Co robi Don Kichot w Kraju Basków?

Zdjęcia i pomysł wpisu: Tomasz Fetzki
Realizacja: Ewa Maria Slaska

No cóż, pytanie to w tytule postawione tak śmiało, choćby z najwyższym trudem rozwiązać by należało, bo jeżeli Don Kichot i Sancho Pansa stoją na pomniku w brązie wykonanym na placu w San Sebastian, to jakiś sens to mieć musi.

A więc do dzieła.

  • Artysta: Lorenzo COULLAUT – VALERA (Sevilla, Marchena 1876 – Madrid 1932)
  • Materiał: Brąz
  • Wymiary: 157 x 50 x 130 cm (Don Kichot) // 104 x 49 x 100 (Sancho) // 53 x 120 x 211 cm (cokół)
  • Podpisany: Tak, na cokole Don Kichota: Lorenzo Collaut Valera
  • Datowany: 1929
  • Lokalizacja: Centrum miasta (San Sebastian; miasto po baskijsku nazywa się Donostia, park Alderdi Eder, Plaza Cervantes)
  • W roku 1915 Collaut Valera wziął udział w konkursie na projekt pomnika Cervantesa, rozpisanym z okazji trzechsetnej rocznicy śmierci pisarza. Pomnik miał zostać wzniesiony w Madrycie. Projekt Collauta Valery’ego został nagrodzony. Wybór został ostro skrytykowany przez wiele znamienitych postaci owych czasów. Protestującym nie podobało się, że jest to dzieło staroświeckie, rozdrabniające w anegdotach i alegoriach główny sens, jakim jest wzniesienie pomnika największemu twórcy, jakiego kiedykolwiek wydała Hiszpania.
  • Wiele lat później miasto San Sebstian (Donostia) postanowiło wznieść pomnik na brzegu zatoki La Concha na placu Cervantesa. Tuż przy plaży, naprzeciwko ogromnego ratusza, ustawiono kopie dwóch rzeźb z pomnika Collauta Valery’ego w Madrycie, ale tylko dwie. W Madrycie natomiast na pomniku znajdują się jeszcze rzeźby przedstawiające samego Cervantesa, postaci Dulcynei i Aldonzy Lorenzo z Don Kichota oraz tytułowe postaci z dwóch nowel Cervantesa, Cyganeczki i Rinconete y Cortadillo. Ponadto na pomniku umieszczone zostały alegorie Literatury, Mistycyzmu i Waleczności oraz wieńcząca pomnik kula ziemska z kobiecymi postaciami, symbolizującymi pięć kontynentów.
    Rzeźb było tak wiele (a miało być jeszcze więcej), że Collaut-Valera pracował nad nimi wraz z synem, Federico Coullaut-Valera Mendigutia.
  • Pomnik w San Sebastian został odsłonięty 4 lipca 1973 roku i uważany jest za jedno z miejsc, które w tym mieście każdy powinien odwiedzić. Tego zresztą nie da się uniknąć, bo bulwar La Concha odwiedzają po prostu wszyscy, może nie tyle dla naszych dwóch bohaterów, ile dla znakomitej kuchni baskijskiej, słynnych win, no i samej promenady i plaży.
  • San Sebastian zadbało też o to, żeby, mimo ogromnego napływu turystów, zachować bulwar w takiej postaci, w jakiej został zaprojektowany prawie 200 lat temu, czyli wtedy, gdy zamożne mieszczaństwo i arystokracja z całej Europy odkryła uroki kąpielisk.
  • Zwróćmy jednak uwagę na kilka politycznych aspektów związanych z tym pomnikiem. Po pierwsze – w sercu Kraju Basków i w jego stolicy wzniesiono pomnik Hiszpanom. Po drugie – miało to miejsce za czasów generała Franco. Po trzecie – najsłynniejszym Baskiem jest José Luis Álvarez Enparantza, a.k.a. Txillardegi, polityk, pisarz, lingwista – prawdziwy twórca autonomii Basków. Był uniwersalnym geniuszem, studiował inżynierię, był matematykiem i filozofem egzystencjalistą. Nie ma on w San Sebastian placu, skweru, ulicy, nawet zaułka, a należał by mu się pomnik. Tak twierdzi pewien baskijski bloger. I zapewne ma rację. No ale Txillardegi jest twórcą bojowej organizacji basków ETA, trudno więc oczekiwać, że Hiszpanie pozwolą na postawienie mu pomnika, nawet po 60 latach.

                                    

Imieniny Don Kichota

Ewa Maria Slaska

To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.

Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.

W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955):
“Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”

Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.

Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.

A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?

Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.

Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.

Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.

Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.

Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.

Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.

My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.

Wracamy jednak do Don Kichota.

Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.

Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.

— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler.
— Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot.
— Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy?
— Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota?
— Ani źdźbła — odparł Don Alvaro.
— A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa?
— Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem.
— O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo.
— Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale.
— Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś.
— Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał.
(…)
Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.

A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.

¡Salud!

* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.


Reblog: Krótko o… płytach

Reblog i każdy wierny czytelnik (czytelniczka rzecz jasna też) tego bloga zrozumie – dlaczego? Rebloguję jednak z ciężkim sercem, bo Don Kichot na okładkach płyty zobowiązuje, ale akurat kilkanaście dni temu Armia zorganizowała jubileusz swego pięćdziesięciolecia na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nie była w tym niestety osamotniona – takie gwiazdy jak Maryla Rodowicz, Natalia Kukulska i Mary Spolsky też wystąpiły na tym kiedyś świetnym, a teraz sponiewieranym festiwalu. Szkoda.
Rok 1991 był naprawdę wyjątkowy w dziejach muzyki rockowej (i gatunków pokrewnych). To wówczas ukazują się tak wielkie albumy jak: Metallica – Metallica, Nevermind – Nirvana, Ten – Pearl Jam, Gothic – Paradise Lost, Arise – Sepultura, Live Facelift – Alice in Chains. Out of Time – R.E.M., Badmotorfinger – Soundgarden. A to tylko niewielka część tego co przyniósł nam początek lat 90-tych XX stulecia. Także w Polsce, w której nastąpiła eksplozja rocka głownie alternatywnego, który z muzyki niszowej stał się na krótko dominujący, pojawiło się kilka ciekawych albumów, z których najważniejszym jest z pewnością Legenda zespołu Armia. Przypomniałem sobie o tym wydarzeniu słuchając nie tak dawno audycji Radioaktywni w RNŚ i od razu musiałem wrócić do tej niesamowitej muzyki. Już samo powstanie tego krążka jest niezwykłe. Muzycy zespołów Armia i Izrael spędzili kilka miesięcy w punkowej komunie, którą stworzył Marcin Miller we wsi Stancewo w pobliżu Augustowa. Zakupił sprzęt muzyczny, na którym mogli wyżyć się muzycznie i nagrywać. Jak wspominał Tomek Budzyński, oderwanie się od wielkiego miasta oraz atmosfera otaczającej ich przyrody bardzo mocno wpłynęły na tworzoną przez artystów (Brylewski, Budzyński, Banasik) muzykę. Dzisiaj Legenda ma status płyty legendy. I słusznie! W czasach bezkompromisowości polskiego punka, który zawładną festiwalem jarocińskim Armia nagrała płytę, która łączy w sobie szybkość i prostotę gatunku, z poetyckimi tekstami Budzyńskiego. Jest mocna i liryczna zarazem. Ma w sobie patos i niesamowitą siłę.  Utwory takie jak Gdzie ja tam będziesz ty, To moja zemsta, czy Trzy bajki są genialne i dla mnie nie tracą swojej siły pomimo upływu czasu. Nie wiem, ile razy będąc w lesie w mojej głowie rozbrzmiewała Opowieść Zimowa, a ja wówczas rozglądałem się za tajemniczą wieżą lub jej ruinami. Na tej płycie każdy kolejny utwór to wciągająca opowieść, z którą zostaje się na długo. A waltornia Banasika i gitara Brylewskiego tworzą dla nich wręcz magiczne tło.

https://youtu.be/7AiWh-pBe6c

Ale to nie od Legendy zaczęła się moja przygoda z Armią, tylko od wydanej w 1994 roku Triodante. Triodante to punkowo metalowa Boska Komedia, która sprawia, że Dante stał się zrozumiały dla nastolatka, żyjącego u schyłku XX w. Poza własnymi tekstami Budzyński sięgnął także po wiersze Samuela Becketta i Artura Rimbauda. A przyznać się muszę do tego, że z poezją zawsze miałem problem. Mówię i myślę prozą. Natomiast kiedy wiersz zostaje ubrany w muzykę, i to niekoniecznie lekką, zaczyna do mnie przemawiać. I tak właśnie było z Triodante. Przez kilka miesięcy nie potrafiłem oderwać się od tej płyty, a właściwie kasety, bo w takiej właśnie formie pierwotnie pojawiło się to wydawnictwo. A kiedy jeszcze zobaczyłem w telewizji przygotowane do tej muzyki widowisko, oszalałem. I chociaż dziś wydaje się to dość prymitywne, to wówczas robiło ogromne wrażenie.  
Do dziś, chociaż słucham tej płyty rzadko, ściska mnie coś mocno za serducho już przy pierwszych dźwiękach, otwierającego ją Wyludniacza. Triodante Armii to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu. W polskiej muzyce rockowej trudno znaleźć coś równie wielkiego, a w momencie ukazania się jej z pewnością była na poziomie światowym. Niestety po reedycji ciężko znaleźć oryginalną siedmioutworową wersję, która sprawiała, że był to album doskonały, a nawet jeśli udałoby mi się wygrzebać gdzieś kasetę, to nawet nie miałbym na czym jej odtworzyć. Te trzy dodatkowe utwory rozerwały monolit jaki wcześniej stanowiła Triodante. Żadna późniejsza płyta Armii nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia, chociaż bardzo lubię Ducha, zresztą nie gardzę także i Drogą, ale brak im tej siły, patosu, połączonych z surowością. A kiedy nastał wiek XXI przestałem się tym zespołem interesować. Może jednak warto do niego wrócić? To takie moje małe zadanie na zbliżającą się jesień.

Aru | September 4, 2021 at 10:49 pm | Categories: Diabolus in musica | URL: https://wp.me/paL9Md-1Rn

Donald Trump a Don Kichot

Ewa Maria Slaska

W ślad za butami, wszyscy w ślad
w daleki świat, zielony świat,
gdzie nie ma wojen, gdzie nie ma nędzy,
gdzie wszyscy mają dość pieniędzy,
matki dla dzieci bułki i bajki,
dobrzy mężowie tytoń do fajki…

Konstanty Ildefons Gałczyński, Buty szewca Szymona

Od kilka lat umieszczam tu wpisy o Don Kichocie, Baratarii i utopiach. Kilkakrotnie omawiałam w nich definicję donkichotyzmu i donkichoterii. W przeciągu ponad 400 lat, które minęły od czasu opublikowania Don Kichota, definicja ta, rzecz jasna, się zmieniała, z reguły zawierała jednak pewną podstawową i niezbywalną cechę – działanie w dobrej wierze. Don Kichot i jego naśladowcy mogli być głupkami lub marzycielami, mogli być śmieszni, tragikomiczni i komiczni, ale zawsze stali po stronie szlachetnych ideałów. Don Kichot zawsze szedł w ten daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, nie ma nędzy…

Tymczasem mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach ta definicja się radykalnie zmieniła. Bo owszem, Don Kichot nadal jest śmiesznym głupkiem, ale został wyrzucony z obozu “naszych” wartości (dla przypomnienia prawa człowieka, demokracja, tolerancja, uczciwość, brak nienawiści, otwartość itd) i wylądował w obozie przeciwników. Jest tam i jest śmieszny, ośmieszając tym samym naszych adwersarzy i pomagając nam budować nasze własne butne i słuszne ja porządnego człowieka i obywatela.

I wtedy nagle Donald Trump staje się Don Kichotem, a na naszym poletku – Beata Szydło, śmieszny człowieczek w podkolanówkach, jak ją określił człowiek nie tylko szlachetny, ale sam w końcu stuprocentowy Don Kichot, ksiądz Lemański.

Oczywiście “ludzie mówią i mówią uczenie”, że symbole nieustannie podlegają zmianie i że rzeczywiście zdarza się nawet, że wędrują z jednego obozu do drugiego. Czasem obóz przeciwny dopomina się o swoje prawa do symbolu, ale to najczęściej dotyczy “wielkich” symboli, flagi, godła, hymnu, ikonicznego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, Krzyża, Kotwicy. Dokonuje się przymusowego przeniesienia symbolu z jednego obozu do drugiego. Obóz rządzący oznajmia, że posiada jedyne prawo do jakiegoś symbolu, a opozycja mówi nie.

Czasem przemiana znaczeń odbywa się w ramach tej samej opcji politycznej. Po prostu stary symbol, który zawsze był jak najbardziej “nasz”, unowocześnia się, bezwzględnie jednak nadal pozostaje “nasz”.

Zdarzają się też akcje indywidualne w sprawie zawłaszczania wizerunków. Fizyk i filozof, wędrowiec i jeden z autorów na tym blogu, Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny, od kilku lat toczy upartą kampanię w obronie wizerunku Kubusia Puchatka, który wskutek przepychanek finansowych najpierw został całkowicie zmieniony, a potem na dodatek ten nowy wizerunek został objęty korporacyjnym prawem własności.

Ale w sprawie Don Kichota nic takiego się przecież nie zdarzyło. Jeszcze wczoraj Don Kichot był jak najbardziej “nasz”, i np. walczył w Niemczech z wiatrakami produkującymi prąd, a dziś już nie, dziś jest zdetronizowanym Trumpem i walczy z prawem mediów społecznościowych do wyrażania jedynie słusznych opinii. Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, te uciśnione przez Trumpa media to tak naprawdę bezwzględne korporacje. Kto więc i gdzie jest jeszcze Don Kichotem?

Dziwne. I jak już bardzo chcę się zmartwić, że ukradli nam naszego prawdziwego Don Kichota i nie zrobili tego “źli oni” z chęci zysku, lecz “nasi dobrzy” z braku pomyślunku, odkrywam na Netflixie Don Kichota nadal prawdziwego i naszego. Ale przecież Netflix to też korporacja!

Navillera

I co teraz?

Don Quixote on the Atlantic Ocean

Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.

Barataria. Don Kichot i niańki

Ewa Maria Slaska

Zawsze, od niepamiętnych czasów znałam ten tytuł, więc gdy kilka lat temu zaczęłam się zajmować Don Kichotem, Sancho Pansą i Baratarią, to w ogóle o nim nie pamiętałam. A potem nagle skądś, nie wiadomo skąd, objawiły się owe przedwojenne niańki, które na ławkach w parku flirtowały z żołnierzami i nie lubiły, żeby dzieci zawracały głowę, ale przecież nie lubiły też, żeby coś dzieciom zawracało w głowie, a taki Don Kichote, a tfu, cóż to za lektura dla młodej panienki. Kupiłam więc tę książkę za kilka złotych w antykwariacie wieszcz.pl, a teraz ją sobie odebrałam i przeczytałam w podróży, zachwyciwszy się przypadkowym zbiegiem okoliczności, że to nie tylko książka o don Kichocie, który jest w niej niemal na każdej stronie, ale też o podróży po Hiszpanii. I nie jest to, uchowaj Boże, podróż śladami don Kichota, lecz własna podróż pani i pana Kuncewiczów, w której Rycerz Smętnego Oblicza i jego dobroduszny giermek, adwersarz i przyjaciel wychodzą im naprzeciw z każdej uliczki w Granadzie i Sewilli, Barcelonie, Madrycie i Toledo.

Książka została wydana w roku 1965, ja czytam wydanie drugie, o rok zaledwie późniejsze. Kuncewiczowie podróżowali po Hiszpanii przed pół wiekiem. Człowiek nie wylądował jeszcze na Księżycu, wciąż żył Caudillo, a jego rządy, podobnie zresztą jak władza Komuny i podział świata na dwa obozy, wydawały się wieczne. Ale też wieczna wydawała się sztuka i wiara w ludzką dobroć, uczciwość, sprawiedliwość.

Wszystko minęło. Dobre minęło, i złe minęło.

Nie będę tu przytaczać wszystkiego, co Maria Kuncewiczowa napisała w tej książce o don Kichocie i Sancho Pansie, zainteresowanych po prostu odsyłam do lektury. Jak nie macie gdzieś w domu na półce, to zamówcie tak jak ja w antykwariacie u wieszcza.

A ja tu przepiszę dla Was tekst o Baratarii.

Maria Kuncewiczowa, Don Kichote i niańki, s. 238-241

Jak wiadomo, dialog Don Kichota z Sanczem, raz polubowny, niemal czuły, raz swarliwy i gorzki, trwa nieprzerwanie i urywa się tylko na czas, kiedy rycerz uwikłany w kolosalną commedia dell’arte, reżyserowaną przez parę książęcych cyników, zezwala, aby giermek objął gubernatorstwo rzekomej “wyspy” Barataria. Z giermka na służbie u fantasty Sanczo staje się wielkorządcą, a jego “wyspa” jak gdyby stacją doświadczalną rządzenia. I cóż stąd za nauki? Po siedmiu dniach i nocach rzekomy marszałek Sanczowego “dworu”, totumfacki księcia, mający za zadanie donosić księstwu o zabawnych poczynaniach wieśniaka, musi stwierdzić: “Codziennie coś nowego oglądamy na świecie: krotochwile zmieniają się w prawdę, a kpiarze zostają wykpieni”. Rzeczywiście, chłopek-roztropek rozstrzyga genialnie scholastyczne spory, wymierza sprawiedliwość, dba o uczciwy handel i wydaje “tyle słusznych rozporządzeń… że do dziś” – powiedzą potomni – “są w Baratarii dochowywane i nazywają się >>dekretami znamienitego Wielkorządcy Sancza Pansy<<“.
Tymczasem pogromca olbrzymów, obolały, postarzały Don Kichote działa równie skutecznie na polu rycerstwa jak jego towarzysz na polu administracji; osamotniony na książęcym zamku, odpiera w imię Dulcynei afekty kabotynki Altisidory i z kopią w ręku broni praw pokrzywdzonej córki ochmistrzyni Rodriguez. Z podszeptu poetów praktykując cnoty wzniosłe, nie przestaje jednak słyszeć głosu gospodarskiego rozsądku. W liście do wielkorządcy Sancza pisze: “Aby zaś pozyskać przywiązanie ludu, którym rządzisz, masz… być grzecznym dla wszystkich…, a po drugie – starać się o obfitość środków żywności; nic bowiem tak nie dręczy serc ludzi ubogich jak głód i drożyzna”. O wojnie rycerz milczy.

Aliści, kiedy okazuje się, że do obowiązków wielkorządcy należy walka zbrojna z najeźdźcą, chłop-pacyfista nie chce “dzielić łupów nieprzyjacielskich”, jeno prosi i błaga “o łyk wina” i odwiązanie pawęży. Nie daje się skusić obietnicą lejbmedyka, że odtąd będzie mógł najadać się do syta, udaje się do stajni, obejmuje swego kłapoucha i rzecze: “Odkąd porzuciłem ciebie i wstąpiłem w wieżyce ambicji i pychy, w duszę mi wkroczyły tysięczne niedole”. Kulbaczy osła, a do dworzan tak się odzywa: “Powiedzcie księciu… że bez srebrnika na to wielkorządztwo wstąpiłem i bez niego odchodzę… Niech w tej stajni pozostaną skrzydła mrówcze, które mnie w powietrze uniosły… Zawróćmy, aby chodzić po ziemi własnymi nogami”.

“Syn własnych czynów”, szlachcic z Manczy, doznaje podobnych uczuć na książęcym zamku. “Wyobrażał sobie, że popełnia wielki grzech oddając się w zamknięciu wywczasom, pośród biesiad i przyjemności, jakich mu owi państwo, jako rycerzowi błędnemu, nie szczędzili… Przeto pewnego dnia poprosił księstwo o pozwolenie odjazdu.”

Nieprzekupiony, nieokiełznany lud opuszcza na własne żądanie ośrodki władzy swego czasu: miasto i zamek. A przecież i szlachcic-inteligent, i chłop-robotnik przeżyli realizację swoich marzeń: Don Kichote był goszczony na dworze książęcym ze wszystkimi honorami należnymi chlubie błędnego rycerstwa, Sanczo stał się panem na gospodarstwie tysiąckroć przewyższającym jego własną zagrodę. Odchodzą i spotykają się w “czeluści”, w jaką giermek zapadł wraz z osłem, uchodząc z Baratarii, a na której skraj zabrnął rycerz, wprawiając się w grę orężną.

Na pożegnanie księcia Sanczo oświadcza: “…zeskakuję z urzędu i przechodzę na służbę mego pana, Don Kichota…”. Romantyk zawraca Rosynanta i wyjeżdża z zamku, a za nim realista Sanczo na kłapouchu. Ledwie się ujrzeli w czystym polu, Don Kichote “uczuł się, jak gdyby odrodzony”. “Obowiązki wdzięczności za doznane dobrodziejstwa są więzami, które nie dozwalają swobodnie radować się wolnej duszy. Szczęśliwy, komu niebo użyczy kawałka chleba, za który nikomu prócz Boga dziękować nie jest obowiązany.” Podstawmy pod wyraz “niebo” słowo “los”, a pod wyraz “Bóg” słowo “natura” i usłyszymy credo anarchisty.

Babilońska Barataria

Sięgnęłam ostatnio po wielu wielu latach po moją ulubioną powieść, Egipcjanin Sinuhe Mike Waltari, fińskiego pisarza, który wydał ją w roku 1945. Książkę przetłumaczono na wszystkie języki świata i wydano w milionach egzemplarzy. Do czasu ukazania się Imienia róży Umberto Eco, była to najlepiej sprzedająca się i najchętniej czytana powieść współczesna. Każdy kto ją czytał, wie, że słusznie. Bo rzeczywiście powieść się czyta fantastycznie, jest barwna, ciekawa, opowiada perypetie pewnego egipskiego lekarza, osiągającego najwyższe sukcesy nieudacznika, który stale wygrywa i stale sam zaprzepaszcza swoje szanse, dodając przy tym przy każdej okazji formułkę, która uwalnia go właściwie od wszelkiej odpowiedzialności za to, co się stało: Ale nie wiem, dlaczego zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Czytając tę powieść teraz, w czerwcu 2021 roku, zorientowałam się, że jest to kolejna powieść-parafraza Don Kichota. Jej bohaterem jest, jak to już przypomniałam, pewien romantyczny, idealistyczny nieudacznik, a w wędrówkach po całym znanym świecie starożytnym towarzyszy mu rozumny, rezolutny i praktyczny niewolnik, jednooki Kaptah, który zgodnie z obyczajami swego pierwowzoru, najchętniej jeździ na osiołku, podczas gdy jego pana noszą w lektyce lub nawet idzie na piechotę.

W Babilonie Kaptahowi przydarza się to, co Sancho Pansie przytrafiło się w Baratarii – na jeden dzień zostaje królem. I radzi sobie niezgorzej niż Sancho Pansa. Ponieważ fałszywych królów (pisałam o tym wielokrotnie) wybierano zawsze w owe szczególne dni astronomiczne – podczas zrównania dnia z nocą (tak się dzieje poniższym tekście) lub podczas przesileń – myślę, że 21 czerwca to świetny moment, żeby przypomnieć, że dziś najkrótsza noc w roku, że czarownice lecą na miotłach na wszystkie Łyse Góry świata, że rzucamy dziś wianki, kąpiemy się w czystych rzekach i jeziorach (ja wykąpałam się w Haweli), że Słońce właśnie zwyciężyło, ale że to oznacza również, iż właśnie zaczyna przegrywać, bo od dziś dnia będzie ubywać, początek lata już pachnie jesienią i że, niestety, non semper Saturnalia, a królem nigdy nie będziemy naprawdę.

Księga 6

Dzień Fałszywego Króla

Kraj, nad którym włada Babilon, wiele nosi nazw. Nazywają go Chaldeą, a także krajem Kasytów, według nazwy ludu, który tam mieszka. Ja jednak nazywam go Babilonem, bo wtedy każdy wie, o jaki kraj chodzi. Jest to kraj żyzny, którego pola, gęsto pocięte kanałami nawadniającymi, rozciągają się na rozległych równinach, inaczej niż w Egipcie, podobnie jak i wszystko inne jest tu odmienne niż w Egipcie. W kraju tym nie rosną prawie żadne drzewa, jest ich tam tak mało, że uważa się za zbrodnię wobec bogów i ludzi, gdy ktoś zetnie drzewo, i jest to surowo karane prawem. Ten natomiast, kto sadzi drzewa, zyskuje sobie przez to łaskę bogów. Mieszkańcy Babilonu są też tłustsi i tężsi niż w jakimkolwiek innym kraju i dużo się śmieją, jak to często bywa u grubasów. Jedzą obficie mączne potrawy. Mówią, że Babilon jest największym i najstarszym z wszystkich miast na świecie, w co im jednak nie wierzyłem, wiedząc, że najstarszym i największym miastem są Teby. Powiem też, że wprawdzie nie ma na świecie miasta, które mogłoby się równać z Tebami, jednak Babilon zaskoczył mnie swym bogactwem i wielkością, bo już same mury miejskie były wysokie jak góry i wzbudzały postrach, wieże zaś, które wznosili dla swoich bogów, sięgały aż do nieba. Domy w mieście miały po cztery, pięć pięter, tak że ludzie mieszkali i wiedli życie jedni nad lub pod drugimi. I nigdzie, nawet w Tebach, nie widziałem tak bogatych i wspaniałych sklepów i takiego mnóstwa towarów, jak w domu handlowym przy świątyni w Babilonie. Ich bogiem jest Marduk, a ku czci Isztar zbudowali bramę, większą niż pylony w świątyni Amona, i pokryli ją kafelkami o barwnej glazurze, ułożonymi w obrazy, które olśniewały oczy w blasku słońca. Od bramy tej wiodła szeroka droga na szczyt Wieży Marduka, zbudowanej piętrzącymi się jeden na drugim tarasami, tak równa i szeroka, że można nią było jechać w kilka wozów obok siebie. Na szczycie wieży mieszkali gwiaździarze, którzy wiedzieli wszystko o ciałach niebieskich, obliczali ich orbity i ogłaszali dni pomyślne i dni niepomyślne, tak że każdy mógł stosownie do tego kierować swoim życiem. Mówiono też, że umieli oni przepowiadać przyszłość człowieka, po to jednak trzeba było znać dzień i godzinę urodzenia, skutkiem czego nie mogłem spróbować tej ich sztuki, bo nie znałem dokładnej chwili moich urodzin.

Zakwaterowałem się obok Bramy Isztar, w dużej gospodzie o wielu piętrach, na dachu której rosły owocowe sady i krzewy mirtu, płynęły strumyki i ryby pluskały w sadzawkach. W gospodzie tej mieszkali możni przybywający do Babilonu ze swoich dóbr, jeśli nie posiadali własnych domów w mieście. Zajeżdżali tam także zagraniczni wysłannicy. Izby wyścielone były miękkimi dywanami, a łoża były miękkie od zwierzęcych skór, na ścianach zaś znajdowały się ułożone z pokrytych glazurą płytek kolorowe, wesołe i fry-wolne obrazki. Dom ten zwał się Domem Uciechy Isztar i stanowił własność Wieży Marduka, podobnie jak wszystko inne o większym znaczeniu w Babilonie. Gdyby policzyć wszystkie jego izby i pomieszczenia, mieszkańców i służbę, to, jak sądzę, okazałoby się, że w tym jednym tylko budynku jest tylu mieszkańców, co w całej dzielnicy miasta w Tebach, choć nikt, kto tam nie mieszkał, pewnie mi w to nie uwierzy. W żadnym innym miejscu na świecie nie widzi się tylu rozmaitego rodzaju ludzi co w Babilonie i nigdzie nie słyszy się tylu różnych języków na ulicy jak tam, gdyż sami Babilończycy mówią, że wszystkie drogi prowadzą do ich miasta i że Babilon jest pępkiem świata. Zapewniają oni mianowicie, że kraj ich nie leży na skraju świata, jak to wierzą w Egipcie, lecz że na wschodzie, za górami, znajdują się potężne państwa, skąd czasem przybywają do Babilonu uzbrojone karawany, przywożąc rzadkie towary, materiały i kruche naczynia. Muszę też powiedzieć, że widziałem w Babilonie ludzi których twarze były żółte, a oczy skośnie osadzone i którzy wcale nie malowali sobie twarzy. Trudnili się oni handlem, sprzedając materiały cieniutkie jak królewskie płótno, lecz jeszcze odeń gładsze i mieniące się wszystkimi możliwymi kolorami, jakie są na świecie. Mieszkańcy Babilonu są bowiem przede wszystkim kupcami i niczego nie stawiają wyżej ponad handel, tak że nawet ich bogowie handlują ze sobą. Dlatego też Babilończycy nie lubią wojny. Utrzymują wojska zaciężne i wznoszą mury obronne tylko dla ochrony swego handlu i pragną, by drogi były otwarte dla wszystkich ludzi i we wszystkich krajach. Pragną zaś tego przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż są najlepszymi kupcami i że większe osiągają korzyści z handlu niż z prowadzenia wojen. Są jednak dumni ze swych żołnierzy, którzy strzegą miejskich murów i świątyń i co dzień maszerują do Bramy Isztar w hełmach i napierśnikach błyszczących od srebra i złota. Rękojeści ich mieczy i groty oszczepów pokryte były również srebrem i złotem na znak bogactwa. Mnie zaś pytano: – Czyś widział kiedy, cudzoziemcze, takich żołnierzy i takie wozy bojowe?

Królem Babilonu był wtedy chłopak nie posiadający jeszcze zarostu, musiał przyczepić sobie sztuczną brodę, gdy wstąpił na tron. Nazywał się Burnaburiasz i lubował się w zabawkach i dziwnych opowieściach. Sława moja z Mitanni doszła jeszcze przede mną do Babilonu, tak że gdy zajechałem do Domu Uciechy Isztar, odwiedziłem świątynię i pomówiłem z kapłanami i lekarzami Wieży, dano mi znać, że król wzywa mnie do siebie. Kaptah jak zwykle zaniepokoił się i powiedział: – Nie idź tam, mój panie, lecz uciekajmy razem co rychlej, nic dobrego nie można bowiem spodziewać się od królów. Ale ja odparłem mu na to: – Głuptasie, czyżbyś zapomniał, że mamy z sobą skarabeusza? Na to on rzekł: – Skarabeusz skarabeuszem i wcale o tym nie zapomniałem, ale bezpieczeństwo jest zawsze najlepsze, lepsze niż niepewność. Nie powinniśmy też nadużywać cierpliwości skarabeusza. Jeśli jednak stanowczo postanowiłeś iść, nie mogę ci w tym przeszkodzić i pójdę z tobą, abyśmy przynajmniej umarli razem. Gdybyśmy bowiem, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, kiedyś wrócili do Egiptu, chcę móc opowiadać, że leżałem na brzuchu przed królem Babilonu. Byłbym zatem głupi, gdybym nie wykorzystał sposobności, która się nadarza. Jeśli jednak mamy już tam się udać, powinniśmy szanować swoją godność. Musisz więc zażądać, aby przysłano po nas królewską lektykę. I nie pójdziemy tam dzisiaj, bo dzień dzisiejszy jest zły według zwyczajów tego kraju, kupcy pozamykali sklepy, a ludzie odpoczywają po domach i nie pracują, gdyż i tak wszystko by im się dzisiaj nie udało, jako że jest to siódmy dzień tygodnia.

Powiedziałem więc do królewskiego sługi: – Sądzisz pewnie, żem głupi i obcy, skoro w taki dzień żądasz, żebym stanął przed królem. Jutro jednak przyjdę, jeśli twój król przyśle po mnie lektykę, gdyż nie jestem jakimś nędznym człowiekiem i nie chcę stanąć przed nim z oślim nawozem między palcami u nóg.
A na to sługa: – Obawiam się, parszywy Egipcjaninie, że za te słowa doprowadzony zostaniesz przed króla na oszczepach, które będą cię łaskotać w tyłek. Odszedł, ale nabrał dla mnie szacunku, bo następnego dnia przybyła do gospody królewska lektyka, aby mnie zabrać. Wyszedłem z mej izby przyodziany w strój, na którym srebrem i złotem wyhaftowane były rozmaite związane z zawodem lekarza figury. A kołnierz mój lśnił w promieniach słońca od złota i drogich kamieni i na szyi dźwięczały złote łańcuchy. Za mną kroczyli niewolnicy z oberży niosąc skrzynie z cedru i hebanu, ozdobione intarsjami z kości słoniowej. W skrzyniach znajdowały się moje leki i lekarskie narzędzia.

Król Burnaburiasz siedział na miękkich poduszkach w przestronnej komnacie, której ściany mieniły się od barwnych, pokrytych glazurą kafelków. Był to jeszcze chłopiec, rozkapryszony i rozpuszczony. Siedział podpierając ręką policzek, a obok niego leżał lew, który na nasz widok głucho ryknął.
Odezwałem się: – Jestem Sinuhe, Egipcjanin, Ten, Który Jest Samotny, Syn Dzikiego Osła. I nie potrzebuję cię badać, żeby wiedzieć, że trzonowy ząb wywołał spuchliznę na twym policzku, ponieważ nie dałeś go w porę oczyścić czy też wyrwać, co twoi lekarze na pewno ci doradzali. Taki ból to ból dla dzieci i dla strachajłów, a nie dla pana czterech części świata, przed którym nawet lew drży i skłania głowę, jak to widzę na własne oczy. Ale wiem, że twój ból jest wieIki, i dlatego chcę ci dopomóc.
Tak się też stało. Król był wdzięczny.

Tak więc jadłem i piłem z królem.
Rozstaliśmy się jak przyjaciele
Od tego czasu imię moje głośne było w Babilonie.

W ciągu dalszego pobytu w Babilonie zyskałem wiele tajemnych wiadomości, korzystnych dla lekarza, a specjalnie interesowałem się posiadaną przez kapłanów sztuką przepowiadania i wróżenia. Dowiedziałem się od nich, że wszystko, co dzieje się na ziemi, zapisane jest na długo przedtem w gwiazdach, i że nie ma takiego drobiazgu – nie mówiąc już o większych wydarzeniach – którego by nie można było wyczytać z gwiazd, jeśli tylko posiada się dostateczną umiejętność czytania pisma na niebie. Nauczyłem się też pod kierownictwem kapłanów czytać w owczej wątrobie, która wyjawiała wiele przeróżnych ukrytych rzeczy. Poświęciłem także dużo czasu na lanie oliwy na wodę i tłumaczenie sobie figur, które powstawały przy tym na powierzchni wody.

Pozostaje mi jeszcze opowiedzieć o dniu fałszywego króla. Gdy zboża zakiełkowały, a noce zrobiły się ciepłe, gdy ustąpiły przykre przymrozki, kapłani wyszli z miasta i odkopali swego boga z ziemi obwieszczając, że powstał z grobu. Babilon zamienił się w roztańczony, weselący się plac zabawy. Odświętnie ubrane tłumy płynęły ulicami, a motłoch plądrował kramiki przekupniów i robił na ulicach zgiełk większy niż żołdactwo przed powrotem do domu po wielkiej paradzie wojskowej. Kobiety i dziewczęta zbierały w świątyniach Isztar srebro na ślubne wiano i kto tylko chciał, zażywał z nimi rozkoszy. I wcale nie poczytywano tego za hańbę, lecz każdy zabawiał się i kosztował rozkoszy stosownie do swych sił i upodobań. A ostatni dzień świątecznych uroczystości był dniem fałszywego króla.
Oswoiłem się już z rozmaitymi zwyczajami w Babilonie, mimo to jednak zdumiałem się, gdy żołnierze przybocznej straży królewskiej, pijani winem, wtargnęli przed świtaniem do Domu Uciechy Isztar, wyłamali przemocą drzwi i waląc drzewcami oszczepów tych, co im wybiegli naprzeciw, wołali na całe gardło:

– Gdzie się chowa nasz król? Dajcie nam prędko naszego króla, bo słońce wzejdzie niebawem, a król musi wymierzać sprawiedliwość swemu ludowi! Rwetes był nieopisany, zapalono lampy i służący z gospody biegali wystraszeni po korytarzach, a Kaptah sądził, że w mieście wybuchło powstanie, i schował się pod moim łóżkiem. Ja jednak wyszedłem żołnierzom na spotkanie, nagi pod wełnianym płaszczem, bo dopiero co wyszedłem z kąpieli, i spytałem:

– Czego chcecie?
– Daj nam twojego sługę Musimy prędko zanieść go do pałacu, ponieważ dziś jest dzień fałszywego króla i królewską wolą jest, byśmy śpieszyli z nim do pałacu.
Gdy Kaptah to usłyszał, tak się przeraził, że zaczął dygotać całym ciałem i łoże trzęsło się od jego drżączki tak, że łatwo go znaleźli, wyciągnęli spod łóżka, wznieśli radosny okrzyk i skłonili się przed nim głęboko, mówiąc:
– Wielce radosny jest dla nas ten dzień, albowiem wreszcie znaleźliśmy naszego króla, który schował się i znikł nam z oczu. Teraz jednak oczy nasze cieszą się jego widokiem i mamy nadzieję, że różnymi podarunkami wynagrodzi naszą wierność.
Kaptah patrzył na nich trzęsąc głową i robiąc wielkie oczy ze zdumienia. A oni widząc to śmieli się jeszcze więcej niż przedtem i wołali:
– Zaiste, oto król czterech części świata i znamy jego oblicze. – I głęboko mu się kłaniali, ci zaś, którzy stali za nim, kopali go w siedzenie, żeby się pośpieszył.
On zaś powiedział do mnie: – Doprawdy to miasto i cały świat pełne są zepsucia, szaleńców i niegodziwców.

Żołnierze ryczeli z uciechy słysząc go, padali pękając ze śmiechu na kolana i bili się nawzajem po plecach, by się nie udusić, i mówili: – Na Marduka, lepszego króla od tego nie mogliśmy nigdzie znaleźć. To przecież wspaniałe, jak on trzepie językiem!
Tymczasem zaczęło już świtać, więc waląc go drzewcami oszczepów po plecach, by się nie ociągał, zabrali Kaptaha z sobą. Ja zaś ubrałem się szybko i poszedłem w ślad za nimi do pałacu i nikt mi w tym nie przeszkadzał, a wszystkie podwórce i przedsionki pałacu pełne były hałasujących ludzi. Toteż byłem pewny, że w Babilonie wybuchło powstanie i że krew niedługo płynąć będzie ściekami, gdy tylko wojska z prowincji zdążą dotrzeć do miasta z odsieczą. Ale gdy wszedłem za żołnierzami do wielkiej sali tronowej, obaczyłem, że Burnaburiasz siedzi tam pod baldachimem na swym złotym tronie, opierającym się na lwich łapach, odziany w królewskie szaty, a w rękach trzyma oznaki swej władzy. Dokoła niego zebrani byli w sali najwyżsi kapłani Marduka, królewscy doradcy i najwyżsi dostojnicy państwowi. Ale żołnierze nie zwracali na nich uwagi, tylko pchali naprzód Kaptaha, torując sobie drogę oszczepami, aż wreszcie zatrzymali się przed tronem.
Nagle zrobiło się zupełnie cicho i nikt nic nie mówił, dopóki Kaptah nie odezwał się: – Zabierzcie stąd to okropne stworzenie, bo inaczej sprzykrzy mi się ta zabawa i pójdę sobie. W tejże chwili wpadło do sali światło słońca przez kratownicę na wschodnich oknach. I jak na dany znak wszyscy, kapłani i dostojnicy, królewscy doradcy i żołnierze, zaczęli wołać: – On ma słuszność! Zabierzcie to stworzenie, mamy bowiem dość rządów gołowąsa. Ten mąż natomiast jest mądry i dlatego zrobimy go królem, aby nad nami panował!
Nie wierzyłem własnym oczom, gdy zobaczyłem, jak popychając się i tłocząc, i śmiejąc, i kłócąc, rzucili się na króla, wyrwali mu z rąk oznaki jego władzy i odarli go z jego królewskich szat, tak że wnet stał równie nagi jak ja, w chwili gdy żołnierze zaskoczyli mnie w gospodzie. Szczypali go w ramiona, obmacywali mięśnie jego ud i naigrawali się z niego mówiąc: – Widać po nim, że dopiero co został odstawiony od piersi i usta ma jeszcze mokre od matczynego mleka. Toteż najwyższy czas, aby kobiety z babińca zaznały trochę przyjemności, sądzimy, że ten stary hultaj, Egipcjanin Kaptah, potrafi jeździć także i w damskim siodle. A Burnaburiasz nic nie mówił, tylko śmiał się. I nie wiedziałem, czy śnię na jawie, gdy rzucili się od króla do Kaptaha i odziawszy go w królewskie szaty zmusili, by wziął w dłonie oznaki królewskiej władzy, i posadzili go na tronie, i padali przed nim plackiem scałowując kurz z podłogi. Pierwszy przyczołgał się przed Kaptaha goluteńki Burnaburiasz i zawołał: – Tak ma być. Niech on będzie naszym królem. Lepszego króla nie moglibyśmy wybrać! Wszyscy powstali i obwołali Kaptaha swym królem, trzymając się za brzuchy i skręcając ze śmiechu. Kaptah gapił się na nich, wybałuszając oczy, z włosami zjeżonymi pod królewską przepaską, którą w pośpiechu wcisnęli mu krzywo na głowę. W końcu jednak rozłościł się i krzyknął donośnie, tak że wszyscy umilkli, aby go usłyszeć.
On zaś powiedział: – Doprawdy, wszystko to jest jak zły sen, który ktoś zesłał na mnie czarami, bo i to się zdarza. Nie mam najmniejszej ochoty być waszym królem, wolałbym raczej być królem pawianów i wieprzów. Ale jeśli rzeczywiście chcecie mnie na króla, nie mogę nic na to poradzić, bo was jest wielu, a ja jeden. Dlatego zaklinam was: powiedzcie mi uczciwie, czy jestem królem, czy też nie.
Wtedy wszyscy razem zawołali: – Ty jesteś naszym królem i panem czterech części świata! Czy nie widzisz i nie rozumiesz tego sam, głuptasie! I znów skłonili się przed nim, a jeden z nich włożył na siebie lwią skórę, położył się u nóg Kaptaha, mruczał i ryczał wyginając się komicznie. Kaptah zastanowił się przez chwilę i stał się niepewny. W końcu powiedział: – Jeśli rzeczywiście jestem waszym królem, to przydałoby się napić czegoś, aby oblać tę sprawę. Przynieście więc szybko wina, słudzy, jeśli są tu takowi, bo inaczej mój kij potańcuje na waszych grzbietach, i każę was powiesić na murze, skoro jestem waszym królem. Przynieście dużo wina, bo ci panowie i przyjaciele, którzy zrobili mnie królem, napiją się też ze mną, a ja sam zamierzam dziś skąpać się w winie aż po szyję. Słowa jego wywołały wielką wesołość. Hałaśliwa tłuszcza porwała go z sobą i zaniosła do wielkiej sali, gdzie stało mnóstwo doskonałych potraw i gdzie było dużo wina. Każdy brał to, na co miał ochotę, a Burnaburiasz włożył fartuszek służącego i biegał jak zwariowany, wywracając puchary i oblewając sosem gości, tak że wielu klęło go i rzucało weń obgryzionymi kośćmi. Również na wszystkich dziedzińcach pałacu częstowano lud jedzeniem i piciem, które uprzednio przygotowano, ćwiartowano całe woły i owce, a ludzie czerpali piwo i wino z glinianych garów i napychali sobie żołądki do syta kaszą przyprawioną śmietanką i słodkimi daktylami. Gdy słońce podniosło się wyżej, w pałacu panował już tak nieprawdopodobny hałas, zgiełk, wrzask, śmiech i tumult, iż nigdy sobie nie wyobrażałem, by coś takiego było możliwe. Gdy tylko nadarzyła mi się sposobność, podszedłem do Kaptaha i powiedziałem do niego cicho, tak aby inni nie słyszeli: – Kaptahu, chodź za mną, schowamy się i uciekniemy, bo z tego wszystkiego nie wyniknie nic dobrego. Kaptah jednak opity był winem i brzuch mu napęczniał od dobrego jedzenia, więc rzekł do mnie: – Twoje słowa są jak brzęczenie much w moich uszach. Głupszej gadaniny nigdy jeszcze nie słyszałem. Mamże więc uciekać teraz, gdy ten zacny lud zrobił mnie królem i wszyscy mi się kłaniają? Nie wydaje mi się właściwe, byś w dalszym ciągu nazywał mnie Kaptahem, jak niewolnika lub sługę, i byś odzywał się do mnie tak poufale. Powinieneś kłaniać mi się jak inni. Ja jednak zaklinałem go mówiąc: – Kaptahu, Kaptahu, to wszystko żart, za który drogo zapłacisz. Uciekaj, póki możesz, a ja wybaczę ci twoją bezczelność. Ale Kaptah otarł usta z tłuszczu, pogroził mi obgryzioną oślą kością i zawołał: – Zabierzcie precz tego parszywego Egipcjanina, nim się rozgniewam i wygarbuję mu grzbiet kijem. Wtedy człowiek odziany w lwią skórę rzucił się na mnie i ugryzł mnie w nogę, obalił mnie na ziemię i podrapał mi twarz pazurami. Mogło się to dla mnie niedobrze skończyć, gdyby w tejże chwili nie odezwały się rogi zwiastujące, że czas, by król zszedł na dół i wymierzał sprawiedliwość ludowi, skutkiem czego o mnie zapomniano.
Kaptah był trochę zaskoczony, gdy go zaprowadzono do Domu Sprawiedliwości, i mówił, że chętnie pozostawi wymiar sprawiedliwości sędziom krajowym, ludziom uczciwym i godnym zaufania. Ale lud sprzeciwił się temu i wołał: – Chcemy widzieć mądrość królewską, żeby przekonać się, że jest to właściwy król, który zna prawa. Posadzono więc Kaptaha na tronie sprawiedliwości, położono przed nim oznaki sprawiedliwości, pletnię i kajdany, i wezwano lud, aby występował i przedstawiał swoje sprawy królowi.
Pierwszym, który rzucił się do nóg Kaptaha, był mężczyzna w porwanych szatach i z włosami posypanymi popiołem. Nurzał twarz w prochu u stóp Kaptaha, płakał i wołał: – Nie ma nikogo, kto byłby tak mądry jak nasz król, pan czterech części świata! Dlatego błagam go o sprawiedliwość w mojej sprawie, która jest następująca: Mam żonę, wziąłem ją sobie przed czterema laty. Nie mieliśmy dotąd dzieci, teraz jednak żona moja zaszła w ciążę. Wczoraj dowiedziałem się wszakże, że zdradza mnie z żołnierzem, złapałem ich nawet na gorącym uczynku. Żołnierz był wielki i silny, tak że nie mogłem mu nic zrobić, i wątroba moja jest teraz pełna troski i wątpliwości, skądże bowiem mogę wiedzieć, czy dziecko, które ma urodzić moja żona, jest moim dzieckiem, czy też spłodził je ów żołnierz. Dlatego błagam króla o sprawiedliwość i pewność, czy dziecko jest moje, czy też żołnierza, abym mógł stosownie do tego postąpić.

Kaptah siedział cicho i rozglądał się dokoła niespokojnie, w końcu powiedział stanowczo: – Weźcie kije i wychłostajcie tego człowieka, tak aby popamiętał ten dzień. Słudzy trybunału schwycili mężczyznę i wychłostali go tak, że biadał, krzyczał i odwoływał się do ludu, wołając: – Czy to jest sprawiedliwość? Lud też zaczął szemrać i domagał się wytłumaczenia. Wtedy Kaptah rzekł: – Człowiek ten zasługuje na chłostę już choćby dlatego, że zaprząta mi głowę drobiazgami. Lecz jeszcze bardziej zasługuje on na to z powodu swojej głupoty. Bo czy słyszano kiedykolwiek przedtem, by ktoś, kto pozostawia swoje pole nie obsiane, przychodził się skarżyć, gdy inny z dobroci swej je obsieje, a plon pozostawi do zebrania właścicielowi? I nie jest winą kobiety, gdy zwraca się ona ku innemu mężczyźnie, lecz jest to wina mężczyzny, ponieważ nie potrafi dać kobiecie tego, czego ona pragnie. Ten mężczyzna zasługuje na chłostę. Gdy tłum usłyszał te słowa, podniósł się krzyk i śmiech i zaczęto wielce wychwalać mądrość królewską.

Z kolei wystąpił poważny starszy człowiek, który rzekł: – Wobec tej kamiennej kolumny, na której wypisane jest prawo, i wobec króla domagam się sprawiedliwości, a sprawa moja jest następująca: Kazałem sobie zbudować dom tuż przy ulicy, lecz budowniczy oszukał mnie i dom zawalił się, zabijając przy tym przechodzącego przypadkiem obok mężczyznę. Teraz zaś krewni owego przechodnia skarżą mnie, domagając się odszkodowania. Co mam począć? Kaptah zastanowił się i powiedział: – To zawikłana sprawa, która wymaga gruntownego zbadania, i według mojej opinii jest to raczej sprawa dla bogów niż ludzi. Co jednak mówi prawo o czymś takim? Wystąpili biegli w prawie i odczytali prawo wyjaśniające: – Gdy zwali się dom z powodu niedbalstwa budowniczego i waląc się zabije właściciela domu, wtedy także i budowniczy ma zostać uśmiercony. Gdyby zaś dom waląc się zabił syna właściciela, wtedy uśmiercony ma zostać syn budowniczego. Nic więcej prawo nie mówi, my jednak wykładamy je tak, że za to, co zniszczy walący się dom, odpowiada budowniczy w taki sposób, iż zniszczeniu ulega odpowiadająca temu część jego własnego mienia. Więcej nie możemy nic powiedzieć. – Nie wiedziałem, że są tu tacy oszukańczy budowniczowie – oświadczył Kaptah. – W przyszłości będę ich dobrze pilnował. Według prawa jednak wypadek ten jest całkiem prosty. Niech krewni zabitego przechodnia pójdą do domu budowniczego, zaczają się tam i zamordują pierwszego, kto będzie przechodził obok – w ten sposób prawu stanie się zadość. Jeśli jednak rzeczywiście tak zrobią, sami będą odpowiadać za skutki, gdy krewni owego przechodnia pociągną ich do odpowiedzialności za morderstwo. Doprawdy sprawa ta jest do rozstrzygnięcia raczej dla bogów niż dla ludzi. Największą bowiem winę ponosi według mego zdania przechodzień, który obiera sobie drogę obok walącego się domu, tego bowiem nie zrobi nikt mądry, jeśli bogowie tak nie postanowili. Toteż uwalniam budowniczego od wszelkiej odpowiedzialności i oświadczam, że człowiek, który wniósł tę sprawę, jest głupi, ponieważ nie dopilnował budowniczego, by ten wykonał swą robotę uczciwie. Budowniczy postąpił więc jak najsłuszniej, oszukując go. Głupców należy bowiem oszukiwać, by wyciągali naukę ze swoich doświadczeń. Tak było i tak też zawsze będzie. I znów ludzie chwalili wielce mądrość królewską, a skarżący, zbity z tropu, odszedł z niczym.

Z kolei wystąpił opasły kupiec, odziany w drogocenne szaty. Wyłożył swoją sprawę mówiąc: – Przed trzema dniami poszedłem pod mury, do Bramy Isztar, gdzie na święto wiosny zebrały się ubogie dziewczęta z miasta, by, jak to jest w zwyczaju, złożyć bogini w ofierze swe dziewictwo i w ten sposób zebrać pieniądze na wiano. Wśród nich znalazła się dziewczyna, która wielce mi się spodobała. Potargowawszy się z nią przez chwilę, dałem jej garść srebra i dogadaliśmy się w tej sprawie. Kiedy jednak miałem zabrać się do tego, po co tam przyszedłem, chwyciły mnie nagle silne kurcze żołądka, tak że musiałem odejść na stronę, żeby sobie ulżyć. A gdy powróciłem, dziewczyna umówiła się już z innym mężczyzną, otrzymała srebro także od niego i zrobiła z nim to, po co ja przyszedłem. Co prawda ofiarowała się zażyć rozkoszy także i ze mną, ale ja odmówiłem, ponieważ nie była już dziewicą. Zażądałem zwrotu swego srebra, ona jednak nie chciała mi go oddać. Toteż szukam obecnie sprawiedliwości u króla, bo czyż nie stała mi się wielka krzywda, gdy straciłem srebro nie dostając nic w zamian za to? Gdy bowiem kupuję dzban, to jest chyba mój, dopóki go nie rozbiję, a sprzedawca nie ma prawa zrobić tego sam i ofiarować mi skorup.

Gdy Kaptah to usłyszał, wpadł w gniew, poderwał się z tronu sprawiedliwości wymachując pletnią i zawołał: – Zaprawdę, nigdzie jeszcze nie widziałem takiej głupoty jak w tym mieście, i chyba ten stary cap kpi sobie ze mnie! Dziewczyna bowiem postąpiła całkiem słusznie biorąc innego, gdy ten dureń nie potrafił wziąć tego, po co do niej przyszedł. Uczyniła też ładnie i szlachetnie, ofiarowując temu mężczyźnie odszkodowanie, na które bynajmniej nie zasłużył. Powinien też być wdzięczny dziewczynie i owemu drugiemu mężczyźnie, że wspólnie dla jego dobra usunęli przeszkodę, z powodu której w tych rzeczach ma się tylko kłopot i trudności. A on przychodzi do mnie, by się skarżyć, i bajdurzy o dzbanach. Jeśli przypuszcza, że młode dziewczęta są dzbanami, to skazuję go na to, by od tej chwili zażywał rozkoszy tylko z dzbanami, nie wolno mu natomiast dotknąć dziewczyny.

Ogłosiwszy ten wyrok Kaptah dość już miał wymierzania sprawiedliwości, przeciągnął się na tronie i rzekł: – Dosyć już dzisiaj jadłem, piłem i według mojej opinii pracowałem, wymierzając sprawiedliwość i łamiąc sobie głowę. Niech więc sędziowie zastąpią mnie, gdyby znaleźli się jeszcze jacyś skarżący. Bo ostatnia sprawa przypomniała mi, że jako król jestem także panem domu kobiet, gdzie, o ile wiem, siedzi i czeka na mnie czterysta kobiet. Toteż muszę tam pójść, by sprawdzić, co posiadam, i nie zdziwiłoby mnie wcale, gdybym w czasie pobytu tam rozbił kilka dzbanów, albowiem władza i wino wzmocniły mnie w tak dziwny sposób, że czuję się silny jak lew. Gdy lud usłyszał te słowa, podniósł tak potężny krzyk, że zdawało się, iż nigdy się nie skończy. I tłum zaniósł Kaptaha z powrotem do pałacu, i zatrzymał się, by czekać u drzwi domu kobiet, na dziedzińcu.

Lecz Burnaburiasz nie śmiał się już, tylko zacierał niespokojnie dłonie i drapał się stopą jednej nogi w drugą. A gdy mnie zobaczył, podszedł do mnie i rzekł z pośpiechem: – Sinuhe, tyś jest moim przyjacielem i lekarzem, który może wejść do królewskiego domu kobiet. Idź więc za nim i dopilnuj, by nie zrobił czegoś, czego mógłby potem bardzo pożałować. Doprawdy bowiem każę go żywcem obedrzeć ze skóry i powiesić na murze jego głowę, by wyschła na wietrze, jeśli dotknie moich kobiet. Jeśli natomiast zachowa się przyzwoicie, obiecuję mu łagodną śmierć.

Na to zapytałem go: – Burnaburiaszu, naprawdę jestem twoim przyjacielem i dobrze ci życzę, powiedz mi jednak, co to wszystko znaczy. Bo wątroba moja jest zatroskana tym, że widzę cię w pozycji sługi, z którego naigrawają się wszyscy.

On zaś odparł niecierpliwie: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla, o tym wie przecież każdy. Lepiej pośpiesz się i idź za nim, żeby nie stało się jakieś nieszczęście.
Nie usłuchałem go jednak, choć chwycił mnie za ramię, i powiedziałem: – Nie znam zwyczajów twojego kraju i dlatego musisz mi wytłumaczyć, co to wszystko oznacza.
Wtedy wyjaśnił mi: – Co roku w dniu fałszywego króla wybiera się na króla najgłupszego i najbardziej zwariowanego człowieka w Babilonie, któremu wolno rządzić od świtu do zachodu słońca. Ma on całą władzę królewską i sam król musi mu usługiwać. I jeszcze nigdy nie widziałem zabawniejszego króla niż Kaptah, którego ja sam wybrałem, bo jest tak ogromnie śmieszny. Nie wie sam, co go czeka, i to jest najkomiczniejsze z wszystkiego.
– A co się z nim stanie? – spytałem. – O zachodzie słońca zostanie zabity tak niespodziewanie, jak rankiem został ukoronowany – wyjaśnił mi Burnaburiasz. – Jeśli zechcę, mogę kazać go zgładzić w sposób okrutny, ale często daję takim jak on w winie łagodnie działającą truciznę, usypiają, sami nie wiedząc, że mają umrzeć. Nie przystoi bowiem, by człowiek, który przez jeden dzień rządził jako król, pozostał przy życiu. Raz jednak, dawno już temu, zdarzyło się, że prawdziwy król, zadławiwszy się po pijanemu gorącą mięsną polewką, umarł w dniu fałszywego króla, wtedy fałszywy król został przy władzy i rządził w Babilonie przez trzydzieści sześć lat, a nikt nie miał nic do zarzucenia jego rządom. Toteż muszę bacznie się wystrzegać, żeby dzisiaj nie pić gorącego rosołu. Ale teraz pośpiesz się, żeby twój służący nie narobił jakichś głupstw, których pożałuje, jeszcze nim wieczór zapadnie.
Nie potrzebowałem jednak iść po Kaptaha, gdyż sam on wypadł właśnie z królewskiego domu kobiet w wielkim gniewie, trzymając się za oko i za nos, z którego obficie ciekła krew. Głośno narzekał wołając: – Patrzcie, co oni ze mną zrobili! Podsuwali mi stare babska i tłuste Murzynki, ale kiedy chciałem skosztować młodej kózki, ta przemieniła się w tygrysa, podbiła mi oko i wyrżnęła w nos pantoflem. Wtedy Burnaburiasz roześmiał się tak, że aż musiał złapać mnie obiema rękami za ramiona, żeby nie upaść.
A Kaptah dalej jęczał i narzekał, i mówił: – Nie śmiem już otworzyć drzwi tego domu, bo ta młoda kobieta szaleje tam jak dzikie zwierzę, i nie widzę innej rady, jak tylko, żebyś ty, Sinuhe, poszedł tam i otworzył jej czaszkę przy użyciu całej twej sztuki, tak, żeby zły duch wyszedł z niej. Jest ona z pewnością owładnięta przez złego ducha, jakże bowiem w innym razie ośmieliłaby się dotknąć swego króla, uderzyć mnie w nos pantoflem, tak że krew leje się ze mnie jak z zarżniętego wołu. Burnaburiasz trącił mnie i powiedział: – Idź i zobacz, co się tam stało, Sinuhe, ty, który znasz już ten dom, bo mnie nie wolno tam dzisiaj wejść. Opowiesz mi potem, co to było.

Królewscy eunuchowie nie wzbraniali mi wstępu, bo już wiedzieli, że jestem lekarzem. Stare babska, które na ten dzień wystroiły się wspaniale, włożyły klejnoty i umalowały pomarszczone twarze, otoczyły mnie pytając jedna przez drugą: – Gdzie się podziało nasze kochanie, nasz gołąbek, nasz mały capek, na którego czekamy od samego rana! Leciwa Murzynka, której piersi czarne jak dno garnka zwisały aż na brzuch, rozebrana do naga i gotowa jako pierwsza przyjąć Kaptaha, wołała teraz rozpaczliwie: – Dajcie mi mego ukochanego, żebym mogła go przycisnąć o piersi! Dajcie mi mojego słonia, żeby owinął mnie trąbą! Lecz eunuchowie powiedzieli do mnie zatroskani: – Nie zwracaj uwagi na te kobiety, ich zadaniem jest tylko zaspokoić fałszywegp króla, wszystkie więc spiły się winem oczekiwaniu na niego.

Gdy wróciłem z domu kobiet, wyszedł mi na spotkanie Burnaburiasz, a pałac i jego podwórce roiły się od ludzi, którzy żłopali wino i piwo i szaleli w dzikiej radości z powodu wszystkich sztuczek, wymyślanych nieprzerwanie przez Kaptaha. Zapomniał on już bowiem o przykrościach, które go spotkały w domu kobiet, a podbite oko obłożono mu surowym mięsem, tak że przestało go boleć, choć wciąż jeszcze było opuchnięte i siniec pod nim mienił się wszystkimi kolorami.

Gdy nadszedł wieczór, poszedłem na wybrzeże i wynająłem łódź z dziesięciu wioślarzami, którym powiedziałem: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla i wiem, żeście pijani z radości i od piwa i że niechętnie wyruszacie w drogę. Ale dam wam podwójną zapłatę, bo zmarł mi bogaty wuj, muszę więc zawieźć ciało do jego przodków i muszę zrobić to szybko, zanim jego własne dzieci i mój brat zaczną kłócić się o spadek i pozostawią mnie z pustymi rękami. Toteż dam wam hojne dary, jeśli będziecie wiosłować szybciej niż zwykle, choć droga jest daleka. Moi przodkowie bowiem spoczywają w naszym dawnym majątku, blisko granicy kraju Mitanni. Wioślarze sarkali, ale kupiłem im dwa dzbany piwa i pozwoliłem pić do zachodu słońca, byleby tylko byli gotowi wyruszyć w drogę, gdy się ściemni. Wtedy sprzeciwili mi się gwałtownie mówiąc: – Za nic nie będziemy wiosłować w ciemności, bo noc pełna jest rozmaitych wielkich i małych demonów i złych duchów, które wydają przeraźliwe okrzyki i mogą przewrócić łódź albo nas pozabijać.
Ale ja im powiedziałem: – Pójdę do świątyni złożyć ofiarę, żeby nie stało nam się nic złego w podróży, dźwięk zaś srebra, które wam dam, gdy przybędziemy do celu, pozwoli wam zamknąć uszy na wrzaski demonów.

Słońce zachodziło i światło jego czerwieniało jak krew we wszystkich salach pałacu, a Kaptah znowu ucztował i pił, Burnaburiasz zaś obsługiwał go, śmiejąc się i chichocząc jak dziewczyna. Na podłodze w kałużach wina leżeli mężczyźni, możni i pospólstwo, zasnąwszy po pijanemu. Powiedziałem do Burnaburiasza: – Chcę się upewnić, że Kaptah umrze śmiercią bezbolesną, bo jest on moim sługą i odpowiadam za niego, jak pan odpowiada za swoje sługi. A Burnaburiasz odparł: – Pośpiesz się więc, bo stary człowiek rozpuszcza już truciznę w winie i Kaptah umrze o zachodzie słońca, jak tego wymaga zwyczaj. Odnalazłem starego królewskiego lekarza przybocznego, on zaś uwierzył mi, gdy mu powiedziałem, że przysłał mnie król.
Wylałem mieszankę, którą przygotował, i zamiast trucizny domieszałem do wina makowego soku, uważając jednak, by nie wlać go za dużo i nie uśmiercić w ten sposób Kaptaha. Puchar zaniosłem sam Kaptahowi i powiedziałem do niego: – Kaptahu, możliwe, że już nigdy się z sobą nie spotkamy, bo pycha uderzyła ci do głowy i jutro nie zechcesz mnie już pewnie znać. Wypij zatem ten puchar, który ci podaję, abym wróciwszy do Egiptu mógł opowiadać, że pan czterech części świata był moim przyjacielem. A wypiwszy go wiedz, że zawsze chcę tylko twego dobra, bez względu na to, co nastąpi.
A Kaptah rzekł: – Mowa tego Egipcjana byłaby jak brzęczenie much w moich uszach, gdyby nie szumiało mi w nich już od wina tak, że nie słyszę, co on mówi. Nigdy jednak nie wylewałem, jak wiadomo, za kołnierz, co starałem się dzisiaj wykazać moim poddanym, w których wielkie znajduję upodobanie. Toteż wypiję i ten puchar, choć wiem, że dzikie osły będą jutro brykać w mojej biednej głowie. Wychylił puchar i w tejże chwili słońce zaszło, wniesiono pochodnie i zapalono lampy, a wszyscy podnieśli się i umilkli, tak a w pałacu zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
A Kaptah zdjął z głowy przepaskę babilońskiego króla i rzekł: – Ta przeklęta korona ciąży mi na głowie i już mi się sprzykrzyła. Nogi mi drętwieją, a powieki robią się ołowiane. Najlepiej chyba, żebym poszedł do łóżka. Naciągnął na siebie cienki obrus, którym był nakryty stół, ułożył się do snu na podłodze, ściągając z obrusem ze stołu dzbany i puchary, które pospadały na niego, tak że skąpał się po szyję w winie, jak to rano obiecywał. A królewscy słudzy rozebrali go i w mokre od wina szaty królewskie przyodziali Burnaburiasza, włożyli mu na głowę królewski kołpak i wręczywszy znaki władzy królewskiej posadzili go na tronie.
– To był męczący dzień – rzekł Burnaburiasz. – Ale zauważyłem podczas tej zabawy, że ten i ów nie okazywał mi należytego szacunku, przypuszczalnie w nadziei, że zadławię się gorącym rosołem. Wychłostajcie więc tych, co tu leżą na podłodze, i przepędźcie lud z podwórców, a tego durnia, jeśli już zdechł, wsadźcie do śmiertelnej urny, bo już mi się uprzykrzył. Odwrócono Kaptaha na wznak i lekarz przyboczny zbadał go rękami drżącymi od wina i z zamglonym wzrokiem, po czym zapewnił: – Zaiste, człowiek ten martwy jest jak rozdeptany żuk. Wtedy słudzy wnieśli glinianą urnę, w jakich Babilończycy chowają swoich zmarłych, włożono do niej Kaptaha, po czym zapieczętowano ją gliną. A król kazał zanieść urnę do podziemi pałacu między innych fałszywych królów, jak to było w zwyczaju.
Ale wtedy ja powiedziałem: – Ten człowiek to Egipcjanin i jest jak ja obrzezany. Dlatego muszę zabalsamować jego ciało według egipskiego zwyczaju, aby mogło ono oprzeć się śmierci. I muszę wyposażyć go we wszystko, co będzie mu potrzebne w podróży do Kraju na Zachodzie tak aby bez pracy mógł jeść, pić i zażywać rozkoszy po śmierci. Wszystko to trwa dni trzydzieści albo siedemdziesiąt w zależności od rangi, którą dany człowiek miał za życia. Myślę jednak, że z tym oto Kaptahem będę gotów w trzydzieści dni, bo był on tylko moim sługą. Wtedy przyniosę go z powrotem i pochowam pośród jego poprzedników na stanowisku fałszywych królów, w podziemiu pod twoim pałacem.
Burnaburiasz słuchał ciekawie i powiedział: – Niech będzie, jak chcesz, choć myślę, że trud twój pójdzie na marne, bo duch człowieka, który umarł, błądzi, nie mogąc zaznać spokoju, i żywi się odpadkami na ulicach, jeśli krewni nie przechowują zwłok w swoim domu w glinianej urnie, tak aby duch dostawał swoją część z domowych posiłków. Ale rób z nim, co chcesz, jeśli taki jest zwyczaj w twoim kraju.

Kazałem sługom wynieść Kaptaha w glinianej urnie do lektyki, czekającej w pogotowiu pod murami pałacu. A nim odszedłem, powiedziałem do króla: – Przez trzydzieści dni nie będziesz mnie oglądać, gdyż w czasie balsamowania ciała nie mogę się pokazywać innym ludziom, aby nie sprowadzić na nich demonów, od których roi się koło zwłok. A

Znalazłszy się w lektyce zrobiłem otwór w glinie, którą zapieczętowana była urna, aby Kaptah miał czym oddychać.

W taki to sposób odszedłem w ciemną noc z Babilonu jako uciekinier i straciłem dużo srebra i złota, choć mogłem się tam wzbogacić i zyskać jeszcze więcej. Zbudziłem wioślarzy i gdy księżyc wzeszedł, chwycili za wiosła i wywieźli mnie z miasta, ziewając i przeklinając swój los, bo głowy ich ciężkie były od piwa, którego się opili. W taki to sposób uciekłem z Babilonu, dlaczego jednak zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Uwaga, rozdział znacznie poskracałam, zostawiając jedynie to, co dotyczyło Baratarii.

Chodzenie po Jerozolimie (Barataria)

Czy słyszeliście kiedyś, moi mili Czytelnicy, o syndromie jerozolimskim? Podobno część osób, gdy przyjedzie do tego miasta, traci rozum. Większości wydaje się wtedy, że jest Jezusem, ale szaleństwo może objawiać się różnie… Można na przykład zbudować wiatrak! Jerozolima położona jest na wzgórzach (na wysokości mniej więcej takiej jak Zakopane), na skraju pustyni judzkiej. Wszędzie czuć przyjemny wiaterek… Tylko na jednym ze wzgórz nie wieje wcale lub prawie wcale… i właśnie na tym wzgórzu pewien znany filantrop w XIX wieku postawił wiatrak, by można było mleć zboże.

Taką anegdotę opowiedziała kiedyś na jednym z poprzednich moich blogów Danusia Starzyńska-Rosiecka. Wtedy przyjęłam ją jak wiele innych anegdot: czego to ludzie nie wymyślą? Teraz, po wielu latach prywatnej wiatrakomanii, postanawiam zająć się sprawą wiatraka w Jerozolimie i to wiatraka, który jest niewątpliwym objawem szaleństwa jerozolimskiego.

Pisałam niedawno o szalonym Don Kichocie, który staje się własnym Sancho Pansą. Teraz z kolei objawił się szalony Don Kichot, który buduje sobie własny wiatrak.

Szaleniec nazywał się Mojżesz (Moses) Montefiore, a jego wiatrak został postawiony w 1857 roku na zboczu naprzeciw zachodniego muru Jerozolimy. Budowa wiatraka była częścią programu rozwoju dla nowo przybyłych żydowskich mieszkańców Jerozolimy, których później nazwano by syjonistami, ale w połowie XIX wieku ten termin jeszcze się nie pojawił.

Moses Montefiore był zwolennikiem emigracji ludności żydowskiej z Europy do Palestyny i był inicjatorem projektu pomocy dla osadników. Projekt obejmował założenie pierwszej dzielnicy żydowskiej, Mishkenot Sha’ananim, oraz powołanie do życia instytucji przemysłowych, takich jak drukarnia i zakład włókienniczy, a także ów wiatrak. Wiatrak okazał się jednak niezbyt istotną inwestycją, bo rzeczywiście brakowało mu… wiatru. Pracował do 1878 roku, kiedy to w Jerozolimie został zbudowany pierwszy młyn parowy. Z biegiem lat wiatrak popadł w ruinę i został odrestaurowany w 2012 roku. Dziś mieści się tu muzeum Montefiorego, gdzie znajduje się m.in. replika słynnego powozu, którym Mojżesz Montefiore jeździł po świecie.

Montefiore urodził się w Livorno, zamieszkał w Anglii, gdzie z wielkim zyskiem zajmował się handlem herbatą. Ożenił się z panną Rothschild i w roku 1838 otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej Victorii.

Ci, którzy (tak jak ja) lubią Sagę rodu Forsythe’ów Johna Galsworthy’ego, poczują w tym momencie, że dobrze wiedzą, jak było, bo wszak stary Joylon założył podwaliny swego rodu, handlując herbatą, którą drogą morską sprowadzał z Indii. Przy okazji przypomnę trochę może zapomnianą prawdę, że herbatę sprowadzano do Europy drogą lądową z Chin i była to herbata sucha. Anglicy z kolei sprowadzali herbatę statkami z Indii i była to herbata wilgotna i dojrzewająca. Herbatę suchą chętnie piło się w Rosji, a za pośrednictwem Rosji – również w Polsce, i trochę to dziwne, że po transformacji cała Polska przerzuciła się na picie herbaty Darjeling lub Assam, bo tak naprawdę ulubioną herbatą Polaków była, tak, proszę Państwa, sprowadzana przez PRL herbata Yunan lub Ulung.

Filozofia praktyczna, odcinek kolejny

Tabor Regresywny

Kiedyś na Wdzydzach mieliśmy bardzo silny szkwał. Tak silny, że nawet Heniu, który dwa razy opłynął Horn, był wystraszony i mówił, że takiej wichury jeszcze nie widział.

Ciekawa dość sprawa.

Wtedy napisałem na facebooku, że po tej kolejnej odsłonie apokalipsy, organizuję ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Szczęśliwe to moje przemyślenia o ewakuacji.

Oczywiście, że ewakuacja, ale DOKĄD?

Stwierdziłem, że najbardziej sensowne jest ewakuowanie się na Wyspy Szczęśliwe, bo wszelkie inne kierunki byłyby łatwe do skrytykowania.

Ale chyba nie ma Wysp Szczęśliwych. Może były, ale zostały zagospodarowane przez koncerny turystyczne; mnóstwo uciech kosztem wielu ludzkich nieszczęść.

Ale, za sprawą paru zbiegów okoliczności oraz Aguuli Marzycielki, która nadała zdjęciu mojego wozu tytuł: Kosmos, stwierdziłem, że jednak są Wyspy Szczęśliwe. Jest ich tysiące, może nawet miliony. Wystarczy wieczorem spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, żeby je zobaczyć. Myślę, że tam są Wyspy Szczęśliwe. Na to, że tak może być, przytoczę argument z Biblii, który mi się bardzo podoba. Rzecz dzieje się na pustyni. Bóg mówi do Abrahama, żeby wyszedł przed namiot i popatrzył na niebo. Gdy Abraham zobaczył miliony gwiazd, usłyszał jak Bóg powiedział: zobacz tam rozmnożę twoje plemię. Ale najprawdopodobniej ten, kto spisywał biblię, coś pomieszał, albo Abraham był przygłuchawy, bo usłyszał: Tak rozmnożę twoje plemię.

Może tam jest ta ziemia obiecana (ta ziemia obiecana tu na Ziemi nigdy nie była taka obiecana, jak to było obiecane), przyjmijmy, że Wyspy Szczęśliwe są w kosmosie. Pytanie jakie się nasuwa to: Jak się Tam dostać? Ale to pytanie całkowicie zignoruję (odłożę). Postawię inne pytania, bardziej fundamentalne i ważniejsze: Dlaczego nas Tam jeszcze nie ma? Co my tutaj, na tym ziemskim padole jeszcze robimy? Jeżeli faktycznie są Wyspy Szczęśliwe i są nam pisane, to co my tu jeszcze robimy?

Moje doświadczenia z ostatnich lat i droga myślenia, na którą wszedłem, sugerują mi odpowiedź, na którą najłatwiej znowu odwołać się do tekstów biblijnych. Bo z tym jesteśmy obeznani. Otóż w zaleceniu, żebyśmy czynili ziemię sobie poddaną, zobaczyłem ciekawą sprawę. W Biblii tysiąclecia przetłumaczono to jako: ujarzmiajcie ziemię. Z kolei użyję drugiego motywu, w legendarnym ogrodzie, Edenie Bóg mówił do Adama: Będziesz sprawował ten ogród. Z moich doświadczeń wynika, że czynienie ziemi sobie poddaną można realizować na dwa zupełnie odmienne sposoby. Jeden to ujarzmianie i to jest to co ludzie robią z wiadomym skutkiem, a drugi to sprawowanie, które zostało zapomniane, zlekceważone, wyśmiane. Jeżeli w ogóle miało miejsce to zostało całkowicie zignorowane. Widzimy do czego doprowadziło ujarzmianie: wisi nad nami katastrofa klimatyczna, na każdym kroku toniemy w zwałach śmieci, szerzy się pandemia i grozi nam katastrofa gospodarcza.

Po co w to zostaliśmy wkręceni, na co nam to było? Tu pojawiła mi się taka hipoteza, (rozwinięcie tekstu pt. K-utopia), że zanim otworzy się nam droga na Wyspy Szczęśliwe, to mamy do bólu, do końca poznać skutki ujarzmiania, czyli takiego sposobu czynienia ziemi sobie poddanej, który jest bardzo niewłaściwy, ale jednocześnie niebywale kuszący i bardzo dobrze uzasadniony. Myślę, że teraz właśnie doświadczamy skutków tego ujarzmiania nazwanego Oświeceniem, które miało przynieść nam dobrobyt, a przyniosło nieszczęścia.

Teraz mam pytanie: czy jest ten inny sposób, czyli sprawowanie i wydaje mi się, że jest. Myślę, że teraz jest ostatni dzwonek, na spróbowanie tego sposobu. Skutki ujarzmiania ziemi poznaliśmy aż za dobrze. W świetle tego co powiedziałem, moja odpowiedź na pytanie, co my tu robimy, jest bardzo prosta. Przechodzimy tu na ziemi pewną kwarantannę, w czasie której mamy przechorować chorobę, o nazwie Oświecenie, by raz na zawsze zejść z drogi ujarzmiania, byśmy, ewakuując się na Wyspy Szczęśliwe, nie roznieśli tej zarazy po całym kosmosie.

Bronię się przed pokusą poprawiania, ale może powinienem ulec pokusie dedykowania. Dedykuję ten tekst czterem Kasiom, dwóm Jolom i jednej Basi.

Mank oder Hearst? Wer ist hier Don Quijote?

Für Tomasz, den ich nicht kenne, der mich aber in einem Kommentar auf diesen Film aufmerksam gemacht hat

Mank, ein Film darüber, wie ein sturer Drehbuchautor ein Drehbuch über einen Sturer Zeitungsverleger durchboxt. Eine wahre Geschichte. Am Ende des Kampfes bekommt der Schriftsteller einen Oskar, einen einzigen den der Film bekommen hat, obwohl er in neun Kategorien nominiert war.

Alles alte Geschichte, über Kreativität, Freundschaft, Sturheit, Loyalität, Treue den Anderen und sich selbst und Armut des Sturen in der Welt der reichen Opportunisten.

Auf Wikipedia liest man:

Mank ist eine US-amerikanische Filmbiografie von David Fincher, die am 4. Dezember 2020 von Netflix veröffentlicht wurde. Der Regisseur widmet sich in seinem Film der wahren Geschichte des Hollywood-Drehbuchautors Herman J. Mankiewicz, gespielt von Gary Oldman, und dessen Streitigkeiten mit Regisseur Orson Welles über das Drehbuch für Citizen Kane, ein Film aus dem Jahr 1941. Das Drehbuch schrieb Jack Fincher, der verstorbene Vater des Regisseurs. Im Rahmen der Oscarverleihung 2021 erhielt der Film in zehn Kategorien eine Nominierung, so als bester Film, David Fincher für die beste Regie und Gary Oldman als bester Hauptdarsteller. (…) Der Protagonist des Films ist Zeitungsverleger William Randolph Hearst, dem der Drehbuchautor vorwirft, seine eigene Jugendideale verraten zu haben und mit dem Nationalsosialismus in Deutschland zu sympathisieren.

Manks Drehbuch, zunächst America betitelt und dann von Oskar Welles als Citizen Kane verfilmt, ist zu einer ganz persönlichen Abrechnung mit Hearst und einem anti-liberalen Hollywood geworden. Die Gerüchte um das Drehbuch kochen in Hollywood hoch, Hearst und Mayer (der Chef von MGM – Metro Goldwyn Meyer) versuchen eine Verfilmung zu verhindern und Mank mit Versprechungen des Geldes und Einflusses zum Rückzug zu überreden, doch er bleibt standfest. Mankiewicz verlangt schließlich auch, neben Welles in den Credits zum Drehbuch des Films genannt zu werden, was Welles widerwillig hinnimmt. Citizen Kane wird in neun Sparten für den Oscar nominiert und erhält die Auszeichnung für das beste Originaldrehbuch.

Schon vor ein paar Wochen schrieb hier auf dem Blog ein Kommentator, dass der Film eine moderne Version der Don Quijote-Geschichte ist:

In dem Film von David Fincher, der gerade für Oscar nominiert wurde (in zehn verschiedenen Kategorien!) Mank, die Hauptfigur – gespielt von Gary Oldman – zitiert und paraphrasiert nicht nur, sondern ist es auch! DQ. Und sein Sancho ist eine Frau, oder es sind gar die Frauen. Der in Schwarz-Weiß gedrehte Film bezieht sich auf Citizen Kane (Gewinner des Oscar für das beste Originaldrehbuch von 1941 und nominiert in neun Kategorien), dessen Drehbuch von Herman J. Mankiewicz (Spitzname Mank) geschrieben wurde und hier eben von Oldman gespielt. Die Handlung basiert auf Manks wahrer Geschichte und seinen Auseinandersetzungen mit Regisseur Orson Welles. Der Charakter von Kane war – wie wir wissen – dem Geschäftsmann William Randolph Hearts nachempfunden, dem Verleger und Pressemagnaten, den Mank kennengelernt und mit dem er sich angefreundet hatte. Diese Freundschaft hat sich – wie es manchmal bei Freundschaften der Fall ist – verschlechtert. Citizen Kane – so offiziell, distanziert und cool benannt – wurde aus der Manks Perspektive geschrieben, dazu auch seine persönliche Beziehungen mit Hearst und seine Ansichten des antiliberalen Hollywoods gehören. In der Ära von #meetoo, #fakenews, Ausbeutung und Regierungspropaganda werden beide Filme mit vage Freude betrachtet.
Und in welchen Kategorien Mank-DQ gewonnen hat, werden wir wahrscheinlich am 25. April während der Oskar-Preisverleihung herausfinden
.

Also gerade eben.

Ich habe den Film schon gesehen und “mache es hiermit kund”, dass es eine doppelte Don Quijote Geschichte ist. Einerseits sagt Mank, dass es der Hearst ist, der Don Quijote verkörpert. Andererseits aber ist es der Mank selber…

***
Also Hearst.

Am Ende des Films findet ein Empfang statt, bei dem alle wie Zirkussartisten verkleidet sind. Zirkus der Reichen und Schönen. Mank kommt zu spät, ist nicht verkleidet und sichtlich besoffen. Er wird reden. Er beginnt seine Rede damit, dass er mit dem Messer absichtlich so stark in ein Glas voller Wein stösst, dass das Glas zerbricht und Wein und Glassplitter in alle Richtungen springen. Der Wein ist rot. Mank steht auf.

– Ich habe eine fabelhafte Idee für einen Film, Louis (gemeint ist Hearst, der Gastgeber des Empfangs). Ein Film, den ihr alle lieben werdet. Eine moderne Version von Don Quijote. Ich weißt zwar, dass keine von ihnen liest, aber sie wissen worum es in der Story geht. Um einen alten verrückten Adliger, der gegen den Windmühlen kämpft. Also, wie übertragen wir diese Geschichte in unsere moderne Zeit? Wie wäre es, wenn wir aus unserem Quijote einen Zeitungsmann machen? Wer sonst verdient sein Lebensunterhalt mit dem Kampf gegen die Windmühlen? Aber das reicht nicht! Er will nicht nur die Leserschaft. Er will mehr als nur Bewunderung. Er will Liebe. Deshalb kandidiert er für einen öffentlichen Amt und weil er reich ist, gewinnt er. Bemerken wir es, ein, der reich und mächtig ist, kann kein Publikum gewinnen. Es sei denn, er bekennt sich in letztem Akt zu seiner Fehler. Merken wir es uns dazu noch, dass wenn man reich und mächtig ist und braucht sich nie für seinen Taten zu entschuldigen, ist nur in echtem Leben bewunderswert. Habe ich nicht recht, Louis?

Er zündet sich eine Zigarette von einem großen offenen Kaminfeuer.

– Also was tun wir? Wir geben ihm Idealen, mit denen sich das bettelarme, wirtschaftskrisemüde Publikum identifizieren kann. Er, unser Don Quijote, ist gegen die Großkonzerne, für den achtstundigen Arbeitstag, für faire Einkommensteuer, bessere Bildung und sogar Verstaatlichung der Eisenbahn. Und wie nennen wir solche Menschen?
– Kommunisten!
– Sozialisten!

– Nein! Unser Don Quijote ist ein schlagfertiger Skandalreporter. Manche prophezeien, dass er eines Tages die Präsidentschaft gewinnt, also Präsident wird und als solcher Initiative unternimmt, dass es dazu kommt, Achtung! dass er die sozialistische Revolution einleitet!

Er lacht.

– Was für ein Schwachsinn!
– Ach ja? (…) Unser Don Quijote, er hungert, er giert, dürstet danach, dass die Wähler ihn lieben. Ihn genug lieben, um ihn zu Präsidenten zu machen. Aber das tun sie nicht. Sagen Sie, wie konnte das passieren? Könnte es sein, dass sie im tiefsten Inneren ihrer Herzen wissen, dass ihm die Macht mehr wert ist als die Menschen? Vom Kongress enttäuscht…

Die Empfangteilnehmer erheben sich nacheinander und gehen.

– Ist er nicht imstande in zwei Amtszeiten ein einziger Gesetz einzubringen. Können Sie das fassen? Sowas muß gut geschreieben werden.
Er wird als Präsidentschaftskandidat nomniniert, aber… er ist zu radikal für Hintermänner. Er scheitert, aber wir erreichen etwas. Und daraus können wir etwas machen. Wir bauen Sympathie auf. Zurückgewiesen flüchtet er ins Paradies. Ins Lotusland, wo sein treuer Troll Sancho ein Märchenreich vorbereitet hat. Der treue, treue Sancho, der wunderbare mythisches Königsreich… Warten sie mal, die romantische Heldin habe ich vergessen. Ihr Name… Dulcinea. Witzig, abenteuerlustig, klüger als sie sich gibt. Sie ist ein Revue-Girl, gesellschaftlich unter seine Schicht, aber es passt. Denn die wahre Liebe auf der Leinwand ist, wie wir alle wissen, ideal also… blind. Und sie… ja… sie liebt ihn auch. Also nimmt er sie mit in sein mythisches Märchenland.
Und jetzt, Auftritt von Nemesis. Das ist griechisch für “schwarzer Hut”.

Die Partygäste verliessen den Saal. Und ich weiß, dass der Paradies Barataria heißt.

Aber Mank hat noch eine Parabel im Ärmel. Eine Geschichte, die ein paar Jahre vorher passiert ist, als ein sozialistisch veranlagter Schriftsteller, Upton Sinclair, fürs Amt des Gubernators Kaliforniens kandidierte. Damals hat die gemeinsame Aktion von Hearst and Mayer seine Chancen zunichte gemacht.

– Es kommt Nemesis! Nemesis kandidiert als Gouverner und hat beste Chancen zu gewinnen. Wieso? Weil er exact so ist, wie unserer Don früher mal gewesen ist. Ein Idealist. Verstehen Sie? Und nicht nur das. Er ist auch derselbe Bursche, der mal vorausgesagt hat, dass unser Don Quijote eine sozialistische Revolution einleiten würde. Unser Quijot sieht in den Spiegel seiner Jugend ein und beschließt, diesen Spiegel zu zerbrechen. Und somit den Mann zu zerbrechen, den er einmal war. Mithilfe seiner getreuen Sanchos. Und mit allen Mittel der Schwarzen Magie (gemeint ist der Film als Medium), die ihm zur Verfügung stehen, tut er genau das. Und damit vernichtet er nicht nur einen Mann, sondern zwei.

Der Partyraum ist schon fast leer.
Mank ergibt sich.
Hearst begleitet ihn zum Ausgang und erzählt ihm eine Anekdote. Anekdote über den Affen des Leierkastenspielers. Der Affe denkt, dass er entscheidet und der Spieler dann spielt, wenn er, der Affe, Lust hat, zu tanzen. In der Tat aber ist es natürlich umgekehrt.

Nemesis, das sei aber im Film nicht gesagt, Nemesis war eine griechische Göttin des gerechten Zorns.

Ist also Hearst der Don Quijote? In einem gewissen Sinne – ja, aber andererseits ist vor allem Mank selber der Don Quijote, ein Mann von einer festen Überzeugung geleitet, dass es seine Mission ist, die Machenschaften der Film- und Zeitungsindustrie zu enthüllen und an Pränger zu stellen. Ein allein kämpfender Ritter der verlorenen Sache: Der Warheit, Treue und sozialer Gerechtigkeit.

Ein sehr guter Film. Möge er alle seine Oskars bekommen, zu denen er nominiert wurde.

PS am Montag früh: Nix hat er bekommen bei Oskarverleihung, nicht Mal eine müde Statuete für Make-up.