjścia rzucili się do morza i przepłynęli aż do brzegu Elby – ale tu zostali ujęci przez portową policję i odesłani do rodziny.
Główny inicjator całej wyprawy nie uspokoił się jednak po powrocie do domu. Zawsze miał ochotę uciekać, aby żyć życiem pełnym przygód.
Nie pomogła tu kara nawet cielesna; nie pomogło pozbawianie go ubrania. Nie pomogła pod tym względem szkoła, która przystawiła mu 2 dozorców z pośród kolegów – jednego silnego a drugiego bystrego. Zawsze znalazł moment do ucieczki odpowiedni, a gorsza, zawsze miał ochotę po temu.
Chociaż myśl jego była zajęta ciągle wynajdywaniem sposobów omylenia czujności straży, to jednak postępy jego w szkole były nienajgorsze. Mogłyby być lepsze gdyby nie niedbalstwo, lenistwo i brak obowiązkowości ucznia; tak przynajmniej twierdzi nauczyciel. Przytem kłamie, a przyparty do muru, skruchy nie okazuje.
To, że kłamie, nie powinno nas dziwić. Chcąc uciekać, musi zmylić czujność opieki – musi udawać, musi kłamać. Fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięty, tylko ma bladą cerę.

Dzieci dotknięte manją włóczęgostwa dzielimy więc zasadniczo na dwie kategorie: dzieci normalne umysłowo i dzieci anormalne umysłowo.
Dzieląc dzieci podług przyczyn wagabundowania: mamy dzieci, których warunki domowe wyrobiły chęć i pociąg do włóczęgi i takie, które włóczą się, choć nie mają po temu faktycznej przyczyny. Działają tu jakieś ukryte, niewytłómaczone wewnętrzne przyczyny, które taki wpływ wywierają. Te dzieci, które wskutek warunków domowych stały się włóczęgami są nadzwyczaj zadowolone, gdy je pomieścić w przytułku. Mają dach md głowa, mają dobrobyt, którego dotąd nie miały.
Dzieci te nie objawiają chęci ucieczki. Inni w najlepszych warunkach będą chętnie uciekać z nastaniem cieplejszej pory roku. Jedynie jesień i zima wpływa na pozostanie tych dzieci w przytułku.
Ciekawym jest ten fakt, że o ile w porze wiosennej, letniej i jesiennej największą dla nich przykrością jest przebywanie w murach, o tyle na początku zimy popełniają oni umyślnie jakiś karygodny czyn, aby tylko być internowanym w więzieniu. Mając ten cel na oku, kradną tak, aby wszyscy widzieli – nie starają sie zupełnie ukrywać. Chcą być przyłapani na gorącym uczynku, gdyż wiedzą, że potem nastąpi internowanie, co będzie dla nich w czasie zimy bardzo pożądane. W takich warunkach są oni skłonni nawet do morderstwa.
U włóczęgów bywa w pewnych okresach silniejsze, w innych słabsze natężenie manji. Gwałtowniejsze wybuchy następują perjodycznie.
Po przejściu paroksyzmu następuje reakcja.
O ile przedtem było niczem nie dające się powstrzymać dążenie do swobody, o tyle po paroksyźmie chętniej trzymają się miejsca.
Ci, którzy popełnili karygodne czyny, okazują niebywałą skruchę i nietylko o do winy się przyznają – ale jakby chcieli jeszcze bardziej się oczernić, niż na to zasługują. W tym okresie nie są oni w stanie popełnić żadnego przestępstwa. Ale taki stan nie trwa długo. Na wiosnę następuje najczęściej recydywa.
Dr Drihl opisuje takiego chłopca, który pomieszczony w przytułku, rwał się w świat wtedy, kiedy tylko przygrzały pierwsze promienie wiosennego słońca. Widać było niepokój i tęsknotę dochodzącą do melancholji.
Chłopiec ten miał bajeczny sposób podróżowania. Przekradał sie na stacje i uczepiał się odchodzącego pociągu towarowego. W ten sposób jechał tak długo, póki pociąg, dojeżdżając do następnej stacji, nie zwalniał biegu. Wówczas rzucał się między szyny i leżał spokojnie do tego czasu póki wszystkie wagony ponad nim nie przeszły. Wtedy wstawał i czekał na stacji aż do następnej takiej samej okazji. Raz przypadkowo rzucił się mniej zręcznie niż zwykle i kola wagonu przeszły mu po palcach u nogi.
W ten sposób dostał się do szpitala a stamtąd do przytułku. Z przytułku uciekł po 3 miesiącach i zjawił się znów z nastaniem zimy. Na zapytanie dlaczego uciekał oznajmił, że w przytułku nudno. A on chciałby coraz to inne miejsca poznawać i że go jakaś siła pcha w świat.
Dzieci same zdają sobie sprawą z tego pociągu i trafnie go określają; przyznają się szczerze nieraz do tej chęci ucieczki, a nieraz nawet pomagają same do opanowania swej manji. Jeden z wychowańców przytułku, czując, że sam nie poradzi sobie ze swym pociągiem do włóczęgi, prosił, aby go zamknięto w kozie, gdzie zaryglowane drzwi i okratowane okna uniemożliwią mu wydostanie się w świat.
Sposób ten nie był taki niezawodny, jakby się to na pierwszy rzut oka zdawało, gdyż chłopiec ten po przebyciu 55 dni w kozie uciekł natychmiast po wypuszczeniu go na wolność. Zdarzają się jednak i między temi osobnikami takie, które są zdolne do większego wysiłku woli, wystarczającego do opanowania nałogu. Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy takiemu dziecku ktokolwiek z opieki dłoń pomocną poda.
Dyrektor jednego przytułku zauważył niepokój w oczach swego wychowańca. Ponieważ chłopiec uciekał już kilkakrotnie, więc można się było spodziewać, że i tym razem ten niepokój chęć ucieczki oznacza.
Można sobie przecież czasem z takiem dzieckiem poradzić i wpłynąć na jego poprawę. Niełatwo można zyskać zaufanie ucznia – ale to jest konieczne. Musi on nam ufać na tyle, żeby nam powierzył najbardziej ukryte swe myśli; niech czuje, że nami powoduje nie prosta ciekawość, lecz, że niepokój o niego każe nam sondować jego duszę do głębi. Niech nasz wychowaniec zrozumie, że nami kieruje jedynie chęć do pomożenia mu. Wiedział ów dyrektor jak ma z chłopcem postępować.
Przemówił dziecku do serca i wydobył szczere zeznanie. Okazało się, że planuje ucieczkę. Dyrektor wyjaśnił mu wówczas, co go czeka w przyszłości, jeżeli nie rozsądek o popęd weźmie górę. Ta smutna perspektywa przeraziła chłopca tak dalece, że zrozpaczony zawołał: Ratujcie mnie, ja nie chcę być żebrakiem ani złodziejem. Trzeba było chłopca uspokoić i wyjaśnić mu, że jego przyszłość zależy od niego samego, że sam powinien się bronić, a jeżeli się będzie czuł na tyle słabym, że może w walce z pędem ulec, niech tylko zwróci się śmiało do opiekuna, niech mu stan swojej duszy odkryje, a ten z pewnością pomocy nie odmówi. Chłopiec przyrzekł. Od tej pory nie uciekał i po pomoc się nie udawał. Sama świadomość, że ma w razie czego poparcie i pomoc dodała mu siły, wzmocniła jego wolę.
Dzieci, dotknięte manją włóczęgowską, są trudne do poprawy, ale jednak racjonalne postępowanie robi wkońcu swoje.
W dawniejszych czasach oddawano takie dzieci do klasztoru, gdzie rygor, przymusowa praca oraz brak swobodnego rozporządzania czasem pokonywały wrodzone defekty. Czy jednak zakład poprawczy ma przypominać klasztor lub więzienie – to kwestja, nad którą wartoby się zastanowić . Ale o tem potem.

Musimy najpierw zastanowić się nad tem, czy dziecko-włóczęga ma pozostawać w domu rodzicielskim, czy też może lepiej takiego osobnika z domu rodzicielskiego usunąć.
Nikt mie będzie kwestjonował zabrania dziecka rodzicom w tych wypadkach, gdzie warunki domowe dziecka były przyczyną tego jego defektu, n. p. jak to wspominaliśmy poprzednio, dziecko było pozostawionem własnemu przemysłowi w tym wieku, w którym niemożliwe jest zajmowanie się jakąkolwiek uczciwą zarobkową pracą. Nie będziemy również kwestjonować konieczności usunięcia dzieci z pod wpływu takiej rodziny, które nakazuje dzieciom żebrać lub kraść, a nawet karze je, o ile zarobek był mniejszy od przewidzianego. Tu gdzie jest widoczny szkodliwy wpływ , tam musi każde zdrowe i dobrze zorganizowane społeczeństwo – temu wpływowi przeciwdziałać. Wydostanie dziecka z pod złych wpływów, odseparowanie od rodziny jest tu koniecznością.
Ponieważ jednak dzieci takie nie przedstawiają zupełnie trudnego materjału wychowawczego, mogą one poprawić się w zupełności, o ile będą pomieszczone w jakiej uczciwej, zdrowej moralnie rodzinie, odpowiedniej sferą i oddane pod opiekę i kontrolę osób specjalnie do tego powołanych.
Ten system, noszący nazwę „Patronage familière”, daje znakomite rezultaty. Ma wszelkie zalety, które widzimy w wychowaniu dziecka w domu rodzicielskim. Jest to o tyle lepsze od internatów, że dzieci są bardziej do życia przystosowane i że są one traktowane indywidualnie a nie masowo. O ile mamy do czynienia z osobnikiem, który ma defekty fizyczne, moralne lub umysłowe, musi być on umieszczony w internatach specjalnych, oddany pod opiekę specjalistów, bądź lekarzy bądź pedagogów.
Powstaje więc potrzeba tworzenia zakładów leczniczych specjalnych dla epileptyków, melancholików, dzieci dotkniętych manją prześladowczą, dla dzieci mających napady strachu i t. p. – a także zakładów wychowawczych dla niedorozwiniętych umysłowo i moralnie.
Do zakładów tych powinien być zawsze łatwy i prędki dostęp. Powinno wystarczyć, że jest dziecko, wałęsające się po mieście i że jest zakład, w którym takie dziecko może znaleźć warunki poprawy.
Czy to będzie z wyroku sądu dla nieletnich, czy kurator z ramienia owego sądu wyznaczony, czy nawet jakaś prywatna osoba uzna, że należy dziecko internować, już to powinno być wystarczającym motywem do przyjęcia tego dziecka do zakładów.
O ile na razie nie wiadomo który zakład jest odpowiedni, zatrzymuje się włóczęgę w centrali na obserwacji.
W ten sposób w zakładach tych będą nie tylko dzieci z defektami moralnemi, fizycznemi i umysłowemi, lecz będą też i dzieci opuszczone – lecz zdrowe pod każdym względem. Znajdą się tam i sieroty i dzieci biedne bez środków do życia, tak, że pobyt w tej instytucji wychowawczej nie nakłada specjalnego piętna na swych pupilów.
Ma to bardzo ważne znaczenie, gdyż w przeciwnym razie opieka ociąga się z umieszczeniem dziecka w internacie, a gdy, doprowadzona do ostateczności decyduje się to uskutecznić, wówczas różne formalności przedłużają ten okres, opóźniając poprawę.
Cześć tych zakładów powinna mieć charakter leczniczy, inne wychowawczy.
Należy jeszcze zastanowić się nad tem, w jaki sposób można przeciwdziałać włóczeniu się dziecka pomieszczonego w internacie. W jaki sposób uniemożliwić wychowańcowi ucieczkę? Gdybyśmy mieli nazawsze włóczęgę w obrębie internatu zatrzymać – możnaby się wówczas zastanowić nad tem, czy rygor klasztorny byłby odpowiedni, czy też może należy hołdować innemu rodzajowi zakładu poprawczego?
Skoro jednak naszem zadaniem jest zatrzymać dziecko w internacie tylko tak długo, póki nie uzyskamy poprawy, musimy dążyć do tego nie żeby nie mogło ono uciec, lecz żeby uciec nie chciało.
Gdybyśmy dziecko-włóczęgę, przyzwyczajone do swobodnej przestrzeni, zamknęli w czterech ścianach klasy i rozpoczęli w tych warunkach naukę, zyskalibyśmy tylko to, że włóczęga czułby się więźniem i jako taki dążył z nadzwyczajną energią do wyswobodzenia się.
Taka droga byłaby błędna.
Pedagog musi się zawsze liczyć z indywidua1alnością danego osobnika i system pedagogiczny do natury ucznia dostosować.
Musimy więc pamiętać o tem, że niema takiego pedagogicznego zabiegu, któryby zmienił odrazu wczorajszego włóczęgę w obowiązkowego, pracowitego ucznia.
Można wprawdzie często do tego rezultatu doprowadzić – ale nie odrazu.
Pierwszem naszem zwycięstwem będzie, jeżeli doprowadzimy do tego, że uczeń nasz sam będzie wiedział dokąd idzie, i że nam to oznajmi…
Ważnem byłoby, zarówno dla nas jak i dla niego, gdyby się nam udało pójść z nim razem, w charakterze towarzysza – nie dozorcy.
Spędzając z naszym uczniem godziny na łonie natury, mamy możność wzbudzenia zainteresowania ucznia w kierunku otaczającego go świata. Będzie to pierwszy krok, który zmieni bezmyślnego włóczęgę, pędzącego przed siebie bez celu, na wycieczkującego, żądnego wiedzy ucznia.
Na takim spacerze będzie można prowadzić lekcje okolicznościowe t. zw. leçons occasîonnelles, których tematem będzie to wszystko, cokolwiek się nasunie przed oczy, cokolwiek wzbudzi choćbv krótkotrwałą uwagę ucznia.
Zyskuje tu się 2 rzeczy: wagabunda czuje się dobrze tylko w otwartej przestrzeni, z lekcyj więc prowadzonych w odpowiednich dla siebie warunkach, skorzysta więcej, niż z typowych lekcyj szkolnych. Tam uczeń nie słucha i nie słyszy wykładającego, lecz zastanawia się tylko nad tem jakby się na wolność wydostać.
Drugą zdobyczą będzie to, że wagabunda odzwyczaja się od bezmyślnego gnania. Stopniowo zamienia się to gnanie na spacery celowe, rozwijające umysł dziecka.
Spacery te powinny zajmować sporą rubrykę w rozkładzie zajęć obowiązkowych.
Po powrocie ze spaceru, gdy zmęczenie fizyczne sprzyja biernemu zachowaniu się, można opowiadać uczniom bajki o zajmującej fabule, aby w ten sposób wyrobić w dziecku uwagę dowolną.
Barwne opisy w bajkach działają dodatnio na pobudzoną wyobraźnię wagabundy.
Od krótszych bajek przejdziemy do dłuższych, od tych do powiastek – wreszcie do pogadanek, biorąc za punkt wyjścia lekcję okolicznościowa odbytą podczas wycieczki.
Wszelkie nowe przedmioty należy wprowadzać z wszelką ostrożnością. Unikajmy zmuszania włóczęgów do takich lekcy jak czytanie, pisanie lub arytmetyka.
Odłóżmy termin rozpoczęcia tych przedmiotów szkolnych do czasu, kiedy poprawa już będzie widoczna. Zwróćmy uwagę na slöjd (system edukacji oparty o nabywanie umiejętności rzemieślniczych, stosowany przez autorkę w prowadzonej przez niej szkole dla dzieci niedorozwiniętych w Siedlcach – przyp. EMS)
O ile wagabunda nie biega – musi być czynnym, – tego wymaga jego natura.
Zajęcia, odpowiednio dobrane, powstrzymują go od ciągłej zmiany miejsca, zaspokajając jego potrzebę czynu i skierowując jego myśli na właściwe tory.
Nie może tu być mowy o zwykłych zajęciach slajdowych, zalecanych dla dzieci normalnych, przez autorów podręczników. Ponieważ ich psychika jest inna, więc i sposób oddziaływania na tę psychikę jest inny.
Zasadą slöjdu jest dawać dzieciom do zrobienia te przedmioty, które im są potrzebne, których posiadanie sprawi im satysfakcję.
Ta sama zasada stosuje się i do dzieci anormalnych, ale skoro ich potrzeby są odmienne, skoro ich myśli dążą w innym kierunku, więc inne przedmioty muszą być przez nich na lekcjach slöjdu wykonane.
Podczas swych wędrówek po świecie nie odczuje potrzeby posiadania kosza do papieru ani teczki do gazet. Nie pielęgnuje on roślin pokojowych – niepotrzebne mu są ozdoby na doniczki.
Przedmioty te nie sprawią mu satysfakcji, a wykonywanie na rozkaz rzeczy tych nie zachęci do pracy w ogóle.
Musimy liczyć się z tymi jego odmiennemi potrzebami i dawać mu takie roboty, przy których on własnoręcznie swoje potrzeby zaspokoi. Powinien więc umieć wykonać to, co może do jego celów służyć. Uczmy go jak załatać but, wyprać chustkę, koszulę, uszyć plecak, wystrugać łyżkę. Ulepić z gliny garnek i wypalić. Nauczmy go robić z gałęzi szałas a z kamienia komin. Niech zbiera gałęzie a roznieca ogień bez pomocy zapałek. Niech się nauczy łowić ryby i zbierać rośliny jadalne dziko rosnące. To mu da konieczne dla włóczęgi wiadomości praktyczne.
Podczas zajmowania ucznia pracą, wychowawca musi być w tych zajęciach towarzyszem pracy ucznia, powiernikiem jego, choćby, najbardziej fantastycznych planów, jego pomocnikiem w zrealizowaniu jego pomysłów, a już rzeczą jego osobistych zdolności będzie stać się z czasem i doradcą ucznia. Po wykonaniu pracy uczeń sam pozna braki w swoim dziele i będzie dążył do udoskonalenia. Nie będzie trzeba będzie wcale uczniowi wytykać błędów i namawiać, aby zrobił lepiej. Taka pedanteria mogłaby go tylko zrazić. Uczeń n. p. sam zauważy rozpraszający się dym po rozpaleniu ogniska i będzie myślał nad tem, jakby złemu zaradzić. Pomyślimy z nim razem nad sposobem odprowadzenia dymu w górę; potem pomożemy mu zbudować komin.
Dach z gałęzi i takież ściany nie będą dobrą ochroną przed deszczem i wiatrem – podsuniemy mu myśl użycia do tego celu drzewa zamiast gałęzi. Weźmiemy na razie kłody z korą, a dopiero przekonawszy się o wadach tego materiału budowlanego, przejdziemy do budynków z własnoręcznie wypiłowanych desek. Przeszkodzą nam drzazgi – użyjemy hebla.
Każde dziecko lubi owoc własnej pracy. I w włóczędze rodzi się sympatja do własnoręcznie zbudowanego domku. Chce on go uważać za swoje mieszkanie, w którem mu będzie lepiej niż w internacie. O ile ma jakieś drobiazgi lub nawet pieniądze na własność, chętnie je tam przeniesie, gdyż uważa, że tam będą bezpieczniejsze niż we wspólnej sypialni przytułkowej. Na to jednak trzeba dom zamknąć – a więc dorobić drzwi z zamkiem. Już teraz dziecko ma często ochotę przebywać w swym domku, ukryć się nawet przed kolegami, ale po zamknięciu drzwi okaże się, że jest mu ciemno, zjawia się potrzeba przebicia okna, potem oszklenia tego okna i t. d. W ten sposób początkowo wykonał szałas pierwotnego człowieka i przeszedł stopniowo do wykonaniu mieszkania człowieka kulturalnego. W tym samym czasie, również stopniowo, dokonywa się i zmiana w jego usposobieniu i w jego trybie życia. Z początku niema ochoty do pracy – niema też i umiejętności odpowiedniej – tak, że z początku pomoc wychowawcy musi być znaczna, gdyż praca ucznia jest minimalna. To daje mu poczucie współudziału w pracy. Dziecko ma dużą satysfakcję skoro widząc uszyty plecak, wystruganą łyżkę lub zbudowany piec, będzie mogło sobie powiedzieć: ja to zrobiłem. Satysfakcja, którą daje praca dokonana, podnosi go moralnie i pobudza do czynu. Pracuje więc coraz chętniej i coraz lepiej. Praca celowa wywiera dodatni wpływ na jego usposobienie i przestaje gnać bez myśli i bez celu.
W tym samym czasie, kiedy robota jego, doskonaląc się stopniowo, przekształca się z szałasu w chatę europejczyka, wtedy i wagabunda niezdolny do żadnej pracy staje się chłopcem wytrwałym i pracowitym.
Kiedy nadejdzie moment, w którym będzie można, w chwilach wolnych od spacerów i od pracy fizycznej, zacząć uczyć szkolnych przedmiotów – trudno określić.
Tego żaden program przewidzieć nie jest w stanie, to zależy od indywidualności ucznia, a nauczyciel, który swego wychowańca obserwuje, musi wyczuć, kiedy nadszedł ten moment, że były włóczęga może się na niewielki wysiłek zdobyć.
O ile się na ten moment nie czeka, można ucznia zrazić, znudzić í wywołać recydywą. Wobec takiego grożącego niebezpieczeństwa trzeba postępować powoli, ostrożnie, aby samemu sobie nie psuć roboty.
O jednem tylko pamiętać należy, że nie zamknięcie na 4 spusty odzwyczaja dziecko od włóczęgi, lecz dodatnio oddziaływa się wtedy, kiedy ten popęd w karby się ujmie. Wyzyskujemy więc to, co jest dobrego w wagabundzie: jego zaradność, zręczność, wytrzymałość, pomysłowość, zmył orientacyjny – jednocześnie staramy się oddziałać na poprawę, walcząc skutecznie z jego defektami takiemi jak: brak pracowitości, brak uwagi i systematyczności, a także z jego nawykiem do kłamstwa.
Pracowitość wyrobi zajęcie celowe a zajmujące w warunkach o jakich poprzednio wspominaliśmy. Praca ręczna oddziała dodatnio i na uwagę.
Przy pracy zachodzi konieczność posługiwania się narzędziami, które trzeba odkładać na swoje miejsce, aby je z łatwością znaleść – to wyrabia mimowoli systematyczność. Jak jednak walczyć z usposobieniem do kłamstwa u włóczęgi?
Włóczęga musi kłamać, gdyż jego chorobliwie pobudzona wyobraźnia nasuwa mu przed oczy obrazy, które później bierze sam za rzeczywistość.
Włóczęga kłamie też wówczas, gdy musi uśpić czujność opieki chwilą, gdy chce się wydostać na wolność.
O ile wychowawca rozumie psychikę włóczęgi i liczy się z nią, nie może i nie powinien do tego doprowadzić, aby miał on okazję kłamać.
Niech mu nie pozwala opowiadać rzeczy, co do których nie jest on pewnym, czy je rzeczywiście słyszał lub widział. Niech nie zabrania mu iść za popędem, gdyż jeżeli popęd silny go pcha, lepiej żeby chłopiec poszedł w świat z wolą i wiedzą wychowawcy niż skrycie.
Jeśli inaczej już być nie może, lepiej żeby wyszedł drzwiami niż ma się wydostać przez okno i spuścić po rynnie albo piorunochronie.
Zdarza się często, że wychowańcy przytułku wracają tam po włóczędze. Należy wówczas odnieść się do chłopca życzliwie, nie karać go, nie robić mu wymówek – a nadewszystko nie zarzucać go pytaniami, aby nie dać mu okazji do kłamstwa i nie pobudzać go w tym kierunku. Od taktu i umiejętności pedagoga zależy czy włóczęga stanie się pracowitym, obowiązkowym i uczciwym człowiekiem, czy też powiększy on kadry przestępców małoletnich.
O ile chcemy wpłynąć na zmniejszenie się liczby przestępstw, dokonywanych przez małoletnich, musimy się starać o poprawę włóczęgów.
Praca ta daje dobre rezultaty.
Musimy najpierw zorganizować opiekę nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi.
Opieka ta wyznaczy na każdy okręg jednego ze swych członków, którego zadaniem będzie dbać o to by każde dziecko miało odpowiednie warunki rozwoju.
Ich starania doprowadzą do tego, aby by każde dziecko było pomieszczone w odpowiedniej dla siebie szkole i żeby tych szkół była odpowiednia ilość.
Do tych opiekunów zwracać się powinien nauczyciel szkolny po pomoc, widząc, że uczeń zaniedbuje się w swoich obowiązkach i spóźnia się, przepuszcza lekcje lub też stale nie odrabia zadanych lekcyj.
Opiekun ma obowiązek zbadać warunki domowe ucznia aby dowiedzieć się, co powoduje jego nieobowiązkowość.
Opiekun powinien w miarę potrzeby i możności napominać, pouczać, objaśniać i uświadamiać rodzinę a nawet w razie potrzeby wyjednywać jej zapomogi – słowem, powinien robić wszystko, co może wpływać na poprawę losu dziecka w rodzinie.
O ile nie pomoże i rodzina wywierać będzie dalej ujemny wpływ na dziecko, powinien je móc jak najprędzej odesłać do internatu.
Tylko wtedy, kiedy będziemy mieli dobrze zorganizowane koła opieki nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi i wtedy, kiedy będzie wystarczająca ilość instytucji leczniczych i wychowawczych wszelkiego rodzaju – będzie można być pewnym, że ilość przestępstw dokonywanych przez dzieci zmniejszy się doskonale.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]