Reblog z siebie samej: Grób psa

Jak zwykle podczas wakacji. Autorzy się “opuszczają” (Czytelnicy zresztą też), człowiek wyjeżdża tam, gdzie nie ma dostępu do sieci, a tu ambitne zadanie narzucone sobie samej lata temu, że co noc, w minutę po północy MA być nowy wpis – wszystko to powoduje, że latem niekiedy rebloguję własne wpisy. Tym razem przypominam przy okazji zamierzchłe czasy zobowiązań z okazji 22 lipca (wiem, to było wczoraj, ale wczoraj był inny temat). Ta data nieodmiennie kojarzy mi się ze wspaniałym rysuneczkiem Mrożka – idzie pochód z transparentami ku czci, a obok biegnie człowieczek z małym napisem: “d. E. Wedel”. Jakby ktoś potrzebował odświeżenia wiadomości na ten temat, niech zajrzy TU.

Ewa Maria Slaska

… i inne groby

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale dziecię wyposażono na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
Jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowierowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Ale wiem, że jest też inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Etnologia jest dyscypliną

Irena Kabat
Organizatorka zjazdu napisała do nas w mailu:

100 lat etnologii na uniwersytecie w Poznaniu celebrowaliśmy w dniach 8-14 kwietnia 2019 roku. Program obejmował ogólnopolską konferencję naukową, wystawę fotograficzną w przestrzeni miasta, zajęcia dla licealistów, debatę wokół transformacji roku 1989, wieczór projekcji filmów z naszego archiwum oraz Zjazd Absolwentek i Absolwentów Studiów Etnologicznych. Na tę okazję powstały jubileuszowe gadżety, specjalne wydawnictwo, a także wystawy “Nasi w mediach” oraz “Pozdrowienia z terenu”. Świąteczny tydzień wypełniała muzyka: od Szamotulan i ich wieloosobowego wesela, poprzez muzykę dudziarską,  jazzowe standardy po specjalny, multimedialny koncert Kapeli ze Wsi Warszawa. Staraliśmy się bardzo, by było godnie, różnorodnie, radośnie i głośno. Mamy szczerą nadzieję, że udało nam się pogodzić powagę z zabawą, a wszystkim uczestnikom wydarzeń zapewnić wspaniałe przeżycia. Dziękujemy, że byliście z nami!

Zdjęcia: absolwentka Etnologii UAM , Zosia Kędziora https://drive.google.com/drive/folders/1WkZwb2Qh8xrU58M27eUL3_NWZ37hh8qR?usp=sharing

Film: http://etnologia.amu.edu.pl/studenci/czym-jest-dla-ciebie-etnologia-film-przygotowany-z-okazji-100-lecia-etnologii-uam/


Było miło i wesoło, ale było też poważnie, bo etnologia jako dyscyplina znika właśnie z krajobrazu nauki polskiej wskutek decyzji ustawodawcy. Ustawa 0.2, produkt biura ministra Gowina (PiS), zakłada wpakowanie wszystkich nierentownych a obdarzonych potencjałem buntu nauk humanistycznych, jak religioznawstwo czy etnologia, do wspólnego worka, nazwanego “nauka o kulturze”.  Spowoduje to zlikwidowanie, a co najmniej, jak się słyszało w wystąpieniach, zamazanie profilu tej nauki. I to akurat w czasach, gdy rola antropologii kulturowej i socjologii etnologicznej wzrosła tak niepomiernie, iż uważa się ją za kluczową dyscyplinę w procesie integracji społecznej i międzykulturowej.

Przedstawiam Czytelnikom aktualnie się rozgrywający i w opinii publicznej niemal nie zauważany protest etnologów, który, zgodnie z zasadami political corectness, jest napisany tak, żeby nie szarpać i nie złościć ponad miarę. Zapewniam jednak, że to co słychać było z trybuny i w kuluarach Piątego Zjazdu Etnologów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (13-14 kwietnia 2019) było ostre, bezpardonowe i budziło szacunek. Gdy się zobaczy ten protest w proeuropejskim kontekście politycznym, okazuje się, że tytułowe hasło to takie współczesne Ah! Ça ira.

To my – na stulecie.

Marcin Skupiński
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim
Zdjęcie pod tekstem:
Tomasz Białecki
II rok studiów, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Kilka słów o proteście…/A few words about the protest…

Etnologia, albo Antropologia Społeczno-Kulturowa (dawniej zwana w Polsce również Etnografią), to naukowe, empiryczne studia ludzkiego zróżnicowania społecznego i kulturowego. Jako odrębna dyscyplina naukowa wykształciła się pod koniec wieku XIX i na początku XX, przy znacznym udziale polskich naukowców takich jak Maria Antonina Czaplicka czy Bronisław Malinowski. Niestety w czasach PRL-u antropologia została uznana za „burżuazyjną naukę”. Pozostawiono jedynie etnologię, zmarginalizowaną jednak jako naukę pomocniczą historii. Nawet w tym trudnym czasie polskie etnografki kontynuowały studia społeczności ludzkich, tworząc interesujące teorie w oparciu o francuski strukturalizm czy rosyjską semiotykę. Transformacja ustrojowa oznaczała dla polskiej etnologii nowe wyzwania: jak powrócić do globalnej sieci wymiany naukowej? Jak zacząć dialog z badaczami z „Zachodu” na równych zasadach? A przy tym wszystkim nie stracić z pola widzenia zachodzących na bieżąco ogromnych zmian społecznych i kulturowych? Ostatnie trzy pokolenia polskich etnografek i etnografów włożyły ogromny wysiłek w podniesienie poziomu tej dyscypliny w kraju i za granicą. Odnieśli sukces. Dziś polska Etnologia jest rozpoznawalna na całym świecie a w centralnej Europie stanowi jeden z głównych ośrodków nauk etnologicznych i antropologicznych. Najlepszym dowodem niech będzie tegoroczny Kongres International Union of Anthropological and Ethnological Sciences, który odbędzie się w Poznaniu.

Niestety cała ta praca polskich etnolożek i etnologów może pójść na marne za sprawą jednego rozporządzenia ministra*. Etnologia nie jest już rozpoznawalna w Polsce jako oddzielna dyscyplina naukowa. Zostanie włączona do dość rozmytej kategorii „nauk o kulturze i religii” – kategorii, która nie funkcjonuje w żadnym kraju poza Polską. Wraz z tym ruchem, z trudem odzyskana autonomia etnologii/antropologii kulturowej w polskim systemie akademickim zostanie dalej ograniczona a sama dyscyplina – wraz z kulturoznawstwem – zepchnięta do najniższej kategorii uniwersyteckiej „kosztochłonności”. Proces ten zagraża kontynuowaniu w przyszłości przez polskich badaczy długotrwałych badań terenowych – stanowiących od ponad stulecia o specyfice dyscypliny.

Idąc w ślad listów protestacyjnych jakie z całego świata napłynęły do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz studentów/ek i wykładowców/czyń z Poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, którzy swoją symboliczną akcją zaczęli protest, sprzeciwiamy się stanowczo wymazaniu etnologii i antropologii z polskiej nauki. Jesteśmy studentami/tkami, wykładowcami/czyniami i absolwentkami/ami. Studiujemy, pracujemy i wykładamy w różnych miastach: Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Cieszynie, Wrocławiu, Toruniu czy Gdańsku. Protestujemy jednak teraz solidarnie, by powiedzieć NIE wykreślaniu i marginalizacji studiów nad człowiekiem w polskiej nauce!

Zachęcamy wszystkie adeptki i adeptów etnologii i antropologii kulturowej, oraz wszystkie osoby którym na sercu leży dobro polskiego dorobku naukowego do poparcia naszej walki o utrzymanie dyscypliny. Szczegółowe informacje odnośnie akcji protestacyjnych w konkretnych miastach będą pojawiały się na tej stronie – https://www.facebook.com/Og%C3%B3lnopolski-Protest-Etnologii-2290095344591377/

Zapraszamy do jej uważnego śledzenia!


* Chodzi o tzw. ustawę 2.0 o nauce i szkolnictwie wyższym Jarosława Gowina z lipca 2018 roku.

Reblog (po 10 latach): Rok Darwina

Wczoraj miałby urodziny

 Stefan Rieger

Tekst z 25/01/2009

Nie było zapewne w ludzkiej myśli większego przełomu. Nawet przewrót kopernikański był łatwiejszy do przełknięcia, gdyż wstrząsnął jeno dogmatami o naszym miejscu w Kosmosie, podczas gdy darwinowska rewolucja uderza w samą istotę naszego jestestwa: Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Gdzie w tym sens?… Do dzisiaj mało kto to przełknął: jedni się udławili nienawiścią, innym zaś tylko się zdaje, iż liznąwszy coś z teorii ewolucji załatwili sprawę i mogą wrócić do codziennych zajęć i zabobonów. Jest podwójna okazja, by wziąć się do przepierki.

2009 jest w dwójnasób Rokiem Karola Darwina: urodził się 200 lat temu, 12 lutego, a 150 lat temu ukazało się jego wiekopomne dzieło O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego. Dla niektórych to najważniejsza księga zachodniej cywilizacji, obok Biblii. Czy one się wzajem uzupełniają, czy raczej wykluczają? Każdemu wedle jego sumienia, acz sumienie naukowca, jakim był Darwin, rozstrzygnęło spór za niego: gdy pojął mechanizmy ewolucji, stracił wiarę.

Uniwersalny wróg

W roku swego jubileuszu nieboszczyk, paradoksalnie, bronić się będzie musiał na dwóch frontach. Jak przystało na szanującego się geniusza atakowany jest bowiem przez zajadłe pitbule z dwóch przeciwstawnych stron. W krajach flirtujących z teokracją (od USA demokratycznie, przez Polskę zaściankowo, po imperium islamu, wojowniczo) rywalizuje, odpowiednio, z Bin Ladenem, sodomitą i Georgem Bushem o tytuł Wroga Publicznego Numer Jeden, przeciw któremu wytacza się ciężkie działa kreacjonizmu, lub w najlepszym razie – lżejsze armatki intelligent design.

W krajach o postępowym werbalnie dryfie, jak Francja, wali się z grubej rury w wynalazcę cynicznej walki o byt, z której najsilniejsi wychodzą zwycięsko, co prosto wiedzie – drogą darwinizmu społecznego i socjobiologii – do nazizmu wczoraj, a neoliberalizmu dziś.

Kanonada się zaczęła i jeśli czegoś można sobie życzyć w roku 2009, to tego, by nieuniknionemu przekleństwu kryzysu gospodarczego towarzyszył wreszcie dorodny, zdrowy kryzys umysłowy, zwiastun przełomu. Nie robię sobie większych złudzeń, gdyż siły regresji, mimo Obamy, rosnące mają zaplecze. A poza tym – na co przysięgał Obama, gdy przejmował władzę?

Szkocki prysznic

Francja wita Rok Darwinowski wydawniczym fajerwerkiem swych sprzeczności. Nicolas Witkowski z oficyny Seuil oferuje wreszcie francuskiemu czytelnikowi pełną wersję Autobiografii Darwina, przywracając krytyczne wobec religii akapity, które jego bogobojna żona wolała ocenzurować. Źle nawiedzony historyk André Pichot przypuszcza w kolejnym już, nienawistym dziełku – Źródła rasistowskich teorii. Od Biblii po Darwina – frontalny atak na domniemanego wynalazcę naukowej teorii rasizmu, inspiratora eugenizmu, darwinizmu społecznego Spencera, socjobiologii Wilsona i nade wszystko – hitlerowskiego delirium.

Nie zasługuje to nawet na zmarszczenie brwii, lecz uznał za konieczne pośrednio zareplikować, w książce Efekt Darwina, filozof Patrick Tort, kierujący we Francji Instytutem Darwina. Eugenistyczno-rasistowski dryf w XX wieku, kult „czystości rasy”, „nadczłowieka” albo „siły” – najzupełniej były obce twórcy teorii ewolucji.

Dekalog natury

Darwin odczekał 12 lat, gdyż wiedział, że jego teoria to dynamit. Dopiero w 1871 roku, w dziełku O pochodzeniu człowieka, rozszerzył uniwersalny algorytm ewolucji, wypróbowany na ziębach z Galapagos i potwierdzony na innych gatunkach, na homo sapiens sapiens.

Na przekór swym złym uczniom, którzy zdążyli już wyssać złą krew
z rewolucyjnej teorii – jak Herbert Spencer, prorok społecznego triumfu silnych nad mięczakami, czy jego własny kuzyn Francis Galton, który oprócz genetyki uznał za stosowne odkryć eugenikę, przyszły fetysz nazistów – sędziwy czarnoksiężnik nie omieszkał zadbać o przywrócenie, czy raczej gruntowne odnowienie standardów humanizmu.

Dobór naturalny nie faworyzuje jeno silniejszych, gdyż słabość może być czynnikiem lepszej adaptacji. Selekcji podlegają nie tylko korzystniejsze warianty morfologii, kły
i muskuły, lecz również instynkty, począwszy od „sympatii”, „altruizmu” czy „solidarności”. Ich niezrównane, adaptacyjnie korzyści natura odkryła na długo przed tym, zanim małpa zeszła z drzewa i wykuła je koślawie, z mnóstwem błędów, na kamiennych tablicach.

Znikąd donikąd, byle mądrze

Wbrew interesownym egzegetom darwinowskiego przewrotu, widzącym w nim zachętę do eliminacji słabszych, sam Darwin – dowodzi Patrick Tort – oceniał poziom cywilizacji wedle tego, jak słabych chroni: biednych, kobiety, wariatów, kaleki, więźniów, homoseksualistów, mniejszości takie i owakie… – to już inwentarz naszej ery, w półtora wieku później, lecz kryteria są te same.

Dopóki władzy teologów nie zburzy wiedza o naturalnych źródłach moralności, a władzy ideologów wiedza o wyższej nad ich interesowne fantazmaty, zrodzonej z chaosu mądrości natury, dopóty trwać będziemy w śmiercionośnych objęciach podwójnego fałszu. Darwin i jego kontynuatorzy wskazali drogę wyzwolenia z klinczu, nie ma wciąż jednak wielu śmiałków, gotowych wybrać się w podróż znikąd donikąd, jak polski mikrobiolog i genetyk, Władysław Goldfinger-Kunicki, ujął celnie sens naszego losu.

Reblog: Vampirengrab

Franziska Fleischer

Ausgrabungen in Italien: Archäologen legen “Vampirbegräbnis” frei

Auf dem “Friedhof der Babys” in Italien haben Archäologen ein sogenanntes “Vampirbegräbnis” entdeckt. Sie fanden das Skelett eines zehnjährigen Kindes, welches daran gehindert werden sollte, von den Toten wieder aufzuerstehen. Die Menschen hatten vermutlich Angst davor, dass es das Böse über die Lebenden bringt.

In der italienischen Gemeinde Lugnano in Teverina sind Archäologen auf ein sogenanntes “Vampirbegräbnis” gestoßen. Forscher der Universität von Arizona, der Stanford Universität und Archäologen aus Italien haben das Skelett eines zehn Jahre alten Kindes auf einem antiken römischen Friedhof gefunden. Das schreibt die Universität von Arizona auf ihrer Presseseite.

Das Alter des Schädels konnte anhand der Zahnentwicklung bestimmt werden, allerdings nicht das Geschlecht.

Im Mund des Kindes fanden die Archäologen einen Stein. Sie glauben, dass dieser bewusst dort hineingelegt wurde, um zu vermeiden, dass es von den Toten wieder aufersteht. Außerdem vermuten sie, dass das Kind womöglich mit Malaria infiziert war und das Ritual die Ausbreitung der Krankheit verhindern sollte.

Mitte des fünften Jahrhunderts starben viele Babys und kleine Kinder in der Region an Malaria. Deswegen heißt die Stätte auch “La Necropoli dei Bambini” – oder “Friedhof der Babys”.

“Ich habe so etwas vorher noch nie gesehen. Es ist extrem unheimlich und seltsam”, sagt der Archäologe David Soren auf der Seite der Universität von Arizona. Er beaufsichtigt seit 1987 Ausgrabungen in der Region. Sie nennen es den “Vampir von Lugnano”. Solche Bestattungen werden häufig als “Vampirbegräbnisse” und die Betroffenen als Vampire bezeichnet, weil sie mit dem Glauben in Verbindung gebracht werden, dass die Toten wieder auferstehen könnten.

Bei früheren Ausgrabungen waren die Archäologen bereits auf Kleinkinder und Säuglinge gestoßen, neben denen Gegenstände wie Rabenkrallen, Krötenknochen und Überreste von Hundewelpen gefunden wurden. Diese Dinge werden häufig mit Hexenkunst und Magie in Verbindung gebracht.

Außerdem wurde vor einiger Zeit das Skelett eines drei Jahre alten Mädchens gefunden, welches in ihrem Grab an Händen und Füßen mit Steinen fixiert wurde. Eine Praxis, die die Verstorbenen in ihren Gräbern halten sollte. “Wir wissen, dass die Römer sogar zu Hexerei gegriffen hätten, um das Böse – was auch immer den Körper verunreinigt – daran zu hindern, heraus zu kommen”, so Soren.

Das “Böse” könnte in diesem Fall Malaria gewesen sein. DNA-Tests der ausgegrabenen Gebeine unterstützen diese Theorie. Die Knochen des zehnjährigen Kindes wurden bisher aber noch nicht auf Malaria untersucht.

Bisher waren die Archäologen davon ausgegangen, dass auf dem Friedhof vor allem Säuglinge, Kleinkinder und ungeborene Kinder beigesetzt wurden. 50 Gräber haben die Forscher bereits entdeckt. Der Fund des zehn Jahre alten Kindes zeigt, dass der Friedhof wohl auch für ältere Kinder benutzt wurde.

“Es gibt immer noch Abschnitte auf dem Friedhof, die wir noch nicht ausgegraben haben, also wissen wir nicht, ob wir noch andere ältere Kinder finden werden”, sagt Bioarchäologe Jordan Wilson, der die Skelettreste analysiert hat.

Entdeckungen wie diese können Forschern dabei helfen, mehr über die verheerende Malaria-Epidemie in der Region Umbrien vor beinahe 1.500 Jahren zu lernen – und wie die Menschen damit umgegangen sind. Die Archäologen werden im Sommer 2019 wieder an die Ausgrabungsstätte zurückkehren.

Verwendete Quellen:

Barataria 73: baratarystyka

Do Wesela poety Antonia Skármety wrócimy, obiecuję, ale wciąż mam w Berlinie tylko kartki po hiszpańsku i egzemplarz po niemiecku, a polski, już zakupiony w bydgoskiej szperalni, czeka na lepsze czasy. Te zaś nastąpią pod koniec miesiąca…

Ewa Maria Slaska

Baratarystyka czyli co jest czym czego?

Jeden z blogowych autorów, Lech Milewski, zwany też Pharlapem, został przeze mnie mianowany baratarystą. Autor tytuł przyjął, ale wyraźnie miał wątpliwości, bo zapytał mnie niedawno, jak się właściwie szuka, a raczej – znajduje Baratarię. Odpowiedziałam coś od ręki, nie było to jednak jasne, bo odpowiedź brzmiała, że trudno mi jakoś trafić do Baratarii

Mnie właściwie też. Przypominam jednak, że baratarystyka jest nauką młodą, powstała zaledwie przed rokiem i jej założenia metodologiczne mogą, a nawet muszą z biegiem czasu ulec / ulegać zmianie.

Przyznam też, że choć to ja wymyśliłam baratarystykę, sama nie zawsze wiem, jak ją rozumieć i w jakim kierunku ma się rozwijać. W ciągu minionego roku poszliśmy co najmniej dwukrotnie tropami, które prowadziły do nikąd.

Przypomnijmy więc, że Barataria jest czymś w rodzaju nowożytnej Atlantydy, o ile jednak Platon poświęcił Atlantydzie całe ustępy dwóch swych ksiąg, Kritiasa i Timajosa, o tyle Barataria została przez swego wynalazcę, Miguela Cervantesa de Saavedra, wspomniana zaledwie raz – w części II Don Kichota. Sprawa zaczyna się jednak już na samym początku wędrówki Rycerza i giermka. Don Kichot bowiem od razu uprzedza Sancho Pansę, że nie będzie mu płacił pensji, ale przy nadarzającej się okazji, gdy walcząc z wrogami w obronie pięknych księżniczek, zdobędą jakąś wyspę, Sancho zostanie jej gubernatorem.  Ta wyspa pojawia się w całej książce, a również i w filmie właściwie bez końca i nawet wydaje się to dziwne, że do realizacji obietnicy dochodzi dopiero w II części, która przecież mogła w ogóle nie zostać napisana. W II części księżna i książę wycinają giermkowi paskudnego psikusa, ofiarowując mu ową wyspę, gdzie wszyscy i wszystko sprzysięgają się przeciwko niemu. Ale wyspa nazywa się wszak Barataria, co po hiszpańsku oznacza Oszustwo, a już samo jej położenie zapowiadało Wielkie Łgarstwo, bo była to wyspa na lądzie.

To jest zatem pierwszy i najważniejszy przedmiot badań baratarystyki – donkiszotowska Barataria.

I od razu kolejny przedmiot badań – różne wyimaginowane (a i prawdziwe) krainy oszustów. Najchętniej na wyspach. Tu, przypominam, znajduje się też dobrze w miądzyczasie zbadana wyspa San Escobar.

Oczywiście nie ma mowy, żeby badacze księgi rycerskiej o Don Kichocie nie próbowali zlokalizować miejsca, gdzie wielki pisarz umieścił ową wyspę na lądzie. Kolejnym zadaniem są więc poszukiwania Baratarii na mapie Hiszpanii.

Przygotowując giermka do objęcia funkcji gubernatora wyspy, Don Kichot wyjaśnił mu, jak ma wyglądać idealne państwo i jak ma się zachowywać idealny władca, a to kieruje nas oczywiście od razu ku wszelkim utopiom państwowotwórczym od Platona i Morusa poczynając, po nowe miejsca idealne, które teraz już przestały się nazywać utopiami, a zostały określone mianem dystopii. Znaleźliśmy w ciągu minionego roku wiele dystopii literackich, jedna z nich nazwana została nawet Baratarią.

Okazało się też, że niektóre dystopie ktoś gdzieś zrealizował i uzyskał  p o z y t y w n e  wyniki, tworząc samowystarczalne komuny lub zamieniając pustynie w kwitnące ogrody. Oczywiście prawdziwe Baratarie są nader ważnym przedmiotem badań baratyrystyki.

Już w tym samym XVII wieku, gdy Cervantes opisał Baratarię, nazwę tę nadano wyspie i zatoce w Zatoce Nowoorleańskiej. Geografia, przyroda i historia wyspy Barataria to oczywiście konieczny temat, jakim baratarystyka musi się zajmować, a który, przyznajmy, wciąż jeszcze traktujemy po macoszemu, zwłaszcza w zakresie botaniki, zoologii i geografii. Na szczęście historia wyspy była tak ciekawa – była ona siedzibą słynnego szelmy – pirata Lafitte’a, że poświęciliśmy jej już sporo uwagi. Pirackie historie o Baratarii pozwoliły nam też poznać dwie opowieści dla dzieci i młodzieży, związane z geograficzną Baratarią. W obu nie widać, by autorów w ogóle interesował literacki pierwowzór Baratarii.

Nauka nasza poszła jednak nie tylko tropem geografii i postdonkiszotowskich dystopii geograficznych, bo zajęła się też problematyką władzy – idealny władca Baratarii to przecież Książę Macchiavellego czy Dworzanin Górnickiego. Również tu poszukujemy dalszych wzorów idealnego systemu władzy. Tak miejsca jak władcy idealni okazali sią w większości przypadków wzorami antyidealnymi, bo w międzyczasie okazało się przecież, że systemy idealne prowadzą do totalitaryzmu, co udowodnił przede wszystkim Stalin. Idealnym władcą był na przykład Król Mrówek, o którym opowiedział nam Zbigniew Herbert.

Sancho Pansa stawia czoła wymaganiom, jakie ciążą na gubernatorze, nie daje się omamić dworakom, wykonuje swoje zadania w sposób inteligentny i skuteczny, w sprytny sposób oszukując sprytnych oszustów. Rozsądzanie spraw – tak, to wielki temat baratarystyki, a wzorem oczywiście sam Król Salomon.

Przygody pana i giermka, które zawiodły ich do Baratarii, są same w sobie tematem baratarystycznym, wykorzystywanym wielokrotnie w literaturze i filmie, co objaśniliśmy sobie szczegółowo na przykładzie dwóch literackich opowieści przygodowych: Rękopisu znalezionego w Saragossie i Przygód Sindbada Żeglarza. A więc baratarystyka literacka – nader ważny przedmiot badawczy. Zajęły nas jednak również opera, balet, muzyka wojskowa (jaka lekka, jaka radosna), jazz, teatr, film… Kultura po-cervantesowska okazała się pełna kulturowych Baratarii. Tym niemniej, tak dziś to oceniam, fałszywym tropem okazało się dokładne przypominanie przygód książkowych awanturników “w stylu” Cervantesa. Trzeba o nich czytać i tam też, do źródła, odsyłać Czytelnika. Cóż jednak, był rok Leśmianowski i tak wyszło…

Ale i sam Sancho Pansa jest figurą literacką realizującą dwa tropy literackie – po pierwsze jest to szelma i prześmiewca jak Zagłoba, Falstaff czy wojak Szwejk, bohater umożliwiający krytykę, ba, rozsadzanie sztywnych systemów społecznych nie tylko w literaturze ale i w rzeczywistości. Ale, po drugie, jako gubernator wyspy, przez kilka dni giermek nasz był figurą Karnawałowego Króla, postaci właściwie już mitologicznej, znanej od starożytności, której niezliczone odmiany znaleźć można w barokowym malarstwie, ale która istnieje zawsze. To ten, który cieszy się wolnością błazna, igra z losem, wciąż naraża się na śmierć, a władztwo jego trwa krótko…

Sancho Pansa uwielbiał przysłowia tak bardzo, że sam stał się przysłowiem, podobnie jak i jego pan. I dał tym samym asumpt do opierania różnych opowieści o przysłowia, czego przykładem był Teatr Dworski Barataria, zapomniane dzieło literackie, które tak chętnie bym przywróciła nam współczesnym (szukam sponsora!).

Sancho Pansa wydaje się osobą bardzo jednolitą, jak uciosaną z jednego prostego i swojskiego kawałka pnia. Gada co mu ślina na język przyniesie i wciąż troska się o rzeczy materialne. A tymczasem… A tymczasem Sancho osiąga niewiarygodną wielkość, gdy dobrowolnie rezygnuje z władzy i porzuca gubernatorowanie, gdyż uważa, że nie stanął na wysokości zadania! Naszym światem rządzą ludzie żądni władzy i dałby Bóg, żeby nauczyli się od prostego giermka, jak odejść, gdy się widzi, że się źle i niegodnie rządzi… Nota bene mistrz Kaczmarski też sugeruje, że można zrozumieć i Don Kichota i Sancho Pansę całkiem na odwyrtkę…

I uwaga, niezależnie od tego, którą gałęzią baratarystyki chcemy się zająć, pamiętajmy, że jest to nauka zobowiązana celem nadrzędnym do odkrywania wędrówek po kulturze, w czym doprawdy celuje wspomniany już na początku tego wpisu Lech Milewski, mianowany pierwszym baratarystą! Ale też, przypomnijmy, że u źródeł baratyrystyki leży niewielka powieść Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, która beztrosko chodzi sobie po rupieciarni mitów, motywów i motywacji kulturowych, czerpiąc z niej pełnymi garściami, w celu uzyskania radosnej, dowcipnej i ironicznej opowieści. Bo ironia, i jej siostra bliźniaczka syjamska, autoironia, wydaje się tu niezbędną cechą wytrawnego baratarysty.

Szukamy też oczywiście wszystkich miejsc, które ktoś kiedyś nazwał Baratarią, próbując zarazem dociec, co go do tego skłoniło i czy linia przyczynowo-skutkowa doprowadzi nas do Don Kichota czy do piratów na Karaibach, bo to są dwa główne ciągi inspiracji. Tu dużą pomoc okazał Mieczysław Węglewicz, odnajdując i Bar Barataria w Warszawie, i poemat teatralny Gałczyńskiego Noc cudów czyli babcia i wnuczek. Sam zresztą też napisał wiersz, w którym Barataria to rym do… Ewa Maria! No, że też sama tego wcześniej nie odkryłam!

Istnieje oczywiście motyw ogólniejszy, szerszy niż Barataria, jak na przykład mistyka wysp, o której wspominał między innymi prawdziwy, choć zapewne, w przeciwieństwie do Lipki, nieświadomy baratarysta – Piotr Wojciechowski w kultowej swego czasu powieści Czaszka w czaszce. Niestety przyznaję, że zwiedziona należącą w pełni do baratarystyki mistyką wysp, przez jakiś czas skoncentrowałam się na wyspach w ogóle i w szczególe. To jeden z tych tropów, które prowadziły w niesłusznym kierunku. Udało mi się wprawdzie na tej błądnej trasie stworzyć (lub zreblogować) parę wcale smacznych kawałków, jak Wyspy Bożego Narodzenia i Wyspa Wielkanocna, ale generalnie zwykłe wyspy geograficzne, bez dodatkowego powodu, nie mogą być przedmiotem zainteresowania baratrystyki. Nie zapominajmy jednak, że powód się zawsze znajdzie.

Paweł Kuczyński 2015

Nie umiem tego udowodnić, ale jestem zdania, że przypadek i zbieg okoliczności, deja vu i koincydencja, skrawki i strzępki też mieszczą się w granicach baratarystyki. To sienkiewiczowskie prawo alibo pozór. Proszę bardzo, częstujcie się…

Na zakończenie prolegomeny do wstępu do baratrystyki przypomnę pewną regułę, o której pisałam już przed rokiem, a której trzymam się od zawsze, od czasów, gdy po raz pierwszy ułożyłam dwa zdania koło siebie, tak by miały sens, i kiedy to wcale jeszcze nie słyszałam o Baratarii. To reguła opowieści w duchu Zen: zacznij gdziekolwiek, a i tak kiedyś opowiesz cały świat. I to jest właśnie Barataria – cały świat

My Polacy / Wir, Polen

Patrzą na nas naukowcy / Die Wissenschaftler schauen uns an

Ważna sprawa, napisała w mailu referentka: sytuacja najnowszych migracji z Polski do Niemiec! 

Poprosiłam ją o kilka słów od siebie o tym, co bada, czym się zajmuje, o czym pisze:

W wioskach i miastach, na obrzeżach, ale już coraz częściej w popularnych dzielnicach mieszkają Polki i Polacy. Mieszkają lub pomieszkują, jeżdżą w te i we wte albo nie jeżdżą już wcale do Polski właśnie, bo na jesieni długo się jedzie, pociągi się psują i łatwo spóźnić się do pracy w Niemczech.
A pracują wiele. Niemieckie statystyki podają, że najczęściej ponad 40 godzin tygodniowo, i w soboty też. Pracują w nowych formach zatrudnienia, czyli takich, które nie dają długotrwałego bezpieczeństwa socjalnego. Ale co tam. Wspaniale się zintegrowali. Pracują ładnie. Są zawzięci. Byle spłacić następny kredyt, byle posłać córkę na studia. A co z ich zaangażowaniem społecznym i politycznym? A co z równym traktowaniem? Czy mają równe prawa jako obywatele Unii Europejskiej? Kto się przejmuje ich losem, gdy nie mają na utrzymanie? Czy komuś zależy, żeby ich włączyć w społeczeństwo przyjmujące? Co to w ogóle oznacza? Czy niemiecka polityka ma odpowiedzi na potrzeby tych współczesnych podróżników pomiędzy dwoma krajami, których połączył w 1991 roku Traktat, co to teraz jednak niekiedy dzieli? O meandrach niemieckiej i polskiej oraz europejskiej polityki wobec polskich migrantów mowa będzie w następny wtorek w ramach Colloqium Klausa Zernacka.

Klaus Zernack Colloquium, 17. Oktober 2017

Vortragsreihe Migrationsprozesse und Kulturtransfer. Deutsche und polnische Kontexte

Prof. Dr. Michael G. Müller und Prof. Dr. Robert Traba laden gemeinsam mit Prof. Dr. Igor Kąkolewski ein
zum Vortrag von

Dr. Kamila Schöll-Mazurek
Integrations- und Poloniapolitik.  Erfüllen sie ihre Funktion für polnische Neuemigranten in Deutschland?

Kommentar:
Prof. Dr. Magdalena Nowicka (Berlin)

Dienstag, den 17. Oktober 2017, 19:00 Uhr

Bibliothek des Zentrums für Historische Forschung Berlin

der Polnischen Akademie der Wissenschaften

Majakowskiring 47

13156 Berlin-Pankow

783 085 polnische Immigranten leben derzeit in Deutschland, weitere suchen hier eine Perspektive. Gleichzeitig kamen viele Flüchtlinge nach Deutschland. Deshalb verschiebt sich der Fokus der deutschen Politik. Neben diesen aktuellen Herausforderungen bekommt die Integration der länger hier lebenden Migranten, vor allem aus der der Türkei und den nordafrikanischen Ländern, mehr Aufmerksamkeit. Die polnischen Zuwanderer werden auch als Strebermigranten oder unsichtbare Migranten bezeichnet, die sich hervorragend integriert haben. Was ist das eigentlich für eine Integration? Sind die Instrumente der Integrationspolitik für diese Gruppe angepasst? Wie ist diese Politik konstruiert und für wen?

In ihrem Vortrag stellt Dr. Kamila Schöll-Mazurek die Überzeugung infrage, dass die polnischen Immigranten in Deutschland hervorragend integriert sind. Sie zeigt, dass in einer Situation, wo die Politik auf viele Herausforderungen reagieren muss, die Grenze fließend ist.

Die Grenze zwischen Integration als Selbstläufer, wie sie sich in den Biografien zahlreicher polnischer Migranten zeigt, und einem verborgenen Scheitern, bei dem polnische Arbeitsnehmer zwar äußerlich integriert wirken, sich aber durch Schwarzarbeit um ihre Rente bringen, ihre Kinder bei den Großeltern aufwachsen lassen und durch ständiges Pendeln in beiden Gesellschaften den Anschluss verlieren.

Dr. Kamila Schöll-Mazurek forscht am Zentrum für Interdisziplinäre Polenstudien an Europa-Universität Viadrina. Sie promovierte 2010 über die rot-grüne deutsche Außenpolitik gegenüber Polen. 2017 erscheint ihre Monografie über die Situation der Neu-Immigranten aus Polen in Deutschland in ausgewählten Lebensbereichen (K. Schöll-Mazurek, Między polityką integracyjną a polityką polonijną. Status najnowszych polskich migrantów w Niemczech wybranych obszarach po 2011 roku, Księgarnia Akademicka, Kraków 2017).

Barataria 36 Uromys vika

Ewa Maria Slaska

Na wyspach Salomona odkryto nowy gatunek wielkich szczurów / Auf den Salomonen wurde neue riesige Ratte entdeckt

Nowy Szczur / Die Neue Ratte

In der Südsee ist eine neue riesige Ratte entdeckt worden. Bislang gab es über das Tier nur Gerüchte von Einheimischen. Sie berichteten, dass sich die  Vika gern über Kokosnüsse her macht. Beobachtet haben die Forscher das Verhalten bisher nicht, sie fanden allerdings Kokosnüsse, in die beeindruckende Löcher genagt worden waren. Jetzt aberwurde Vika gefunden. Annähernd einen halben Meter lang, bis zu einem halben Kilo schwer und mit einem langen, haarlosen und schuppigen Schwanz. Sie wurde auf der Insel Vangunu in der Südsee östlich von Papua-Neuguinea gefunden. Die gefundene Ratte ist von der rapiden Abholzung bedroht. Leider starb die Ratte kurz nach dem gefunden werden. Die Forscher vermuten, dass Vikas Vorfahren mit treibenden Pflanzenresten auf die Insel gelangten und sich dort zu der neuen Art weiterentwickelten.

Die Inselgruppe der Salomonen umfasst Hunderte Inseln und kleinere Atolle. Sie liegt recht isoliert. Viele der dort lebenden Säuger sind nirgendwo sonst auf der Erde zu finden.

Na wyspach Salomona, położonych na wschód od Papui-Nowej Gwinei, odkryty został nowy gatunek wielkiego szczura. Dotychczas o zwierzaku opowiadali tylko tubylcy, twierdzili, że żyje na drzewach i żywi się mlekiem kokosowym. I rzeczywiście, już od dawna naukowcy odkrywali orzechy kokosowe z ogromnymi dziurami w skorupach. Teraz znaleźli wreszcie zwierzę, które te dziury wygryza. Trzeba chyba jednak powiedzieć – wygryzało, bo możliwe, że szczura przedtem nie było, a teraz znowu nie będzie – jedyny znaleziony okaz po zbadaniu – zdechł.

Vika ma (miała) około pół metra długości, waży(ła) pół kilo, ma (miała) bardzo długi nieowłosiony ogon pokryty łuskami.

Archipelag wysp Salomona to kilkaset małych i większych wysp powstałych wokół małych atoli. Wyspy są odizolowane od reszty świata i przechowują się na nich gatunki zwierząt i roślin, gdzie indziej już dawno wymarłe. W ścisłej izolacji lokalne gatunki rozwijają się inaczej i nie są podobne do swych pobratymców. Tak właśnie było z Vikami. Viki przybyły prawdopodobnie na wyspy Salomona z jakimiś niesionymi falą i wiatrem resztkami roślin. Skąd – nauka nie podaje.

***
Myszeida! Na pewno! Przecież ta Uromys to stara mysz! (Po sprawdzeniu okaże się niestety, że mysz i owszem, mys, ale nie stara, tylko ogoniasta, uro… Ech, powtórka z Łaciny bez pomocy Orbiliusza by się przydała)

***

Każda Nowa Epoka produkuje Nowego Człowieka. Wierzą w niego i wodzowie totalitarni, i anarchistyczni buntownicy, i charyzmatyczni przywódcy. Od stu lat kreujemy nie tylko Nowego Człowieka, ale też Nową Kobietę i Nowego Mężczyznę. To są jednak byty abstrakcyjne. Tymczasem Nowy Szczur jest faktem naukowym.

***

Na wyspach zatem przechowują się takie stare nikomu już nieznane rasy. Nie mogąc ani powędrować dalej, ani się rozprzestrzenić, ani, co najgorsze, spotkać pobratymców, dysponujących innym niż one kodem genetycznym, trwają w kazirodczym zamknięciu, produkując Nowego Tygrysa, ale też Nowego Szczura czy Nowego Człowieka.

Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna (Homini Novi), którzy rozwinęli się w całkowitej izolacji na Wyspach Wolności i Tolerancji.

Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Reblog: Pocałunek Judasza

giotto_-_scrovegni_-_-31-_-_kiss_of_judasKrzysztof Ruchniewicz

Historyczna hipokryzja czy schizofrenia?

Z zainteresowaniem wysłuchałem wywiadu z Martinem Sanderem, niemieckim dziennikarzem, specjalizującym się w sprawach polskich. Często odwiedza on nasze księgarnie, można powiedzieć, że śledzi rynek książki historycznej. Wszak historia to nasza narodowa pasja, nieprawdaż? To, co Polacy czytają (a czyta ich mniejszość…), jest ważne. Sander zauważył, że na półkach polskich księgarni prezentowana jest spora liczba (ponadprzeciętna?) publikacji autorstwa nazistów lub autorów sprzyjających nazizmowi. Ponieważ dysponuję teraz pewną ilością wolnego czasu, rozejrzałem się po ofercie księgarń i wydawnictw, które można zaliczyć do prawicowych lub skrajnie prawicowych. Nie będę wymieniać ich nazw, by nie mieć dylematu robienia reklamy. Ich oferta jest niemała. Znaleźć tam można pozycje bardzo różne: od literatury religijnej po – tak ją określę – antysemicką, ksenofobiczną, antyeuropejską, i – tak, trzeba to powiedzieć – nazistowską. Autorzy stron nie kryją się z tym specjalnie. Mają się nawet za obrońców wolnego słowa i instytucje wspierające swobodne wyrabianie sobie przez czytelników własnego zdania. Brak zdecydowanych działań ze strony państwa, które w końcu powinno przestrzegać zasad konstytucyjnych, powoduje, że istnieje milczące przyzwolenie na tego rodzaju literaturę i jej popularyzację. Stoi to w rażącej opozycji do działań tegoż państwa, które wytrwale tropi używanie tzw. wadliwych kodów pamięci w mediach zagranicznych.

Jak bumerang powraca w dyskusjach na tematy polsko-niemieckie, zwłaszcza po prawej stronie naszego spektrum politycznego, sprawa pokazywanego przed laty niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ czy używania (nie jest ważne czy celowo, czy z głupoty) tzw. błędnych kodów pamięci, jakim jest zwrot „polskie obozy koncentracyjne“. I powiedzmy od razu. W obu przypadkach krytyka jest uzasadniona, aczkolwiek rzadko odnosi się do proporcji i kontekstu tych przypadków. Mam nawet wrażenie, że je wyolbrzymia. Ile razy można w końcu przywoływać jeden, nie najlepszy serial? Ile razy można zarzucać Niemcom ów fatalny zwrot, którego o wiele częściej używają np. Amerykanie?

Jednocześnie nie znalazłem – choć może źle szukałem – żadnego słowa oburzenia z powodu druku po polsku wielu publikacji nazistów lub też osób z nimi sympatyzujących. Bez problemu można zakupić opracowania pseudohistoryczne poświęcone dziejom Europy, poszczególnych postaci historycznych, jednostek niemieckiego Wehrmachtu czy SS, publikacje o wydźwięku antysemickim czy ksenofobicznym. Przed kilkoma tygodniami jedna z gazet codziennych podniosła alarm z powodu umieszczenia w czołowych sieciach księgarskich w kraju publikacji jednego z belgijskich nazistów. Publikację wycofano wprawdzie z księgarnianego obiegu, ale bez problemu można ją kupić w internecie. Jej wydawca stwierdził m.in.:

(…) Chęć poznania poglądów ludzi, którzy byli blisko Hitlera. Większość z nich po wojnie Niemców mówi: to nie my, to Hitler. A tak naprawdę może myślą jak Degrell, tylko ze względów osobistych, koniunkturalnych nie mówią o tym głośno? Otóż Degrell ma odwagę mówić. Mało tego, nie uważał, że zrobił coś złego stojąc u boku Hitlera i chciał swojego procesu w Belgii, w której zaocznie skazano go na karę śmierci. Postrzegam go jako głos całego pokolenia Niemców, którzy poparli Hitlera w wyborach i w całej tej wojnie. Otóż nigdy nie zrozumiemy dlaczego nazizm uwiódł całe pokolenie nie tylko Niemców, jak się okazuje, bez wydawania tego typu książek.

Naprawdę bez wynurzeń Degrella wydanych po polsku nie zobaczymy istoty nazizmu?

Po lekturze tego listu zacząłem się zastanawiać, skąd u autora wzięło się to przeświadczenie, że Hitler wszystkich uwiódł i że Degrell może być – jak pisze ów wydawca – „głosem całego pokolenia Niemców“. Warto przypomnieć autorowi, że od końca lat 50. przewaliła się przez Republikę Federalną Niemiec dyskusja o odpowiedzialności Niemców za zbrodnie, nikt dzisiaj przy zdrowych zmysłach nie podważa istnienia tych zbrodni ani Holokaustu, nie wspominając o komorach gazowych w obozach koncentracyjnych. W publikacjach wspomnianego autora, którego tak broni wydawca, śladów tej dyskusji nie ma, do końca swego życia pozostał przy swoich poglądach. Na jakiej podstawie uważa się go za osobę reprezentatywną? Bo stereotyp i osobista niechęć podpowiadają komuś, że każdy Niemiec to tak naprawdę nazista?

I tu warto poruszyć na koniec wątek, który przywołano w obszernej recenzji ostatniej książki Degrella, jaka ukazała się po polsku. Pod koniec jej autor, Michał Gadziński, stwierdził:

Tak rozbudowana prezentacja autora wydaje mi się konieczna. Leon Degrelle nie jest bowiem postacią powszechnie w Polsce znaną, a musimy mieć świadomość, z czyją książką mamy do czynienia. Ktoś mógłby się obruszyć – czy godzi się w Polsce wydawać dzieła nazisty (w rodzinnej Belgii pisma Degrelle’a znalazły się po wojnie na cenzurowanym)? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Trudno bowiem poznawać historię uznając z góry część źródeł za niesłuszne. Zresztą skoro w Niemczech publikuje się już opatrzone komentarzem historycznym „Mein Kampf” (i moim zdaniem słusznie), to dlaczego nie wydawać książek Degrelle’a?

Myślę, że autor nie wie o czym mówi. W przypadku „Mein Kampf“, na które się powołuje, chodzi o naukowe wydanie, dzieło szanowanej placówki naukowej, opatrzone licznymi przypisami, objaśnieniami i dodatkowymi tekstami, które pokazują, co się kryje pod podszewką wynurzeń przyszłego wodza III Rzeszy. W publikacji polskiego wydawnictwa nie ma ani wstępu zawodowego historyka, ani naukowych przypisów. Trudno więc mówić w tym przypadku o krytycznym wydaniu książki. Raczej o rzuceniu ekscytującego w opinii wydawcy materiału czytelnikom niekoniecznie przygotowanym do takiej lektury. W innym miejscu ten sam recenzent zdradza swe zafascynowanie Degrellem:

Atrakcyjności książce dodaje fakt tego, że pisana jest w sposób subiektywny z konkretnego punktu widzenia. Mam wrażenie, że większość prac o Wielkiej Wojnie pisana jest z perspektywy państw alianckich. Warto czasem poznać nieco inny punkt widzenia. – i szybciutko zastrzega się – Muszę jednak poczynić zastrzeżenie, że lekturę polecam jedynie osobom obeznanym z faktografią historyczną oraz warsztatem pracy historyka. Nie wszystkie opinie i interpretacje Degrelle’a można brać za dobrą monetę, a niewyrobiony czytelnik łatwo może ulec urokowi jego pasjonującego stylu.

Niemożliwe, naprawdę? A może by tak, idąc podobnym tokiem rozumowania, zacząć przybliżać czytelnikom teksty piewców proletariackiej rewolucji, a nie tylko refleksje miłośników płowowłosych Aryjczyków? Wszak kawał XX w. ukształtowany został przez reżym bolszewików.

Do czego potrzebni są więc historycy, ich prace, cała ta dłubanina po archiwach i bibliotekach? Wystarczy rzucić coś na maszynę drukarską, w pseudowstępie wpisać zdanie na temat możliwego fałszywego odczytania źródła, ale generalnie uznać, że to nie sprawa wydawcy, co i w jakiej formie dostarcza czytelnikowi. I co z tego później wyniknie. Ważne, że jakiś fascynat wyłoży nieco gotówki, by poznać wielkie, przemilczane (przez paskudną poprawność polityczną) źródło. Główkę ma otwartą i często wiedzą nie skażoną (oj, szkolna edukacjo historyczna!) Skoro wszystko można relatywizować (są dwa równorzędne stanowiska, wybierajcie proszę!), to nasza praca staje się bezprzedmiotowa.

A co z tą historyczną hipokryzją w podejściu do używania tzw. błędnych kodów pamięci poza granicami naszego kraju? Czy tolerując w przestrzeni publicznej takie teksty, ale też symbole, wypowiedzi i, niestety, także czyny, nie podkopujemy sami swojego statusu tych, co to „first to fight”, synów (i córek) „kraju bez Quislinga”? A co, jeśli choć kilku czytelników w pryszczatym wieku pomyśli sobie, no tak, nazista, ale w sumie miał chłop trochę racji… A może przykrycie się patriotyczną kołderką (w sprzedaży w różnych wzorach) zapewni nam spokój sumienia i sen bez koszmarów?

Tekst zilustrowałem fragmentem fresku Giotta z Kaplicy Scrovegnich w Padwie pt. pocałunek Judasza.