Hat Jesus die Kreuzigung überlebt? Czy Jezus przeżył ukrzyżowanie?

Reblog                                                                                                            Tekst po polsku poniżej

Rudolf Neumaier

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt?

Ja, behauptet Johannes Fried in seinem Buch “Kein Tod auf Golgatha”. Mehr noch: Jesus ist entkommen. Wahrscheinlich als Gärtner.Schlummern in einer Essig-Narkose? “Der tote Christus”, gemalt von Philippe de Champaigne im Jahr 1674. (Foto: Erich Lessing/akg-images)

Wenn man die Bibel mit den Augen eines Unfallchirurgen betrachtet, liest sie sich gleich anders. Der Patient hängt an einem Kreuz, er hat gebrochene Rippen und innere Verletzungen. Ein Gemisch aus Blut und Wundwasser sammelt sich im Brustkorb. Die Lunge bekommt die verbrauchte Luft mit eigener Kraft kaum noch aus dem Körper. Der Erstickungstod droht. Doch vorher fällt der Patient in Ohnmacht. Heute würde man ihm einen Intubationsschlauch in die Luftröhre rammen, in jener Zeit ist die Medizintechnik noch nicht so weit. Doch der Mann am Kreuz hat Glück. Ein römischer Soldat sticht ihm den Speer zwischen die Rippen, ein Gemisch aus Blut und Wasser entweicht der Brust. Der Patient überlebt. Er heißt Jesus von Nazareth.

Sucht man nach Büchern mit dem Titel “Jesus lebt”, bekommt man allein bei der Suchmaschine der Bayerischen Staatsbibliothek 31 Treffer. Johannes Fried hat sich für einen etwas sperrigeren Titel entschieden: “Kein Tod auf Golgatha” (Verlag C.H. Beck, 189 Seiten, 19,95 Euro), das klingt nach brisanter Enthüllung. Fried, 76, ist, so der Untertitel, “Auf der Suche nach dem überlebenden Jesus” – als Wissenschaftler, nicht als Glaubenspilger. Über Jahrzehnte hinweg hat dieser Mittelalterhistoriker die europäische Geschichtswissenschaft geprägt. Dass er nun seine angestammte Disziplin stehen lässt und sich auf eine Exkursion in die Bibelexegese, die antike Philologie und sogar in die Medizin begibt, ist kühn. Wer sich mit Jesu Tod beschäftigt, nähert sich unweigerlich dem Feld von Verschwörungstheoretikern und Ufo-Experten. Vor ein paar hundert Jahren wäre man für solche Traktate verbannt, verbrannt oder zumindest exkommuniziert worden. “Die Suche nach Wahrheit”, raunt Fried im Vorwort, “ist immer gefährlich.” Ob ein renommierter Verlag wie C.H. Beck für dieses Buchprojekt den gleichen Mut aufgebracht hätte, wenn dieser Autor ein Nobody wäre?

Der Lanzenstich des römischen Soldaten könnte wie eine Pleurapunktion gewirkt haben

Johannes Fried geht von einer Studie aus, die ihm eher zufällig in die Hände fiel und sich mit dem Gekreuzigten auseinandersetzte: “Die Auferstehung Christi aus medizinischer Sicht”, erschienen vor fünf Jahren im Fachorgan Biologie in unserer Zeit mit einem Umfang von kaum fünf Seiten. In der Zusammenfassung des Beitrages heißt es: “Der Lanzenstich des römischen Soldaten wirkte möglicherweise wie eine erfolgreiche Pleurapunktion und rettete Jesus das Leben.” Sogleich machte sich Fried bei einem Pathophysiologen und einem Molekularbiologen kundig. Neutestamentler aus der theologischen Fakultät fragte er offenbar nicht.

Aus der katholischen Wissenschaft ist nun schon erster Widerspruch zu Frieds Jesus-Buch eingelegt worden. Thomas Söding, Ordinarius für Neues Testament in Bochum, meldete erhebliche Zweifel an Frieds Kompetenz an und bezeichnete seine Ausführungen in einem Gespräch mit der Katholischen Nachrichtenagentur als “Nonsens” sowie als “luftige Konstruktion, die keiner wissenschaftlichen Prüfung standhält”.

Mit solchen Reaktionen muss Fried gerechnet haben. Er räumt selber ein, dass er sich auf Glatteis begebe. Seine Geschichte ist schnell zusammengefasst: Jesus, der den zelotischen Untergrundkämpfern gegen die römischen Besatzer nahesteht, überlebt die Kreuzigung durch den lebensrettenden Stich des römischen Kriegsknechtes. Dass die Soldaten ihn für tot gehalten haben, liegt für ihn auf der Hand. Schließlich hatten sie ihm der Bibel zufolge Essig verabreicht, als er dürstete. Essig wiederum könne eine flache Atmung in Gang halten und die Hyperkapnie zähmen – beim Fachausdruck für den Kohlendioxid-Anstieg in der Lunge könnte der Pathophysiologe konsultiert worden sein. Freunde betten ihn ins Grab. In der folgenden Nacht wacht Jesus aus der Essig-Narkose auf. Männer in weißen Gewändern, wahrscheinlich Essener, holen ihn ab und päppeln ihn auf. Diese Männer gehen dann als Engel in die Bibel ein. Am Morgen danach ist das Grab leer. Jesus sieht zu, dass er nicht erkannt wird. “Wie alle Mitwisser seines Überlebens”, schreibt Fried,muss er sich vor der römischen Besatzungsmacht und den jüdischen Gegnern schützen. Er entkommt. Wahrscheinlich als Gärtner.

Das Joch der römischen Besatzer ist hart. Das Befreierwesen hat Konjunktur, hier ein Messias, dort ein Messias – und alle verkünden Rettung. Da kommen Jesu Anhänger auf eine Idee: Mit einer Geschichte, wie er sie zu bieten hat, kann kein anderer Messias aufwarten: mit dem Überleben des Todes – mit der Auferstehung aus dem Grab. Diese übernatürliche Deutung, die Jahre später bei den ersten Christenverfolgungen zum Tragen kommt, macht aus der Bewegung eine Religion. “Dieser Glaube gewann zuletzt die Oberhand über die Realität.”

Johannes Fried unterfüttert seine Indizien für Jesu Überleben mit Lakonie: “Auch Rippenbrüche heilen”, stellt er fest, und “atmen kann man mit einem Lungenflügel”. Am Ende starb Jesus “irgendwann und irgendwo in der Fremde”. Bisweilen streut Fried ein, bei seinen Überlegungen handle es sich um ein rein hypothetisches “Indizienensemble”. Damit die Geschichte in Fahrt kommt, verwendet er aber doch lieber das Indikativ. An dem im Johannes-Evangelium geschilderten Pleuraerguss “führt kein Weg vorbei”. Johannes hält er für den zuverlässigsten der vier Evangelisten, deswegen stützt er sich auf ihn. Ein wackliges Fundament. Für die Theologen gelten gerade die anderen drei Evangelien als die besseren historischen Quellen. Für Thomas Söding etwa ist es “völlig unvorstellbar”, wie Jesus Folter und Kreuzigung überlebt haben könnte.

Was man jetzt glauben soll? Alles. Oder nichts. Denn alles bleibt offen und nichts ist sicher. Das war schon immer so mit dem Glauben.


Artykuł po niemiecku został napisany przez dziennikarza poważnej gazety i jest napisany składnie – w oparciu o badania naukowca cytowanego z imienia i nazwiska autor opisuje powrót do życia osoby skazanej na karę śmierci przez ukrzyżowanie.  Polski artykuł jak znalazłam na ten temat jest znacznie gorszy, miesza tezy, zaczyna myśli i ich nie kończy, opiera się na niepotwierdzonych przypuszczeniach, których, jak się okazuje na końcu tekstu, wcale nie zamierzał potwierdzać.

Hipoteza, że Jezus nie umarł na krzyżu
ze strony archiwum tajemnic

Jezus z Nazaretu zwany Synem Bożym według przekazu biblijnego zbawił ludzkość za cenę własnego życia. Na całym świecie Chrystus znany jest jako założyciel i główna postać chrześcijaństwa. W ostatnim czasie pojawiły się teorie badaczy, którzy uważają, że Jezus nie umarł na krzyżu.

O tym, że Jezus istniał naprawdę, wiemy z wielu źródeł pisemnych, dzieł sztuki czy legend. Historycy w większości zgadzają się, że Jezus naprawdę istniał. Spory odnośnie życia Jezusa pojawiają się jeśli chodzi o jego działalność. Według Biblii Chrystus czynił cuda z woli Bożej. Dzięki swojej nadzwyczajnej mocy potrafił uzdrawiać chorych, rozmnażać jedzenie czy wskrzeszać zmarłych.

Wszystkie ewangelie są zgodne co do tego, że Jezus został zabity na krzyżu w Jerozolimie w Święto Paschy. Do egzekucji doszło na podstawie rozkazu rzymskiego namiestnika Poncjusza Piłata. Według przekazu zawartego w Piśmie Świętym taką decyzje wymusili na nim Żydzi, którzy wyśmiewali się z Jezusa i z tego, że jest on zapowiedzianym Mesjaszem.

W książce Jezus nie umarł na krzyżu czeski pisarz Piotr Vokacz pisze: W gruncie rzeczy ukrzyżowanie nie miało na celu zamordowanie Jezusa, ale torturowanie przed śmiercią. Rozpostarte ramiona ukrzyżowanego przybite były do belki, a nogi opierały się o mniejszy kawałek belki. Waga wiszącego ciała utrudniała oddychanie. Ukrzyżowany musiał cały czas unosić ciało do góry, aby zmniejszyć napięcie w klatce piersiowej.
W końcu nadszedł moment wyczerpania i to był początek końca. Umarł w wyniku uduszenia. Męczarnie te mogły trwać nawet kilka dni.
Jednak Chrystus nie cierpiał tak długo, jakby się można tego spodziewać. Od przybicia Jezusa do krzyża do momentu jego śmierci upływa od 3 do 6 godzin – tak sugeruje przekaz biblijny. Naukowcy uważają, że śmierć w wyniku ukrzyżowania nie może mieć miejsca w tak krótkim czasie. Normalny człowiek potrzebowałby co najmniej 24 godzin, by skonać na krzyżu. W przeszłości zdarzało się, że w podobny sposób ludzie umierali na krzyżu nawet 10 dni, tak twierdzi Amerykańska Organizacja Mayo Clinic.

Hipoteza badaczy, że Jezus mógł przeżyć swoje ukrzyżowanie, wzbudza wielkie oburzenie. Jak tłumaczą naukowcy przemawia za tym kilka faktów. Ostatecznym potwierdzeniem śmierci Jezusa ma być przebicie jego boku włócznią przez setnika rzymskiego Longina. Czyn ten zakończył życie Chrystusa. Z rany po przebiciu wypłynęła z boku krew i woda. Według lekarzy woda mogła być wydzieliną z jamy brzusznej. Znaczyło by to, że rana zadana przez Longina była jedynie powierzchowna i mogła tym samym być bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa. Według nich Jezus mógł w tym czasie jeszcze żyć, i tylko wydawał się martwy.

Spekuluje się, że całe ukrzyżowanie mogło być wyreżyserowaną inscenizacją przeprowadzoną przez spiskowców z otoczenia Jezusa. Wszystko dokonane było w tajnej współpracy z jego zwolennikami, którzy uczestniczyli w szeregach wroga. Na korzyść tej hipotezy przemawia kilka różnic w stosunku do innych przypadków ukrzyżowań. Na przykład nie połamano Jezusowi nóg na krzyżu. Była to zazwyczaj rutynowa procedura podczas ukrzyżowań. Złamanie nóg miało na celu uniemożliwienie skazańcowi podnoszenia się w celu zebrania powietrza, co powodowało zator płucny i w konsekwencji uduszenie.

Kolejna teoria jest związana z postacią Józefa z Arymatei, który był członkiem Sanhendrynu instytucji sądowniczej, która skazała Jezusa na śmierć. Dennis Price autor książki Zagubione lata Jezusa pisze, że Józef był ukrytym uczniem Jezusa. Autor pisze: Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, ale ukrywał się z tym przed Żydami, prosił Piłata o jego ciało. Piłat kazał mu wydać ciało Jezusa. Oczywiste było to, że oficjalnym uczniom Jezusa nie wydano by jego ciała. Podejrzewano by, że snują plany, jak wyreżyserować zmartwychwstanie. Józef z Arymatei nie był w gronie podejrzanych. Następnie ciało Jezusa przetransportowano do zupełnie nowego grobowca, który wybudował Józef z Arymatei. Badaczom udało się stwierdzić, że Józef nie miał żadnej rodziny. Zastanawiające jest to dlaczego inwestował w grób. Według innego pisarza Vladimira Liszki: Grób, do którego złożono ciało Jezusa, był wybudowany celowo. Była to skrytka, gdzie miał się dokonać największy cud w historii – zmartwychwstanie. Prawo żydowskie zakazywało wierzącym kontaktu z ciałem zmarłego w przeddzień Paschy, jednak niektórzy nie zważali na ten zakaz. Jest to bardzo zastanawiające i według Liszki sugeruje to, że Jezus wcale nie był martwy.

W Koranie czytamy: Uwierzyliśmy, że zabito Jezusa Mesjasza, Syna Marii, posłańca Bożego. Jednak oni go nie zabili, ani nie ukrzyżowali, tylko im się wydawało. 

Ciężko uwierzyć w te wszystkie hipotezy, które mają na celu zasianie ziarna wątpliwości. Przed narodzeniem Jezusa było wielu samozwańców, którzy uważali siebie za przepowiedzianego Mesjasza. Ich imiona jednak zostały zapomniane. Na świecie nawraca się miliony osób, które głoszą swoje świadectwa, że ukazał im się Jezus Chrystus. Podczas śmierci klinicznych wiele osób uważa, że “po drugiej stronie” spotkały Chrystusa. Warto dodać, że Chrystus nie jest zwykłą postacią historyczną, od jego narodzin liczy się nową erę. Okres taki może zapoczątkować jedynie przez przełomowe wydarzenie w dziejach. Czy zwykły człowiek mógłby zwieść niemal cały świat? Wiadomo, że książki odnośnie tajemnego życia Jezusa zawsze wzbudzają zainteresowanie. Niestety przekaz zawarty w owych książkach nie ukazuje żadnej prawdy, a ich autorom zależy jedynie na wzbudzeniu jak największej taniej sensacji i dużym zarobku.

 

Ein junger Soldat

Ewa Maria Slaska

Ich habe ihn vorher nie gesehen, obwohl ich mindestens Tausend mal über diese Straße in Schöneberg gegangen und in der Kirche nebenan Hundertmal gewesen bin. Hauptstraße 47 in Schöneberg, evangelische Paul-Gerhardt-Kirche. Der Patron (1607-1676) war ein lutherischer Theologe und gilt als einer der bedeutendsten deutschsprachigen Kirchenlieddichter.

***

Ein junger Soldat steht am Rand des Kirchenensambles, allein, schön und ausgesprochen menschlich, traurig ist er, weist keine Spur von Überheblichkeit, Arroganz, Standesdünkel auf.

Ich kampfe mich durch zu der Tafel an der Kirchenmauer, um zu lesen, wer er ist. Ich glaube nämlich, er ist wer, kein Symbol, sondern ein Mensch mit Namen, Adresse und Geburtsdatum.

Die Tafel ist versteckt hinterm Busch, man kann sich nicht durchboxen, um sie zu lesen. Auf dem Foto ist es genausowenig zu erkennen. Eines ist klar – es ist doch ein symbolisches Denkmal. Für die Soldaten des Ersten und des Zweiten Weltkrieges.

Ich schaffe es auch nicht, ihm näher zu kommen, so nah, dass ich sein Gesicht fotografieren könnte.

Wer war er?

Wie immer, es braucht ein wenig Geschick, um diese Frage zu beantworten.

In Wikipedia finde ich zuerst Infos über die Kirche: Die Paul-Gerhardt-Kirche steht direkt neben der barocken Dorfkirche Schöneberg und bildet mit weiteren Gemeindebauten ein grosses Bauensemble. Die ursprüngliche Kirche wurde 1910 vom Architekten Friedrich Schultze entworfen und war eine der wenigen reinen Jugendstil­kirchen in Berlin. Aufgrund ihres markanten runden Turmes verpasste ihr der Volksmund den Namen „Thermoskanne“. Die Bildhauerarbeiten führte der Künstler Robert Schirmer aus Berlin aus.

Die Kirche wurde im Zweiten Weltkrieg beschädigt, der Turm hatte seinen Kuppelhelm verloren, blieb jedoch ansonsten intakt und bestimmte noch bis in die späten 1950er Jahre die Silhouette von Schöneberg. Dann wurde die Kirche 1958-1962 nach Entwürfen von Hermann Fehling, Daniel Gogel und Peter Pfankuch neu gebaut. Seit 1995 steht sie unter Denkmalschutz.

Nach ziemlich langen Suchen finde ich den Text auf den Tafel:

UNSEREN GEFALLENEN KAMERADEN
1914 – 1918        1939 – 1945
KYFFHÄUSERBUND
BERLIN

Der Kyffhäuserbund, ein deutscher Soldatenbund, wurde 1900 gegründet.

Das Denkmal in Schöneberg wurde nach 1920 von einem (später) Nazi-Bildhauer, Hermann Hosaeus gefertigt.

Er schuf mehr als 50 Soldaten-Skulpturen und galt in der Weimarer Republik als Hauptschöpfer der Kriegerdenkmälern. Er schrieb auch ein Dekalog für Bildhauern, die ein Kriegerdenkmal zu gestalten haben. Erster Gebot lautete: Du wirst keine Heldenhaine entwerfen. Als künstlericher Berater des Kyffhäuserbundes bestimmte er massgebend die Zahl und das Aussehen der deutschen Memorials.

Interessant finde ich jedoch, dass die anderen Soldatenfiguren von Hosaeus genauso sind, wie ich meinte, dass es die Denkmäler sind – pathetisch, bombastisch, strengschauend, arrogant, agressiv, später auch muster-arisch… Sehr kriegerisch, halt. Nur der eine ist anders.

Barataria 112 Don Quijote der Polen, Deutschen und Rumänen

Im Februar ging ich zur Berliner Buchpremiere des neuen Romans von Matthias Nawrat, Der traurige Gast (Rowohlt 2019).  Das ist er, der Erzähler, der zwar nicht mit dem Autor identisch ist, aber ihm so nah steht, wie der neurastenische Marcel in Auf der Suche nach verlorener Zeit dem Marcel Proust selbst steht. Ein in Polen geborener Schriftsteller, der mit den Eltern und dem Bruder irgendwann in der Kindheit nach Deutschland ausgewandert (West Deutschland wohl bemerkt) und dann, schon alleine, aus dem Westen nach Berlin gezogen ist… Er ist dieser trauriger Gast, der nur kommt, hört, und geht, beobachtet und aufschreibt, den so oft Unmut oder gar Ärger befallen, wenn er weg geht, oder dass er weg geht, gehen muss, gehen will und ein oder zwei mal gar gegangen wird.

Ab der Seite 158 kommt eine Episode, in der er den Don Quichotte trifft.

Er war gerade bei einer gewissen Tecla Martin zu einer privaten Lesung. Und gerade ist sehr zeitnah, irgendwann im Jahre 2018…

Als sich die Wohnung nach der Lesung leerte, blieb eine Gruppe von Leuten in der Sofaecke im Arbeitszimmer sitzend und schien sich gerade als ich den Raum betrat, heftig zu streiten.

Ich setzte mich in einem Sessel. Der Streit war abgeklungen, und der Mann direkt neben mir, der um die fünfzig sein musste, fragte mich, mit wie viel Jahren ich Deutsch gelernt hätte.

Siehst du!, rief er einem anderen zu, nachdem ich geantwortet hatte. Wir haben hier schon seit Jahren die Diskussion, ob man eine Sprache so gut wie eine Muttersprache erlernen kann. Dieser Idiot behauptet, dass das nicht geht, nur weil er selbst, obwohl er in Rumänien aufgewachsen ist und es seine Schulsprache war, Rumänisch spricht wie ein Mann mit gebrochenen Beinen.

Wie spricht denn ein Mann mit gebrochenen Beinen Rumänisch? fragte der andere. Er war schlank und wirkte nobel und irgendwie bescheiden.

Wie ein Idiot eben, sagte der andere, der kräftig war und sich breitbeinig zurücklehnte.

Ich habe ohnehin nur mit geschriebener Sprache zu tun, sagte der Schlanke. Er erhob sich und beugte sich über den Tisch und gab mir eine weiche, schmale Hand. Ich heiße Hermann, sagte er. Ich bin, sagte er, Übersetzer von, leider, nur Handbücher und Reiseführern. Früher habe ich Gedichte übersetzt. Kennen Sie Mircea Kammerer? Den zu übersetzen habe ich zum beispiel die große Ehre gehabt. Er hat Rumänisch geschrieben. Aber er sprach auch Deutsch. Er stammte aus demselben Dorf im Banat wie ich und hat mit mir in Bukarest studiert.

Die beiden streiten immer, du musst nichts drauf geben, sagte eine Frau, die sich als Karoline vorstellte.

Wir streiten nicht, wir diskutieren, sagte der Kräftige. Auch er gab mir die Hand und stellte sich als Eli vor.

Ich sage immer, dass man seine Vergangenheit nicht verschweigen soll, sagte er. Ich habe mein halber Leben darunter gelitten, dass ich Deutsch sprach. Die zweite Hälfte über habe ich unter meinem rumänischen Akzent gelitten. Aber heute ist mir alles egal. Ich erzähle heute auch jedem, dass mein Vater Nazi war und gejubelt hat, als Wehrmacht nach Kronstadt kam. ich habe sogar ein Hörspiel darüber gemacht. Ich bin Schauspieler, ich habe schon an jedem Theater in Europa gespielt. Ich weiß, wo es welche Tabus gibt, aber es ist mir egal. Du bist, was du bist, weil du kommst, woher du kommst. Und irgendwann musses dir egal sein, du musst irgendwann lernen, darauf zu scheißen. ich bin fünfzig, ich rauche täglich dreißig Zigaretten, ich gehe spät schlafen, ich suche mir Regisseure, mit denen ich arbeiten will, aus, und wenn ich jemand verlogen finde, dann kann er mich mal. Und wenn ich einen Akzent habe, dann habe ich einen Akzent.
Dein Akzent ist herrlich, Eli, sagte Karoline.
Du bist halt ein Sachse aus dem 12. Jahrhundert, sagte Tecla.
Dann bin ich eben das, na und?, sagte Eli. Wenigstens bin ich kein Banater wie unser Akademiker hier, der weder Rumänisch noch Deutsch noch Ungarisch kann, weil er nur zu Hause herumsitzt.
Ich bin doch hier, sagte Hermann.
Wir sind alle hier, sagte Eli. Erklär lieber noch mal, was der Unterschied zwischen dem Banater Deutsch und dem Siebenbürgener Deutsch  ist, wenn sie angeblich so unterschiedlich sind.
Sie sind vollkommen unterschiedlich.
Und trotzdem sitzen wir hier und unterhalten uns, oder? Ich mache demnächst ein Ein-Mann-Stück über dich. Mit dem Titel Der Übersetzer. Es wird darin um einen einsamen Don Quichotte gehen, der die Sprachen retten will und deshalb täglich zu hause sitzt, damit sein Dialekt ihm nicht verloren geht.
Ich übersetze Reiseführer.
Ja eben.

Und so weiter…

Sonntag, 6. April in Berlin

Anne Schmidt über Mieterdemo

Am 6. April schien die Sonne so unverstellt strahlend wie am 8. März dh. bei der Frauen-Demonstration, vom Himmel über Berlin. Dementsprechend voll war der Alexanderplatz, der zum Ausgangspunkt auch dieses Demonstrationsmarsches gewählt worden war.

Fotos: Chris Bakker

Je größer der Leidensdruck desto höher die Teilnehmerzahl bei Demonstrationen könnte man meinen, aber im letzten Jahr, als der Himmel nicht nur Sonnenstrahlen, sondern auch einige Schauer hinabschickte, war die Teilnehmerzahl an der Mietendemo ungefähr halb so hoch, obwohl 20.000 erboste Menschen in einem “Wutpulk” auch schon ein ansehnliches Potential darstellen, das jeder Politiker beachten und berücksichtigen sollte.

Schon im letzten Jahr wurden Unterschriften zur Enteignung von “Deutsche Wohnen” gesammelt, was jedoch in der Politik und auf dem Wohnungsmarkt so wenig Wirkung zeigte, dass in diesem Jahr nicht nur die “Deutsche Wohnen” an den Pranger gestellt wurde, sondern auch andere übermächtige Wohnungsbaugesellschaften, die ihre Wohnungen als Dukatenesel zu betrachten scheinen.

Die Unterschriftenlisten mit der Forderung zur Enteignung waren am Alex regelrecht umlagert. Schilder und Transparente wurden in Massen von Einzelpersonen, aber auch von Mietergemeinschaften getragen; eine Gruppe hatte sich im Stile der französischen Gruppe “Sans Papier” in Weiß gekleidet und weiß geschminkt, um ihre Schutzlosigkeit im Kampf um ihre Wohnungen zu unterstreichen.
Viele Parolen waren witzig und zeugten von der Kreativität ihrer Schöpfer; eine davon “Miethaie zu Fischstäbchen” ist inzwischen auf jeder einschlägigen Demo – meistens mit einer kunstvollen Illustration – zu sehen.

Der Zug, der in meinen alten Augen nicht enden wollte, führte vom Alexanderplatz durch Friedrichshain über die Spree nach Kreuzberg. Am späten Nachmittag wurden von mir die letzten Demonstranten vor ihrem bedrohten Mietshaus in der Dieffenbachstraße gesehen, wo eigentlich alle Häuser denkmalgeschützt sein müssten, geben sie doch die Kulisse ab für Andreas Steinhöfels berühmte Kinderbücher über Oskar und Riko und Harald Martensteins bissige Glossen über mehr oder weniger freundliche Mitmenschen.
Die Transparente an einigen Häusern zeigen jedoch jedem, der die Deutsche Sprache
lesen und verstehen kann, dass die alten Häuser in der Dieffe, wie die in vielen anderen lebenswerten Kietzen der Stadt, zu Spekulationsobjekten verkommen sind, die offenbar nicht den Schutz unserer Volksvertretung genießen.


Zugabe zum Text (vom Tagespiegel):

Monika

Tibor Jagielski

Monika umarła 15 marca 2019 roku. Sie starb am 15. März.

Kai liebste
schau mir zu

Ich schlüpfe grade in deine Rolle
erforsche so wie Du
ob Nächte wach sind
oder
wie man ohne Wissen fällt
oder
andere brückenlos mich
in ein Dunkel ohne Bilder
schicken
und in mein Inneres
mit Licht und Messer dringen
und mit Blicken
zutiefst ungehörig

Meine Seele
hatte sich
in Bergkristall verborgen
hellsichtig

Kai ukochany
spójrz na mnie

wskakuję właśnie w twoją rolę
badam jak ty
czy noce nie śpią
albo
jak upada się bezwiednie
albo
jak inni wysyłają mnie bezpośrednio
w ciemność bez obrazów
i wdzierają się w moje wnętrze
ze światłem i nożem
i spojrzeniami
najgłębiej bezwstydnie

Moja dusza
ukryła się
w krysztale górskim
proroczo

Monika

Monika Maas ( 17.02.1932 – 15.03.2019)

mając 77 lat monika pojechała jeszcze raz samochodem do austrii, sama; pytana, jak było, odpowiedziała, że strasznie to było męczące i że zrobiła to po raz ostatni; narzekała, że matka nie nauczyła jej polskiego (urodziła się w berlinie, ale matka i ojciec pochodzili z łodzi – czas ziemi obiecanej – i obcowali do końca życia z polakami, n.p. penderecki czy gałczyński); jej poezja jest w dużym stopniu kobieca, czasami bardzo osobista, pisana w pierwszej osobie, haftowana na suknie wspomnień, efektowna, bo lapidarna,tak jak najlepsze wiersze herberta; odchodziła powoli w ciemność, w otoczeniu bliskich; wiem, że spotkamy się znowu na elizejskich polach.
auf wiedersehen!
t.

Fastentücher

Das Wort Fasten ist letztens zum Stylelife-Bestandteil geworden. Es ist Fastenzeit. Unsere Autorin erinnert sich ans Ursprüngliche.

Anne Schmidt

Zum Fasten

Fastentücher sind aus der Mode gekommen, auch wenn es in der sächsischen Stadt Zittau ein sehr berühmtes Fastentuch aus dem Jahre 1472 zu besichtigen gibt. Es verhüllt nicht mehr in der Fastenzeit den Altarraum der Johanniskirche, wie es im Mittelalter üblich war, sondern es ist ganzjährig in einer Museumsvitrine der säkularisierten Kreuzirche in Zittau zu bewundern.
Das 8,20m breite Leinentuch, das in 90 Feldern biblische Szenen aus dem Alten und dem Neuen Testament zeigt, ist zu kostbar um es ungeschützt im Kirchenraum zu präsentieren. Die Johannis-Gemeinde in Zittau, die von dem reichen Korn- und Salzhändler Johann Gürtler im 15. Jahrhundert dieses riesige “Bilder”- und ” Unterrichtstransparent” gestiftet bekommen hatte, musste nach dem 2. Weltkrieg ihr kostbarstes Werk als zerstört oder verloren betrachten, denn es war unauffindbar, nachdem es wegen der Kriegshandlungen auf den Oybin ausgelagert worden war.
Doch es geschah etwas Unglaubliches: Jahrzehnte nach dem Krieg wurden die zerschnittenen Teile des Tuches im Wald des Zittauer Gebirges gefunden. Russische Soldaten hatten das 6,80m hohe Tuch in vier Teile zerschnitten und ihre Wald-Banja
damit abgedichtet. In welchem Zustand es war, als es Herr Knobloch (Heinz?) gefunden hat, kann man sich ungefähr “ausmalen”; es war aber offensichtlich noch als das erkennbar, was es einmal gewesen war und als solches restaurierten es 1994/95
die SpezialistInnen eines Schweizer Klosters – unentgeltlich. Wäre es nicht ein christliches Objekt, würde ich die Restaurierung dieses ca. 50 qm großen Tuches als “Heidenarbeit” bezeichnen.


Eine Heidenarbeit hängt seit dem 8.3. 2019, dem erstmalig in diesem Jahr begangenen Frauenfeiertag in Berlin, in der Paul-Gerhardt-Kirche an der Wibyerstraße in Prenzlauer Berg, vor dem Altarraum.
Es ist ein schlichter blauer Vorhang, dessen Fläche in senkrechten Streifen wie ein Insektenvorhang vor einer Balkontür den Altarraum vom Rest der Kirche trennt.
Die Schafferin dieses Sichtschutzes ist eine kleine alte Dame, die zu den Protagonistinnen des Bauhauses zählt.
Ihr Werk wurde von dem Kunsthistoriker Matthias Flügge aus Dresden vorgestellt und in den Zusammenhang ihres umfangreichen Schaffens gestellt.
Ursula Sax, die 81 Jahre alte Künstlerin, musste ihr Werk nicht den vielen Fans, die zum Teil ihretwegen aus anderen Bundesländern angereist waren, erklären. Sie bedankte sich lächelnd und ließ ihre strahlend blauen Augen für sich sprechen.
Die bereitliegenden, bunten Postkarten, die die Erinnerung an Oskar Schlemmer wachriefen, aber Figuren aus Ursula Sax`s geometrischem Ballett darstellen, wiesen auf Veranstaltungen mit diesen Figuren hin, die im September sowohl im Radialsystem in Berlin, als auch in Dessau und in Hellerau/Dresden stattfinden werden.
Falls ich zu einer der Veranstaltungen gehe, werde ich hoffentlich den Mut finden, Ursula Sax zu fragen, ob sie eine Nachfahrin  des Saxophonerfinders ist. Wundern würde es mich nicht, denn die Ausstrahlung dieser kleinen alten Dame, die sich trotz ihrer Gehhilfe virtuos durch den Raum zu bewegen schien, brachte Schwingungen in die spröde Kirchenathmosphäre.

Neues von den Juden

Matthias Nawrat, Der traurige Gast
Rowohlt 2019

Ein Fragment aus dem Kapitel Der Friedhof; es ist ein Aufsatz über polnischen Dichter Arnold Słucki, der in Berlin letzte Jahre seines Lebens verbrachte, hier starb und auf dem Friedhof Ruhleben begraben liegt.

Er ist ein Jude gewesen, hieß Aron Kreiner und ist in Tyszowce (heute Ukraina) geboren. Der Erzähler (der Ich-Erzähler) spricht mit einer Frau, deren Familie auch dort, in sog. Kresy (polnische Ostgebiete) geboren war und nach dem Krieg, wie der Autor selbst, in Opole (Oppeln) lebte.

Słuckis Grab auf dem Friedhof Ruhleben. Zwei Worte unter den Namen – poeta polski – bedeuten: Polnischer Dichter.

Seite 107

Es ist unaushaltbar, sagte sie, dass wir Europäer diese Welt ausgelöscht haben. Es ist unaushaltbar und nie wieder gut zu machen.
Aber das stimmt doch nicht, sagte ich. Nicht die Europäer haben diese Welt ausgelöscht. Die meisten wollten doch die Juden retten.
Das wollen wir gerne glauben, sagte sie. Aber das aufgeklärte Europa konnte diese Welt nicht dulden. Weil sie an etwas erinnere, das Vernunft nicht erklären kann.
An was denn?, sagte ich.
An das Nicht und das Etwas, sagte sie. An die Verlorenheit der menschen in einem leeren All.
Es gibt doch Beispiele für Leute, die ihr Leben riskiert haben, sagte ich.
Sie lachte auf.
(…)
Es ist unvorstellbar, dass meine Mutter, die aus derselben Landschaft und Kultur stammte und ihre Kindheit wie Aron Kreiner, wie Arnold Słucki, dort verbracht und diese Welt noch in sich aufgesogen hatte, mit einer Arche na Opole kam, in der nur die Polen gerettet wurden, um, von einem fünftausend Jahre umfassenden Gedąchtnis abgeschnitten, eine neue Zivilisation aufzubauen. Es ist das Wesen unserer Zeit, dass wir nicht wissen wollen, nicht daran erinnert worden wollen, woher der mensch kommt. Durch den Massenmord, der uns alle in Wahrheit recht kam, ist dieses vorgebliche Unwissen ein fżr alle Mal ausgerąumt. Aron Kreiner alias Arnold Słucki war der letzte seiner Art. Meine Mutter war die letzte ihrer Art. Die Mutter meiner Mutter hat sich bis zu ihrem Tod geweigert, die aus Stanisławów mitgebrachten Einrichtungsgegenstände aus den Holzkisten auszupacken. Sie war davon überzeugt, dass man bald werde zurückkehren können. Aber man konnte nicht zurück. Die Erzählung von der Arche Jalta ist eine Erzählung des Fortschritts. Aus der Arche steigt, nach dem Absinken der Flut, der heutige Westen, In den Konferenzem von Jalta und Potsdam hat die Vernunft gesiegt. Das europäische Wertesystem. Kants große Idee von Weltbürgertum. Es ist ein Wunder, dass Aron Kreiner, inzwischen Arnold Słucki, bis ins jahr 1972 im selben Europa weitergelebt hat. Dass er sich angepasst hat und dem polnischen Staat erst im Jahr 1968 wieder aufgefallen ist. Dass er bis zuletzt als eine Schuld empfand, überlebt zu haben, folgt im Grunde der Logik dieses neuen Westeuropas.
Sie sank in sich zusammen. Sie war ausser Atem. Ich fühlte, wie mir das herz bis in den Hals schlug. Ich war wütend. ich wollte etwas sagen, aber ich wusste nicht, was, weil alles, was sie gesagt hatte, an sich falsch war, nicht aber in sich.
(…)
Ich muss langsam gehen, hörte ich mich sagen.
Wir müssen nicht streiten, sagte sie.
Wir streiten nicht, sagte ich.
Ich stand auf und ging in den Flur. Ich zog mich an. Sie stand daneben und schaute mir zu. Wie sie mir so zuschaute, sah auch ich mich von außen, wie ich mich anzog.Ich gab ihr die Hand, trat aus der Wohnung und ins Treppenhaus. Ich stieg die Treppe hinab und trat auf die Straße. Nur langsam verebbte der Ärger in mir, während ich and den Gärtchen vor den Wohnhäuser entlangging. Ich dachte, dass sie maßlos übertrieb. Ich dachte, dass auch ich maßlos übertrieb. Dass mich etwas wütend machen musste. Ich musste mich nicht wehren. Es waren doch nur Gespräche, die wir führten.

Als der Erzähler vier Wochen später sie wieder besuchen wollte, lebte sie nicht mehr. Sie hat sich umgebracht.

Eine kleine Seite auf dem Tempelhofer Damm

Ihr wisst es schon, wieder eine Seite aus einem Buch auf der Strasse gefunden:

Seite 95 und 96

TIPPS EINES DICHTERS ZUM WIEDEREINSCHLAFEN

Schwieriger als Einschlafen ist da Wiedereinschlafen, wenn man erst einmal schlaflos liegt. Alles läuft, nach Jean Paul, auf die Kunst hinaus, sich selber Langeweile zu machen.

DER ERSTE RAT ist, langsam zu zählen. “Diese Beobachtung höchstmöglicher Faultierlangsamkeit ist wohl Kardinalregel aller Einschäfermittel überhaupt.”

DER ZWEITE TIP: Hören des Hörens, d.h. sich in Gedanken ein Lieblingslied oder eine Trauermusik vorsingen.

EIN WEITERER TRICK: Sich etwas nach einem bestimmten Muster vorsagen. Z.B.: Wenn die Wolken fliegen, wenn die Nebel fliehen, wenn die Bäume blühen, etc. Wichtig dabei: “Darauf lass ich aufs Wenn kein So folgen, sondern nichts, nämlich Entschlafen…”

WER AUS EINEM TRAUM erwacht und nicht wieder einschlafen kann, soll versuchen sich wieder in den Traum zu versenken, ihn also zu wiederholen suchen.Jean Paul verspricht: “Bald wird die Welle des neuen Traumes wieder anfallen und dich in ihr Meer fortspüllen und eintauchen. Der Traum sucht den Traum. lm großen Schatten der Nacht spielt jeder Schatten mit uns Sterblichen und hält uns für seinesgleichen.”

AKTIVE IMAGINATION hilft: “Hefte dein inneres Nachtauge lange auf einen optischen Gegenstand, z. B. auf eine Morgenaue, auf einen Berggipfel, es wird sich schließen.”

EIN ANDERER WEG braucht Übung: “Man schaut nämlich bloß unverrückt in den leeren schwarzen Raum hinein, der sich vor den zugeschlossnen Augen ausstreckt. Nach einigen Minuten, wenn nicht Sekunden, wird sich das Schwarze färben und erleuchten und so den Chaos-Stoff zu den bunten Traum- und Empfindungsbildern liefern, welche in den Schlaf hinüberführen.”

Der Text passt genau zu meiner jetzigen Schlafsituation. Ich habe keine Probleme einzuschlafen, bin aber nach ein paar Stunden, manchmal gar Minuten, wieder wach und scheinbar ausgeschlafen. Ich weiß, ich weiß, jeder hat heutzutage solche Probleme, aber vielleicht nicht jeder eine interessante Buchseite genau zu diesem Thema auf der Strasse findet. Ich schon. Ich tu es immer wieder.

Bis dahin war ich imstande, das Buch zu finden, dessen Seiten ich gefunden habe. Diesmal verhielt es sich anders. Keine Ahnung, was für ein Büchlein von 10 Mal 15 cm es ist, aber den Aufsatz Jean Pauls zum Thema “Einschlafen” finde ich sofort. Ach, Jean Paul, ” Jean Paul zur Welt, der wundervollste aller deutschen Klassiker”. Gute Lektüre und gute Nacht:

Jean Paul (1763-1825)
Die Kunst, einzuschlafen

Aus der Zeitung für die elegante Welt

Jean Paul Friedrich Richter, Gemälde von Heinrich Pfenninger, 1798, Gleimhaus Halberstadt

Für die jetzigen langen Nächte und für die elegante Welt zugleich, die sie noch länger macht, ist eine Kunst, einzuschlafen, vielleicht erwünscht, ja für jeden, der nur einigermaßen ausgebildet ist. Es gibt jetzo wenige Personen von Stand und Jahren, die, das Glück ihrer höhern Feinde ausgenommen, irgendein anderes so sehr beneideten als das einer Haselmaus oder auch eines nordischen Bären, dessen Nachtschlummer bekanntlich gerade so lange als seine Nordnacht währt, nämlich fünf Monate. Unsere Zeit bildet uns in Kleidern und Sitten immer mehr den wärmern Zonen an und zu, und folglich auch darin, daß man wenig und nur in Morgen- und Mittagstunden schläft; so daß wir uns von den Negern, welche die Nacht kurzweilig vertanzen, in nichts unterscheiden als in der Länge unserer Weile und unserer Nacht. Hoch oben wird immer mehr die eigne Menschheit – nicht wie von Alexander aus dem Schlafe – umgekehrt aus dem Mangel desselben erraten. Gibt es nicht in allen Residenzen Jünglinge von Welt und Geburt, welche (besonders wenn die Gläubiger erwachen) gern so lange schliefen, bis sie stürben, oder doch bis ihre Väter? Und was hilfts manchem jungen Menschen, daß er Franklins Wink, nachts zum bessern Schlafe die Betten zu wechseln, so gut er weiß, befolgt? Aus dem Gegengift wird in die Länge ein Gift.

Kurz, wer jetzo noch am festesten schläft – die Glücklichen in den Wachstuben auf der Pritsche ausgenommen –, ist einer oder der andere Homer und die sogenannten zehn törichten Jungfrauen, welche in der Bibel den Bräutigam verschlafen.

Wenn ich gleichwohl mehre geistige Mittel, einzuschlafen, freigebig anbiete, noch dazu in einem kurzen Aufsatze – nicht in langen dicken Bänden – : so sind sie in der Tat nicht jenen Wüstlingen gegönnt und geschrieben, welche – durch lauter maîtres de plaisirs zu esclaves de plaisirs gemacht – in der Nachtzeit, in welche sonst die alte Jurisprudenz die Folter verlegte, bloß darum die ihrige ausstehen, weil sie sonst ihre Freuden und Nachtviolen darin pflückten. Sie mögen wachen und leiden, diese Sabbatschänder des täglichen Sabbats der Natur.

Gibt es hingegen einen Minister, der an einem Volke – oder einen Autor, der an einem Werke arbeitet, und beide so feurig, daß sie ebensoviel Schlaf verlieren als versüßen – oder irgendeinen weiblichen Kopf, der das Näh- und Fang-Gewebe seiner oder fremder Zukunft – so wie die Spinnen die ihrigen gern um Betten und immer in der Nacht abweben – ebenso im Finstern ausspinnt, und der folglich kein Auge zutut – oder gibt es irgendeinen andern von Idee zu Idee fortgetriebenen Kopf- z.B. meinen eignen, den bisher der Gedanke, die Kunst, einzuschlafen, für die Zeitung für die elegante Welt zu bearbeiten, an der Kunst selber hinderte – : so sei allen diesen so geplagten und geschätzten Köpfen mit Vergnügen der Schatz von Mitteln, einzuschlafen, mitgeteilt, worunter so manche oft nichts helfen dem einen, doch aber dem andern und den übrigen.

Nicht Einschlafen, sondern Wiedereinschlafen ist schwer. Nach dem ersten schlummernden Ermatten fährt der obige Staatmann wieder auf, und irgendeine Finanz-Idee, die ihm zufliegt, hält er, sich abarbeitend, fest, wie der Habicht eine in der Nacht erpackte Taube bis an den Morgen in den Fängen aufbewahrt; dasselbe gilt ganz vom Bücherschreiber, dessen Innres im Bette, wie nachts ein Fischmarkt in Seestädten, von Schuppen phosphoresziert und nachglänzt, bis es so licht in ihm wird, daß er alle Gegenstände in seinen Gehirnkammern unterscheiden kann und an seinem Tagwerke wieder zu schreiben anfängt unter der Bettdecke. Dies ist ungemein verdrießlich, besonders wenn man keine Mittel dagegen weiß.

Ich weiß und gebe sie aber; sämtlich laufen sie in der Kunst zusammen, sich selber Langweile zu machen, eine Kunst, die bei gedachten logischen Köpfen auf die unlogische Kunst, nicht zu denken, hinauskommt.

Wir wollen indes einen weitern Anlauf zur Sache nehmen. Es wird allgemein von Philosophen und Festungkommandanten angenommen, daß ein Mensch, z.B. eine Schildwache, imstande sei, schläfrig und wach zu bleiben. Ja ein Philosoph kann sich zu Bette legen, Augen und Ohren verschließen und doch die Wette ausbieten und gewinnen, die ganze Nacht zu verwachen bloß durch ein geistiges Mittel, durch Denken; – folglich setzt diese Willkür die andere voraus, einzuschlafen, sobald man das Mittel der Wette nicht anwendet, wie wir abends ja an ganzen Völkern sehen, wenn sie zu Bette gehn.

Der Schlaf ist, wie ich im Hesperus bewiesen, das stärkende Ausruhen nicht sowohl des ganzen Körpers oder der Muskeln u.s.w. als des Denkorgans, des Gehirns, daher durch lange Entziehung desselben nichts am Körper erkrankt als das Gehirn, nämlich zum Wahnwitz. Wird es bei dem Tiere durch kein Empfinden, beim Menschen durch kein Denken mehr gereizt, so zittert dieses willkürliche Bewegorgan endlich aus. Sobald der Mensch sagt: ich will keine einzige Vorstellung, die mir aufstößt, mehr verfolgen, sondern kommen und laufen lassen, was will: so fällt er in Schlaf; nachdem vorher noch einzelne Bilder ohne Band und Reihe, wie aus einer Bilderuhr, vor ihm aufgesprungen waren, bloße Nachzuckungen des gereizten Denkorgans, denen der Muskelfasern eines getöteten Tieres ähnlich. Das Erwachen dagegen beginnt das gestärkte und nun reizende Organ, wie das Einschlafen der nachlassende Geist.

Die göttliche Herrschaft des Menschen über sein inneres Tier- und Pflanzenreich wird zu wenig anerkannt und eingeübt, zumal von Frauen; ohne jene schleppt uns die Kette des ersten besten Einfalls fort. »Tritt aber nicht«, kann eine Frau sagen, »das Leichenbild meines Schmerzes überall ungerufen mitten im Frühling und im Garten desselben wie ein Geist aus der Luft, bald hier, bald da, und kann ich der Geistererscheinung wehren?«

Wende das Auge von ihr, sag’ ich, so verschwindet sie und kommt zwar wieder, aber immer kleiner; siehst du sie hingegen lange an, so vergrößert sie sich und überdeckt dir Himmel und Erde. – Nicht die Entstehung, sondern die Fortsetzung unserer Ideen unterscheidet das Wachen vom Traume; im Wachen erziehen wir den Fündling eines ersten Gedankens oder lassen ihn liegen; im Traume erzieht der Fündling die Mutter und zügelt sie an seinem Laufzaume.

Um zum nahen Einschlafen wieder zu kommen, so bekenn’ ich indes, daß jenes gewaltsame Abbestellen und Einstellen alles Denkens ohne philosophische Übung wohl wenigen gelingen wird; nur der Philosoph kann sagen: ich will jetzt bloß mein Gehirn walten lassen ohne Ich. Dieses Vermögen, nicht zu denken, kann also nicht überall bei der eleganten und denkenden Welt vorausgesetzt werden. Die Juden haben unter ihren hundert Danksagungen an jedem Tage auch eine bei dem Krähen des Hahns, worin sie Gott preisen, daß er den Menschen hohl erschaffen, desgleichen löcherig. Jeder elegante Welt-Mensch wird bis zu einem gewissen Grade – bis zum Kopfe – in das Dankgebet einfallen, weil er in der Tat keine Lücken in der Welt lieber auszufüllen sucht als seine eignen.

Allein nicht jeder hat abends das Glück, hohl zu sein und also, da die Leerheit des Magens nicht halb so sehr als die des Kopfes das Einschlafen begünstigt, letztes zu erringen. Es müssen folglich brauchbarere Anleitungen, den Kopf wie einen Barometer luftleer zu machen, damit darin das zarte elektrische Licht der Träume in seinem Äther schimmere, von mir angegeben werden.

Wenn alle Einschlafmittel, nach den vorigen Absätzen, d.h. Grundsätzen, in solchen bestehen müssen, die den Geist vom Gehirne scheiden und dieses seiner eignen Schwere überlassen: so muß man, da doch die wenigsten Menschen verstehen, nicht zu denken, solche Mittel wählen, die zwar etwas, aber immer dasselbe Etwas zu denken zwingen.

Da ich wohl ein guter Einschläfer und Schläfer, aber einer der mittelmäßigsten Wiedereinschläfer bin: so geben mir meine Nacht- und Bett-Lukubrationen vielleicht ein Recht, über die Selbeinschläferkunst hier der Welt nach eignen Diktaten zu lesen.

Ich müßte von mir selber sprechen und mich über mich ausbreiten, wenn ich die Leser an mein Bette führen wollte, um sie von diesem Heidenvorhof aus weiter zu geleiten zum Katheder.

Nur dies kann ich vielleicht sagen, daß ich ganz andere Anstalten als die meisten Leser treffe, um nicht aufzuwachen. Wenn z.B. so mancher Leser bei dem Einschlafen eine Hand aus Unvorsicht auf die Stirn oder an den Leib oder nur ein Bein aufs andere legt: so kann das geringste, dem Schlafe gewöhnliche Zucken der vier Glieder sämtlichen Rumpf aufwecken und aufkratzen; – und dann ist die Nacht ruiniert, und er mag zusehen. Dagegen man sehe mich im Bett! – Nie berühre doch jemand im Schlaf ein lebendiges Wesen, welches ja er selber ist. Der kleinlichern Vorsichtregeln gedenk’ ich gar nicht, z.B. gegen den Hund, der auf der Stubendiele mit dem Ellenbogen hämmert oder auf einem wankenden Stuhl mit zwei Stuhlbeinen auf- und abklappert, wenn er sich kratzt. Und doch leidet der unvorsichtige Leser so viel im Bette als ich, weil wir beide nie schärfer denken und reicher empfinden als in der Nacht, diese Mutter der Götter und mithin Großmutter der Musen; und ginge am Morgen nicht der Körper mit Nachwehen herum, es gäbe kein besseres Braut- und Kindbett geistiger Sonntaggeburten als das Bette, ordentlich als wenn die Schlaffedern zu Schreibfedern auswüchsen.

Eh’ ich endlich meine elf Mittel, einzuschlafen, folgen lasse, merk’ ich ganz kurz an, daß sie sämtlich nichts helfen; – denn man strengt sich sehr dabei an, und mich hat jedes Schlaf genug gekostet; – aber dies gilt nur für das erstemal. – Eben hat mir mein scharfsinniger Freund E. noch ein zwölftes entdeckt, nämlich gar nicht einschlafen zu wollen.

Aber seitdem, d.h. seit anderthalb Jahrzehenden, hab’ ich noch drei neue Selberwiegen im Bette zur Welt gebracht, so daß es künftig eines jeden eigne Schuld bleibt, wenn er, mit meinen vierzehn Handgriffen zum Einwiegen seines Kopfs in Händen, gleichwohl seine Augen noch so offen behält wie ein Hase, der indessen darüber gar nicht zu tadeln ist, da ers eben im Schlafe tut.

Nach langem Überlegen, wie ich meine drei neuen Schlafmittel in dieser dritten Auflage unter die elf alten einschalten könnte mit Beibehaltung alles Spaßes der frühern Rangordnung, fand ichs endlich als zweckdienlichst, sofort nach dem neunten Einschlafmittel die drei neuen einzuschieben und darauf mit den alten bis zum vierzehnten ordentlich fortzufahren; anders wüßt’ ich nicht einzuflechten ohne namhaften Verlust meiner und der Leser.

1) Das erste Mittel, das schon Leibniz als ein gutes vorschlug, ist Zählen. Denn die ganze Philosophie, ja die Mathematik hat keine abstrakte Größe, die uns so wenig interessiert als die Zahl; wer nichts zählt als Zahlen, hat nichts Neues und nichts Altes, indessen doch eine geistige Tätigkeit, obwohl die leichte der Gewohnheit, so wie ein Virtuose ohne große geistige Anstrengung nach dem Generalbasse phantasiert, den er doch mit großer erlernte. Buxton, der eine Zahl von 39 Ziffern im Kopfe mit ihr selber multiplizierte, sank nach tiefen Rechnungen in tiefen Schlaf. Die Alten hatten an den Bettstellen das Bildnis Merkurs, dieses Rechners und Kaufmanus, und taten an ihn das letzte Gebet. Es läßt sich wetten, daß niemand leichter einschläft als ein Mathematiker, so wie niemand schlechter als ein Verse- und Staatmann.

Allein dieses Leibnizische Zählen wird an schwachen Schläfern unsers Jahrhunderts nur mittelmäßige Wunder tun, wenn man entweder schnell oder über hundert (wodurch es schwerer wird) oder mit einiger Aufmerksamkeit zählt. Ebenso muß man, wie höhere Rechenkammern, nichts darnach fragen, daß man sich verzählt. Unglaublichen Vorschub tut aber dem Schlafe ein kleiner, meines Wissens noch unbekannter Handgriff, nämlich der, daß man im Kopfe die Zahlen, welche andere Schläfer schon fertig ausgeschrieben anschauen, selber erst groß und langsam hinschreibt, auf was man will. Verfasser dieses nahm dazu häufig eine lange Wetter- oder auch Stöhrstange und zeichnete, indem er sie am kurzen Hebelarme hielt, mit dem langen oben an das Zifferblatt einer Turmuhr (indes ist Schnee ebensogut) die gedachten Zahlen an, so lang und so dick, daß er sie unten lesen konnte. Diese so unendlich einförmige Langsamkeit der Operation ist eben ihr punctum saliens oder Hüpfpunkt und schläfert so sehr ein; und was das Lächerliche dabei anlangt, so geht wohl jeder im Bette darüber hinweg. Einem solchen Langsam- und Stangenschreiber rate man aber unsere arabischen Ziffern ab, deren jede einen neuen Zickzack fodert, sondern er schreibe römische an seinen Turm (wie alle Turmuhrblätter haben), welche bis 99 nichts machen als lauter herrliche, recht herpassende Linien, nämlich gerade. – Will ein Einschläfer Turm und Stange nicht: so kann man ihm raten, recht lange Zahlen, und zwar wie Trochäen auszusprechende, sich vorzuzählen, z.B. einundzwanzig Billionen Seelen Zahl, zweiundzwanzig Billionen Seelen Zahl u.s.w.; nur aber kann man einem Einschläfer nicht genug einschärfen, das Zählen äußerst langsam und schläfrig zu verrichten. Indes diese Beobachtung höchstmöglicher Faultierlangsamkeit ist wohl Kardinalregel aller Einschläfermittel überhaupt.

2) Töne, sagt Bako, schläfern mehr ein als ungegliederte Schälle. Auch Töne zählen und werden gezählt. Da aber hier nicht von fremden, sondern von Selbentladungen – das Einschläfern ist der einzige schöne Selbermord – die Rede ist: so gehören nur Töne her, die man in sich selber hört und macht. Es gibt kein süßres Wiegenlied als dieses innere Hören des Hörens. Wer nicht musikalisch phantasieren kann, der höre sich wenigstens irgendein Lieblinglied oder eine Trauermusik in seinem Kopfe ab; der Schlaf wird kommen und vielleicht den Traum mitbringen, dessen Saiten in keiner Luft mehr zittern, sondern im Äther.

3) Vom zweiten Mittel ist das dritte nicht sehr verschieden, sich nämlich in gleichem Silben-Dreschen leere Schilderungen langsam innen vorzusagen, wie ich z.B. mir: wenn die Wolken fliegen, wenn die Nebel fliehen, wenn die Bäume blühen etc. Darauf lass’ ich aufs Wenn kein So folgen, sondern nichts, nämlich Entschlafen; denn die kleinste Rücksicht auf Sinn oder Zusammenhang oder Silbenzahl würde, wie ein Nachtwächter-Gesang, alles wieder einreißen, was das poetische Selberwiegenlied aufgebaut. Da aber nicht jeder Talent zum Dichten hat – zumal so spät im Bette – : so kommen ja dem Nicht-Dichter zu Tausenden Bett-Lieder mit diesem poetischen faulen Trommelbaß entgegen, wovon er nur eines auswendig zu lernen braucht, um für alle Nächte damit sein Glück zu machen. Unschätzbar ist hier unser Schatz von Sonetten, an denen wie an Raupen-Puppen nichts sich lebendig regt als das Hinterteil, der Reim; man schätzet es nur noch nicht genug, wie sicher das Reim-Glockenspiel uns in einen kürzern Schlaf einläute, als der längste ist. – Ich würde hiezu auch auswendig gelernte Abendsegen vorschlagen, da sich durch sie wahrscheinlich sonst Tausende eingewiegt, wenn ich nicht besorgte, daß sie ungewohnten Betern, z.B. Hofleuten, durch den Reiz der Neuheit mehr Schaden und Wachen brächten als Nutzen.

4) Ein gutes Mittel, einzuschlafen nicht sowohl als wieder einzuschlafen, ist, falls man aus einem Traum erwacht, sich in diesen mit den schläfrigen Augen, indem man ihm unaufhörlich nachschaut, wieder einzusenken; bald wird die Welle eines neuen Traumes wieder anfallen und dich in ihr Meer fortspülen und eintauchen. Der Traum sucht den Traum. Im großen Schatten der Nacht spielt jeder Schatten mit uns Sterblichen und hält uns für seinesgleichen.

5) Hefte dein inneres Nachtauge lange auf einen optischen Gegenstand, z.B. auf eine Morgenaue, auf einen Berggipfel, es wird sich schließen. Überhaupt sind Landschaften – weil sie unserm innern Menschen, der mehr Augen hat als Ohren, leicht zu erschaffen werden, und weil sie uns in keine mit Menschen bevölkerte und erweckende Zukunft ziehen – die beste Schaukel und Wiege des unruhigen Geistes.

6) Das sechste Mittel half mir mehre Nachmitternächte durch, aber es fodert Übung; man schaut nämlich bloß unverrückt in den leeren schwarzen Raum hinein, der sich vor den zugeschloßnen Augen ausstreckt. Nach einigen Minuten, wenn nicht Sekunden, wird sich das Schwarze färben und erleuchten und so den Chaos-Stoff zu den bunten Traum- oder Empfindbildern liefern, welche in den Schlaf hinüberführen.

7) Wer seine Augen schließen will, mache an seinem innern Januskopfe zuerst das Paar, das nach der Zukunft blicket, zu; das zweite, nach der Vorzeit gerichtet, lasse er immer offen. Am Tage vor einer Reise oder Haupttat schläft man so schwer als am Tage nachher so leicht; die Zukunft ergreift uns (so wie den Traum) mehr als die Gegenwart und Vergangenheit. Im Hause eines Toten, aber nicht eines Sterbenden kann man schlafen. Daß Kato in der Nacht vor seinem Entleiben schlief – wie die Seidenraupe vor der Einpuppung –, ja sogar schnarchte, ist schwerer, als was er nachher tat. Daß Papst Klemens XIIII. am Morgen vor seiner Krönung geschlafen, merkt die Weltgeschichte mit Recht an; denn am Abende darauf, da er auf dem Stuhle saß, war es ganz leicht; auf dem Wege zum Throne und auf dessen Stufen wird überall weniger geschlafen und das Auge zugemacht als oben in den weichsten Betten der Ehren und lits de justice. Euere Vergangenheit könnt ihr daher – zu große Tiefen und Höhen darin ausgenommen – mit Vorteil vor dem Einschlafen durchlaufen; aber nicht an den kleinsten Plan und Brief und Aufsatz des nächsten Morgens denken.

8) Für manche geübte gewandte Geister im Kopfe mag das wildeste Springen von Gegen- zu Gegenstand – aber ohne Vergleichungzweck –, mit welchem der Verfasser sich sonst einschläferte, von einiger Brauchbarkeit sein. Eigentlich ist dieses Springenlassen nichts anders, wenn es gut sein will, als das obige Gehenlassen des Gehirns; der Geist läßt das Organ auszucken in Bildern.

9) Seelenlehrer und deren Seelenschüler schläfern sich ein – falls sie wollen –, wenn sie geradezu jede Gedankenreihe ganz vorn abbrechen, die neue wieder und so fort, indem sie sich fragen bei jedem Mächtigen, was sie ausdenken und vollenden möchten »Kann ich denn nicht morgen eine Stunde länger wach liegen und meine Kopfarbeit auf dem Kopfkissen verrichten? Und warum denn nicht?« – Wer aber so wenig Denkkraft hat, daß er sie damit nicht einmal hemmen kann, wo er will, der höre hier wieder ein Ausmittel; nämlich er horche sich innen zu, wie ihm ohne sein Schaffen ein Substantivum nach dem andern zutönt und zufliegt, z.B. mir gestern: »Kaiser – Rotmantel – Purpurschnecke – Stadtrecht – Donnersteine – Hunde – Blutscheu – atque – panis – piscis – crinis – Karol magnus – Partebona – et so weiter.«

10) Niemand merkte noch scharf genug darauf, daß er zwei der besten Säemaschinen der Schlummerkörner an seinem eignen Kopfe herumtrage, nämlich seine beiden Gehörgänge, nach außenhin Ohren genannt. Höchstens nahm vielleicht einer und der andere wahr, daß ihm Einschläferndes zufließe durch die Gehörgänge in Hofkirchen, in Redesälen akademischer Mitglieder, in Freimäurerlogen und in Theaterlogen, wiewohl er am hellen Tage wenig Gebrauch davon zu machen wußte; aber ich darf wohl mich als den Erfinder ansehen, welcher die eignen Gehörwerkzeuge, auch ohne alle Unterstützung fremder Sprachwerkzeuge und folglich in der Einsamkeit der Nacht und der Bettstelle, als die besten Schlaftrunkzubringer zuerst beobachtet hat. Wie nämlich Mäzen sich durch Wasserfälle einschläferte, oder wie in den achtziger Jahren der Wunderdoktor Schlippach in der Schweiz ein besonderes Schlafzimmer hatte, worin alle Kranke entschliefen an den um dasselbe niederrauschenden Strömen: so tragen wir alle ja ähnliche Wasserfälle in uns, ich meine die Pulsadern Springbrunnen und Blutadern-Wasserfälle, welche unaufhörlich dicht neben unsern Ohrnerven rauschen, und die jeder – sogar am Tage mit einiger Aufmerksamkeit nach Innen, aber noch lauter in der Nacht auf dem Kopfkissen – vernehmen kann. Nun auf dieses innere Rauschen richte ein Beflißner des Wiedereinschlafens recht bestimmt sein Seelenohr; – und er wird mir danken, wenn er erwacht, und es rühmen, daß er durch mich früher eingeschlafen. Noch trefflicher wirkt dieses zehnte Mittel ein, wenn man ihm noch das sechste als ein adjuvans beimischt, was ich in meiner nächtlichen Praxis selten vergesse.

11) Das eilfte Einschlafmittel ist irgendeine Historie, die man sich metrisch in den freiesten Silbenmaßen vorerzählt. Gewöhnlich nehm’ ich des biblischen Josephs Geschichte dazu und halte damit gut sieben, ja bis zwölf Nächte Haus; ich weiß jedoch jedesmal – was mich wundert, ich mir aber nächstens völlig erklären werde –, wo ich im Erzählen stehen geblieben. Dabei hat der Schlaflustige nun zum Glück auf Numerus – der ohnehin schon als Zahl im ersten Schlafmittel – oder auf Wohlklang der im zweiten unter den Tönen vorkommt – nicht die geringste Rücksicht zu nehmen nötig, ebensowenig als auf falsches Verkürzen oder Verlängern der Füße – da nur das Aufziehen und Ausstrecken der leiblichen von Wichtigkeit ist –; kurz der Schlaflustige pfeife auf dem Haberstroh sein Haberrohr, wie er nur mag, und zwar je falscher, je besser; ja wenn er sogar mit allen möglichen unpoetischen Freiheiten jetziger Versübersetzer und Vers- und Sonettenschmiede sich handhabt: so wird er immer noch finden, daß man dichtend leichter hundert Menschen einschläfert als einen einzigen, nämlich sich. Um desto mehr ahme er die gedachten Dichter nach, damit er Schönheiten, die im Bett nur Anstöße wären, möglichst vermeide. So sing’ ich wenigstens meine epische Josephiade ab und fange sie jambisch an »Der träum’r’sche Joseph kame einst zu seinen Brüdern, erzählte voller Stolze ihnen seine folg’nden Träume« etc. – so daß ich mich um kein Rezensieren kümmere, sondern mich frage »Stecken denn der Doktor Merkel aus Riga und der Hofrat Müllner aus Weißenfels mit dir unter einer Decke und liegen mit ihren Schlafmützen neben deinem Kopfe rechts und links auf einem Kopfkissen? – Mithin, so dichte nur zu!«

12) Kein gemeines Einschlafmittel – sondern vielmehr ein neues und das zwölfte – ist Buchstabieren unendlich langgestreckter Wörter, wie sie die Kanzleien des Reichstags, des Bundtags, die wienerischen sämtlich, ja die meisten deutschen als höhere bureaux des longitudes uns hinlänglich zulangen und schenken. Einen solchen Kanzlei-Molossus-Koloß nun erstlich sich langsam vorzubuchstabieren – ja zweitens vorher sich ihn gliederweise hinzuschreiben, wäre wohl das Höchste, was ein Schlaflustiger von sich fodern könnte zum Denkpausieren, wenn ich es nicht drittens darüber hinaus zu treiben wüßte durch meinen neuern Kunstgriff, daß ich, ob ich gleich das innere Aussprechen des unabsehlichen Lang-Wortes durch Zerstücken in Silben noch mehr verlängere und diese Silben wieder durch Hinschreiben von neuem auseinanderziehe, mich doch nicht damit begnüge, sondern, wie gesagt, drittens gleich anfangs jeden Buchstaben[248] einer Buchstabiersilbe selber vornehme und ihn geduldig fertig mache und deswegen, anstatt wie ein Schriftgießer zu eilen, der einen schon in die Patrize oder Schriftbunze eingeschnittenen Buchstaben in der kupfernen Matrize einschlagend ausprägt, vielmehr meinen Buchstaben, es sei Spaßes halber z.B. das O im Worte Österreichisches, Punkt nach Punkt oder punktatim durch gelbe Messingnägelköpfe ausfertige, die ich, wie man sonst gepflegt, so lange hintereinander auf einen Kutschenschlag einschlage, bis das O als Zirkel dasteht und ich zum E übergehen müßte – wohin es aber eben nie kommt, weil ich über dem O als Zyklus und Zirkel, den ich mit meinen Nägelköpfen, wie ich will, erweitere, längst in Schlaf gefallen bin, – von welchem schon jetzo ich und wohl die Leser selber durch das bloße langweilige Darstellen auf dem Papier angefallen werden. Nein, kein Argus behielt von allen seinen Augen nicht zwei im Bette offen, zumal da er die Flöte zum Einschläfern selber bläst.

13) Das dreizehnte Seelen- und Bett-Laudanum kann jeder gebrauchen, er habe so viele Ideen, als er will, oder so wenige oder gar keine. Ich schäme mich, es aber anzugeben, da es in nichts Geistigerem besteht als darin, daß man die fünf Finger, einen nach dem andern, langsam auf oder unter dem Deckbette auf- und niederbewegt und fortfährt und daran so lange denkt, bis man, ohne daran zu denken, an kein Aufheben oder Achtgeben mehr denkt, sondern schnarcht. Es ist erbärmlich, daß unser Geist so oft der Mitbelehnte des Leibes ist und besonders hier das Faustrecht der toten Hand und deren Fingersetzung hat, und daß sein geistiger oder geistlicher Arm in der Armröhre des weltlichen steckt. Schlafdurstige, also Schlaftrunkene, z.B. Soldaten, Postillione, schlummern im Reiten und Marschieren halb ein, bloß weil gleiche Bewegungen des Körpers dieselben langweilig-geistigen, die das Gehirn wenig mehr reizen, in sich schließen. Läßt man aber den schlafenden Postillion die Pferde abspannen, einziehen, abschirren und füttern: so wird und bleibt der Mann ganz wach; bloß weil seine (körperlichen und geistigen) Bewegungen jetzt immer etwas anderes anzufangen und abzusetzen haben. Der Grund ist: die Einförmigkeit fehlt. Wenn man in Tangotaboo (nach Forster) die Großen dadurch einschläfert, daß man lange und linde auf ihrem Leibe trommelt: so ist der Grund gar nicht von diesem vorletzten Mittel verschieden. Denn das

14) ist das letzte. Da die Kunst, einzuschlafen, nichts ist als die Kunst, sich selber auf die angenehmste Weise Langweile zu machen – denn im Bette oder Leibe findet man doch keinen andern Gesellschafter als sich –, so taugt alles dazu, was nicht aufhört und ohne Absätze wiederkehrt. Der eine stellt sich auf einen Stern und wirft aus einem Korbe voll Blumen eine nach der andern in den Weltabgrund, um ihn (hofft er) zu füllen; er entschläft aber vorher. Ein anderer stellt sich an eine Kirchentüre und zählt und sieht die Menge ohne Ende, die herauszieht. Ein dritter, z.B. ich selber, reitet um die Erde, eigentlich auf der Wolkenbergstraße des Dunstkreises, auf der wahren, um uns hängenden Bergkette von Riesengebirgen, und reitet (indem er unaufhörlich selber das Roß bewegt) von Wolke zu Wolke und zu Pol-Scheinen und Nebelfeldern, und dann schwimmt er durch langes Blau und durch Äquator-Güsse, und endlich sprengt er zum andern Pole wieder zu uns herauf. – Ein vierter Schlaflustiger setzt irgendeinen Genius bis an den halben Leib in eine lichte Wolke und will ihn mit Rosen rund umlegen und überdecken, die aber alle in die weiche Wolke untersinken; der Mann läßt indes nicht ab und umblümet weiter – in die Runde – und immer fort – und die Blumen weichen – und der Genius ragt – wahrhaftig ich schliefe hier, hielte mich nicht das Schreiben munter, unter demselben selber ein. So wird uns nun der Schlaf- dieses schöne Stilleben des Lebens- von allem zugeführt, was einförmig so fortgeht. So schlafen Menschen über dem Leben selber ein, wenn es kaum acht oder neun Jahrzehende gedauert hat. So könnte sogar dieser muntere Aufsatz den Lesern die Kunst, einzuschlafen, mitteilen, wenn er ganz und gar nicht aufhörte.

Quelle:
Jean Paul: Werke. Band 6, München 1959–1963, S. 238-251.
http://www.zeno.org/nid/20005129567

Trostmomente

Tibor Jagielski

Falkner

Sprich, sprich zu mir
Deine Stimme will ich nicht vermissen
Über den Bäumen wandernd
Durch das Feld des Frühlings.

Falkner bist du
Zu deiner Hand komme ich zurück.

Ich spielte mit Winden
Wolke war mein Sitz.
Komme zurück.

Deine Stimme
Schafft die Welten
Und schafft sie ab.
Sprich zu mir.

T.J., 1988

 

…koche ich für dich, liebe freundin, so dass du gesund wirst kochana moja;
nutzte die gelegenheit, weil ich eingenickt bin und die u-bhf holzhauser str
verpennt habe aber statt mich zu ärgern, stieg ich erst in alt-tegel aus
und lies es mir gut gehen
und aß ein bismarckbrötchen aus der markthalle, und nahm einviertel
suppenhun noch nach hause mit

hühnerbrühe

ein viertel suppenhuhn (ca 2 Pfund) kochst du
(mit einen stück poree, einen lorberblatt, vier pfefferkörner sowie einen teelöffel salz)
auf kleinen feuer weich (ca anderthalb stunden bis das fleisch von knochen abgeht)
und nimmst es heraus
dann schälst du und schneidest in mundgerechte stücke
(mohrrüben, selerie,petersilienwürzel – ca ein pfund)
und kochst du sie in der brühe ein paar minuten
(nicht zu lange damit sie bissfest bleiben)
und gibst die hälfte des von knochen abgelösten fleisches dazu
(die andere hälfte wirst du für das frikasse verwenden)
ewentuell  noch nachschmecken
(mit einer prise paprika – sowie curry- oder kurkumapulver)
smacznego!

Barataria 110 Lucky Luke

Etwas passend zum April April…

Ewa Maria Slaska

Zwei Einkaufsbeutel und ein Gedanke


Eine brachte ich aus Amerika, eine ist von hier, und es ist nicht so, wie man sich denken kann: Es war Don Quijote, den ich in Barnes&Noble, berühmter amerikanischen Buchhandlungs-Kette, in Ramsey, NJ, bekommen habe. A poor lonesome cowboy fand ich in Berlin. So ist es eben im Globalen Dorf.

Seit langem glaube ich, Lucky Luke ist eine moderne Version des verrückten spanischen Ritters.

Wikipedia schreibt darüber:

Lucky Luke ist die Titelfigur einer seit 1946 erscheinenden belgischen Comic-Serie des Zeichners Morris. Die Geschichten handeln von den Abenteuern des einsamen Cowboys, der im Wilden Westen, hauptsächlich in Texas, für Recht und Ordnung sorgt. Dabei hat er  mit diversen berühmten oder berüchtigten Wildwest-Legenden, Indianerstämmen, der Kavallerie, verfeindeten Clans, schwierigen Siedlern, hitzköpfigen Dampfschiffern und vier dummdreisten Banditen zu tun. Am Ende der meisten seiner Abenteuer reitet Lucky Luke auf seinem treuen Pferd Jolly Jumper dem Sonnenuntergang entgegen und singt sein Lied I’m a poor lonesome cowboy and a long way from home.

  • Lucky Luke verkörpert den einsamen, rast- und heimatlosen Helden, der Verbrecher jagt, Armen und Benachteiligten hilft und immer auf der Seite des Gesetzes steht. Seine größte Begabung ist es, den Colt „schneller als sein eigener Schatten“ ziehen zu können. Ansonsten ist er eher wortkarg und macht kein Aufhebens um seine Heldentaten. Die Kopfgelder stiftet er für wohltätige Zwecke und nach seinen Taten verschwindet er schnell und unauffällig.
    Er hat geraucht und man sah ihn immer mit eine Kippe im Mund, raucht aber nicht mehr und allmählich tötet auch nicht mehr.
  • Viele Abenteuer Lucky Lukes greifen historische Begebenheiten oder Figuren auf, natürlich ohne diese allzu dokumentarisch wiederzugeben. Allgemein sind die Geschichten zumeist zwischen 1860 und 1890 angesiedelt.

Jolly-Jumper-Figur in einem Freizeitpark in Ankara (es sieht wie Rosinante aus, oder?)

  • Jolly Jumper ist das Pferd Lucky Lukes und war von Anfang an dessen treuester Begleiter. Jolly besitzt außergewöhnliche Fähigkeiten und rettet seinen Herrn oft aus schwierigen Situationen. Er kann allein einkaufen gehen, sich beschlagen lassen und eigenhändig Wäsche aus dem Waschsalon holen, nimmt am liebsten „keinen Kaffee in den Zucker“, kann Schach spielen, Schlösser aufbrechen, Knoten öffnen, auf Bäume klettern, senkrechte Felswände erklimmen (samt Reiter), auf dem Hochseil gehen, schneller als sein Schatten laufen und sich selbst satteln. Seit der Geschichte Sur la piste des Dalton (dt.: Den Daltons auf der Spur) nimmt der Leser auch an Jolly Jumpers Gedanken teil, da dort auch erstmals ein „sprechender“ Hund auftauchte. Die oft zickigen Kommentare des Schimmels zu den Geschehnissen sind berüchtigt. Wenn Jolly Jumper zwischendurch nicht gebraucht wird, geht er am liebsten angeln.

Wenn man wirklich will, bekommt man auch das, was man will, obwohl… es ist nicht immer genau das, was man suchte. Aber immerhin, eine Geschichte, die sehr an Terry Gilliams “The Man, who killed Don Quixote” ähnelt. Luke rettet einen Mann vor dem Galgen, der glaubt, Don Quichote zu sein. Der arme Verwirrte trifft auf die Frau seiner Träume, die schöne Barsängerin Milkie Daffodil. Er setzt alles daran, Milkie zu erobern. Luke wiederum ist bemüht, den Möchtegern-Don Quichote wieder zur Besinnung zu bringen.