Czasy się jednak zmieniają. Oto jakiego maila dostałam kilka dni temu:

Czasy się jednak zmieniają. Oto jakiego maila dostałam kilka dni temu:

DZIEŃ SZÓSTY
Jak zwykle ruszam w drogę bardzo wcześnie. Mam do wyboru trzy drogi z Fürstenwelde. Mogę iść ścieżką rowerową przez Erkner. Mogę płynąć Szprewä aż do samego Berlina. Mogę też skierować się do kanału i płynąć kanałem do Schmockwitz. Decyduję się na kanał, bo prowadzi prosto do Berlina. Szprewa wprawdzie by mnie niosła z prądem, ale za to silnie meandruje, co czyni drogę dwa razy dłuższą, o drodze przez Erkner nic nie wiem, może być malownicza, ale nie najkrótszą. Wychodzę z Fürstenwalde West i idę w kierunku Hartmannsdorf. Piszę do Anity, by powiadomiła moją żonę.
– Kończy mi się prąd w telefonie. I tak jak się spodziewałem, telefon mi wysiadł, również power bank mam całkowicie rozładowany. Trudno, zatrzymuję się w cieniu drzew i zabieram się za parzenie kawy. W myśl zasady, że nieszczęścia chodzą parami, gaz się kończy, kawy nie będzie. To akurat nie jest problem, nad kanałem zagotuję kawę na ogniu, będzie nawet lepsza. Wchodzę do Hartmannsdorfu, przed jednym z domów kręcą się jacyś ludzie. Proszę o możliwość naładowania telefonu. Są pełni zrozumienia. Podłączają mi ładowanie, a ja zabieram się za porządki w wozie. Wtedy wychodzi młoda kobieta i zaprasza na kawę. Częstuje bułeczkami z dżemem. Okazuje się, że ma syna na wydziale fizyki. Wymieniamy się kontaktem na Facebooku . To było bardzo piękne spotkanie. Mam wrażenie, że bariera językowa mało, że nie była problemem, to jeszcze otworzyła nas na jakiś głębszym poziom porozumienia. Cyfryzacja popsuła bezpośredniość kontaktów, pismo zubożyło naszą pamięć, a czego pozbawiła nas mowa? Telefon naładowany, zbieram się do wyjścia, dostaję na drogę dwie bułki i słoik bardzo dobrego dżemu. Piszę do Anity:
– Doładowałem telefon żołądek i duszę.
– Przyjęłam, niezmordowany obieżyświecie.
Odnajduję drogę do kanału, woduję MAŁĄ MI i w drogę. Na wiosłach i oczywiście pod wiatr. Takie wiosłowanie pod wiatr jest bardzo nudne, ale jest okazją do poważnych rozmyślań. Myślę o książce Ewy Marii Amerykański sen. By wejść w dyskusję o wolności trzeba ten termin zdefiniować. Na Googlach znalazłem taką definicję: “Wolność – brak przymusu, możliwość działania zgodnie z własną wolą”. To jest dobra definicja dla tych co walczą o wolność, ale nie dla tych co chcą o wolności dyskutować. Proponuję bardziej abstrakcyjną definicję wolności:
Wolnością nazwijmy parę; wachlarz możliwości plus zakaz ograniczający. Jak mamy wachlarz możliwości i nie ma żadnego zakazu, to nie ma sensu mówić o wolności. Gdy Bóg zasadził drzewo wiadomości dobrego i złego, to dopóki nie zakazał jeść z tego drzewa, nie było problemu wolności. Bóg dał ludziom wolność, przez wprowadzenie zakazu. Po wprowadzeniu zakazu z kolei, możemy mówić o zakresie wolności. Zakres wolności Adama i Ewy obejmował wszystkie drzewa oprócz tego jednego. Tak sobie rozmyślając dopłynąłem do śluzy Wernsdorf.
Wiatr był coraz silniejszy, kanał się kończył i zaczynały jeziora. Na jeziorach mogło być bardzo ciężko a nawet niebezpiecznie. Zdecydowałem, że dalej pójdę pieszo. Przełożyłem MAŁĄ MI na kółka i ruszyłem w stronę Schmockwitz . Zależało mi by dotrzeć do Ewy Marii tego samego dnia, bo na drugi dzień miało być spotkanie literackie w SprachCafé. Robię zdjęcie na granicy Berlina i wysyłam Anicie.

Muszę przyznać, że zlekceważyłem Berlin. Myślałem, że szybko uda mi się przejść z Schmockwitz do Tempelhof. Zamiast dwóch, trzech godzin zrobiło się chyba sześć, w każdym razie na miejsce dotarłem dopiero około dwunastej w nocy.
W drodze, szczególnie w mieście zachodzą dziwne zjawiska, związane z czasem i przestrzenią, a może raczej z subiektywnym odczuciem czasu i przestrzeni. Raz się skracają, a raz wydłużają. Rozstawy słupków na chodnikach z reguły są na miarę mojego wózka, to samo odległości między stojącymi samochodami, choć z daleka wydają się za wąskie, a okazują się w sam raz z dokładnością do centymetra. U niejednego obserwatora wywoływało to dużo radości. To się jednak nie sprawdza w Berlinie. Dwa razy wpakowałem się między słupki i utknąłem, mało tego zbliżając się do centrum, wchodzę w przejście pod rusztowaniem, szerokość jest w sam raz i na samym końcu zwężenie nie do przejścia. Muszę się wycofać i iść szosą.
Na szczęście kierowcy są wyrozumiali. Po wielu tarapatach idę wzdłuż stolików rozstawionych na ulicy, przy których siedzą ludzie i ze zdziwieniem patrzą, skąd się wziąłem. W końcu trafiam do bramy lotniska Tempellhof. I znów słupki i nie mogę się przecisnąć. Widzę pas startowy, który prowadzi wprost do celu mojej podróży i nie mogę się na niego dostać. W końcu znalazłem sposób by pokonać zaporę. Piszę do Anity:
– Powiedz Ewie że jestem na lotnisku
– Dobrze
To było bardzo radosne przejście po pasie startowym na drugą stronę lotniska. Ostatnia przeszkoda, brama wyjściowa, na szczęście szeroko otwarta. Dochodzę na miejsce i ustawiam MAŁĄ MI pod drzewem na którym wisi worek foliowy, cel mojej podróży. Piszę do Anity:
– Jestem już na miejscu u Ewy Marii.

Matylda Wikland
bądź refleksy wokół t. zw. polskości na kliszy pomorskiego września
Wszystko jest tak, jakby już się stało.
“Ja Tylko Wspominam”, Armia
Odległe syreny z Westerplatte docierają do mnie, gdy przelewam kawę z termosu do kubka.
Termos przywiozła mi dzień wcześniej droga przyjaciółka, przekazując go w cieniu przyszpitalnych jabłonek. Szpital, zbudowany na założeniu przestrzennym porzuconego szpitala dla niemieckich lotników, jest otoczony pięknym lasem, w którego rytmiczny świerszczowy oddech wsłuchuję się nocami, gdy niepokój trzyma mnie przy przytomności. Tego dnia jednak przy przytomności trzyma mnie przykazanie lekarskie. Przy kwalifikacjach spytano mnie, czy będzie to problem, tak nie spać, niestety potrzeba obrazów zmęczonego mózgu do diagnostyki, itp., itd. Wzruszyłam ramionami i zapisałam w pamięci, aby spakować tom dzieł zebranych Szekspira (był to wybór o tyle chybiony, że gdy wyszłam ze szpitala, po angielsku mówiłam prawie wyłącznie rymem, a to i tak mimo faktu, że przeczytałam ledwo jedną trzecią tomiszcza).
Wracając do syren jednak, syren z Westerplatte (zawsze bawiło mnie, że ten bastion polskości, ten cel patriotycznych pielgrzymek, pozostaje jednym z niewielu miejsc na Pomorzu, któremu udało się zachować swoją niemiecką nazwę). Nie słyszę ich dosłownie, w sensie, nie słyszę ich sensu stricto, nie tak, jak gdy przyłożyłam ucho do uchylonego okna byłam w stanie rozpoznać coś w deseń odległych wystrzałów. Słyszę je zapośredniczone, przez wymęczony nadmierny użytkiem głośniczek telefonu, z transmisji in vivo. Cuda technologii, cuda zaciekłego pragmatyzmu, który kierował amerykańcami, gdy po wybranej światówce postanowili uprowadzić do swoich ośrodków badawczych co których nazistowskich wunderkindów. Słucham więc syreny, syrenki… Ogłaszam alarm dla miasta. Uwaga! Przeszedł! Niech trwa! Etc., i co tam jeszcze niedawni wyznawcy l’art pour l’art popełnili w obliczu zapaści. Stoją tam na baczność w różnorodnej interpretacji władze państwowe, władze dozbrajające, władze podżegające, stoją nieopodal NIGDY WIĘCEJ WOJNY wiedząc dobrze, że znaczy to tak naprawdę NIGDY WIĘCEJ NASZEJ PRZEGRANEJ.
Odkładam szybko kubek na stoliczek, aby pomóc B. z naszą małą salową inscenizacją historyczną, w której rolę Wehrmachtu odgrywają osy i szerszenie. Rankiem zgłosimy to oddziałowej i do wieczora na pobliskim budynku, jeszcze pamiętającym czasy Krankenhaus’a, odnajdą gniazdo, z którego wysyłano oddziały zaczepne do naszych pokomunistycznych okiennic. Więc się spina analogia.

Perspektywa na jabłonki rosnące między szpitalnymi budynkami, gdańska dzielnica VII Dwór
Wyżej wspomniana przyjaciółka, którą dla variété z nazwiska będę też nazywać Meller, poza termosem pożyczyła mi również książkę, którą “wybrała ze względu na lekką fabułę i podnoszące na duchu przesłanie.” Rzecz toczy się głównie wokół radykalnej akceptacji, tej adaptowalności człowieka, co jest zarazem zbawieniem i kamieniem piekielnym u nogi. Bohater ma nie tyle wiarę w bozię, że jest dobrotliwa, co w siebie, że przetrwa. Ba, że się urządzi. Urządzi w katastrofie, w pokoju, tym figuratywnym jak i tym na strychu córki. Podoła. Jak głosi myśl przypisywana francuskiej rycerskiej mistyczce Joannie d’Arc, (cytowana tu za “Procès de condamnation et de réhabilitation de Jeanne d’Arc”): [Q]uae respondebat quod non timebat armatos, quia habebat viam suam expeditam; (..) [E]t quod erat nata ad hoc faciendum.
Uciekaj strachu, rozpierzchnijcie się wątpliwości — cokolwiek to było, co umieściło mnie na tym padole, czy to taniec atomów czy działanie demiurga, niezbywalnie jestem, aby pomyśleć, że jestem, jestem, aby zrobić to, co zostanie przeze mnie zrobione. [E]t quod erat nata ad hoc faciendum, więc a kysz, a kysz, czy widzisz pański krzyż — jeżeli nawet istnienie jest absurdem, to przecież jest. I jesteśmy my. Może to symptom, objaw, metafizyczna wysypka, lecz są takie momenty, gdy czuję jak odpływam, i w trybie awaryjnym zarzucam kotwicę świadomości absurdu nieuchronności wszystkiego wokół.

Grobowiec rodziny Schützerów, cmentarz Rakowicki, Kraków
W trzydziestym dziewiątym pierwszy wrzesień wypadał w piątek; w bieżącym roku był to poniedziałek. Starałam się nie pozwolić sobie na zauważenie faktu, że wtedy było to w dzień uznawany za koniec tygodnia, a teraz w dniu uznawanym za jego początek. Co do zasady staram się sobie nie poczytywać wiele z takich figlów losu, lecz przyznać trzeba, że mogłoby być w tym coś kuriozalnego.
17 września 1931 r. w Stoczni Gdyńskiej zwodowano pierwszą całkowicie “domowo” zaprojektowaną i wykonaną jednostkę. Była to Samarytanka, jednostka medyczna. Jej powstaniu towarzyszyła, oczywiście, ogólna pompa. Jej życiu towarzyszyła, oczywiście, ogólna porażka. W jej losach dałoby się zakląć większościową trajektorię polskiego międzywojnia, lecz zatrzymajmy się na poetyce tego, że pierwszym dziełem Stoczni była, nomen omen, Samarytanka.

Widok na pomnik trzech krzyży pamięci poległych Wybrzeża, perspektywa od strony kiosku z pamiątkami, Gdańsk
Marzy mi się, aby w Gdańsku można było wypowiedzieć słowo solidarność bez redaktora radiowego szybciutko sprowadzającego rozmowę na temat Tej Solidarności, Tych Wydarzeń, Tej Legendy.
Zresztą, nawet i Ta była dla wielu pewnie nie Tą, a oczyma mimowolnie łzawiącymi po gazowej orgii w ‘70, nieodbytymi pogrzebami, zamkniętymi i zdemolowanymi ulicami, niedocierającą korespondencją, zaburzeniem toku życia. Teraźniejszość jest niepomijalnym stanem larwowym krwawo-skrzydłego motyla Tradycji/Legendy. Brzmi to być może banalnie, lecz wydaje się, że często zapomina się, zwłaszcza w dyskusji tzw. publicznej, że Wydarzenie jest kliszą, w którą zaklęto odbyty ruch, zdarzenie, działanie. Działanie będące udziałem wielu ludzi, a widowiskiem dla jeszcze większej ich ilości. Po fakcie pozostaje tyle powidoków, tyle niejednolitych odbitek, ile ludzi, ile umysłów. Przetrwanie poprzez rozproszenie.
Choć czasem, aby ocaleć, pomaga bycie zapomnianym.
Tak w każdym razie wyobrażałam sobie losy pomnika, przed którym stanęłam w sierpniowym słońcu po blisko kwadransie pałętania się po cmentarzu Rakowickim. Jak inaczej wyjaśnić nienaganny, świeżo okwiecony stan pomnika pamięci Ukraińców, położonego na skos i kilka alejek od słynnego “PAMIĘTAMY” wołyńskiego? Do tego, jak czytamy na stronie ukrainskanekropolia.org, będących przedstawicielami “Grupa społeczna: wojskowi.”
Może to karne posłuszeństwo temu marszałkowskiemu “ja was przepraszam panowie”? A może ten jednak pancerny całun niepamięci, jak ten spoczywający na niepozornym grobie wypisanym w całości po niemiecku. Na tym bastionie polskości, gdzie widziałam perfekcyjnie przypadkowego starszego pana składającego kwiaty pod Matejko. Tam, tu, w długim cieniu “przechodniu powiedz ojczyźnie iż wierni jej prawom tu spoczywamy”, natykam się na FRIEDE SEINER ASCHE. Część mnie chce wierzyć w etos obywatelski, etos tej efemerycznej solidarności mieszczańskiej, lecz patrząc na stan pomnika, bardziej prawdopodobne jest, że niczym piaski przelał się przez palce polskiej administracji. Któż to wie, zapewne archiwista cmentarny, jeżeli ktoś czuwa na tym posterunku.

Widok z boku na część kamienną zbiorowej mogiły żołnierzy URL na Rakowickim, słabo widoczny wpisany w krzyż herb Ukrainy
Aby w wyszukiwarce internetowej dostać się do informacji o pomniku żołnierzy armii URL, wpisać muszę narodowość nieboszczyków jak i datę z pomnika, a i tak wtedy nie jest to pierwszy wynik, ten zajęty przez pomnik “ukraińskich” co prawda, lecz nie wojskowych, a ofiar (“ludobójstwa”). Sama o nim dowiedziałam się dopiero z pomazanej tablicy ważnych grobów wbitej przez władze cmentarza w kilku miejscach Rakowickiego, w tym nieopodal pomnika wołyńskiego, dla którego głównie się pofatygowałam przez kładkę nad torami z dworca głównego. Liczyłam, że na rewersie a nuż zacytowano źródła wyrytych cytatów, najlepiej w stylu APA czy nawet MLA, lecz krzyżyk mi na drogę. Najlepszym tropem autorstwa zawołania “nie o zemstę” pozostaje, i stwierdzam to ciut histerycznie, Marek Edelman.
Świetlane fotony padają spomiędzy starych galicyjskich drzew na UMARLI ABY ZMARTWYCHWSTAŁA WOLNA UKRAINA, a na wschodzie bez zmian — zmartwychwstajemy panowie, strzepać tą zarobaczoną ziemię, zmartwychwstajemy. Życie to robota. Laury są dobre na opał, nie spoczywanie.

Groby na sopockim cmentarzu żydowskim; na pierwszym planie prawdopodobnie poletko pod roślinność, po niedawnych deszczach przemienione w taflę wody
Choć cenię sobie poetykę morza, tę tak zwaną otwartość na “tego na drugim końcu”, częściej kontempluję poetykę rzeki. Rzeka jest węzłem zawiązanym przez naturę, jest nicią utrzymującą szew. Samo się rozumie, że we współczesności mniej. Choć przynajmniej jeden masowy mord dwudziestowieczny (jeżeli się nie mylę Ormian) odkryto, gdyż rzucone do nurtu zwłoki spłynęły do sąsiedniego kraju, rzeka za nic ma granice, to nie jej sprawa. Przeniesie zwłoki, zaniesie wieść, zwiastowanie świętej Flussy. Tak więc poetyka połączenia, źródła, ujścia, i przestrzeni pomiędzy.
Jedną z rzeczy, za które cenię Trójmiasto jest fakt, że tutaj właśnie dochodzi do spotkania tych dwóch poetyk.
Wspominam o tym Meller, gdy wspinamy się Malczewskiego, mijając cmentarz katolicki i komunalny (przedwojenny ewangelicki, jak to już często w tych stronach bywa) w drodze do żydowskiego kirkutu. Wyjątkowe, w znaczeniu: rzadkie, jest w sopockim kirkucie, że znajduje się dosłownie płot w płot (teoretycznie jest to wręcz ten sam płot) z nekropolią katolicką, która sama znajduje się analogicznie wobec komunalnej (daw. ewangelickiej). Wspominam więc o tej otwartości, świadomości sieci wzajemnych połączeń; ona jednak odpowiada, że to pewnie kwestia przymusu logistycznego — miasto na tyle małe, a wymagania co do lokalizacji cmentarza tak wielkie, że spleciono pragmatyczny sojusz cmentarny. Ale zostawiamy to za sobą, już tylko brama z dumnym znaczkiem zabytku, wykute Ze Szaar Elohim i jesteśmy. Cmentarz żydowski w Sopocie jest bodajże najurokliwszym założeniem cmentarnym, jakie widziałam.
Wspinające się po dwóch stronach zamszonej ścieżki kolumnady nagrobków w różnym stanie odnowienia, odratowania, przyprószone jakby światłem przebijającym przez wysoki drzewostan. Tu i ówdzie znicze, kamienie, ale prawdziwie za serce łapie spinające lapidarium, przybysz z czasów rewitalizacji w latach 80., widocznie socrealistyczny w formie, lecz może i dlatego jeszcze bardziej ujmujący. Nagrobki, w większości wytarte, przetarte, pozbawione tożsamości, realizują w formie ekstremalnej projekt zrównania po śmierci. Ilość zniczy zadziwia. Na schodach lapidarium poprawiam białą różę, która stoczyła się z bukieciku. W oddali słychać przejeżdżające auta niczym nowy gatunek leśnych ptaków.
Patrząc na zaplanowanie przestrzenne cmentarza, ręce w kieszeniach spodni, mówię: naprawdę, chapeau bas, architekcie, niech błogosławiona będzie mączka kostna, na którą statystycznie rzecz ujmując ciebie przerobili.
Meller wymownie wywraca roześmianymi oczyma.

Graffiti zauważone na uliczce bocznej od gdańskiej Długiej; zaraz obok znajdował się, być może jako kontynuacja, napis NIC NIE JEST NA ZAWSZE
Dzień wcześniej debatujemy o polityce. Neo-polityce (Futurotyce?), choć właściwie chyba jednak całość polityki obecnie taką jest właśnie. Nawet ostentacyjnie nazwana “polityka historyczna” traktuje bardziej o przydatności historii, jej konotacjach, “wynikłościach”, niż jej samej. Mniejsza z tym. Debatujemy o tym, co mogłoby powstrzymać niechybny marsz polskiej praktyki politycznej ku szczującemu autorytaryzmowi.
Oś naszego sporu można wyklarować jednym stwierdzeniem: ona głosowała na Biejat, a ja na Zandberga.
Tragikomedia sytuacji umieściła się w tym, że korzystałam praktycznie z jednego argumentu, jednym ostrzem patrosząc co rusz bardziej skomplikowane konstrukcje teorii i przewidywań, działań i przeciwdziałań. Trzeba kodyfikować, trzeba betonować co się da, mówi, w ten sposób, gdy nadejdą, będzie im trudniej, będą zasieki prawne pozostawione, aby się na nie nabili. Zawsze więcej pracy leży w zniesieniu czegoś, niż tego nie zrobieniu. I wszystko to ładne, i piękne, i szyte na miarę naszych karkołomnych realiów, lecz oto proponuje mój kij w szprychy. Majestat prawa jest wart dokładnie tyle, ile (pewni, niektórzy) ludzie się nawzajem umówią, że jest.
Hulaj dusza, większości w Zgromadzeniu Narodowym raczej nikt nie zbierze. A i — jak po bandzie, to po bandzie. Po prostu zlikwiduje się i to. Czy coś w ten deseń, bliżej temu do ekspresjonizmu niż realizmu portretowego. Rzecz osadzona jest w tym, że koniec końców źródłem prawa jest człowiek je ustanawiający, a poza tą granicą czeka najpewniej świat iście hobbessowski.
Rozmawiając z nią, czułam się jak rosyjski anarchista w 1918 r. słuchający drogiego mu mienszewika. (Trochę na wyrost metafora, lecz w takich niestety się specjalizuję.)
Rzecz jest taka, że niedługo obie staniemy pod ścianą. Lecz ona padnie za próbę kompromisu, a ja za ogólną dewiację. Nie wywyższam jednego nad drugie: mam odruch dogłębnego szacunku wobec ludzi zdolnych do osiągania rzeczy poprzez kompromisy, zdolnych do osadzenia tak głębokiego skupienia na celu, do którego wyciągają dłoń, że są w stanie zignorować cięgi zbierane przez tą wyciągniętą dłoń, ludzi, o których się ocierają. Niestety ja jestem raczej absolutystą. Teorem Niekompletności Gödla dowodzi, że wyjaśnienia systemu nie da się znaleźć w nim samym. System jest niekompletny. Jego rozwiązanie leży poza.
Lecz wyjście z systemu jest również działaniem w odniesieniu doń; wyjścia więc tak naprawdę, sensu stricto, nie ma.

Karton w oknie i zdziwiony tymże stanem relief, gdańska ul. Świętego Ducha
Nim dowiedziałam się, że pomnik wstawiono w ’65 r., a jakaś tam większość przesiedleńców gdańskich wywodziła się z wileńszczyzny, wyobrażałam sobie lud, dla którego w hanzeatyckiej terra incognita stanowił kresowy axis mundi. W hagiograficznym szkicu o Lwowie Wittlin opisuje Sobieskiego jako wojującego wobec postawionego vis a vis budynku. Nie pamiętam, w którą stronę zwrócona jest gdańska reinkarnacja króla, lecz nie ma to chyba większego znaczenia. On wypowiada wojnę wszystkiemu wokół, ten lwowski pomnik przez lwowian wykoncypowany i wyryty, semper fidelis lecz czy to zdrada, gdy sam jesteś zdradzony, gdy salwowanie się ucieczką jest jedyną drogą ku dalszemu istnieniu. Temu nadmorskiemu powietrzu, tym zgrabnym kamieniczkom, temu nec timide on wypowiada wojnę, nec temere. Wyburzcie już po zakończeniu działań wojennych kolumny pamięci poległych pruskich wojen, tyle już tu gruzów, co zmieni kilka więcej. Za lat kilka wywalczymy prawo do przyjęcia wielebnego uchodźcy, abyśmy po wielu latach mogli spotykać się podeń i szczuć na uchodźców. Ta słodko-gorzka implikacja, iż najbardziej tradycyjnie patriotyczny pomnik w mieście, (gdyż kogo można wystawić do rywalizacji? Heweliusza czy Gutenberga? Mrongowiusz co prawda podług Wikipedii był “obrońcą polskości”, ale szukać go aż w Oliwie… Konopnicka i Walentynowicz obie z wiadomych powodów nie wchodzą do puli. A Świętopełk Wielki, choć książę, przecież głosi na swym cokole, iż “zrzeszonëch naju nicht nie złómie”. Reszta, te wszystkie co za polskość Gdańska, to wszystko sztuka abstrakcyjna, piękna, wartościowa, nie będąca tym, o czym rzecz traktuje, o pomniku królewskim, konnym najlepiej, bądź wieszcza… Jest oczywiście jeszcze spętany śmiertelnymi konwulsjami Browarczyk projektu Jerszowa na Rakowym, którego widuję często z tramwajowych okien, lecz to takie ludzkie, nie tromtadracyjne…), w każdym razie, że ten pomnik mimo stażu już długiego gdańskiego, na cokole wciąż ma metrykę swoją lwowską, ojczystą. Samotny, i to dosłownie przez przeznaczony mu placyk na kole, dosłowna wysepka, obsadzona krzewami i drzewkami, jakby barierą. Sobieskiego od miasta, czy miasta od Sobieskiego? Oczywiście chodzi tu raczej o względy praktyczne ułożenia ulic naokół. Lecz mimo wszystko, zastanawiam się: jak ja zawsze postrzegałam Sobieskiego jako pomnik niepasujący do miasta, czy byli, czy żyli ludzie, którzy widzieli miasto niepasujące do pomnika?

Przygodny epigraf na przeznaczonej do rozbiórki kamienicy, gdańskie Dolne Miasto
W liście samobójczym datowanym na kilka dni po upadku powstania w gettcie, warszawski polityk i działacz nazwiskiem Zygielbojm, w sposób wielce klarowny wyłożył powody targnięcia się na swoje życie. To nie najlepsze określenie, nierówno zbita rama, z kilku powodów. Targnięcie sugeruje działanie emocjonalne, nagłe, sączone w brutalizmie. Decyzja Zygielbojma zachowuje ramy estetyki, konwenansu, tej wielkiej zdobyczy oświecenia — racjonalizmu. To samobójstwo-akt polityczny. Samobójstwo-akt protestacyjny. W powietrzu stolicy zapewne wciąż unosił się trupi dym, a Zygielbojm, jeden z tych zakładników, którzy w ‘39 poświadczali o kapitulacji Warszawy, w Londynie nie może ścierpieć ciszy, nie może ścierpieć, że wprawiwszy w ruch getto, nie wprawiono w ruch świata.
“Nie było mi sądzonym zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich, do ich grobów masowych.” Przynależność narodowa jest tu: z kim upchną cię w masowym grobie historii. “Życie moje należy do ludu żydowskiego w Polsce, więc je daję.”
W działaniach wielu działaczy polski międzywojennej wybija, niczym żyła nafty, pewna prostota. Kusi, aby napisać: żołnierska, legionowa, etos rycerski.
Przeczytałam niedawno opracowanie o obronie stolicy w ‘39 i po kilku już stronach dostawałam nudności na sam wyraz — honor. Honor, słowo pochodzenia łacińskiego (honos), przeszło agresywną naturalizację w historiografii schyłku drugiej Rzplitej. Ten honor, Honor, samo słowo w wymowie jest szorstkie, ostre. Podobno pierwotnie Honos był bogiem, w rzymskiej świątyni rewerowany jako obraz sprawności i sprawiedliwości militarnej, choć obrazowany był zwyczajowo w laurowym wieńcu, trzymając oliwną gałązkę. Więc bojowość jako droga do zwycięstwa? No tak, przecież rzymianie, vis pacem etc. Etos militarności. Być może to on, bardziej nawet niż ten wysławiany rycerski, wpłynął na intymność, jaka charakteryzuje relację walki i bytu w tzw. Tradycji Polskiej.
Wyobrażam sobie oś rozpiętą między moralnością a sprawczością, tym paskudnym neologizmem. Jest to teza wręcz wymęczona swoim ciągłym użyciem, najczęściej w czyjejś służbie. Najczęściej powoływany poborowy tego świata, idea, że aby coś osiągnąć, trzeba coś poświęcić, a tym czymś muszą być morały, skrupuły, etc. Inaczej się nie da, przykro nam, B-g rozpozna swoich, etc.
Moralności jest wiele; racjonalność jest jedna. Sięgając do zmęczonej metafory, moralność jest winoroślą, pnącą się ku słońcu sobie tylko znanymi drogami; racjonalność jest rusztowaniem, z góry przemyślanym i przeliczonym.
Mam tutaj na myśli, że cenię przewidywalność, gdyż wokół przewidywalności można planować. Jak bardzo byśmy tego jako cywilizacja chcieli, nie można żyć w wiecznej teraźniejszości, ciągłym teraz rozciągniętym do granic wytrzymałości. Ta zakurzona gumka-receptura odpryskuje już, nie pociągnie już długo.
Gdy o tym rozmawiamy, Meller zarzuca mi, że niemożliwe jest wskazanie teorii moralności, nie wywodzącej się w jakimś sensie z kultury, nie powiązanej z jakąś społecznością, tradycją, religią, polityką, etc. Nie da się wskazać zasady moralnej auto-referencyjnej, samowystarczalnej. Zawierającej się w sobie. Usłyszałam kiedyś, że różnica między nauką a religią osadza się w tym, że gdyby oba te koncepty rozwinąć całkowicie od nowa, religia wyrosłaby odmienna, a nauka pozostała taka sama.
Staram się skończyć rozmowę Imperatywem Moralnym Kanta.
Lecz znów, lecz niestety: punkt odniesienia i tu jest ruchomy, w tym, że choć wywodzi się z wnętrza człowieka, to takich jest tyle, ile aktualnie jest ludzi, jeżeli nie więcej. Pomijając więc argumenty twardo fenomenologiczne, w których starałabym się dowieść, że doświadczam jedynie siebie, więc jedynie ja jestem prawdziwa (gdyż wszystko inne, zewnętrzne, doświadczam przez pryzmat siebie, doświadczam ja; jak więc dowieść w tak ustawionych ramach, iż istnieje coś innego?), i ten program jest nie do ujednolicenia.
Rozdzielmy więc moralność, osadzoną jako platoński ideał gdzieś o, a sumienie, czyli personalną wariancję na temat wyobrażonego ideału moralności. Zarzucone mi zostaje, że tworzę twory teoretyczne, które w przełożeniu na praktykę jawią się identycznie do sytuacji wyjściowej. Domagam się znaczenia słów, domagam się wywyższenia suchej teorii, lecz moja rozmówczyni pozostaje niewzruszona, twardo trzyma się swojego realizmu, swojego szkiełka i oka.
Schodzimy niechybnie w dyskusji do poziomu, gdzie zaczynam przyrównywać sumienie i moralność do kształtów geometrycznych – jeżeli nazwiesz sumienie-kwadrat, moralność-kołem, ja wciąż będę wiedzieć kwadrat. Meller patrzy na mnie z lekkim politowaniem, i mówi coś sprowadzającego się do tezy, że na niwie takiego poziomu abstrakcji do niczego przydatnego nie dojdę.
Architrawem mej nieszczęsnej koncepcji pozostaje, że mieszkamy w katedrze zbudowanej z kości, i staramy się urządzić pod kapą szytą z aktów kapitulacji.
Więc moralność jako przybudówka racjonalności. Decyzja, która dla historii uśmierciła Rydza-Śmigłego (gdyż który podręcznik do historii wspomina o tym, że wrócił do kraju? Że przebił się aż do stolicy? I że tam padł na zawał, jak każdy inny. Nie dla tchórzy bohaterskie śmierci), strategiczny odwrót z obrazami na z góry upatrzone pozycje nieprzemyślane politycznie, nie została przyjęta łaskawie przez polską historiografie odcienia bardziej patriotyczno-nacjonalistycznego. Pobóg-Malinowski, związany z polskim obozem wojskowości sanacyjnej, napisze po latach, w swojej monstrualnej historii politycznej kraju, że błąd nie poległ właściwie w samym działaniu, a w formie. Polska “tę pierwszą kampanię musiała przegrać”, nawet jeszcze przed ciosem ze wschodu, czysta matematyka (właściwie to raczej statystyka, ale to natomiast już semantyka); obowiązek, który został niedopełniony to forma, a przecież “gdy się działy rzeczy wielkie, tragiczne — FORMY BYŁY RÓWNIE WAŻNE, niezmiernie ważne” (podkreślenie własne). A więc racjonalność, a obok niej sklejona tradycja, moralność, aspekt kulturowy. “Trzeba (…) było nadać inną, godną tradycji piłsudczyków formę przejścia granicy przez Wodza Naczelnego (…),” a umiałby to zrobić z pewnością, zdaniem P-M, Walery Sławek, który “gdyby był w tym momencie premierem, na pewno przechodziłby przez graniczny Czeremosz wbród (sic), ostrzeliwując się przed nieprzyjacielem. Byłoby to niewątpliwie sprzeczne z t. zw. zdrowym sensem, ale zgodne z tradycją; tradycja polska ma dla zdrowego sensu tylko – pogardę…”
Cóż to za dziwaczny lud, można by stwierdzić, gdzie forma ma tyle znaczenia. Gdzie warstwa, nota bene, estetyczna, gdy spartaczona, może pociągnąć w dół za sobą całe przedsięwzięcie. Istna partyzantka paranoicznych estetów. Zgrupowanie weteranów opowiadanych wojen (— niedawno uświadomiliśmy sobie z Ojcem, że i moje, i jego pokolenie, tak właściwie to socjalizowano po trochu do wojny, do walki, do Poświęcenia i Cierpienia), wiecznie oglądający się za ramię, wiecznie przygładzający klapy eleganckiej formy. Silni wobec słabych i słabi wobej silnych (określenie mojego Ojca), udomowione zwierzęta wypuszczone na salonową dzicz, “w akcie, którego celem jest czystość, lecz którego forma pozostaje sadystyczna” (a to Bataille, w pięknym tłumaczeniu Skalskiego).

Blok modernistyczny z graffiti na murze, okolice Teatru Polskiego w Bydgoszczy
Słonimski napisał, że “[w] twojej ojczyźnie gdyś hołdy składał -/Przed obce trony./W ojczyźnie mojej, jeśli ktoś padał,/To krwią zbroczony.” Co ciekawe i o tyle, że ten sam Słonimski napisał również, że “[n]as polskie błoto nie czaruje/bo u nas trzeba walczyć z błotem/słów nam potrzeba, co buntują”. Jest to wiersz z okresu komunistycznego, więc oczywiście w części dalszej błoto rymuje się z młotem. Zresztą, Miłosz: “I jest to coś na kształt bagniska: / Traf tam, a coraz głębiej wciska” . Omnis moriar, omnis omen.
Pogardliwie odnosząc się do decyzji czysto racjonalnych lecz pozbawionych odpowiedniego tradycjonalistycznego kolorytu wykonujemy jakby atak preemptywny, działania ku zabezpieczeniu przyszłej narracji. Budowla jeszcze się nie zawaliła, ale już trzeba się upewnić, że gdy niechybnie się to stanie, stanie się to w sposób, o którym będzie można pisać Literaturę i wzdychać z emigracji. Lipski wspomina kuriozalnie o tych (Niemcach akurat), którzy “zawinili (…) tylko tym, że nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru.” Winą nie jest jedynie złe działanie, winą jest również brak działania. W tzw. polskość wydaje się być wpisana zawzięta potrzeba zwalczania wszelkiego bezruchu. Musisz pozostać działającym, ruchomym, ruchomy cel zawsze trudniej trafić. Komu trafić? To już zależy, a zresztą jest coraz mniej ważne.
Można by się pokusić o stwierdzenie: tradycja to jedna wielka tkanka blizny, jeden wielki mechanizm obronny. Pokoleniowy wysiłek odratowywania. Resuscytacji czegoś, co zazwyczaj zostało wymyślone w poprzednim dopiero oddechu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że ten kraj jest tak wyprany z fundamentów, że nawet zaciekle anty-teistyczne władze komunistyczne były zmuszone salwować ten “nieszczęsny” rok 1966, nie było rady; jaką inną datę mieli by niby przyjąć?

Wytarta płaskorzeźba sowy, słup przyuliczny, okolice Teatru Polskiego w Bydgoszczy
Jest miesięcznica śmierci dziadka, mówi babcia bezwiednie, gdy nożykiem “Made in GDR” obieram jabłko. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc pozwalam rozlać się ciszy, przez co rozumiem telewizyjny poradnik co robić w razie zagrożenia dronem. Ojciec martwił się kilka dni wcześniej, że informacje o naruszeniu przestrzeni mogły ją wystraszyć; przeliczył się, reakcją babci było machnięcie ręką, “strachy to już były”, strachy to już się przeżyły. Do plecaka przemyci mi torebki suszonych owoców i orzechów, choć to ledwie godzina drogi; tak zw. chomikowanie jest traumatyczną bolączką i tej rodziny.
Na dworzec, rozklekotanym autobusem z niezadowolonym zapewnie kierowcą, gdyż w niedawnych (stosunkowo) strajkach włodarz okazał się być niezłomny i mimo paraliżu miasta postanowił nie oddać ani pędzi z budżetu. Na nowy (również stosunkowo) dworzec, gdzie tuż za ruchomymi drzwiami ze ściany spogląda płaskorzeźbiony Marszałek, którego cielesna wersja kiedyś to tędy przejeżdżała. Akurat nie ma pod nim zniczy; czasem są.
Na dworzec, gdzie za zmianę peronu przepraszamy. W pociąg ciągle wsiądziesz. W wagon, na którym ktoś przekręcił wydrukowaną ósemkę, więc ma numer nieskończoność. W wagonie nr lemniskata, wciśnięta w róg strefy ciszy, czytam tom, który zawieruszył się w mieszkaniu w trakcie przygotowywania się do matur i nigdy nie został zwrócony na licealny regał. Za oknem nieprzenikniona ciemność pomorskiej nocy, na słuchawkach Brahmsa Ein deutsches Requiem.
“Przez dłuższy czas skłonny byłem wszystkie lwowskie bolączki traktować z pobłażaniem, zapominając że mój Lwów i cały świat jest jedną wielką bolączką.
“Lecz bawmy się w sielankę. W ogóle bawmy się i zamknijmy oczy.”
Marginalia:
Pisząc, czytałam (i bezwiednie inspirowałam się): “Orfeusz w piekle XX wieku” Wittlina, “Wojna” Jagielskiego, “Migawki z okupowanej Warszawy” pod red. Spałka, “Psychologiczna struktura faszyzmu” Bataille, oraz “Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” Lipskiego.
Przypisy źródłowe zachowałam w osobnym dokumencie, aby nie naruszać formuły literackiej.
Wszystkie zdjęcia autorka, sierpień-wrzesień br.
Monika Wrzosek-Müller
Prolog: der Text ist während einer Sitzung der Schreibwerkstatt im Polnischen Sprachcafé entstanden. Unverständlich für mich kamen Einwände von einer angeblich polnischstämmigen Teilnehmerin, dass sie über den Warschauer Aufstand nichts wüsste und nichts wissen wolle. Ihre Eltern hätten ganz andere Erfahrungen…
Der Tag danach. Gestern um 17.00 Uhr stand ganz Warschau still, hörte auf die Sirenen, dann wurden Lieder angestimmt, die polnische Nationalhymne. Unheimlich, dachte ich, als ich auf meinem Handy die Videos aus Warschau sah, die wissen jetzt mehr über den Warschauer Aufstand von 1944 als ich, die ich mein Leben lang neben meinem Vater lebend gewusst hatte. Er hat so lange geschwiegen, die Angst vor möglichen Konsequenzen war größer als sein Wille, seine Erlebnisse im Warschauer Aufstand mit uns zu teilen. Zum Glück hat er noch den Bau des Museums des Warschauer Aufstands erlebt, konnte noch aktiv daran mitwirken, indem er seine Erinnerungen aufschrieb und dem Museum übergab, sich interviewen ließ. Vielleicht hat ihn das erleichtert; da war er schon sehr alt und sehr krank… und ich war in Deutschland. Er gehörte dem Bataillon junger Pfadfinder „Parasol“ an, fast alle kamen bei den Kämpfen ums Leben, nur einige wie mein Vater verwundet, wurden aus dem völlig zerstörten Warschau in Gefangenenlager in Deutschland abtransportiert. Doch ihr Mythos lebte in Polen weiter.
Continue reading “Der Tag danach”Ela Kargol
Podróże kształcą
Gdy dowiedziałam się o burzliwych losach pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, o jego powojennej historii i o tym, że w pewien sposób pochodzi ze Szczecina, miasta szczególnie mi bliskiego, a ja musiałam pojechać aż do Kopenhagi, żeby poznać jego koleje losu, było mi z początku trudno uwierzyć w tę niezwykłą historię. A potem ogarnęła mnie radość, że
niektóre rzeczy dzieją się właśnie po to, by choć na chwilę wprawić nas w osłupienie.
Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są niezwykle złożone i pełne zawirowań historycznych. Pomnik długo nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Nie od zawsze stał tam, gdzie stoi obecnie, czyli przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.
Mówią o nim wędrujący pomnik.
Krótko po śmierci księcia w bitwie pod Lipskiem w 1814 roku, naród rozpoczął zbiórkę funduszy na monument godnie go upamiętniający. Car Aleksander I wyraził zgodę na postawienie pomnika w Warszawie, a projekt powierzono
duńskiemu rzeźbiarzowi Bertelowi Thorvaldsenowi. Ceniony artysta nie spełnił oczekiwań części społeczeństwa. Krytycy twierdzili, że rzeźba nie oddaje podobieństwa księcia. Zamiast w polskim stroju narodowy, przedstawiono go w antycznych szatach. Wyglądał niczym Marek Aureliusz na konnym pomniku w Rzymie, bo ten właśnie pomnik posłużył
Thorvaldsenowi za wzór.

Pomnik księcia, a właściwie model pomnika, zamówiony już w 1818 roku, czekał na realizację i transport z Rzymu przez ponad dziesięć lat. Najpierw miał trafić drogą morską do Gdyni, a stamtąd Wisłą do Warszawy. Thorvaldsen, będący już wówczas uznanym artystą, musiał najpierw zrealizować inne zamówienia.

Prace nad odlewem pomnika w Warszawie zostały przerwane przez wybuch Powstania Listopadowego. Wkrótce potem car cofnął zgodę na ustawienie pomnika przed Pałacem Namiestnikowskim, co zapoczątkowało długą i nieprzewidywalną wędrówkę monumentu.

I tu zaczyna się moja historia związana z wyjazdem do Kopenhagi. To był rodzinny wyjazd, a czasu mieliśmy niewiele, bo ślub młodszej córki, uroczystości, zobowiązania rodzinne i weselne przyjęcie. Dzieciom pokazaliśmy syrenkę i inne baśnie Andersena, których tropem wędrowaliśmy po mieście. Prawie cały dzień spędziliśmy w Ogrodach Tivoli, w miejscu, które pamięta czasy obu artystów.

Andersen, młodszy od Thorwaldsena o ponad 30 lat, podziwiał mistrza z Kopenhagi. Jeśli nie spotykali się w samych Ogrodach Tivoli, co jest mało prawdopodobne, to z pewnością w innych miejscach. Dla Kopenhagi obaj mają ogromne znaczenie: Andersen – powszechnie znany mistrz baśni i Thorvaldsen, ceniony artysta, choć mniej obecny w zbiorowej pamięci.



Miejscem, które ja chciałam koniecznie odwiedzić, była Katedra Marii Panny w Kopenhadze z najważniejszą rzeźbą Thorwaldsena – Błogosławiącym Chrystusem.
O rzeźbie tej mówi się, że jest najdoskonalniejszą rzeźbą Chrystusa na świecie Posąg, wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z włoskiej Carrary, mierzy trzy i pół metra wysokości. Znajduje się w głównym ołtarzu Katedry Marii Panny w Kopenhadze (Frue Kirke). Przedstawia błogosławiącego Chrystusa, pod nim widnieje napis po duńsku: „Kommer til mig”, czyli „Chodź do mnie” lub „Przyjdźcie do mnie!“


Rzeźba stała się w XIX wieku popularna w całej Europie i była wielokrotnie kopiowana, w kościołach, kaplicach, na cmentarzach. W każdym z tych miejsc natknąć się można na kopie, od kunsztownie wykonanych po te dalekie od oryginału.


Po kilku miesiącach od pobytu w Kopenhadze odwiedziłam Kraków i katedrę na Wawelu. Wiedziałam już, że w krypcie św. Leonarda spoczywa sarkofag księcia, a w Kaplicy Potockich znajdę rzeźbę Chrytstusa Thorwaldsena. Nie miałam pojęcia, że nie wolno robić zdjęć. To było miejsce kultu, przestrzeń sacrum. Upomniana kilkakrotnie, zdjęcie jednak zrobiłam. Kolejnego Chrystusa sfotografowałam już w Poczdamie pod Berlinem w atrium Kościoła Pokoju (niem. Friedenskirche).



Kopie Chrystusa Thorwaldsena spotykałam wielokrotnie na berlińskich cmentarzach. Jedną z replik odnalazłam również w Szczecinie, przy grobowcu rodziny Dewitzów. Jak się okazało, to kopia… kopii. Oryginalna replika, wierna duńskiemu pierwowzorowi, znajduje się w kruchcie modernistycznego kościoła św. Rodziny, też w Szczecinie. To właśnie tam zaprowadzili mnie Małgorzata Narożna i Michał Rembas – pasjonaci i znawcy historii miasta.

Ale wracając do Kopenhagi i katedry Marii Panny, oprócz figury Chrystusa w absydzie i rzeźby anioła chrzcielnego, wzdłuż ścian nawy głównej ustawione są posągi dwunastu apostołów, dłuta mistrza Thorwaldsena.
Jego muzeum wraz z miejscem pochówku znajdują się w pobliżu. Budynek widzialam tylko z wody, kwadryga na szczycie przypomina bardzo Bramę Brandenburską.


Zbierając informacje o artyście i przeszukując internet, natknęłam się na coś, co wprawdzie jest ogólnie dostępne, ale moim zdaniem zasługuje na przypomnienie. Nie moglam uwierzyć, że tak awanturnicze losy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego zahaczają również o Szczecin.
Szczecinianin – tak go nazwałam. Może nie z krwi i kości, ale z metalu i zadośćuczynienia, bo przecież trafił tu w ramach reparacji wojennych. Ja sama musiałam wybrać się aż do Kopenhagi, żeby poznać historię tego pomnika.
O wędrującym pomniku Księcia można doczytać wszędzie, nie będę więc streszczać jego dziejów.
Moja dobra przyjaciółka, Dorota Pundyk – szczecinianka, badaczka historii starego Szczecina, patronka Radia Nowy Świat – akurat przebywała w stolicy. Poprosiłam ją więc o zrobienie fotografii pomnika. Miałam co prawda kilka starych fotografii, ale prezentowały się niewyraźne.


Dorota Pundyk przesłała mi na drugi dzień zdjęcia pomnika z Warszawy, sprzed Pałacu Prezydenckiego, a chwilę później, kiedy już poznała powojenne dzieje monumentu, dosłała kilka fotografii jego wcześniejszego wcielenia. Były to stare szczecińskie kartki pocztowe przedstawiające pomnik konny Wilhelma I. Pomnik Wilhelma I sfinanansowano podobnie jak Pomnik Księcia ze składek, mieszczaństwa. Postawiono go 60 lat pózniej niż pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego u zbiegu Placu Parad (Paradeplatz; obecnie Aleja Niepodległości) i Placu Królewskiego (Königsplatz; obecnie Plac Żołnierza Polskiego) w Stettinie.



Wykonany z brązu pomnik odsłonięto 1 listopada 1894 roku, a strącono z cokołu krótko po zakończeniu wojny i przesunięciu granic. 5 lipca 1945 roku Szczecin oficjalnie przekazano władzom polskim. Pięć lat później, w roku 1950 w tym samym miejscu odsłonięto pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W roku 2017 i ten pomnik zniknąl z mapy miasta.
Księcia Józefa Poniatowskiego Niemcy wysadzili w powietrze po Powstaniu Warszawskim, w grudniu 1944 roku. Znalezione po wojnie fragmenty pomnika eksponowane są w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
W latach 1948–1951, na podstawie modelu przechowywanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze, wykonano nowy odlew rzeźby, który Królestwo Danii przekazało Warszawie jako dar. Do jego stworzenia wykorzystano przetopione fragmenty dawnego pomnika Wilhelma I ze Szczecina. 23 lutego 1952 roku rzeźba została ustawiona przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach Królewskich. W 1965 roku przeniesiono ją na dziedziniec pałacu Rady Ministrów (obecnie Prezydenckiego), gdzie znajduje się do dzisiaj.
I tak władca imperium ustąpił z tronu, przyjmując jedynie tytuł książęcy.
Chrystus natomiast przetrwał dziejowe burze, nadal obecny w świadomości i przestrzeni, a przede wszystkim w sztuce.
Johanna Rubinroth
esej dla radia deutschlandfunk, przetłumaczony przez autorkę
GELD, GLÜCK, GIER
1
ZIMNY POT. DUSZNOŚĆ. W GŁOWIE MGŁA. Po spojrzeniu na mój zdecydowanie zbyt niski stan konta postanawiam: coś musi się zmienić. Powszechne pomysły nie dają rozwiązania. Coś sprzedać? Nie wiedziałabym, co. Pracować więcej? Nie wiedziałabym, kiedy. Zmienić zawód – ale na jaki? Coś pożyczyć – jeszcze więcej?
Nagle mam pomysł. Skoro moja relacja z pieniędzmi – a raczej z ich brakiem – jest tak silnie naładowana emocjonalnie, to czemu nie u-aktywować innej częstotliwości i spróbować… zaklęcia?
Przecież pieniądze mają w sobie coś magicznego. Raz są, raz ich nie ma. Przychodzą i odchodzą, pojawiają się – i znikają. Znikają z godną podziwu regularnością – jakby to było prawo natury. U innych rozmnażają się jakby z niczego. Zamieniają się w ciepłe buty. Albo w potwora, który wywołuje panikę. Sprawiają, że ludzie z podniesioną głową wchodzą i wychodzą ze sklepu firmowego Chanel albo przemykają się ze spuszczoną głową, przeszukując latarką śmietniki. Pieniądze potrafią ocalić lub zrujnować, uwieść lub odstraszyć. Nie mówi się o nich – a jednak rządzą tak wieloma rzeczami.
Continue reading “Pieniądze, szczęście, chciwość – emocjonalne oblicze stanu konta”in der Buchhandlung Metis um 18 Uhr

Gleimstr. 21
10437 Berlin
Moderatorin: Helen Faller
Eintritt frei.
Buch auf Polnisch, aber Lesung auf Deutsch.
Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny
Dzień piąty
Kiedyś wędrowałem ciągnąc wózek brzegiem morza z Kołobrzegu do Darłowa. W Darłowie, żeby wyjść na drogę, muszę pokonać schody, bo chodnik, którym mógłbym pójść, jest zagrodzony płotem, kamery i ostrzeżenie, że wejście tylko dla mieszkańców.
Mężczyzna, który pomógł mi wnieść wózek po schodach, mówi:
– Patrz pan, ludzie się coraz więcej grodzą.
A ja na to:
– Ludzie im więcej mają, tym bardziej się boją. A im bardziej się boją, to tym więcej pracują, by mieć więcej, bo myślą, że się będą mniej bali, a boją się jeszcze więcej.
– No tak to jest – potwierdził.
Ja poszedłem w przeciwną stronę. Chcę mieć mniej. Chcę pozbywać się rzeczy. Chcę się uniezależnić od zdobyczy cywilizacyjnych.
Wróćmy na razie na kanał Odra-Szprewa, gdzie budzę się o w pół do piątej i od razu siadam do wioseł. Śniadanie zjem gdzieś w drodze. Płatki kukurydziane na mleku i oczywiście kawa z biszkoptami. Wiatr mam przeciwny, ale nie jednostajny. Takie sobie szkwaliki, raz po jednej raz po drugiej stronie kanału. Wiatr bawi się ze mną w ciuciubabkę. Po paru godzinach dopływam do śluzy Kelendorf. Zatrzymuję się przy pomoście dla łodzi turystycznych. Przez intercom wywołuję operatora śluzy. “Bite śluze”, kombinuję. Operator coś mi tłumaczy, najpierw po niemiecku potem po angielsku. Ani tak ani tak nic nie rozumiem. Na szczęście zjawia się para na rowerach. Proszę ich we wspólnej mowie, by skontaktowali się z operatorem. Dzwonią, a później mi tłumaczą, że śluza będzie zamknięta do osiemnastej. Mam już dosyć tego wiosłowania…

i bez żalu wyciągam łódkę z wody i ustawiam na kółkach, wtedy ku mojemu zaskoczeniu dzwoni Darek. Wyjeżdżając z Wrocławia nie miałem roamingu. Umówiłem się z żoną, że odezwę się dopiero od Ewy Marii z Berlina. Odbieram telefon od Darka z Polski. Odtąd będzie mi pomagał szukać drogi. Darek powiadamia moją żonę i ta z kolei dzwoni, i też odbieram. Okazuje się, że do mnie można się dodzwonić z Polski, a ja do Polski nie mogę. Żona wykupuje mi jakiś bardzo ograniczony internet i instruuje, że odtąd mam WhatsAppa i mam informować Anitę, jej koleżankę, która też ma WhatsAppa, gdzie jestem.
Ruszam w drogę, okazuje się, że jestem na ścieżce rowerowej do Fürstenwalde. Świetnie się idzie. W pewnym momencie ścieżka skręca w prawo na malowniczy most przez kanał z potężnymi betonowymi słupami po obu stronach. Jest za wąsko na moją łódkę. Nie ma rady, wypakowuję wszystko, zdejmuję kółka i przenoszę łódkę bokiem. Z powrotem na kółka. Pakowanie i po drugiej stronie mostu to samo. Ścieżka rowerowa do Fürstenwalde prowadzi przez las, idę cały czas pod baldachimem drzew. Mija mnie jakiś samochód, kierowca pozdrawia kciukiem do góry. Po jakimś czasie znów ten sam samochód, zatrzymuje się, chwilę rozmawiamy we wspólnej mowie. Na koniec daje mi dwie duże szklane butelki wody. Mijam Berkenbrück i idę na Fürstenwalde.
Na skrzyżowaniu przed Fürstenwalde ktoś kiwa na mnie z drugiej strony. Zatrzymuję się, podchodzi starszy mężczyzna, wypytuje skąd idę i dokąd, ogląda konstrukcję MAŁEJ MI, chwali, że sklejkowa. W parku nad kanałem robię postój, a potem idę dalej ścieżką przez las do Fürstenwalde West. Zatrzymuje mnie młoda kobieta na rowerze i prowadzi w piękne miejsce na biwak. Na odchodne daje mi dużą butlę wody.
Miejsce jest super, kąpielisko z piaszczystą plażą nad Szprewą, na skarpie wiata. Oczywiście kąpiel i pranie. Robię generalne porządki w łodzi. Piszę do Anity i wysyłam jej zdjęcia z miejsca, gdzie jestem. Zasypiam zabezpieczony przed komarami, przed deszczem i nie niepokojony przez nikogo.

Verein Städtepartner Stettin e.V. lädt zu Wasserführung in Kreuzberg ein.
Am 27. September ab 14 Uhr bis voraussichtlich 16.30
Treffpunkt bei dem Teich unter dem Wasserfall (Kreuzbergerstr. Ecke Großbeerenstr.)










Das Thema unserer Führung ist die „Natur“-Wasser im Leben der Bezirksbewohner.
Wir treffen uns vor dem Wasserfall im Viktoria Park bei dem Teich mit Fischerskulptur. Die Skulptur von Ernst Herter heißt offiziell „Seltener Fang”, die Bewohner Kreuzbergs nennen sie aber nur „Fischer und Sirene“ und behaupten, dass sich der Fischer sichtlich freut, so ein schönes Weib gefangen zu haben.
Wir werden uns am Teich kennen lernen, erzählen uns die Geschichte des Wasserfalls, des Parks mit seinen Weinbergen und natürlich der Skulptur.
Eine 1 km lange Fußstrecke (die man mit Fahrrad, Roller etc. belegen kann) führt uns über Großbeerenstraße bis zum Landwehrkanal. Unterwegs erzählen wir uns von Geschichte und Geschichten Kreuzbergs.
Hier fahren wir mit der U-Bahn von der Station Möckernbrücke mit Linie 1 Richtung Warschauer Str. bis zur Prinzenstraße, woher wir eine kurze Fußstrecke bis zum Urban-Hafen zurücklegen. Davon gehen wir den Kanal entlang bis zum Admiral-Brücke.
Im Kiez-Café Goldmarie, direkt hinter der Brücke, machen wir eine kurze Kaffee-Pause. Sind wir schon müde, bleiben wir hier und erzählen uns weiter die Kreuzbergs Geschichten. Falls wir aber danach weiter gehen wollen (was wir herzlich empfehlen), gehen wir eine kurze Fußstrecke der Admiralstraße entlang, bis zur U-Bahn Kottbusser-Tor. Unterwegs bestaunen wir ein Denkmal zwei Admirale (“Doppelter Admiral”) mit einer Punk-Frau und einen Straßenmusikanten – ein Symbol des alten und neuen Kreuzberg. An der Ecke Kohlfurter Straße gibt es eine Möglichkeit eine Synagoge anzuschauen und uns über das jüdische Leben in Berlin, damals und heute, zu erzählen. In den 30ern arbeitete hier Frau Regine Jonas, erste Rabbinerin der Welt.
Mit der U-Bahn Linie 1 in Richtung Warschauer-Str. fahren wir bis zur U-Bahn Schlesischen Tor. Davon führt uns eine 800-Meter-Fußstrecke (ca. 10 Minuten) zum Restaurant Freischwimmer, Vor dem Schlesischen Tor 2, 10997 Berlin. Es ist einer der berühmtesten Lokale Berlins und hier beim Essen und/ oder Trinken ist ein endgültiges Ende unserer Führung geplant.
***
Achtung: BVG-Tickets und Bestellungen im Café und Restaurant zählt jeder Teilnehmer selbst.
Dauer der Führung ca. 2,5 Stunden, Gehzeit – 1,5 Stunden.