30 lat temu upadł Mur Berliński (8)

No cóż – temat aż się sam prosił. Od wielu tygodniu Ela Kargol i Joanna Trümner (i ja jako adminka) publikujemy tu co pewien czas opowieści o Murze Berlińskim. Od ponad roku berliński TIP też publikował kolejne odcinki serialu pod tytułem Grenzgänge – Wanderungen auf dem Berliner Mauerweg. Teraz TIP i ZITTY zebrały te opowieści, uzupełniły wywiadami i wydały jako książkę. Może my też tak zrobimy. Bo to na pewno nie są – nigdy nie są – ani te same opowieści, ani takie same.

 Ela Kargol

Mur, Niederkirchnerstraße

W Berlinie są dwie ulice Niederkirchner. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedna, ta bardziej znana, dzieląca dwie dzielnice, dwa sektory, dwa systemy polityczne, przy której do dziś stoją resztki autentycznego, nieco już okaleczonego muru berlińskiego, od 1961 roku przestała fizycznie istnieć, bo znalazła się w pasie granicznym, tzw. pasie śmierci.

A ponieważ Käthe Niederkirchner, komunistka z przekonania i działania, zamordowana w Ravensbrück bardzo pasowała do obrazu dobrych Niemców z NRD, w 1974 roku przemianowano ulicę w Prenzlauer Berg z Lippehner Straße (od miasteczka w zachodniopomorskim Lipiany) na ulicę Käthe Niederkirchner.

Teraz są znowu dwie ulice.Ta pierwsza, na granicy dwóch dzielnic Kreuzbergu i Mitte jest bardziej zauważalna. Do roku 1951 nosiła jeszcze nazwę Prinz-Albrecht-Straße. A ponieważ ten adres, kojarzył się z faszystowskim terrorem (tu mieściła się główna kwatera Gestapo), zmieniono ją po wojnie, dając jej imię zagorzalej antyfaszystki, która w walce z nazizmem poświęciła swoje życie.

Przy Niederkirchnerstraße znajdowało się nie tylko Gestapo, ale też należące do niego więzienie, dowództwo SS, służba bezpieczeństwa SS, oraz główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Tych budynków już nie ma, w odkopanych piwnicach jeszcze do 13 października można oglądać wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu. A MuzeumTopografii Terroru, otwarte w roku 2010, pokazuje bardzo dokładnie i precyzyjnie historię terroru III Rzeszy.

Może w 1951 roku jeszcze nikt nie przypuszczał, że w tym miejscu między sektorem amerykańskim i radzieckim będzie stał mur lub, używając retoryki z NRD, antyfaszystowski wał ochronny.

Przyjechaliśmy do Berlina w roku 1984. Mur dzielił miasto już ponad 20 lat i nic nie zapowiadało jego rychłego końca. Mur był zawsze i w owej chwili nie umiem sobie przypomnieć, żebyśmy poświęcali mu szczególną uwagę. Córkę odprawadzaliśmy do przedszkola przy Askanischer Platz, a więc niedaleko Niederkirchnerstraße, i nie pamiętam, żebyśmy podchodzili do muru i robili zdjęcia dla potomnych, a szkoda. Żyliśmy w tym mieście, otoczonym murem, jak na jakiejś wyspie, i dopiero teraz po 30 latach od jego upadku, zastanawiam się więcej nad jego fizycznym istnieniem i nad tamtą potrzebą szybkiego zapomnienia, wymazania z pamięci, tak że trudno jest mi trafić do miejsc, gdzie fizycznie istniał.

W roku 1985 odwiedził nas David spod Londynu. David był artystą malarzem, a Berlin Zachodni fascynował go szczególnie. Brał sztalugi i szedł w miasto, do Kościoła Pamięci (Gedächniskirche), do dworca Anhalckiego (Anhalterbahnhof), a w zasadzie do ruin, które z nich zostały i przypominają do dziś okrucieństwo wojny oraz do muru okalającego miasto, właśnie przy Niederkirchnerstraße. Była tam platforma widokowa, niejedna po zachodniej stronie muru, która mieszkańcom zachodniego sektora pozwalała spojrzeć na umocnienia graniczne Berlina Wschodniego. Wejście na taką platformę odbywało się na własną odpowiedzialność, a ponieważ różne opowieści krążyły o terrorze i możliwościach enerdowskiej straży granicznej, towarzyszyło mi przy tym zawsze lekkie uczucie strachu i dreszczyk emocji. David ze sztalugą, farbami, pędzlami spędzał na niej kilka godzin. Niestety nie mam zdjęć efektu jego pracy, ani przy pracy. David opowiadał, że był cały czas obserwowany i fotografowany. A więc kto wie, być może, gdzieś w archiwach Stasi zachowały się jeszcze raporty i zdjęcia. Niedawno dowiedziałam się o istnieniu wieży wartowniczej, jakby z drugiej strony pasa granicznego, położonej w kierunku Placu Poczdamskiego przy dzisiejszej Erna-Berger-Straße. Stamtąd rozpościerał się widok na budynki znajdujące się przy Niederkirchnerstraße.

Dzisiejszy budynek Parlamentu Berlina, dawny gmach Landtagu Prus był miejscem, gdzie toczyły się spory między dyktaturą a demokracją. Budynek otwarty dla wszystkich, który w pewnym miejscu na parterze posiada jeszcze podłogi z siedmiu epok politycznych, począwszy od czasów tzw. II Rzeszy przez Republikę Weimarską, czasy nazizmu, wojny, podziału Niemiec po dzień dzisiejszy. Gmach został odbudowany na rozkaz radzieckiej administracji wojskowej i w latach 1949-53 był siedzibą pierwszego rządu NRD, a w latach 80 – miejscem podsłuchu prowadzonego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego („Stasi”). Wejścia główne zamurowano potrójnymi murami, bo znajdowały się zbyt blisko zachodniej strony. Pracownicy wchodzili bocznymi drzwiami, poddając się licznym kontrolom.

David nie wiedział jaki budynek maluje, umieszczając go w drugim lub trzecim planie swojego obrazu.

Teraz przed głównym wejściem do gmachu można oglądać wystawę o upadku berlińskiego muru (Schön aber ist es, dass die Mauer Löcher bekommen hat), która jest jakby dalszą częścią poprzedniej wystawy o Pokojowej Rewolucji z 1989 roku (Von der Friedlichen Revolution zur deutschen Einheit).

Idąc dalej w kierunku Wilhelmstraße mijamy były gmach Reichsluftfahrtministerium (Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy), na czele którego stał Hermann Göring. Po wojnie i powstaniu NRD ten monumentalny budynek skupiał w sobie wiele ministerstw, Niemiecką Komisję Gospodarczą, Państwową Komisję Planowania NRD, później został nazwany „Domem Ministerstw“ ( Haus der Ministerien), obecnie budowla nosi imię zamordowanego w roku 1991 Detleva Rohweddera, szefa Urzędu Powierniczego i mieści się tu Federalne Ministerstwo Finansów.

W latach 50 ubiegłego wieku w westybulu budynku, w miejsce obrazu przedstawiającego maszerujących żołnierzy Wehrmachtu zawisło socrealistyczne dzieło Maxa Lingnera, wykonane na zamówienie enerdowskiego rządu: „Budowa Republiki” (Aufbau der Republik). W roku 2000 jako przeciwstawieństwo obrazu „szczęśliwego państwa robotników i chłopów” artysta Wolfgang Rüppel, bazując na fotografii demonstrantów z 17 czerwca 1953 roku, stworzył niczym karykaturalne odbicie dzieła Lingnera tzw. fotoinstarsję, przedstawiającą demonstrantów, tym samym upamiętniając powstanie robotników w Berlinie Wschodnim.

W formie komiksu na ogrodzeniu Ministerstwa Finansów pokazana jest spektakularna ucieczka rodziny Holzapfel z dachu budynku na zachodnią stronę.

https://www.bundesfinanzministerium.de/Content/DE/Videos_tatue-app/Historisch/2016-06-30-flucht-holzapfel/2017-06-30-flucht-der-holzapfels.html

 

W roku 1988 w Martin-Gropius-Bau (budynek Gropiusa), już w zachodniej części miasta, dokładnie na przeciwko budynku Landtagu, odbywała się wystawa znanego, dla niektórych kontrowersyjnego niemieckiego artysty Josepha Beuysa. Wchodzilo się wtedy do muzeum od Stresemannstraße, bo główne wejście, od Niederkirchnerstraße znajdowało się zbyt blisko muru.

Budynek Królewskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego po zachodniej stronie muru, zniszczony mocno podczas wojny, który cudem uniknął wyburzenia, został pieczołowicie odrestaurowany w końcu lat 70 i ponownie w latach 90, już po upadku muru. Jest to miejsce, gdzie można oglądać wspaniałe i ważne wystawy. To tu odbywała się w roku 2011 wystawa “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, której kuratorką była Anda Rottenberg.

Josepha Beuysa poznałam osobiście, krótko przed jego śmiercią i krótko po moim przyjeździe do Berlina. Był na pewno nieprzeciętnym artystą i charyzmatycznym człowiekiem. W czasie wojny studiowł w moim rodzinnym mieście na uczelni, którą skończyłam 40 lat później. Wtedy nosiła nazwę Reichsuniversität Posen.

W sztuce wykorzystywał materiały tak nietrwałe jak tłuszcz, filc, miód, oraz rzeczy codziennego użytku. Tworzył akcje, performace, był jednym z głównych członków artystycznego ruchu Fluxus, w którym sztuka wykraczała bardzo poza istniejące kanony.

W roku 1964 Beuys zaszokował wszystkich swoją ideą, postulatem, aby mur w Berlinie z powodów estetycznych i proporcjonalnych podnieść o pięć centymetrów. W zasadzie można powiedzieć, że żart artysty się spełnił, bo mury następnych generacji były wyższe i bardziej perfekcyjne. To właśnie taki mur typu 75 (Grenzmauer 75) stoi do dzisiaj przy Niederkirchnerstraße, otoczony z obydwu stron siatką, która ma chronić resztki tego betonu przed tzw. „dzięciołami”.

Po swojej wypowiedzi artysta musiał się tłumaczyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Dla niego mur był absurdem, który tylko fizycznie podzielił miasto i jego stan rzeczywisty nie był tak ważny, jak ważny był stan duchowy i mentalny tych, którzy mur stworzyli. „Nie należy tyle rozprawiać o murze, ale udowodnić przez samoudoskonalenie, wyższą moralność w ludziach, a wszystkie mury znikną.”

Joseph Beuys zmarł dwa lata przed upadkiem muru.

 

Was mich wundert (immer noch)

Ewa Maria Slaska

Wir sind alle Kriminelle. Und Idioten obendrauf.

Die Impressionen und Reflexionen, die ich hier präsentieren werde sammelten sich in den letzten Wochen an und sie taten es nicht umsonst. Ich gewann von ihnen den oben formulierten Eindruck: Man hält sich gegenseitig für Kriminellen, die unter Kontrolle der Polizei gehören, und obendrauf findet man, dass die Mitmenschen einfach Idioten sind.

Beweise? Bitte sehr.

Ich wohne in einer schöner Kleinhäuser- und Niedrigmiethäuser-Siedlung, die, gegründet Ende des 19. Jahrhunderts und ausgebaut in den 20ern, mal Gartenstadt hieß. Und es ist wohl wahr – wir wohnen in einer Gartenidylle. Man stellt die Körbe voll mit Fallobst geladen auf die Straßen, damit die anderen es sich nehmen können, man hat größtenteils Gartenzäune entfernt, damit wir das Gefühl haben, es ist alles unser. Man macht Straßenpartys, Grünanlagenpicknicks und Plantchbeckenkonzerte, man, man, man…

Nun ja…

Eine kleine Nebenstraße. Zwei große Quittenbäume sind im September vor einem Haus voll goldener Früchte, es sind so viele, dass entweder macht man eine Produktionskette für Marmeladen, Süßwerk und Liköre, oder die magischen Birnen fallen runter und verfaulen. Auf dem Baum hängt ein Zettel:
Dieb, nimm die Früchte nicht weg, komm nach 1. Oktober, dann werden sie gesammelt und verteilt.
Die Botschaft ist klar und einleuchtend, soll gar friedlich anmuten, wieso aber beginnt sie mit dem Wort DIEB, wieso nicht Nachbar, Freund, Kumpel, Passant, gar Fremder? Nein, DIEB.

Eine andere kleine Straße. Vor dem Haus hat man einen Miniatur-Park gezaubert. In einem Kreis von Rosen wurde ein kleiner runder Platz eingerichtet, schön mit Steinquader ausgelegt. Mitten des Kreises wurde eine Bank gestellt, genauso eine wie in einem richtigen Park nur kleiner. Es gibt sogar ein gewundener Pfad zur Straße hin, ebenfalls mit schön bearbeiteten Steinen gepflastert. Alles sehr geschmackvoll. Nicht mein Still vielleicht, aber an sich eine bildhübsche Anlage, die nie von jemandem benutzt wird. Mindesten seit zehn Jahren als ich hier in der Nähe wohne, habe ich auf der Bank nie jemandem gesehen.

Offensichtlich irre ich mich. Seit ein paar Wochen klebt auf der Bank ein Zettel in einer Plastikhülle. Von der Strasse her lässt sich nicht entziffern, was da geschrieben steht. Ich komme also näher (betrete das Grundstück!) und lese: Es ist unser privates Grundstück. Beim Betreten und Banknutzen wird sofort die Polizei gerufen. Also. SOFORT und POLIZEI. Und natürlich UNSER und PRIVAT. Am nächsten Tag, um den Eindruck ein Bißl zu besänftigen, hat man neben dem Zettel zwei Plüschbären gesetzt. Aber das Wort POLIZEI bleibt.

In einem der Häuser gibt es Party. Bin ja auch eingeladen. Nach wunderbarem Essen und schönen Plaudern im Garten gehen wir nach Hause. Vor mir zwei ältere Damen, beide schon sehr schlecht auf den Beinen. Der Ausgang besteht aus vier kleinen Stufen ohne Gelände. Eine der Damen hat sichtlich Schwierigkeiten damit. Die andere und ich eilen ihr zur Hilfe, halten sie, sozusagen, fest im Griff und bringen sie nach unten. Eigentlich ist es verboten, sagt sie. In Berlin muss man ab drei Stufen ein Gelände einmontieren. Man kann die Polizei rufen.
Ich schaue sie verdutzt an. Wir waren doch bei einer Freundin. POLIZEI RUFEN? Ist es ihr ernst? Sind die POLIZEI und VERBOT einzige Kategorien, in denen sie denken kann? Stadt zum Beispiel zu sagen, dass man vielleicht mit Gertrud darüber sprechen soll, irgendetwas bei der Sache zu unternehmen.

OK, aber nicht nur unsere Gartenidylle bereitet mir Kopfzerbrechen. Ab und zu muss ich doch raus in die grosse Welt. Zum Beispiel in ein Ministeriumshaus. Ich bin eine Urlaubsvertretung für meine Freundin. Das tue ich schon seit ein paar Jahren, jetzt arbeitet sie aber in einem neuen Raum. Ich gehe in die kleine Teeküche nebenan. Es ist eigentlich keine richtige Teeküche, sondern eh ein sparsam eingerichtet Rattenloch. Ich warte, bis das Wasser kocht und schaue mir eine komplizierte Kombination aus Kabel und Schalter, die es erlaubt (zwingt) jeglicher Wasserkochgang drei Mal zu versichern. Mir ist ein bisschen mulmig. Wieso denkt man nicht, dass wir imstande sind, Wasser zu kochen ohne gleich große Schäden einzurichten. Wieso setzt man voraus, dass wir hier etwas falsch machen werden. Und dann, jaaaa, dann sehe ich, dass daneben noch ein Zettel hängt. Ich lese es und glaube meinen Augen nicht:

Also SCHWEINESTALL, CHAOS, GESTOHLENES ESSEN… Nicht Mal Kühlschrank gibt es in dieser Küche, keine Schubladen, keine Schränke, wo ist das Essen, das irgendjemand hier stehlen kann? Und wenn es hier auch etwas gäbe und zugleich jemand, der es stehlen möchte, was hätte er stehlen können – ein Teebeutel ab und zu, ein Löffel Kaffee, zwei Weintrauben? Was kann man groß in diesem Rattenloch verrichten? Wer ist auf die Idee gekommen, hier so eine Beleidigung aufzukleben? Ja klar, auch hier sieht man wieder ein laues Versuch, wie bei der Bank zwischen den Rosen, die Sache zu entschärfen, damit jemand über kleine Geschenke schreibt. Aber wieso nimmt er/sie den Zettel nicht einfach weg. Wieso erlauben alle Küchenutzer, dass das Ding da sichtlich seit langem klebt?

Was seid ihr alle? Auf Polnisch werde ich fragen: pogięło Was? Seid ihr gekrümmt worden?

Zur allgemeinen Aufheiterung zeige ich hier noch etwas, was uns ausnahmsweise nicht für Diebe hält, wohl aber für Idioten. Schaut ihr euch das an.

Telefonieren und Gewinnen

Habt ihr es gesehen? Dann bitte, sagt mir, WO ist die Telefon-Nummer, die man anrufen soll???

Heute / Dziś

Stadtführung – Wycieczka po Berlinie

Auf den Spuren von Tschechen, Russen, Bulgaren und Polen im Berliner Bezirk Rixdorf (Neukölln)

Wycieczka śladami Czechów, Rosjan, Bułgarów i Polaków w berlińskiej dzielnicy Rixdorf (Neukölln)

Explore Berlin’s East Europe Now: Rixdorf/Neukölln

Organizatorzy / Organisatoren: Osteuropa-Tage Berlin

  • Niedziela / Sonntag,
    15. September /  września 2019
    14:00 – 18:00
  • Neuköllner Oper

    Karl-Marx-Straße 131-133, 12043 Berlin
    Neukölln ist heute ein Ort, an dem Menschen unterschiedlicher Herkunft zusammen leben und arbeiten. Und auch Flüchtlinge und Übersiedler aus dem heutigen Osteuropa fanden hier ihre neue Heimat – ob die tschechischen Protestanten aus Böhmen, die hier im 18 Jh. kamen, polnische Exilsuchende der 80er Jahre, bulgarische Arbeitssuchende im vereinigten Europa. Unser Rundgang mit dem aus Stettin stammenden und seit über 20 Jahren in Berlin lebenden Stadtführer Martin Januszewski führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Wir gelangen zu dem kirchlichen Arbeitslager, wo meist russischen Zwangsarbeiter arbeiteten, zu der bulgarisch-orthodoxen Kirche, einem polnischen Restaurant mit italienischem Einfluss und zu einem böhmischen Dorf, das noch heute einige Traditionen aus der Heimat pflegt und hegt.
    Im Restaurant Bona machen wir eine lunchpause und bitten alle Teilnehmer ca. 10 Euro in der Tasche zu haben für wunderbares Essen (mit selbstgebackenem Brot) und ein Getränk. Somit bedanken wir uns bei der Gastronomen, die an dem Tag zwischen 16 und 17 Uhr nur für uns geöffnet sind.
    Bitte melden Sie sich HIER verbindlich an.
    14:00
    Treffen am Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Besichtigung im Rixdorf mit kleiner Pause im Comenius Garten
    15:30 – 16:00
    Gang über Körnerpark und Thomasstraße zu polnisch-italienischen Restaurant Bona Kollektiv (Lunchpause)
    16:00 – 17:00
    Essen und Gespräch mit einem Priester von der Bulgarischen Kirche
    17:00 – 17:30
    Besichtigung der Bulgarischen Orthodoxe Kirche
    17:30 – 18:00
    Spaziergang durch den Friedhof zu dem kirchlichen Zwangsarbeiter Lager
    18:00
    Besuch bei dem Denkmal für Zwangsarbeiter auf dem Thomas-Friedhof

    Neukölln to dzielnica Berlina, gdzie spotykają się ludzie z całego świata a więc i z Europy Wschodniej, którzy dziś tu wspólnie mieszkają i pracują. Przybywali tu zarówno emigranci, jak uciekinierzy, jak ludzie sprowadzeni tu przymusowo.  W XVII wieku przybyli tu czescy protestanci z Moraw, w XX wieku robotnicy z Bułgarii i robotnicy przymusowi z Rosji, w latach 80 pojawili się Polacy tzw. emigracji solidarnościowej. Wycieczkę prowadzi Martin Januszewski, profesjonalny przewodnik, pochodzący ze Szczecina, który od 20 lat mieszka w Berlinie. To on poprowadzi nas najpierw do dawnego Rixdorfu, czeskiej wioski, w które do dziś pielęgnuję się pamięć przybyszów. führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Pokaże nam kościelny obóz pracy przymusowej, gdzie pracowali przede wszystkim Rosjanie, bułgarską cerkiew i polsko-włoską restaurację, gdzie zjemy spóźniony lunch (koszt około 10 euro wraz napojem – prosimy, żeby uczestnicy wycieczki wsparli ten świetny lokal polsko-włoski, który od 16 do 17 będzie otwarty tylko dla nas).
    Zgłoszenia TU.
    14:00
    Spotkanie przy wejściu do Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Zwiedzanie Rixdorf (krótki odpoczynek w Comenius Garten)
    15:30 – 16:00
    Spacer przez Körnerpark i Thomasstraße do polsko-włoskiej knajpki Bona Kollektiv
    16:00 – 17:00
    Lunch i rozmowa z księdzem z kościoła bułgarskiego
    17:00 – 17:30
    Zwiedzanie kościoła bułgarskiego
    17:30 – 18:00
    Przejście do kościelnego obozu pracy przymusowej
    18:00
    Odwiedziny Miejsca Pamięci na cmentarzu św. Tomasza – kamień i wystawa przypominają losy robotników jedynego w Europie kościelnego obozu pracy przymusowej

Der Comenius Garten

In zwei Tagen laden wir zu einer Stadtbesichtigung in Rixdorf ein. Heute möchten wir über einen Garten berichten, den wir an dem Tag besuchen werden. Der Comenius Garten.

Alles beginnt mit einer Überraschung. Man geht die Richardstrasse entlang, die Hauptstrasse des sog. Bömischen Dorfes in Berlin. Auf einer Seite der Strasse kleine Häusschen, die so typisch für Rixdorf sind, auf der anderen – das sieht man an jeder Stadtteilkarte – der Comenius Garten. Eine nicht besonders spektakuläre Grünanlage, rechts Büume, daneben Rasen, der Kiesweg, ein paar Banken, kleine Greenoase, die von der Strasse von einem Holzzaun getrennt ist. Holzzaun, kleines Tor. Zu. Man schaut irritiert, findet die Infotafel mit Öffnungszeiten, prüft nach. Ja, es ist geöffnet. Ist aber zu.

Und wenn man es nicht weiß, kommt man nicht rein. So einfach ist es. Man muss wissen, um etwas zu erreichen. Lernen, Infos sammeln, nachdenken… Ganz im Sinne des Comenius, der ein Pädagoge war.

Johann Amos Comenius
(Komensky)

* 28. März 1592 in Nivnice, Südostmähren; † 15. November 1670 in Amsterdam, war ein tschechischer evangelischer Philosoph, Theologe und Pädagoge sowie Bischof der Unität der Böhmischen Brüder aus der Markgrafschaft Mähren.

Bild von Comenius (gemalt zwischen 1650 und 1670 bei Jürgen Ovens) im Rijksmuseum in Amsterdam.

 
Der Garten befindet sich eigentlich hinter der kleinen Grünanlage, die man von der Strasse sieht und ist ganz nach Comenius Idee omnes omnia omnino excoli angelegt, was ungefähr bedeutet, dass wir unser ganzes Leben lernen. Wir beginnen schon als Embryos und Enden im Moment des Todes.

Wie man in den Garten docht reinkommen kann und wie er aussieht, dies erzählen wir in zwei Tage.

See you am 15. September um 14 Uhr vor der Neuköllner Oper.

Für alle andere kommt die Erklärung heute nacht 🙂

 

 

30 lat temu upadł Mur Berliński (7)

Joanna Trümner (tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Marienfelde (odcinek 2)

Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.

Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.

Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.

Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.

Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.

W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.

Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.

Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.

W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.

Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.

Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło “równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.

Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.

Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.

W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.

Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.

Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu “podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.

Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.

Cdn.

30 lat temu upadł Mur Berliński (6)

Joanna Trümner (tekst) / Ela Kargol (zdjęcia)

Obóz w Marienfelde

Część pierwsza

Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.

Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?

Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.

Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.

Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.

Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.

Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.

Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.

Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.

Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.

Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.

Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.

Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.

Cdn.

Streifzüge durch Berlin: Gradiva

Heute vor 1940 Jahren

Ewa Maria Slaska

Fotos oben: Regine Lockot

Ich schlendere durch Berlin, habe Zeit, das Wetter ist schön, auf dem Mittelstreifen von der Kurfürstenstrasse sehe ich vom Weiten eine weisse antike Frauenfigur. Ich gehe hin, schaue mir eine schöne Skulptur an und denke, dass sie mich irgendwie an diese ebenso schöne Fresco von Flora in Stabie, Schwesterstadt von Pompei und Herkulanum erinnert. Diesselbe ungezwungene und fröhliche Atmosphäre, diesselbe schöne, sicher auftretende junge römische Frau.

Ich lese den Text auf der anderen Seite des Reliefs:

GRADIVA

Vom 25. Bis 27. September 1922 fand hier, in der Kurfürstenstraße 115/116, im „Haus des jüdischen Brüdervereins gegenseitiger Unterstützung” der 7. Internationale Psychoanalytische Kongress der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung (IPV) statt. Er war der letzte, an dem Sigmund Freud persönlich teilnahm.

Nach einer Blütezeit der Psychoanalyse im Berlin der 20er Jahre wurden ab 1933 alle jüdischen Psychoanalytiker durch die Nationalsozialisten aus Deutschland vertrieben. Die Deutsche Psychoanalytische Gesellschaft mußte 1938 aufgelöst werden.

Zum Thema „Erinnern, Wiederholen und Durcharbeiten in Psychoanalyse und Kultur heute” kamen zum ersten Mal nach dem 2. Weltkrieg wieder Psychoanalytiker der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung nach Berlin, um hier vom 25. bis 29. Juli 2007 den 45. Internationalen Psychoanalytischen Kongress abzuhalten.

Bis zu seiner erzwungenen Emigration 1938, hing ein Gipsabdruck der „Gradiva” neben Sigmund Freuds Couch in Wien. Seine Interpretation der Gradiva-Novelle von Wilhelm Jensen ist die erste größere psychoanalytische Untersuchung eines literarischen Werkes.

Sigmund Freud fand in London Exil.
Dort starb er am 23. September 1939.


Schöne Idee. Schöne Art einen Kongress und einen großen Mann zu erinnern. Im Internet finde ich auch das Buch.

Gradiva: Ein pompejanischen Phantasiestück
von Wilhelm Jensen
mit Vorwort von Sigmund Freund

Dresden/ Leipzig 1903

Beim Besuche einer der großen Antikensammlungen Roms hatte Norbert Hanold ein Reliefbild entdeckt, das ihn ausnehmend angezogen, so daß er sehr erfreut gewesen war, nach Deutschland zurückgekehrt, einen vortrefflichen Gipsabguß davon erhalten zu können. (…)  Ungefähr in Drittel-Lebensgröße stellte das Bildnis eine vollständige, im Schreiten begriffene weibliche Gestalt dar, noch jung, doch nicht mehr im Kindesalter, andrerseits indes augenscheinlich keine Frau, sondern eine römische Virgo, die etwa in den Anfang der Zwanziger-Jahre eingetreten. (…) Wo war sie so gegangen und wohin ging sie? (…) Um dem Bildwerk einen Namen beizulegen, hatte Hanold es für sich ›Gradiva‹ benannt, ›die Vorschreitende‹.

Der Relief weckt in einem jungen Archäologen, der sie als Abguss in seinem Arbeitszimmer stellte, endlich Mal, würde man sagen, das Interesse an lebendigen Frauen. Genauer gesagt an deren Gangart, denn  er Versuchte unter seinen Zeitgenössinen eine zu finden, die den Fuß so anmutig und fast senkrecht beim Gehen  hielt wie eben die Gradiva.
Dann träumte es ihn, dass er sich in Pompei befände, wo er einige Male zur Forschungzwecke schon weilte. Im Traum war es grade der 24. Augusttag des Jahres 79, der den furchtbaren Ausbruch des Vesuvs mit sich brachte. Der Himmel hielt die zur Vernichtung ausersehene Stadt in einen schwarzen Qualmmantel eingeschlagen, nur da und dort ließen durch eine Lücke die aus dem Krater auflodernden Flammenmassen etwas von blutrotem Licht Übergossenes erkennen.

Er träumte immer noch, als er plötzlich Gradiva sah. Und wie es  im Traum oft passiert, schien es ihn normal, dass die Skulptur aus seinem Arbeitszimmer hier als lebendige Frau voranschreitet, in Gedanken versunken und somit noch nicht ahnend, was ihr und der ganzen Stadt bevorsteht. Bis dahin hatte ihn kein Gedanke an ihr Hiersein angerührt, jetzt aber ging ihm auf einmal und als natürlich auf, da sie ja eine Pompejanerin sei. (…) Dann indes, ihn jählings überfallend, kam ihm zum Bewußtwerden, wenn sie sich nicht eilig rette, müsse sie dem allgemeinen Untergang mit verfallen, und heftiger Schreck entriß seinem Mund einen Warnruf. Den hörte sie auch, denn ihr Kopf wendete sich ihm entgegen. (…) Sie schritt jedoch weiter, noch bis zum Portikus des Apollo Tempels hinan, wo sie sich zwischen den Säulen legte, von der Schwefeldünsten des Vulkans erstickt. Hanold wachte auf und erst nach langer Weile erkannte er, dass er nicht wirklich vor fast zwei Jahrtausenden dem Untergang an der Bucht von Neapel beigewohnt habe.

Plötzlich, und zwar nich im Traum, sondern Diesseits, erkannte er eine junge Frau, die drunten auf der Straße ging (…) leicht elastischen Schrittes dahin. Sie hielt mit der linken Hand ihren nur bis zu den Knöcheln herabreichenden Kleidsaum ein wenig aufgerafft, und seinen Augen erregte es den Eindruck, als ob bei der schreitenden Bewegung sich die Sohle ihres nachfolgenden schmalen Fußes für einen Moment auf den Zehenspitzen senkrecht vom Boden aufrichte. Er lief ihr nach. Vergeblich.

Sie war nicht zu finden und ihm war es in Berlin ohne sie unerträglich geworden. Er reiste sofort ab. Zuerst nach Rom, dann nach Neapel und letztendlich nach Pompei. Egal aber, wo er sich befand, störte ihn sofort alles, bis er sich selbst zugeben müsste, daß er mißmutig sei, weil ihm etwas fehle, ohne daß er sich aufhellen könne, was. Und diese Mißstimmung brachte er überallhin mit sich. Alles war zweck- und sinnlos, er selbst: taub und blind (…) auch die Natur war außerstande, ihm zu bieten, was er um sich und in sich vermißte. Nicht Mal der Besuch in Pompeji half ihn, seinen Spleen zu lindern. Sogar hier bemächtigte sich seiner Augen und geistigen Sinne eine entschiedene Gleichgültigkeit. Ja, sogar Pompeji war nichts mehr als außerordentlich nüchterner Schutthaufen. Als die Touristen zum Tisch gingen und herr Hanold alleine in der toten Stadt blieb, herrschte dort plötzlich vollkommene Reglosigkeit. Alles stand still, nur über den Vesuv hing eine wie eine Pinie geformte dunkle Rauchwolke. Es war unheimlich still und heiß, alles badete in der Sonne, als ob sich der große Pan zum Schlafen hingelegt hat. (…) Dann aber löste die Sonne die Gräberstarre der alten Steine, ein glühender Schauer durchrann sie, die Toten wachten auf, und Pompeji fing an, wieder zu leben. Mit geöffneten Augen blickte Hanold die Straße entlang, doch war’s ihm, als tue er’s in einem Traum. Darin trat plötzlich (…) etwas hervor, und über die Lavatrittsteine, die vor dem Hause zur anderen Seite der Strada di Mercurio hinüberführten, schritt leichtbehend die Gradiva dahin. Ganz zweifellos war sie’s; wenn auch die Sonnenstrahlen ihre Gestalt wie mit einem dünnen Goldschleier umgaben, nahm er sie doch deutlich und genauso im Profil, wie auf dem Relief, gewahr. (…) Zugleich mit dem Anblick aber war’s Hanold hell im Gedächtnis aufgewacht, daß er sie schon einmal so im Traum hier habe gehen seh’n, in der Nacht, als sie sich drüben am Forum ruhig wie zum Schlafen auf die Stufen des Apollotempels hingelegt hatte. Und mit dieser Erinnerung zusammen kam ihm noch etwas anderes zum erstenmal zum Bewußtwerden: Er sei, ohne selbst von dem Antrieb in seinem Innern zu wissen, deshalb nach Italien und ohne Aufenthalt von Rom und Neapel bis Pompeji weitergefahren, um danach zu suchen, ob er hier Spuren von ihr auffinden könne. Und zwar im wörtlichen Sinne, denn bei ihrer besonderen Gangart mußte sie in der Asche einen von allen übrigen sich unterscheidenden Abdruck der Zehen hinterlassen haben. (…) Die Gradiva überschritt in ihrer ruhigen Hurtigkeit die Trittsteine und ging, nun den Rücken wendend, auf dem Trottoir der andren Seite fort (…) und begab sich in das Haus des Meleager.

Hanold wußte nicht, nicht ob er wache oder träume.

Er ging ins Meleagers Haus, das, da es Mai war, voller wilder blühender Mohnblüten war, wie alle Häuser in der Totenstadt. Träumte es ihm, als er – nur etwa fünf Schritte von ihm entfernt, in dem schmalen Schatten, den ein einzelnes, noch erhalten gebliebenes Oberstück des Saalportikus herabwarf, zwischen zweien der gelben Säulen auf den niedrigen Stufen eine hellgewandete, weibliche Gestalt sitzen sah, die mit leichter Bewegung jetzt den Kopf ein wenig emporhob? (…) Er hatte gefunden, wonach er gesucht, was ihn unbewußt nach Pompeji getrieben; die Gradiva führte ihr Scheinleben in der mittägigen Geisterstunde noch fort und saß hier vor ihm, so wie er sie im Traum sich auf die Stufen des Apollotempels niederlassen gesehn. Auf ihren Knien lag etwas Weißes ausgebreitet, das sein Blick klar zu unterscheiden nicht fähig war; ein Papyrosblatt schien’s zu sein, und eine Mohnblüte hob sich mit rotem Scheine von ihm ab.

Er spricht sie zuerst Griechisch und dann auch Lateinisch an. Und sie antwortete auf Deutsch. Es wunderte ihn aber keineswegs. So musste es gewesen sein. Dann aber stand sie auf, ging ein paar Schritte fort und verschwand. Die Mittagsgeisterstunde war vorüber.

Am nächsten Tag ging er wieder hin, diesmal aber heimlich, durch einen unbewachten Eingang, zu Mittagsstunde ins Meleagers Haus. Unterwegs sah er eine ganz mit weißen Glockenkelchen behängte Asphodelos-Blütenschaft, die er abbrach und mitnahm. Wenn die Mittagsstunde endlich kam, sah Hanold sie wieder zwischen zwei Säulen sitzend. Da fragte sie: Bringst du mir die weiße Blume?

Dann sprechen sie miteinander, und stellen fest, dass sie sich schon einmal, vor fast zwei Tausend Jahren gesehen haben müssten. Er erzählt ihr von seiner Suche nach einer Frau, die genauso einen Gangart hat als sie auf dem Relief in Rom. Nach einer Weile nimmt sie die Blume und geht in die Unterwelt zurück, sie vereinbaren aber noch ein Treffen am nächsten Tag. Diesmal lies Gradiva, die übrigens Zoë – Leben heissen sollte, ein kleines Skizzenbuch zurück, in dem Pompeji von heute abgebildet ist – Ruinen, Steine, wilde Blumen.

Hanold weiss, dass er krank ist, dass ihm entweder sein Kopf oder sein Herz Spielchen spielen. Er trink zu viel Wein, er läuft den ganzen Nachmittag hin und her, trifft einen alten vermeintlich leicht verrückten Zoologen, der Eidechsen fängt, und versucht nicht darüber nachzudenken, was ihm geschehen ist. Er wandert ziellos, kauft irgendwo eine pseudo-antike Spange, von der er denkt, sie gehörte Zoë vor zwei Tausend Jahren, ließ sich eine (damals unglaubwurdige sogar für einen Archäologen) Geschichte erzählen, dass man in Pompeji ein Liebespaar ausgegraben hat, zwei Leichen, die sich eng umschlungen um zusammen, in den Tod zu schreiten, und stellt sich vor, die junge Fraue wäre eben Zoë-Gradiva. Mit keinem Gedanken würdigt er die Tatsache, dass wenn er Zoë das zweite Mal sieht, trägt sie helle Lederschuhe und nicht Sandalen, wie auf dem Relief.

Weitere Nacht geht vorbei. Diesmal pflückt Hanold unterwegs ein paar rote Rosen und geht ganz normal, seinen Eintritt zahlend, in die Pompeji-Stadt. Erst als er wieder vor dem Eingang zur Casa di Meleagro steht, fällt ihn ein, die liebende Frau hätte Zoë sein können und dies hätte bedeuten müssen, sie hätte einen Liebhaber, den in diesem Moment Hanold regelrecht hasst. Sie ist jedoch allein gekommen, wie auch gestern und vorgestern. Er gibt ihr Rosen und ihr Skizzenbuch zurück, fragt auch, ob die antike Spange Mal ihr gehörte. Sie verneint aber. Überhaupt benimmt sie sich, als ob sie ein modernes Weib wäre. Sie teilen sich ihr zweites Frühstück, dass sie in Kleidertasche mithatte. Sie assen schweigend, bis die Gradiva sagte: »Mir ist’s, als hätten wir schon vor zweitausend Jahren einmal so zusammen unser Brot gegessen. Kannst du dich nicht darauf besinnen?«

Aber dann ist sie doch ganz gegenwärtig und dazu noch kennt sie seinen Namen. Du bist doch offenbar verrückt, Norbert Hanold, sagt sie und in denselben Moment kommen ins antike Haus ihre Bekannte.

Er flüchtet. Ihm ist es klar, dass er, völlig ohne Sinn und Verstand zu glauben versuchte, dass er sich seit drei Tagen mit einer wieder lebendig gewordenen jungen Pompejanerin traff.

Er flüchtet und daher ist nur der Leser und nicht auch Hanold, der erfährt, dass Zoë mit ihrem Vater, dem alten Zoologen, in der abgelegenen Albergo del Sole wohnt.

Da sehen sie sich wieder in einem anderem alten pompejanischen Haus. Ein leicht verrückter junger Archäologe und eine junge Dame vor Welt. Sie ist Tochter eines bekannten Zoologen Richard Bertgang und wohnt mit ihrem Vater in Berlin dem Haus, wo Hanold wohnt, schräg gegenüber. Sie kennt ihn also und zwar seit eh, er sie nicht mehr, weil er ein typischer Wissenschaftler geworden ist – zerstreut. Sie gesteht, dass sie, als sie entdeckte, was er im Kopf hat, mit ihm gespielt hat.

Daher also die Schuhe statt Sandalen. Und daher kennt sie seinen Namen.

Und am Ende werden sie heiraten!

🙂


Was der Freud darüber denkt? Lesen Sie HIER.

30 lat temu upadł Mur Berliński (5)

– a dziś mija 58 rocznica rozpoczęcia jego budowy

Ela Kargol

Kaplica Pojednania w Berlinie

Jest godzina 12:00. Codziennie o tej porze w Kaplicy Pojednania przy Bernauer Straße w Berlinie odprawiane jest krótkie nabożeństwo – wspomnienie w intencji jednej z ofiar berlińskiego muru. Muru, który nie miał prawa powstać i, którego, jak zapewniał pierwszy sekretarz SED, Walter Ulbricht, „nikt nie miał zamiaru budować“, muru, który podzielił jeden naród, jedno miasto i jedną Europę. Rozdzielił rodziny, przyjaciół, ulice, dzielnice i parafie.

Jest 9 sierpnia 2019 roku, godzina 12.00, dzisiejsze modlitewne wspomnienie w Kaplicy Pojednania poświęcone jest Christianowi Buttkusowi, któremu zabrakło kilku metrów, żeby znaleźć się po drugiej stronie muru. Urodzony w Tylży w roku 1944, uciekał z rodziną z Prus Wschodnich do Niemiec. Zatrzymali się Berlinie, w Niederschönhausen, w strefie sowieckiej. Buttkus nie uznał nigdy NRD za swoją ojczyznę, a karta powołania do wojska przyspieszyła decyzję ucieczki. 4 marca 1965, trafiony 25 kulami w klatkę piersiową, zmarł na „pasie śmierci“, gdzieś między Kleinmachnow a Berlinem-Zehlendorfem.

Od 13 sierpnia 2005 roku odprawiane są w Kaplicy Pojednania nabożeństwa w intencji ofiar muru. Organizatorem ich jest ewangelicka Parafia Pojednania i Fundacja Mur Berliński.

Kościół Pojednania został wybudowany w Berlinie w 1894 roku.

Ciekawe, że był też inspiracją dla gdańszczan – kilka lat później w Gdańsku-Oliwie powstał bardzo podobny kościół pod tym samym wezwaniem i stoi do dziś, zmienił tylko gospodarza.

Ten w Berlinie działał prężnie w dzielnicy, w której musiał borykać się z wieloma problemami społecznymi. Przetrwał I Wojnę Światową, z drugiej wyszedł, choć zniszczony, ale obronną ręką.W 1950 roku odremontowany, podjął duszpasterską działalność i do roku 1961 regularnie odprawiane były tu msze. Budynek miał jednak pecha, znalazł się bowiem dokładnie na granicy sektora francuskiego i sowieckiego. Większa część parafii znajdowała się po stronie francuskiej, mniejsza wraz z kościołem  – po radzieckiej. 13 sierpnia 1961 roku odprawiono w kościele ostatnią mszę, dostępną tylko dla mieszkańców ze wschodniej części Berlina.

Kościół znalazł się w niedostępnym pasie granicznym, na obszarze tzw. „pasa śmierci.“ Nie eksploatowany, bez parafian, bez remontów, niszczał. Tylko wieża kościoła służyła długie lata żołnierzom strzegącym granicy niemiecko-niemieckiej jako punkt obserwacyjny i świetne miejsce strzelnicze.

Jednak w roku 1985 dla “zwiększenia bezpieczeństwa, porządku i czystości na granicy państwowej z Berlinem Zachodnim” kościół został zrównany z ziemią. Wysadzono go w dwóch etapach, 22 stycznia – nawę kościoła, 28 stycznia – wieżę.

Mieszkałam już wtedy z rodziną w Berlinie i pamiętam opowieść sąsiada, bardzo zaangażowanego w kościele ewangelickim, który pojechał specjalnie w pobliże Bernauer Straße, żeby być świadkiem tego haniebnego czynu. Nie bardzo mnie to wtedy interesowało. Szukanie jakiejkolwiek pracy i przedłużanie „duldungu” były ważniejsze.

Niecałe pięć lat później upadł mur berliński. Jak najszybciej próbowano pozbyć się śladów “muru hańby” i śladów podziału. I wtedy Parafia Pojednania podjęła decyzję o wybudowaniu kaplicy na miejscu zburzonego kościoła i zachowaniu części muru i innych pozostałości po niechlubnym podziale miasta ku przestrodze i pamięci dla potomnych.

Kamień węgielny pod budowę kaplicy położono 23 maja 1999 roku. Budynek składa się z dwóch części owalnych. Część wewnętrzna wybudowana jest z ubitej gliny, w której umieszczono gruz ze zburzonego kościoła, część zewnętrzną tworzą drewniane pale.
9 listopada 2000 roku, w jedenastą rocznicę upadku muru, Kaplica Pojednania została uroczyście otwarta.

Wrócił do niej ołtarz, z ostatnią wieczerzą, do której Jezus i kilku innych apostołów zasiadło bez twarzy. Wróciły trzy dzwony, krzyż z kościelnej wieży i kilka innych zachowanych fragmentów. Kapitele, które wieńczyły kolumny empory, zdemontowano przed wysadzeniem kościoła, „Baranek Boży” znajdujący się w portalu wejściowym został wydobyty z gruzów świątyni.

Wokół kaplicy zasiano żyto. I tak pole śmierci zamieniło się w pole uprawne.

Jedna z przypowieści Salomona głosi:

„Kto uprawia swoją rolę, ma dosyć chleba; lecz kto się ugania za marnościami, jest nierozumny”.

W 25 rocznicę upadku muru berlińskiego Stowarzyszenie Chleb Pokoju (FriedensBrot) zaprosiło 11 krajów ze środkowej i południowej Europy, nowych członków Unii Europejskiej, do udziału w projekcie wypieku europejskiego chleba pokoju. Ziarno pozyskano z pola przy berlińskiej Kaplicy Pojednania. Zboże trafiło do jedenastu państw Unii Europejskiej, w Polsce do Suchowoli, miejsca skąd pochodził ksiądz Jerzy Popiełuszko i miejsca, gdzie znajduje się geograficzny środek Europy. W sierpniu 2014 roku odbyły się w Suchowoli żniwa. Z ziarna zmieszanego ze zbożem z innych państw wypieczono Europejski Chleb Pokoju. I tak jest co roku.

Nowym projektem Parafii Pojednania było założenie Ogrodu na „Ziemi Niczyjej” (Der Garten im „Niemands Land“), czyli znowu symbolicznej zamiany nieużytku, wcześniej pasa śmierci, w ogród uprawny. Teren należy do Cmentarza św. Elżbiety. Podczas budowy muru część cmentarza zlikwidowano, przenosząc groby w inne miejsca. I właśnie tutaj kwitną teraz słoneczniki, malwy, a wokół nich brzęczą pszczoły. I wielu ogrodników różnych wyznań lub niewyznań pielęgnuje swoje zagony.

W polu żyta umieszczono krzyż ze starego Kościoła Pojednania, który pracownicy cmentarza odnaleźli i przechowali do czasu, gdy w 1995 roku wrócił do parafii.

Parafia od roku 1999 należy do Wspólnoty Krzyża z Gwoździ z Coventry.

28 sierpnia 2019 zegar z Kościoła Pojednania znowu zacznie odmierzać czas, po 58 latach milczenia.

Bardzo trafnie, nie tylko o zegarze, ale o bezsensownym podziale miasta, napisała w 1961 roku Milly Hilgenstock:

Die Kirche steht leer und verlassen

Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.

http://uhr-der-versöhnung.de/
(Tłumaczenie: Bernauer Strasse w Berlinie)

Warto zajrzeć na stronę internetową Kaplicy Pojednania, ponieważ parafia oferuje nie tylko msze i modlitwy, ale również koncerty, teatr, wykłady, spotkania z książką i jest pomysłodawczynią wielu społecznych inicjatyw.

https://www.versoehnungskapelle.de/

30 lat temu upadł Mur Berliński (4)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Ofiary muru

W latach 1961-1989 na Murze zginęło ponad 140 osób. Gedenkstätte Berliner Mauer (Miejsce Pamięci Berlińskiego Muru) dzieli ofiary Muru na trzy kategorie: 101 osób, które zostały zastrzelone, miały wypadek lub popełniły samobójstwo podczas próby przekroczenia muru, 30 osób ze Wschodu i Zachodu oraz jeden radziecki żołnierz, które nie miały zamiaru przekroczenia muru, lecz zostały zastrzelone lub zdarzył się śmiertelny wypadek. Trzecią grupą jest ośmiu enerdowskich żołnierzy służb granicznych zabitych przez dezerterów, kolegów, uciekinierów, osoby pomagające przy ucieczkach lub też policjantów z Zachodniego Berlina. Nie wiemy, ilu z nich zamierzało przedostać się do Berlina Zachodniego. Najbardziej spektakularną była ucieczka 19-letniego żołnierza enerdowskich służb granicznych, Conrada Schumanna, który pochodził z Zschochau w Saksonii i był z zawodu owczarzem. Wczesnym rankiem 12 sierpnia 1961 roku, w dzień przed rozpoczęciem budowy muru, brygada, w której Schumann odbywał obowiązkową służbę wojskową, została przeniesiona z Drezna na granicę sektorów (radzieckiego i francuskiego) do Berlina. W kilka dni później, 15 sierpnia 1961 roku, Schumann jako pierwszy enerdowski żołnierz graniczny uciekł do Berlina Zachodniego. Zdjęcie jego skoku przez drut kolczasty na rogu Bernauer i Ruppiner Straße znane jest na całym świecie jako symbol Zimnej Wojny.


Pilnujący muru żołnierze pochodzili w większości z różnych regionów Niemieckiej Republiki Demokratycznej i odbywali osiemnastomiesięczną obowiązkową służbę wojskową. Nieliczni z nich zdecydowali się na służbę graniczną dobrowolnie. W rozkazie Ministerstwa Obrony NRD z października 1961 roku czytamy, że broń może zostać użyta w celu „zatrzymania osób, które nie przestrzegają nakazów służby granicznej przez to, że nie zatrzymują się na hasło >>Stop – zatrzymać się – służba graniczna<<, po oddaniu strzału ostrzegawczego lub też kiedy wyraźnie usiłują przekroczyć granicę państwową NRD“ i „nie istnieje inna możliwość ich zatrzymania“. System premii i nagród, odpowiednia „obróbka ideologiczna“ oraz typowe dla wielu Niemców nastawienie Befehl ist Befehl (rozkaz to rozkaz) rozwiewały moralne wątpliwości żołnierzy.
Jeszcze gorzej wyglądała sprawa moralności żołnierzy w innych państwach Europy Wschodniej. Około 2.000 obywateli NRD próbowało uciec z „raju robotników i chłopów” przez Bułgarię. Posługiwali się w tym celu fałszymi paszportami, korzystali z pomocy obywateli RFN, czy też przekraczali granicę Bułgarii z Grecją lub Turcją specjalnie spreparowanymi autami. Tylko pięciuset osobom udała się ucieczka. W roku 1993 roku jedna z bułgarskich gazet opublikowała zeznania byłych bułgarskich oficerów służby granicznej, ujawniających sprawę płacenia „premii” za każdego zabitego enerdowskiego uciekiniera. „Premię” wypłacała ambasada NRD w Sofii. W biednej Bułgarii dodatkowy zarobek żołnierzy w wysokości 2000 lewa (wtedy było to w przeliczeniu 1.000 DM) był wielką zachętą do strzelania do uciekinierów.
Wróćmy jednak do historii muru. Na terenie Miejsca Pamięci Berlińskiego Muru powstało „okno pamięci”, które przypomina o wszystkich ofiarach muru. W „okienkach” widać ich portrety, daty urodzin i śmierci. Kilka z nich opatrzonych jest podpisem „NN”. Żołnierzom, którzy zginęli podczas pełnienia służby granicznej przy murze, poświęcona jest tablica informacyjna w odrębnym miejscu.


Historia muru jest historią śmierci, wielu niepotrzebnych, dramatycznych śmierci. Każda z nich byłaby materiałem na dobrą książkę lub film. Pierwszą ofiarą muru była 58-letnia Ida Siekmann. Budowa muru odcięła tą samotnie żyjącą kobietę od siostry mieszkającej o kilka ulic dalej, na terenie Berlina Zachodniego. W kamieniacach granicznych (wśród nich znalazł się dom Idy Siekmann przy Bernauer Straße 48) policja kontrolowała osoby wchodzące do budynku, a wszystkie okna i drzwi wychodzące na zachodnią granicę zostały z czasem zamurowane. 22 sierpnia 1961 Ida Siekmann zdecydowała się na sforsowanie granicy poprzez wyskoczenie z okna swojego mieszkania na trzecim piętrze. Wcześniej wyrzuciła z okna pościel i inne rzeczy, które miały zamortyzować skok. Desperacka próba ucieczki zakończyła się się ciężkimi obrażeniami i śmiercią kobiety w kilka dni później.


Po miesiącu na Bernauer Straße 34 doszło do kolejnej tragedii, najstarsza ofiara muru, osiemdziesięcioletnia (!!!) Olga Segler skoczyła z okna swojego mieszkania na drugim piętrze domu na Bernauer Straße 34 na przygotowaną uprzednio przez zachodnioberlińskich strażaków płachtę ratowniczą. Wskutek skoku odniosła ciężkie obrażenia, które były przyczyną jej śmierci w dzień później. Nie udało jej się dołączyć do córki, która czekała wraz ze strażakami w zachodniej części ulicy.
Skok z okna lub spuszczanie się po linie lub powiązanych prześcieradłach było wkrótce po postawieniu muru najpopularniejszą metodą ucieczki w tej części miasta. W ciągu pierwszych trzech miesięcy ponad 150 osobom udało się w ten sposób uciec do leżącej w sektorze francuskim dzielnicy Wedding.
Ostatnią ofiarą muru był trzydziestotrzyletni Winfried Freudenberg, który 8 marca 1989 roku spadł na ziemię w zachodnioberlińskiej dzielnicy Zehlendorf podczas ucieczki w skonstruowanym prez siebie balonie.
Każda śmierć poniesiona podczas próby przekroczenia muru była tragiczna, nawet jeżeli była ona jedynie wynikiem pijackiej brawury lub braku wyobraźni. Niewątpliwie jedną z najbardziej tragicznych była śmierć piętnastomiesięcznego Holgera H. w styczniu 1973 roku. Rodzice chłopca próbowali przedostać się do Berlina Zachodniego ukryci w ciężarówce znajomego Berlińczyka. Dziecko było chore, miało zapalenie ucha i oskrzeli. Podczas kontroli granicznej na przejściu w Drewitz-Dreilinden Holger zaczął głośno płakać. Kontrola graniczna trwała wieczność, matka próbowała uciszyć dziecko poprzez trzymanie mu ręki na ustach. W ten sposób uniemożliwiła zakatarzonemu Holgerowi normalne oddychanie. Kiedy w końcu rodzina znalazła się w Zachodnim Berlinie, chłopca nie udało się reanimować. Był najmłodszą ofiarą muru.


Patrzę na twarze ludzi w „oknie pamięci”, w większości uciekinierami byli młodzi ludzie, którzy po prostu chcieli prowadzić szczęśliwsze, lepsze życie. Wśród zdjęć odnajduję dwóch Polaków, których nazwisk nigdy przedtem nie słyszałam: Franciszek Piesik i Czesław Kukuczka. „Przecież nie musieli w ten sposób, mogli po prostu starać się o paszport”, myślę nie znając ich życiorysów.

Piesik wychował się w wielodzietnej rodzinie w wiosce nad Odrą. Na początku lat sześćdziesiątych pływał na barkach. Dwukrotnie przebywał w więzieniu, za pierwszym razem za samodzielne oddalenie się z jednostki wojskowej, następnie za włamanie do baru. Po wyjściu na wolność Piesik zamieszkał w Bydgoszczy i podjął pracę jako spawacz i lakiernik. Ożenił się i miał córkę. Wyglądało na to, że „ustatkował się”. Nie znamy powodu, dla którego zdecydował się na ucieczkę na Zachód. 24-letni Piesik nikomu nie powiedział o swoich planach. 15 października 1967 roku nielegalnie przepłynął łodzią granicę na Odrze. Pomimo pościgu dotarł w okolice Berlina i usiłował przepłynąć odległość 200 – 300 metrów jeziora Nieder Neuendorfer See. Granica między między NRD i Berlinem Zachodnim przebiegała w tym miejscu przez środek jeziora.

Władze zachodnioniemieckie znalazły jego ciało w północnej zatoce jeziora w 11 dni później. Obdukcja nie wykazała żadnych obrażeń, drogi oddechowe Piesika pełne były szlamu. Polska Misja Wojskowa w Berlinie Zachodnim pomogła w identyfikacji jego ciała. Ponieważ polskie władze odmówiły sprowadzenia jego zwłok do Polski, Piesik został pochowany na cmentarzu w Heiligensee, w dzielnicy, do której chciał dotrzeć w październiku 1967 roku. Po kilku latach grób został zlikwidowany, ponieważ nikt nie pokrywał opłat cmentarnych.

pierwszy z lewej Franciszek Piesik

Jeszcze bardziej tajemnicza jest historia ucieczki drugiej polskiej ofiary muru, Czesława Kukuczki, 29 marca 1974 roku. Kukuczka urodził się i dorastał w powiecie limanowskim. Jako siedemnastoletni chłopiec został zwerbowany do pracy przy budowie Nowej Huty. Po krótkim pobycie tam wrócił do domu rozczarowany pracą. Podobnie jak Piesik został skazany na karę pozbawienia wolności, jego skazano za defraudację. Po roku został warunkowo zwolniony z więzienia. I on „ustatkował się” na wolności, ożenił się, miał trójkę dzieci i podjął pracę najpierw na budowie, a następnie jako strażak w Jaworznie, Limanowej i Bielsku-Białej. 3 marca 1974 roku zginął bez śladu. 29 marca 1974 Kukuczka przybył do polskiej ambasady w Berlinie Wschodnim i zażądał od pracownika ambasady i członka berlińskiego oddziału MSZ, aby pozwolono mu o godzinie 15.00 przekroczyć granicę przez przejście na dworcu kolejowym na Friedrichstraße. W przeciwnym przypadku groził zdetonowaniem bomby w polskim centrum informacyjnym przy Karl-Liebknecht-Straße. Jego wspólnik w Berlinie Zachodnim miał zadbać o pokazanie wydarzeń w świecie zachodnim.

Kukuczka zamierzał wyemigrować do rodziny w USA. Opuścił ambasadę z wymaganymi dokumentami przed upływem ulitmatum, podstawiony samochód enerdowskiej służby bepieczeństwa zawiózł go na Friedrichstraße. Podczas próby przejścia przez granicę dostał kulę w plecy od ubranego w ciemny płaszcz i przyciemniane okulary mężczyzny. Zmarł jeszcze tego samego dnia w wyniku odniesionych ran. W niecałe dwa miesiące później wdowa po Kukuczce otrzymała z rąk prokuratora okręgowego urnę z prochami, akt zgonu i osobiste rzeczy po mężu. Pogrzeb kościelny odbył się w Kamienicy, w kręgu najbliższej rodziny. Rodzinie zakazano otwarcie mówić o okolicznościach jego śmierci. Nigdy nie poznamy prawdy o powodach jego ucieczki, historia jego śmierci byłaby z pewnością scenariuszem niezłego filmu sensacyjnego.

Cdn.

Codziennie wiersz (35). Lato 2019. Kargol

Ela Kargol

Na moście Feuerbacha
nie Ludwika,
lecz Anzelma,
spotkałam Ewę i Marię.
Usiadłyśmy przy herbacie,
przy piwie
przy stoliku rozchwianym ze starości i bylejakości.
Był chłodny letni wieczór,
poprzedzony upalnymi nocami,
jeden z tych długich dni,
które nie wiadomo czemu nagle stają się coraz krótsze.
Piwo smakowało,
herbata też,
choć była z tych podlejszych.
Zapach starego oleju,
odgrzewanej pizzy i sosu czosnkowego
roznosił się wokół i drażnił nozdrza.
Powoli zapadał zmierzch,
ale miasto nadal jaśniało,
autostrada szumiała wieczorną kołysankę,
a Feuerbach?
nikt o nim nie myślał.