Och, biedny tatku. Wybacz, że się z ciebie natrząsałam. Dzisiaj ja też zapisuję nazwisko Nietszche z błędem.
„Asortyment strapień” Lydii Davis w tłum. M. Tabaczyńskiego
Matylda Wikland
… głównie na zasadzie kontrastu wywiedzionych
i. Do Berlina docieram w autobusie, choć zapłaciłam za bilet na pociąg. Dzięki wspaniałomyślności rządu federalnego Niemiec ostatnich koło trzydziestu lat, który linii kolejowych po „dedeerach” nie raczył serwisować, aż stały się niebezpieczeństwem uzasadniającym zamknięcie torów {1}. Więc wygonili nas z sponsorowanych przez Unię nowoczesnych wagonów, na moje pytanie o szczegóły dalszej podróży odpowiadając, „przechodzicie państwo pod nadzór niemieckiej ekipy konduktorskiej”. Więc przebiegam dosłownie z torbami przez dworcowe korytarze, w pośpiechu, gdyż nie wiem, za ile ta komunikacja zastępcza ma odjechać, gdyż nie wiem, gdzie ona stoi przed tym dworcem, gdyż nie wiem, ile jeszcze przed mną tego dworca, gdyż niespełna godzinę wcześniej sobie spokojnie śniłam moje koszmary o zawaleniu sesji z przekonaniem, że mam jeszcze parę godzin nieprzerwanej podróży, gdyż nie wiem, czy gdyby Sokrates żył współcześnie, to jego dewizą nie byłoby przypadkiem, „wiem, że nic nie wiem, a koleje państwowe wiedzą jeszcze mniej.”
Ile razy gdzieś zaczyna się dyskusja o tym, czy postawić pomnik, gdzie go postawić i ile potrzeba będzie pieniędzy, a ile ton stali, betonu i kamienia, tyle razy myślę – posadźcie las.
Ponieważ teraz znowu dyskutujemy o pomniku polskich ofiar wojny w Berlinie, mój wymyślony las wraca. Wraca ze smutkiem. Bo polski las w Berlinie już jest. I nikt nic o nim nie wie, nawet ja, zwolenniczka lasu, wiedziałam tylko, że przy pomniku Tor 17 (Gleis 17) jest kilka brzóz, a zapomniałam i moja siostra musiała mi to przypomnieć, że to część wielkiego, wspaniałego projektu, zrealizowanego przez polskiego artystę Łukasza Surowca:
Tak, piękny projekt, pamięć, która rośnie brzozami, bo Birkenau to przecież Brzezinka. Ale czy jest tak, jak twierdzi artysta, że pamięć się rozsiewa, czyli trzeba by uwierzyć, że jest i będzie jej coraz więcej? Bo jednak cały czas myślę, myślimy, że jest jej coraz mniej. Może jest coraz więcej pomników, miejsc pamięci, coraz więcej stali i betonu, coraz więcej instytucji i coraz więcej pensji dla urzędników, którzy w tych instytucjach pracują. Ale czy jest więcej pamięci?
A może jednak trzeba posadzić las, aby przypomnieć rozsiane po Berlinie brzozy? Na przykład zasadzić drzewa na całym lotnisku Tempelhof. 350 hektarów. Kasztany, orzechowce, graby, buki. Polski las.
***
O lasach i drzewach już tu wielokrotnie pisałam. O pomnikach też. I o pamięci. Mam z tym wszystkim problemy zgoła schizofreniczne, bo przecież tak bardzo chcę, żebyśmy nie zapominali i zarazem tak bardzo nie chcę pompy i nadęcia, które niemal nieodłącznie towarzyszą oficjalnej pamięci.
Myślę o kościelnym obozie pracy w Berlinie. Był to niemal pierwszy wpis na tym blogu, 13 lat temu. Od tego czasu wiele się wydarzyło, między innymi zbudowano ogromne miejsce pamięci. Ale czy to zmieniło cokolwiek berlińską, niemiecką pamięć o stu robotnikach przymusowych z Rosji, których berlińskie kościoły zatrudniały przy kopaniu grobów dla ofiar wojny i którzy mieszkali w obozie ukrytym na cmentarzu, z dala od zgiełku.
Miejsce pamięci jest pompatyczne. Nie rozumiem po co? Zwłaszcza, że też nikt tu nie napisał, jak było naprawdę, że to berlińskie kościoły postanowiły założyć obóz pracy, wystąpiły o zezwolenie, otrzymały zgodę i na malutkim odległym skrawku cmentarza założyły obóz.
O pamięci. Wymierają świadkowie czasu wojny. W Niemczech powstał więc projekt nazywany Zweitzeugen, co jest grą słów nie dającą się przetłumaczyć na polski. Zeitzeugen to świadkowie czasu, Zweitzeugen, to ci, którzy są drudzy w kolejce, by pamiętać czas. Tych, którzy go przeżyli już nie ma, ale zanim odeszli, następcy przejęli ich pamięć. Cóż prawdopodobnie tłumaczymy to na polski nader prozaicznie: Drudzy świadkowie czasu. Lub trochę bardziej poetycko: Następcy pamięci.
Miejsc pamięci jest w Berlinie dużo, ale właściwie się nie liczą. Liczą się tak naprawdę tylko trzy – te wokół Reichstagu:
Pomnik Holokaustu jest licznie odwiedzany, często przez tych, którzy sobie tu robią zdjęcie na Tindera , zob. TU, w tekście sprzed 8 lat
Pomnik pomordowanych Roma i Sinti, czyli – tak jak się przedtem mówiło, jak pisali poeci, pisarze, tłumacze, Jerzy Ficowski, Piotr Wojciechowski, Papusza i Federico Garcia Lorka – Pomnik Cyganów; o tym pomniku nikt z nas nigdy nie napisał nic na tym blogu, sięgam więc do sieci, a tam i tak nic po polsku. Wybieram Wikipedię. TU
I od niedawna polski kamień tymczasowy, o którym TU pisała Ela Kargol, a o pomniku już wiele lat temu pisałam TU
Na terenie Berlina Wschodniego było dużo pomników, które czciły zwycięstwo Sowietów nad niemieckim nazizmem. Największy w Treptower Park, najsłynniejszy na ulicy 17 czerwca tuż koło Bramy Brandenburskiej i najważniejszy dla Polaków, bo im poświęcony – Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w parku ludowym Friedrichshain. Bardzo męski pomnik, ale aktywistka Anna Krenz przemianowała go kiedyś na Pomnik Walczących, bez płci, wieku i narodowości. Również bez określania, jaka to była walka. Ten pomnik jest o tyle ważny, że jest przy nim ogromny napis po polsku: Za naszą i waszą wolność. Takiego wielkiego napisu po polsku nigdzie w Berlinie nie ma.
A więc właściwie mamy już w Berlinie wielką górę betonu ku czci Polaków i można ją było zdesowietyzować, odczarować i wykorzystać. Ale odór Berlina Wschodniego najwyraźniej odstręczył decydentów. A symetryści wszelkiej maści potrzebowali pomnika koło Reichstagu i żaden inny nie zdołał ich zadowolić. Stąd ten głaz, wielki a na dodatek tymczasowy. I o 80 lat spóźniony. Tamten we Friedrichshainie przynajmniej zbudowano we właściwym czasie.
Głaz odsłonięto latem 2025 roku. Jest naprzeciwko Reichstagu, czyli tam, gdzie musimy my Polacy mieć swoje miejsce, skoro Żydzi i Cyganie już tam swoje mają, obok Reichstagu. Pomnik jest tymczasowy, bo w stosunku do żydowskiego lasu betonowych słupów i cygańskiej tafli wody jest za mały.
Tak jest więc aktualna zasada dobrej pamięci – musi być duża i koło Reichstagu.
Betonowy napis na Friedrichshainie to za mało. Głaz koło Reichstagu to za mało. Więcej, więcej.
A mnie się marzy las, ten zapoczątkowany projektem Łukasza Surowca, tylko żeby go było więcej i więcej.
O lesie w mieście pisała też kiedyś Olimpia Klara Schneider: Mikrolas
Introducing Sepidar Niroomand as part of the “GUTE GESELLSCHAFT” Abschlussausstellung 2025
Tehran-born and Berlin-based, Sepidar Niroomand is a multidisciplinary visual artist whose practice spans sculpture, painting, installation, drawing, and print. With an academic foundation in electronic engineering and a diploma in sculpture from the University of Tehran, her trajectory embodies a conscious shift from systems logic to poetic inquiry. Since relocating to Berlin in 2022, she has engaged in residencies, exhibitions, and discursive art spaces across Europe. Currently in the final phase of her studies at Weißensee Academy of Art Berlin, her work continues to expand formally and conceptually.
Seit vielen Jahren gehe ich in den Sommerferien mindestens einmal in ein Freilichttheater, um Shakespeare zu sehen. Es gibt mehrere solcher Orte in Berlin, ich erinnere mich an alle, aber überraschenderweise besser an die, an denen wir vom Regen oder einem Gewitter heimgesucht wurden. Letztes Jahr unterbrach ein Sturm die Aufführung von Hamlet im Globe Theater für eine Stunde, vor einigen Jahren verteilten die Schauspieler von Midsummer Night’s Dream plastik Capen und Umhänge, ohne die Aufführung im Theater am Südgelende auch nur für eine Minute zu unterbrechen. Es war fantastisch. Wir Zuschauer klebten alle aneinander. Wegen der Wärme, klar, aber nicht nur, ich vermute, dass es Zusammengehörigkeitsgefühl war all deren, die heute im Regen im Theater sitzen und nicht aus dem Sofa zu Hause.
Hamlet in Globe Theater (Foto von der Theaterseite). Vielleicht ist es gerade diese Veranstaltung während des Sturms. Die Wolken sehen so aus. Wenn ja, sitze ich zitternd von der Kälte in der letzten Reihe rechts, total durchnässt. Es war fantastisch!
Ähnliche Meinung ist TIP Berlin. im Juli Nummer spricht (S. 98 f) Tom Mustroph mit verschiedenen Macher der Freilufttheaters. Der Himmel verdüstert sich gerade, als er mit Darijan Mihajlović und Vlatka Alec über die neue Draußenspielzeit spricht. Ein kräftiger Wind fegt über die Tische. Alec, seit mittlerweile neun Jahren als Schauspielerin, später als Dramaturgin und Regisseurin an Pionier-Open-Air-Bühne tätig, lässt sich davon nicht einschüchtern. Im Gegenteil. “Das Schöne ist, dass wir mit die besten Vorstellungen gerade dann hatten, wenn es anfing zu regnen oder zu stürmen”, sagt sie. Denn dann, wenn Wetter mit Herausforderungen kommt, halten die Menschen an den Sitzplätzen (…) und die Menschen auf der Bühne in der Mitte besonders gut zusammen. “Dann entsteht diese Liebe, diese Hingabe und dieser unbedingte Wille, einfach alles zu geben”, schwärmt Alec. Und weil das auf den Sitzen ringsum stets ankommt, entsteht diese besondere Atmosphäre.
12. Juli gingen wir mit Monika Wrzosek-Müller zum Globe, zur letzten Veranstaltung des Midsummer Night’s Dream in diesem Saison. “Von Shakespeare” steht es auf der Karte. Na ja, vielleicht muss es sein. Vielleicht müssen wir, Nutzer immer aber immer informiert werden, wer was geschrieben hat, auch wenn er Shakespeare heißt.
Aber wie eine alte Dame, die Shakespeare erst im hohen Alter zum ersten Mal las, einmal sagte: phi, dieser Shakespeare war gar nicht so originell, er schrieb nur mit Zitaten. Jeder kennt sie.
Auf der Internetseite des Theaters liest man nur Generelles.
Seit 2019 ist das Globe Berlin in Charlottenburg von Juni bis September Schauplatz echten Volkstheaters in einem einzigartigen Ambiente unter freiem Himmel. Das bewusst niedrigschwellige Angebot richtet sich an Menschen jeden Alters, aus unterschiedlichen Kulturkreisen und ist nah an aktuellen gesellschaftlichen Themen. Das Programmspektrum umfasst Schauspiel, Wortkunst und Live-Musik, Shakespeare-Aufführungen in Deutsch und Englisch in eigenen, zeitgemäßen Übersetzungen sowie Einführungen und Nachgespräche – alles zu moderaten Eintrittspreisen.
Das stimmt.
Die gestrige Vorführung war natürlich wieder ein Shakespeare im Regen. Und wieder fantastisch. Schnell, witzig, mit ironischen Anspielungen gespickt. Es regnete so stark, dass wir in der Pause gingen. Alle? Weiß ich nicht, aber viele. Die benachbarte U-Bahn Station, Richard-Wagner-Platz war voll von durchnässten Zuschauer aus dem Globe. Wie mir die Globe-Mitmenschen berichtet haben, es wurde durchgespielt vor wackerem, begeistertem Publikum.
Es war kalt. Es war wunderbar.
Danke.
***
Wohin?
Monbijou Theater Monbijoustr. 3b, Berlin-Mitte Spielzeit bis Mitte September Preise 24/15€ www.monbijou-theater.com
Globe Berlin Sömmeringstr. 15, Berlin-Charlottenburg Spielzeit bis 13. September Preise 26/21€ www.globe.berlin
Shakespeare Company Berlin Munsterdamm 80, Berlin-Steglitz Spielzeit bis 13. September Preise 24/42€ www.shakespeare-company.de
Von Odesa nach Berlin. Europäische Malerei des 16. bis 19. Jahrhunderts
Ich fahre zum Kulturforum; morgen geht die Ausstellung „Von Odesa nach Berlin“ zu Ende. Offensichtlich ist ein Bus ausgefallen, denn meiner ist proppenvoll und alle zwängen sich nebeneinander und übereinander. Vorne schreit plötzlich ein junger, südländisch aussehender Mann: „scheiß Deutschland“, „scheiß West-Berliner“, dann später aber auch „scheiß Türken“, „Scheiße, Scheiße…“ immer wieder und immer lauter. Im Bus werden die Passagiere unruhig, zwei ältere Damen greifen zu ihren Handys, „wen soll man anrufen: Polizei oder erste Hilfe?“ fragen sie. Eine Frau vorne, die neben dem Schreienden sitzt, versucht ihn zur Ordnung zu rufen: „schreien Sie nicht so, wenn es Ihnen nicht passt, dann steigen Sie aus“; da schreit er noch lauter. Auch die Busfahrerin versucht den Passagier zu ermahnen, es hilft nicht. Dann, am Steinplatz, steigt eine Gruppe von sehr entspannten, freizeitgekleideten, mitteljungen deutschen Männern ein; sie lachen, sprechen laut, sind offensichtlich mit sich selbst sehr zufrieden; sie haben den wütenden Passagier nicht in Aktion gesehen, nicht einmal bemerkt. Und plötzlich hört der junge Mann zu schreien auf, er schaut den Männern zu, beobachtet sie, ist von ihnen fasziniert, steigt mit ihnen am Bahnhof ZOO aus und scheint ganz beruhigt zu sein. Immerhin begleitet er mich in die Ausstellung, fährt mit dem weiteren Bus in derselben Richtung ruhig weiter mit. Unheimlich, ich sehe ihn tatsächlich in der Ausstellung; ist er ein Ukrainer, ein Exilrusse? Er geht bedächtig durch alle Räume und ich wage nicht, ihn anzusprechen.
Wspomniała o niej Beata Stasińska na Facebooku: Monika Helfer „Ojczulek” , i „Hałastra. Napisała, że to interesujący kierunek w prozie wiejskiej, na razie tylko w przekładach. Nie wiem, czy się zgadzam, wydaje mi się, że w polskiej prozie wiejskiej dzieją się dobre rzeczy, wystarczy sam tylko Łukasz Barys i jego Jeśli przecięto cię na pół, ale Beata, wydawczyni wydawnictwa Sic! widzi to pewnie inaczej.
Oczywiście muszę teraz przeczytać obie te książki, skoro Beata nawet nie napisała, w której z nich, jest to zdanie o pięknym wydaniu Don Kichota, ale to nieważne, bo rozumiem, że ono w tej historii intensywnie funkcjonuje. Zanim o tym poczytam, pokażę Wam jeszcze inne fragmenty życia baratarystów.
***
Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny przybył do Berlina swoją kolejną łódką-wózkiem. Wędrował od Krosna Odrzańskiego kanałem Odra-Szprewa przez Grünau na Tempelhof. W Berlinie był trzy dni i spędził je intensywnie. To była wędrówka, którą wspólnie zaplanowaliśmy w marcu. I ta łódka się wtedy na tę wyprawę szykowała.
W czerwcu jednak przybyła ta łódka.
Płynęła dzielnie i równie dzielnie jechała na kółkach, ciągniona przez Don Kichota Marka Szaleńca Odrzańskiego.
Ok północy w czwartek przybyli. Zjedli co nieco, wypili co nieco i walnęli się spać. A przespawszy 12 godzin, Marek zdjął worek z wysokich krzaków przed domem. Worek pojawił się tam już w marcu, natychmiast potem, jak Marek wyjechał z Berlina. Przez te trzy miesiące nikt go nie zdjął, ani człowiek, ani zwierzę, ani wiatr.
W piątek Marek odwiedził (bez łódki) Polską Kafejkę Językową, gdzie rozmawialiśmy o zdrowiu i chorobie, w III Rzeszy, i w ogóle. W sobotę był z łódką na Polu Tempelhof na pikniku Polskiego Towarzystwa Szkolnego Oświata z okazji Najdłuższego Dnia w Roku.
Z kolei w niedzielę odbyliśmy (bez łódki) spacer miejski w samo południe (a był to, jak dotąd, najgorętszy dzień w roku!) w poszukiwaniu … piły!
Niedziela, jako się rzekło. Upał, wszyscy sąsiedzi wybyli z domu nad wodę na czerwcówkę, nie ma od kogo pożyczyć. Sklepy zamknięte, nie ma jak kupić. Pchli targ, taki byle jaki, typu mydło i powidło, gdzie spodziewałam się, że ani chybi dostaniemy piłę, był nieczynny. Gdy tam dotarliśmy w lejącym się na łeb skwarze, zastaliśmy pusty parking. Nie było żadnej kartki i żadnej informacji w internecie, po prostu miał być pchli targ jak zawsze, ale nie było.
Zrozpaczona upałem i niebyciem targu powiedziałam, “no, żeby to był kubek, garnek albo talerz, to pewnie byśmy je znaleźli na ulicy, ale piłę! Piły siłą woli nie wyczaruję!”
Pojechaliśmy na niepewne, nie wiedząc, czy coś z tego wyniknie, odwiedzić zaprzyjaźnione ogródki działkowe, gdzie może nic się nie dzieje, ale przecież wszyscy zawsze mają piły. I tak było! Jubilation. Pożyczyliśmy piłę i ruszyliśmy z powrotem do domu. Na uliczce wśród ogródków stała skrzynka, z której można było sobie wziąć, czego człowiek potrzebował.
My wzięliśmy piłę! Okazaliśmy się jednak bardzo skuteczni. Wyczarowaliśmy piłę. Szkoda, że dopiero wtedy, gdy mieliśmy już tę inną. Tak to pewnie zawsze jest ze stosowaniem magii, aby uzyskać zamierzone cele. Gdy stosuje się technikę, wszystko da się wymierzyć. Dlatego Sławosz, choć z opóźnieniami, doleciał jednak do tej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a my jak już wyczarowaliśmy sobie piłę, to wtedy, gdy nie była nam już potrzebna.
Mieliśmy więc dwie piły!
Marek przeciął łódkę na pół i wraz z dwoma starymi rowerami, które rozmontował, zapakował do piwnicy, gdzie teraz czekają na lepsze czasy. Nie wiem, jak to zrobił, bo w piwnicy już przedtem nie było miejsca! No nie było! Jak miało być, skoro od 16 lat, czyli od przeprowadzki, stoi tam 16 kartonów książek, których nijak nie dało się zmieścić w mieszkaniu? Są też różne inne klunkry, jak to w piwnicy, elementy jakichś nie ukończonych dzieł sztuki nowoczesnej, liczne wentylatory (lata w Berlinie są coraz gorętsze, wentylatorów trzeba coraz więcej!), ciuchy, których nie noszę, ale jeszcze nie wyrzuciłam, transparenty i ulotki, wydawałoby się, że już nieaktualne, np “Uwaga zły PiS”! Ale teraz nie wiadomo, czy znowu nie okażą się potrzebne. Rozłożony na części manekin kobiety ponad naturalnej wielkości, ze szczotką do butelek wystającą z brzucha, bo szczotka okazała się najlepszym łącznikiem między jej górą a dołem. Znalazłam ją kiedyś na ulicy. Miała wtedy skrzydła z czerwonych maków. Użyliśmy ich podczas wydarzeń o Irenie Bobowskiej, w polskiej mitologii maki to przecież krew. Kobieta nie ma już więc maków, ale nadal jest i ma szczotkę w brzuchu. Teraz osłania ją przepiłowana na dwie części łódka.
Marek wyjechał autobusem jak zwykły człowiek. W mieszkaniu wałęsają się porzucone łańcuchy, śruby i mutry. Przyszły dwie burze po kolei i każda stłukła jedną wielką donicę na balkonie. Może naraziliśmy się jakimś pająkom.
Bardzo to wszystko interesujące. I bardzo baratarystyczne.
30 lat temu też było lato. Było ciepło, a momentami upalnie.
Zjednoczone Niemcy nadal się jednoczyły. Pełne nadziei, która powoli przez kolejne lata uchodziła.
Artystom Christo i Jeanne-Claude udało się wreszcie uzyskać zgodę, po niemal 25 latach starań, na opakowanie Reichstagu.
Pomiędzy 24 czerwca a 6 lipca 1995 Reichstag schował się za srebrną, ognioodporną folią, związaną mocnym niebieskim sznurem. Letnia akcja artystów szybko przerodziła się w festyn, święto wolności, radości, choć nie brakowało również przeciwników tego projektu. W ciągu dwóch tygodni zapakowany Reichstag zobaczyło pięć milionów ludzi.
Westberlin, kawiarnia na Kreuzbergu w dawnych pomieszczeniach domu parafialnego kościoła pod wezwaniem św Agnieszki. Usiadłyśmy we trzy pod rozłożystym kasztanem i każda (za)mówiła coś innego. Herbatę, wodę i cappucino. A potem każda z nas coś innego napisała. I tak powstał(y) zielonoświątkowy(e) tekst(y) o piwoniach, polsko-niemieckich debatach, o karnawale kultur, brutalnej architekturze i starym przeboju zespołu Big Cyc.
Zamierzałem kontynuować temat haftowania miast i krajobrazów miejskich, dlatego mój pobyt w Berlinie obejmował pracę nad małym tamborkiem, przedstawiającym ogólny obszar, w którym przebywałem, New Tempelhof. Tworzenie rodzaju pamiętnika opartego na miejscu i czasie może być bardzo zabawne. Mała pamiątka.
sowie der Geist von Carl Millröcker & Christian Morgenstern & Bertolt Brecht
SUSA MUSAKOFF Ah, ah, seh’ ich ihn an Den jungen, ah, nicht mehr so jungen Mann, Ah, ah, wäre das mein Galan?
SILBERHAN
Ah, dieser Goldfasan, Wär’ das für sie der rechte Mann? Ah, dieser Goldfasan, Wär’ das für sie der rechte Mann?!
SUSA MUSAKOFF
Nicht lockt ihn Reichtum, prunkender Schein, Nein, er will nur mein Herz allein!
SILBERHAHN
Soll ich reden? Darf ich schweigen? Teuer ist jetzt guter Rat. Ach, ich bin durch ihre Liebe, Halb beglückt, halb desparat.
SUSA MUSAKOFF
Er hat etwas zu verschweigen, Ja, das seh’ ich in der Tat! Doch ich will nicht Neugier zeigen, Denn das wär’ undelikat.
SILBERHAN
Ich setz’ den Fall, Dass meine Wangen einst verblüht, Ich setz’ den Fall, Dass einst die Zeit drauf Furchen zieht. Geliebte! Geliebte! Wirst du treu mir dann noch bleiben? Ich setz’ nur den Fall.
SUSA MUSAKOFF
Ich halt’ die Lieb’ für bloße Spielerei, Ich lach’ und küss’ und denk’ mir nichts dabei.
SILBERHAN
Mag sein, gar schnell verrauschet der Genuss, Mag sein, was bleibt, ist nur der Überdruss.
SUSA & SILBERHAN
Vielleicht, wer so aus reinem Herzen liebt, Der weiß, dass es drei Hasen gibt.
SUSA MUSAKOFF
Und der wird sie sehen, Wie sie im Schaumbad am Plötzensee Auf Silberha(ha)ns Zehen Sich wunderlich drehen Als Löwin, Bärin und Reh.
SILBERHAN
Wow, eine Spinne ist auch in Sicht, Die ihre Netze fleißig flicht: Ihre Tentakel ganz ohne Gicht Umgarnen die Beute im Handumdrehen.
PUBLIKUM
Wir stehen selbst enttäuscht und sehn betroffen Den Vorhang zu und alle Fragen offen.