Sąsiedzi 7

Teresa Rudolf

Kamienica sąsiadów

Budynek, w którym mieszka Pani Klara, Filomena i Pan Lesio, był starą krakowską kamienicą.
Niektórzy lokatorzy mieszkali tu już od pokoleń, na przykład rodzice Filomeny zamieszkali tu jeszcze  przed jej urodzeniem.
Ona spędziła tu całe dzieciństwo, tu w okolicy chodziła do szkoły średniej, w Krakowie też ukończyła studia ekonomiczne.
Za pracą, która spadła jej “jak z nieba”, wyjechala  do Wrocławia. Przyjęto ją do jednego z banków, gdzie przez te wszystkie lata zajmowała się przyznawaniem kreďytów. Mieszkała tam i pracowała 15 lat. Przeżyła dużo różnych, burzliwych, ale krótkich romansów, zanim, z największą miłością jej życia, Franzem, pojechała z powrotem do Krakowa.
Kiedyś obliczyła, że mogłaby już obchodzić srebne gody swego związku z tym miastem i z tym domem. Tak, z przerwami, mieszkała w tej kamienicy już 25 lat!

Pani Klara natomiast mieszkała tu od przeszło 40 lat, najpierw z Jerzym, a po jego tragicznej śmierci od 20 lat sama.
Rodzice Filomeny i Pani Klara ciągle się o coś kłócili, a właściwie nie o coś, tylko prawie o wszystko, a to że radio za głośno grało, że pies, Kajtek za głośno szczekał, że listy znajdowały się mylnie nie w tych w skrzynkach, co trzeba, tylko u sąsiadów.
Kiedy rodzice Filomeny przeprowadzili się do Rabki, do domku z ogródkiem, konflikt przeniósł się na nie obie – na Klarę i Filomenę, ale teraz zamiast “pyskówek” dzieliło je wrogie milczenie i pogarda, którą sobie z przyjemnością wzajemnie okazywały.
Ostatnie zaskakujące wydarzenia zmienily wzajemną wrogość w ciekawość.

Pan Lesio mieszkał tu od 15 lat, od czasu, gdy wrócił do kraju po wieloletnim pobycie w USA, gdzie wyjechał do wujostwa ze strony matki. Pochodzili z  Czarnego Dunajca, a od 40 lat mieszkali w małej miejscowości niedaleko Chicago.
Kiedy do nich przyjechał, na początku bawiła go ich góralska gwara z angielskim akcentem i ich angielski z akcentem rodem z prostej gwary góralskiej. Tak czy inaczej uważał ich za komicznych i żenujących  zarazem. Często dochodziło między nimi do wymiany wzajemnych złośliwości, on kpił z ich języka, a oni z jego trybu życia. Lesio szybko znalazł w Chicago ludzi, których zainteresowania podzielał i z którymi spędzał dużo czasu wieczorami, po pracy. Jednak stałe, legalne zajęcie otrzymał dzięki wujostwu – pracował jako pomocnik w stajni rasowych koni u  bogatego farmera.
Od dziecka lubił konie, chętnie oglądał westerny, i marzył o takim życiu, jakie oglądał na dużym ekranie – wyścigi konne, mężczyźni w wielkich kapeluszach i wysokich butach, romanse, muzyka country. I udało mu się większą część tych marzeń spełnić.
Od dziecka grał na gitarze taką właśnie muzykę, która pasowała do marzeń o życiu amerykańskiego farmera, z setkami koni, z piękną farmerką obok.
Przez 15 lat pracował w USA na różnych farmach, grał w różnych grupach, póżniej już tylko na gitarze elektrycznej, zawarł wiele znajomości z ładnymi seksownymi farmerkami, używał narkotyków i mocnych alkoholi.
Bywał pod wozem i na wozie, pijany, naćpany i trzeźwy, całe 15 lat.
Po tym czasie, któregoś dnia wszystko się skończyło, prawie w mgnieniu oka. Z Polski przyjechała na wakacje kobieta o szmaragdowych oczach i rudopomarańczowych włosach. Wyglądała jak królowa i też stosownie do wyglądu miała na imię Regina. Zapatrzył się, a i ona nie odrywała od niego wzroku. Gdy znów któregos wieczoru grał ze swoją grupą na gitarze, powiedziała:
– Gdyby pan jeszcze śpiewał, myślałabym, że jest pan Elvisem… Czy pan wie, że jest pan podobny???
– Oj, odpowiedział, lepiej, żebym nigdy nie śpiewał, nie mam za grosz głosu… A w Polsce, kiedy miałem 18 czy 20 lat, byłem jedynie na parkiecie królem dyskotek, nigdzie sam nie grałem, tak jak to robię tutaj…
Tutaj wróciłem do swych marzeń…

Spotkania z Księciem Ciemności 5

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Książę zachowuje się jak… Książę. Przychodzi kiedy chce: czasem dołącza do mnie i do Kropki na podwórku podczas spaceru, innym razem czeka na korytarzu. Zostaje, jak długo ma ochotę: nieraz zaledwie parę minut, kiedy indziej kilka godzin; zdarzyło mu się już nawet, raz czy drugi, spędzić u nas noc. Wychodzi, gdy uzna to za stosowne: dumnie kroczy wtedy w kierunku drzwi, dając wyraźnie do zrozumienia, że wizyta skończona.

Robi, co chce. To pobawi się z Kropką, to znów pomizia z moją Żoną.

Jednego dnia rozrabia, próbując na przykład usilnie ściągnąć ze stołu obrus: najlepiej ze wszystkim, co na nim leży. Kiedy indziej refleksyjnie układa się pod tymże stołem. Lub na fotelu. Albo na wypranych ubraniach, które właśnie ściągnąłem z suszarki i na chwilę zostawiłem w kącie, przed ułożeniem ich w szafie.

Całe mieszkanie traktuje jako swe książęce włości. Wszędzie czuje się u siebie. I w prawie.

 

Generalnie: czuje się świetnie.

I, trzeba to uczciwie przyznać, świetnie też wygląda.

Od ponad dwóch lat, na mocy świadomej i wspólnej – żoninej i mojej – decyzji, nie mamy w mieszkaniu telewizora. Po każdej z wielkoksiążęcych wizyt upewniam się w słuszności takiego wyboru. Telewizor? A po co? Oto lepsze theatrum. Czyż nie?

Warto jakoś utrwalić te chwile, bo niewątpliwie są tego warte. Takie chwile bowiem stanowią o smaku życia. Uważność na to, co ważne (ładnie mi się powiedziało) powoduje, iż to życie nie przecieka między palcami. Telewizja? A idźcież z nią do cholery! Co innego literatura. No, powiedzmy: wprawki literackie. Wprawki do czegoś, co skądinąd nigdy nie powstanie. Wprawki na własny użytek, bo i tak nie dorównam Mistrzom. Do pisania o Księciuniu zainspirowała mnie niedawno wydana książka, autorstwa Tadeusza Konwickiego (ściśle rzecz biorąc, to kompilacja Jego tekstów z różnych dzieł): Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Iwan jest chyba najsłynniejszym kotem polskiej literatury. Książę Ciemności mu nie dorówna, jak i moje wprawki nie dorównają frazom Wielkiego Wilnianina. Ale, jako się rzekło, na własny użytek, by wzmóc doznawanie codzienności i utrwalić jej ulotne smaki – wystarczy.

Marzy mi się jeszcze jedna rzecz. Coś, co by sprawiło, iż moja satysfakcja byłaby pełna. Książkę Tadeusza Konwickiego zilustrowała pięknie jego córka Maria. Ja nie mam córki, a za rysowanie sam się na pewno nie zabiorę: są przecież jakieś granice żenady; wystarczy, iż piszę. Ale gdyby któryś/któraś z Szanownych Czytelników/Czytelniczek obdarzonych plastycznie (lub mających tak obdarzonych Przyjaciół) chciałby/chciałaby się tego podjąć… Nieprzypadkowo tak bogato wyposażyłem dzisiejszy tekst w fotografie: może okażą się inspiracją? Poza dozgonną wdzięcznością i uściskiem spracowanej ręki Autora stawiam wystawny (znów ładnie mi się powiedziało) obiad – w Berlinie lub gdziekolwiek indziej –
i dorzucam własne przy nim towarzystwo! Technika, konwencja, styl nieważne. Warunek jest jeden. Poza Księciem na ilustracjach musi pojawić się też Kropka. Bez niej wizyty Czarnucha nie mają bowiem sensu.


Od Adminki: okładka i wpis o książce o Iwanie TU

Tibor. Rysunki, wiersze, tłumaczenia

Tibor Jagielski

momente

leyla (azubi)
erzählt in der pause
über schönheit ihrer heimat kenia (gorillas im nebel u.s.w.)
– ich bin eine giraffe –  schaltet sich die  jackie (schichtleiterin) ein
– brauche nur 4 stunden schlaf!
– du blöde kuh – denke ich
beisse die zähne zusammen
und schweige

Walter Kempowski (spolszczył Tibor Jagielski)

Wdrapałeś się do ucha
a w oczach słyszysz,
co twoje uszy widzą.
Statek widzisz od dołu,
a ptaki z góry.
Stempel podsumował wszystko.
X
Ins Ohr hast du dich verkrochen,
und in den Augen hörst du,
was deine Ohren sehen.
Das Schiff siehst du von unten,
die Vögel von oben.
Das Stempel hat alles zusammengefaßt.
Ucho przy ścianie.
Usłyszałeś cień,
kiedy przemykał.
Czy to było westchnienie?
Czy to był daleki krzyk?
X
Das Ohr an der Wand.
Du hörtest den Schatten,
als er vorüberglitt.
War es ein Seufzer?
War es ein Schrei weit weg?
Rzadkie dni światła,
wiatr potrąca harfę krat:
aż do judasza w drzwiach!
Zimno go nie powstrzyma.
X
Seltene Tage des Lichts,
Wind streicht durch die Harfe des Gitters:
bis an die Lupe der Tür!
Kälte hält ihn nicht auf.
To były wakacje!
Krzyki ponad falami
i trawa na wydmach tnąca w stopy.
X
Chętnie wspominasz burze,
porwany brezent.
Piasek w oczach.
Synem i ojcem byłeś jednocześnie.
Trzymałeś się sam za rękę.
X
Das waren Ferien!
Das rufen über den Wellen,
und Strandhafer schnitt in die Füße.
X
An das Gewitter denkst du gern,
an die gerissenen Planen.
An Sand in den Augen.
Sohn warst du und Vater zugleich.
Du hieltest dich selbst an der Hand.
Nad tobą siorbią,
a pod tobą maszerują.
Raz zawołałeś.
ale odpowiedzi nie było.
X
Über dir schlurft es,
und unter dir wird marschiert.
Einmal hast du gerufen,
doch eine Antwort kam nie.
Walter Kempowski (1929 – 2007)

z cyklu: “Langmut (Wytrwałość)” (2009)

był czlonkiem niefomalnej grupy bedacej w opozycji do hitlerjugend i hitleryzmu w ogóle
nastepna zaraza wsadziła go tutaj
https://de.wikipedia.org/wiki/Justizvollzugsanstalt_Bautzen
na ćwierc wieku, ale trzy lata po śmierci bat’ki – jak wielu innych ułaskawiony; dyrygował chórem więziennym

Coś się dzieje, nie wiadomo co

Redakcja

Do redakcji dotarł pewien list otwarty, adresowany jednak wcale nie do Ewy Marii i Przyjaciół tylko… Ale to zaraz, trzeba bowiem zacząć od pewnego wyjaśnienia natury ogólnej.

W roku 2019 w polskich placówkach dyplomatycznych dało się zaobserwować niespodziewane, niekiedy z dnia na dzień, i nie wyjaśniane odgórnie zwolnienia ambasadorów. Kijów i Tokio, o których za chwilę, to nie jedyne takie przypadki. Ciekawe, że zwolnienia dotyczą dyplomatów, którzy zostali mianowani już za czasów rządów PiSu, ambasadorów spoza podwórka PiS, których Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło do pracy jako ekspertów. Niestety, słowo “ekspert” po raz kolejny okazało się dla pisowskich urzędników wrednie niewygodne, zapewne dlatego że sami eksperci okazali się “zasobem ludzkim” za słabo podatnym na naciski z góry.

A zatem list…

Błędne mapy (nie ma Baratarii)

Wiadomo Komu w podziękowaniu za wieczór filmowy i film

Ewa Maria Slaska

Obejrzałam film Błędne mapy w reżyserii Szymona Uliasza na podstawie scenariusza Magdaleny Barbaruk, kulturoznawczyni, zajmującej się współczesnym trwaniem dziedzictwa Cervantesa
i nowymi obliczami donkichotyzmu. Film został wyprodukowany już kilka lat temu, po hiszpańsku i po polsku, w ramach projektu badawczego realizowanego dla Narodowego Centrum Nauki. Niestety mimo iż film był sponsorowany przez NCN, a od czasu jego produkcji minęło już siedem lat, nadal nie ma go na youtubie, w cda i na zalukaj.

Szkoda. Opowiem więc wam o tym filmie.

Autorzy wyszli od pierwszego zdania powieści: W pewnym miejscu w La Manchy, którego nazwy nie chcę pamiętać… „W pewnym miejscu”, czyli właściwie gdzie? Od dawna wiele miejscowości w tym regionie Hiszpanii pretenduje do miana „tego miejsca”. Twórcy filmu postanowili to wyjaśnić.

Film jest esejem antropologiczno-kulturoznawczym. Jego twórcy wędrują po La Manchy w poszukiwaniu Don Kichota, próbując powtórzyć słynną podróż literacką zrealizowaną w trzechsetlecie powieści Cervantesa (1905) przez Azorína, którą nazywa się “starą trasą Don Kichota”. Polacy wędrują już jednak po “nowej trasie”. Spotkane przez ekipę filmową postaci, obserwowane wydarzenia (np. Madryt podczas strajku śmieciarzy) stają się okazją do zaktualizowania wzorca podróży sprzed stu lat. Za stolicę nowej trasy, która powstała z okazji czterechsetlecia powieści (2005), uznać można prowincję Ciudad Real, gdzie do 2012 roku zapowiadano utworzenie „Królestwa Don Kichota” i zbudowano lotnisko „Don Kichota”. La Mancha z miejsca tranzytowego miała stać się regionem docelowym setek tysięcy turystów. W obliczu idei budowy gigantycznego parku tematycznego, opartego na figurze błędnego rycerza, spór o to, gdzie leży prawdziwe un lugar de la Mancha nabrał nowego sensu. Podróż stała się również refleksją nad przemianami krajobrazu La Manchy – nie ma już bowiem krajobrazu, który widział Cervantes i po którym wędrował jego bohater. Więc już z góry wiadomo, że nie da się wędrować po śladach Don Kichota. Podobnie jak tak naprawdę nie ma Baratarii, bo baratarystyczna wędrówka prowadzi przez obszary psychologii. Stąd specjaliści w dziedzinie marketingu wymyślili hiszpański narodowy Disneyland  – Królestwo Don Kichota i Park Rozrywki.
***
Ale mimo to wciąż ktoś szuka miejsc, które zdaniem Cervantesa odwiedzili Don Kichot i jego giermek. Kilka lat temu na trasę ruszyli Aron Moses i jego ojciec. Zaczęli za Madrytem. Przeszli tysiąc kilometrów. (Kto zna niemiecki może zajrzeć TU.)
Ale i oni nie dotarli do Baratarii. I… w swej relacji nie zamieścili żadnej mapy 🙂

Mapę znajdę dopiero na oficjalnej stronie rządowej, promującej Hiszpanię.
Trasa obejmuje następujące etapy:

Dzień 1. Alcala de Henares (miejsce urodzin Cervantesa)
Dzień 2. Madryd
Dzień 3. Esquivias – Toledo
Dzień 4. Consuegra – Alcazar de San Juan
Dzień 5. Campo de Criptana – El Toboso
Dzień 6. Argamasilla de Alba – Ossa de Montiel – Villa Nueva de los Infantes
Dzień 7. Ciudad Real – Almagro

Tata i syn Mosesowie zaczynają od wędrówki przez mesetę, bezdrzewną równinę Hiszpanii, świetnie znaną każdemu, kto kiedyś szedł trasą francuską do Santiago de Compostela. Nie tłumaczę opisu ich wędrówki, jest za długi, ale postaram się w skrócie opowiedzieć o ich trasie.

Już z daleka widzimy Toledo, kościoły i domy na wysokiej skale nad Tagiem. Cervantes uważał, że Toledo jest najpiękniejszym miastem hiszpańskim. Być może dlatego cała historia Don Kichota zaczyna się właśnie tu, na targu w Toledo, gdzie narrator kupuje od pewnego młodzieniaszka zapisane po arabsku szpargały, które okazują się ni mniej ni więcej, tylko historią Don Kichota napisaną przez niejakiego Sidi Haméta Benengelíego. Narrator jest więc zaledwie tłumaczem.
Na południe od Toledo Mosesowie powędrują przez la Manczę. To arbskie słowo al-Mansha, które oznacza “suchy kraj”. Latem jest to rzeczywiście archaiczny suchy kraj, podzielony na czerwone i brunatne  kwadraty pól. Na wzgórzu w Consuegra fotografują jedenaście wiatraków, które są prawdziwym cudem techniki, jaki Arabowie zostawili w spadku Hiszpanom. Podobnie jednak jak nie wiadomo, w jakim miasteczku w la Manczy zaczyna się opowieść o Don Kichocie i skąd obaj, on i jego giermek, pochodzą, tak nie wiadomo też, które zachowane jeszcze z czasów Cervantesa wiatraki, stały się wyimaginowanymii wrogami błędnego rycerza. Może właśnie te? Nieważne, ważne że już na zawsze weszły do historii kultury, stając się symbolem wszystkiego, z czym kiedykolwiek przyszło walczyć idealistom.

Wiele scen powieści rozgrywa się w oberżach i zajazdach – w La Manchy niemal w każdym miasteczku można więc zobaczyć blaszane sylwetki Rycerza o Smętnym Obliczu i jego giermka. Tak też jest w Puerto Lápice. Wg powieści tu właśnie, w “Venta de Don Quijote”, Don Kichot został przez złośliwego oberżystę pasowany na rycerza, stoczywszy jednak najpier zaciekłą walkę z bukłakami czerwonego wina.

Wzorem Don Kichota i Sancho Pansy Mosesowie często gęsto śpią na świeżym powietrzu, czasem jednak korzystają z gościny w pensjonatach. Pewnego dnia docierają do Villanueva de los Infantes, małego miasteczka, pełnego domów z czasów reneansu i baroku, jednogo z tych, skąd pochodzić miał błędny rycerz. W Ruidera, gdzie kilkanaście jezior rozciąga się jedno za drugim schodzą do podziemnego labiryntu jaskiń, w którym zbłąkali się też 400 lat temu nasi bohaterowie. Don Kichot wierzył, że znalazł tam kryształowy pałac i spotkał bohaterów legend o Królu Arturze.

W Argamasilla de Alba, w podziemnym więzieniu miał spędzić jakiś czas nie tyle nasz chudy szaleniec, ile sam autor opowieści o nim. Podobno wtedy właśnie zaczął pisać tę historię. Mieszkańcy wioski i pracownicy muzeum wierzą bez zastrzeżeń, że tak właśnie było. Podobno nie ma na to żadnych dowodów. No i co? Idźcie do muzeum, zobaczcie stół, krzesło, kamienną ławę przykrytą matą słomianą, obejrzyjcie, jak przez małe okienko wpadają promnienie słońca i oświetlają stół. Jeszcze macie wątpliwości, że to tu? Doprawdy jesteście niepoprawnymi realistami, jak owi historycy, przykuci do skały dokumentu i dowodu, a całkowicie pozbawieni fantazji.

El Toboso, miasto Dulcynei, wędrowcy uważają z jedno z najpiękniejszych miasteczek La Manczy. W El Toboso mieszkała przed ponad 400 laty Ana Zorca de Morales, z którą Cervantes przeżył podobno gorącą hiszpańską miłostkę. Jej dom to kolejne muzeum na trasie: “Museo Casa Dulcinea”, a parę ulic dalej można jeszcze odwiedzić “Biblioteca Cervantina” – zbiór dzieł sztuki, wydawnictw, karykatur oraz ponad 300 wydań książkowych w 50 językach, w tym po galijsku, arabsku, chińsku, persku, hebrajsku i esperanto. W księdze gości znajdują się podpisy znamienitych osobistości, króla Juana Carlosa, Margaret Thatcher, Ronalda Reagana, Richarda von Weizsäckera i Paula von Hindenburg. Franco, Mussolini i Hitler też się tu wpisali.

Pewnego popołudnia wędrowców zaskakuje burza. Całkowicie przemoknięci spotykają na drodze Frederica, starego wieśniaka z krzywym wąsem, w połatanym kaszkiecie na głowie. Frederico oferuje im nocleg w starej szopie, a potem przynosi im dzban wina i kolację – pieczonego kurczaka z kartoflami. Burza się skończyła, przez ciemne chmury prześwituje wieczorne słońce.

W zamku Belmonte Don Kichot stoczył pojedynek z rycerzem luster, a trasa prowadzi Mosesów dalej, przez pola wyschniętych słoneczników i porośnięte sosnami wzgórza do casas colgadas, wiszących domów w Cuenca. Dalej przez góry i wąwozy docierają do Ocana i Aranjuezu. To miasto letnich rezydencji hiszpańskich królów, malowniczo rozsianych nad brzegiem Tagu. Ani Ocany ani Aranjuezu nie ma na oficjalnej propozycji trasy Don Kichota. Ale co tam, każda trasa i tak doprowadzi wędrowca do  Madrytu i na Plaza de Espana, gdzie stoi wspaniały pomnik Cervantesa i jego błędnych bohaterów.

Tu się zaczyna albo tu się kończy każda wędrówka po błędnych trasach błędnych rycerzy.

PS. Gdy szukałam w internecie wspomnianego na początku filmu, ze zdumieniem stwierdziłam, że istnieje w sieci cała subkultura błędnych map – błędnych celowo i przez przypadek.

Powrót barda

Piękna dziś data, prawda? 02.02.2020
Zobaczcie TU
Ponadto jest to 33 dzień roku i do końca roku pozostały 333 dni

Kiedyś pisał tu co miesiąc, potem stał się bardem opozycji i zniknął, teraz wraca. Za pierwszy z opublikowanych poniżej wierszy dostał wczoraj, po raz kolejny zresztą, jak to sam określił, “bana na Facebooku”. Poczułam, że nie mam wyjścia, muszę poprzestawiać zaplanowane wpisy i natychmiast zamieścić te wiersze.

Roman Brodowski

Taka sobie polityczna rymowanka

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Może ktoś mi zrozumieć pomoże
Jak to jest że nad naszą Ojczyzną
Kaczor krąży nie polski zaś orzeł.

W Sejmie PiSu czcigodni posłowie
Uczą nowych zasad konwersacji
Język płynąć ma prosto z rynsztoka
Mowa kłamstwa pomówień dewiacji

W rządzie także są sami kaczyści
Klub wzajemnej siebie adoracji
Rządzą w imię swej części narodu
Uwalniając ich z pęt demokracji.

Obiecują więc dają… na krechę
Pięćset plus dotacje socjalne…
Choć z pustego Salomon nie nalał
Oni leją – cud Tadka? – normalne?

Poza Sejmem też nowe zwyczaje
Faszyzm śmiało kroczy do wielkości
Krzyże w dłoniach różańce na szyjach
Wartko płyną słowa kat kaczo – miłości.

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Bo zrozumieć nie potrafię tego
Skąd się biorą jednostki społeczne
Które mówią być z PiSem? – nic złego

Berlin 24.01.2019

A teraz kolejne wiersze już z tego roku, ale też jeszcze z ubiegłego.

To tylko sen

Przebudziłem się ciszą
Niby w domu a bezdomny
Odziany w wolność słowa
Krzywego zwierciadła prawd

Ruszyłem w ponad światy
Do ziemi bogatej w jutro
Do nowych lepszych idei
Do wspólnoty bez wad

W gniazdach bogobojnych
Plaga fałszywej miłości
Rozpoczęła kolejny już akt
Ojczyźnianej tragedii jutra

Przebudziłem się płaczem
Przodków czasem pokorny,
Głosem przestrogi wnętrza.
Pamięcią proszącą o trwanie

Berlin 07.01. 2020

Hobbysta

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Prawie za bezcen
Jak zużyty stary łach

Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
A jednak to smutne
Powiedziałem ciszy
Podnosząc nabytek

Jak szalony zbieram
Sentyment wartości
Człowieczego “wczoraj”
Na pokarm filozofii

W mojej kolekcji
Jest wiele homo nihil
Pordzewiała prawda
Namiastka empatii

Jest zużyta tolerancja
I starcza życzliwość
Do oddania młodym
Jako relikt przemijania

Lecz nikt nie chce
Dziwny świat z lamusa
Stał się niemodny
Dla karłowatej pustyni

Dziś niepotrzebne
Zwierciadło bożych łask
Dobro tonie w rynsztoku
A przed nami?…. “lepszy” czas.

Berlin 09 .11. 2019

Na zawsze Ona

Odnalazłem poszarzały
Obleczony w przeszłość
List zapisany strofami
Młodzieńczego patosu

Kilka prostych rymów
W Intymności serca
Romantycznej duszy
Na przedsionku trwania

Odnalazłem czas miłości
Odziany w tęsknotę
Jęczącą pokorą wnętrza
I to pytanie – Dlaczego?

Tylko Jej uśmiech wędruje
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
A zegar wybija kolejny rok.

Berlin 22. 06. 2019

A w nowym roku inaczej

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i była “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiSu dyktator ulica

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność jedność demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu populizm dewiacja

Żal mi naszej polskiej tożsamości
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiSu władza
Dumnie kroczy nacjonalizm faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają: gorycz i oczu łzawienie

Berlin, Grudzień 2019

Moja Żoneczka

Moja Żoneczka jak przed laty,
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy…. tylko dla iej
Ona jest moim dobrym duszkiem

Światełkiem w mroku mego życia
Lekarstwem na jesienny smutek
Płomieniem w czasie niepogody
I zbiorem najpiękniejszych nutek

Jest taka sama jak przed laty
Gdy ją ujrzałem tam… na kresach
Wierny Towarzysz na czas słoty
Który pociesza i rozgrzesza

Berlin 13. 04. 2019

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
Purpura sprzedaje
Zmienia się wiara
Zmienia przeszłość
Płyną złowieszcze
Chmury nad krajem

Na horyzoncie
Armia zbawienia
Czeka na wiernych
Miecza i krzyża
Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Lecz nikt nie wierzy
Że mrok się zbliża

Kroczy przed siebie
„Pierwiastek“ ludu
Z hasłem na ustach
„Bóg, honor, Ojczyzna“
A dla mnie słowa
Dumne, szlachetne
W tym towarzystwie
Brzmią jak „obczyzna“

Nie ma tam Boga
Gdzie nienawiść kwitnie
I nie ma honoru
Gdzie kłamstwo zwycięża
A Ojczyzna umiera
Gdy język wspólnoty
Miast mową przyjaźni
Jest językiem węża

Berlin, wrzesień 2019

My Germany 2

Lech Milewski

Back home regular correspondence with Inge continued.
We both started work, she was giving lessons of singing and piano and also sang in a choir.
We both got married.
In 1968, Inge gave birth to a daughter – Nora.

In February 1969 I traveled by train to England. As I crossed Germany I decided to go via Frankfurt and visit Inge and Norbert.

At the beginning was crossing of borders between East and West Berlin and few more. There is a separate report about it on this blog (in Polish) – CLICK.

Travel to Frankfurt was uneventful. Inge and Norbert welcomed me on the train station. Just one night and one day. Too short after 9 years of contact by mail.

Then another 9 years passed.
At some stage I suggested we write letters in German.
I had tangible gains in mind.
Firstly I could earn some supplement to my salary for knowledge of foreign language.
I had it already for English. German exam was a bit more difficult, but I passed.
Secondly, soon another opportunity appeared – an Information Technology (I.T.) training in Essen.

In June 1978 we (three of us) flew to Germany.
Sunday evening at Essen train station. There were many people, band played popular melodies, people danced, drank beer.
Our accommodation brought us to reality.
It was a modest, quite nice, clean building.
In the reception we received a letter with basic information.
It started with apologies – training organizers – IBM Deutschland – explained that for the money they received from the Polish side, they could not find any accommodation in Essen at all, so they added a bit of their money and here is the best what they could find.
It was a 3 beds room, actually quite nice, but the room was located in the basement. So through our window we could watch shoes of passers by.

Our finances: we received in Poland an allowance – 20 DM per person per day. At that time it was worth a bit less than 10 US$.
In the reception we learned, that to use a shower we have to get a key – price 2 DM.
Other information was worse – a daily return bus to IBM Education Centre costs 8 DM per person.

We did our balancing.
We brought from Poland some cans with meat and fish and a big chunk (połeć) of bacon.
12 DM per day per person – we could easily buy some bakery and cheap wine, but there was no space for a hot meal.
Of course each of us had a long list – what to bring from Germany. On top of the list were electronic watches.

Next day we traveled to beautifully located Education Centre.
During the first tea break we received brochures with options for lunch in a number of nearby restaurants. Price of the cheapest lunch was around 14 DM.
Our training colleagues invited us cordially, offered transport. Luckily we had a good excuse – we need to use some of lunch break time to prepare for coming lectures.
So we ate sandwiches with bacon and lettuce and studied.

During our earlier tea break, which we had in a cafeteria, we looked into the menu.
Cafeteria served also lunches, quite large and tasty hot meals. But our ID cards, which we received at the beginning of the training, did not open cafeteria door during lunch time.

Our training.
Actually we did not need it too much.
Each of us had already long, practical I.T. experience. Surely there were gaps and inconsistencies, but our professional career proved, that we could make a good use of it.
Training in Western country – it was a privilege. For people like us, without any connections in the Party, the only way to get there was to get it as a reward for some substantial achievement.
This was exactly our case.

Our 3-persons team leader was asked by FSO – at that time the main car producer in Poland, for a rescue. Year or two years earlier, the company ordered from IBM three modern computers (IBM S7) for real time control of industrial processes. IBM provided computers and all support and training.
Two computers have been successfully installed.
The third one… was somehow forgotten. The computer was put to a store room, trained people changed the work place. And then, in May 1977, the director received a call from the Warsaw Committee of Communist Party – comrade, just a reminder – we will come to your place on 7th November, on the 60th anniversary of Great October Revolution, to join you on the opening of a real-time computer system in a car body pressing department.
Panic! 5 months left! Somehow they found 3 desperados, I was one of them.

We put clear conditions: on the successful project completion we will receive: a monetary reward – at least our monthly salary, a voucher for a car (Yugoslav Zastawa) and 2 weeks computer training in a Western country.
Car voucher – the lucky owner had still to pay a full price for the car, but waiting time was substantially shortened – from 5 years to 2,3 months.

Task was not simple. We had to learn to use a new computer with quite new technology, two new for us programming languages. Manuals were not quite complete, many of them in German.
For the first 2 months people from IBM were quite suspicious. They did not want to be connected to a project destined to fail. Then, gradually, we gained their confidence and completed out task in time.
We managed, got our rewards and here we were.

Our tactic was – attack.
Every night in our room we studied training material for the next day and prepared a strategy – take active part from the very beginning, start with presentation of something original, ask questions. It looks like it worked.

On the second or the third day, during our lunch break, between bites of a roll with bacon, we noticed some officials approaching. They came closer and introduced themselves as a Managing Director of the Centre and his deputies.
The Director mentioned, that this was the first visit of people from Poland in their centre, which made them extremely happy and to celebrate it somehow… well they cannot do much, they just want us to feel as being part of their team. A visible proof will be a regular IBM employee card, he handed us the cards, shook our hands and left us a bit disoriented.
– Employee  ID card opens door to the cafeteria – whispered to us one of Director deputies.
:))))

Weekend.
I contacted Inge earlier and on Saturday traveled by train to Düsseldorf. She drove me to their family home in Remscheid.
Her family grew like ours to 4 people. Nora got company of a brother – Jochen.
We spent very pleasantly all Saturday and Sunday morning.
Sunday afternoon Inge and Norbert drove me to Essen. On our way we visited some museum – exhibition of ancient Egyptian art.

The rest of stay in Essen was rather uneventful.

After return to Poland my professional life took few turns and 5 years later we landed in Australia.

I continued regular correspondence with Inge and we updated each other about our lives and families.
Norbert climbed steps of his professional career. He became a Professor in the Bergische Universität Wuppertal. Among his duties were few visits to Poland for lectures, workshops and consultations.
Nora is a respected specialist in Chinese medicine, Jochen – another professor, information systems. They live in different places in Germany, but when they gather at family home, there is music.

Portraits on the wall: Wagner, Mozart, Beethoven.
Inge and Norbert are frequent visitors to Bayreuth and music festivals there.

In the meantime in Australia…
My dominant hobby for number of years was cross country skiing. I discovered quite attractive places for skiing in Australia. I entered also a number of cross-country skiing marathons overseas.
This led me again to Austria and twice to Germany.
Germany meant Koenig Ludwig Lauf in Oberammergau. Very memorable event, skiing in the shade of castles in Ettal and Linderhof.

In 2001, after the race I spent few days in Munich. Music of course, opera, but this time it was not the famous Bayerische Staatsoper, but Gärtnerplatztheater – CLICK – which presented more challenging program. The Rake Progress by Igor Stravinsky.

Here I have to confess one shameful event.
At the time when I fought on European ski trails, in February 2001, Inge and Norbert visited Australia 😦
We were in not so frequent touch, I had to plan my leave to Europe many months earlier, so at the time when Inge notified me about their visit it would have been quite messy and costly to abandon my plans. So they visited our home and were hosted by my wife and I was far away.

We still remained pen-pals and then an additional German accent arrived in my life.
Our daughter got married to Peter, young man of German origin. His parents, both originally from Königsberg, live permanently in Melbourne. In our opinion they run a very German home.

Our granddaughter, Sabina, now in year 10 of school, learns German and last year participated in an interschool German Poetry Competition.

The finals were held in Austrian Club in Melbourne.

And the winners were…

Well, Sabina won the second place. Above with her parents, all in dresses bought one year earlier during Oktoberfest in Munich.

More than a week ago I rang Inge and thanked her for 60 years of contact. We reminisced these times – solid, friendly times.

Let me finish with another of poems recited long, long ago by me – CLICK.

Sąsiedzi 6

Teresa Rudolf

Filomena i ten uśmiech…

Filomena weszła do swego mieszkania, kompletnie zdezorientowana po przypadkowej,  niespodziewanej wizycie u Pani Klary.
– U licha, przeciez nie cierpiałam tej kobiety od lat, nigdy nie rozmawiałyśmy wcześniej, a tu teraz jest tak, jakbyśmy się od lat znały – myślała – mało tego, mamy nawet coś ze sobą wspólnego, chociaż to kompletnie inna generacja.
Mąż Klary też czasem mówił do niej “Mona-Lizo”, jak i ten mój Franz do mnie.
Ale u niej to tak jakoś wszystko było romantyczno-dramatycznie, kochali się, a ona po jego śmierci do dziś jest tylko z nim, na każdym kroku. Prawie ogladam się, będąc u niej, czy aby on nie wyjdzie gdzieś do nas z balkonu, lub z kuchni.

Tak rozmyślając, Filomena siadła przy maleńkim stoliku, w małym pokoju. Zapaliła papierosa, który miał być znów ostatnim, tak jak to się działo od dwóch lat. Założyła nogę na nogę, włączyła radio i słuchając jakiejś sentymentalnej muzyki zatonęła, w gorzkich  wspomnieniach.
Franz (tak kazał na siebie mówić, po powrocie z Niemiec, po pięciu latach pobytu) na ogół kojarzył się jej teraz, dziesięć lat od rozstania, jak najgorzej.
Poznała go w podróży, stojąc na korytarzu pociągu linii Warszawa-Wrocław. Było tak  tłoczno, że nawet konduktor zrezygnował z przebijania się przez ten tłum.
Nadepnęła mu na nogę, zaklął siarczyście,  po polsku i po niemiecku, ale później jednak  przeprosił:
– Ach, zabolało, ale nie powinienem być tak ordynarny, bardzo Panią przepraszam, wie Pani, ból na ogół nie jest salonowy, jest albo bardzo wulgarnym, albo tchórzliwym fenomenem, czyli albo klnie, albo się modli. Jeszcze raz przepraszam, mogę to Pani jakoś wynagrodzić, może kawa, po wyjściu z tego, tutaj piekła?
Nagle pociąg  znów tak ostro przyhamował, że Franz zachwiał się z całej siły i teraz to on nadepnął na stopę Filomeny, a ona zaklęła jak robotnik na budowie, głęboko przekonany, że nikt go nie słyszy.
I dodała – Na razie klnę, bo tak to boli i tak zostanie, a modły zostawię Panu, bo chyba  zaraz oddam…
W tym momencie zaczęli się oboje tak  śmiać, że zarazili innych pasażerów, przylepionych do nich ciasno w tłoku…

Franz był wtedy bardzo czarującym brunetem, jak i ona w wieku około 40 lat.
Na poczekaniu miał slogany, dowcipy, cytaty, no i nie odrywał od niej wzroku, kiedy znaleźli się już na tej zapowiedzianej kawie.
Restauracja średniej jakości, niedaleko dworca, nagle stała się dla niej najpiekniejszą, najromantyczniejszą, jaką w tym mieście znała.
Ciągle mówił: – Pani będzie moją Moną-Lizą, ten uśmiech… Znów sobie przypomniała,  co opowiadała dziś Pani Klara i pomyślała, czy ci faceci naprawdę muszą wszyscy być tacy sami, tacy banalni???…
Ale z drugiej strony, nigdy wcześniej nikt do mnie tak nie mówił, i poza Panią Klarą nie znam też i innej kobiety, którą by podobnie nazywano, dziwne bardzo…

Znów w myślach wyłonił się nagle, w całej okazałości, Franz…
Nie mogla opanować złości na samą siebie, za to, że kiedyś tak była nim zaślepiona.
Dla niego prawie natychmiast rzuciła pracę w banku wrocławskim, gdzie byla szanowaną, elegancką, kompetentną pracownicą, zajmującą się udzielaniem kredytów. Pracę swą lubiła i ceniła.
Franz po powrocie z Niemiec zamieszkał na stałe w Krakowie. Tam też ustabilizował się zawodowo. Był dyrektorem administracyjnym jednego z większych przedsiębiorstw naftowych.
Posiadał ogromne mieszkanie w centrum miasta, pięć minut od Rynku. Był singlem z odzysku, po  intensywnym “koszmarnym małżeństwie” z niejaką Krystyną.
No i los rzucił go pod nogi Filomeny.
Stwierdzili oboje, że takiego zbiegu okoliczności nie wolno ignorować, trzeba było brać natychmiast “byka za rogi”.
Więc najlepiej, gdyby bykiem zajęła się Filomena, rzucając wszystko we Wrocławiu, a on zajmie sie rogami, aby, rymując, przygotowć im grunt pod nogami.
Przypominała teraz sobie, jak zaczał wprowadzać ją w swoje, jak później stwierdziła, szemrane towarzystwo.
Wszędzie przedstawiał ją: Filomena, moja Mona Liza!
– No proszę, pomyślała ironicznie, spotkałam dziś drugą Monę Lizę i to w tym samym bloku, starszą ode mnie o ponad 25 lat!!!
Ale za czasów, gdy Klara była młoda, Mona Liza miała się dużo lepiej, była muzą, boginią, a nie jak ona sama później – zdzirą.
Zapłakała gorzko nad sobą, swą naiwnościa, i nad swą samotnością, teraz już nie do zniesienia.
No i co zrobił z moim życiem ten bandyta?
Mona Liza, psiakrew…

Spotkania z Księciem Ciemności 4

Ksawery Kopański

Ktoś zauważy: to nepotyzm. Odpowiadam: oczywiście. Inny zarzuci: kolesiostwo! Replikuję: jak najbardziej. Świadome. Z premedytacją.

Dzisiejsza opowieść skupi się na mojej ukochanej Suni. Ją dzisiaj docenię, Ją będę bezwstydnie publicznie promował i Jej przymioty pod niebiosa wynosił. Nie może być inaczej, bo bez Niej nie zaczęłaby się cała historia z Księciem Ciemności w roli głównej. Zaś bez Jej uroku nie byłaby ta klechda taką, jaka jest.

Bez samotności Kropki nie istniałaby bowiem potrzeba przyniesienia do domu na próbę małej, czarnej, futrzanej kuleczki: a nuż się polubią, zaprzyjaźnią? Zresztą i sama Kropka trafiła do nas krótko po swym urodzeniu, sześć i pół roku temu, jako osłoda i podpora starości Łatki. Łatka nie miała własnych dzieci, więc Kropkę potraktowała jak córkę. Przyjęła i wychowała. Były nierozłączne. A że istniało między nimi pewne podobieństwo, zwłaszcza dotyczące umaszczenia (przy tym Łatka była nieco większa) naprawdę wyglądały jak mama z córeczką. Cztery lata to trwało, aż Łatka – do dziś gardło i serce się ściskają, gdy sobie przypominam – krótko przed siedemnastymi urodzinami pobiegła niechętnie, wciąż oglądając się za nami, po tęczowym moście…

I tak Kropka została sama na długie dwa lata. Oczywiście: byliśmy Żona i ja, ale to przecież nie to samo.

Gdy więc koło domu zaczął się kręcić Czarnuszek, wpadłem na pomysł powtórzenia sprawdzonych rozwiązań. Do pewnego stopnia przynajmniej: jak wspominałem, nie było możliwości wzięcia Sierściuszka na stałe. Ale „na przychodne”? Czemu nie. I, jak również już pisałem, udało się. Przyjaźń kwitnie.

Właśnie… Czy słowo „przyjaźń” to dobre określenie na związek łączący Kropkę i Księcia? Jest w nim bliskość, jest czułość. Ale da się też zauważyć coś innego: Kropka okazuje wobec kotka dużą opiekuńczość. Zwłaszcza, jak zauważyłem dwa tygodnie temu, przy korytku. Pozwala mu się najeść, dba wręcz, by mógł to zrobić spokojnie.

Z jednej strony jest serdeczna, z drugiej jednak uczy nieraz moresu czarnego ancymonka i łobuza! Gdy skurkowaniec na przykład nadmiernie intensywnie tuli się do mojej Żony (a ukochanej Pani Kropki), albo gdy w zabawie staje się zbyt rozbrykany i niedelikatny, Kropka pokazuje ząbki i warczeniem przywołuje go do porządku. A on co prawda rezygnuje, odskakuje na kilkanaście centymetrów, uspokaja się. Ale żeby się szczególnie przejął, tym bardziej obraził? Skądże!

Gdybym chciał precyzyjnie określić charakter łączącej ich relacji, musiałbym chyba uznać, że to przyjaźń, ale szczególnego rodzaju, z domieszką czegoś więcej: Kropka do pewnego stopnia zachowuje się wobec Księcia jak mamusia. Lub raczej starsza siostra: kochająca, ale i wymagająca. I tak jest dobrze!

Wspomniałem, że Książę lubi się tulić do mojej Żony i z nią się miziać. A ze mną? Ze mną nie. Mnie traktuje, co ponoć dla kotów typowe, jako narzędzie do otwierania puszek i wykładania jedzonka do miseczki. Przyjąłem te warunki, kontentując się możliwością obserwowania kwitnącej kocio-psiej przyjaźni, jak i po prostu piękna czarnego futra oraz zielonych oczu.

Przyszło mi to tym łatwiej, że mam wsparcie w Kropce. Bo ona, jak to dla psów typowe, kocha głęboko, bezwarunkowo i czule. Zaś swe uczucia dzieli sprawiedliwie między Żoną a mną… i jeszcze dla kotka wystarcza.

Nie będę nawet próbował sportretować naszej wzajemnej miłości. Brak mi warsztatu, nie staje polotu. Uchwycić zachowania i wybryki kocurka to insza inszość – nie jest zbyt trudne. Ale opisać psie uczucia? To potrafiłby tylko mistrz. Mnie by wyszedł nieznośny banał. Powiem tylko, że jeśli chcecie coś z tego zrozumieć, szukajcie w oczach Kropki: tam wszystko jest. Tylko trzeba umieć patrzeć.

Zacząłem kilka tygodni temu swą opowieść deklaracją, iż jestem zaprzysięgłym psiarzem. Podtrzymuję.

Frauenblick. Prag.

Monika Wrzosek-Müller

Mein Prag, die ersten Tage

Prag hat sie in Beschlag genommen. Eine Stadt, die wirklich verzaubert und vereinnahmt, so dass man an wenig anderes denkt, denken kann. So viel Schönheit aus allen Epochen, so viel Vielfalt hat sie selten erlebt. Alle Stilrichtungen der Architektur sind vertreten: Romanik, Gotik, Renaissance, Barock, Rokoko, Klassizismus, Jugendstil, der böhmische Kubismus, Bauhaus und eine Menge der modernen experimentellen Architekturstile, die sie nicht zu benennen wüsste, die sich aber auch stolz präsentieren. Vieles sticht richtig ins Auge und breitet sich aus, wie in einem Lehrbuch für Architektur bei einem Spaziergang, besonders im Letna-Park, von dem ihr der Wahnsinnsausblick immer wieder den Atem stocken lässt. Im Moment sind wenig Touristen unterwegs, sie könnte sogar auf der Karlsbrücke verweilen und die Ausblicke genießen. Sie fühlt, dass in der Stadt verschiedene Kulturen aufeinander trafen und treffen, aber in weicher Variante, man erlaubt den anderen zu leben. Zugleich aber spürt sie so etwas, als ob die Stadt niemanden gehören würde, als ob sie für sich da stünde, eine wirklich globale europäische Stadt, weder deutsch noch jüdisch, aber tschechisch auch nicht. Wenn am Samstagabend die Kassiererin an der Kasse bei „Tesco“ zehn Personen auf Tschechisch immer wieder fragte, ob sie Kleingeld hätten, konnte ihr niemand in der Sprache antworten. Sie lächelte verschmitzt, als ich ihr dekuji sagte.

Zwar stehen in Prag viele tschechische Regierungsgebäude, doch den Tschechen gehöre sie auch nicht wirklich. Seit Jahrhunderten lebten hier Deutsche, Tschechen und Juden zusammen; dann kamen Vietnamesen und jetzt abertausende Touristen aus wirklich allen Ecken der Welt, erstaunlich viele aus asiatischen Ländern; Gruppen von sanft lächelnden asiatisch aussehenden Mädchen streifen durch die Straßen, kaufen in den tausenden Geschäften tausende Kleinigkeiten ein. Sie bestimmen das Bild der Stadt; auf sie stellt die Stadt sich um und davon lebt sie.

Für sie war aber erst mal wichtig, dass es eine weiche, harmonische, helle barocke Stadt ist, in sanftes Licht getaucht; oft steigen Nebelschwaden aus der Moldau hoch und die Sonnenstrahlen zerstreuen sich und tauchen die Stadt in einen goldenen Heiligenschein. Dann sieht man von oben nur die Konturen der Brücken, dadurch wirkten sie leichter, beschwingter, die Konturen der Kuppeln und der Türme; von da oben (den Letna-Park) scheint alles weit weg zu sein, am Horizont, hinter der Brücke, in Wirklichkeit aber ist fast alles zu Fuß zu erreichen in 10, 20 Minuten kann man in der Altstadt aber auch auf der Kleinseite alles erreichen. Natürlich geht sie auf den Wegen der Touristen, die waren auch sehr geschickt angelegt, so dass die Menschenströme später dann im Frühjahr oder Sommer gelenkt werden können: nach oben zum Hradschin, zum Veitsdom, nach unten zur Karlsbrücke, in die Mitte zum Altstädter Ring. Dafür wird man mit schönen Ausblicken belohnt, die Wege sind auch extra so gebaut, mit einer Bank zum Verweilen, oder einer Balustrade um sich daran anzulehnen, dass man länger sich auf ihnen aufhalten kann. Überall gibt es Hinweisschilder und man kann schnell zu einzelnen Denkmälern gelangen. Die Situation erinnert sie an Florenz, eine Stadt, die sich den Touristenmassen ergeben hat und eigentlich für sie existierte. Doch hier ist die Vielfalt und Größe vielleicht noch überwältigender.

Man kommt mit der Straßenbahn leicht überall hin; es gibt auch eine U-Bahn, doch die Stationen gehen so steil in die Tiefe hinunter, dass sie immer wieder Angst bekommt und die Straßenbahn vorzieht, außerdem kann man von der Straßenbahn am Fenster klebend die Fassaden der Häuser, der vorbei huschenden Bauten bestaunen. Natürlich gibt es für Touristen Kutschfahrten auch Bootsfahrten, allerdings in einem begrenzten Areal der Moldau, denn sie bildet Stufen. Man kann sich aus der Flotte von alten Automobilen in verschiedenen Farben eins aussuchen und durch die Altstadt rasen. Die jungen Leute ziehen neuerdings E-Roller, E-Scooter vor, auch wenn die meisten Straßen sich dafür eigentlich gar nicht eignen, sie sind nämlich mit Kopfstein gepflastert. Die Zahl der Cafés, Restaurants, Kneipen, Bistros ist schier unendlich; von edel bis Schnellimbiss ist alles dabei; auch Musik-, Jazzkneipen sind überall zu finden. Die Qualität des Essens ist gut bis sehr gut; die Touristen verschlingen alles, so dass es frisch ist, jeder kann für sich etwas finden.

Die Tschechen scheinen den Touristenrummel mit stoischer Ruhe zu ertragen, sie fallen nicht auf; ja sie sind fast unsichtbar in der Altstadt und auf der Kleinseite und doch müssten sie diese Stadt von irgendwoher dirigieren, leiten. Die meisten scheinen ihr sehr angenehm und zurückhaltend. Viele sprechen mehrere Sprachen, die jungen Leute meist eher Englisch.

Der Fluss Moldau bildet Mäander und kleine Inseln, die sich zum Spazieren sehr gut eignen. Wegen des Hundes entdeckte sie auch Kampa, die auf der Kleinseite gelegene Insel; durchzogen mit Kanälen, mit kleinen Brücken, kleinen alten Häuschen, wunderbaren Cafés, einem Museum für moderne Kunst und einen Skulpturenpark, das Ensemble präsentiert sich prachtvoll, wurde von Exiltschechen Jana und Medy Mladovych errichtet. Sie nannte es Kleinvenedig, jetzt, in Februar, ist noch alles eher leer und mühelos zu erreichen und zu durchwandern.

Auch hat sie Plattenbauten in den Peripherien von Prag entdeckt. Wie die französischen banlieues ziehen sich die Wohnblocks in die Täler und Hügel sternenförmig aus der Stadt hinaus, sie sind von Streifen mit Natur durchzogen, die wirklich sehr schön, naturbelassen wirken. Der Reiz dieser Landschaftsstreifen beruht auf den felsig-hügeligen Formationen, mit kleinen Waldabschnitten, dazwischen gibt es oft große Wiesen, die mit Obstbäumen bepflanzt sind; das müsste in Frühjahr toll aussehen, denkt sie. Die Plattenbauten sind selbst für sie, die aus Warschau kommt, gewöhnungsbedürftig, sie ziehen sich kilometerlang und haben somit mit der Altstadt und ihren Baudenkmälern nichts zu tun. Doch, wie ihre jungen Freunde feststellen, man lebt da angenehm, ist schnell in der Stadtmitte und vor Ort mit aller Infrastruktur ausgestattet.

Sie hat das Gefühl, die Stadt ist harmonisch und lebenswert, trotz der Touristen, wahrscheinlich doch wegen der Sehenswürdigkeiten und den jahrhundertealten, von Menschen für Menschen geschaffenen, gewachsenen Strukturen, auch die Lage mit den Hügeln, die Aussichten über größere Entfernungen erlauben, ist herrlich. Das bedeutet nicht, dass alles perfekt ist; dass alles zu bewundern gilt. Doch man merkt, dass Prag wieder zu seiner Größe zur Goldenen Stadt zurückgefunden hat.

Die ersten Tage waren sehr angenehm, hoffentlich nicht zu sehr…