Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Über die Zufälle: Ochsen und Zebu am Strand

Ewa Maria Slaska, Johanna Rubinroth, Tanja Krüger, Adam Soboczynski und…

Johanna und Tania waren in Indien. Das wissen wir, hier habe ich schon auf dem Blog mehrere Sontage ihre Fotos und Eindrücke veröffentlicht.

Aber ein Foto war nicht dabei. Ein Foto von einem Zebu am Strand. Dieses Foto habe ich analog als Geschenk bekommen.

Zebu wanderte zu den blauen Büchern…

Abends stand ich neben dem Zebu und suchte mir etwas zum lesen. Ich wahle meistens ziemlich wahllos. Das Buch lag schon lange unter den blauen Büchern und wartete drauf, dass ich es wahllos wähle. An dem Abend war es so weit. Ob der Zebu vom Foto etwas dabei mitgeholfen hat?

Sie sahen ziemlich ähnlich aus, der Hund und der Zebu. Und dann erst der Beginn des Buches…

Sieht ihr es? Seite 8, gerade Beginn des Buches. Der Maler Hans Weinling, der Protagonist des Buches ist, wurde berühmt durch sein Bild, das Ochsen am Strand zeigte. Und seitdem malte er nur Tiere an Strand…

Ochse, Zebu, Rind, Hund, Tier am Strand… Zufall? Sicher, aber welcher!

Ich schau in Impressum:

Umschlag: Anzinger / Wüschner / Rasp München
Unter Verwendung des Bildes “Beach Dog II” von Ben Schonzeit
1990. Private Collection / Lahr & Partners for Ben Schonzeit/
Bridgeman Art Library / Bridgeman Images

Ich suche den Schonzeit im Netz. Der Mensch malt imposant. Wirklich imposant. Sehet mal. Er malt viel und sehr verschieden, nicht nur Tiere am Strand.

“Beach dog” ist unter dem Begrif “realistic painting” zu finden:


A Beach Dog, 1986. Acrylic on Canvas, 32″ X 36″

Das Buch über den Maler, der nur die Tiere am Strand malt, ist gut (obowhl nicht SO gut, wie es sich ansagt, zum Ende verläuft sich alles irgendwie, obwol die Kritiker meinen, dass es sich in dem Moment gerade wunderbar zuspitzt), aber ich finde, dass die Malerei von Schonzeit noch besser ist. Daher so ein Vorschlag für Summer time… Buch, Hund, Zebu und Ochse mitnehmen und zum Strand!

Oder ein Bild kaufen?

Hazy Lake Placid II, 2008. Acrylic on Linen, 48″ X 48″

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym

Ewa Maria Slaska

Wyjeżdżam i jak zawsze podczas wyjazdu – nie wiem, czy uda mi się wstawić jakiś aktualny wpis. Wiem zatem z doświadczenia, że coś trzeba sobie przygotować na zapas. Pomyślałam o recycklingu własnych dokonań. Prowadzę ten blog pięć i pół roku, przedtem prowadziłam dwa inne blogi, oparte na tej zasadzie, że to ja tworzę ramę, ale piszą różni ludzie. Pierwszy zaczęłam 18 czerwca 2011 roku. Wczoraj była rocznica. 8 lat, codziennie wpis. 2920 wpisów. Upał lał się z nieba i rocznice niezbyt mnie obchodziły, ale aby wypełnić letnie dziury, postanowiłam zrecyklingować kilka najlepszych wpisów. Zastanowiłam się, co mogłabym uznać za swój najlepszy wpis. Były takie, których słupki frekwencji czytelniczej przebijały sufity i dachy, ale nie, wcale nie one mi się przypomniały. Z otumanionego upałem umysłu wychynął Mankell. Pisałam o nim przed kilku laty, a powoływałam się na cytat z książki, która się w oryginale ukazała 20 lat temu. Mankell rozmawia z córką.

Najpierw więc cytaty, po niemiecku i po polsku, z mojego wpisu.

Strümpfe stopfen & Cerowanie skarpetek

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an. „Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“


(…) zapytała go, dlaczego życie w Szwecji jest takie trudne.

– Czasami myślę sobie – powiedział – że powodem może być to, że przestaliśmy cerować skarpety. (…) W czasach mojej młodości w Szwecji nadal cerowało się skarpety. Nawet uczyłem się tego w szkole. Aż nagle z dnia na dzień przestano je cerować. Dziurawe skarpety po prostu się wyrzucało. Przeobraziło się całe społeczeństwo. Zdzieranie i wyrzucanie stało się powszechnie obowiązującą regułą. O tych, którzy obstawali przy cerowaniu, ani się nie mówiło, ani się nie słyszało.


PiatakobietaWbrew temu jednak, co często muszę robić, a mianowicie przepisywać cytaty, które mnie zainteresowały, tu sięgnęłam do dwóch osób, które podobnie jak ja zauważyły ten cytat i uczyniły z niego osnowę swojego wpisu. Polka, Danuta Awolusi, rocznik 86, przez wiele lat prowadziła na blox.pl świetny blog o literaturze (blogu już nie ma – dop. EMS 2021). Jej wpis o Mankellu ukazał się w sierpniu 2011 roku, ja o Mankellu pisałam w sierpniu 2015 roku. Pastor Max Toepffer odkrył cytat o skarpetkach i użył go w pisemku parafialnym zimą 2013 roku. Sama książka ukazała się w Szwecji w roku 1996, ponad 20 lat temu.

Cytat niemiecki zaczerpnęłam z gazetki parafialnej pewnego kościoła ewangelickiego. Redaktorem naczelnym (a zapewne i jedynym) jest pastor, który używa swojego wpisu, by zachęcić wiernych do rozglądania się wokół siebie, do cerowania porozrywanych stosunków międzyludzkich. Polska krytyczka literacka używa tego cytatu, by napisać o Mankellu jako dobrym pisarzu, uważnie obserwującym społeczeństwo. Pod cytatem o skarpetkach pyta: Czy to nie jest znakomita metafora współczesnego społeczeństwa? W tym banalnym przykładzie zawarto praktycznie wszystkie obecne bolączki wielu narodów. Taki właśnie jest Wallander – prosty, ale równocześnie mądry i błyskotliwy.

Zanim przejdę dalej, zatrzymuję na chwilę nad okładkami obu książek. Było ich zapewne więcej, różnych, ale przypadek podsunął mi te dwie. Polska ma sens, szukanie przestępcy to zawsze polowanie na pustyni. Okładka niemiecka odwołuje się do kobiecej erotyki z czasów Rubensa i sensu nie ma w ogóle.


W zeszłym roku usłyszałam od młodej pięknej kobiety z Warszawy, że w Niemczech mamy znacznie większy stopień zużycia przedmiotów i ubrań niż w Polsce. Było to powiedziane z uznaniem. Jesteśmy bogatym krajem, mniej kupujemy tandety, a te dobre rzeczy, które kupujemy nosimy potem bardzo długo. A potem je jeszcze oddajemy.

Tak, jak tego wymagają reguły Zero Waste.

Zero Waste zakłada ograniczanie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie (czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje; pielęgnacja ubrań i konserwacja sprzętu, by służyły jak najdłużej) aż po zagospodarowywanie resztek (czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia).

Nie szukam w internecie reguł Zero Waste w sprawie ubrań. Sama wiem, a Mankell mi tu przewodnikiem.

1/ Używaj ubrań jak najdłużej. Naprawiaj je, przerabiaj. Ceruj skarpetki.
2/ Nie kupuj za dużo, szanuj to, co kupiłeś. Ceruj skarpetki.
3/ Oddawaj innym, myśląc o tym, komu dajesz, wybieraj osoby, które już należą do nowej kategorii i cerują skarpetki.
4/ Noś rzeczy używane, przyjmuj je, wymieniaj się ze znajomymi, bierz również to, co trzeba naprawić: ceruj skarpetki.
5/ Przerabiaj rzeczy całkiem zniszczone na inne – kołdry, kapy, dywany ze szmatek. Ceruj skarpetki.
6/ Nie trzymaj w szafie rzeczy, których na pewno nie będziesz nosić. Zrób coś z nimi, przerob, podaruj, oddaj. Dopiero, jak już naprawdę nie da się z nimi nic zrobić – wyrzuć, ale nie do śmieci, tylko do pojemnika, bo stamtąd pójdą do potrzebujących albo do fabryk jako surowiec wtórny.

Ceruj skarpetki…

Mało nośne hasło, mało patetyczne. Byle jakie w porównaniu z Wolnością, Równością i Braterstwem, Siostrzaństwem, Solidarnością, Sprawiedliwością i Prawem. Ale tych wielkich słów być może nie umiemy wprowadzić w życie, poza tym łatwo je ideologicznie przenicować i wykoślawić. I wtedy nam wyjdą uszami. A cerowanie skarpetek to proste zadanie i jak dotąd nie widzę możliwości, by polityka je zagarnęła. A poza tym wciąż jeszcze, póki jeszcze żyje nasze pokolenie, możemy was nauczyć, jak to robić. Bo my wciąż jeszcze umiemy cerować skarpetki.

A potem można pójść dalej…

 

Barataria 70 Turumba na wesele

Ewa Maria Slaska

Antonio Skármeta, Wesele poety


z hiszp. przeł. Dorota Walasek-Elbanowska / Warszawa: Świat Książki – Bertelsmann Media, 2005.

Zgodnie z przewidywaniami książka okazała się ważną pozycją w procesie śledzenia wędrówek idei wyspy Barataria, a zatem i nieocenionym źródłem wiedzy baratarystycznej.

Przy okazji pozwoliła zgłębić wiedzę o tajemniczym zjawisku jakim jest turumba – taniec, piosenka i wiersz, które mając coś wspólnego z limerykami, są mianowicie nader nieprzyzwoite.

Turumba del frutta, pieśń, która w poprzednim odcinku pomogła mi wpaść na trop autora i książki. Mam już powieść po niemiecku i hiszpańskie szczątki. Zanim dostanę do ręki polskie tłumaczenie, czytam sobie tekst hiszpański i tłumaczenie niemieckie, i postanawiam, że spróbuję sił, a wzorem niech mi tu będzie niezastąpiony, świętej pamięci mistrz Załucki i dwaj Starsi Panowie: “te piersi jak jabłka, te usta jak wiśnie, nie mogę – za dużo witamin.” A internet, w którym jest wszystko, nawet żaba przez rz, dobrze wie, jakie zdrożne miał tu poeta intencje – nie podaje w ogóle tekstu wiersza, ale za to od cytatu odsyła natychmiast na stronę z soft pornografią…

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

Jakiś znaleziony w internecie żarcik sugeruje, że to taniec jak rumba – tu(rumba)…

Mięsisty opis tańca przeniosę jednak do następnego odcinka, na razie bowiem musimy zająć się tym, jak się zostaje gubernatorem wyspy nieistniejącej. To mit założycielski, z czasów gdy właśnie upadał handel winem, a wsza winna dokonywała zniszczenia winnych szczepów, żrąc zachłannie i mnożąc się bez pamięci, przez co upadało niejedno imperium, a nie tylko winnice nieistniejącej wyspy Gemy. Cała powieść dzieje się w roku 1913, w 20 lat później, gdy do wieku męskiego dorośli synowie niefortunnego gubernatora. Rok akcji można wyznaczyć bez problemu – Rabindranath Tagore dostał właśnie nagrodę Nobla.

Barataria 69 Turumba de la fruta

Ewa Maria Slaska

Kartki z książki na ulicy

Które to już kartki, które znajduję na ulicy i z których wyplecie się cała opowieść? W mojej dzielnicy ludziom nie wystarczy, że można książkę odłożyć na półkę, albo, skoro nie chce się jej więcej czytać, na klatkę schodową czy na ławkę w parku, żeby zabrał ją sobie ktoś inny. W mojej dzielnicy trzeba książkę rozerwać na kartki, a często jeszcze kartki na strzępy. W mojej dzielnicy bardzo często mi się zdarza, że znajduję na ulicy kartki książki, a potem dociekam, co to za książka. Jak tu, i tu, i tu:

Verdammt starke Liebe Die Stadt hinter dem Strom Andorra

Tym razem kartki leżą nieopodal domu, ale wieczorem znajdę nawet dwie stroniczki na naszym podwórku, a następnego dnia jeszcze dwie przy wejściu do stacji metra. Nie zebrałam wszystkich, wczoraj nie miałam czasu, dziś siły, ale mam ich dość, żeby zacząć się dziwić, że nie podniosłam żadnej, na której na dole, drobniutkim drukiem, znalazłby się autor i tytuł książki.

Na razie wiem więc tylko, że ktoś podarł jakiegoś paperbacka po hiszpańsku i rozsiał kartki wokół mojego domu. Jakby zrobił to dla mnie, jakby chciał mnie wystawić na próbę, sprawdzić, czy i jak szybko odkryję, co to za powieść i jak się wiąże z Baratarią? Bo jakoś przecież musi się wiązać, nikt nie zadałby sobie tyle trudu na darmo…

Oglądam pogięte, pożółkłe stroniczki. Muszę zadecydować, które słowa wybiorę, aby zadać google’owi pytanie, co to jest i kto to napisał? Widzę, że jest Mozart i Piąta Beethovena. Są Adam i Ewa w raju. Jest Salieri. Szylingi i jakiś niemiecki bohater, Mollenhauer, który mówi do kogoś po niemiecku “Kopf hoch” – głowa do góry, i ktoś, kogo trzeba tytułować Señor Franck. Jerónimo Franck. Pamiętajmy, że nie znam hiszpańskiego, choć powoli sama się temu dziwię, bo przeglądając kartki, widzę, że bardzo dużo rozumiem.

Nie znam języka i mam tylko dziewięć kartek z książki. Decyduję się na tytuł poematu ze strony 145: Turumba de la fruta…

Turumba de la fruta… Pamięć podsuwa zapomnianą potrawę – tymbalik z owocami. Deser, który chciałam zamówić, gdy mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie restauracji. Była to chyba najważniejsza, a być może i najdroższa, restauracja w Gdańsku – Orbis – naprzeciwko dworca. Miałam 15 lat. Tymbalik był w karcie dań, ale naprawdę go nie było. Były zamierzchłe czasy Komuny, wczesne lata 60. To był powszechny zwyczaj. Jerzy Wittlin proponował grę towarzyską “Jadłospisy”. Przygotowujemy niezwykle orygnalne karty dań, pełne nadzwyczajnych potraw. Wygrywa ten, kto zamówi bigos.

Wydaje mi się, że Turumba de la fruta może być czymś w rodzaju trąby owocowej. Ale czy ja wiem. Trąba turumba.

Wpisuję do google’a słowa Turumba de la fruta… Znajduję książkę natychmiast, jeszcze zanim się dowiem, czy turumba to trąba i jak wygląda?

Antonio Skármeta, La boda del poeta. Wesele poety?

I wciąż jeszcze zanim zobaczę, jak wygląda ów deser owocowy, wiem, że znalazłam Baratarię:

Funny, fascinating, ironic, dramatic and unusual novel...

Jerónimo Franck, an Austrian wealthy Bohemian with a nickname “the Poet”, leave his country and settles in the fictitious island of Gema, located in the Adriatic Sea. He reopens a store which was built by Stamos Marikanis, a local merchant…
Jeronimo proposes to Alia Emar, the most beautiful and charming girl on the island,whom he adores, the wedding is planned, but the couple doesn’t participate in the joy and cheerfulness that all the people of the island have…
Alia has an affair with Esteban Coppeta only couple of hours before the wedding…
Jeronimo is terribly worried from the Tragic Legend and curse of the island, he was afraid that Alia would die on her wedding night as Marta, the bride of Stamos died….

This novel convey the world war in a sarcastic way…. and reveals some of the details about the immigration of the Europeans to Chile…

«Un brillante dardo al blanco de nuestra más inmediata contemporaneidad, lleno de humor y ese criterio de la gravedad que exigen las mejores parodias.»

J.E. Ayala-Dip, Babelia, El País.

Jerónimo Frank, un rico banquero austríaco, lo abandona todo y se instala en una pequeña isla del Adriático, donde reabre el gran almacén «El Europeo». Pronto se concierta su matrimonio con la bella joven Alia Emar. La boda se prevé espectacular. Sin embargo, en el ánimo de Jerónimo pesa la tráfica leyenda del antiguo propietario del almacen y su joven esposa. En el caso de Alia es el amor de Esteban Coppeta, descendiente de un héroe de la isla, lo que la desconcierta. Una historia de amor legendario en clave de intriga y humor, una mirada inteligente y satírica sobre la Europa de preguerra, pero también la crónica de una estirpe de emigrantes que llegará a Chile a principios de siglo, con sus sueños, sus mezquindades y su pasado a cuestas.

Historia przypomina zatem jedną z opowieści o piratach z Karaibów… Tę, w której Johnny Depp wyciągnie końmi kościół z wioski… Na razie jednak lekceważę ten wątek. Myślę, że ta książka zajmie nas na dłużej, będzie czas na wszystko. Zacznijmy zatem od początku czyli od pierwszej jej strony. Opis wyspy Gema.

Popyt na wino z wysp Gema trwał aż do austriackiego traktatu handlowego z Włochami (1891), który ustanowił tzw. Klauzulę Win. Dzięki tej umowie Włochy mogły wwozić wino na terytoria austriackie na preferencyjnych warunkach. To natychmiast odbiło się echem na rynku, a ceny spadły, przez co znacząco spadł i eskport. Zniknął bodziec do zakładania nowych winnic. Już wyprodukowane wino zostało skonsumowane prawie wyłącznie na miejscu, a i tak pozostała duża nadwyżka. Statki, bez innych źródeł dochodów, nie wypływały z portów. Nieszczęść dopełniła filoksera, która zaatakowała winnice w roku 1894 i stopniowo je unicestwiła.
Chłopi z Gemy, po większej części winiarze, ponieśli wielkie straty. Zwrócili się o pomoc do zamożnych kupców i wielkich właścicieli ziemskich. Nieliczne produkty, jakie jeszcze produkowały ich gospodarstwa, sprzedawały się po niskich cenach, a od pożyczek płacili wysokie odsetki. Lichwa jeszcze bardziej zubożyła drobnych producentów. Ich ziemia nie nadawała się pod inne uprawy, sytuacja zmusiła ich więc do emigracji. Tak oto mieszkańcy Gemy, którzy wcześniej dawali pracę innym, musieli teraz wyjechać w poszukiwaniu pracy do odległych i dziwnych krajów.

Antun Domic: Breve Historia de la Isla de Brac

Czytam to i myślę o utopijnej opowieści Silvio Gesella o tym, jak rozwinęła się, a potem upadła gospodarka odizolowanej od reszty świata wyspy Baratarii. Brac to chorwacka wyspa, Antonio Skármeta jest chilijskim pisarzem, potomkiem chorwackich emigrantów z wyspy Brac. Niewykluczone, że Gema to po prostu Brac… Okaże się. Urodzony w roku 1940 Skármeta, syn uciekinierów politycznych, w roku 1973, po puczu w Chile, sam stanie się uciekinierem politycznym i zamieszka w… Berlinie. Krąg się zamknął. Przyjechałam do Berlina w roku 1985, Skármeta wyjechał stąd w roku 1989.

Mogliśmy się spotkać. Kto wie, może naprawdę się spotkaliśmy…

Wrócił do Berlina w roku 2000 jako ambasador Chile…

Jego najsłynniejsza powieść posłużyła jako kanwa filmu Listonosz o chilijskim poecie na wygnaniu, Pablo Nerudzie…

OK, Turumba to nie trąba, to słowo filipińskie, pochodzące z języka Tagalog, oznaczające drżeć ze szczęścia. Jest firma Turumba, produkująca przecier owocowy. Był film dokumentalny Turumba, o filipińskiej rodzinie produkującej zabawki z masy papierowej, i jest Matka Boska Bolesna z Turumby, ale o tym wszystkim opowiem wam następnym razem… Już zamówiłam sobie tę książkę, już nawet w międzyczasie dostałam mailem potwierdzenie, że została wysłana…

Nowe książki, nowe kobiety

Ewa Maria Slaska

Roksana Wiankowska. Nowa autorka. Przyszła z sieci. Już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię, gdy autorzy przychodzą sami. Przyszła, żeby pokazać książkę, którą właśnie wydała. W jednej z dedykacji (jest ich kilka) napisała:

Witaj, jeśli to czytasz, oznacza to, że chętnie
poznasz historię niejakiej Anastazji, która
stoczyła walkę z samą sobą. Było to nieodłącznym
elementem jej uzdrowienia. Po dość trudnym
dzieciństwie, uczuciu osamotnienia, zagubienia,
długotrwałej hospitalizacji, zdobyła się na walkę
ze swoim wewnętrznym JA. Polecam tę książkę
szczególnie tym, którzy słowo „anoreksja” znają
nie tylko z encyklopedii.

Nie znam słowa anoreksja z autopsji, nie znam jej też z encyklopedii. Gdy byłam młodą panną nie było tego słowa w encyklopedii. Wiem, bo moją pierwszą encyklopedię przeczytałam hasło po haśle. Przyznaję jednak, że była to pozycja wprawdzie dość gruba, ale jednak mała, jednotomowa, i miała co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy haseł. Oczywiście i my, młode panny w PRL, miałyśmy problemy z wagą i moja Mama naśmiewała się ze mnie, że na wewnętrznej stronie drzwi szafy z ubraniami nakleiłam sobie dwa artykuły z Filipinki, a może już z Kobiety i życia: Jak schudnąć? oraz Jestem chuda, dlaczego?
Nawet nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o anoreksji. Na pewno już po wyjeździe z Polski czyli w drugiej połowie lat 80. W Namiętniku Manueli Gretkowskiej (1988) jest opowiadanie o anorektyczce, która miała wizje i potrafiła przewidywać numery wygrywające w totolotka. Był też taki wywiad z niemiecką aktorką i pisarką Doris Dörrie na temat jej książki Samsara, w którym pisarka mówi:

Każda choroba jest wyrazem tego, czego człowiekowi brakuje. Teraz często jest to anoreksja młodych dziewcząt, na przełomie wieków to była histeria, a pod koniec XV wieku kobiety, które nie jadły zostawały świętymi. Przyświecała temu religijna wiara, że jeśli nie będziesz jadł, Bóg cię nakarmi. (…) Choroba wypełnia czarną dziurę, którą musisz czymś wypełnić, bo inaczej nie poradzisz sobie z życiem, nieważne czy są to ekstazy narkotyczne lub religijne, czy też jedzenie dużo lub nic, zawsze chodzi o wypełnienie tej dziury.

Myślę, że Roksana Wiankowska, autorka Anoreksji na śniadanie i jej bohaterka – Anastazja, to właśnie udowadniają.

Kolejną rzeczą, która kojarzyła mi się ze spokojem ducha, było jedzenie. Tak, podczas wspólnych posiłków z Franciszkiem i mamą czułam się bezpiecznie. Wtedy panował zazwyczaj spokój. Być może budzi się w Tobie pytanie, dlaczego popadłam w anoreksję, jeśli lubiłam jeść? Pozwól, że Ci wytłumaczę: oglądając seriale zauważyłam, że większość atrakcyjnych, chudych dziewczyn czuje się  dobrze w swoim ciele. dodatkowo są akceptowane przez innych, mają masę przyjaciół. Natomiast ja byłam niziutka i mimo swej drobnej budowy wyglądałam zdrowo. Jednak nie czułam się atrakcyjna. Nie wiedziałam, dlaczego. Po czasie stwierdziłam, że być może, jeśli odrobinę schudnę, zacznę być zauważana i doceniana przez otoczenie.

Wypełnienie czarnej dziury to zajęcie, które, gdy jesteśmy młodzi i musimy zorganizować swoje życie, uprawiamy wszyscy. Jedni chcą być mądrzy, inni bogaci, niekiedy trzeba być sławnym, niekiedy chudym. Anoreksja na śniadanie to opowieść o tym, jak młodziutka dziewczyna popada w zależność od choroby i jak z niej wychodzi.

W (kolejnej) dedykacji autorka deklaruje:

Dla Mamy
Książkę chciałam zadedykować mojej mamie, bez której pomocy nie wygrałbym tej walki.
Chcę, abyś wiedziała, że zawdzięczam Ci swoje życie. Sposób, w jaki przyczyniłaś się do mojej walki z chorobą jest największym dowodem matczynej miłości. Zdaję sobie sprawę, jak wiele wycierpiałaś. Dziś bez problemu mogę stwierdzić, że dowiodłaś, iż prawdziwe uczucie ,,potrafi góry przenieść’’. Wiedz, że jestem Ci dozgonnie wdzięczna. Dziękuję, że nie pozwoliłaś mi utonąć.
Kochająca córka.

Wzruszająca dedykacja. Ale w samej książce ten moment jest zaznaczony dość ogólnikowo. Mama zmusza córkę do leczenia, a potem odwiedza ją w klinice, ale jej udział w terapii córki jest mało widoczny. To zresztą szerszy problem, jaki tu zauważam. O ile bowiem popadanie w chorobę i sama choroba zostały przedstawione znakomicie, niekiedy wstrząsająco, o tyle wychodzenie z niej jest nieco schematyczne, a realne opisy zostają  zastąpione tezami i deklaracjami. Można by powiedzieć, że nie do końca udało mi się uwierzyć, że Anastazja jest postacią rzeczywistą, a jest to kluczowa sprawa, bo Anoreksja… to nie powieść do czytania, tylko powieść z przesłaniem: postaraj się, a uwolnisz się z kleszczy nałogu. Uwierz w siebie, mówi autorka, a wyrwiesz się, tak jak wyrwała sie bohaterka książki, ale też – jak wyrwała się z nich sama autorka.

Ale postawiona wobec pytania-wyboru: uwierzyć autorce czy nie uwierzyć, intuicyjnie wierzę. Wierzę, bo warto uwierzyć. Wierzę, bo chcę, żeby wierzyły jej młode dziewczyny, ich matki i babcie, przyjaciółki i siostry. Wierzę, bo wielu z nas potrzebne jest myślenie o anoreksji, o tym skąd się bierze, jak zżera człowieka i jak się można jej pozbyć.
A przynajmniej spróbować…

Niewątpliwie sama Wiankowska, młodziutka, piękna kobieta, sprawia wrażenie osoby zdrowej, szczęśliwej i takiej, która znalazła sposób na życie. W sieci znaleźć można (było) jej webinar o tym, jak wydała swoją książkę.

Książkę można zamawiać na www.roksanawiankowska.eu

Książkę warto a może nawet trzeba kupić, nawet jeśli myślenie o anoreksji nie jest nam do niczego potrzebne. Powinno się i tak kupić z uwagi na niezwykłą po prostu szatę graficzną. Tak pięknej typografii dawno nie widziałam; jej autorką jest Elżbieta Lubińska, a projekt graficzny Anoreksji… był jej pracą magisterską. Poniżej jedna z ilustracji w tekście. Są to zawsze opracowane graficznie słowa i zdania książki. Tu końcówka zdania: Teraz sobie rycz.

Na zakończenie chciałabym się jeszcze podzielić z Wami refleksją na zupełnie inny temat. Roksana jest już drugą młodą kobietą, jaką poznałam w ciągu ostatniego roku (z kawałkiem), która wydała swoją własną książkę i uczyniła z niej swój sposób na życie. O pierwszej pisałam już TU na blogu, a potem od czasu do czasu reblogowałam jej teksty. Na przykład TU.

Magda Bębenek i Roksana Wiankowska należą do nowego pokolenia kobiet. Obie napisały swoją własną książkę, a jednocześnie coś w rodzaju poradnika dla innych młodych kobiet. Obie sięgnęły po własne doświadczenia i nie boją się o tym mówić. Obie same wydały swoją książkę, nie oglądając się na recenzentów, krytyków i cały ten wydawniczy kram. Obie wreszcie odniosły, odnoszą lub odniosą sukces ekonomiczny. Obie są odważne, pełne życia i umieją przerobić porażki w sukces. Obie są sobą i porada, jakiej udzielają innym (młodym kobietom) tak właśnie brzmi: uwierz w siebie i bądź sobą.

O, nowy wspaniały świat, o nowe książki i nowe kobiety!


Fragment tekstu Anoreksja na śniadanie: śniadanie

Po gimnastyce, około 8:15, było śniadanie. W dni robocze dostawaliśmy standardowo zupę mleczną i 2 kromki chleba. Do picia była jakże cudowna herbatka przesłodzona białym cukrem. Do dzisiaj zastanawiam się, jakim cudem posiłki o takim składzie były częścią diety „prozdrowotnej”… najtańsze białe pieczywo, cukier, mleko. Ironią losu było to, że spożywały to osoby o cięższych zaburzeniach psychicznych niż anoreksja. To wyjaśniało ich nagłe ataki szału pomiędzy posiłkami, podczas gdy poziom glukozy we krwi gwałtownie spadał…
Później mieliśmy 5 minut, aby się przebrać, umyć zęby i przygotować się do nauki w „szpitalnej szkole”. Czułam się niczym w więzieniu. Każda minuta mojego dnia była skrupulatnie zaplanowana. Co gorsza – mój nastrój uzależniony był od humoru pielęgniarki mającej dyżur. Większość z nich wydawała się być całkiem miła, może poza tą znerwicowaną psychoterapeutką Patrycją. Na szczęście, gdy się dowiedziała, że jestem tutaj ze względu na anoreksję, nie próbowała mnie atakować.
Mimo to bardzo się jej bałam. Moją strategią było rozmawianie z nią o przepisach kulinarnych. Właśnie to pozwalało mi przejść bezpiecznie przez pole minowe, którym była sala od terapii. Mój dzień wyglądał jednak nieco inaczej niż innych pacjentów na oddziale. Każdy posiłek był uhonorowany półgodzinną przerwą na leżenie. Dopiero po sumiennym wykonaniu polecenia mogłam wybrać się na zajęcia szkolne.


20 czerwca Roksana i ja będziemy prezentowały jej książkę w Berlinie
Zapraszamy na godzinę 19:

OstPost
Choriner Str. 84
10119 Berlin
info@ostpost-berlin.de

Zakopane wymazane wzgórze psów

Ewa Maria Slaska

Lament nad Polską (zapiski literackie człowieka staroświeckiego)

Dla Esther Schulz-Goldstein

Pisarze piszą. Duzi pisarze dużo piszą. Piszą dużo dużych grubych książek. Są też pisarki. Też piszą dużo grubych książek, ale akurat dziś staroświecko zaatakuję trzy grube książki napisane przez pisarzy czyli przez mężczyzn. Tak wyszło. Co gorsza, przyznam się, że dwie z tych książek już tu na blogu chwaliłam, a i trzecią można by było na upartgo pochwalić (a nie jest to blog literacki i nie biorę na warsztat każdej książki, jaka się ukazała, a nawet daleko nie każdą, którą przeczytałam.). TU chwaliłam Zakopane, a TU Wymazane. Ale Wzgórza Psów już nie mogę pochwalić, mimo że rzecz jest nie najgorsza i pewnie, gdyby nie zakopane i nie wymazane, zasługująca na zainteresowanie.

Jest gruba. Wszystkie liczące się teraz książki są grube. Trochę to nadmuchane nieekologicznymi metodami wydawniczymi, gruby (ale lekki) papier, szerokie marginesy, duża czcionka. Ale i bez tego są grube. My (zaczynam lament staroświecki) przyzwyczajeni byliśmy do tego, że pierwszą książką jest tomik, tomik wierszy rzecz jasna, i liczy 30, 50, no góra 80 stron. Tomików można było wydać dużo. Na przykład 18, 20.

A potem pojawiają się pierwsze nasze powieści, nasze debiuty!, i liczą 150, no 200 stron. Trzysta to już była gruba rzecz, na trzysta trzeba się było sporo napracować, a może i mieć znajomości. Wydawnictwa borykaąy się z brakiem papieru, nie można sobie było pozwolić na grube książki. Ale taka niewielka powieść była świetna. W sam raz do czytania pod ławką podczas wykładów, w łóżku, nawet pod kołdrą i przy latarce, w pociągu.

Przyzwyczajenie do średnich wymiarów książki przydało się też, gdy zaczęliśmy czytać i wydawać książki w II i III obiegu, podziemne, wydawane za granicą. Łatwiej je było poutykać po kątach, nie rzucały się w oczy.  Na półce po lewej tomiki Andrzeja Nazara; zdjęcie własnej półki zrobione przez autorkę bloga To przeczytałam.

Powiem przy okazji, że jak na to, ile miejsca w naszym życiu i w naszych bibliotekach zajmowały “tomiki”, w sieci jest dziwnie mało zdjęć regałąw z “tomikami”. Wiele jest natomiast fot powtwierdzających moją tezę, że “dawniej, panie, książki nie były takie grube”:

Jerzy Giedroyc, wydawca paryskiej Kultury – w tle książki, które wydawał. Zdjęcie sprzed 20 lat. Na załączonym obrazku widać wyraźnie, że jeszcze stosunkowo niedawno książki nie były takie grube!

Ale grubość współczesnych powieści to nie tylko miejsce na półkach, to również ilość miejsca, które zajmują w naszych umysłach nie tylko swym przesłaniem, ale i jego opakowaniem – watą, powtórzeniami, przesadnym rozwlekaniem narracji. I nie mówcie mi, że jest to potrzebne, aby na przykład utrzymać tradycję “opisów przyrody” i “zachodów słońca nad Niemnem”. Nad Niemnem jest ze trzy razy cieńsze niż Wzgórze Psów, a jest tam znacznie więcej przyrody niż w całej współczesnej literaturze razem wziętej. Zresztą nikt już nie zna roślin, co u Witkowskiego w Wymazanym sprowadzi się do znakomitego skrótu nie tylko myślowego, ale i społecznego: “las, w którym rosną trujaki”. Las, a za lasem bagna. bagna, gdzie straszą trupy. U Żulczyka las to coś, czego miastowi się boją, a my, tutejsi, olewamy. W Zakopanem las rośnie jako tło.

I tu dochodzę do punktu najważniejszego. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to jedna i ta sama powieść, to wciąż taki sam świat, w którym raz więcej jest sympatii, raz absurdu a raz z kolei gryzącej pogardy, ale te trzy książki razem to obraz Polski, która “jaka jest, każdy widzi”. I, niestety, widzi tak samo.

Wszystkie te trzy powieści przeczytałam w miarę w jednym czasie, w takim, że wciąż jeszcze pamiętam poprzednie, gdy czytam następne. Doplątują mi się tu zresztą jeszcze dwie berlińskie powieści Magdy Parys, Tunel i Magik, ale pomijam je tu, mimo wszelkich podobieństw stylistycznych, bo Parys pisze jednak głównie o Berlinie, a Zakopane wymazane Wzgórze Psów zatrzymało mnie swą polskością. Czytam te książki, a w nich “Polska właśnie”, ta nasza dzisiejsza, pokręcona, wydobywająca się z Komuny, niemal już zapomnianej, pokiereszowana w procesach transformacji, a teraz zalewana od góry słodko-patetyczną breją religijnego patriotyzmu. W tym świecie zbrodnia jest na porządku dziennym, przerasta wszystko jak korzenie paprotki ziemię w za małej doniczce, uczciwy okazuje się mordercą, a gwałciciel maminsynkiem. To prowincjonalna Polska, która wypełzła na powierzchnię i zalała cały kraj. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to pisowska rzeczywistość, świat którego się już nigdy nie pozbędziemy.

Wszyscy mówią zdeprawowanym językiem nabożnych przekleństw i to jeszcze jest chwyt stylistyczny: “kurwajebanaspierdaklajchujciwdupęomatkoboskanamiłośćboską…” Ale autorzy tej jednej wielkiej powieści piszą swą historię z błędami i niegramatycznie, i nie jest to chwyt stylistyczny, tylko lekceważenie prawideł gramatyki, gdzie nie ma już znaczenia rozróżnienie gdzie i dokąd i nie wiadomo dokąd ono nas zaprowadzi. Zapewne tam, gdzie wszystko można sobie wziąść, ubrania się ubiera, a światło włancza.

Nawet zbrodnie w tym jednolitym świecie są jednolite, ktoś wrzucony do ciemnej piwnicy w Zakopanem, w Wymazanym tonie w bagnie, a na Wzgórzu Psów z tych bagien i ze tej ciemnicy wypełza, w zakrwawionych zębach przeżuwając ludzkie mięso. Polskie zbrodnie pod koniec drugiego dziesięciolecia Trzeciego Tysiąclecia są zarazem okrutne, jakby je Mankell wymyślił, ale równocześnie prymitywne. Więźniów się trzyma w norach i jamach, ale traktuje się ich jakimiś laserowymi blasterami. To nie jest prawdziwy świat, to gra z użyciem klocków lego, gdzie nic nie ma znaczenia, bo wszystko można, nikogo nic tak naprawdę nie boli, i nikt nie umiera na serio, bo nigdy naprawdę nie żył. A zresztą można mieć dwa a nawet trzy życia.

Czytam trzecią książkę z tej serii (choć oczywiście nie jest to seria zamierzona, wręcz przeciwnie) i przestaję rozumieć sama siebie. Pierwszą powieścią byłam zachwycona, drugą naprawdę szczerze pochwaliłam, a przy trzeciej skóra mi się jeży na grzbiecie jak zezłoszczonej kotce. Wiem, rozpoznaję znakomicie intencje autorów. Wiem, są po naszej stronie, po stronie demokracji, wartości międzyludzkich i całego tego jazzu. Chcieli dać krzywy i przerysowany obraz Polski, po to, żebyśmy w tym krzywym lustrze zobaczyli, jaka ta Polska jest. Stanęli mentalnie po naszej stronie, to ich pisarski czarny protest i ćwierćmilionowy przemarsz po polskich drogach, a w rękach trzymają parasolki, to ich prorocze i upiorne krakanie pod czarnymi chmurami… Wiem to, doceniam, i nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść homogenicznej jedności tych trzech książek, tej prowincji małych ludzi i minimalnych potrzeb, która zalała Polskę czarnym szlamem uniformizacji. Bo w momencie, gdy czytam, jestem jeszcze przynajmniej ja, niezależnie myśląca czytelniczka, ale gdy zamknę okładkę kolejnej książki, ja znikam, a pod tą okładką kłębi się robactwo. To, co Koperski, Witkowski i Żulczyk stworzyli, to Polska jako dziura, w której przez dwa lata przetrzymywano Krzysztofa Olewnika. Zresztą to nie tylko oni, zapowiedź tego krwiożerstwa była już u Parys, u Tokarczuk, u Krajewskiego. Nie sięgam po Twardocha, nie chcę następnych konfrontacji z wszechobecnym złem.

Proszę Esther Schulz-Goldstein, która jest najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, żeby mi pomogła uporać się z tym żmutem, który ulokował mi się w gardle i którego nie mogę wypluć, tak jak w dzieciństwie nie mogliśmy ani połknąć ani wypluć strasznej guli przeżutego mięsa…

Opowiadam jej i opowiadam. “Ach”, kiwa głową, i dorzuca polano do kominka. Jutro Wielkanoc, jest zimno jak w lutym. “To druga głowa rzymskiego Janusa. To nie jest prawdziwa Polska, to tylko odpowiedź na propagandę PiS. PiS prowadzi politykę regresji, ucieczki od normalności i od norm XXI wieku, wraca do świata sprzed stu i dwustu lat, w którym każda klęska jest tym bardziej zwycięstwem im bardziej jest krwawą przegraną, jest w stanie przekuć każdy krok wstecz w postęp. Jest żywym przypomnieniem, że stare więzi międzyludzkie wciąż jeszcze istnieją. PiS tworzy homogeniczny świat regresyjnych wartości, świat, który obiecuje bezpieczeństwo, dobrobyt i stabilizację pod warunkiem przyjęcia wspólnej z przywódcą ideologii. Ci twoi pisarze, zasadniczo oponenci, aby się przeciwstawić temu, co oferuje propaganda, nie tworzą innego świata, lecz kreują równie homogeniczny świat na opak. I jeśli świat PiSu opiera się na zakłamaniu, przeinaczaniu prawdy i nienawiści, to jego lustrzane odbicie też musi takie być. PiS pożera państwo, a intelektualista, który chce to opisać i przed tym przestrzec, nie jest w stanie uniknąć tego, że i on stworzy świat tych, którzy pożerają własne mięso.”

Barataria 60 czyli przysłowia

Ewa Maria Slaska

Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie.  Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.

No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.

Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).

Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść  jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.

Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:

Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…

Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…

Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.

I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.

Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.

Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?