Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.

Reblog: Ein Mann auf einem Friedhof in Reinickendorf

Es kam Vorgestern per Mail:

Liebe Mitglieder, Freunde und Freundinnen der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Berlin, sehr geehrte Damen und Herren!

Eine Geschichte, die kaum zu glauben ist: ein Pole und ein Deutscher haben nach monatelanger Suche die verschollene Urne des Bischof Bursches auf einem Reinickendorfer Friedhof wieder gefunden.

Nach 76 Jahren ist das Schicksal des polnischen evangelischen Bischofs Juliusz Bursche endlich aufgeklärt

76 Jahre nach seinem Tod wird der polnische Protestant geehrt, der durch die Nazis ums Leben kam

© Karola Kallweit

Am 20. Februar 2018, 76 Jahre nach dem Tod des Bischofs Juliusz Bursche in Gestapo-Haft fand in Berlin-Reinickendorf eine Trauerfeier für ihn statt.

Landeseigene-Friedhof Reinickendorf

Man hat an diesem sonnigen Tag das Gefühl, als würde eine Saat der Versöhnung zwischen Polen und Deutschen aufgehen. Eine Saat die vor langer Zeit gesät wurde. Von Bischof Juliusz Bursche, einem polnischen Protestanten mit deutschen Wurzeln, der 1942 durch den Nazi-Terror starb. Bedeutend ist er bis heute unter den Protestanten Polens, in Deutschland hingegen nahezu unbekannt.

Zur Gedenkfeier auf dem städtischen Friedhof in Berlin-Reinickendorf ist eine große Delegation aus Polen angereist: die Nachfahren Juliusz Bursches, darunter sein Urenkel Juliusz Gardawski, sowie der leitende Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen, Jerzy Samiec. Er und sein Berliner Kollege Markus Dröge, Landesbischof der Evangelischen Kirche Berlin-Brandenburg-schlesische Oberlausitz, halten die Predigten und sprechen die Worte der Andacht.

Der Ort seines Grabes war unbekannt

Der 20. Februar 1942 ist der Todestag von Bischof Juliusz Bursche. Zwei Hobby-Historikern aus Polen und Deutschland ist es zu verdanken, dass nun seine Nachkommen, 76 Jahre nach seinem Tod, an einem Gedenken, einer Trauerfeier für ihren Vorfahren teilnehmen können. Für Jahrzehnte lagen die Umstände von Juliusz Bursches Tod im Dunkeln und der Ort seines Grabes war unbekannt. Seine sterblichen Überreste galten bis vor Kurzem als verschollen. Ein Überbleibsel des Nazi-Terrors.

Die Nationalsozialisten mordeten akribisch und versuchten ebenso akribisch, die Geschichten der Opfer unsichtbar zu machen. Der Urenkel des Bischofs, Juliusz Gardawski, erzählt, dass die Tochter des Bischofs kurz nach Erhalt der Todesurkunde ins Gestapo-Hauptquartier nach Warschau ging, um die Überführung der sterblichen Überreste ihres Vaters zu regeln. Nachdem ihr dieser Wunsch verwehrt wurde, wandte sie sich an den zuständigen Gestapo-Offizier: „Habt ihr sogar vor seiner Asche Angst?“, habe sie gefragt. Die Antwort des Gestapo-Mannes: „Bedenken Sie, mit wem Sie sprechen.“

©EKD/Janina Finkemeyer

Mit einem Aufruf zur Versöhnung und gegen Nationalismus ist in Berlin an den in deutscher NS-Haft gestorbenen polnisch-evangelischen Bischof Juliusz Bursche (1862-1942) erinnert worden. Anlass waren Bursches 76. Todestag und die Wiederentdeckung seiner Grabstelle im vergangenen Jahr.

Die Hobby-Forscher Klaus Leutner und Pawel Wozniak haben auf ihrer Spurensuche die Urne von Juliusz Bursche ausfindig gemacht und mühsam die Ereignisse rekonstruiert. Sie lasen sich durch Krankenhausakten, suchten das nächst gelegene Krematorium und baten die Friedhofsverwaltung um Hilfe. Nach und nach konnten sie so das Puzzle zusammensetzen. Gestorben ist Bischof Juliusz Bursche an einer Lungenentzündung im Polizeikrankenhaus in Berlin-Mitte nach zweijähriger Internierung im KZ Sachsenhausen. Er wurde eingeäschert und auf dem Gemeindefriedhof in Berlin-Reinickendorf beerdigt. Es war ein besonderer Moment, als Bischof Markus Dröge am 29. Oktober 2017 bei den zentralen Feierlichkeiten zum Reformationsjubiläum in der Warschauer Kirche Sankt Trinitatis diese Unterlagen überreichen und der Familie mitteilen konnte, wie Bischof Juliusz Bursche ums Leben kam.

Ein Mensch, der das Leben umarmte

Ums Leben kam – wie tragisch treffend die Redensart für jemanden wirkt, der, wie sein Urenkel Juliusz Gardawski erzählt, ein Mensch war, der das Leben umarmte, der den Sommer über in seinem Garten Rosen und Bäume pflanzte, der sich eine Zigarre und ein Gläschen Wein am Tag gönnte, der die Musik liebte und das polnische evangelische Gesangsbuch mitverfasste. Er hatte es sich zur Pflicht gemacht die Protestanten in Polen zu einen, denn Nationalität war kein Maßstab für ihn, wenn es um den Glauben ging. Eine Haltung, die im deutsch-besetzten Polen brandgefährlich war und für die Bursche am Ende mit seinem Leben bezahlen sollte. Er nannte es in einem seiner Briefe, die er aus dem Lager nach Hause schickte, die „Tragödie meines Lebens“, dass sein Lebenswerk „eine kräftige, einflussvolle, evangelische Kirche, die Polen und Deutsche eint“, nun zerstört werde.

Die Geschichte Polens und Deutschlands ist wechselvoll und über lange Zeit von Leid geprägt. Sie beginnt nicht erst mit dem Überfall der Nazis 1939. Um zu verstehen, warum den Deutschen sogar die Asche des Bischofs Angst machte, muss man weiter zurückgehen. Juliusz Bursche stammte von deutschen evangelischen Einwanderern ab, die sich in Polen, damals Kongresspolen, niedergelassen hatten. Juliusz Bursche gehörte zur zweiten Generation, die in Polen aufwuchs und das Land als seine Heimat begriff. Die Familie gehörte zum Bürgertum. Im Hause wurde deutsch gesprochen und die lutherische Reformation war identitätsstiftend. Sein Vater war Vikar und so lag es nahe, dass auch Juliusz Bursche eine theologische Laufbahn anstrebte.

Im Geiste einer protestantischen Ökumene

Als Erwachsener war er überzeugter Verfechter einer polnischen Unabhängigkeit, ohne jedoch seine deutschen Wurzeln zu vergessen. Sein Urenkel sagt: „Die Familie lebte in einem polnischen Haus, in dem deutsch gesprochen wurde.“ Vor diesem Hintergrund war es naheliegend, dass Bursche im Geiste einer protestantischen Ökumene versuchte, die evangelischen Christen in Polen, eine Minderheit in dem katholischen Land, zu einen. Die Sprache der Andacht und des Gebets dürfe die Gläubigen nicht trennen, davon war er überzeugt. Vielmehr müsse man sich auf das Gemeinsame besinnen und in der Tradition lutherischer Freiheit friedlich miteinander glauben. Diese moderne, übernationale Haltung wurde ihm, wie vielen anderen der deutschen und polnischen intellektuellen Elite, zwischen den Weltkriegen zum Verhängnis. Die Nazis warfen ihm eine „Polonisierung“ der Deutschen vor und die Kirchenleitung hatte sich im Zuge der Gleichschaltungs-Politik längst in die Gefolgschaft der deutschen Besetzer ergeben.

Kirchenhistoriker und Bursche-Forscher Bernd Krebs schreibt dazu: „Durch ihre offene Zustimmung zum ‘nationalen Aufbruch’ in Hitler-Deutschland, die fast pathologisch zu nennende Verklärung der dortigen Zustände und durch ihre weitreichenden Zugeständnisse gegenüber der neuen ‘Volksgruppen’-Führung, hatten sich Kirchenleitung und Pastorenschaft längst in eine folgenreiche Abhängigkeit begeben.“

 

Das Fenster, der Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals

Als Bursche 1937 der erste Landesbischof seiner Kirche wurde, war sein Schicksal schon besiegelt. Anfang September 1939 begann der Überfall auf Polen und kurz darauf begannen die Verhaftungen. Am 3. Oktober 1939 nahm die SS Bischof Bursche fest. Von Polen aus wurde er zunächst in ein Gestapo-Gefängnis gebracht und schließlich Anfang 1940 ins KZ Sachsenhausen.

Urenkel Juliusz Gardawski hat nun zum zweiten Mal das KZ Sachsenhausen besucht. Erst diese erneute Ortsbegehung vervollständigt nun sein Bild der Gefühls- und Wahrnehmungswelt des Bischofs, die er bislang nur aus den Briefen kannte, die Bursche alle zwei Wochen aus dem Lager an seine Familie in Polen schickte. Gardawski nennt es ein „unverschuldetes Misslingen der Lebensmission“ des Bischofs. Doch wie erst muss sich dieses Scheitern für den Bischof selbst angefühlt haben? Gardawski verweilte beim Besuch des KZ etwas länger in der Zelle, in der Bischof Bursche inhaftiert war.

Später erzählt Gardawski, was er gesehen und empfunden hat: Kahle Wände, Betonfußboden, ein Ort des kalten Funktionierens. Und doch gebe es das Fenster, den Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals. Gardawski sagt, er habe die Wolken am Himmel gesehen und sich vorgestellt, dass auch sein Urgroßvater die Wolken gesehen habe, die aus dem Osten vorbeizogen; vielleicht habe er darin die Gebete und warmen Gedanken seiner Familie erkannt. Und vielleicht habe sich sein Urgroßvater vorgestellt, dass der Wind aus dem Westen die Liebe für seine Familie in den Osten geschickt habe.

Auch wenn es keine Asche gab, so errichtete man Bischof Bursche dennoch ein Grab in Polen. Einen symbolischen Ort des Gedenkens neben der Dreifaltigkeitskirche in Warschau. Und während der kalte Krieg den Graben zwischen den beiden Ländern vertiefte, die Nachkriegs-EKD dem Vergessen des polnischen Bischofs kein Ende setzte, hatte man den Bischof in Deutschland fast vergessen. Erst die Wende in der Ost-Politik und die Wende von 1989 brachten eine langsame Annäherung in der Beziehung der beiden protestantischen Kirchen. „Zarte Bande, die zu einem Netzwerk wurden“, so beschreibt es Landesbischof Dröge in seiner Predigt an diesem 20. Februar 2018.

Späte Würdigung einer Lebensleistung

Das Großwerden des Nationalsozialismus hatte viel mit Angst und Gleichgültigkeit zu tun. In einer gemeinsamen Pressemitteilung der beiden protestantischen Kirchen und der Familie heißt es:

„Anfang 1933, am Tag der Verkündung von Wahlergebnissen in Deutschland als die Nationalsozialisten die Macht übernahmen, weilte Bischof Bursche in Berlin und war Zeuge eines Nachtmarsches der Nazis mit Fackeln. In einem der Briefe an seine Familie kommentierte Bischof Bursche dieses Erlebnis mit unmissverständlichen Worten des Widerstandes gegen den chauvinistischen Nationalismus.“

Aus Asche, so heißt es, entsteht neues Leben. Und nachdem die Experten die Urne genauer untersucht haben und die Asche des Bischofs nach Polen überführt werden kann, dann ist das für die Familie des Bischofs und den aktuellen Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen Jerzy Samiec die späte Würdigung seiner Lebensleistung. Und auch ein Beweis für eine übernationale Einheit zwischen Deutschen und Polen. Die Saat von Bischof Bursche, die Früchte trägt.

Quelle: Evangelischer Pressedienst Berlin / Karola Kallweit (für evangelisch.de)
Weitere Informationen dazu finden Sie auf unserer Website www.dpgberlin.de

Dziewczyna z cmentarza w Mentonie

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka “z Ameryki” (samej), czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, “a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. I przysłała dwa zdjęcia.

Zaglądam więc do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Sródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo innych sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Artysta urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w roku 1897 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są dla nas prawdziwym symbolem stylistyki secesyjnej.

Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Gdy szukam w internecie Janiny Lewandowskiej, pojawia się przede wszystkim jej imienniczka, pierwsza polska pilotka i jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Była tak niezwykłą postacią, że – choć to oczywiście nie ona została pochowana w Mentonie – napiszę tu o niej parę słów. Była oczywiście o pokolenie młodsza od tamtej.

Urodziła się 22 kwietnia 1908 roku w Charkowie. Była córką generała Józefa Dowbora Muśnickiego, naczelnego Dowódcy Powstania Wielkopolskiego. Była wysoka, zgrabna, wysportowana, odważna i samodzielna, jeździła konno i na nartach. Studiowała grę na fortepianie i śpiew w Konserwatorium muzycznym w Poznaniu. Już jako uczennica gimnazjum uprawiała szybownictwo. W 1930 r. była pierwszą kobietą w Europie która skoczyła na spadochronie z wysokości pięciu kilometrów. Od roku 1935 latała na samolotach, w rok później otrzymała dyplom wojskowego pilota motorowego. W roku 1939 podczas pokazów szybowcowych poznała instruktora pilotażu Mieczysława Lewandowskiego, z którym pobrali się już po kilku miesiącach. Pod koniec sierpnia 1939 r. Janina otrzymała kartę mobilizacyjną. 3 września wyruszyła na wojnę i wraz z wojskiem ewakuowała się na wschód Polski.
Po napaści ZSRR na Polskę dostała się do niewoli i została osadzona w obozie  jenieckim w Ostaszkowie. 6 grudnia 1939 r., w grupie 80 polskich oficerów, przewieziona została do Kozielska. 3 kwietnia 1940 r. NKWD rozpoczęło wywózkę jeńców na egzekucję do Katynia. Janina została zamordowana w dniu swych 32 urodzin, 22 kwietnia 1940 roku.

Wróćmy jednak do Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, która żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Rzeźba Barcagalio zdobi na Powązkach grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. “Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

“Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… “inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak “żywego” posągu w naszym “mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak “czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: “warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Z dat śmierci obu młodych kobiet wynika, że nagrobek powązkowski powstał dużo wcześniej niż francuski. Należy jednak pamiętać, iż nieczęsto pomnik cmentarny wystawiano wraz ze zgonem danej osoby, zwłaszcza jeśli pomnik zamawiano u popularnego rzeźbiarza. Tym niemniej, jak pokazuje powyższa fotografia, zamieszczona na łamach “Świata” w roku 1913, miejsce spoczynku Lusi Raciborowskiej otrzymało już wtedy godną oprawę. Zapewne również pomnik Janiny z Jełowickich Lewandowskiej powstał przed 1914 r., gdyż działania wojenne raczej uniemożliwiłyby transport dzieła z Mediolanu do Menton. Chociaż, kto wie?

Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Groby / Gräber 2017 (1)

Heut’ ist Buss- und Bet-Tag. Anne hatte letztens zwei Gräber besucht, ich noch eins…

Jutro dla czytelników polskich Ela Kargol z wpisem na podobny temat. I przysięgam – nie umawiałyśmy się, temat wisiał w berlińskim powietrzu

Anne Schmidt

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten, selbstzerstörerischen Leben.

Zu den anonymen Gräbern gehörte das von Ulrike Meinhof, das jedoch inzwischen ihren Namen trägt und anlässlich ihres Geburtstages am 7. Oktober reichlich geschmückt wurde.

Foto Anne Schmidt

Es befindet sich in Tempelhof auf dem Friedhof der Heiligkreuz-/ und Passionskirchengemeinde an der Eisenacherstraße.

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen “Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol

Ewa Maria Slaska

Noch ein Selbstmörder-Grab. Walter Leistikow, Maler. Wikipedia weißt zu berichten, dass:

Walter Leistikow erschoss sich am 24. Juli 1908 während eines Aufenthalts im Sanatorium Hubertus in Berlin-Schlachtensee im Endstadium seiner langjährigen Syphilis-Erkrankung. Nach einer großen ehrenvollen Trauerfeier im Berliner Secessionsgebäude wurde er auf dem Friedhof Steglitz beigesetzt. Sein Grab ist ein Ehrengrab des Landes Berlin. Der Grabstein – ein Werk Franz Seecks von 1909 – wurde zum 100. Todestag erneuert. Die Grabstätte befindet sich in der Abt. Ih – Erbbegräbnis 251.

Was man nicht zu berichten weiss, ist, dass man ihm zuerst nirgendwo begraben möchte, und erst nach langer Suche hat sich die Friedhofsverwaltung des Friedhofs Steglitz, bereit erklärt, ihn zu begraben.

Foto Wikipedia

Als man in Steglitz den 100. Jahrestag des Leistikows Todes feierte, am 24. Juli 2008 weilte Barack Obama, damals noch USA-Präsidenten-Kandidat, in Berlin. Die Organisatoren der Leistikows Feierlichkeiten luden Obama ein, nicht nur zur Siegessäule sondern auch nach Steglitz zu kommen, aber so viel Sinn für den (schwarzen) Humor bewies sogar Obama nicht. Schade, eigentlich.

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX

 

Zapomniane groby / Vergessene Gräber

Für die deutschen Leser: In diesem Post geht es um Identifizieren der Deutschen, die auf dem evangelischen Friedhof im Grömbach  (heute Łaznowska Wola) begraben liegen.  Der Friedhof ist von der lokalen Obrigkeiten und Bewohner gepflegt, man sucht Infos, Bilder, Dokumente – kurzum: Kontakt zu den Angehörigen. Die Liste der Gräber, die identifiziert wurden – hier: Groembach-LaznowskaWola

Nigdy nie wiedziałam, po co właściwie publikuję takie wpisy? Ale już wiem – bo ludzie się szukają! Również na cmentarzach.

Ciekawe rzeczy dzieją się ze starymi cmentarzami ewangelickimi w Polsce. Przez dziesiątki lat zapomniane, zdane na łaskę losu, wykorzystywane jako swoiste “składy surowca” – kamieni i metalu – omijane z daleka i co najwyżej użytkowane przez lokalnych pijaków lub wagarującą młodzież, nagle doczekały się zainteresowania, bywa, że  jednocześnie z dwóch stron, jak to się zdarzyło np. w Mrągowie – czyli społeczności lokalnej zainteresowanej zachowaniem obiektu jako świadectwa historii oraz deweloperów, których skusiła “ziemia niczyja”.

Po wielkiej akcji usuwania niemieckich (poniemieckich, jak się je wtedy określało) cmentarzy w dużych miastach w okresie Komuny, co między innymi opisał Günter Grass w książce Wróżby kumaka, cmentarze ewangelickie popadły w całkowite zapomnienie, aby teraz nagle ożyć. Widziałam to w Szczecinie i w Łobzie, w Grzybowie i Mrągowie, w Sowim Rogu… Cmentarze, którym przywraca się życie, no bo jak inaczej ocenić stosowane w takich wypadkach słowo “rewitalizacja”? Pisałam o takich cmentarzach ja, pisali moi autorzy, Małgosia Płoszaj, Tomasz Fetzki, Michał Rembas, Edda Elsa Frerker… Zapomniane cmentarze, nieznane groby nieznanych ludzi, kiedyś budzące strach lub co najmniej niepokój, stały się nagle tematem dnia.

Ponieważ publikuję tu teksty o tych cmentarzach, to siłą rzeczy pojawiają się następne…

Tym razem Łaznowska Wola:

W wyniku interwencji obywatelskiej, pisze Hanna Szurczak, Urząd Gminy w Rokicinach podjął starania oznakowania istniejącego w Łaznowskiej Woli cmentarza ewangelickiego. Jesienią 2015 roku oczyszczono drogę dojazdową z nadmiernie wybujałej zieleni, ustawiono drogowskaz informujący o cmentarzu, a na murze umieszczono tablicę informującą o tym, że znajduje się on w Gminnej Ewidencji Zabytków i przeto objęty ochroną prawną. Ponieważ nieruchomość nie należy do gminy, niemożliwe są prace interwencyjne na samym cmentarzu. Gmina zainteresowana jest jednak tematem i rozważa kolejne działania, które mogą doprowadzić do poprawy sytuacji.

Tyle na stronie. W mailu pani Hanna pisze więcej:

Załączam wykaz osób tu spoczywających, który udało się sporządzić podczas prac porządkowych. Wykaz “z natury”, nie wszystkie dane udało się z pomników odczytać.

***

Niemieckie groby w okolicach Łodzi. To wymaga jednak pewnego wyjaśnienia. Na byłych ziemiach niemieckich niemieckie groby są czymś oczywistym. Nawet w pobliskiej Łodzi będą OK, bo że w Łodzi byli Niemcy to od czasów Wajdy wiemy, ale w okolicy? To taka informacja, którą trzeba uzupełnić.

***
Łaznowska Wola nazywała się przed I wojną światową Grömbach czy też Grünbach i była osadą z roku 1800, kiedy to wszystkie te tereny wskutek rozbiorów weszły w skład państwa pruskiego. Prusy ściągały kolonistów z Niemiec, w tym wypadku z okolic miasteczka Grömbach w Szwabii, co sprawiło, że nowa osada została nazwana tak jak miejscowość rodzinna.

To to osadnictwo, przez które gdzieniegdzie do dziś Niemców określa się słowem Szwaby, co jest oczywiście obraźliwe. Z nielubianych sąsiadów określenie przeniosło się na karaluchy. W innych miejscach Polski owady te nazywa się Prusakami. Na pocieszenie dodam, że potoczna nazwa karaluchów w Niemczech brzmiała w XIX wieku “Francuz”, a we Francji “Boche” czyli Szkop.

Koloniści otrzymywali nadanie ziemi i zwolnienie z podatków na sześć lat. Akurat, gdy minął termin ulg, wskutek wojen napoleońskich i powstania Księstwa Warszawskiego, Grömbach znalazł się w strefie wpływów francuskich. Koloniści popadli w ubóstwo, wyjechali dalej, na Wołyń lub wręcz wrócili do Szwabii. Po roku 1813 ci, którzy zostali, stali się obywatelami państwa rosyjskiego. Spowodowało to kolejne emigracje kolonistów niemieckich, tym razem w kierunku Besarabii. W roku 1814 wyjechało stąd na zawsze prawie 140 rodzin. Na opuszczone tereny przywędrowała fala kolonistów z Pomorza.

To pod zaborem rosyjskim miejscowość Grömbach przekształciła się Łaznowską Wolę. Rosyjskie słowo Wolja oznaczało osadę, której mieszkańcy byli wolni czyli nie podlegali przymusowi pańszczyźnianemu. W roku 1825 w wiosce były 82 chałup. Po powstaniu Listopadowym nastąpiła kolejna fala relokacji osiedleńców, nie tyle z powodów politycznych, ile z uwagi na głód i nieurodzaj… Podczas I wojny światowej w Woli toczyła się część wielkiej bitwy o Łódź, co sprawiło, że wioska została bardzo zniszczona. W roku 1937 ponad 20 domów strawił wielki pożar. Od końca XIX wieku do wsi napływali też Polacy, przed II wojną w wiosce mieszkało już 10 polskich rodzin. A w ogóole to sprawy ludnościowe miały się, jak następuje:

W roku 1825 w wiosce mieszkało 732 osób
w roku 1835 – 521 (78 kolonistów + 323 członkowie rodzin + służba ok. 30%)
Pod koniec XIX wieku: 986 mieszkańców
1935 – ok. 840 Niemców

Powyższe zestawienie zaczerpnęłam z niemieckiego artykułu w Wikipedii i zastanawiają mnie w nim przeróżne określenia mieszkańców tej miejscowości. W każdym razie w roku 1935 zaznacza się, że mieszkańcami byli Niemcy. Plus, jak rozumiem, tych 10 rodzin polskich, które jednak nie znajdują miejsca w statystyce mieszkańców.

Strona nie podaje, jakie były dzieje wioski po roku 1945, co ciekawe jednak w sieci znajduje się lista sporządzona na podstawie książki “Osadnictwo szwabskie w Polsce w latach 1795-1945”. Wymienia się tu ok. 50 rodzin szwabskich z roku 1800 i listę Niemców z roku 1945, obejmującą też ok. 50 rodzin – czyli dwie listy oznaczające początek i koniec osadnictwa szwabskiego w Polsce.

Jeszcze dziwniejsza jest jednak strona internetowa polska, która nie podaje nic na temat historii wioski. Jak to w Polsce często bywa – nie mamy historii, co w domyśle oznacza – zawsze byliśmy tu my, Polacy, nigdy nie było żadnych Niemców. Znam to znakomicie z czasów Komuny z Pomorza, ale jednak w roku 2017 w Województwie Łódzkim… No no!
***
Wracam do maila pani Hanny:

Próbowałam nawiązać kontakt przez mittelpolen.de, ale poza administratorami nie odezwał się nikt. Chcę odnaleźć nazwę miejscowości, którą podał ktoś właśnie na tym forum, gdzie rzekomo miała osiąść większość przesiedleńców z Łaznowskiej Woli. Istnieje również archiwum ojczyźniane w bibliotece w Herne, ale po początkowo dobrym kontakcie i zapewnieniu o możliwości skorzystania z zasobów wszystko umilkło:(
Czekam tak od zeszłego roku. Na co liczę? Na stare zdjęcia i dokumenty, bo już nie bardzo na realną pomoc. Cmentarz jest jedynym źródłem wiedzy o byłych mieszkańcach, ponieważ spłonęły księgi parafialne, a archiwum nie posiada duplikatów. Odtwarzam więc historię, którą zapisano na nagrobkach…

Tu lista grobów: Groembach-LaznowskaWola

Ludzie z cmentarza w Mrągowie

Zacznijmy od petycji (gdy komponuję ten wpis – jest 12 sierpnia, autorka petycji i wpisu dotarła do mnie w dzień po ulokowaniu petycji na stronie petycjeonline.com). Widziałam ten cmentarz kilka lat temu. Jest piękny.

Petycja w sprawie godnej pamięci dla mieszkańców dawnego Sensburga obecnie miasta Mrągowa

Społeczny Komitet Ratowania Cmentarza Ewangelickiego  w Mrągowie
Mrągowo 10.08.2017 r.  

Burmistrz miasta Mrągowo
Szanowna Pani mgr Otolia Siemieniec  

na podstawie uchwały z dnia 11 lipca 2014 r. O petycjach; Dziennik Ustaw 2014; pozycja 1195; wnosimy sprawę godnej pamięci dla mieszkańców dawnego Sensburga.

Konieczne jest ze względów społecznych i religijnych doprowadzenie do sytuacji szanowania grobów na cmentarzu ewangelickim w Mrągowie.  A konkretnie trzeba zrobić wszystko żeby mieszkańcy miasta nie deptali grobów na tym cmentarzu.

Proszę sobie wyobrazić jak czuje się człowiek, który wie, że ktoś spaceruję po grobie jego matki lub ojca.  

Bardzo prosimy o pomoc w tej sprawie.

PODPISUJĄ
Instytut Zdrowia i Hortiterapii, Stowarzyszenie Zielone Dzieci w Mrągowie, Międzynarodowe Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Ernsta Wiecherta, Fundacja Dziedzictwo Nasze, Związek Mazurski oraz inne organizacje i osoby za pośrednictwem podpisu online http://www.petycjeonline.com

***

Przysyłając mi petycję autorka napisała:

Jest taka niesamowita historia o matce dziecka, którego nikt nie ratował, bo było niemieckie…
Na cmentarzu wprost pod nogi wyszedł z ziemi krzyż żeliwny mieszkańca Sensburga, właściciela rzeźni.
Jest tam grobowiec rodzinny włoskiej rodziny.
Pochowani tam są burmistrzowie dawnego Sensburga
Grób wdeptany przez lata w ziemię może należeć zarówno do katolików jak i ewangelickiej wiary.

Ten cmentarz przyjmował wszystkich.

Zofia Wojciechowska

Błękit nie przemija – Cmentarz Ewangelicko-Augsburski w Mrągowie.

Pięć zdjęć z pięciuset. Fotografując w kwietniu tego roku ewangelicki cmentarz w Mrągowie uczyłam się historii, złożonej wielokulturowej, czasami  trudnej, otoczonej przyrodą Warmii  i Mazur. Te pięćset ujęć nie oddaje całości owej historii. A pięć? Są próbą dokonania niezwykle trudnego skrótu, a zatem niedoskonałego. Tu wśród syberyjskiej cebulicy spotykają się polski cmentarz, niemiecki  Friedhof obok żydowski kirkut i rosyjskie кладбище oraz włoskie cimitero.

Wielu ludzi, wiele narodowości, wiele konfliktów, wiele dramatów, wiele miłości. Cebulice syberyjskie kwitną na błękitno. Malowniczo położony cmentarz na wzgórzu Jaenike, u stóp wieży Bismarcka jest świadectwem współżycia wielu kultur. Przyroda charakterystyczna dla tego miejsca utrwaliła miniony czas i pamięć o tych, którzy odeszli.

Zarośnięte drzewami i opuszczone cmentarze ewangelickie stały się dziedzictwem wręcz niepożądanym. Społeczny Komitet Ratowania Cmentarza Ewangelickiego (SKRCE) chce zwrócić  uwagę na potrzebę zachowania tego miejsca.  Komitet powstał w kwietniu 2016 roku. Podsumowując półtora roku naszej działalności, możemy powiedzieć, że zmiana następuje sukcesywnie choć stanowczo zbyt powoli…  Wierzyć wprost się nie chce, że w mieście festiwali troska o zachowanie kultury zabytkowego cmentarza może być tak trudna. W tym roku “moje Mrągowo” obchodzi 670-lecie istnienia, to miasto przecież nie powstało na surowym kamieniu po wojnie, lecz ma swoją wielowiekową tradycję sprzed 1945 roku, a jeśli nic nie zrobimy to usankcjonujemy stan zniszczenia zabytkowego cmentarza, miejsca pamięci o dawnych mieszkańcach. Cmentarz popada w ruinę kompletną, znikają ślady życia dawnych mieszkańców. Zamknięto go w 1981 roku, a od 1986 roku wpisano do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Świat Mazurów wraz z językiem odchodzi nieuchronnie a  przez zapomnienie  doprowadzono do zniszczenia miejsca unikatowego.

Niezwykłe ukształtowanie tarasowe mazurskiej nekropolii zasługuje na uwagę historyków oraz architektów krajobrazu i przyrodników.

Kultura dziedzictwa niechcianego i tak dzieje się przez minione lata. Uważam, że należy się szacunek do kultury zastanej, dla nas dziś szczególnie ważnej, gdyż wrastając w mazurskość odnajdujemy samych siebie, my, Mazurzy XX wieku, jesteśmy stąd od niedawna.

Mężczyzna z cmentarza w Łobzie

Ewa Maria Slaska

W Łobzie

W Łobzie byłam już prawie miesiąc temu i od tego czasu wiem, że muszę koniecznie napisać o tym grobie, którego już nie ma i o tym kamieniu, który stoi od kilku lat, ale wcale nie tam, gdzie był grób, o człowieku, którego tam pochowano i o człowieku, który pokazał mi ten nie istniejący grób i istniejący kamień, a który, co więcej, postanowił ten kamień ustawić i dopiął swego…

Ale może zacznijmy od samego Łobza, miasteczka, z którego pochodzi jedna z autorek tego bloga, poetka, pisarka i pedagożka, Agnieszka Wesołowska.

Łobez leży na trasie kolejowej między Szczecinem a Koszalinem. Mijam to miasto, gdy jadę do Gdańska, i przypominam sobie, że w okolicy mieszkała Sidonia von Borcke (Sydonia von Borck), pomorska czarownica, którą 28 września 1620 roku, jak to wówczas robiono z czarownicami, spalono w Szczecinie na stosie, uprzednio jednak, w drodze łaski (?), ścięto mieczem. W każdym razie zdołała przeżyć 72 lata,  w chwili śmierci była już starą kobietą, ale w młodości miała być nadzwyczajnie piękna…

Oczywiście ci, którzy uważnie czytali Terry Pratchetta, wiedzą, że jeżeli Sidonię stracono jako czarownicę, to znaczy, że czarownicą nie była. Bo czarownicy nikt nie podda torturom i nie zabije, a śmierć, jeśli przyjdzie, to za jej zgodą. Kobiety pomówione  o czarownictwo ginęły za inne sprawy, za urodę lub jej brak, za mądrość lub głupotę, za kłótliwość lub posłuszeństwo, albo wreszcie za posiadanie majątku, na który ktoś inny miał chrapkę…

Ale ten wpis wcale nie miał być o czarownicy, lecz o żyjącym dwa stulecia później archeologu. Otto Puchstein (1856–1911), był niemieckim archeologiem klasycznym i bodaj czy nie najważniejszym “synem miasta” jak to określa niemiecka Wikipedia. Polska jest niestety bardziej prozaiczna i zamiast opkreślenia “synowie i córki” pisze po prostu o “urodzonych w danym mieście”. Umarł bardzo młodo, zwłaszcza jak na archeologa, bo podobno jesteśmy profesją (w końcu ja też jestem archeolożką), która jest nader długowieczna. Miał 55 lat. Przyczyną śmierci był wylew.

Puchstein był niewątpliwie synem Łobza. Zmarł w Berlinie, ale na jego życzenie pochowano go rodzinnym mieście. Na jego pogrzeb przyjechali uczeni z całych Niemiec, mowę pożegnalną wygłosił rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Był to naprawdę pogrzeb wysokiej rangi, ale też Puchstein był rzeczywiście naukowcem najwyższego kalibru. Prowadził badania w południowych Włoszech a potem w Azji Mniejszej, w  Baalbek, Palmyrze, w Nemrut Dagi i – przede wszystkiej – w tajemniczej, owianej legendami stolicy Hetytów – Hattusa. A jeszcze na dodatek był współzałożycielem Muzeum Pergamońskiego w Berlinie.

Głowy ogromnych posągów Antiocha i bogów na Górze Nemroda (Nemrut Dag, Anatolia, Turcja, kultura hellenistyczna, I w.p.n.e.)

Hattusa, Brama Lwów, 2000 p.n.e.

***
Cmentarz w Łobzie, jak wiele cmentarzy niemieckich, został zniszczony po wojnie. Dopiero po roku 1989 było możliwe podjęcie w miastach poniemieckich inicjatyw zmierzających do odtworzenia dawnej substancji historycznej. Obywało się to zazwyczaj z inicjatywy lokalnych miłośników historii. Tak było też w Łobzie, gdzie od roku 1990 zaczęto zbierać poniewierające się po cmentarzu i mieście nagrobki niemieckie, które ustawiono w lapidarium, urządzonym na miejscu dawnego muru cmentarnego. Niemieckim zwyczajem w mur otaczający nekropolię wbudowano pradne grobowce zamożnych rodzin łobeskich, między innymi  wielki grobowiec rodziny Puchsteinów, z napisem informującym, że ta zacna familia mieszczańska (ojciec Puchsteina był radcą miejskim i mistrzem piekarskim) żyła i pracowała w Labes czyli Łobzie od XII wieku.

Po grobowcu nie został nawet ślad. Kamień pamiątkowy ustawiony został w alei wiodącej do cmentarza.

Inicjatorem utworzenia lapidarium i uczczenia pamięci Puchsteina jest Czesław Szawiel, nauczyciel gimnazjalny, historyk, animator łobeskiego życia kulturalnego. Pan Czesław malowniczo opowiada o tym, jak ściągał z pól, pastwisk i ogrodów porzucone nagrobki, jak wybierał i sprowadzał kamień pamiątkowy Puchsteina i jak organizował uroczystość odsłonięcia tego kamienia w obecności miejscowych notabli, którzy właściwie wcale się nie kwapili do czczenia jakiegoś urodzonego tu Niemca… Ale on się uparł, a jak pan Czesław się uprze…

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.