Projekt Irena Bobowska. Berlin.

Ela Kargol

Irena Bobowska, wyrok

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata.W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej kolegów z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

Irenę ścięto nad ranem 27 września 1942 roku w Berlinie Plötzensee, w centralnym miejscu straceń dla okręgu egzekucyjnego IV zentrale Hinrichtungsstätte für den Vollstreckungsbezirk IV. W hitlerowskiej Rzeszy okręgów było 10, katów trzynastu.

Wilhelm Röttger z zawodu był ślusarzem, w czasie I wojny światowej jako ochotnik zaciągnął się do marynarki wojennej i został palaczem na statku. Po wojnie pracował jako pomocnik grabarza, a od roku 1940 jako pomocnik kata, podobno jednego z najważniejszych, Friedricha Hehra.

23 września 1942 roku Röttger został mianowany katem IV okręgu egzekucyjnego, który obejmował centralne miejsca straceń w Berlinie-Plötzensee i Brandenburgu-Görden. Najprawdopodobniej był tym, który uruchomił dźwignię gilotyny 27 września 1942 roku.

Była godzina 4.36. Zaczynała się niedziela. Jeszcze noc. Świt miał nastąpić za półtorej godziny.

“Zwykle kat przychodził dwa razy w tygodniu. Nazywał się
Röttger. Bardziej skradał się niż chodził. Ubrany w dłuższą kurtkę.
O czym myślał? Tysięcy ludzi pozbawiał życia. Niewinnych ludzi.

Za każdą ściętą głowę dostawał 80 marek (w innych źródłach 30 marek) premii i dodatkowy przydział papierosów.
Zawsze miał w ustach papierosa. Jego pomocnicy byli silnymi mężczyznami.
Musieli przenieść ofiary, z rękami związanymi sznurem na plecach,
na szafot!
Dwóch strażników wyprowadzało z cel więźniów skazanych na śmierć…
do szopy egzekucyjnej! Za to otrzymywali po osiem papierosów…

(broszura GedenksättePlötzensee, Brigitte Olschewski)

Więźniowie mieli podgolone karki, na nogach drewniaki. Ubrania zostawiali w celi.

“Gdy dzień egzekucji był ustalony, osoba skazana na śmierć była przenoszona do specjalnej celi – celi śmierci – dzień wcześniej lub nawet kilka dni wcześniej. W Plötzensee i Brandenburgii wyznaczono specjalne cele na parterze (w budynku III) i urządzono je jako cele śmierci. Przeniesienie do jednej z tych cel sprawiało, że jeszcze przed zawiadomieniem o egzekucji skazany wiedział, że wybiła jego godzina…”(ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)

Miejsce egzekucji znajdowało się w niskim budynku z czerwonej cegły na podwórzu budynku III, podzielone było na dwie części i oddzielone czarną zasłoną. Była część biurowa, w której prokurator lub jego przedstawiciel odczytywał wyrok, urzędnik sprawdzał dokładne dane personalne, i część, w której pracował kat.

Po odczytaniu wyroku prokurator zwracał się do kata z ustaloną formułą: “Kacie, czyń swoją powinność!”.‚Scharfrichter walten Sie Ihres Amtes!‘ I wtedy rozsuwała się zasłona, za którą była gilotyna i stał kat z pomocnikami. Na początku lat 30. ubiegłego wieku egzekucja trwała kilka minut. Z czasem kat i jego pomocnicy potrzebowali tylko kilkunastu sekund.

Skazany musiał stanąć oparty o deskę, w której był wydrążony otwór na głowę. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, oprawcy zmieniali pozycję deski 90 stopni. W mgnieniu oka skazaniec, z odwróconą deską, znalazł się w pozycji, w której jego szyja znalazła się tuż pod gilotyną. W tej samej sekundzie kat nacisnął przycisk. Gilotyna ze świstem spadała w dół, a głowa skazańca leciała do wiklinowego kosza. Kat teraz, z tym samym pośpiechem, zaciągnął czarną zasłonę i ogłaszał: Panie prokuratorze, wyrok wykonano! (ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)


Berliński zakład karny przy Plötzensee został wybudowany w latach 1869 – 1879. Na 25 hektarach lasów powstało więzienie otoczone wysokim na 6 metrów murem. Poza murami więzienia przy Königsdamm (dzisiejszej ulicy Friedrich-Olbricht-Damm) wybudowano domy dla urzędników. Wewnątrz znajdowały się trzypiętrowe budynki z więziennymi celami. Budynki ustawione były według tak zwanego systemu panoptycznego. Podczas wojny większa część budynków została zniszczona, po wojnie rozebrana. Tak zwany Haus III z celami śmierci przestał istnieć. Do dzisiaj został kościół, domy urzędników więziennych i wiele innych budynków, które trudno dostrzec zza muru. Wszystkie objęte są ochroną zabytków.

Został też niski budynek z czerwonej cegły, budynek, w którym dokonywano egzekucji. W 1951 roku część ceglanej szopy rozebrano, a drugą część przeznaczono na miejsce pamięci. Z rozebranych cegieł i gruzu pozostałego ze zbombardowanego więzienia postawiono nowy mur, mur z napisem Ofiarom dyktatury hitlerowskiej 1933-1945.


W tym roku byłam tu pierwszy raz. Myślałam, że po Auschwitz, które pierwszy raz zobaczyłam będąc kilkunastoletnią dziewczyną, nic mnie już nie zaskoczy.

A jednak. Pomieszczenie, w którym nie ma już gilotyny, nie ma kata, prokuratora, urzędnika więziennego, jest tylko czarna zasłona i belka egzekucyjna, kratka odpływowa i glazura na ścianie w miejscu, gdzie był kran z wodą i umywalką. Dla kata? Czy kat zawsze umywał ręce?

Bardzo powściągliwa aranżacja miejsca, wręcz jej brak. Cisza i groza. Groza czasów hitlerowskiej dyktatury śmierci. W drugim pomieszczeniu, w którym przechowywano trumny, znajduje się fragmentaryczna dokumentacja hitlerowskich zbrodni z Plötzensee w formie wystawy, częściowo multimedialnej. Są trzy zdjęcia Ireny Bobowskiej, akt oskarżenia i wyrok. Dokument przyjęcia jej do Plötzensee i opuszczenia więzienia. Nie zgadza się tylko data, choć to my możemy się mylić.


Z dokumentów wynika, że Irenę dostarczono do więzienia w Plötzensee 25 września 1942 roku o godzinie 18.30. Z listu datowanego na 26 września 1942, zamieszczonego w Neni Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej, Irena pisze do matki, wiedząc już, że są to jej ostatnie godziny życia. W tych ostatnich godzinach otrzymuje jeszcze listy z domu, które ktoś w nocy wsunął do celi. W celi z nią są jeszcze dwie Ireny, których nie mogę znaleźć w dokumentacji z Plötzensee, stąd moje przypuszczenie, że dokumentacja jest niepełna. Procedura wykonania wyroku śmierci zaczęła się 26 września, stąd może właśnie ta data.

Dzisiaj, a właściwie jutro wczesnym rankiem pójdę na śmierć. Jest godzina 10.00. Siedzę w celi takiej, jak każda inna w innym więzieniu. Był u mnie ksiądz ze spowiedzią i przyjdzie jeszcze z Komunią świętą. W międzyczasie przebywają tu też trzy urzędniczki. Jestem w dobrym nastroju i mam nadzieję, że odwaga nie opuści mnie aż do końca. (z listu do matki)

Księdzem, który przychodził z ostatnią posługą mógł być ksiądz Peter Buchholz. Współpracując ściśle z pastorem Haraldem Poelchau, Buchholz pośredniczył w ostatnich kontaktach między skazanymi a ich rodzinami, przekazywał wiadomości lub potajemnie dostarczał więźniom żywność. Mógł być tą osobą, która skrycie dostarczyła Irenie ostatnie wiadomości z domu.

Zgon potwierdził Oberwachmeister Heinrich Wienand z Lichtenbergu. Powód śmierci: Enthauptung (ścięcie).

Symboliczny grób Ireny jest w Poznaniu na cmentarzu Miłostowo. Symbolicznie jest tam pochowany też jej ojciec, zamordowany w Katyniu.

Co się stało z ciałem Ireny Bobowskiej, możemy tylko przypuszczać. Z pewnością zostało skremowane w jednym z berlińskich krematoriów, czy przedtem służyło do badań doktorowi Hermannowi Stieve? https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Stieve.

Jej prochy mogą być pochowane na jednym z berlińskich cmentarzy Parkfriedhof (Marzahn), Urnenfriedhof Seestraße (Berlin-Wedding), Südwestfriedhof Stahnsdorf, Friedhof am Plötzensee, Friedhof Altglienicke…

A może zupełnie gdzie indziej.

Mimo skrupulatności, pedantyczności i biurokracji w nazistowskich Niemczech i zachowanych wielu obszernych dokumentów, miejsca jej pochówku nie udało nam się znależć.

Nie tak dawno, i tylko dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób, prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich w tym z Plötzensee odzyskały swoją tożsamość.

Przy wejściu na cmentarz w Altglienicke po lewej stronie od niedawna znajduje miejsce pamięci ofiar nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę w kształcie litery L, ustawioną na cmentarzu.

Wśród nazwisk nie ma Ireny Bobowskiej.

Chowano nocą, po ciemku, bez świadków, bezimiennie, niekoniecznie na cmentarzach, a przede wszystkim w pośpiechu i często bez zbędnej biurokracji, która towarzyszyła skazanym aż do śmierci.

W Brandenburgu Görden w tym samym okręgu egzekucyjnym i w tym samym miejscu pracy kata Röttgera otworzono miejsce pamięci w garażu znajdującym się na terenie więzienia, w garażu, który był miejscem egzekucji ponad 2 tysięcy mężczyzn. Ponieważ nie wyodrębniono tej części jak w Plötzensee z obszaru więzienia, niełatwo jest się tam dostać. Nam się nie udało (admince i mnie). Potrzebne są podania, wnioski, czasy oczekiwania, procedury i…pozwolenie na widzenie się z gilotyną. Biurokracja, zawsze i wszędzie, wtedy i teraz. Na zdjęciu (zdjęcie ze zdjęcia) z muzeum obok widać dokładnie jak wygląda i wyglądała gilotyna z Plötzensee i z Görden. Ta gilotyna ze zdjęcia znajduje się w Görden, w miejscu trudno dostępnym, za więziennym murem i nie jest gilotyną z Görden ani z Plötzensee.


Wilhelm Röttger wraz ze swoimi asystentami przeprowadził kilka tysięcy egzekucji, w tym masowe egzekucje podczas Krwawych Nocy w Plötzensee we wrześniu 1943 r., kiedy to powieszono łącznie 324 osoby. Wykonał szereg wyroków śmierci na bojownikach ruchu oporu, również na tych z 20 lipca 1944 roku. Był najbardziej wydajnym katem w Niemczech w owym czasie.

Po wojnie uciekł na zachód do Hannoveru, pojmano go w szpitalu, w którym się ukrył. Zmarł w więzieniu w Hannowerze w 1946 roku.

Reblog: 4 pisarki, które zdefiniowały świat

Samuel Dowd

…(i literaturę) na nowo

Ich niecodzienna, radykalna i zuchwała twórczość na zawsze zmieniła literaturę i kobiety. Czasem odbywało się to po cichu, a innym razem z rozmachem.

Utwór Cztery kobiety Niny Simone to wstrząsający akt oskarżenia, głos sprzeciwu wobec spuścizny niewolnictwa. Słynna piosenkarka jazzowa wypowiada się w imieniu całych pokoleń afroamerykańskich kobiet, przez wieki doświadczających niesprawiedliwości i przemocy. Na przestrzeni XX wieku wiele nieustraszonych wojowniczek podobnie jak Simone występowało przeciwko pokornej i biernej postawie kobiet, broniąc swojego prawa do mówienia własnym głosem i zachęcając do tego inne siostry. Najważniejsze z nich to Virginia Woolf, Simone de Beauvoir, Monique Wittig, Maya Angelou, Bell Hooks i Nawal El-Saadawi.

Odziedziczyłem miłość do literatury po mojej matce. Wszystkie książki, jakie mamy w domu — te powciskane na półkach, rozrzucone po podłogach i zalegające na stoliku nocnym — należały do niej. Często mi czytała, a ja uwielbiałem słuchać raz opadającej, raz wznoszącej tonacji jej głosu. W trakcie czytania nie tylko nauczyła mnie swojej „matczynej mowy”, ale także wpoiła, że słowa budują świat. Utalentowany autor czy autorka ma moc kształtowania otaczającego nas świata.

Książki są ogniwem, które łączy moją matkę i mnie po dziś dzień. Wymieniamy się nimi, dyskutujemy o nich. I często w książkach napisanych przez kobiety odnajdujemy najciekawsze i najistotniejsze dla współczesnego świata wątki. Poniżej przedstawię cztery pisarki, które opisały rzeczywistość z punktu widzenia kobiet, by dać im głos i wypełnić je siłą. 

Lepszy świat nie może istnieć bez wyzwolenia umysłów, ciał, a nade wszystko języka kobiet – Nawal El-Saadawi.

1. Clarice Lispector

Gdy w wieku 23 lat Clarice Lispector opublikowała W pobliżu dzikiego serca, poeta Lêdo Ivo nazwał ją najwspanialszą powieścią, jaką kiedykolwiek kobieta napisała po portugalsku. Gwałtowny, dynamiczny opis myśli i przeżyć bohaterki powieści wprawiał w osłupienie ówczesnych czytelników w Brazylii. Monolog wewnętrzny Joany jest liryczny, senny i nieuchwytny. Oddaje sprzeciw bohaterki wobec konwencji oraz oczekiwań, także własnych.

W 1944 roku powieść została wyróżniona prestiżową nagrodą Graça Aranha. Lispector napisała po niej wiele uznanych powieści, artykułów i opowiadań, w tym „Pasję według G.H.” (1964), opisującą niemal ekstatyczne doznania bohaterki w obliczu śmierci karalucha, a także powieść „Água Viva” („Żywa woda” — 1973), kolaż myśli i refleksji nieprzepuszczonych przez żaden filtr:

Stwarzam siebie na nowo, kreśląc rysunek. Mam głos. Gdy zatracam się w kresce, ćwiczę, jak doświadczać życia bez planowania. W świecie brak określonego porządku, a zatem wszystko, co mam, to porządek mojego oddechu. Pozwalam sobie samej się wydarzać.

Krytyk literacki Sergo Millet twierdził, że Clarice Lispector penetruje głębię psychologicznej złożoności współczesnej duszy. Autorka bez ustanku badała powiązanie pomiędzy językiem a świadomością i próbowała zdefiniować, co tak naprawdę oznacza żyć w kobiecym ciele. Niewątpliwie zaliczana do grona najznakomitszych autorów i autorek XX wieku, według jej biografa i tłumacza w Stanach Zjednoczonych, Benjamina Mosera, była także najważniejszą twórczynią żydowską od czasów Kafki. Tak pisała o niej autorka Hélène Cixous: Clarice to imię kobiety, która zdolna jest przywoływać życie we wszystkich jego ciepłych i chłodnych odcieniach. A ono przychodzi. Ona mówi: Oto jestem. I w tej właśnie chwili Clarice jest. Clarice jest całkowicie zanurzona w chwili, gdy poddaje się istnieniu, żywa, bezkresna, nieskończona…

2. Hélène Cixous

Francusko-algierską pisarkę Hélène Cixous uważa się za jedną z matek poststrukturalnej teorii feministycznej. Jacques Derrida, którego łączyło z nią żydowsko-algierskie pochodzenie i z którym blisko współpracowała, określał ją mianem najlepszego żyjącego autora piszącego w języku francuskim. Wydała ponad 70 dzieł, w tym 23 tomy poezji, sześć zbiorów esejów, pięć dramatów i niezliczone artykuły. Współtworzyła również francuski uniwersytet Université Paris 8 oraz pierwszy Ośrodek Badań nad Problematyką Kobiet w Europie.

Jednak Cixous to nie tylko utalentowana pisarka. Konsekwentnie przekracza wszelkie granice języka, łamiąc jego zasady, ściga się z tym, co w nim nieuchwytne. Jako poliglotka pisze w wielu językach. Podczas wykładu I say Allemagne w 2016 roku postulowała, że poznając nowy język, zyskujesz na człowieczeństwie. Cixous ostro sprzeciwia się pokutującej przez wieki praktyce definiowania kobiet poprzez ich niedostatki i stawia przed sobą oraz innymi wyzwanie, by stworzyć siebie na nowo, bazując na wyjątkowości swoich ciał i biografii. W swoim najsłynniejszym eseju, Le Rire de la Méduse (Śmiech Meduzy — 1975 r.) wyjaśnia:

Kiedy piszę, to wszystko czego nie wiemy, kim powinniśmy być, wypisuje się ze mnie, bez ograniczeń, bez przewidywań, i wszystko czym my będziemy, nas woła do niestrudzonej, upajającej, nigdy nie sytej pogoni za miłością. Zawsze na siebie natrafimy (przeł. Anna Nasilowska).

Esej jest pełną pasji, buntowniczą deklaracją miłości do emancypacyjnej, transgresywnej twórczości kobiet. Pisząc siebie, Cixous pokazuje, że kobiety mogą używać języka, by odzyskać wolność i przyszłość, których tak długo im odmawiano.

3. Audre Lorde

Podobne przesłanie towarzyszy twórczości Audre Lorde. Amerykanka argumentowała, że kobiecy erotyzm — tłamszony i deprecjonowany przez zachodnie, białe społeczeństwo — jest wyzwoleńczą siłą.

Przyznając erotyce należne miejsce w naszym życiu, zyskujemy energię napędową do poszukiwania zmiany w świecie… nie tylko sięgamy do źródeł naszej najskrytszej kreatywności, ale robimy to, co kobiece i co ucieleśnia naszą siłę w obliczu rasistowskiego, patriarchalnego i antyerotycznego społeczeństwa. 

Urodzona w Nowym Jorku autorka o karaibskich korzeniach opisywała samą siebie jako „czarnoskórą, lesbijkę, matkę, wojowniczkę i poetkę”. Od najmłodszych lat tworzyła poezję. Lorde to feministka, nauczycielka, bibliotekarka i aktywistka, której twórczość stanowi świadectwo marginalizacji i wykluczenia społecznego niektórych grup. Autorka była niezwykle wpływową postacią w ruchu na rzecz wyzwolenia czarnoskórych kobiet. Krytykowała również supremację białych w ramach głównego nurtu feminizmu. Badając tożsamość w swoich dziełach, podkreślała, że to wysoce skomplikowany byt, na który składa się płeć, rasa, klasa czy seksualność.

Lorde wspierała kobiety na Kubie i w podzielonym rasowo społeczeństwie RPA. Objęła stanowisko profesor wizytującej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, gdzie ukuła termin „Afro-Niemiec”. Dał on początek ruchowi czarnoskórych w Niemczech, w ramach którego postulowano okazywanie sprzeciwu za pomocą języka, nie poprzez przemoc. Jako profesor języka angielskiego uhonorowana tytułem poety-laureata stanu Nowy Jork w latach 1991-1992, podkreślała wagę literatury: „Dla kobiet poezja nie jest zbytkiem. To niezbędna potrzeba życiowa. Nadaje jakość światłu, w którym odbijamy nasze pragnienia i marzenia o przetrwaniu i zmianie. Najpierw na poziomie języka, potem idei, w końcu wymiernych czynów”. 

Jej prace pełne są siły, gniewu, buntu i nawoływania do zmiany — są odbiciem kobiety, która dążyła do tego, by „dzielące nas różnice przekuć w siłę”, odmawiając milczenia w obliczu niesprawiedliwości.

4. Joumana Haddad

Kolejną autorką, która nie daje sobie zamknąć ust jest Joumana Haddad — enfant terrible Bliskiego Wschodu. Wielokrotnie nagradzana poetka, dziennikarka, wydawczyni i tłumaczka (posługuje się siedmioma językami), jest redaktorką kulturalną czołowego libańskiego dziennika an-Nahar. Swego czasu wywołała skandal w arabskim świecie, publikując erotyczne czasopismo Jasad (Ciało). Pisarz Tahar Ben Jelloun mówił o niej tak: „Literatura bywa niczym cyklon, który burzy zasady decorum… Joumana Haddad to poetka, która zadomowiła się w tym cyklonie”.

Okiem cyklonu jest z kolei Bejrut, gdzie Haddad się urodziła i wychowała dwóch synów. Poetka sprzeciwia się stereotypowemu postrzeganiu arabskich kobiet przez Zachód. Jednocześnie konfrontuje się z arabskimi poglądami na temat kobiecości. Zaczytując się w Markizie de Sade, którego odkryła za młodu w biblioteczce swojego ojca, Haddad opisuje swoją podróż do swobody intelektualnej w autobiograficznym eseju Zabiłam Szeherezadę. Wyznania gniewnej arabskiej kobiety (2010).

W pracy rozprawia się z niełatwymi tematami takimi jak kobiecy erotyzm, kobiety w polityce czy religia instytucjonalna. Esej stanowi druzgocącą krytykę zarówno zachodnich, jak i arabskich wierzeń. Cytuje w nim Hélène Cixous: „Ocenzuruj ciało, a tym samym ocenzurujesz oddech i mowę”, dodając:

Kobieta jest swoim jedynym znawcą i przewodnikiem po sobie samej. Stanowi jedyny punkt odniesienia dla swojego ciała, ducha i esencji siebie.

W wierszu „Zawsze powstanę“ Maya Angelou pyta: „Czy mój seksapil Cię irytuje?” Joumana Haddad — seksowna, nieustraszona, bezkompromisowa, bezpośrednia — podąża za nią, wykorzystując język, by zburzyć status quo i stworzyć własną, wyjątkową przestrzeń na tym świecie. Wierzy, że „umiejętność czytania to jedno z najważniejszych narzędzi wyzwoleńczych każdego człowieka, a w szczególności współczesnej arabskiej kobiety”.

Dziś na wszystkich kontynentach kobiety czytają inne kobiety, opisując świat na nowo, wreszcie po swojemu. 


Samuel Dowd jako nastolatek mieszkał w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Po ukończeniu studiów na kierunku rzeźby, filozofii oraz „sztuki opartej na czasie” rozpoczął pracę jako artysta, twórca filmowy, ogrodnik, pisarz i redaktor Babbel. W poszukiwaniu wszystkiego, co eksperymentalne – w architekturze,  rolnictwie ekologicznym, wielojęzycznej literaturze z pogranicza prozy i poezji oraz muzyce – mieszkał w wielu zakątkach świata: w Finlandii, Nowej Zelandii, Austrii, Chorwacji, a od 2013 r. w Berlinie.

Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na co dzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał sławę, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Springer. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały nad Odrę co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak sama rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakichś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana kilometrami ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülowa, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina, by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadomości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.

Irena Bobowska: Wiersze / Gedichte

Anna Krenz

IRENA BOBOWSKA
(geb. 3.9.1920, Poznań; gest. 27.9.1942, Berlin-Plötzensee)

Eine  junge Frau. Eine hochbegabte Malerin und Dichterin. Eine Schwerbehinderte im Rollstuhl. Eine Pfadfinderin, Aktivistin der Posener Waffen Organisation, dh. Militärorganisation im Westen Polens (Großpolen). Mitgründerin und Mitherausgeberin der Untergrund-Zeitschrift “Pobudka” (Weckruf). Sie sammelte die Informationen aus der Funküberwachung und bereitet sie zum Ausdrucken vor. Sie transportierte die konspirative Dokumente versteckt in ihrem Rollstuhl. Wegen ihrer Untergrundarbeit wurde sie von der GESTAPO verhaftet. Sie verbrachte zwei Jahre im Gefängnis (Fort VII in Poznań, Gefängnis in Wronki, Gefängnis Alt-Moabit, Gefängnis Barnimstraße und schließlich Gefängnis Berlin-Plötzensee). Sie wurde gefoltert und gedemütigt und fand ihren Ausweg im Schreiben von Gedichten und im Zeichnen.
Sie wurde am 27. September 1942 im Morgengrauen im Gefängnis Berlin-Plötzensee hingerichtet. 

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante Stanisława Kwiatkowska, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen. Das von Ewa Maria Slaska ins Deutsche übersetzte Gedicht wurde u.A. anlässlich des Internationalen Frauentags am 8.3.2021 vom Kollektiv Dziewuchy Berlin während der Performance “We are relevant” auf dem Nettelbeckplatz in Berlin vorgetragen. 
mehr: DEMO Wir sind Widerstand. 

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

Im Rahmen des Projekts wurden die acht gefundenen Gedichte ins Deutsche übersetzt von: Agnieszka Dębska (2022), Elżbieta Jagiełło (2022),  Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Das Gedicht “Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen” wurde 1995 von Bettina Eberspächer übersetzt und in der Publikation “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995), herausgegeben von Ewa Maria Slaska, veröffentlicht.

IRENA BOBOWSKA
(Urodzona 3 września 1920 r. w Poznaniu, stracona 26 września 1942 r. w Berlinie-Plötzensee)

Młoda kobieta. Niezwykle utalentowana rysowniczka i poetka. Osoba z niepełnosprawnościami, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Harcerka, działaczka Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, tj. organizacji wojskowej w zachodniej Polsce (Wielkopolska). Współzałożycielka i współredaktorka podziemnego pisma “Pobudka”. Zbierała informacje z monitoringu radiowego i przygotowała je do druku. Dokumenty konspiracyjne przewoziła ukryte w swoim wózku inwalidzkim. Z powodu swojej pracy konspiracyjnej została aresztowana przez GESTAPO.  Dwa lata spędziła w więzieniu (Fort VII w Poznaniu, więzienie we Wronkach, więzienie Alt-Moabit, więzienie Barnimstraße i wreszcie więzienie Berlin-Plötzensee). Torturowana i poniżana, ucieczkę znalazła w pisaniu wierszy i rysowaniu. Została stracona o świcie 27 września 1942 roku w więzieniu Berlin-Plötzensee.

Najbardziej znany wiersz Bobowskiej, “Bo się uczę…”, napisany w Forcie VII w Poznaniu, przyniosła w bucie z więzienia zwolniona z więzienia we Wronkach ciotka Stanisława Kwiatkowska. Wiersz ten, pełen bólu i nadziei, rozchodził się anonimowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Był czytana przez więźniarki w Oświęcimiu, przez więźniarki w powojennym Fordonie. Na niemiecki wiersz przetłumaczyła Ewa Maria Slaska, odczytywany był przez kolektyw Dziewuchy Berlin między innymi w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet (8.3.2021) podczas performance “Jesteśmy istotne” na Widerstandsplatz (Nettelbeckplatz) w Berlinie. więcej: DEMO Wir sind Widerstand. 

Pamiętamy o niej. Bo była i jest – istotna.

W ramach projektu znalezione osiem wierszy na niemiecki przetłumaczyły: Agnieszka Dębska (2022),  Elżbieta Jagiełło (2022), Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Wiersz “Ostatnie pozdrowienie” przetłumaczony był przez Bettinę Eberspächer w 1995 roku i opublikowany w publikacji “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995) pod redakcją Ewy Marii Slaskiej.

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.
(Alt-Moabit, 1941?)

Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen

Von Mond und Sternen, von Sonnenstrahlen,
Von allem Lichtschein der Welt,
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und mein sehnendes Herz.

Von allen Bäumen und Sträuchern, des Windes Atem,
Von allem, was wächst und was blüht
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und meinen Frühlingstraum.

Von Himmelsblau und von frischem Grün,
Vom Glanz, von des Regenbogens Spiel der Farben
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Von purpurner Liebe behaucht.

Von Vogelgesängen, von der Glockenschlägen,
Von allem, was tönt und was singt
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen,
Der wie ein Klagelied klingt.

Von goldenen Träumen, silbernen Verlangen,
Von der Sehnsuchtsgedanken Spiel
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
– Schickt Ihr euer Herz zu mir

(übersetzt von Bettina Eberspächer, 1995)

***

Modlitwa

Za wszystkie dobre z Bożej ręki wzięte
Za skarby wiary, za pociechy święte
Za trudy, prace i trudów owoce
Chwile szczęścia i długie niemoce
Za spokój, walkę
Za chwile szczęścia i dni żałoby

(23.4.194?)

Das Gebet

Für all das Gute aus Gotteshand erfasste
Für Glaubensschätze, für die heiligen Troste
Für Arbeit, Mühen und deren Gewinn
Die Glücksmomente und Tage ohne Sinn
Für Kampf und Frieden weltweit
Für Glück und für die Trauerzeit.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Słońce nam zaświeci,
Otworzą Fortu drzwi.
O szczęściu i swobodzie
Gromada więźniów śni.
Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień,
Więzienne znikną mury,
Fortecy zniknie cień.
I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.
Hasłem naszym będzie:
Rodzina, kraj i Bóg.
Ochoczo chwycim w dłonie
Młot twardy, miecz i pług.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.

(194?, Fort VII, Poznań)

Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Die Sonne scheinen
Die Tore der Festung sich öffnen
Von Glück und Freiheit
Träumen die Gefangenen.
Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Die Gefängnismauer verschwindet
Der Schatten der Festung auch.
Die Freude wird einziehen
Im Lachen heller Träume
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Alles wird gut
Wir kehren heim
Unser Schlagwort heißt
Familie, Vaterland und Gott
Mit Freuden greifen wir
Zu Hammer, Schwert und Pflug
Alles wird gut
Wir kehren heim.

(übersetzt von Monika Wrzosek-Müller, 2022)

***

Kochanej Mamusi w dniu imienin 15.5.

Ach tak bym chciała dziś pod stopy Twoje,
jak wonnych kwiatów, rzucić marzeń roje,
życzeń tysiące.

Ale są chwile, gdy nie można w słowa
oblec tych uczuć,
które w sobie chowa
serce bijące…

Ale są chwile, gdy wielkie wzruszenie
zamienia rwący się okrzyk – w milczenie
i głos tamuje…

Matuś, wiesz dobrze, że Twoja pieszczocha
Z całego serca prawdziwie Cię kocha.
Ty wiesz, co czuję…

Nenia dla Matuli

(1942)

Der geliebten Mama zum Namenstag 15.5.

Ach, wie gern würd ich dir heute
Hände voller Träume und lauter gute Wünsche
wie duftende Blüten auf deinen Weg streuen!

Aber es gibt Zeiten, in denen die Gefühle,
die das schlagende Herz in sich verbirgt,
keine Worte finden können…

Es gibt Zeiten, in denen der innere Aufruhr
den Schrei, der sich lösen will, in Schweigen verwandelt
und die Stimme lähmt…

Mami, du weißt genau, dass dein Schatz
dich von ganzem Herzen liebt.
Du weißt, was ich fühle…

Nenia für Mutti

(übersetzt von Anja Witzel, 2022)

***

Ktoś po klawiszach palcami wodzi
O struny skrzypiec czyjaś ręka trąca
Jakaś melodia z dala nadchodzi –
Chcę ją spamięta, lecz tony się mącą –

Śni mi się w nocy nasze pianino –
Czarne i lśniące stoi pod ścianą –
I na mnie czeka, gdy dni szare miną
Wrócę do niego – gdy wolna zostanę…

Na razie śnię tylko i rymy układam
Czasem – choć rzadko – łzy leje
I bajki sobie opowiadam,
I do snów moich się śmieję

Buduję przyszłość promienną, jasną
Podkłady daję z dobroci
I wtedy cela przestaje być ciemną
Przez kraty słońce ją złoci –

A w słonecznej jasnej strudze
W blasku prawdziwych urojeń
Dusza się kąpie jak w strudze
I lżej oddycha serce moje

(1941, Wronki)

Sanfte Finger berühren die Tasten,
Jemand anders zupft die Geigensaiten
Und ich höre ein Lied von ganz Weitem –
Doch der Klang lässt sich nicht festhalten –

Nachts im Traum mein Klavier mir erscheint –
An der Wand glänzend schwarz wartet dort –
Ist das Gräuliche vorbei, bin ich wieder daheim.
Kehre ich zurück, werd‘ ich wieder frei sein…

Bis es soweit ist, kommt ein Traum, kommt ein Reim
Manchmal wein‘ ich, doch zugegeben: selten
Kindheitsmärchen erzähle ich mir
Schaffe es, meinen Träumen zuzulächeln

Eine Zukunft mir baue, eine strahlende, helle
Ihr Fundament ist Güte
Dann weicht das Dunkel der Zelle
Die Sonne dringt ein durch die Gitter

In dem breiten Sonnenstrahl
Phantombilder wirken wahr
Und meine Seele badet wie in einem Bach
Und mein Herz atmet leichter, fast wirklich leicht

(übersetzt von Elżbieta Jagiełło, 2022)

***

Serce me
w złudnym śniepogrążone było.
Przyszedł dzień
Zniknął sen
Szczęście się prześniło.
Tylko myśl
Jeszcze dziś
Przypomina sny.
Dawne piosnki
Budzą troski
Przywołują łzy.

(Moabit, 20.1.1942)

Mein Herz
war vertieft
in Träumerei.
Mit dem Tag
schwand der Traum
das Glück war vorbei.
Heut erinnert
ein Gedanke
an des Traumes Glück
Alte Lieder
bringen Kummer
und Tränen zurück

(übersetzt von Agnieszka Dębska, 2022)

***
Ja lubię sobie wyobrażać
Że jestem z bajki taką dobrą wróżką
Przedziwne cuda mogę stwarzać
Mą czarodziejską różdżką.

I wtedy chodzę i sieję po świecie
Taki radosny, dźwięczny śmiech.
Śmiech, który wszystko zło wymiecie,
Przed którym umknie wszelki grzech.

W takt mojej różdżki tańczą dzieci
Kłonią się kwiaty, szumią drzewa
Gdy zechcę, wiatr swawolny leci
I na mój rozkaz słowik w parku śpiewa.

W dzień wodzę w górze słońce ogniste
I co noc gwiazdy zapalam,
I mgły na łąkach snuję srebrzyste,
I księżycowi świecić pozwalam.

Rankiem rozpylam perliste rosy,
Zawrotnych woni udzielam ziołom,
Rok rocznie złocę pszeniczne kłosy
I deszcz spragnionym zsyłam siołom.

Dzień i noc oraz 4 pory roku
Elfy, chochliki, wszystkie kwietne duszki
I nimfy z łąki przy potoku,
Syreny w morzu – też są moje służki.

(Moabit, 24.12.1941)

Ich stelle mich gerne so vor
Als gute Fee, vorm Märchentor
Mit einem Zauberstab in meiner Hand,
die große Wunder bewirken kann.

So gehe ich freudig durch die Welt
Mit meinem Lachen, das fröhlich klingt
Und all das Böse was im Wege steht
Und jede Sünde vertreiben wird.

Zum Takt meines Zauberstabs tanzen die Kinder
Durch meinen Willen befreie ich Winde.
Die Nachtigal zum Singen ich bezwinge,
Die Blumen zum Grüßen, die Bäume zu Schwingen.

Tagsüber befehle ich der Sonne zu wandern,
Nachts zünde ich Sterne am Himmel an,
Silbrige Nebel lasse ich auf Wiesen landen,
und den Mond leuchten, solange er kann.

Am Morgen sprühe ich perlenden Tau
Betörende Düfte schenke ich den Kräutern
Die Weizenähren bestreue ich mit Gold
Und sende Regen den durstigen Orten.

Der Tag und die Nacht und die Jahreszeiten
die Elfen, Kobolde, jegliche Blumengeister
und all die Nymphen und Wasserjungfrauen
auch die sollen mir ihre Dienste leisten.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Bo ja się uczę… 

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno)
I wiem jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony,
Uchronić się od chłodu.
I wiem co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.

I nauczyłam się popędzać myślami
Czas co bezlitośnie lubi się dłużyć
I wiem jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…

I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

(Wronki, 1941)

Weil ich lerne…

Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball
zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.

Und ich weiß, was es bedeutet,
Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.

Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…

Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst zu haben vor dem, was sein wird!

(übersetzt von Ewa Maria Slaska, 2021)

Lato, lato

Teresa Rudolf

Gołąb z ulicy Chopina

Dziś przyleciał
gołąb poranny,
z ulicy Chopina,
moje dzieciństwo.

Gruchnął znów,
z jakąś skargą,
w zaciśniętym
dziobie jak wtedy.

Zagłuszał inne
ptaki, psy i koty 
biadoleniem tępym,
nieprzetłumaczalnym.

I nagle 
dzwony 
kościelne,
w czystym
powietrzu
poranka,
odebrały
od niego
tę skargę...
Dziwne lato

Lato, 
wyśpiewane ptakami,
od lasów po balkony.

Lato,
przepięknie kolorowe,
rozsłonecznione niebiesko.

Lato,
grzmiące z nienawisci,
miotające piorunami.

Lato,
prażące gorącem ziemię, 
jakby kawę kolumbijską.

Lato, 
goniące ludzi dla ochłody
w wody rzek i basenów.

Lato,  
całe lądy na wiór suszące,
kradnąc wodę, paląc lasy.

Lato, 
cierpiące na 
niestabilność,
jak człowiek,
co kocha
...i zabija. 

Projekt Irena Bobowska – zapowiedź

Anna Krenz & Ewa Maria Slaska

Wrzesień 2022 / 4 wieczory / 4 dyskusje / 4 performance / 4 koncerty / 4 miejsca

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?

W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ponieważ w naszej kulturze historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana w annałach historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, wodzowie, żołnierze, papieże. Stawia się im pomniki, pisze się o nich epopeje. Dlatego w naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ofiarach i cichych wojowniczkach.

W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.

Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w roku 1942 w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, udręczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.

Program i więcej info:

A w ramach projektu ogłaszamy też

call for statements!

Druga z czterech debat odbędzie się 8 września pod “naszym” pomnikiem na F’hain.
Temat: Wojna (jako idea, 2 wojna światowa, wojna w Ukrainie). Forma: manifesty!

Serdecznie zapraszamy te z Was, które interesuje temat wojny do wystąpienia z manifestem, oświadczeniem, przemówieniem 8.9.2022 | 18.00.
Po perfo i manifestach odbędzie się koncert Jemka Jemowita.

Zgłoście się na email: bobowskaberlin@gmail.com


Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und  Kontext. Darüber hinaus wird eine Gedenkzeitung “Pobudka” (Weckruf) mit Bobowskas Gedichten in polnischer und deutscher Sprache erscheinen – jedes Gedicht wird von einer anderen Frau übersetzt. Ende des Jahres wird auch eine Publikation zum Thema erscheinen.

Die Botschaft der Polinnen* ist ein Kunstprojekt von Anna Krenz, es ist eine temporäre mobile Rauminstallation mit Spitzenwänden ohne festen Sitz. Die Botschaft veranstaltet Treffen, Ausstellungen und Diskussionen zu Politik, Umwelt und engagierter Kunst. Die Eröffnung und Einweihung der polnischen Botschaft fand im Juni 2020 im Haus der Statistik in Berlin statt. www.facebook.com/AmbasadaPolek/

“Die Kunst ist das Gewissen der Menschlichkeit.” Anna Krenz

Die Veranstaltungen an diesen Orten werden von der Botschaft der Polinnen* begleitet.

PROGRAMM: 

Heimat

1. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Regenbogenfabrik, Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin (Kreuzberg)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Anna Burek / 
Soziolinguistin, Autorin
Masha Pryven / 
Fotografin instagram.com/masha.pryven/
Dr. Kamila Schöll-Mazurek / Leiterin Welcome-Willkommen-Witamy Interkulturelle Anlauf- und Beratungsstelle für Migranten, Polnischer Sozialrat e.V. / polskarada.de

Konzert: Don Philippe Facebook >>>


Krieg

8. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia

Diskussion mit:

Aleksandra Puciłowska, Autorin

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

Unterdrückung

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/


Erinnerung

22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.  lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej
 / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel 
/ Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Noce i dnie

Teresa Rudolf

Noc tajemnicza

Muchy, komary,
w nocnej sieci
chytrze złapane...

Dźwięki tajemne,
z przodu, z tylu,
zaczepiają uszy...

Dotyk powietrza,
tak odurzający,
świeżością swą...

I te rozkołysane 
kościelne dzwony,
rozwalające nagle

...spiętrzone 
myśli w mej 
głowie...
Już świt

Świergot ptaków
wybudzonych,
ścigających
piewsze
słoneczne
promyki...

Już motory aut
nachalnie tną
zaspaną
jeszcze
nocną 
ciszę...

Niebiesko-złoty
dzień dzisiejszy, 
z granatowej
wynurzony
pościeli...
...ziewa 
szeroko...

9-Euro-Ticket (3)

Christine Ziegler

Ja, auch das ist 9-Euro-Ticket

Liebe Ewa,

die Langstrecke Berlin – Pfalz haben wir natürlich mit einem schön früh gebuchten Fahrschein absolviert. Doch als wir mal in der Pfalz angekommen waren, sind wir tagtäglich von Landau aus mit Bus oder Bahn zu den schönsten Wanderrouten gefahren.

Auf dem Weg nach Kaiserslautern war es dann besonders nett. Da wurden wir nämlich auch mal kontrolliert. Und trotz Maske war zu sehen, dass sich die Schaffnerin freute, dass sie Gäste aus Berlin im Zug hatte. Sie fragte uns aus, was wir so machen und schwärmte davon, auch bald mal nach Berlin zu fahren. Wirklich: bin schon lang nicht mehr so gerne kontrolliert worden!

Es ist eine feine Sache, allüberall im Land für jeden Bus, für jeden Zug ein gültiges Ticket zu haben. Einfach einsteigen, das war noch nicht mal in den Förderbedingungen für die BahnCard 100 enthalten.

Schiefgehen kann es mit der Bahn natürlich auch: Am Sonntagmorgen wurde uns verkündet, dass der Zug nach Bern verspätet eingesetzt wird, er war einfach noch nicht fertig geputzt. Alles steigerte sich ins Absurde, als am Gleis eine Zugdurchfahrt angekündigt wurde. Dieser Zug rollte auch gleich herein in den Bahnhof – und blieb stehen. Ok, also doch unser Zug? Alle schnappten Kind und Kegel und enterten den Zug, um dann verunsichert in der Tür stehen zu bleiben. Den ganzen Bahnsteig entlang, alle zwischen Tür und Angel. Da trabte J. zum Zuganfang, wenigstens der Fahrer musste doch wissen, was es mit dem Zug auf sich hatte. Nach gefühltes zehn Minuten Rätselraten war dann geklärt, dass dies ein Zug nach Frankfurt sei, der müsse aber mit der Abfahrt warten, bis der Zug nach Bern sich auf den Weg gemacht hat. Aber wohin kommt nun der Zug nach Bern? Keiner hatte Ahnung, auch nicht die Schaffnerinnen, die auf ihren Zug warteten. Na dann endlich die Auflösung am Gleis „direkt gegenüber“:
Ach, endlich dann ein Platz ergattert und das ruhige Leben an Bord konnte einsetzen.

Doch dann wurden die Informationen immer wilder. Wann würden wir in Heidelberg sein? Welche Anschlüsse können wir erreichen? Ab Hanau war keine Gewissheit mehr. Frankfurt selber wurde nicht angefahren, irgendwo wird gebaut. Die DB-App behauptete steif und fest die alten Zeiten, die längst nicht mehr erreichbar waren. Plötzlich fuhr nach Frankfurt Süd der Zug noch durch Mannheim, ohne zu halten. Aber wieso? Jetzt war selbst der Schaffner baff. Später hörten wir von Feuerwehreinsatz am Gleis. In der Nähe von Darmstadt war ein Weizenfeld in Flammen aufgegangen.

In Heidelberg war jegliche Gewissheit über hereinkommende Züge zu Zeit und Gleis ausgesetzt. Die Hitze war unerträglich, das Gepäck schwer, die Kinder müde, eine unglaubliche Melange. Und alle treppauf, treppab auf der Suche nach dem verlegten Zug.

Doch waren es dann doch nur zwei Stunden, in anderen Gegenden der Welt kann das noch ganz anders enden.

Ist das der Sommer, in dem wir lieber zuhause bleiben? Die, die noch fliegen, können sich im Moment auch nicht sicher sein, ihren Flug tatsächlich angeboten zu bekommen. Zu wenig Personal für Service und Sicherheit. Die Ferien beginnen und die Staumeldungen vervielfachen sich.

Und trotzdem, der Tapetenwechsel tut der Seele gut.


In der Pfalz leben liebe Freude, manche kenne ich schon seit den 80er Jahren. Im Wald sein war sowieso eine Erholung. Die gelegentlichen Aussichten immer eine Freude. Jedes Mal, wenn ich die erste Hügelkette erklommen hab und ins weite Waldland schaue, werde ich ganz froh und glücklich. Na und Essen und Trinken ist dort auch von bester Qualität. Lange Gespräche in lauen Sommernächten, wir hatten von Allem das Beste. Pünktlich um viertel nach zehn flog die Eule jeden Abend über das Haus.


Neun-Euro-Ticket ist super, wenn es genug Züge und genug Personal gibt. Wenn die Bahn auch in die Lage versetzt wird, unserer Reiselust zu begegnen. Die meisten, die wir trafen, hatten Spaß an ihrer Arbeit und behielten trotz Hitze und genervter Menschen ringsum die Contenance. Ok, nicht alle, einen Stinkstiefel haben wir in Neustadt schon auch getroffen. Aber die Aufgabe war durchaus schwer. Da stand der ersehnte Zug am richtigen Gleis und sollte plötzlich nicht mehr im Einsatz sein? Alle wieder raus, wieso das? Antworten gab es da sowieso nicht, nur schlechte Laune.

Doch sowas gleich doch die Schaffnerin bei Kaiserslautern locker aus, oder?

Liebe Grüße

Christine

Odlot Gandawski

Mal Content

Chcecie posłuchać opowieści lekko szurniętego strasznego dziadunia? Czynicie to, uprzedzam lojalnie, na własną odpowiedzialność.

Czas temu jakiś odwiedziłem perłę Flandrii, czyli Gent. Lub, jeśli wolicie, Gand. Po prostu: Gandawę. Nad starym miastem – bogatym, pięknym i budzącym zazdrość, iż są na świecie takie miejsca, gdzie przeciąg historii nie hula niemal bez przerwy, nie niszczy wszystkiego oraz pozwala żyć zadziwiająco stabilnie i dostatnio – nad tym zbiorowiskiem mieszczańskich (w najlepszym tego słowa znaczeniu, zawierającym w sobie solidność, zasobność i spokój) zabytków góruje katedra św. Bawona. Skądinąd ten Bawon to bratnia dusza, bo też lekko odklejony był od rzeczywistości, ale nie o nim jest ta opowieść.


Przed katedrą statua Huberta i Jana van Eycków. Czym żesz się bracia owi tak zasłużyli Miastu, iż z wdzięczności wystawiło im pomnik? Cierpliwości, za chwilę.

Zdjęcie z sieci


Wnętrze katedry, jak cała Gandawa, zasobne, dostojne i wzniosłe. Co prawda tu i ówdzie łagodne szaleństwo zostawiło swe ślady, ale bez przesady!


Najważniejszy w świątyni jest oczywiście tryptyk autorstwa braci van Eyck, czyli Adoracja Mistycznego Baranka. Fotografii własnego autorstwa tutaj nie pomieszczę, bo nikomu nie sprawi estetycznej przyjemności oglądanie odbicia wizerunku strasznego dziadunia w szybie pancernej, chroniącej arcydzieło. Musiałem skorzystać z reprodukcji znalezionej na internecie. Lecz uprzedzam: nie oddaje ona w pełni tego, co widać na obrazie! Zwłaszcza tego niezwykłego światła, które przenika jego przestrzeń.

Ołtarz Gandawski (zdjęcie z sieci)

Bo właśnie o nie tu chodzi. O światło: nadnaturalne, odrealnione. Słowem – mistyczne. Musicie uwierzyć na słowo lub odwiedzić Gandawę. Światło, które wprowadza w swoisty trans. Program ikonograficzny, czyli wszystkie te postacie, które się kłębią wokół Baranka, mogą zainteresować, ale nie muszą. Światło, bijące nie wiadomo skąd (bo, wbrew pozorom, nie z nimbu otaczającego Gołębicę – Ducha Świętego), to światło zniewala.

Ja już kiedyś, gdzieś widziałem coś takiego! Kiedy? Gdzie? Mam!!! Ależ oczywiście! Lou Reed. Perfect Day. Nie tyle piosenka, ile teledysk. I to ten wyjątkowy, z udziałem „Wszystkich Wielkich”. Pomijam fakt, iż możność wysłuchania takiej piosenki w wykonaniu takiego zestawu głosów (Bono, David Bowie, Duran Duran and others) jest już sama w sobie, by użyć ryzykownego językowo porównania, „ucztą dla ucha”. Chodzi mi, jakże by inaczej, o światło, którym operują twórcy klipu: nadnaturalne, odrealnione… Nie dajcie się nabrać na to, iż jego źródłem jest diaskop.


Skąd więc to światło? Czy raczej – takie światło? Chechez la femme! Tę, która towarzyszy Lou Reedowi. Tę, która pije z nim sangrię w parku i karmi zwierzęta w ZOO. Tę, która sprawia, iż jego dzień jest aż tak perfekcyjny. Niewiasta to zaiste wielka i, nomen omen, bohaterska… Heroina.

Tu i tam mistyczne światło. Tu i tam transowy odlot. Na tyle inspirujące, by się im przyjrzeć z uwagą. Ale nie na tyle atrakcyjne, by się w nich pogrążyć. I bez tego jestem już lekko szurnięty. Bo inaczej jakżebym mógł wysnuć i wystrugać takie odklejone skojarzenia?