Herstory

Kino Regenbogenfabrik / Sa 15.12.18 um 15.00 Uhr

Die Frauen der Revolte

Feministische Aktionen gegen Bevölkerungspolitik
Ein Rückblick in die 80er Jahre
Ein Film

2000-2003, 46 Min, Dokumentarfilm von der Filmgruppe Frauengeschichte(n) im Film

Im Anschluss Gespräch mit den Filmemacherinnen

In den 80er Jahren beschäftigten sich Frauengruppen in vielen Ländern mit dem Thema Bevölkerungspolitik. In der Dokumentation erzählen Aktivistinnen aus Deutschland von Debatten und Aktionen zum Thema Geburtenkontrolle. Sie berichten von der Entstehung humangenetischer Beratungsstellen, über Gen- und Reproduktionstechnologie und letztlich über Selbstbestimmung von Frauen über ihre Körper und feministische Kritik an Bevölkerungspolitik und Gentechnologie.


Frauen bildet Banden – Eine Spurensuche zur Geschichte der Roten Zora

2018, 80 Min, Dokumentarfilm vom Frauenlesben Filmkollektiv Las Otras

Im Anschluss Gespräch mit den Filmemacherinnen

Die „Rote Zora“ war in den 70er und 80er Jahren eine militante Frauengruppe in der BRD. Ihre Aktivitäten richteten sich gegen die alltägliche Gewalt gegen Frauen, gegen Gen- und Reproduktionstechnologie als Teil der Bevölkerungspolitik und internationalen Ausbeutungsbedingungen als Ausdruck patriarchaler Herrschaft.

In der linken Geschichtsschreibung in Deutschland weitestgehend ausgeblendet, greifen heute junge Frauen auf ihre Texte und Geschichte zurück.

Es ist auch den wissenschaftlichen Forschungen der in Großbritannien arbeitenden Katharina Karcher zu verdanken, dass wir heute wieder mehr über diese Gruppe erfahren können. Der Film trägt dazu bei, eine Lücke in der bundesdeutschen Geschichtsschreibung zu linkem Widerstand zu füllen. Erzählungen von Zeitzeuginnen, Interviews mit Katharina Karcher und ehemaligen Zoras lassen die Geschichte der „Roten Zora“ und der damaligen Frauenbewegung wieder lebendig werden.

Barbara z wieżą

Ewa Maria Slaska

O tym jak nic nie wiedząc i niczym się nie interesując można jednak być mądrą dziewczynką, i co z tego dalej wyniknęło…

Pamiętacie czasy, gdy jako dzieci chodziliście (chodziliśmy) do kościoła? Czy ktoś wam (nam) wtedy tłumaczył, co my w tym kościele naprawdę widzimy? A pamiętacie, co widzieliście (widzieliśmy)?
Pamiętacie święte obrazki, witraże, freski, zeszyt do religii?

Próbuję odtworzyć moją edukację religijną.
Niektórych rzeczy dość szybko się dowiedziałam. Była Matka Boska w niebieskim płaszczu i jej syn, starszy od niej facet, w płaszczu czerwonym. Oboje mieli na piersi promieniste serce, a nad głowami aureole. Czyli byli święci. Mama mi wytłumaczyła, że chłopców ubiera się na niebiesko, bo opiekuje się nimi Matka Boska, a dziewczynki na różowo (co jest łagodniejszą formą czerwieni), bo nimi opiekuje się Jezus. I że to właśnie tak jest, na przemian.

Czy się mylę, jak myślę, że było to jedyne wyjaśnienie religijne, jakie usłyszałam od Mamy? Jednak coś tam wiedziałam, ktoś więc musiał mi coś (o)powiedzieć. Babcia, cioteczna babka, kaszubskie dziewczyny, które się nami opiekowały, sąsiadki?

Chronologia życia i doświadczeń Rodziny Boskiej, tak jak ją dało się ogarnąć dziecięcym umysłem, była następująca (przepraszam osoby wierzące, teraz te sprawy traktuję ze znacznie większym szacunkiem, ale tak wyrastałam – jako niedouczona bezbożnica):

Matce Boskiej w maju budowało się kapliczki z kartonu i umajało je kwiatkami.
W czerwcu były znowu kwiaty, sypałyśmy je w procesji, która szła wtedy jeszcze ulicami, a mieszkańcy mogli umieszczać w oknach tzw. ołtarze, z których zwisały “perskie” dywany.
W kaplicy w Matemblewie Matka Boska była w ciąży.
Potem była zima, książki pod choinką i pocztówki z małym domkiem, a w nim pani, pan i dziecko na sianie (nie kojarzyłam jednak, że to z tej ciąży w Matemblewie to dziecko). Wół czyli krowa (której okropnie się bałam – gdy uciekałam przed krową, zwichnęłam sobie nogę w kostce) i osioł, który kojarzył mi się z jakimś koszmarnym filmem komunistycznym pt. Osiołek Magdany.
No, ale ogólnie było nieźle. Była choinka i pod nogami skrzypiał czysty biały śnieg. Leżałam na tapczanie i czytałam prezent gwiazdkowy: Centkiewiczowie, Kierunek Antarktyda. To datuje. Jest rok 1961. Mam 12 lat.
W niedzielę wielkanocną Jezus o 6 rano leżał w grobie, ale w kościele był taki tłum, że nic nie było widać. Poza tym wisiał na krzyżu, ale dopóki nie dorosłam, nie pojmowałam, że ten wizerunek mężczyzny w koronie cierniowej oznaczał niewyobrażalne wręcz cierpienie. Bóg taki był i nie było powodu, by się specjalnie zajmować jego wyglądem.

Jeśli chodzi o życie rodzinne tych ludzi – “to by było na tyle”.

Z kolei na religii byli raczej ci różni “starzy Żydzi” – jeden trzymał w garści dwie połączone ze sobą tablice (u góry były takie półkoliste jak okna późnogotyckie) z cyferkami od I do XII, jeden wypuszczał gołębia, jednego wrzucili do studni, ale wyszedł, jeden palił zboże i marchew na kamiennym postumencie, a dym giął się ku ziemi (bo Panbóg wolał mięso, co było nie do pojęcia, bo ja mięsa nie cierpiałam). Ach, jeszcze był jeden, który chciał zabić syna ostrym nożem, a w krzakach stał baranek. Baranów też się bałam, od czasu gdy wielki baran rozgonił na cztery wiatry drużynę dzielnych dziewczynek-zuchów (no bo jakie to jest słowo: zuchen? zuszen?), która właśnie składała przysięgę zuchową.

Były święte obrazki, ale z tych to już w ogóle nic nie wynikało, a poza tym były przedmiotem kolekcjonowania a nie oglądania ze zrozumieniem.

No i wreszcie podstawowy element edukacji – witraże w kościele Najświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu (to ten grassowski kościół, gdzie Oskar Mazerath mości się na kolanach Matki Boskiej – zbudowano go w 1911 roku, a wiele lat określano familiarnym mianem kościoła “na Czarnej”), przedstawiające polskich świętych (ale tego oczywiście nie wiedziałam) – święta Jadwiga, święta Salomea, święta Kinga, Wincenty Kadłubek, biskup Stanisław i Stanisław Kostka.

1437 Święta Barbara – rysunek Jana van Eycka

Kazania były nudne, cała msza była nudna, wstawać, klękać, siadać, śpiewać…
W międzyczasie można popatrzeć na witraże, freski i ołtarze, pełne jakichś świętych postaci. To było ciekawe, ci wszyscy dziwni ludzie.
Znałam ich już z książek Mamy o sztuce, które mogłam oglądać, jak byłam chora, a chora byłam właściwie bez przerwy. Jeleń z krzyżem na głowie, a na pierwszym tle plecy świętego Huberta, święty Sebastian pokłuty strzałami, święta Cecylia z własnymi piersiami na tacy, sto tysiący dziewic towarzyszących śwętej Urszuli, święta Katarzyna z kołem (skąd mogłam wiedzieć, co to znaczy, że ją na tym kole łamano), święty Michał zabijający smoka na obrazie Memmlinga, święta Barbara z graniastą wieżą…

Patrzę na to, co napisałam i sama sobie nie wierzę. Naprawdę byłam takim głupim tłumokiem, naprawdę aż tak nic mnie to nie interesowało? A jeśli tak, to kiedy to się zmieniło? Kiedy zrozumiałam ból i cierpienie przedstawione na tych obrazach? Kiedy odczułam je jako mój własny lęk, że to mnie ktoś będzie łamał kołem lub trzymał w ciemnicy? Kiedy uznałam, że chcę wiedzieć o tych ludziach wszystko, o tym skąd pióro, skąd koło i skąd wieża?

Więc dziś opowiem o Barbarze i wieży.

Barbara pochodziła z pogańskiej rodziny z Heliopolis. Była piękna, a jej ojciec Dioskuros był bogaty. Stać go było, żeby ją wysłać na naukę do Nikomedii. Była mądra i wykształcona.
Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży, głodził ją i straszył,  po to, by wyrzekła się wiary. Dziewczyna była jednak niezłomna, ojciec zaprowadził ją więc do sędziego i oskarżył. Barbara została wychłostana, jednak w nocy odwiedził ją anioł, zaleczył jej rany i udzielił Komunii św. Z rozkazu sędziego została zbita maczugami i przypalona pochodniami, a wreszcie obcięto jej piersi. Wtedy znowu zjawił się anioł i okrył Barbarę białą szatą. I ojciec, i sędzia zrozumieli, że niczego nie osiągną. Zapadł wyrok, by ściąć dziewczynę mieczem, a wyrok wykonał ojciec Barbary. Legenda głosi, że zaledwie odłożył miecz, a zginął rażony piorunem.
Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku, podczas krwawych prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305–311). Nie wiadomo, kiedy się urodziła, przypuszczam, że co najwyżej 15 lat wcześniej. Carmino Elia, reżyser filmu o świętej, który można obejrzeć na stronie internetowej telewizji Trwam (żeby nie było, że nie uprzedzałam!) jest zdania, że była jednak o kilka lat starsza.

Być może to nietypowa śmierć, zadana ręką własnego kochającego ponoć ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie.

Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, AGH, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.

W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle trzy okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła.
Często przedstawia się ją w ołtarzach i na obrazach w towarzystwie dwóch innych dziewic męczenniczek – Katarzyny z Aleksandrii i Małgorzaty z Antiochii.

***
Uwaga! wg tradycji ludowej – jeśli wstawicie dziś do wody gałązki wiśni lub czereśni, to zakwitną w Boże Narodzenie.

Katarzyna Kozyra. Again in Berlin

today heute dziś

Lindenstr. 35, 10969 Berlin
open Tue to Sat, from 11am to 6pm

Katarzyna Kozyra, A Dream of Linnaeus’ Daughter, 2018

We are happy to invite you for the opening of our new exhibition:

Katarzyna Kozyra | A Dream of Linnaeus’ Daughter

Friday, 23 November 2018, from 6 to 9 pm (the artist will be present)
The exhibition will run between 24 November, 2018 and 16 February, 2019.

“Biology and evolutionary theory over the past two centuries have simultaneously produced modern organisms as objects of knowledge and reduced the line between humans and animals…”
The quote from the now classic A Cyborg Manifesto (1985) by biologist and feminist Donna Haraway can easily become the motto of Katarzyna Kozyra’s upcoming exhibition at ŻAK | BRANICKA Gallery.

The show features two photographic series presented alongside the artist’s latest video work, from which the exhibition title originates. A Dream of Linnaeus’ Daughter was shot in Uppsala, in the gardens of Carl Linnaeus, famous Swedish botanist living in the 18th century who invented the classification system of organisms and the theory of sexual reproduction of plants, whose nomenclature derived from human sexual anatomy sparked universal outrage at the time. In her work, Kozyra acts as Elisabeth Christina von Linné, one of Linnaeus’ five daughters, an exceptionally talented figure forgotten by history, who could never take up studies, but still followed the steps of her father and became a botanist. In Kozyra’s interpretation, Elisabeth conducts a choir singing Ludwig van Beethoven’s famous Ode to Joy but… with the voices of such animals as a dog, donkey, cow, horse, goat and monkey. The creatures moo and squeal the anthem of the European Union while standing on typical pallets that symbolise Noah’s Ark. What an irony of fate: in Kozyra’s piece the daughter of the founder of an organism classification system based on difference builds a new world order that levels all differences, deeming all creatures equal.

The problematic of Kozyra’s work sits in the philosophical tradition of Donna Haraway, mentioned at the beginning, who describes a new society of the future that sees the blurring of borders between the sexes, species (humans and animals), biology and technology (organism and machine), between the physical and the non-physical. In a similar vein, from the beginning of her career Kozyra’s works have explored the boundaries between being a man and a woman, life and death, youth and old age, between the possible and the impossible. The latest projects that liken humans to animals – and vice versa: animals to humans – result therefore from the artist’s prior investigations. In a video and a photographic series created at the Schwarzenberg Palace in Vienna, Kozyra plays the role of Lou Salomé – an intellectual and a femme fatal, friend of Friedrich Nietzsche, Sigmund Freud and Reiner Maria Rilke. In Kozyra’s interpretation, Nietzsche and Rilke are subjected to training as two dogs led on a leash by Salomé, again played by Kozyra, who walks them through the palace halls and takes them out to the gardens. The series Lou Salomé was created in 2005, but has never been displayed publicly in its entirety.

Kozyra follows Haraway’s path in proposing a new symbiosis between humans and animals. She approaches this topic from the perspective of radical feminism, as did Haraway, whose last manifesto The Companion Species Manifesto: Dogs, People, and Significant Otherness, devoted to human-canine relations, openly states that writing about dogs is for her a form of feminist theory. Also for Kozyra the notions of Culture and Nature are not necessarily a binary opposition. In photographs from the series Homo Quadrupeds (2018) naked men are led on a leash by burqa-clad women who tame their instincts. This is a reference to the legend of unicorn, in which only a virgin could tame the wild animal. While the women meet during the walk, the dogs sniff each other and seek to dominate. It is no longer only a matter of freeing women from male domination, as in the performance Aus der Mappe der Hündigkeit (From the Portfolio of Doggishness, 1968) by VALIE EXPORT and Peter Weibel, in which Weibel obediently waddled at the artist’s side. Kozyra expands the feminist approach with a political aspect: the dogs in her work, played by Arabs and Americans, are aggressive and ready to jump down each other’s throats any minute. Kozyra might therefore have more in common with Oleg Kulik, who attacks the establishment in his performances as a dog (literally!), but also dreams of a non-anthropocentric, ecological society and fights for democracy.

Kozyra expanded the borders of humanity to include other species already in her earliest works, such as the Polaroid series Karaski in Beef (1992) comprising images of a beautiful young nude male lying amid a halved carcass of beef. For a fuller picture, let us also evoke her diploma piece Pyramid of Animals (1993), inspired by the fairytale Town Musicians of Bremen by the Brothers Grimm, which consisted of stuffed animals: horse, dog, cat and rooster, accompanied by a horse slaughter film footage. At the time of its making, the piece stirred up an unprecedented scandal in the media, which turned it into the most famous artwork of the last quarter of the century and a symbol of critical art. Notably, Kozyra was creating that piece by herself, balancing on the border between life and death while struggling with cancer.

Insofar as her early works called for human morality with regard to animals, Kozyra now shows that the human being is an animal species, or in other words, a sociological chimera – doomed to co-exist with other creatures – which Haraway may have had on her mind while writing her Cyborg Manifesto. In order to survive, like every other species, they must therefore adapt to external condition: create a new society.



PS po polsku i po części żartobliwie:
O Linneuszu było już TU, a przez chwilę również TU (cierpliwości) i TU.

Heiraten wie ein Kirgise

Über Zeitler schrieb ich vor einer Woche. Inzwischen finde ich Freude daran, seine Erinnerungen zu lesen.

Carl Ludwig Zeitler

Wie ich meine Ehefrau kennengelernt und geheiratet habe?

In der ruhigen Winterszeit 1863/64 besuchte ich zufällig ein Musik- und Ballfest, welches mir befreundete Familien veranstaltet hatten. Ich fand drei gleichmassig in weiss gekleidete, junge Damen mit grünen Besatz und Schärpen an ihren Kleidern. Zweien derselben, Kinder der Eos, war ich schon früher vorgestellt worden, der Dritten mit rundlichen Armen, kleinen blendend weissen Zähnen, wohlgeformten Kopfe, Ohren und Kinn wurde ich vorgestellt. Sie war die Schwestei einer Offiziersfrau, deren Mann, wie ich später hörte, ein Patenkind Kaiser Nicolaus wegen def überaus schlechten Karriere, zu langsamen Aufrüekens in Preussen, nach Petersburg gegangen war. Ich sah die Dame zum ersten Male. Sie wurde später meine Frau. Ich sah sie dann noch einige Male im Konzertsaal, verzichtete aber aus Furcht, meine Freiheit zu verlieren, auf ein Wiedersehen, die beginnennde Arbeit an den Neubauten vorschützend. Erst nach mehr als Jahresfrist sah ich sie wieder.

Ich hatte die Gewohnheit, meine Mitmenschen, wenn ich mit ihnen sprach, mehr noch wenn ich sie stillsitzend betrachten konnte, darauf hin anzusehen, ob und wie ihre Kopfform, der scheinbare Inhalt, das Fassungsvermögen des Schädels, ob die Ohren oval, die innere Rundung derselben mit dem Aussenrand gleichlaufend; ob die Zipfel angewachsen, freihängend oder schippenartig nach vorn oder nach hinten gerichtet, fleichig oder durchsichtig seien. Ob »und wieviel an der Nase und an den Augen symmetrisch oder mongoloid oder mandelförmig; ob die Nase grade oder adler- oder henkelartig sei, und wie das Verhältnis der geraden oder zurückfliehenden Stirnhöhe zur Nasen- und Oberlippenlänge und zum Kinn sei.
Menschen, die für einander bestimmt sind, haben ebenso wie die, welche lange bei und miteinander leben und gleiche Nahrung, gleiche Sorgen haben, eine Anzahl gleicher Gesichtszüge. Jeder hat, sei es beim Lachen oder Weinen, Sprechen oder Schweigen einen Gesichtszug, der den Gegenübersitzenden sympatisch oder abstossend erscheint. Menschen mit gleichem sympathischen Zug scheinen für einander vorher bestimmt zu sein.
Die Eltern der jungen Dame waren durch den 1857 von Amerika ausgehenden, in Deutschland an dem Uebermass der auf schwachen Füssen stehenden Neugründungen nach dem beendeten Krimkriege, reichliche Nahrung findenden Börsenkrach, verarmt. Die Mutter, schon einmal Witwe und ein zweites Mal geschieden, hatte in Magdeburg ein blühendes Bettfedern-Geschäft gehabt, welches zu der Beschãftigung ihres dritten Mannes, eines zwar begabten, aber nur seiner Musik lebenden, unpraktischen Musikers und Organisten durchaus nicht passte. Auch scheint die Verbindung ihrer Tochter aus zweiter Ehe mit einem armen Offizier der Familie zu viel gekostet zu haben, genug, das Geschäft wurde aufgelöst, das Haus verkauft, die Familie ging auseinander. Die jüngste Tochter musste die oberste Kiasse der höheren Tochterschule verlassen, ging mit Hilfe einer befreundeten Lehrerin auf das Lans, um auf einem Gute bei Brandenbburg die Wirtschaft zu erlernen und für sich selber zu sorgen. Sie hat für alle, welche ihr damals Hilfe leisteten, immer Anhänghchkeit und 0ffene Hand bewahrt. Sie hatte eine ausgezeichnete Altstimme, welche die Kirche und grösstenn Konzertsaal füllte, dabei feinstes musikalisches Gehör, Klavierfingerfertigkeit und war auch in Küche und Hausarbeit nicht bloss bewandert, sondern auch gern tätig. Ihre und später meine Wasche war nur von ihrer Hand genaht. Dasjenige, was der Mensch mit seiner Hand und mit Muhe selbst macht und erwirbt, wird vielmehr in acht genommen, als dasjenige, was er fertig gekauft oder gar als Geschenk erhalten hat.
Ich wünschte, dass meine Braut nichts von ihren Eltern erhielte. Wenn ein junger Kirgise heiraten will, verabredet er, wie man sagt, mit seinem Mädchen, dass es sich an der Türe des Zeltes ihres Vaters aufstelle, damit er sie von da rauben könne. Er darf sich natürlich nicht erwischen lassen. Nach einiger Zeit geht er zum Vater seiner Frau und fragt, wieviel er für das geraubte Eigentum zu zahlen habe; ich wollte nicht weniger als ein solcher Kirgise sein.
Es hat mich immer unheimlich berührt, dass Eltern ihre Töchter grossziehen und mit allen guten Eigenschaften des Geistes und des Gemütes ausstatten, bis sie 100 oder 120 Pfund und mehr schwer werden und nur zu dem Zwecke, dass ein fremder, junger Fant kommt, sich daran zu erfreuen. Er erhält dann noch mehr oder weniger Gold oder Werte dazu, je nach dem Vermögen der Eltern.

***

Die Zustimmung meines Vaters zu erlangen, den ich nicht fragen wollte, machte ich mir schwer. Ich hatte zu viel junge und schöne Damen, auch reiche und wirtschaftliche feingebildete Damen, auch unvermutet in der Häuslichkeit mit der Küchenschürze vor kennen gelernt. Mein Vater konnte nicht begreifen, warum ich ein so so leichtes Geschaft bei dem hunderflausend Taler spielend zu gewìnnen waren, nicht machen wolle. Er warnte mich, in eine Familie zu heiraten, deren Mitglieder ich nicht kenne; sie könnten mir später, wie auch  geschehen und noch geschieht, zur Last fallen. Solche Erwägungen nutzen bekanntlich selten. Nach der Militärzeit (…) hatte ich als meines Vaters Generalbevollmächtiger, ihm meinen gesamten Grundbesitz grundbuchlich übertragen, um ihn die Befürchtung zu überheben, mich möglicherweise beerben zu müssen und mit Dritten zu tun zu haben. Um jede Anfrage, jede Einwilligung zu vermeiden, schob ich die Verbbindung lange hinaus, auf die baldige Einführung der Zivil-Ehe hoffend. Erst durch das, zwei Stunden vor der Trauung meinem Vater gegeben Versprechen, dass ich das nächste, dritte Haus noch für Rechnung der Gesamtfamilie errichten wolle und nach dessen Vermietung erst zwischen ihm und mir geteilt werden solle, erhielt ich die Zusischerung, dass er mich zum Traualtar begleiten würde.

Der biblische Jakob habe nicht schwerer um seine Rahel arbeiten müssen. Nachher war mein Vater, wie schon vorher meine Mutter mit ihrere neuen Schwiegertochter sehr zufrieden. Er half mir noch bei dem Umzuge aus dem alten ins neue Haus.

Reblog: Marysia Kwaśniewska

Znalezione na Facebooku, u Anity Kucharskiej-Dziedzic

Zdjęcie z Hitlerem

Jest sierpień 1936 roku. Igrzyska olimpijskie w Berlinie. Na stadionie trwa właśnie konkurs oszczepniczek. Do rzutu przygotowuje się dwudziestotrzyletnia Polka, Marysia Kwaśniewska. Ciemnooka, zgrabna i śliczna. Staje na starcie, dmucha w grot oszczepu, jakby chcąc dodać mu lekkości, potem rozbieg, rzut i… świetnie! Oszczep wbija się w trawę ponad czterdzieści metrów dalej. Wynik jest znakomity, ale dwie Niemki rzucają jeszcze lepiej. Polka zdobywa brązowy medal.
W czasie dekoracji stoi na podium wyprostowana, w dresie z orłem na piersi, jak wycięta z innego świata, bo wszyscy wokół niej unoszą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Na trybunach siedzi Adolf Hitler. Nikt z organizatorów nie miałby nic przeciwko temu, by to on dekorował najlepszych, na szczęście regulamin olimpijski tego zabrania. Natomiast Führer chce osobiście pogratulować medalistkom. Prowadzą je do loży honorowej. Wokół wodza cała nazistowska wierchuszka, jest Göring i Goebbels. Uśmiechnięty Hitler ściska dłonie dziewcząt, a do Marysi mówi:
– Gratuluję małej Polce.
Na to ona, niewiele myśląc: – Pan też niezbyt wysoki.
Wszyscy wybuchają śmiechem, ale potem Goebbels nieźle się namęczy, żeby do niemieckich gazet nie przedostała się błyskotliwa i odrobinę bezczelna riposta “małej Polki”. Usłużni pismacy będą donosić, że Führer gratulował małej Polsce, a nie Polce. Tak czy inaczej niewysoki wąsaty (165 cm) najwyraźniej bardzo chce mieć zdjęcie ze śliczną Polką (166 cm), którą wybrano Miss Olimpiady. Mocno zażenowany wąsacz, wyginający wargi w coś, co ma przypominać uśmiech, niezgrabnie pozuje do zdjęć z ładnymi medalistkami… Dziewczyny z 1936 roku pewno wybuchały śmiechem, patrząc na jego miny. Wtedy nikt nie przypuszczał, że już wkrótce za sprawą tego groteskowego Niemca cały świat stanie na głowie. Że od jednego jego słowa będzie zależało być albo nie być pojedynczych ludzi i całych narodów.
Kiedy Marysia wrzuca do walizki “zdjęcie z Hitlerem”, jako zabawną pamiątkę berlińskich igrzysk, nie ma pojęcia, że kiedyś ta fotografia pomoże jej ocalić życie setkom ludzi. Na razie to zwykła fotka, wspomnienie startu na berlińskiej olimpiadzie, który okazał się bardzo udany. Wiecie, że możemy go obejrzeć? Występ Polki zarejestrowała kamera Leni Riefenstahl, reżyserki hołubionej przez Führera, która nakręciła film pokazujący zmagania sportowców na igrzyskach.Dziwnie jest myśleć, że już za trzy lata ci młodzi ludzie ścigający się na stadionach będą do siebie strzelać. Jeszcze żyją tak, jakby mieli przed sobą całą dobrą przyszłość. Marysia myśli o następnej olimpiadzie. Za cztery lata, w 1940 r. mają spotkać się w Tokio. Kwaśniewska jest jedną z naszych największych sportowych nadziei, więc Polski Związek Lekkiej Atletyki daje jej stypendium i wysyła na południe Europy. Mieszka nad ciepłym morzem Lazurowego Wybrzeża, trenuje i cieszy się życiem, w którym wszystko co najlepsze dopiero przed nią.Gdy wybucha wojna, Maria jest wciąż na południu Europy. Ale w jednej chwili jest gotowa wracać do Polski. Namawiają ją, by została. Nie mogą zrozumieć, dlaczego rwie się tam, skąd wszyscy uciekają. No jak to dlaczego! Patriotyzm – a ona nie boi się tego słowa – to nie tylko olimpijskie podium. Pakuje się i 2 września rusza do domu. Wiele lat później w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” powie, że jechała pod prąd: “Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi środkami lokomocji, wozami, pociągami. W końcu trafiłam”.
Jest młoda, silna, sprawna i sporo umie – przed wojną skończyła kurs sanitarny i samochodowy. W bombardowanej, płonącej Warszawie tacy ludzie są na wagę złota. Trafia do sanitarki przeciwlotniczej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na ramionach wynosi żołnierzy z okopów znad Wisły, siada za kierownicą sanitarki (“kierowcę zabili, nie było komu jeździć, jeździłam ja”). Od prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego dostanie za to Krzyż Walecznych. Druga ważna próba przyjdzie pięć lat później, gdy w Warszawie wybuchnie powstanie.
Gdy zaczyna się powstanie, Maria mieszka w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. W sąsiedniej gminie Niemcy już 5 sierpnia zakładają niesławnej pamięci Dulag 121 Pruszków, obóz przejściowy dla wypędzanej ludności Warszawy. Przez całe powstanie i później będą szły tam transporty. Ponad pół miliona warszawiaków. Po brutalnej segregacji i rozdzielaniu rodzin, młodszych i silnych wyślą na roboty do Rzeszy, starszych i słabszych – czesto do Auschwitz. W tym strasznym miejscu umrą tysiące ludzi, ale też blisko trzydzieści tysięcy uda się ocalić. Dla wielu przepustką do życia będzie marysine zdjęcie z Hitlerem.
Kiedy czytam, jak Maria Kwaśniewska opowiada o wyciąganiu ludzi z obozu, brzmi to tak, jakby wszystko było nieziemsko proste. “Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu… Pokazywałam przy bramie tę moją fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali ją jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport”. Jakoś nie dodaje, jak ryzykowne były to akcje. Wiele kończyło się aresztem, wysyłką do obozu, a nawet kulką w łeb, a nie żadnym “biciem w czapę”!
Ale jej się udaje. Teraz we własnym domu zakłada obóz przejściowy. Przez jej mieszkanie przewijają się całe tłumy ludzi, znanych i nieznanych, jednakowo ważnych – Ewa Szelburg-Zarembina, Stanisław Dygat i chłopiec z przestrzelonym płucem, który, jak Maria będzie wspominać później, “dziś ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki”. No, czy to nie piękne, że “małej Polce” znów udało się dać Hitlerowi przytyczka w nos?
Już niedługo wojna się skończy. Warszawiacy wrócą do swoich ruin i zaczną zmieniać je w dom. Pochowają zmarłych, przywitają ocalałych, posprzątają ulice, a zdjęcia Hitlera wyrzucą na śmietnik.
Maria Kwaśniewska dożyła sędziwego wieku 94 lat. Zmarła całkiem niedawno, w 2007 roku. Po wojnie pracowała w Polskim Komitecie Olimpijskim, objeżdżała kraj, aktywna do ostatnich dni, wspierając zwłaszcza małych sportowców. Tym, którzy mieli szczęście ją znać, zostawiła po sobie mnóstwo jasnych wspomnień, ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej ciekawe życie zamknąć w książce. Zła jestem, że tak długo nie miałam pojęcia, że istniała.

Reblog: Lyrische und drastische

Urszula Usakowska-Wolff

Feministische Kunst aus Indien

Die in der Ausstellung »Facing India« gezeigte Kunst ist ohne Zweifel feministisch, politisch und engagiert. Aber unabhängig davon, wie man sie nennt, ist es eine Kunst, die äußerst suggestiv wirkt und lange im Gedächtnis bleibt. Der Einfallsreichtum, das Wissen und der Weitblick der Künstlerinnen, die Dynamik und Energie, mit der sie ihre perfekt ausgeführten Werke realisieren, die Vielzahl von Techniken, Materialien und überraschenden Lösungen kommen in allen Arbeiten, die im Erdgeschoss des Kunstmuseums Wolfsburg präsentiert werden, zum Ausdruck.


Reena Saini Kallat, Woven Chronicle

Die von mehr als 1,3 Milliarden Menschen bewohnte Republik Indien ist die bevölkerungsstärkste Demokratie der Welt. Dieses riesige Land, das den größten Teil des südasiatischen Subkontinents einnimmt, ist ein nationales, religiöses und sprachliches Konglomerat voller Kontraste. Es gibt dort extreme Armut und unvorstellbaren Reichtum, das Kastensystem ist vor allem in ländlichen Gebieten gang und gäbe. Trotz der in der Verfassung verbrieften Gleichberechtigung ist die Situation der Frauen tragisch: Sie werden erniedrigt, vergewaltigt, verbrannt oder auf andere grausame Art umgebracht. Blutige ethnische- und Grenzkonflikte dauern bis heute an, religiöser Fanatismus und Nationalismus breiten sich aus. In den Metropolen gibt es kaum Luft zum Atmen und selbst heilige Flüsse sind kontaminiert. Andererseits ist Indien eine der sich am dynamischsten entwickelnden Volkswirtschaften der Welt, die indische IT-Industrie wird seit vielen Jahren international als konkurrenzlos angesehen, während ein Drittel der indischen Bevölkerung Analphabeten sind. Die Nutznießer der Globalisierung, die soziale Ungleichheiten festigt und vertieft, ist die Mittel- und Oberschicht.

Blick in die Ausstellung „Facing India“ mit Arbeiten von Vibha Galhotra 

Sechs Frauen im fast gleichen Alter

Weniger bekannt ist, dass in diesem großen Land auch Kunst gedeiht, nicht nur die Koch- oder die Filmkunst aus Bollywood und Tollywood, sondern auch die zeitgenössische Kunst, in der vor allem Frauen den Ton angeben. Während die japanische und chinesische Kunst schon seit längerer Zeit international ausgestellt und gesammelt wird, hat die indische erst jetzt begonnen, sich im Westen zu etablieren. Das liegt vor allem an der Unsichtbarkeit dieser Kunst, denn in Indien gibt es kaum Ausstellungsorte und Ausstellungsmöglichkeiten. Um sich also eine Meinung über die indische Kunst zu bilden, muss man nicht nach Mumbai, Delhi oder Bengaluru fahren, sondern in die etwas kleinere Stadt Wolfsburg in Niedersachsen. Dort befindet sich bekanntlich der Hauptsitz des VW-Konzerns, der Autos auch in Indien produziert. Aber das ist mitnichten der einzige Grund, warum die erste so umfangreiche Schau der indischen Kunst gerade im Kunstmuseum Wolfsburg stattfindet. Als sein Direktor vor zwei Jahren Ralf Beil wurde, versprach er, das Museumsprogramm globaler zu gestalten und vor allem den Künstlerinnen und ihrer Sicht auf die Dinge dieser Welt mehr Platz als bisher einzuräumen. Er hielt sein Wort, was die Ausstellung »Facing India« vorführt, in der sechs indische Künstlerinnen das Gesicht, konkreter: die vielen Gesichter ihres Landes zur Schau stellen.
Bharti Kher (* 1969), Mithu Sen (* 1971), Reena Saini Kallat (* 1973), Vibha Galhotra (* 1978), Tejal Shah (* 1979) und Prajakta Potnis (* 1980), von der Kuratorin Uta Ruhkamp während ihrer drei Indienaufenthalte ausgewählt, gehören größtenteils der Generation der 30- und 40jährigen an. Obwohl sie aufgrund ihrer Herkunft zur privilegierten Klasse zählen, behandeln sie in ihren Werken mehr oder weniger radikal soziale, politische, ökologische und moralische Probleme, die an der Schnittstelle zwischen Modernisierung und Tradition auftauchen: Das ist in der Tat eine recht explosive Mischung, nicht nur in Indien.


Bahrti Kher, Sing to Them that Will Listen, Reiskörner Metallschale und Marmorsockel

Digitalisierung, Degradierung, Globalisierung

Die in der Ausstellung »Facing India« gezeigte Kunst ist ohne Zweifel feministisch, politisch und engagiert. Aber unabhängig davon, wie man sie nennt, ist es eine Kunst, die äußerst suggestiv wirkt und lange im Gedächtnis bleibt. Der Einfallsreichtum, das Wissen und der Weitblick der Künstlerinnen, die Dynamik und Energie, mit der sie ihre perfekt ausgeführten Werke realisieren, die Vielzahl von Techniken, Materialien und überraschenden Lösungen kommen in allen Arbeiten, die im Erdgeschoss des Kunstmuseums Wolfsburgs präsentiert werden, zum Ausdruck. Man kann unmittelbar spüren, dass die Kunst für sie eine Mission, eine Botschaft oder eine Art ist, die verschwiegenen, sorgfältig vor den Augen versteckten, unsichtbaren und nicht ausgesprochenen, also nicht existenten Probleme ans Tageslicht zu bringen. Und, was besonders wichtig erscheint, haben die von den Künstlerinnen in ihren Arbeiten aufgegriffenen und dargestellten Themen einen universellen Charakter, denn es gibt sie schon oder wird es bald auch in unserer Weltgegend geben. »Doch machen wir uns nichts vor: So drastisch all dies von Europa aus auf den ersten Blick wirkt, es sind in jedem einzelnen Punkt auch unsere Probleme und Gegenwartsfragen, die hier – zum Teil sogar für uns – verhandelt werden«, schreibt Ralf Beil, Direktor des Kunstmuseums Wolfsburg, im exzellenten Ausstellungskatalog. »Indien ist eines der Labore für das Gelingen oder Scheitern unserer globalen Zukunft. Ob Geschlechter-, Umwelt-, Digitalisierungs- oder Nationalitätsfragen, alles ist auf das Extremste verdichtet.« Es ist nicht einfach zu verstehen, was in Indien wirklich geschieht, denn, nach Meinung der Schriftstellerin Arundhati Roy, »dreht sich ganz Indien um Grenzen. Im Westen hält man Indien fälschlicherweise für eine anarchische, chaotische Gesellschaft. Dabei ist Indien ein Meister im Grenzziehen. Jenseits des chaotischen Verkehrs ist die Gesellschaft durch ein eisernes Gatter aus Kasten, Regionen, Religionen getrennt.« Die aus der Tradition resultierenden Spaltungen sowie die von der Tradition und Gesellschaft sanktionierte Gewalt sind eines der Themen der Gruppenschau »Facing India« im Kunstmuseum Wolfsburg.

Faktische geografische und metaphorische Grenzen

Das Erste, was direkt am Eingang der Ausstellung ins Auge fällt, ist eine riesige Weltkarte, die aussieht, als sei sie aus farbiger Wolle gehäkelt worden. Beim näheren Hinschauen merkt man jedoch, dass diese riesige kartographische Installation namens »Woven Chronicle«, die die gesamte grau gestrichene Wand einnimmt, aus Elektrokabeln gefertigt wurde. Aus acht Lautsprechern, die auf sechs Kontinenten platziert sind, ertönt eine Kakophonie von Geräuschen, ein Mix aus knisternden Hochspannungsleitungen, blubberndem Wassers, dem Besetztzeichen eines Telefons, heulenden Fabrik- und Schiffssirenen, den Geräuschen der Flügel und Stimmen der Zugvögel. »Die gewebte Chronik« ist, wie ihre Autorin Reena Saini Kallat (Foto oben) erklärt, eine Kartographie historischer und gegenwärtiger Migrationsbewegungen. Obwohl sich heute dank der Mobilität der Menschen und des schnellen Informationsflusses verschiedene Kulturen viel schneller vermischen als je zuvor, wurden die Grenzen paradoxerweise nie so streng kontrolliert und überwacht wie jetzt. » Elektrokabel sind für mich eine ambivalente Metapher: einerseits verbinden sie, andererseits bilden sie lineare Formationen in Gestalt von Netzen und anderen Zäunen, sodass sie teilen. Der Glaube daran, dass dank der globalen, das heißt grenzenlosen Kommunikation die faktischen geographischen, ethnischen und sozialen Grenzen aufhören zu existieren, hat sich als illusorisch erwiesen. Im Gegenteil: Dank fortschrittlicher Technologien können regressive Inhalte umgehend verbreitet werden: Stereotypen, zweifelhafte Ideologien, Nationalismen«.

Die provokanten Mutanten

Reena Saini Kallat, Hyphenated Lives (Installationsfragment)

Reena Saini Kallat ist eine vielseitige Künstlerin: Sie schafft Wand- und Klanginstallationen, ist Malerin, Bildhauerin und Fotografin. Man sieht und hört, dass die Kunst der Erinnerung ihre Leidenschaft ist. In der Fotoserie »Crease / Crevice / Contour« möchte sie das Leid der Frauen vor dem Vergessen bewahren, die nicht nur während der Kriege zwischen Indien und Pakistan um Kaschmir die erste Kriegsbeute waren. Sexuelle Gewalt, Komponente eines jedes Krieges, hat blutige Male auf der Haut der Frauen hinterlassen. Auch wenn sie unsichtbar sind, erinnert sich der Körper daran. Kallat ist auch Autorin der Installation »Hyphenated Lives«, die wie der Saal eines Naturkundemuseums anmutet, mit Bildern der Fauna und Flora an den Wänden und Fossilien in den Vitrinen. Wenn man sie genauer betrachtet, handelt es sich um Porträts von Mutanten, die die geteilten, aber historisch miteinander verbundenen Länder symbolisieren, welche um die Kontrolle über natürliche Ressourcen kämpfen, hauptsächlich über das Wasser. Sie tragen doppelte Namen, zum Beispiel Sun-Poe, eine Kreuzung zwischen dem palästinensischen Sonnenvogel (Sunbird) und dem Wiedehopf (Hoopoe), dem Nationalvogel Israels. Auf diese farbigen Gouachen, die mit handschriftlichen Kommentaren der Künstlerin versehen sind, klebt sie Stacheldraht. Geopolitik teilt Länder, obwohl es schwer ist, die Natur in streng nationale Teile zu zerlegen. »Diese Bindestrich-Porträts können als poetische Provokationen einer Spezies, die es in der Vergangenheit nicht gegeben hat – oder als ein Vorschlag für die Zukunft verstanden werden«, sagt Reena Saii Kallat.

Äquilibristik der (Un)linguistik

Auch Mitu Sen (Foto) liebt Provokationen. Die begnadete Sprachkünstlerin, Bildhauerin und Malerin begann ihre künstlerische Laufbahn als bengalische Dichterin. Nachdem sie 1997 nach Delhi gezogen war, musste sie Hindi und Englisch lernen, was ihr zunächst recht schwer fiel. Die meisten ihrer Werke tragen Titel, in denen die Vorsilbe »un« steht. Sie ist eines der Hauptelemente ihrer Un- oder Nichtsprache. Es ist offensichtlich, dass es mit eigenen Zähnen oder mit dem Zahnersatz leicht fällt, sich in jeder Sprache oder Nichtsprache zu artikulieren. Wie alle Arbeiten von Mitu Sen ist auch die Installation »Border Unseen« Ausdruck eines absurden Sinns für Humor. Im Deutschen klingt »Unseen« phonetisch ein wenig wie Unsinn. Künstliches Zahnfleisch, in dem künstliche Zähne stecken, sieht natürlich wie eine Grenze aus, die im geschlossenen Mund unsichtbar ist, aber man kann sie nicht übersehen, wenn sie an einer Wand als Zahnrad hängt.

Mithu Sen, Phantom Pain 2

Mitu Sen nennt ihre Zeichnungen und Skulpturen Performances, denn das Publikum soll sich daran aktiv beteiligen. Eine großartige Idee ist zum Beispiel die Serie der 40 Grafiken und Zeichnungen unter dem Titel »The Same River Twice« (Derselbe Fluss zweimal), die in einem geschlossenen Raum betrachtet werden kann. Es ist eine Kunst der Camouflage, die sich vielleicht vor dem Auge des Zensors tarnt, denn nur, wenn man mit einer Taschenlampe weiße Papierblätter beleuchtet, sieht man ihren zweiten Boden: erotische, leicht pornografische Spiele nicht heterosexueller Paare. Die benachbarte Installation »Mou (Museum of Real Estate) beherbergt eine Sammlung von Kitschartikeln, Souvenirs und anderen Nippes in einer runden Vitrine, die einer leicht zu transportierenden Wunderkammer gleicht.

Mithu Sen, Mou (Museum of Real Estate)

Symphonie der Zeit oder Kakofonie

»Wir leben in einer sich schnell verändernden Welt und betrachten uns als anpassungsfähig«, sagt Vibha Galhotra (Foto oben). »Gleichzeitig berücksichtigen wir kaum das Ausmaß der Umweltverschmutzung und akzeptieren sie passiv als die neue Realität.« In multimedialen Rauminstallationen, in Filmen und Fotografien stützt sich die Künstlerin auf die platonische Theorie der fünf Elemente und zeigt, was mit dem Wasser des heiligen Flusses Yamuna, mit Luft, Erde, Äther und Feuer geschieht. Nach dem Eintauchen eines weißen Tuchs in Yamuna wird es sofort schwarz. Neu-Delhi ist die am meisten verschmutzte Stadt der Welt, die, wie Vibha sagt, einer Gaskammer gleicht, sodass die Menschen ständig Masken tragen müssen, in denen sie aussehen, als ob ihnen, wie in Nostradamus’ Prophezeiung, anstelle der Nasen Schweinerüssel wachsen würden. In den Städten ist jedes Stückchen Boden zugebaut, und sogar in den Vierteln, die von getarnten Sicherheitsmännern bewacht werden (Installation »Neo Camouflage«), liegen die Häuser extrem dicht beieinander: Das ist eine bunte Betonwüste, ohne einen Grashalm. Eine große Weltkarte unter dem Titel »Time Symphony Or Cacophony« wird immer dunkler, schreckliche Geräusche dringen aus ihr nach Außen: Die klassische Symphonie der Zeit verschwindet, ersetzt durch eine Kakophonie der Zerstörung.




Vibha Galhotra, Neo Camouflage (Installationsfragmente)

Gedemütigte, schweigende und gequälte Frauen

Wenig optimistisch sind auch die Arbeiten von Bharti Kher (Foto), der einzigen Teilnehmerin der Wolfsburger Ausstellung, die nicht in Indien, sondern in Ostlondon geboren wurde, und seit 1992 dauerhaft in der Hauptstadt Indiens lebt. Die Künstlerin, deren Werk um die Situation der indischen Frauen kreist, ist eine Perfektionistin und Ästhetin, die die sogar in den überraschendsten Materialien verborgene Energie und Schönheit an die Oberfläche zaubert. Neben Skulpturen aus Bronze, Kleiderstoff, Reis und Reliefs aus Bindis zeigt sie in Wolfsburg auch eine Säule aus roten Armreifen, den Bangles, unter dem Titel »Bloodline« (Stammbaum): Frauen sind zwar die Stützen und die treibende Kraft der indischen Gesellschaft, leben aber oft in einem »Deaf Room« (Tauben Zimmer), das von einer Mauer des Schweigens umgeben ist. Diese beindruckende Plastik besteht aus zehn Tonnen Glasziegeln, die Bharti Kher aus geschmolzenen Armreifen und Ton errichtete. Das Schicksal der Frauen, die im ältesten Beruf der Welt arbeiten, ist auch nicht einfach, wie die Gipsskulptur der sechs Sitzenden unter dem Titel »Six Women«, also sechs Sexarbeiterinnen aus Kolkata, zeigt. Bharti Khers Werke sind Monumente für die extrem müden, gequälten und tagtäglich gedemütigten Frauen in Indien.

Bharti Kher, Six Women

Dem dritten Geschlecht geht es häufig sehr schlecht

Tejal Shah ist auch vielseitig begabt, sie macht fantastische Zeichentrickfilme, sie zeichnet und fotografiert meisterhaft, wovon die Fotoserie » Women like us« zeugt. Sie stellt »Frauen wie wir« dar, also solche, die nicht einverstanden sind, die ihnen zugeschriebenen Geschlechterrollen zu spielen, weil sie sich wie Männer fühlen. Die Genderfrage ist das, was diese Künstlerin, die lange Zeit in Indien nicht ausstellen durfte, am meisten interessiert. Sie befasst sich nämlich mit Themen, die verschwiegen werden sollen wie die Gewalt gegen Hijras, die offiziell als Göttinnen des dritten Geschlecht verehrt werden, aber in Wirklichkeit den Massenvergewaltigen zum Opfer fallen, verletzt, bepisst und umgebracht: zu sehen in der erschütternden Foto- und Videoinstallation »Untitled (On Violence)«.

Prajakta Potnis mit Dr. Uta Ruhkamp (links)

In der Ausstellung »Facing India« gibt es auch weniger drastische, witzige und ironische Arbeiten. Ihre jüngste Teilnehmerin, die 28jährige Prajakta Potnis, arrangiert und fotografiert seltsame Landschaften und Stillleben in spezifischen Interieurs. Die Digitaldruckserie »Capsule« wartet mit Rollteppen auf, die auf einer Plastikserviette im Kühlschrank stehen. Eines der »Still Lifes« zeigt Blumenkohls in Gefrierfächern, die wie Atompilze aussehen. Kann die Natura (morta) eines Blumenkohls explosiv sein oder nicht explosiv sein, das ist hier die Frage.

Prajakta Potnis, Capsule

Alle Fotos © Urszula Usakowska-Wolff


FACING INDIA
Kunstmuseum Wolfsburg
29.04-7.10 2018
Katalog, 38 Euro
www.kunstmuseum-wolfsburg.de

Siłaczki / Starke Polinnen / Frauen der ersten Stunde

Wesprzyj projekt filmu o polskich sufrażystkach
Support the film about Polish strong women

Wesprzyj powstanie filmu na https://polakpotrafi.pl/projekt/film-…

“Siłaczki” to historyczny, fabularyzowany dokument opowiadający historię polskich sufrażystek. Film powstaje od stycznia 2017 roku z inicjatywy twórców – Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, dzięki środkom producenta Fundacji Obiektyw-Na, koprodukcji z Domem Spotkań z Historią, we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie; produkcję dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu „Patriotyzm Jutra”.

O filmie: Sto lat temu nasze prababki wywalczyły dla nas prawa wyborcze. Wywalczyły nam również możliwość studiowania, zarobkowania, dysponowania własnymi pieniędzmi, możliwość rozwodu i samodzielnego decydowania o tym z kim i czy w ogóle zawrzemy związek małżeński. Przyzwyczaiłyśmy się do faktu, że mamy te prawa. Uważamy je za oczywiste. Ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że sto lat – wobec wieków ciemnoty i ubezwłasnowolnienia kobiety – to krótki czas i że prawa, które wywalczyły nam prababki sto lat temu nie są dane raz na zawsze. Te prawa nie są też prezentem, który – jak się powszechnie sądzi – dostałyśmy wraz z nadejściem niepodległości. O te prawa toczył się bój, bo praw się nie dostaje – jak mówi jedna z bohaterek filmu – prawa się zdobywa w walce! I o tej trudnej walce opowiadają Siłaczki – pierwszy w historii polskiej kinematografii film o sufrażystkach.

O projekcie

Siłaczki to pierwszy w historii polskiej kinematografii film opowiadający o sufrażystkach, które na przełomie XIX i XX wieku na ziemiach polskich walczyły o prawa dla kobiet.

O projekcie i projektodawcach:

Autorami i producentami filmu są Marta Dzido i Piotr Śliwowski – twórcy m.in. głośnego i nagradzanego dokumentu o bohaterkach rewolucji Sierpnia 80 “Solidarność według kobiet”- pierwszego polskiego filmu dokumentalnego współfinansowanego z crowdfundingu.

kontakt: silaczki.film@gmail.com

Termin realizacji:

Planowana premiera “Siłaczek” to 28.11.2018 – w stulecie podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu nadającego Polkom czynne i bierne prawa wyborcze.

Do końca roku 2018 wszyscy Wspierający otrzymają wybrane nagrody.

Dlaczego crowdfunding?

Realizacja filmu jest możliwa dzięki zaangażowaniu i wsparciu finansowemu Domu Spotkań z Historią,  we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie i dofinansowaniu ze środków Muzeum Historii Polski w ramach programu Patriotyzm Jutra, jednak to środki niewystarczające, by Siłaczki zrealizować zgodnie z zamierzeniami reżyserów.

W styczniu tego roku twórcy złożyli wniosek o dofinansowanie filmu do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jednak do dnia dzisiejszego nie otrzymali wiążącej odpowiedzi. Bez powodzenia próbowali pozyskać finansowanie w konkursach organizowanych przez Śląski Fundusz Filmowy i Poznański Fundusz Filmowy. Porażką skończyły się próby zainteresowania przedsięwzięciem Instytutu Adama Mickiewicza i programu rządowego Niepodległa.

Na co zbieramy?

Ponieważ zbliża się 28 listopada – setna rocznica podpisania dekretu o prawach wyborczych dla Polek – a twórcy filmu chcą uczcić ten dzień uroczystą premierą filmu, podjęli decyzję o rozpoczęciu aukcji crowdfundingowej.

Autorzy Siłaczek zbierają środki na dokończenie zdjęć, postprodukcję dźwięku, koloryzację obrazu, przygotowanie kopii filmu DCP do rozpowszechniania w kinach, tłumaczenie listy dialogowej na język angielski i organizację uroczystej premiery w kinie Muranów w dniu 28.11.2018.

***

Siłaczki to historyczny, fabularyzowany film dokumentalny, opowiadający historię naszych prababek, których wysiłek, upór i konsekwencja doprowadziły do podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu o prawach wyborczych kobiet 28 listopada 1918 roku. Pokazuje ich niełatwą walkę o dostęp do edukacji i pracy zarobkowej, zaangażowanie w odzyskanie niepodległości i niezłomność w szerzeniu idei wolnościowych i emancypacyjnych.

Osią opowieści są losy kilku aktywistek z Poznania, Warszawy, Lublina i Krakowa: Justyny Budzińskiej-Tylickiej – lekarki-społecznicy, która stanęła na czele słynnej delegacji do Piłsudskiego, Marii Dulębianki – pierwszej kandydatki do Sejmu, Kazimiery Bujwidowej – dzięki której staraniom w 1894 na Uniwersytet Jagielloński przyjęto pierwsze studentki, Pauliny Kuczalskiej – Reinschmit, nazywanej hetmanką feminizmu, która jako pierwsza wyodrębniła postulaty kobiece z kwestii narodowo-wyzwoleńczych, sióstr Tułodzieckich: Anieli – organizatorki tajnego nauczania, skazanej na karę więzienia, i Zofii – założycielki pierwszego w Polsce związku zawodowego kobiet, Aleksandry Piłsudskiej – żołnierki, orędowniczki sprawy kobiecej, Zofii Daszyńskiej -Golińskiej – ekonomistki i pionierki kooperatywizmu i wielu innych.

Film ukazuje ówczesne realia obyczajowe, polityczne i ekonomiczne, które determinowały powstawanie ruchów politycznych i działania na rzecz powszechnej edukacji i równości społecznej na ziemiach polskich.
Podkreśla fakt, że Polska była jednym z pierwszych państw na świecie, w którym kobiety uzyskały pełnię praw wyborczych.

Z uwagi na znikomą ilość materiałów archiwalnych (nagrań video, fotografii), dotyczących opisywanych wydarzeń i ich uczestniczek, twórcy zdecydowali o realizacji fabularyzowanych inscenizacji z udziałem statystek i znanych, polskich aktorek (m.in. Marii Seweryn, Klary Bielawki, Marty Ojrzyńskiej), które odgrywają sceny historyczne, czytają fragmenty przemówień, tekstów i odezw, pisanych przez bohaterki filmu.

O Siłaczkach opowiadają także badaczki historii kobiet, potomkinie bohaterek oraz spadkobierczynie ich idei – kobiety, dla których fraza Zofii Nałkowskiej “Chcemy całego życia” wciąż brzmi aktualnie i stanowi inspiracje do podejmowania działań na rzecz równouprawnienia kobiet i sprawiedliwości społecznej.

Dziś i jutro

Myślałam, że podczas Kongresu porozmawiamy też o tym, że sto lat temu Niemki i Polki, niekiedy wspólnie, walczyły o prawa wyborcze kobiet.

12 listopada 1918 roku w Niemczech walka kobiet zakończyła się sukcesem. W 16 dni później taki prawa przyznano Polkom. Legenda założycielska głosi, że dzięki temu, iż uzbrojone w parasolki kobiety poszły pod willę Piłsudskiego w Sulejówku, domagając się tego, co ich koleżanki wojowniczki w Rosji i w Niemczech już otrzymały. Można było porozmawiać o tym wspólnym doświadczeniu walki. O Róży Luxemburg, której w Zamościu właśnie usunięto tablicę upamiętniającą, że tu się urodziła… O Gabrieli Iwanowskiej-Balickiej, posłance na sejm, która zaczęła walkę na studiach w Genewie i pracując dla czasopisma Ster w Monachium.  O Zofii Sokolnickiej, jednej z założycielek Zjednoczenia Polskich Kobiecych Towarzystw Oświatowych w Rzeszy Niemieckiej (1909). O Franciszce Wilczkowiakowej, która przed I wojną światową prowadziła działalność polonijną w Niemczech, a w 1916 r. została działaczką Naczelnej Rady Ludowej. O Annie Piaseckiej, nauczycielce języka polskiego na tajnych kompletach w Toruniu…

Ale też o Marcie Wygodzinski, zamordowanej w Teresinie 27 lutego 1943, lekarce ubogich, jednej z pierwszych niemieckich lekarek, jednej z pierwszych posłanek komunalnych w Berlinie…

Tak się nie stało. Szkoda. Była dobra szansa, żeby Niemki i Polki porozmawiały w Polsce o tym, co wspólne. W Berlinie wciąż odczuwamy ich solidarność w stosunku do naszych polskich problemów.  W Polsce… owszem, jesteśmy silne, jesteśmy oprócz Tuska i możliwości, że Unia odetnie pieniądze, najgorszym wrogiem rządu. To wzmacnia, jasne… Ale czy to znaczy, że już nie musimy być sprzymierzone…

Ale co tam, ważne, że jest Kongres!

SOBOTA, 16 czerwca

10.00-13.30  Sala Plenarna

OTWARCIE

SESJA 1: Gabinet Cieni, m.in.: Henryka Bochniarz, Danuta Huebner, Bogusława Matuszewska, Monika Płatek, Magdalena Środa

SESJA 2: Stulecie praw kobiet, m.in.: Sylwia Chutnik, Małgorzata Fuszara, Agata Kobylińska, Joanna Mucha, Maria Seweryn, Kazimiera Szczuka, Małgorzata Tkacz-Janik, Olga Tokarczuk

Gdyby Polska była kobietą – Manuela Gretkowska

SESJA 3: Gniew kobiet – czas protestów, m.in.: Miranda Korzeniowska, Marta Lempart, Oxana Lytvynenko, Bożena Przyłuska, Joanna Scheuring-Wielgus, Marta Wosak

14.30-19.30  CENTRA (szczegóły poniżej)

20.00            Koncert

21.00            Spektakl

NIEDZIELA, 17 czerwca

09.00-12.30  CENTRA (szczegóły poniżej)

13.30-17.30   Sala plenarna

Koncert Żelazne Waginy

SESJA 4: Nie molestuj mnie!, m.in. Renata Durda, Agnieszka Holland, Elżbieta Klimek, Sylwia Spurek

Wielka debata samorządowa, m.in. Jolanta Batycka-Wąsik, Wioletta Dzienniak, Katarzyna Lubnauer, Marta Mazurek, Agnieszka Odachowska, Małgorzata Tracz, Agnieszka Trafas, Hanna Zdanowska

Przy kawie o sprawie – NA ŻYWO

Nagrody Kongresu Kobiet wręczają Jacek Jaśkowiak, Olga Tokarczuk

Postulaty X Kongresu Kobiet

ZAKOŃCZENIE


CENTRA

SOBOTA   14:30 – 19.30

CENTRUM PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I INNOWACJI –  a w nim m.in.:  o różnorodności, równości i sukcesie, niezależności ekonomicznej kobiet, # PayMeToo, czego warto się uczyć, aby dobrze zarabiać, przedsiębiorczości po łódzku, z udziałem m.in.: Dominiki Bettman, Henryki Bochniarz, Krystyny Boczkowskiej, Małgorzaty Nowak-Niedźwiedzkiej, Ewy Rumińskiej-Zimny

CENTRUM DIALOGU KULTUR –  a w nim m.in.:  o kobietach i religii, wielokulturowości, Ukrainkach, tolerancji, z udziałem m.in.: Renaty Kim, Dominiki Kozłowskiej, Haliny Radacz, Agaty Tuszyńskiej, Ludwiki Włodek

CENTRUM SPOŁECZNE –  a w nim m.in.:  o pracy w warunkach niepewności, samozatrudnieniu, pracy opiekuńczej kobiet, 500+, dawnej pracy łodzianek, z udziałem m.in.: Izy Desperak, Krystyny Mazurówny

CENTRUM MIĘDZYNARODOWE –  a w nim m.in.:  o sieci kobiet, rozbijaniu szklanego sufitu, kobietach romskich, 100 latach praw wyborczych kobiet, kobietach w służbach, z udziałem m.in.: Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Wandy Nowickiej

CENTRUM EDUKACJI –  a w nim m.in.:  o tym czego nie uczy polska szkoła, alternatywnych modelach edukacji, edukacji równościowej, świeckości szkoły, wychowaniu wonderwoman, z udziałem m.in.: Agaty Kobylińskiej, Leny Kolarskiej-Bobińskiej, Doroty Łobody

CENTRUM PRAW DO ODPOWIEDZIALNEGO RODZICIELSTWA –  a w nim m.in.:  o poronieniu, przemocy instytucjonalnej wobec kobiet, In vitro, ojcostwie, z udziałem m.in.: Agnieszki Graff, Aleksandry Knapik, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, Doroty Zawadzkiej

CENTRUM CHCEMY CAŁEGO ŻYCIA –  a w nim m.in.:  o edukacji włączającej, pokonywaniu barier i samostanowieniu, sytuacji opiekunek i osób z niepełnosprawnościami, systemie wsparcia, z udziałem m.in.: Katarzyny Bekasiak, Hanny Pasterny, Teresy Kamińskiej, Jadwigi Król, Sylwii Mądrej, Agnieszki Kossowskiej, Katarzyny Żeglickiej, Doroty Próchniewicz

CENTRUM PATRIOTYZMU I OBYWATELSKOŚCI –  a w nim m.in.:  o wartości konstytucji, prawach kobiet, wolności i wspólnocie, z udziałem m.in.: Adama Bodnara, Katarzyny Gajowniczek-Pruszyńskiej, Anny Grupińskiej, Ewy Łętowskiej, Róży Rzeplińskiej

CENTRUM KULTURY –  a w nim m.in.:  o kobietach w malarstwie

CENTRUM ZDROWIA –  a w nim m.in.:  o depresji, filmoterapii, Hashimoto, wstydliwych chorobach, z udziałem m.in.: Katarzyny Montgomery, Grażyny Torbickiej, Edyty Wlaźlak

CENTRUM ZWIERZĄT  –  a w nim m.in:  o walce o prawa zwierząt, myśliwych, wielkich fermach, etycznych wyborach konsumenckich dla zwierząt, z udziałem m.in.: Ewy Lieder, Ewy Podolskiej, Karoliny Skowron, Olgi Tokarczuk

CENTRUM MATEK –  a w nim m.in.:  o chustonoszeniu, matkach-siłaczkach, WNM, codziennej pielęgnacji i rozwoju, z udziałem m.in.: Anny Osowskiej-Rembeckiej, Eweliny Tyszko-Bury, Anity Ziegler-Chamielec

CENTRUM WZMACNIAJĄCE –  a w nim m.in.: o byciu skuteczną w samorządach, przetrwaniu rozwodu, pozytywnych relacjach w rodzinie, technologiach, z udziałem m.in.: Bogny Czałczyńskiej, Katarzyny Lubinieckiej-Różyło, Agnieszki Łuczak, Beata Maciejewskiej

NIEDZIELA 9.00 – 12.30

CENTRUM NOWEJ DEMOKRACJI –  a w nim m.in.: o nowej demokracji, ksenofobii, mocy swojego głosu, z udziałem m.in.: Agaty Araszkiewicz, Agaty Czarnackiej, Katarzyny Kądzieli

CENTRUM HERSTORYCZNE –  a w nim m.in.: o tym jak upamiętniać kobiety, historii kobiet, walce o prawa kobiet, prawnuczkach niepodległości, z udziałem m.in.: Marty Dzido, Małgorzaty Fuszary, Barbary Kijewskije, Anity Kucharskiej-Dziedzic, Barbary Kurzaj, Marii Seweryn, Małgorzaty Tkacz-Janik

CENTRUM SAMORZĄDOWE –  a w nim m.in.: o kobietach i władzy, miastach równych szans, prawach lokatorskich, z udziałem m.in.: Joanny Jaśkowiak, Barbary Nowackiej, Małgorzaty Okońskiej-Zaremby, Joanny Scheuring-Wielgus

CENTRUM ZIELONE –  a w nim m.in.: o klimacie, ekobojowniczkach i ekonaprawiaczkach, z udziałem m.in.: Beaty Maciejewskiej, Joanny Pawluśkiewicz,  Ewy Sufin-Jacquemart

CENTRUM DUCHOWE EWY WOYDYŁŁO –  a w nim m.in.: o wolności, odpowiedzialności, wolnej woli i pięknie, z udziałem m.in.: Barbary Labudy, Tanny Jakubowicz-Mount, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej

CENTRUM SEKSUALNOŚCI – a w nim m.in.: o edukacji seksualnej, przemocy seksualnej wśród młodzieży, kobiecym ciele, z udziałem m.in.: Alicji Długołęckiej, Aleksandry Józefowskiej, Ewy Tyszko

CENTRUM KULTURY – a w nim m.in.: o matkach i córkach w literaturze, emigracji wewnętrznej, kulturze przemocy i kulturze gwałtu, z udziałem m.in.: Manueli Gretkowskiej, Agnieszki Holland, Doroty Stalińskiej, Joanny Szczepkowskiej

CENTRUM LGBTQIA – a w nim m.in.: o  kulturze lesbijskiej w Polsce, wykluczeniu i dyskryminacji, z udziałem m.in.: Anety Dekowskiej, Moniki Płatek, Remigiusza Ryzińskiego

CENTRUM MEDIALNE – a w nim m.in.: o kobietach w sieci, mediach bez / dla / z kobietami, z udziałem m.in.: Joanny Brodzik, Agaty Diduszko-Zyglewskiej, Renaty Kim, Aleksandry Klich, Piotra Pacewicza, Pauliny Smaszcz-Kurzajewskiej, Doroty Warakomskiej

CENTRUM ROZWOJU OSOBISTEGO – a w nim m.in.: o naszych możliwościach, jak być szczęśliwą  i jak się realizować, z udziałem m.in.: Agnieszki Odachowskiej, Violetty Ratajczak

CENTRUM PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I INNOWACYJNOŚCI – a w nim m.in.: o design thinking, liderstwie, zdobywaniu funduszy, z udziałem m.in.: Justyny Frydrych, Beaty Michalskiej-Dominiak

CENTRUM CHCEMY CAŁEGO ŻYCIA – a w nim m.in.: o niepełnoprawnej seksualności, wolności od przemocy i mądrym wspieraniu osób z niepełnosprawnościami. Udział: Anna Janiak, Izabela Fornalik, Joanna Ławicka, Agnieszka Frankowska

Fussball und die Frauensache

Heute beginnt es, was uns allen sechs Wochen lang in Spannung versetzt. Ich schreibe bewusst “uns allen”, weil ich schon seit eh glaube, Fußball ist keine Männersache mehr, genauso wie er seit eh kein nationalistisches Thema ist. Daher plannte ich für heute lediglich ein bisschen über Fußball zu plappern, über Indianer, die es als erste gespielt haten und solches…

Und was essen wir dabei, was trinken?

Darüber habe schon ich vor Jahren etwas veröffentlicht, auf einem anderem Blog, und dann  Brygida Helbig hier auf diesem Blog: Ralf guckt Fußball. Ich auch.

Na eben, das meine ich. WIR gucken Fußball. In manchen Berliner Kneipen, in denen ich schon Fußball gekuckt habe, gab es gar mehr Frauen als Männer.

Vor ein paar Tagen fand ich aber im Internet, fand ich aber im…, fand ich aber… Wie soll ich es beschreiben, was soll ich darüber schreiben, fand ich also so was…

Ich dachte, ich sehe nicht richtig. Ich dachte, es ist ein ironischer Streich von der Firma Dr.Oetker und Firma Love Cake. Ich dachte, es gab so eine Werbung in den 50. oder 60. und man bediente sich sie, um sie auszulachen und neu zu gestalten…

Aber es ist leider genauso möglich, dass man es… dass MANN es ernst gemeint hatte und dass es Nix Ironie ist.

Na ja. Ironie ist in Deutschland sowieso eine Waffe, mit der man Schwierigkeiten hat, um verstanden zu werden. Dies ist interessant übrigens, dass im Land, das Mal strikte und harte Regel für Konjunktiv erstellt hate, der Konjunktiv gerade im Sterben liegt und die alte gut Ironie gleich mit ihm in den Abgrund geht.

Ich kopierte also schnell das Bild, weil ich vermutete, Ironie hin oder her, dies Zeug wird so ein Shitstrom bekommen, dass an dem Tag, an dem ich meinen Beitrag veröffentliche, dh. heute, das Bild nur hier, auf meinem Blog, noch zu sehen bekommt.

Eine Frau soll also für ihren Liebsten einen Fußball-Kuchen backen und es an oetker.ch/lovecake schicken. Oder auf die Fanpage auf dem Facebook/ Instagramm stellen: #lovecakeOetker.

Zu gewinnen gibt es 50 Packete Backzutaten im Wert von 30,- CHF. Na ja, nicht die Welt… keine Traumreise (mit dem Liebsten selbstverständlich), kein dickes Auto…

Ausgeschrieben wurde der kleine Wettbewerb schon im Mai. Es gibt schon viele schöne Zusendungen. Aber nicht gerade das, was sich der Schirmherr des Werttbewerbs ausgedacht hate. Die Torten sind eigentlich allersamt Geburtstagstorten von Omas und Mamas für Söhne und Enkel.

Wie ich erwartet habe, gab es auch empörte Kommentare, aber, unter uns, nicht so schrecklich viele…

Unglaublich: ist das aus 1958 oder echt 2018? “Back deinen Mann glücklich” ???
Aus dem letzten Jahrhundert?

Seid Ihr über die 1950iger Jahre noch nicht hinweg gekommen?! Dieses rückschrittliche Frauenbild im Jahre 2018 – wollt Ihr AfD, FPÖ, konservative Christen und sonstige konservative Kräfte nun zum Backen von Fußballtorten bringen, damit sie sonst kein Unwesen mehr treiben? Dieser “Schuß” ist eindeutig ein Eigentor, weil ich werde in Zukunft angesichts dieser sexistischen Werbung sehr darauf bedacht sein, keine Produkte aus dem Hause Dr. Oetker mehr zu kaufen!

Was ist denn das für eine konservative und sexistische Werbung? Leute. Wir haben das Jahr 2018! Offensichtlich seid ihr in den 50er Jahren stecken geblieben. Von solch einer antiquierten Firma, die mich als Frau derart auf “hinter den Herd gehörend” darstellt bekommt keinen Cent meines hart erarbeiteten Geldes. Und gerne werde ich diese Meinung auch in meinem Freundes- und Bekanntenkreis kund tun.

Die können mich mal alle gaaanz gerne haben 😂. Macht weiter Werbung über Frauen, die so deppert sind, ihren Männern solchen Krampf zu backen und vielleicht auch noch das Bier zum Fernseher bringen 🤨. Wenn Fussball angesagt ist, geht mein mir angetrauter Ehemann zu seinem Spezl, schauen usw. Ich geh derweilen raus an den Weiher und sehe den Fischen zu, wie raushüpfen und nachsehen, wo die Angel ist. In diesem Sinne wünsche ich allen Medls eine stressfreie Zeit und den Prinzen eine gesegnete WM, Hauptsache, i hob mei Ruah

Die Kommentare führten dazu, dass sich der Slogan zwar nicht geändert hat, wohl aber das Bild – lovecakeOetker liess die Frau verschwinden.

Die Empörung wuchs aber weiter. Der Slogan wurde geändert, dann verschwand das ganze Wetbewerb… Und dann meldete sich ein Mann zu Wort:

Soviel darf ich anmerken: Ihr spinnt alle miteinander, das ist schon krankhaft diese Paranoia vor etwaigen Rollenbildern. Vielleicht kommt euch einmal in den Sinn dass es Frauen gibt die das durchaus gerne machen, die ein anderes Frauenverständnis haben und dieses ganze feministische Emanzentum irrsinnig auf die Nerven geht, weil sie in ihrer Rolle u. a. auch als backendes Weibchen (so würdet ihr das bezeichnen) oder so der Rest der Welt es sieht, als liebendes, fürsorgliches weibliches Familienoberhaupt welches in ihrer Rolle voll und ganz aufgeht. Aber das vertragt ihr offensichtlich nicht, dass andere Menschen glücklich und zufrieden mit ihrem Familienleben sind obwohl es nicht eurer Weltanschauung entspricht. Also, wenn ihr euch von einer Produktwerbung nicht angesprochen fühlt, so kauft das Produkt eben nicht. Wenn es euch schmeckt und ihr jemanden habt der das für euch zubereitet, weil selber könnt ihr das ja nicht, weil ihr ja emanzipiert seid… dann kauft es. Aber belästigt nicht die Öffentlichkeit mit geistigen Rauchzeichen der minderen Art und erklärt anderen wie sie ihr Leben zu gestalten haben.

Ja, also, wie immer. Nix Neues.

Das ist die Tradition des Hauses Oetker, das sich als “kleiner Helfer” an der Seite der berufstätigen Frau positionierte und in der oben erwähnten Werbung daran anspielt:

Es hätte gereicht, wenn man Frau und Mann in der Küche gezeigt haben, die schnell gemeinsam etwas zaubern, bevor es pfeifft.

Und trotzdem denke ich mir, Hundert Jahre Frauenrechte, nicht nur bei uns, in Polen, sondern auch in Deutschland. Fünfzig Jahre verbissener Kampf der Frauen gegen alten Stereotypen. Und was? Und nix. Meine Freunde von Facebook meinen, dass die Marketingtypen zu jedem raffinierten Vorschlag fähig sind, um den Umsatz zu steigen. Ich finde aber, dass es einfach dumm ist und dass die Dummheit der Menschen, auch Marketingmenschen, grenzenlos ist.

Übrigens, ein Mann, der schon einmal bei mir publiziert hat und sich Tabor Regresywny (was schwierig zu übersetzen ist und bedeutet so etwas, dass die Ziegeuner mit ihren Wagen ziehen, aber immer weniger Vehickel mir sich führen) nennt, meint, die menschliche Dummheit ist ein wichtigster Argument dafür, dass es Gott gibt. Der Mensch musste von einem hehrem Wesen erdacht werden, in der Natur gibt es nämlich die Dummheit nicht…

Szopa w salonie 28

Łukasz Szopa

Świat, a tym samym i społeczeństwo, ale i nauka pełne są uprzedzeń dotyczących kobiet. Oczywiście, też uprzedzeń pozytywnych.

Jak na przykład teza, że „dobrze byłoby w polityce mieć więcej kobiet – byłoby mniej przemocy, agresji i wojen“ (bo niby kobiety mają w sobie taki miły, pokojowy „gen matczyny“ i są bardziej „ciepłe“ i solidarne).

Cóż, nie wiem co na to powiedzą osoby, które przeżyły – bliżej lub mniej bliżej – czas rządów Margaret Thatcher. Albo co cejlońscy Tamilowie powiedzieli by o Indirze Gandhi. Historycy nie zapomnieli o Katarzynie Wielkiej czy Marii Teresie, a legendy wspominają o całkiem „niepokojowych“ Amazonkach. Wreszcie sama Pallas Athena to bogini… owszem, mądrości – ale również strategii i walki.

Osobiście swego czasu mieszkając w Bośni, w zniszczonym i podzielonym bratobójczą kilkuletnią wojną domową („miastową“) Chorwatów i Bośniaków, miałem w głowie tą właśnie tezę – i jakoś tak wyszło, że skonfrontowałem z nią panią sprzedającą mi hotdoga w budce z fastfoodem. Gdy usłyszała moje nieśmiałe zdanie, że „właśnie teraz, tuż po wojnie, kobiety bardziej niż mężczyźni – nauczeni przez politykę i front nienawiści i agresji – mogą spełnić bardzo ważną rolę w pokoju, a nawet w pojednaniu…“ Spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej seks za ladą przy równoczesnym podpaleniem całej budki do muzyki Stravinskiego. Po czym opanowując się, ale głosem bardzo żelaznej damy odparła, że nie mam pojęcia, jakie są kobiety. Że kobieta – szczególnie, gdy ma na froncie albo straciła męża, synów, brata – potrafi nienawidzić dużo silniej niż jakikolwiek „wojujący“ facet. Nie mówiąc o tym, że kobiecie dużo trudniej przychodzi zapomnieć. Odszedłem z krótkim „Do vidjena“ z moim hot-dogiem, zawstydzony i rozczarowany.

Są również – całkiem współczesne – teorie, pokazujące empirycznie, że gdyby było więcej kobiet w zarządzaniu ministerstw i firm, na giełdach, w bankach itp. – to nie doszłoby do kryzysu finansowego w 2007/2008, bo kobiety działają mniej ryzykownie, bardziej „ostrożnie“, bardziej liczy się dla nich „wróbel w garści“ niż „gołąb na dachu“. No i tam takie o „nadambitnych macho na testosteronie“, których jest za dużo tam, gdzie podejmuje się ważne decyzje i liczą się pieniądze.

Zgadzam się, dobrze byłoby mieć więcej kobiet w „top-menadżmencie“, na ławkach trenerskich czy jako przewodników wypraw himalaistycznych. Dobrze dla ogółu, ale i dobrze dla samych kobiet.

Ale… ale natrafiłem na ciekawy artykuł, też w sumie statystyka, jednak inaczej podchodząca do sprawy, czy kobiety rzeczywiście są mniej łacne na ryzyko, czy myślą i działają ostrożniej i „solidarniej“, czy są mniej ambitne, egoistyczne i podatne na gotujące się hormony niż panowie.

Otóż autorzy tego opracowania (przepraszam za brak linku czy notki, ale gazeta przed weekendem powędrowała na makulaturę pod domem…) nie przeczą temu co wyżej, że kobiety przeciętnie, gdy są u szczebli władzy i pieniądza, zachowują się „pasywnie“ i że w miksie z przeciętnie inaczej zachowującymi się samcami – daje to lepsze rezultaty niż zarządzanie „monokulturowe“.

Zbadano jednak powód, skąd się tak bierze. Czy to rzeczywiście jakiś „żeński“, „matczyny“ gen? A gdzie tam!!!

Okazuje się, że dużo większy wpływ niż inne czynniki w działaniu kobiety (wiek, kręg kulturowy, pochodzenie, no i sama płeć) ma… wychowanie i otoczenie kulturowo-socjalne w okresie dorastania (a i wcześniej, czyli od przedszkola). Czyli czynniki, które współdecydują – i to mocno! – o tym, czy kobieta będzie samodzielna („decyzyjna“), odważna (w tym – ryzykowna), krytyczna i samokrytyczna (czasem za bardzo), otwarta i komunikatywna, czy też zamknięta i sceptyczna (też do siebie samej, ale i innych) i tak dalej. Testy zachowania kobiet porównywano do ich edukacji i otoczenia z dzieciństwa i młodości.

I cóż się okazuje? Że kobiety wychowane w szkołach bardziej liberalnych i nowoczesnych, były dużo bardziej „ryzykowne“ i „ambitne“ (czyli „facetowate“) w działaniu, niż panie z edukacją w szkołach czy rodzinach tradycyjnych czy konserwatywnych. Podobnie, co ciekawe, dużo bardziej „z jajami“ były te, które odbyły edukację w szkołach tylko żeńskich, niż w mieszanych – co interpretowano nie tyle uciskaniem dziewczynek przez chłopaków, co… wpływem grona pedagogicznego („Chłopakowi więcej wolno, a dziewczynka powinna się zachowywać!“)
Wreszcie takie porównanie, że kobiety żyjące w dzieciństwie z siostrą bliźniaczką, podobnie jak jedynaczki – miały potem jako dorosłe mniej kompleksów i dużo silniejszą – i „naturalną“ – siłę przebicia.

Wniosek mój jest taki, że wcale nie byłoby więc lepiej, gdybyśmy mieli więcej kobiet w globalnych spółkach, na giełdach, czy w korporacjach finansowych. Powinniśmy mieć… mniej mężczyzn! Czyli w sumie w ogóle mniej ludzi – gdyż wychodzi na to, że homo sapiens, damski czy męski, jednak zachowuje się w swym poczuciu wolności aż za często ryzykownie, emocjonalnie, słowem – irracjonalnie. Jeśli mógł się rozwijać w sprzyjającym wolności i samodzielnym myśleniu środowisku. Czego jednak – takiego wychowania i dorastania i edukacji – życzę zarówno kobietom, ale i mężczyznom, gdyż życie „pozapieniężne“ oferuje nam wiele pięknych okazji, by wyżywać nasze emocje, chęć ryzyka i irracjonalność!