Splunięcia niewarte,

bądź wątek od Hochkultur do kartonu

Matylda Wikland

Dlaczego żołnierz nie powinien podczas
alarmu tracić głowy?

Bo nie miałby na co włożyć czapki!

Dziennik Bydgoski, nr 105 z ‘38 roku

Kucam przy przetartej płycie podłogowej świętojanowej*, zmęczenie wygłusza odgrywane na scenie tuż nade mną Weihnachten in Leipzig Bacha. Jest piękne, ale i ekspansywne, i gdy kilka dni później puszczę nagranie w domu, spłoszę nim kota. Trzy dni temu zaciągnęłam się do wolontariatu na festiwalu muzyki klasycznej, aby niwelować mój chroniczny brak funduszy, i zaczyna powoli mnie już boleć od tego wszystkiego głowa. Łapię na chybił-trafił azymut, zaczynam palcem podążać zatartymi miejscami literami. Łacina czy niemiecki? Rozczytuję ze dwa słowa. Niemiecki, ale dziwny, stary, może i jakiś zakiś pomorski. Z zamyślenia wytrąca mnie dłoń na ramieniu. W tej hierarchii jestem nisko. Twoja jest krew i podawanie, a ich jest nafta i przyjmowanie. Żeby było jasne, nie piszę tego ze zgorzknieniem. Raczej fascynacją. W przerwach między utworami zza murów dochodzą pokrzykiwania rozhulanej gawiedzi, ewidentnie podchmielonej ciżby mężczyzn o fenotypie najzgrabniej ujętym w słowie ,,kibol”. Ciżba, za murami, i Kultura w murach. Takie to alegoryczne, że aż prawie się roześmiałam, tam na eks-kościelnej podłodze.

Continue reading “Splunięcia niewarte,”

Raz dwa trzy cztery. Sergiusz Michalski. Cztery.

Sergiusz Michalski

Plany interwencji sowieckiej w Polsce na przełomie listopada i grudnia 1980 roku. Nowe hipotezy

Reżim NRD-owski miał swoje uświęcone rytuały. Co roku pod koniec października Erich Honecker przyjmował w okazałym gmachu Rady Państwa (Staatsrat) w Berlinie Wschodnim świeżo promowanych na pierwszy stopień oficerski młodych poruczników. W otoczeniu kierownictwa politycznego i wierchuszki wojskowej wygłaszał przemówienie na temat konieczności obrony „osiągnięć” NRD, potem zaś odbywało się przyjęcie, które miało za cel zintegrować młodych oficerów i dowartościować ich poprzez namacalny kontakt z kierownictwem państwa. Była to z reguły jakby wewnętrzna impreza armii NRD-owskiej, nie zapraszano na nią sowieckich wojskowych czy też przedstawicieli innych armii Ukladu Warszawskiego.

27 pazdziernika 1980 roku odbyło się kolejne takie spotkanie, z którego zachowało się kilka dokumentacyjnych fotografii. I oto u boku Honeckera i ministra obrony NRD Heinza Hoffmanna stał w demonstracyjny sposób generał armii Jewgienij Filippowicz Iwanowski, od 1972 roku głównodowodzący Grupy Wojsk Radzieckich w NRD z siedzibą w Wünsdorf pod Berlinem (Datei: Bundesarchiv Bild 183-W1027-0020, Berlin Militärabsolventen, 27.10.1980). Przypadł mu więc tego październikowego wieczoru honor zgoła niecodzienny, gdyż mimo swojej wysokiej funkcji również on nie bywał wcześniej na takie spotkania zapraszany.

Powód był jeden: Od końca września 1980 roku Honecker parł zdecydowanie do zbrojnej interwencji w Polsce. Sprzymierzył się w tym celu właśnie z generałem Iwanowskim – sowiecki generał i dowództwo armii NRD-owskiej rozpoczęli taktyczne i logistyczne przygotowywania do ewentualnej inwazji Polski od Zachodu. Z polskiego punktu widzenia zapowiadała się makabryczna powtórka – Iwanowski jako młody żołnierz wziął mianowicie udział w uzgodnionej z Wehrmachtem agresji Armii Czerwonej przeciwko Polsce 17 września 1939 roku. Moskiewskie politbiuro zachowywalo się jednak w październiku i listopadzie 1980 roku w sposób wyczekujący, popierając wprawdzie te przygotowania, ale traktując je jednocześnie jako środek nacisku psychologicznego na kierownictwo polskie.

O ile wojskowi sowieccy w olbrzymiej większości popierali inwazję Polski, o tyle minister obrony Dymitr Ustinow miał, jak się wydaje, spore wątpliwości. Rozmawiajac z Honeckerem we wrześniu 1980 roku zwrócił mu uwagę na fakt, iż wielu czołowych polityków amerykańskich takich jak Zbigniew Brzeziński i Edmund Muskie, a także oczywiście papież, są „polskiego pochodzenia” i że koszta polityczne i wojskowe wkroczenia do Polski mogłyby być bardzo wysokie. Przyczynił się do tego też fakt, iż inwazja Afganistanu – której gorącym zwolennikiem był uprzednio w grudniu 1979 roku sam Ustinow – nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i wciągnęła ZSRR w długotrwałą wojnę.

Wydaje się, że w listopadzie 1980 roku Ustinow zorientował się, iż istnieje ryzyko podjęcia jakiś nieodpowiedzialnych działań przez Iwanowskiego i że doszło ze strony podległego mu generała do zbytniej komitywy z Honeckerem i z dowództwem armii NRD-owskiej. Podjął więc jedyną w swoim rodzaju decyzję: 25 listopada odwołał Iwanowskiego ze stanowiska dowódcy wojsk sowieckich w NRD i przesunął na stanowisko dowódcy białoruskiego okręgu wojskowego z siedzibą w Mińsku, zaś dowódcę okręgu białoruskiego, generala armii Michaiła Zajcewa przesunął z kolei właśnie na stanowisko dowódcy tej grupy wojsk w NRD. Doszło więc do roszady na tych kluczowych stanowiskach dowódczych i to właśnie w okresie, gdy nieustannie zdawała się zacieśniać pętla wojskowa wokół PRL-u, zaś przygotowania inwazyjne sztabów w Wünsdorf i w Mińsku dobiegały końca.

W potencjalnej agresji przeciwko Polsce główna rola musiała przypaść właśnie 15 sowieckim dywizjom zgrupowanym w NRD i na Bialorusi, dowodzonym przez obydwu generalów. Przesuwajac ich w kluczowym momencie na nowe stanowiska Ustinow sabotował w sposób oczywisty plany wkroczenia wojsk do Polski w grudniu 1980 roku. Musiałoby przecież minąć kilka miesięcy nim obaj dowódcy mogli się zapoznać z podległymi im teraz nowymi wojskami i nowym terenem, na którym miało przyjść im działać. Jest rzeczą absolutnie zadziwiajacą, iż znaczenie tej jakże dobitnej w swej prostocie roszady umknęło uwadze historyków opisujących i analizujących dramatyczną sytuację wokół Polski w listopadzie i grudniu 1980 roku.

Decyzja Ustinowa w sposób bezpośredni dezawuowała też polityczne i wojskowe plany Honeckera. Przywódca NRD zareagował w następnych dniach kilkoma, mało przemyślanymi, lecz nieslychanie demonstracyjnymi ruchami. I właśnie działania Honeckera bezpośrednio po tej decyzji – czyli w dniach od 28 listopada do 1 grudnia, wydają się potwierdzać w sposób paradoksalny nasze, ex post, odczytanie wymowy tej roszady. Być może Honecker odebrał usunięcie Iwanowskiego jako element intrygi w ramach samych sowieckich sił zbrojnych i liczył, iż kierownictwo sowieckie w pełnym składzie jednak podejmie niebawem decyzje o interwencji.

W trzy dni po usunięciu generala Iwanowskiego, 28 listopada 1980 roku, odbyło się wiec posiedzenie NRD-owskiego Biura Politycznego w Strausbergu pod Berlinem, gdzie znajdowało się naczelne dowództwo sil zbrojnych NRD. Wprawdzie w planowanej inwazji Polski miała uczestniczyć wschodnioniemiecka 9 Dywizja Pancerna, ale Biuro Polityczne na pewno nie mogło przecież zajmowac się konkretnymi działaniami wojskowymi – wybór Strausbergu jako miejsca obrad Biura stanowił więc niewątpliwie element psychologicznego nacisku na hamletyzujące i podzielone na frakcje kierownictwo sowieckie. 30 listopada Honecker poleciał z nagłą wizyta do Pragi, by uzgodnić wspólne stanowisko z innym zwolennikiem inwazji, szefem komunistów czechosłowackich, Gustawem Husakiem. Tego samego dnia powrócił na swoje stare miejsce na alei Unter den Linden w Berlinie Wschodnim słynny pomnik króla pruskiego Fryderyka II, prominentnego grabarza I Rzeczypospolitej. W sytuacji napięcia na granicach PRL-u wymowa tej pomnikowej restytucji miała szczególnie antypolski charakter. Zaś w dzień później, 1 grudnia 1980 roku, czołowy organ SED „Neues Deutschland”, który uprzednio niesłychanie skapo informowal o sytuacji w Polsce, zamieścił blisko dziesięć artykułów i notatek poświęconych „solidarnościowej kontrrewolucji” w Polsce. I w tym wypadku uprawnione jest stwierdzenie, iż dotychczas nie zestawiono i przeanalizowano w szerszym kontekście tych gorączkowych ruchów Honeckera, wywołanych szokiem po utracie sprzymierzonego z nim generala Iwanowskiego.

Ta groteskowa, jeśli nie wręcz dziecinna, hiperaktywność Honeckera, która po tygodniu skończyła się równie szybko jak się zaczęła – nie mogła jednak wpłynąć w sposób zasadniczy na kierunek polityki moskiewskiej. Przez następnych kilka dni Rosjanie testowali coś na kształt pól-inwazji, a mianowicie pozornie pokojowego wkroczenia do Polski pod pretekstem wspólnych manewrów wojskowych, lecz już 5 grudnia Stanislaw Kania dowiedział się w Moskwie od samego Leonida Breżniewa o zawieszeniu planów inwazji. Tego samego dnia – co znamienne – Erich Honecker uroczyście pożegnał w Berlinie Wschodnim generała Iwanowskiego i powitał generała Zajcewa, przez co wiadomość o tej roszadzie musiała dotrzeć i do polskiego kierownictwa. Wobec Zachodu Rosjanie jeszcze przez kilka dni podtrzymywali atmosferę gotowości do zbrojnych działań, zaś mocarstwa zachodnie albo naprawdę nadal bały się inwazji – choć już 6 grudnia pierwsze sowieckie jednostki zaczęły wycofywać się z pozycji wyjściowych przy granicach Polski – albo z przyczyn propagandowych udawały, iż wierzą w taką możliwość. Dopiero po 10 grudnia napięcie na granicach Polski opadło i stało się jasne, iż Polacy spędzą święta Bożego Narodzenia bez nieproszonych gości ze Wschodu i Zachodu.

A tak naprawdę to w najgłębszym moim przekonaniu kontury tej dobrej dla Polski decyzji zarysowały się już 25 listopada, czyli o dwa tygodnie wcześniej, kiedy to właśnie usunięto z kluczowej pozycji dowódcy wojsk sowieckich w NRD wojowniczego generała Iwanowskiego. Czy była to decyzja samego Ustinowa czy tez stały za nią, co bardzo prawdopodobne, inne osoby z kierownictwa sowieckiego, tego przy dzisiejszym stanie badań nadal nie wiemy. Warto jednak próbować w przyszłości podążyć tym tropem i starać się dokładniej wyjasnić tło tego zbawiennego dla Polski aktu.

Zaś w rok później, w październiku 1981 roku na kolejne spotkanie kierownictwa NRD-owskiego z nowo powoływanymi młodymi oficerami nie zaproszono już generała Zajcewa, następcy generala Iwanowskiego. Tym dramatyczniejsza jest wymowa pozornie mało istotnej fotografii z 27 października 1980 roku. Widzimy tam po prostu trójkę potencjalnych grabarzy naszego kraju.

Małą Mi tam i z powrotem, czyli o seksie i wolności, i o wszystkim innym

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Próbując odpowiedzieć na pytanie czy Dekalog to to samo co dziesięć przykazań, zajrzałem jeszcze raz do Encykliki  Redemptor homilis Jana Pawła II i znalazłem  tam takie słowa:
“Musi przeto zrodzić się pytanie, na jakiej drodze owa dana człowiekowi od początku władza, mocą której miał czynić ziemię sobie poddaną (por. Rdz 1, 28), obraca się przeciwko człowiekowi, wywołując zrozumiały stan niepokoju, świadomego czy też podświadomego lęku, poczucie zagrożenia, które na różne sposoby udziela się współczesnej rodzinie ludzkiej i w różnych postaciach się ujawnia.”
Jak to na jakiej drodze? Na drodze postępu cywilizacyjnego. Tu nie ma wątpliwości. Ale dlaczego? I czy jest inna droga? O dwóch drogach mówią dwa poematy o tym samym tytule ” Peri physeos “. Autorami byli – Heraklit i Parmenides. Dla pierwszego istnieje tylko to, co widzimy i co trwa w wiecznym ruchu, słynne Pantha rei. Dla drugiego istnieje tylko to, czego nie widzimy, bo jest nieruchome i dostępne  jedynie umysłem. A to, co widzimy, cała ta zmieniająca się rzeczywistość, to tylko iluzja. Fizyka poszła drogą Heraklita,  bo jest oczywista,  a  za fizyką cały świat.  Droga Parmenidesa nigdy nie wyszła poza obręb filozoficznych spekulacji. A szkoda, bo jakby się dobrze przyjrzeć, to można by zobaczyć, że są dwa sposoby czynienia ziemi sobie poddaną – dobry i zły. I o tym mówią dwie strony Dekalogu. Wybraliśmy tę czarną, niereformowalną,  opartą na fizyce zdarzeń powtarzalnych, a przez to podatnych na nadużycia, jak np. demokratyczne wybory. Zlekceważyliśmy drugą drogę, opartą na fizyce zdarzeń jednorazowych, nazywanych niesłusznie zbiegami okoliczności. Drogę, o której taktaty piszą filozofowie ze szkoły Parmenidesa,  o której John Lennon śpiewa w  Imagine, o której mówi kazanie wg Św. Mateusza, zwane Kazaniem na Górze.

Refleksja świąteczna

Według Biblii Cygańskiej wydarzenia w Betlejem potoczyły się tak. Jak już  Józef  ogarnął sytuację, znajdując lichy, ciemny szałas dla baranów, Maria zaczęła rodzić i wtedy rozległy się dzwonki i okrzyki pasterzy. Jeszcze tego trzeba – westchnął Józef. Pasterze okazali się bardzo gościnni i pomocni. Przynieśli z sobą kaganki i zrobiło się jaśniej, nowo narodzonego obmyli w kozim mleku jak to jest w zwyczaju  pasterzy a następnie ułożyli Go na miękiej koziej skórze i przykryli baranicą.  Jak Jezus zaczął płakać,  to któryś z pasterzy wyjął fujarkę i zaczął mu przygrywających. W ogóle  zrobiło się  przyjaźnie i błogo.  I wtedy weszło trzech mędrców że wschodu. Powiedzieli, że przywiodła ich tu  wyjątkowo jasna gwiazda i że wędrują  szukając nowonarodzonego, który będzie Wielkim Nauczycielem. Wszystko wskazuje na to, że to jest to dziecko. Muszą tylko coś sprawdzić i wyjęli różne przedmioty, z których Jesus oczami wybrał mirę, kadzidło i złoto. To dziecko musi iść z nami, oczywiście rodzice też mogą iść. Ponieważ Józef nie mógł się zdecydować, postraszyli go Herodem. I tak Jezus trafił do najlepszych szkół, gdzie zdobył wykształcenie. Już jako dorosły mężczyzna wrócił w rodzinne strony, by nauczać, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nieważne czy tak było czy nie, ważne by ta opowieść się podobała.

Na koniec składając świąteczne życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, zapraszam do mojej bajki. Bajki, która zaczyna się tam, gdzie kończą się inne bajki, czyli hapy endem. Bajki w, której koniec nie  jest początkiem  nowego, tylko powrotem do czegoś, co zgubiliśmy po drodze.

Zapiski z Lichtfelde, gdzie Licht powinno być rozumiane jako śnieg, a Felde jako popękany asfalt.

Matylda Wikland

So sind es also zwei Kräfte gewesen, die aus unserer Stadt das gemacht haben, was sie jetzt ist: die Fürsorge des Staates und der Fleiß und Einsicht der Bürger schaft, eine glückliche Vereinigung, die auch für die Zukunft die besten Hoffnungen erweckt.

Dr Erich Schmidt Historische Einleitung, Industrie und Gewerbe in Bromberg (1907)

Continue reading “Zapiski z Lichtfelde, gdzie Licht powinno być rozumiane jako śnieg, a Felde jako popękany asfalt.”

Na Ponidziu. Zapomniana historia pewnej stadniny.

Tadeusz Rogala

Gdzie Jan Chryzostom Pasek nie mógł podołać… Historia stadniny koni wyścigowych w Miławczycach

Gazeta Rolnicza z 1906 roku, na stronie 126 w dziale „Wiadomości bieżące”, pod tytułem „Wspomnienie pośmiertne”, podaje następującą wiadomość:
„W dniu 8 b.m. rozstał się z tym światem ś.p. Józef Trzebiński, właściciel dóbr Miławczyce, ogólnie lubiany i szanowany wzorowy rolnik i zasłużony hodowca koni wysokiej półkrwi. Tłumy włościan okolicznych zebrane na pogrzebie, świadczyły o serdecznym stosunku, jaki łączył zmarłego, byłego sędziego gminnego, z otaczającymi wsiami.”

Continue reading “Na Ponidziu. Zapomniana historia pewnej stadniny.”

Moja Luiza

Ewa Maria Slaska

“Moja Luiza” stoi w Parku Charlottenburg. Jest to niewielkie popiersie (wys. 53 cm), wykonane z patynowanego na brązowo brązu (i nie jest to masło maślane, bo jedno to kolor, a drugie materiał), ustawione na niedużym cokole kamiennym. Pomniczek stoi nieco na uboczu, na północnym cyplu wysepki (to wyspa Luizy, no ale jak miałaby się nazywać?) Popiersie przedstawia zmarłą w roku 1810 królową Luizę Pruską. Królowa ma na głowie diadem z liści palmowych i welon. Popiersie w marmurze wykonał w roku 1804 młody rzeźbiarz Christian Daniel Rauch (1777 – 1857). Królowa kilkakrotnie mu pozowała. Podobno królowa i artysta bardzo się polubili i z ożywieniem gawędzili podczas tych spotkań. Bywały nawet plotki, że Rauch podkochiwał się w monarchini.

Continue reading “Moja Luiza”

Ségolène (fragment powieści)

Narratorem jest Holger, Niemiec z NRD, przyjęło się mówić byłej, ale to bez sensu, NRD sama z siebie jest była, już jej nie ma.

Krzysztof Maria Załuski

(…) próbowałem opowiadać jej o mojej pracy, o dziesiątej rocznicy upadku Muru Berlińskiego, o tym jak od miesięcy tym tematem maltretuje nas wydawca. I jak redagowanie tych wszystkich pamiętników, albumów i całej reszty okolicznościowych broszur doprowadza mnie do mdłości… No bo ile można pisać o zasiekach, polach minowych, reflektorach, wieżyczkach strażniczych, sowieckich czołgach, tajnych współpracownikach Stasi, żołnierzach Narodowej Armii Ludowej i partyjnych aparatczykach?

A potem powiedziałem Ségolène, że mieszkałem kilkadziesiąt metrów od granicy, na Strelitzer Straße1. I że z czwartego piętra ten mur wyglądał jak brudny cień. Czasem nawet o nim zapominaliśmy. Bo on po prostu był. Taki codzienny, oczywisty, zwykły, jak ściana pomiędzy kuchnią a łazienką… Ale dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku przestaliśmy się go bać. Berlin śnił już tylko o wolności.

Pamiętam tamto morze szarych ludzików, którzy napierali na betonową zaporę z siłą tsunami. Kruszyli ją kawałek po kawałku, przęsło po przęśle. Uderzenia młotków i szczęk dłut przerywały okrzyki radości. Oklaski i wystrzały korków szampana zagłuszały komunikaty z megafonów. Wszyscy widzieli, ale nikt chyba jeszcze nie wierzył. Zbyt wiele razy nas oszukiwano. Więc może i tym razem ta wolność miała być jedynie iluzją, jakąś komunistyczną prowokacją? Tak wtedy myśleliśmy… Niepewność podsycali jeszcze zdezorientowani strażnicy, którzy nagle znaleźli się po niewłaściwej stronie historii – zdumieni, niepewni, jak roboty pozbawione instrukcji… A jednak nie otworzyli ognia. Pochowali się, jakby samo przyjęcie do wiadomości faktu, że to koniec tamtego świata, przerastało ich intelektualne możliwości. Patrzyli z niedowierzaniem na tłumy, które już za moment miały złamać tabu i przejść granicę mitycznego Zachodu, ten widnokrąg rzeczywistości, która istniała do tej pory jedynie w naszej wyobraźni.

Mówiłem jej o tym, że Berlin jeszcze długo pachniał tamtym wilgotnym listopadem, rozłupanym betonem i nadzieją – niestety gasnącą z każdą rocznicą Zjednoczenia Niemiec. Kawałki muru najpierw stały się relikwiami, swoistymi trofeami – namacalnym dowodem udziału w obaleniu reżimu Honeckera, później pojawiły się na straganach pod Bramą Brandenburską. Przy stołach do tapetowania zasiedli okutani w syberyjskie papachy handlarze historią, którzy za kilka dolarów sprzedawali jej okruchy: sowieckie mundury, płaszcze, hełmy, pasy, bagnety, czerwone sztandary i ordery z Leninem, Stalinem i Mao… Tak oto historia stawała się własnym, żałosnym wspomnieniem i budzącą jedynie śmiech martyrologią. Z wolności i jedności pozostała tylko czapka z czerwoną gwiazdką, coraz mniejszą, coraz bardziej wyblakłą. Dawni funkcjonariusze systemu pozrzucali mundury, niektórzy wyjechali na Zachód i zostali kierowcami taksówek, ochroniarzami w supermarketach, pracownikami magazynów, inni, bardziej elastyczni, dostosowali się do nowej rzeczywistości. Ci sami ludzie, którzy bez zbędnej refleksji strzelali do uciekinierów, stali się szanowanymi policjantami.

Wspomniałem jej także, że największe rozczarowanie przyszło jednak później. Gdy okazało się, że wielu działaczy opozycji, ludzi, których podziwialiśmy za ich niezłomność i odwagę, przez lata współpracowało ze Stasi2. Byli rozgrywani jak pionki, pisali raporty, donosili na przyjaciół, sąsiadów, kolegów z pracy a nawet na własne rodziny. Mimo to spora część zrobiła kariery w zjednoczonej Republice Federalnej. Niektórzy w polityce, inni w służbach, a jeszcze inni w mediach… I nikt już ich nigdy nie pytał, na kogo pisali donosy… Kiedy parę tygodni po otwarciu granicy wyjeżdżałem z Berlina, nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedykolwiek będę musiał pisać o wątpliwym bohaterstwie moich rodaków. Czytając archiwalia, coraz częściej zastanawiałem się, w jakim stopniu historia jest mistyfikacją. Bo przecież na moich oczach rodziły się mity. Dawni oprawcy stawali się rzecznikami demokracji, a martwe ofiary systemu milczały, jak zawsze… Ale dla mojego wydawcy to było nieistotne. Dla niego liczyło się tylko to, żeby sprzedać licencję na ten chłam, żeby było o nas głośno w telewizji, w radio i w gazetach. Jego interesowały wyłącznie wyniki finansowe.

Nie wiem jak długo wtedy opowiadałem Ségolène o Berlinie Wschodnim i o moim, wymyślonym przez Stalina i Ulbrichta kraju, o tej nieszczęsnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, która trzeciego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku tak cudownie zjednoczyła się z Republiką Federalną Niemiec. Mówiąc jej to wszystko chyba nie zdawałem sobie sprawy, że dla kogoś takiego jak ona, moje wspomnienia są kompletnie niezrozumiałe… No, bo co takich Szwajcarów, Brytyjczyków, Francuzów czy Amerykanów może obchodzić nasza historia – kapitulacja po wojnie, podział Niemiec, okupacja i deportacje w głąb Rosji… gwałty, rabunki i zbrodnie komunistów, powstanie w czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku i jego brutalne stłumienie przez Sowietów, kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja przemysłu, albo masowe donosicielstwo i ucieczki przez pola minowe? A już najmniej to, że na koniec, nasi bogaci krewni z Zachodu, tak nas oszukali

______________________________

1 Strelitzer Straße – ulica w berlińskiej dzielnicy Mitte, w rejonie dawnej granicy między Berlinem Wschodnim a Zachodnim. Po wzniesieniu Muru Berlińskiego w 1961 r. znalazła się po stronie wschodniej, tuż przy pasie granicznym. W jej pobliżu dochodziło do dramatycznych prób ucieczki do Berlina Zachodniego; w 1962 r. na skrzyżowaniu Strelitzer Straße i Bernauer Straße zginął Peter Fechter, jedna z najbardziej znanych ofiar muru.

2 Stasi – potoczna nazwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD (Ministerium für Staatssicherheit), funkcjonującego w latach 1950–1990. Uchodziła za jedną z najskuteczniejszych i najbardziej represyjnych służb wywiadowczych w bloku wschodnim; zajmowała się inwigilacją obywateli, dezinformacją i tłumieniem opozycji.

Uwaga od Adminki: Czytałam tę wspaniałą powieść, wcale nie o NRD (to tylko nie nie znaczący fragment), tylko o życiu i historii, a zwłaszcza o miłości i kobiecie, jest rękopisem, czyli maszynopisem, a właściwie nawet komputeropisem i szukam dla niej wydawcy.

Szczecinianin – historia pewnego pomnika(ów)

Ela Kargol

Podróże kształcą


Gdy dowiedziałam się o burzliwych losach pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, o jego powojennej historii i o tym, że w pewien sposób pochodzi ze Szczecina, miasta szczególnie mi bliskiego, a ja musiałam pojechać aż do Kopenhagi, żeby poznać jego koleje losu, było mi z początku trudno uwierzyć w tę niezwykłą historię. A potem ogarnęła mnie radość, że
niektóre rzeczy dzieją się właśnie po to, by choć na chwilę wprawić nas w osłupienie.

Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są niezwykle złożone i pełne zawirowań historycznych. Pomnik długo nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Nie od zawsze stał tam, gdzie stoi obecnie, czyli przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.
Mówią o nim wędrujący pomnik.
Krótko po śmierci księcia w bitwie pod Lipskiem w 1814 roku, naród rozpoczął zbiórkę funduszy na monument godnie go upamiętniający. Car Aleksander I wyraził zgodę na postawienie pomnika w Warszawie, a projekt powierzono
duńskiemu rzeźbiarzowi Bertelowi Thorvaldsenowi. Ceniony artysta nie spełnił oczekiwań części społeczeństwa. Krytycy twierdzili, że rzeźba nie oddaje podobieństwa księcia. Zamiast w polskim stroju narodowy, przedstawiono go w antycznych szatach. Wyglądał niczym Marek Aureliusz na konnym pomniku w Rzymie, bo ten właśnie pomnik posłużył
Thorvaldsenowi za wzór.

Pomnik księcia, a właściwie model pomnika, zamówiony już w 1818 roku, czekał na realizację i transport z Rzymu przez ponad dziesięć lat. Najpierw miał trafić drogą morską do Gdyni, a stamtąd Wisłą do Warszawy. Thorvaldsen, będący już wówczas uznanym artystą, musiał najpierw zrealizować inne zamówienia.


Prace nad odlewem pomnika w Warszawie zostały przerwane przez wybuch Powstania Listopadowego. Wkrótce potem car cofnął zgodę na ustawienie pomnika przed Pałacem Namiestnikowskim, co zapoczątkowało długą i nieprzewidywalną wędrówkę monumentu.


I tu zaczyna się moja historia związana z wyjazdem do Kopenhagi. To był rodzinny wyjazd, a czasu mieliśmy niewiele, bo ślub młodszej córki, uroczystości, zobowiązania rodzinne i weselne przyjęcie. Dzieciom pokazaliśmy syrenkę i inne baśnie Andersena, których tropem wędrowaliśmy po mieście. Prawie cały dzień spędziliśmy w Ogrodach Tivoli, w miejscu, które pamięta czasy obu artystów.


Andersen, młodszy od Thorwaldsena o ponad 30 lat, podziwiał mistrza z Kopenhagi. Jeśli nie spotykali się w samych Ogrodach Tivoli, co jest mało prawdopodobne, to z pewnością w innych miejscach. Dla Kopenhagi obaj mają ogromne znaczenie: Andersen – powszechnie znany mistrz baśni i Thorvaldsen, ceniony artysta, choć mniej obecny w zbiorowej pamięci.


Miejscem, które ja chciałam koniecznie odwiedzić, była Katedra Marii Panny w Kopenhadze z najważniejszą rzeźbą Thorwaldsena – Błogosławiącym Chrystusem.
O rzeźbie tej mówi się, że jest najdoskonalniejszą rzeźbą Chrystusa na świecie Posąg, wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z włoskiej Carrary, mierzy trzy i pół metra wysokości. Znajduje się w głównym ołtarzu Katedry Marii Panny w Kopenhadze (Frue Kirke). Przedstawia błogosławiącego Chrystusa, pod nim widnieje napis po duńsku: „Kommer til mig”, czyli „Chodź do mnie” lub „Przyjdźcie do mnie!“


Rzeźba stała się w XIX wieku popularna w całej Europie i była wielokrotnie kopiowana, w kościołach, kaplicach, na cmentarzach. W każdym z tych miejsc natknąć się można na kopie, od kunsztownie wykonanych po te dalekie od oryginału.


Po kilku miesiącach od pobytu w Kopenhadze odwiedziłam Kraków i katedrę na Wawelu. Wiedziałam już, że w krypcie św. Leonarda spoczywa sarkofag księcia, a w Kaplicy Potockich znajdę rzeźbę Chrytstusa Thorwaldsena. Nie miałam pojęcia, że nie wolno robić zdjęć. To było miejsce kultu, przestrzeń sacrum. Upomniana kilkakrotnie, zdjęcie jednak zrobiłam. Kolejnego Chrystusa sfotografowałam już w Poczdamie pod Berlinem w atrium Kościoła Pokoju (niem. Friedenskirche).


Kopie Chrystusa Thorwaldsena spotykałam wielokrotnie na berlińskich cmentarzach. Jedną z replik odnalazłam również w Szczecinie, przy grobowcu rodziny Dewitzów. Jak się okazało, to kopia… kopii. Oryginalna replika, wierna duńskiemu pierwowzorowi, znajduje się w kruchcie modernistycznego kościoła św. Rodziny, też w Szczecinie. To właśnie tam zaprowadzili mnie Małgorzata Narożna i Michał Rembas – pasjonaci i znawcy historii miasta.


Ale wracając do Kopenhagi i katedry Marii Panny, oprócz figury Chrystusa w absydzie i rzeźby anioła chrzcielnego, wzdłuż ścian nawy głównej ustawione są posągi dwunastu apostołów, dłuta mistrza Thorwaldsena.
Jego muzeum wraz z miejscem pochówku znajdują się w pobliżu. Budynek widzialam tylko z wody, kwadryga na szczycie przypomina bardzo Bramę Brandenburską.


Zbierając informacje o artyście i przeszukując internet, natknęłam się na coś, co wprawdzie jest ogólnie dostępne, ale moim zdaniem zasługuje na przypomnienie. Nie moglam uwierzyć, że tak awanturnicze losy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego zahaczają również o Szczecin.
Szczecinianin – tak go nazwałam. Może nie z krwi i kości, ale z metalu i zadośćuczynienia, bo przecież trafił tu w ramach reparacji wojennych. Ja sama musiałam wybrać się aż do Kopenhagi, żeby poznać historię tego pomnika.
O wędrującym pomniku Księcia można doczytać wszędzie, nie będę więc streszczać jego dziejów.
Moja dobra przyjaciółka, Dorota Pundyk – szczecinianka, badaczka historii starego Szczecina, patronka Radia Nowy Świat – akurat przebywała w stolicy. Poprosiłam ją więc o zrobienie fotografii pomnika. Miałam co prawda kilka starych fotografii, ale prezentowały się niewyraźne.


Dorota Pundyk przesłała mi na drugi dzień zdjęcia pomnika z Warszawy, sprzed Pałacu Prezydenckiego, a chwilę później, kiedy już poznała powojenne dzieje monumentu, dosłała kilka fotografii jego wcześniejszego wcielenia. Były to stare szczecińskie kartki pocztowe przedstawiające pomnik konny Wilhelma I. Pomnik Wilhelma I sfinanansowano podobnie jak Pomnik Księcia ze składek, mieszczaństwa. Postawiono go 60 lat pózniej niż pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego u zbiegu Placu Parad (Paradeplatz; obecnie Aleja Niepodległości) i Placu Królewskiego (Königsplatz; obecnie Plac Żołnierza Polskiego) w Stettinie.


Wykonany z brązu pomnik odsłonięto 1 listopada 1894 roku, a strącono z cokołu krótko po zakończeniu wojny i przesunięciu granic. 5 lipca 1945 roku Szczecin oficjalnie przekazano władzom polskim. Pięć lat później, w roku 1950 w tym samym miejscu odsłonięto pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W roku 2017 i ten pomnik zniknąl z mapy miasta.

Księcia Józefa Poniatowskiego Niemcy wysadzili w powietrze po Powstaniu Warszawskim, w grudniu 1944 roku. Znalezione po wojnie fragmenty pomnika eksponowane są w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
W latach 1948–1951, na podstawie modelu przechowywanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze, wykonano nowy odlew rzeźby, który Królestwo Danii przekazało Warszawie jako dar. Do jego stworzenia wykorzystano przetopione fragmenty dawnego pomnika Wilhelma I ze Szczecina. 23 lutego 1952 roku rzeźba została ustawiona przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach Królewskich. W 1965 roku przeniesiono ją na dziedziniec pałacu Rady Ministrów (obecnie Prezydenckiego), gdzie znajduje się do dzisiaj.

I tak władca imperium ustąpił z tronu, przyjmując jedynie tytuł książęcy.
Chrystus natomiast przetrwał dziejowe burze, nadal obecny w świadomości i przestrzeni, a przede wszystkim w sztuce.

Historia Ukrainy w pigułce Broma (53). Zakończenie, czyli o poezji.

Roman Brodowski (Brom)

O zbrodniczych planach organizacji ukraińskich nacjonalistów podczas II wojny światowej, o ich współpracy przeciwko Polakom, Rosjanom oraz innym narodom nieukraińskim, pisałem nie tak dawno, nie będę się więc powtarzał. Powojenny status Ukraińców ustaliły w Teheranie i Jałcie państwa zwycięskie. Po raz kolejny nacjonalizm ukraiński stal po „złej stronie mocy”.

Niestety nie wszyscy mieszkańcy południowo-wschodnich terenów Polski powojennej, utożsamiający się z narodem ukraińskim, znaleźli się na terytorium Związku Radzieckiego. Część z nich w ramach przymusowych przesiedleń musiała przenieść się na północ, na Ziemie Zachodnie, lub w ogóle wyemigrować z Polski. Akcja ”Wisła” do dzisiaj uznawana za zbrodnię przeciwko społecznościom mniejszościowym, miała potrójne dno: etyczne, etniczne i polityczne.

Okres powojenny stał się jednak czasem stabilnego pokoju i w pewnym sensie wymuszonej zgody pomiędzy narodem polskim i narodem ukraińskim.

Chociaż Centralna Rada Ukraińska proklamowała 25 stycznia 1918 roku niepodległość i utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, to jednak geopolityczne państwo ukraińskie oficjalnie pojawiło się na mapach świata z chwilą rozpadu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, czyli dopiero w 1991 roku.

Proklamacja wspólnoty nowopowstałych niepodległych państw, Rosji, Białorusi i Ukrainy nastąpiła 8 grudnia tegoż roku na spotkaniu przedstawicieli najwyższych trzech byłych republik Związku Radzieckiego. Miejscem spotkania były Wiskuły w Puszczy Białowieskiej. Porozumienie podpisali ze strony Rosji Borys Jelcyn, Ukrainy – Leonid Krawczuk, Białorusi – Stanisław Szuszkiewicz. To stało się początkiem istnienia uznanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych państw Ukrainy i Białorusi.

***

Każde państwo i każdy naród ma prawo do tworzenia własnej narodowej historii. Taką własną narodową historię posiadają i Polska, i Rosja, i Litwa, a więc państwa które niejako były uczestnikami procesu narodowotwórczego oraz państwowości Ukrainy. Również Ukraina posiada swoją historię. Jednakże ukraińscy historycy starają się tę historię, napisać tak, aby udowodnić zarówno sobie jak nauce światowej ciągłość tożsamościową narodu ukraińskiego niemalże od czasów prahistorycznych. Ja, przykro mi, tej ciągłości nie odnalazłem.

To prawda, że każdy z nas, zarówno my jak i inni, często staramy się przedstawiać naszą historię w taki sposób, by można było być z niej dumnym. Fakty historyczne można w różny sposób interpretować, jednakże fakt zawsze pozostaje faktem.

Wydaje mi się, że Ukraina i Białoruś w nowej narodowej i państwowej rzeczywistości powinny zwrócić szczególną uwagę na fundament, jakim są fakty oraz artefakty.

Niestety historycy często, przekazując dziedzictwo historii ich kraju, starają się przekazać „prawdę czasu”, interpretując ją w sytuacjach wrażliwych, spornych lub niewygodnych tak, by stała się dla atrakcyjna politycznie i społecznie, chociaż niekoniecznie zgodna z faktami.

Powstawanie państw jest procesem chronologicznym, jest ciągiem wydarzeń.

Najpierw początek, który w średniowiecznej Europie wschodniej i centralnej na ogół stanowiły plemiona, w naszym przypadku słowiańskie. Następnie charyzmatyczna postać, która swoim oddziaływaniem potrafiła zjednoczyć wokół siebie zwolenników, tworzących zazwyczaj organizację o charakterze wojskowym, jednoczącą coraz to więcej innych grup plemiennych.

Tak, podobnie do siebie, wyglądały średniowieczne dzieje Polski, Rusi, także tej Kijowskiej, czy Litwy (Wielkie Księstwo Litewskie) – ich państwowość zapoczątkowana została w IX, X czy XIII wieku.

Polska, czyli opowieść Galla Anonima:

Najpierw około IX wieku na ziemiach Polski tworzą się słowiańskie wspólnoty plemienne. W najsilniejszym z plemion, u Polan, pojawia się Ziemowit, a potem jego wnuk Mieszko I, którzy jednoczą wokół siebie inne plemiona. Od mniej więcej 960 roku Mieszko jest już niekwestionowanym władcą utworzonego przez siebie państwa Polan. Rok 966 to oczywiście chrzest i przyjęcie religii zachodniochrześcijańskiej.

Ruś Kijowska (opowieść Nestora):

Najpierw, w VI wieku przywędrowały tu plemiona słowiańskie. Następnie, w 862 roku, na zaproszenie przybywa do Nowogrodu jako rozjemca skłóconych ze sobą Słowian i Finów wielki Ruryk wraz z braćmi Senesem i Truwerem i to on rozpoczyna dzieło scalania plemion wschodniosłowiańskich.

W 882 roku Oleg, regent nieletniego syna Ruryka, Igora, przyłączył Kijów do ziem nowogrodzkich, by następnie uczynić z niego nową stolicę Rusi. Sto lat później, najprawdopodobniej w 988 roku prawnuk Ruryka, Włodzimierz przyjął chrzest w obrządku bizantyjskim. Dodam tu może, że już wtedy Ruś Kijowska sięgała terenów Przemyśla. Włodzimierz zajmuje Grody Czerwieńskie, należące wówczas do „Lachów”.

Rosja jest kontynuacją dzieła dynastii Ruryka.

Litwa, czyli Wielkie Księstwo Litewskie.

Najpierw były wspólnoty plemienne Bałtów, Jadźwingów i Żmudzinów. Później pojawia się Mendog – charyzmatyczna postać, która dokonuje ich zjednoczenia, a około 1236 roku utworzy państwo. Mendog jest przodkiem Giedymina i to od niego wywodzi się poboczna linia Jagiellonów. W roku 1253 Mendog został koronowanym królem zjednoczonej Litwy.

Ekspansja kolejnych władców Litwy na opanowane przez „złotą Ordę” tereny byłej Rusi kijowskiej powiększyła tereny Litwy. W 1385 roku Jagiełło ochrzcił siebie i Litwę, przyłączając ją do kościoła rzymskokatolickiego.
W żadnym z wyżej wymienionych przykładów, opartych zarówno na legendach jak i faktach, nie odnalazłem śladów istnienia etnicznej wspólnoty Ukraińców.

Dzisiejsze państwo Ukraina, zgodnie z moją hobbystyczną wiedzą, jest nieodłączną częścią historii Rusi Kijowskiej, Rosji, Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Przeszłości nie można zakłamywać.

Naród, który na przestrzeni wieków poszukiwał swojej narodowej tożsamości, a którą odnalazł w dumach kozackich i w poezji twórców romantyzmu ukraińskiego XIX wieku, Tarasa Szewczenki, Iwana Franko i innych, ma prawo do samostanowienia o sobie, choć nie zostało ono oparte na wspólnocie plemiennej. Ale przecież nie tylko plemiona mają prawo do niepodległości.

I taka jest prawda. Ukraina to nie jest dzieło plemienne, to dzieło poetów.
Piękna prawda!

Prawdy nie da się ukryć, ona zawsze będzie się odradzać.

Poeta pamięta.

PS od Adminki: Dlatego o dziejach Ukrainy przez ponad rok opowiadał na tym blogu nie historyk, lecz poeta.

HIstoria Ukrainy w pigułce Broma (52). Konkluzja 2 i wcale nie ostatnia.

A zatem, kochani Czytelnicy, jeśli myśleliście, że dzisiaj, po 52 odcinkach, zakończy się roczny cykl wykładów na temat Ukrainy, to otóż nie. Przed nami jeszcze co najmniej jeden odcinek. A kto wie, może więcej?

Roman Brodowski (Brom)

Wspólnota kozacka nie od zawsze jednak widziała w nas wroga.

Ale po kolei.

W początkowym okresie rozwój wspólnoty kozackiej oparty był, podobnie jak u Wikingów, na działalności rabunkowej. Ich głównym zajęciem były zbrojne wypady na bogatsze tereny sąsiadów. Dla tych „bandyckich” wypraw upodobali sobie Kozacy przede wszystkim przygraniczne tereny należące do Tatarów krymskich. Nie gardzili także bogactwem Bułgarów nadwołżańskich, a nawet przygranicznych terenów Bizancjum.

Continue reading “HIstoria Ukrainy w pigułce Broma (52). Konkluzja 2 i wcale nie ostatnia.”