Don Kichot nachodzi zewsząd

Ewa Maria Slaska

Tego dzisiejszego nadesłała Christine Ziegler, a znalazła go, bo musiała uporządkować stare papiery w biurze. A więc to jej dedykuję niniejszy wpis.

Berlińska lewicowa (wówczas) gazeta TAZ, 29/30 kwietnia 1981 roku. Po lewej okładka broszury: Sachschaden, TAZ-Journal numer 3, Häuser und andere Kämpfe (Straty materialne, Domy i inne walki). Na złamanej lancy Don Quizoffa napis LÄSST DIE LEUTE FREI (zwolnijcie ludzi).

29/39 kwietnia 1981 roku. Nie było mnie jeszcze w Berlinie. To był czas Solidarności, byłam w Gdańsku i przeżywałam najwspanialszy czas mojego życia, byłam tam, gdzie działa się HISTORIA. O tym będziemy jutro rozmawiać.

Amerykański sen. Projekt okładki tej mojej niewydanej książki zrobił Konrad

Bo wprawdzie w zaproszeniu napisane jest, że będę czytać, ale czytać chcę niewiele, a najbardziej mi zależy na naszej wspólnej rozmowie o “tamtych czasach”, o naszych czasach i losach naszego pokolenia. Moja powieść Amerykański sen, która odcinkami od ponad roku ukazuje się w nieregularnych odstępach tu na blogu jest teoretycznie ukończona, ale wciąż coś do niej dodaję, dopisuję i rozszerzam. Praca pisarza ma bowiem to do siebie, że dopóki nowego dzieła nie zabierze wydawca, nie wydrukuje go i nie wyda, pisarz wciąż będzie coś poprawiał. Nie zawsze te poprawki mają sens, ale nie ma sensu dyskutować na temt ich sensu, bo one po prostu są i są niezniszczalne. Jestem pewna, że nasza jutrzejsza rozmowa okaże się interaktywna, Wy będziecie różne rzeczy opowiadać, a ja je pochłonę, przepracują i wstawię do niekończącej się (póki co) powieści o tym, jacy jesteśmy, my, pokolenie Solidarności.

A teraz wróćmy do Don Kichota, który mnie otacza ze wszystkich stron. Teraz wychynął z berlińskich lat 80, z walki o domy.

Pod koniec lat 60, po okresie odbudowy tego, co było i zostało zniszczone w czasie wojny, nastąpił pierwszy berliński boom budowlany, który jak pełzająca po dnie morskim rozgwiazda parł przed siebie i pożerał wszystko, co spotkał na swej drodze. Jego ofiarą padały kolejne wielopodwórkowe kamienice w alternatywnej dzielnicy, jaką był Kreuzberg. A gdy burzono kamienice, by wybudować na ich miejscu nowe nowoczesne bloki, niszczono nie tylko starą substancję budowlaną, ale też substancję społeczną, która jak grzybnia przenika i przerasta wszelkie struktury sąsiedzkie. Buldożery wyrzucały z domów i wyrywały z sieci społecznych powiązań i dawnych berlińczyków, i nowopowstałe alternatywne komuny studenckie, artystyczne, imigracyjne, zgrupowania ludzi i idei wszelkiej maści, ale zawsze niezależne. Starzy i młodzi dość bezradnie patrzyli na to, jak odbiera się im domy i niszczy życie. Buldożery niszczyły niby to na zasadzie nazywanej po niemiecku Sanierung, odbudowa uzdrawiająca, którą lud przemianował na Kahlsanierung, czyli leczenie przez zniszczenie do stanu ogolonej na łyso czaszki. Gdy padły skupiska starych domów wokół Kottbusser Tor, wyrzuceni na bruk podnieśli głowy i powiedzieli NIE. 3 lutego 1979 roku berlińska młodzież zajęła dwa pierwsze przeznaczone do wyburzenia budynki. Rozpoczęła się wojna o domy – rebelianci zasiedlali na dziko przeznaczone do rozbiórki domy i nie dopuszczali do ich wyburzenia, i wychodzili na ulicę, gdy policja próbowała ich usunąć. Jesień i zima 1981 roku były apogeum tej walki. Zasiedlono prawie dwieście squatów, a walki uliczne toczyły się niemal co dzień.

Przełomowym momentem była wielka bitwa 12 grudnia 1980 roku.

W tym mniej więcej czasie, dokładnie rok później, w Polsce skończył się czas, nazywany teraz, nie wiadomo dlaczego, karnawałem Solidarności, generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, a polska młodzież bijąc się z milicją w obronie rozłożonej na łopatki Solidarności, krzyczała na zomowców, czyli oddziały do walk specjalnych GE-STA-PO GE-STA-PO. Walczący o domy berlińczycy wykrzykiwali w stronę swojej berlińskiej policji ZO-MO ZO-MO.


Ciekawe, że po niemiecku ta walka nazywała się Häuserkampf, walka o domy, co jest terminem militarnym, oznaczającym walkę w mieście o każdy dom osobno. W Berlinie w roku 1980-81 walka toczyła się wprawdzie również o każdy dom osobno, ale przede wszystkim o PRAWO do zachowania starych domów i prawo do zachowania własnych struktur społecznych.

W obu wypadkach można powiedzieć, że walczyli bezbronni przeciw machinie, artyści przeciw chęci zysku za wszelką cenę. Główną bronią rebeliantów były idealizm i sztuka. Wydawałoby się, że piórem, gitarą i pędzlem nie da się pokonać kapitalistycznej bestii, a tymczasem ta beznadziejna walka okazała niezwykle efektywna. Dziś po prawie pół wieku od tamtych czasów możemy powiedzieć z całą pewnością, że obie te walki, o prawa człowieka i o domy, okazały się skuteczne.

A potem nadeszły następne monstra… I tak, ta walka nigdy się nie kończy. Tamtą wygraliśmy, obcięliśmy łeb hydrze, cóż, odrosły trzy inne…

Dar istnienia

Teresa Rudolf

Koronkowa robota

Życie moje
przeplatane
zachwytem,
zdziwieniem,

radością,
smutkiem,
jasnością
w myśleniu,
kolorowymi
dywanami,

lub

ciemnymi 
korytarzami,
raz na linie,
to znów na
zimnej rurze
…tańcami.

ach,

życie moje
utkane przez
los tak ciasno,
że aż ślepo,

wydziergane
też i oczka,
w ten świat
sprytnie,
ciekawie
wgapione.

TO

najbardziej
koronkowa,
wspaniała,
pedantyczna

robótka
ręczna
istnienia
mego,

czasem
kicz wielki…
…a czasem
dobre dzieło.


Liść 

Dotykam dziś twego 
aksamitu zieleni,
zamykam oczy
czuję Twój 
oddech,

a może 
to mój?

Czuję te mocne żyły 
i cieniutkie żyłki,
ileż zielonego 
życia płynie
jak łódka

przez 
Ciebie?

Przeminiesz kiedyś
w rudej czerwieni, 
w żółci, w brązie, 
ciągle piękny
odejdziesz…

Odfruniesz,
odpłyniesz,
zwiędniesz,

zostawisz
smutek…
…znikniesz.

ApeiE

Lech Milewski

Apeirogon – książka autorstwa irlandzkiego pisarza Columa McCain.

Apeirogon – definicja: figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków.

Rezultat – książka mocno powikłana, zawiera sporo wstawek nie mających nic wspólnego z głównym tematem.
W rezultacie, podczas lektury wielokrotnie korzystałem z pomocy internetu i… uderz w stół.

Okazało się, że dwaj bohaterowie tej bardzo dramatycznej historii są właśnie w Australii – KLIK

Ich historia w ogromnym skrócie:
Rami Elhanan – Izraelita, jego ojciec – Żyd, który emigrował do Izraela z Węgier w 1947 roku.
Żona – Nurit Peled – córka wybitnego izraelskiego generała (6-dniowa wojna 1967).
Rami był czołgistą podczas wojny Yom Kippur w 1974 r.
W 1997 r, jego 14-letnia córka Smadar, zginęła w wyniku palestyńskiego samobójczego zamachu bombowego na ulicach Jerozolimy.
Kilka lat później wstąpił do organizacji Combatants for Peace (Bojownicy o Pokój) – KLIK –zrzeszającej izraelskich i palestyńskich aktywistów walczących bez używania przemocy o zakończenie izraelskiej okupacji terenów palestyńskich.

Bassam Aramin – Palestyńczyk. 
Od dziecka był świadkiem izraelskiej przemocy w najbliższym sąsiedztwie.
Gdy miał 17 lat, wraz z kolegami podłożyli przypadkowo znalezione granaty pod izraelskie pojazdy, nastąpiła eksplozja, nikt nie zginął.
Wkrótce Bassam został schwytany i skazany na 7 lat więzienia.
W więzieniu został okrutnie pobity przez izraelskich żołnierzy, dla których był to regularny trening. Bicie było kontynuowane w więziennym szpitalu.
W więzieniu obejrzał film Lista Schindlera – KLIK – z którego dowiedział się o losie Żydów podczas Holocaustu.
Jego pierwszą reakcją była radość – TAK! TAK! – jeszcze więcej!

Po kilku latach, nadal w więzieniu, przyszła zupełnie odwrotna refleksja. 
Zdał sobie sprawę z cierpień narodu żydowskiego. Co go uderzyło to wrażenie, że ofiary Holocaustu zdawały się przyjmować swój los bez gwałtownych protestów. 
Zaczął studiować ten temat, nauczył się języka hebrajskiego.

W 2005 roku Bassam dołączył do Combatants for Peace i tam poznał Rami.
2 lata póżniej jego córka Abir została postrzelona gumową kulą przez izraelski patrol.
Najbliższy szpital nie był w stanie jej pomóc, zdecydowano przewieźć ją do szpitala w Jerozolimie.
Pokonanie kilku kilometrów przez palestyńską karetkę pogotowia zajęło ponad 2 godziny z powodu długiego czekania na izraelskim punkcie kontrolnym.
Dwa dni później Abir zmarła w szpitalu.

Abir i Smadar…

Od tego czasu Bassam i Rami odwiedzają wiele miejsc, głosząc ideę pojednania.
Kilka dni temu byli w Melbourne.

O ich wizycie dowiedziałem się w piątek (26/5/23) wieczorem.
Strona organizatora imprezy informowała, że bilety wyprzedane, ale można się zapisać na waiting list.
Zapisałem się.
W poniedziałek o 5 popołudniu dostałem powiadomienie, że mają kilka biletów.
Dla mnie mieli, początek 6:30.
Dojazd do centrum Melbourne o tej porze nie jest zbyt łatwy – samochodem do stacji kolejki, kolejką do centrum miasta, kilka przystanków tramwajem – JESTEM!

Migawka z jazdy tramwajem.
Tłok, w większości młodzież, studenci.
Starsza pani stoi w środku tego tłumu, nie ma się czego złapać a tramwaj hamuje dość mocno.
– Możesz się mnie przytrzymać – proponuje stojąca obok młoda dziewczyna.
– Naprawdę? Mogę? – starsza pani łapie dziewczynę w objęcia, przytula się do niej, kładzie głowę na jej ramieniu i z błogim uśmiechem zamyka oczy.

Przylegająca do naszej Biblioteki Stanowej sala Wheelers Centre okazała się bardzo skromna…

Dopiero w tym momencie zdałem sobie spraw, jak trudna do pojęcia jest idea, o którą walczą Rami i Bassam.
Wiedziałem, że szczególnie Rami i jego rodzina byli mocno atakowani przez izraelskie prawicowe media.
Nie dziwię się, że w takiej sytuacji trudno zdobyć popularność w innych krajach.
Bassam i Rami wspomnieli, że w Australii odwiedzili szkoły izraelskie i palestyńskie.
Spotkali się w nich z raczej chłodnym zrozumieniem, na marginesie zauważyli objawy wrogości.

Moje osobiste wrażenie.
Po pierwsze – zdawałem sobie sprawę, że raczej nie dowiem się niczego nowego, ale miałem jednak poczucie, że oto tuż za miedzą dzieje się coś ważnego i chciałem chociaż otrzeć się o to.
Niestety nie miałem śmiałości, żeby powtórzyć scenę z tramwaju.

Po drugie – Bassam i Rami – wydawali się nieco zmęczeni tymi licznymi występami, szczególnie Rami.
Bassam potrafił zachować dobry humor.
Na pytanie prowadzącej spotkanie, czy Rami jest jego przyjacielem, odpowiedział – Rami przyjacielem?
Rami to jest mój wróg – jest Izraelitą, nie mówi po arabsku i nie pali papierosów!

Na pytanie – dlaczego to robisz? – Rami odpowiedział – każdego ranka gdy się budzę widzę nad sobą Smadar. Patrzy na mnie z wyrzutem – już tak późno, a ty jeszcze nic nie zrobiłeś, żeby to skończyć. I tak do końca dnia.
Bassam kiwał głową bez słów.

Po trzecie – konkrety.
Rząd Izraela – obaj nie mieli wątpliwości – jeśli odrzucamy przemoc, to wszystko w rękach rządu Izraela.
Rami – to prawicowy, faszystowki rząd. Opozycja praktycznie nie istnieje. Jedyny izraelski rząd, który stwarzał nadzieję na unormowanie stosunków między Izraelem i Palestyną, to rząd Yitzhaka Rabina w latach 1974-77. 
Przypomnę, że w latach późniejszych Y. Rabin był przywódcą lewicowej parlamentarnej opozycji. W 1995 roku został zamordowany przez prawicowego ekstremistę.
Rząd okupowanej Palestyny – Rami machnął ręka z rezygnacją – jak prezydent Palestyny chce odwiedzić swój stary dom w innej strefie okupacyjnej, to musi prosić izraelską administrację o przepustkę.

Bassam miał podobne zdanie, dodatkowo wspomniał, że bardzo istotnym czynnikiem w tej sprawie jest pozycja rządu USA.

I jeszcze Rami – dla naszej młodzieży, gdy osiągnie 16 lat, organizuje się wycieczki do Auschwitz, tam maszerują wznosząc okrzyki – Nigdy więcej!
Po powrocie do Izraela, czeka na nich obowiązkowa służba wojskowa, a tam są szkoleni, jak przeprowadzać kontrole ludności palestyńskiej.

Po uporządkowaniu wrażeń wróciłem do lektury.

Apeirogon – nieskończone, ale policzalne.
W przypadku książki jest to 1001 rozdziałów.
Pierwsze 500 rozdziałów ponumerowane od 1 do 500, kolejne 500 – odwrotnie, ostatni rozdział – bez numeru – zdjęcie falującej wody.

Mój główny zarzut do autora – w książce brak jest płynnej narracji, która oddawałaby klimat życia w Izraelu i Palestynie, zamiast tego przypadkowe krótkie relacje, jakby skopiowane z internetu.
Dostosowałem się do tego. Poniżej kilka takich relacji. 

W rezultacie zamachu terrorystycznego, w którym zginęła Smadar, zginęły jeszcze trzy przypadkowe osoby oraz trzej zamachowcy.
Zamachowcy byli przebrani za kobiety.
Następnego dnia po zamachu rodziny terrorystów musiały opuścić swoje domy, które zostały zabetonowane.
Krążą pogłoski, że zamieszkały one w nowych domach, zakupionych dla nich przez rząd Iranu.
Rodzice dziewczynki, która również zginęła podczas zamachu, wytoczyli w USA proces rządowi Iranu o zorganizowanie zamachu.
Sąd uznał ich skargę i przyznał odszkodowanie $1,7 mln.
Rząd Iranu nie zapłacił.

Relacje prasowe po śmierci Abir.
Ojciec ofiary działa w organizacji Combatants for Peace...
Ojciec ofiary spędził kilka lat w więzieniu za działalność terrorystyczną.
Armia opublikowała oficjalną deklarację, że nie ma nic wspólnego z tą sprawą…
W okolicy wydarzenia odbywały się protesty Palestyńczyków…
Ofiarę incydentu widziano jak trzymała w dłoni kamień…
Została zabita kamieniem rzuconym przez protestujący tłum…
Została postrzelona przez palestyńską policję…
Miała atak epilepsji i uderzyła głową o bruk…
W jej kieszeniach znaleziono kamienie…
Zginęła w wyniku wybuchu granatu, który trzymała w dłoni…
Personel w palestyńskiem szpitalu upuścił ją z wózka i rozbiła sobie głowę…
Jej muzułmańscy rodzice nie zgodzili się na leczenie przez izraelskiego doktora…

Cztery lata później podczas procesu w sądzie cywilnym, sędzia (kobieta) zakwestionowała raport, że Abir została zabita kamieniem wystrzelonym z procy przez palestyńskich chłopców ukrywających się na pobliskim cmentarzu. Zwróciła uwagę, że cmentarz jest odległy 100 m i zasłonięty przez 4-piętrowy budynek. Dodatkowy argument – znaleziono gumowe kule na ziemi, kilka kroków od miejsca wypadku.
Rezultat procesu – Bassam otrzymał odszkodowanie – 1 mln szekeli ( ok. $270,000).

Bassam stale nosił w kieszeni cukierkową bransoletkę (candy bracelet), którą kupiła Abir podczas wyprawy do sklepu.
Może taką…

Po wyjściu z pracy wkładał rękę do kieszeni i przesuwał palcami po cukierkach.
Pewnego dnia wracał z pracy samochodem.
Ruchomy punkt kontrolny…
– Pokaż mi swoje dłonie! Pokaż dłonie!!
Izraelski żołnierz, starsza kobieta, siwe pasma włosów. Bassam miał wrażenie, że mówi z rosyjskim akcentem. Nagle wycelowała w niego karabin…
– Co to kurwa jest?
Bassam przekręcił donie, zauważył że są lekko zabarwione na różowo, pachniały słodyczą.
– Na kolana, na pieprzone kolana!
Bassam klęknął przy szosie. Twarz zwrócił na wschód aby, jeśli przyjdzie na to pora, móc się modlić.
Przez głowę przeleciała myśl, żeby polizać dłoń, ale przypomniał sobie, że jest Ramadan, czas postu.
– Podciągnij koszulę, podciągnij koszulę, powtarzam!
Przez chwilę nie czuł wstydu, nawet przed kobietą, gniew przytłumił przyzwoitość.
Kolba karabinu uderzyła go w okolice nerek, pchnęła do przodu, czuł kurz w na twarzy, kobieta nakładała mu na nadgarstki samozaciskowe kajdanki. Pociągnęła go za włosy i wepchnęła do wojskowego samochodu.
Pięć godzin później, jeszcze na posterunku, kobieta zmiękła, przykro jej, ale Sentex – materiał wybuchowy używany do produkcji bomb, zabarwia dłonie na różowo. 

Strefy na terenach palestyńskich:
A – administrowana przez władze palestyńskie, nieograniczony dostęp dla izrealskich patroli wojskowych, prawo izraelskie zabrania tam wstępu obywatelom Izraela.
B – administrowana przez władze palestyńskie, obie strony odpowiadają za bezpieczeństwo, otwarta dla Izraelitów i Palestyńczyków.
C – tereny zamieszkałe przez izraelskich osadników (ONZ uznaje to za nielegalne) i Palestyńczyków (głównie rolnicy). Strefa administrowana przez Izrael.
Prócz tego jeszcze 4 pomniejsze strefy H1, H2, E1. Seam Zone – patrz przypisy.

Apeirogon – figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków.
Licznik bije nadal – 5/6/2023 – zmarł 3-letni palestyński chłopiec postrzelony przez izraelski patrol – KLIK.

Przypisy:
Colum McCain – autor książki – KLIK.
Punkty kontrolne na terytorium Palestyny – KLIK.
Seam Zone – KLIK.

Nie głosuj na PiS

EMS (Ewa Maria Slaska): Wszystko co wiem, wiem z Facebooka! Wszystkie uwagi kursywą będą ode mnie. Reszta od biegnącego autora.

Piotr Ibrahim Kalwas

28 maja 2023

Dzień dobry. Jestem w Szczecinie i właśnie wybiegam z hotelu. Biegnę do Warszawy. Ok. 600 km biegu przez dwa tygodnie. Mały plecak, dużo muzyki, no i przesłanie mojego biegu, które jest wypisane na tiszercie. To przesłanie to oczywiście oczywista oczywistość, ale nieustannie trzeba o tym przypominać. Będę codziennie nadawał z biegu, trzymajcie za mnie kciuki. I za dobrą pogodę 🙂

EMS: Pierwsza informacja na FB zebrała 4,7K lajków! To się nazywa osiąg!

Pierwszy dzień biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! zaliczony. Niedługi, 35 km (wynik w komentarzach) tak na rozruch. Teraz pizza i bezalkoholowe piwo w hotelu jak z bajki 😃🤭

EMS: Autor codziennie będzie zamieszczał takie zdjęcie, wykonane PO przebiegnięciu dziennej normy, a w komentarzach znajdzie się też statystyczna relacja z samego biegania:

EMS: W komentarzach dużo fajnych słów zachęty i wsparcia, ale też rady o tych, co zawsze wiedzą lepiej. Np. pewien pan pisze:

1. mózg ma kłopot z dostrzeganiem “nie” przed czasownikami 🙂
2. “nie” chowa się pod szelką plecaka, pod ramieniem.
…rekomenduję nową koszulkę z napisem “GŁOSUJ NA jakąkolwiek OPOZYCJĘ” 🤩
Jeśli pomysł, Panie Piotrze, podoba się to dokładam się do zakupu nowej koszulki 🥳 A w sumie to możemy zrobić z tego charytatywną zrzutkę z przeznaczeniem na jakiś mądry cel (hospicjum?)

EMS: Czyli nawet krytyka jest sympatyczna. I tak trzymać.

EMS: Po drodze ciekawostki:

EMS: I koty, ale też hasło autora biegacza brzmi – hotel z kotem to dobry hotel.


EMS: Gdy to piszę (9 czerwca) jest 13 dzień biegu, a to znaczy, że bieg dobiega końca (to piękna fraza – bieg dobiega), gdy to zostanie opublikowane (12 czerwca) będzie już po biegu

Dziewiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem ze Słupcy do motelu między Koninem a Kołem. 41km. Piękne wiejskie i leśne klimaty miałem po drodze. Wolę nadrobić trasy i biec przez wsie, pola i lasy, niż zasuwać drogą szybkiego ruchu, bo to i niebezpieczne i nudne. Dziś poczułem tę samotność o której pisali ci od Drogi, np. Kerouack czy Stachura. To jest ekstatyczna samotność, przenikająca na wskroś, ma się wrażenie że jest się centrum świata. Jeden i drugi o tym pisał, dziś to poczułem, to niezwykłe. Miałem wrażenie, że jestem w pędzącej kapsule unoszącej się nad ziemią. Myśli, obrazy, wspomnienia, muzyka dudniąca mi na uszach, wszystko to zlewało się w jedną całość i niosło mnie do przodu. Doznawałem mistycznych uniesień. Tak, wiem, to Runner’s High i zmęczenie, ale może nie… 🙂

Dziesiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem do pensjonatu w okolicach Kłodawy. 33 km biegu, ostatnie 4-5 już marszu i marszobiegu, bo dziś poczułem w sobie te 400 przebiegniętych km. Adrenalina wali po całości 🙂 Jeden pan z dobrego auta pokazał mi fucka, inny, z rzęcha, groził piąchą i coś wrzeszczał, ale James Brown go zagłuszył. A poza tym dużo przyjaznego machania i 🙂🙂🙂
Teraz żarcie. Dużo.

Dzień jedenasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu między Kutnem a Żychlinem. 40 km. Po pierwszych kilku km złapał mnie skurcz łydki i musiałem pół godziny siedzieć w polu. Znam te skurcze, więc nie przejąłem się, to samo przechodzi. Potem już było dobrze, biegłem i maszerowałem na zmianę. Były klaksony, machania, podniesione kciuki i uśmiechy, dezaprobaty nie zauważyłem, ale z pewnością była. Do gorąca jestem przyzwyczajony, ale pod koniec biegu drzewa wydawały mi się starymi mężczyznami krzyczącymi coś do mnie i machającymi rękoma (gałęziami) to było zajebiste. Dużo Red Hot Chili Peppers dzisiaj, dawno nie słuchałem i autentycznie czułem żal w ich głosach i pretensje że ich zaniedbałem, pierwszy raz poczułem jak muzyka mi się żali, żywa plazma, byt. Podwójne pierogi teraz i dwa Dextery. A, i popatrzcie jakiego mam fajnego trajbala na głowie, zupełnie za darmo😄🤭 (chodzi o zdjęcie nr 4 w powyższej galeii)

Dzień dwunasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu za Łowiczem. 38 km. Minąłem dwie procesje twarzą w twarz i nikt na mnie nie krzyczał 🙂 Za to z balkonu domu w pewnej wsi młodzi ludzie krzyczeli do mnie “brawo!” i to było bardzo miłe. Uśmiechy kierowców i tylko jeden pan kierowca pukał się w głowę. Wypiłem ze cztery litry płynów i ani razu nie sikałem. Cały paruję🙂 No i po raz pierwszy dostałem wegański obiad, na czas biegu zmuszony byłem przejść na wegetarianizm, inaczej bym umarł z głodu, na prowincji króluje mięso, a warzywa drogie strasznie. To jakiś obłęd, na polskiej wsi warzywa i owoce są droższe niż na Malcie.


10 czerwca

Zrobiłem to 🙂 Przebiegłem ze Szczecina do Warszawy pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dziś dotarłem do mety w Łazienkach. Ok. 570 km biegu przez 14 dni. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali, to było mi potrzebne i dodawało sił. Wielkie, wielkie dzięki. Jeżeli moja akcja przyczyniła się chociaż minimalnie do zwycięstwa demokracji w najbliższych wyborach, to osiągnąłem swój cel. To była taka mała kropla, ale wiecie sami jak jest z tą kroplą i skałą…

Działajmy oddolnie, jak tylko możemy w walce z PiSem, niekoniecznie biegając, ale organizując na wszelkie sposoby małe, większe i duże akcje antypisowskie. Razem i indywidualnie. W nas jest siła, w wolnych ludziach. Niech moc będzie z Wami. 

Vertreibung aus der Hölle

Monika Wrzosek-Müller

Das Buch von Robert Menasse und der Gedanke als solcher

Ein Film, ein Buch in so kurzer Zeit zu einem ähnlichen Thema, ein Zufall?

In Cannes wurde der neue Film Rapito [die Entführung] von Marco Bellocchio gezeigt. Der Film erzählt die Geschichte eines jüdischen Kinds, das 1858 in Bologna – die Stadt gehörte damals noch zum römisch-katholischen Kirchenstaat – von der päpstlichen Obrigkeit entführt wurde. Die Familie, wohlhabend und nach jüdischen Bräuchen lebend, konnte nichts dagegen unternehmen. Das Kind, Edgardo Mortara, war von einem katholischen Kindermädchen getauft worden, da diese dachte, das Kind liege im Sterben und sie müsse seine Seele durch eine Nottaufe retten. Naiv, wie sie war, erzählte sie diese Geschichte leider auch weiter. Zu Zeiten von Papst Pius IX. war dies ein zureichender Grund für die päpstlichen Milizen, das Kind zu verschleppen und nach Rom in eine päpstliche Schule zu verbringen. Diese sehr malerisch inszenierte Geschichte steht für viele ähnliche Schicksale in der Zeit des Kirchenstaats. Die katholische Kirche versuchte, die Ausbreitung des jüdischen Glaubens mit allen Mitteln zu verhindern. Die Methode, Kinder zu entführen und sie dann im anderen Glauben zu erziehen, findet leider auch in unserer Zeit Nachahmer (siehe die Entführungen ukrainischer Kinder durch die Russen, was den Regisseur zu einer Äußerung in der Reppublica veranlasste: „Ich habe mich der Geschichte verpflichtet gefühlt, ohne zu verurteilen. Aber wenn dann jemand politische Reflexionen über die Gegenwart anstellen sollte, würde ich ihm zuhören“). Der Film zeigt auch, wie empfänglich doch Kinder sind, sie werden durch Geschenke und autoritäre Erziehung folgsam gemacht; der junge Mortara will nach der Befreiung Roms 1870 nicht zu seiner Familie zurückkehren. Er bleibt dem Katholizismus treu bis zu seinem Tod 1940. Immerhin versucht sein Vater noch einmal, sein Recht vor Gericht zu erstreiten, was ihm aber misslingt. Der Fall Mortara scheint sehr gründlich untersucht und in Archiven dokumentiert zu sein.

In dem Buch Die Vertreibung aus der Hölle von Robert Menasse las ich: „Der harmoniesüchtige Diplomat Manasseh und der machtbewusste Politiker Aboab. Nur einer von ihnen konnte Oberrabbiner werden, Nachfolger ihres Lehrers. Einer von ihnen sollte es trotz ihrer Jugend werden. Die anderen, älteren Rabbiner steckten freiwillig zurück: Herschkowicz, der Rabbi der kleinen Schar armer Ostjuden in Amsterdam, hatte zu wenig einflussreichen Anhang; ebenso Goldstücker aus Glückstadt, der von der erst in Aufbau befindlichen deutschen Gemeinde nach Amsterdam berufen worden war; Rabbi Saul Levi Mortara, ein profunder Gelehrter und Wissenschaftler ohne rhetorisches Talent oder politisches Interesse, wollte nichts als die Leitung der Yeshiva, die der Schriftgelehrte auch bald zugesprochen bekam…“ so war die Familie Mortara wohl sehr gläubig und wirklich bekannt. Damit habe ich einen Übergang zu dem wirklich faszinierenden Buch von Robert Menasse gefunden.

Es werden zwei Biographien parallel erzählt, die von Viktor Abravanel, 1955 in Wien geboren, wo er auch aufwuchs und weiterhin lebt, einem Historiker und Spinoza-Forscher, und die von Samuel Manasseh bin Israel, geboren 1604 in Portugal, dann mit seinen Eltern nach Amsterdam geflüchtet, und dort als Yeshiva-Lehrer, Gelehrter und Autor tätig. Der Einband zeigt das bearbeitete Porträt des Rabbi Menasse nach dem berühmten Gemälde von Rembrandt.

Das Interessante und fast geniale dabei: diese beiden Lebensläufe gleichen sich immer wieder, obwohl zwischen ihnen etliche Jahrhunderte liegen und die Helden ganz unterschiedliche Persönlichkeiten sind. Sie werden auch so erzählt, dass man den Eindruck hat, sie überschneiden sich, und oft gelten oder passen die ersten Sätze eines Abschnitts für beide Geschichten. Noch interessanter: Viktor Abravanel scheint ein Nachkomme des Rabbiners Manasseh zu sein.

Das Buch beginnt mit einer Szene in dem Städtchen Vila dos Comecos in Portugal; da findet gerade ein Trauerzug statt, bei dem aber niemand trauert. Es wird nämlich eine Katze zu Grabe getragen, die vorher an einem Holzkreuz gekreuzigt worden war. So werden wir in die Szenerie des Kampfes gegen die Ketzer und Häretiker und das Wirken der Inquisition eingeführt. Den kleinen Manoel lernen wir mit der Schar der Kinder kennen, die in den Gassen herumlaufen und nach „Kryptojuden“ suchen. So wird die Atmosphäre des Terrors und der Angst sichtbar; dabei weiß der kleine Manoel offensichtlich nicht, dass er selbst zu den Verfolgten gehört.

Das nächste Bild oder Abschnitt beginnt genial mit einer Beschreibung eines Festessens zum fünfundzwanzigsten Abiturjubiläums der Klasse von Viktor. Wir lernen ihn also als erwachsene Person kennen. Das Essen sollte in dem renommierten Wiener Restaurant „Zum Goldenen Kalb“ unweit des Gymnasiums stattfinden. Doch Viktor verursacht willentlich einen Skandal, auf den er sich sogar vorbereitet hat. Alle sind gekommen: „vierzehn Burschen, acht Mädchen […] sieben ehemalige Lehrer und der Schuldirektor“. Alle sollen nun über ihr Leben in den letzten 25 Jahren erzählen, Viktor aber konfrontiert die ganze Lehrerschaft mit ihrer Nazi-Vergangenheit, indem er ihnen ihre NSDAP-Mitgliedsnummer vorliest. Daraufhin löst sich die ganze Gesellschaft auf; die Lehrer flüchten schneller als man sich hätte vorstellen können, auch die ehemaligen Schüler verlassen empört das Restaurant. Viktor bleibt mit Hildegunde, seiner ehemaligen Angebeteten zurück. Sie essen zusammen das bestellte Festmenü und fahren anschließend mit einem Taxi durch Wien. In der Retrospektive erfahren wir dann seine Lebensgeschichte. Auch er ist sich seiner jüdischen Herkunft lange nicht bewusst gewesen. Detailliert lernen wir Viktors Lebensweg kennen, seine Kindheit zwischen den geschiedenen Eltern und den Großeltern und seine Studienzeit mit einem unglücklichen Intermezzo mit seiner Jugendliebe Renate und dessen Folgen. Manche Kritiker werfen dem Schriftsteller eine allzu zwanghafte Komposition des Buches vor. Ich persönlich finde gerade diese Verstrickung und Ähnlichkeit der Empfindungen beider Helden sehr gelungen. Sie werden auf so geniale Weise erzählt, dass oft die ersten Sätze des nachfolgenden Abschnittes für beide Geschichten gelten und man am Anfang nicht weiß, zu welcher Geschichte sie gehören.

Denn wovon handelt das Buch eigentlich; das Leben der jüdischen (und vielleicht aller anderen Migranten, wenn auch weniger drastisch) Helden, die nicht einmal wissen, dass sie jüdisch sind, weil die Eltern, um sie zu schützen, ihnen das vorenthalten, von ihrer Einsamkeit und einem Kampf um Weiterkommen und Anerkennung. An keiner Stelle dieser beiden Schicksale hat man den Eindruck, dass der Held angekommen sei; weder in Portugal, noch in Amsterdam, noch, in Viktors Fall, in Wien, obwohl er dort geboren wurde. Im polnischen gibt es den Begriff des „Żyda tulacza“ [des ewig wandernden Juden – des Ahasver]. Ich denke, darüber erzählt das Buch, von dem ewigen Suchen und den Versuchen, eine eigene Identität, Souveränität zu finden; es liefert keine Lösungen, doch es macht sehr eindringlich deutlich, welche Schranken, Barrieren sie überwinden und mit welchen Ängsten und Unsicherheiten sie leben müssen. Das ist mehr als genug.

An einer Stelle gibt es auch ein paar Sätze über Don Quijote, in einem Gespräch zwischen Manoel und Estrela, zwischen Bruder und Schwester: „Oder denk an den Don Quijote de la Mancha. An wen? Don Quijote. Nicht gelesen? Hat das keiner bei euch hineingeschmuggelt ins Konvikt? Das neue Buch, über das jetzt alle Welt spricht. Jeder liest es. Eine Mitschülerin im Kloster hatte plötzlich ein Exemplar. Wir haben das Buch zerlegt in lauter einzelne Seiten, damit jede gelesene Seite gleich zur nächsten Mitschülerin weiterwandern konnte. Das ist ein Roman über einen Hidalgo, einen Altchristen, der natürlich alles wörtlich nimmt, was er liest. Und so und nur deshalb wird er zur lächerlichen Gestalt. Ein typischer Christenmensch. An seiner Seite einer, der es, wenn auch unbedacht, besser versteht: Samuel, genannt Sancho! Er weiß, wir wissen: Große Worte – lächerliche Taten! Ganz große Worte – mörderische Taten! Und wer hat dieses Buch geschrieben? Miguel de Cervantes Saavedra, wieder ein getaufter Jude!“ Ein Geschenk an Ewa.

4 czerwca i co dalej?


Społeczne sztaby wyborcze Akcji Demokracji działają na pełnych obrotach! 
Pierwszym testem dla naszej grupy aktywistyczno-wolontariackiej był marsz 4 czerwca i zdaliśmy go śpiewająco. 
Zgłoś swój akces do sztabów i otrzymaj wyjątkowe materiały, dzięki którym zmobilizujesz mieszkańców Twojego regionu do udziału w wyborach i głosowania za lepszą wizją Polski!
Jeśli nie masz czasu na dołączenie do sztabu lub uważasz, że to jeszcze nie ten moment, rozważ wsparcie działań oddolnych sztabów w całej Polsce. 
Dzięki wsparciu osób zaangażowanych w ruch Akcji Demokracji będziemy mogli sfinansować materiały i sprawić, że te wybory przyniosą realną zmianę.

Dzień dobry,
 
długie godziny spotkań w sieci, rozmowy, mobilizacja w setkach miast i miasteczek – to wszystko sprawiło, że marsz 4 czerwca był wyjątkowy i przełomowy dla naszego ruchu. Komentatorzy nie mają wątpliwości – to był największy protest w najnowszej historii Polski. Pięknie się zmobilizowaliśmy i mimo słonecznej pogody wielu z nas wybrało udział w święcie demokracji, rezygnując z niedzielnego odpoczynku. Ale myślę, że było warto, bo atmosfera była naprawdę niesamowita.
 
Marsz 4 czerwca był też pierwszym działaniem realizowanym przez społeczne sztaby wyborcze Akcji Demokracji. Cudownie było zobaczyć wspaniałe osoby, które wcześniej znały się tylko z rozmów w sieci, w działaniu. Ludzi w różnym wieku, z różnych regionów Polski, dla których nie jest obojętne jaka będzie Polska. Aktywiści i aktywistki ze sztabów na demonstracji rozmawiali z ludźmi, rozdawali plakaty i naklejki zachęcające do udziału w wyborach i głosowania za wartościami, przygotowywali transparenty, a przede wszystkim budowali niezwykłą wspólnotę. 

DOŁĄCZĘ DO SZTABU

DORZUCĘ SIĘ DO DZIAŁAŃ SZTABÓW
WSPIERAM SZTABY

My w Berlinie też się zmobilizowaliśmy, choć tu aktywne były Dziewuchy Berlin, a nie Akcja Demokracja. Ale to przecież nieważne. Ważne, że byliśmy razem i ważne, co będziemy robić dalej?

Tu kilka zdjęć z naszej berlińskiej akcji. Autorka Krystyna Koziewicz.

Dwie ubrane na czarno kobiety to Agnieszka Glapa (ta wyższa), ta niższa (ale tylko wzrostem) – Anna Krenz, “Dziewuchy Berlin

Autor Sławomir Prudzyński.

Mówią: Arkadiusz Dziura, Joanna Kiliszek, Kamile Piechaczyk, Ewa Maria Slaska i Aleksandra Puciłowska

Podczas pierwszej rekrutacji do sztabów zgłosiło się 400 osób. Około 80 bierze udział regularnie w spotkaniach planujących działania i przygotowuje się do naszej wielkiej kampanii profrekwencyjnej. Jednocześnie rekrutują do współpracy znajomych. Tak, aby w szczytowym momencie kampanii wyborczej były nas tysiące.  Osoby, które dołączają do sztabów jako pierwsze zapoznają się naszymi planami i mają wpływ na decyzje już na etapie ich dyskutowania. Również do nich w pierwszej kolejności będą trafiać materiały (koszulki, plakaty, naklejki, przypinki), które przygotowujemy w kampanii. Angażując się w sztaby można też zostać twarzą działań Akcji w wyborach i opowiedzieć swoją historię setkom tysięcy osób.  Teraz znowu otwieramy możliwość zapisów do sztabów. Są już grupy, które działają w poszczególnych regionach, dlatego po zapisaniu skierujemy Cię już do osób, które są aktywne w Twojej okolicy. Dołącz do sztabów i przeżyj niezwykłą przygodę!
Decyzja o powołaniu sztabów była jednym z najlepszych pomysłów, jakie realizujemy w Akcji Demokracji. Nasz stały zespół odpowiedzialny za kampanie liczy zaledwie 8 osób, dzięki sztabom możemy sprawić, że nasze działania będą naprawdę ogólnopolskie. Jednak wraz z rosnącą ilością zaangażowanych osób potrzebujemy więcej materiałów, które pojadą w Polskę. Podczas marszu 4 czerwca wyprodukowaliśmy 6000 plakatów i 10 tys. naklejek, które rozeszły się w oka mgnieniu. Koszty naszego udziału, jak na skromny budżet na działania wyborcze były bardzo wysokie, ale było warto.  

Teraz podobne wydarzenia czekają nas w całej Polsce. Spraw, by nie zabrakło naszych materiałów profrekwencyjnych w całej Polsce. Nawet niewielka kwota może przyczynić się do tego, że wynik wyborów zmieni się na tyle, by móc zrealizować nasze postulaty.  Raz na cztery lata zdarza się szansa, by skończyć z nieludzkim prawem skazującym kobiety na umieranie w szpitalach, gdy zajdą w ciążę. By ukrócić sytuację, w której nie wiemy czy sędzia rozpatrujący naszą sprawę będzie niezależny, czy będzie chodził na pasku władzy. By media publiczne były rzetelne, a nie, jak teraz, upartyjnione. By minister edukacji i nauki zachowywał się odpowiedzialnie i kulturalnie, a nie używał języka i porównań kojarzących się z miejscami mniej eleganckimi niż resort odpowiedzialny za oświatę. Dlatego zachęcam Cię do wsparcia sztabów. Ich zadaniem będzie doprowadzenie do zmiany, której tak pragniemy!

Pozdrawiam serdecznieBogumił Kolmasiak z zespołu Akcji Demokracji

PS Przygotowaliśmy krótkie wideo, pokazujące naszą drużynę w działaniu. 
3-minutowy film zobaczysz na tej stronie. 

DOŁĄCZ DO SZTABU
DORZUCĘ SIĘ DO DZIAŁAŃ SZTABÓW

Akcja Demokracja buduje ruch ludzi zaangażowanych w ważne dla nich sprawy. Wykorzystując nowe technologie, dajemy możliwość działania na rzecz lepszego, bardziej sprawiedliwego, polskiego społeczeństwa. Działamy dzięki wsparciu i zaangażowaniu tysięcy aktywistek i aktywistów, co gwarantuje naszą niezależność. Kliknij tutaj, by dorzucić się do wspólnych działań!

Psychogeografia w praktyce

Teresa Rudolf

Wiedeń, czyli praliny, praliny, praliny…

Sezamie, otwórz się tu i teraz – powiedziałam do siebie. Tu i teraz! Gdzie skręcisz, idziesz prosto? Dzisiaj po Wiedniu chodzisz, a nie jeździsz. I dziś bez celu. Zobacz, dokąd prowadzą cię dziś nogi!

Na ogół mam swoją stałą trasę. Kiedy chcę iść pieszo przez Wiedeń, wtedy idę tak jak jeździ metro numer 3, od Westbahnhof, czyli Mariahilfer Strasse do Stephansplatz. To jest kawał drogi, ale idzie się przyjemnie, czuć rytm miasta, kocham to. Po drodze wchodzę do mojej kawiarenki z pralinami, a nawet tortami bezglutenowymi. Dramatycznie niebezpieczna sprawa, bo chociaż bez glutenu, ale TAAAAAKIE, ogromne, no i te nadzienia w nich!

Continue reading “Psychogeografia w praktyce”

Reblogi po 10 latach: Między nami cygankami

Dorota Cygan

Między nami cygankami

Dzień po berlińskim Karnawale Kultur, w słoneczne południe Międzynarodowego Dnia Różnorodności Kulturowej podeszła do mnie w centrum Wrocławia cyganka. A dokładniej mówiąc to mnie zwyczajnie ‘podeszła’. Przyszło jej to łatwo, bo wzrok miałam nieobecny, a  ręce obwieszone siatkami zakupów dla tej, tamtej i innej duszy, a także dla owego i Iksińskiego, tudzież dla zaprzyjaźnionej psinki. Różnorodność Kulturowa nieomylnym instynktem wyczuła łatwy łup i otworzyła przemowę najskuteczniejszym wytrychem na świecie: „pani, parę złotych na chleb dla dzieci”. Bezdzietne kobiety w pewnym wieku miewają nieczyste sumienie – nawet jeśli się starają omijać wzrokiem wózki dziecięce, jedna najbanalniejsza statystyka demograficzna potrafi im przypomnieć o powinnościach wobec społeczeństwa tak skutecznie, że są gotowe obdarować lalkami Barbie nawet bezczelne dzieciaki z sąsiedztwa. Na chleb? Niech będzie, może być i na trzy. Każdy przytomny człowiek wie, że ta melodyjna inwokacja do sumień ludzkich (Paaani, poooomóż  Paaani… ) absolutnie zawsze  jest zaledwie przygrywką do reszty przedstawienia, skromną uwerturką do opery żebraczej o ściśle określonej wymogami gatunku strukturze i z góry wiadomym zakończeniu. Wie może każdy – ale przecież nie ktoś z takim nazwiskiem – ja się z tego obowiązku czuje w każdym razie zwolniona. Można tu oczywiście powątpiewać również w kompetencje wróżbiarskie ‘mojej’ cyganki, skoro nie wyczula nijakiego, choćby naciąganego, powinowactwa między nami i nie odstąpiła od swojego procederu. Ale nie stawiajmy w niekorzystnym świetle Różnorodności Kulturowej z czystej, bratniej zazdrości o profesjonalizm.

Powaliła mnie pierwszym chwytem: „A pani to taka szlachetna do ludzi, niewiele w zamian dostaje i takie ma życie pełne smutków…” Któżby się oparł takiemu dictum? A pewnie, że smutne, już od wczesnego dzieciństwa przezywali mnie cyganichą. Nikt człowiekowi nie odpuścił, najwyżej ci, co mieli jeszcze bardziej obce kulturowo nazwiska. Nie wiem, czy Inność Kulturowa wyczuła podskórną solidarność, czy tylko sądziła po numerze rejestracyjnym, że jak ktoś obcy, to łatwiejszy do „skrojenia”, w każdym razie obydwa czynniki na pewno były sprzyjające. Zrobiło się sympatycznie. Karty co prawda wychodziły chyba niespecjalne, przewaga czarnego i żadnych figur, nie budziły więc we wróżącej jakiejś euforii, ale poradziła sobie. Prognozę na przyszłość zakreśliła bowiem konstruując zręczne obejście: Zamiast czasu przyszłego i nieskończonych synonimów dla odmalowania udanego życia w przyszłości złożyła wypowiedź z samych zdań celowych: „Wyrywamy włos z Głowy, ŻEBY go spalić, ŻEBY odczynić tym uroki, ŻEBY życie potoczyło się szczęśliwiej. Chuchamy na grosik, ŻEBY go zaraz włożyć do schowka, ŻEBY go nie wydać, ŻEBY pieniądze się człowieka trzymały. Większy  zaś banknot z portfela puszczamy w obieg, ŻEBY się pozbyć złego pieniądza. Największy zaś banknot kładziemy cygance na dłoni, ŻEBY … (tę frazę możecie sobie dokończyć sami, skoro przećwiczyliśmy już gramatykę zdań celowych).

A jednak, lżejsza o te dwa deko, poczułam się mocno poruszona. Nie żeby odchudzenie mojego portfela miało takie działanie jak prawdziwa dieta. Strata banknotu nie spowoduje przecież ani przymusowej głodówki ani nawet minimalnych zmian żywieniowych. Ten banalny akt pozabankowego transferu gotówki poruszył jednak coś zupełnie innego. I kto by pomyślał? Przyprószone codziennością, zawalone obowiązkami i zaszczute własnymi myślami wydostało się na chwile na powierzchnię … moje ego (nawet teraz, w trakcie pisania, było tak nieśmiałe, że myślałam, czy nie powinnam dać go w cudzysłów). Nikt by się nie spodziewał, że się tak znienacka pojawi. Ani wielkiej okazji po temu typu ‘nowa praca’ ani typu ‘stara obrona dyplomu’. A tu jak po małym trzęsieniu ziemi. „Co będzie? Czy ja chcę żyć tak, jak do tej pory?”  Proste pytania, bez obudowy teoretycznej, sztafażu i przekłamań, autokreacji i  autokorekty, samooszukiwania i całej tej samoczynnej oczywistości,  wprzęgającej zniewolone ego w codzienny tryb zadań do wykonania. „Więc co dalej?”

Cyganka zapytała jeszcze, czym wierząca (proszę, nawet statystyki nie są jej obce) i inteligentnie zauważyła, że racja, Bóg wysoko ponad ludźmi, ale ona może chociaż odczynić uroki. I przystąpiła do dzieła.

Co tam uroki! Zrobiła w 10 minut więcej niż cykliczna i odnawialna lista postanowień noworocznych,  życzenia urodzinowe składane rok w rok samemu sobie, awans od skruszonego pracodawcy oraz spowiedź wielkanocna przed 20 laty razem wzięte.

(Tu w tekście jest pauza, czyli miejsce na myślową aktywność  Szanownego Czytelnika).

hanemann

Nie ucałowałam cyganki na koniec. Pamiętam zaledwie jej twarz z góry – ogorzałą, pomarszczoną cerę i czarne, mądre oczyska. Wrażenie wystarczające, by twierdzić, że tym się różni profesjonalizm starej cyganki od profesjonalizmu sprawnego żebractwa ulicznego, że jedno  pozwala nam być wielkodusznym, drugie zaś  zajrzeć sobie do duszy. Zrozumiałam po fakcie z tekstu pt.  Korrektes Betteln  Ulego Heinemanna  (Neulich in Neukölln, 2008), znudzonego rozbudowaną retoryką  żebrzących i proponującego redukcje tejże do eleganckiego „proszę,  dziękuję, dzień dobry”, że autor ma pecha, bo może w tym mieście  jedynie obserwować lepszy lub gorszy performance. A nie zobaczyć siebie. Jako berlińczyk pozbawiony jest jednego istotnego elementu autentycznej różnorodności kulturowej, która siedzi od po wojnie we Wrocku, a nawet spoczywa w wystawnych grobach przy głównej alei największego cmentarza. (No, chyba że znacie w Berlinie prawdziwe, zasiedziałe od pokoleń, miejscowe cyganki wróżące po niemiecku?) Do Berlina można przyjeżdżać i pisać doktorat o dramaturgii żebrania ulicznego (poznałam kiedyś taką osobę) – ale do pisania o głębokiej  filozofii wróżenia przez cygankę trzeba się udać za Odrę.

A jak ze szczęściem? Zapomniałam o szczęściu? Może i tak. Ale pewnie cyganka mu się w moim imieniu przypomni. Na początek wsiadłam dziś w pośpiechu do pociągu bez biletu – i nie było żadnej kontroli. Jak mnie to rozzuchwali, to wygram w totka i zasponsoruję jednorazowo tabory cygańskie. Więcej postanowień nie mam – no, może oprócz tego jednego, żeby nie spychać więcej mojego grzecznego ego na sam dół trzewi.

Jako że tekst może się kończyć apelem, powiem tak: Nie przeganiajcie cyganek. Zaproście je do stołu. Będzie to najmądrzej zainwestowana stówa – bo zainwestowana we własną  mądrość. Skuteczniejsza niż wydatki na psychoterapeutę, okulistę i krawca. Cyganka prawdę Wam powie.

Wasza C.

Pokolenie Solidarności 28

Ewa Maria Slaska

Azbest (1987)

W Nowym Jorku było kilka bardzo różnych grup Polaków. Była na przykład tak zwana “stara Polonia”, potomkowie tych górali, którzy wywędrowali do „Hameryki” za chlebem w XIX wieku i do chwili obecnej pielęgnowali polski język i tradycję, choć i język, i tradycja się w ciągu tych stu lat dziwacznie zdegenerowały.

Symbolem “tej “starej Polonii” był na pewno Mały Władzio, czyli Walter Jagiełło, Polak, urodzony w roku 1930 już w Ameryce. Śpiewał polską muzykę etniczną, ale zasłynął polkami, które choć, jak wiadomo, są muzyką czeską, kojarzyły się jednak słuchaczom z Polską. Od lat 60 mały Władzio znany był też w Polsce, a jego polki, podobnie jak całą muzykę, której się słuchało, nagrywano na pocztówki dźwiękowe.

Powojenni przybysze kręcili nosami na starą Polonię i jej upodobanie do sentymentalizmu i folkloru. „Ci od Małego Władzia” mówili o starych „ci powojenni”. Byli to ci, którzy dostali się tu już po wojnie i to w bardzo różny sposób, czasem nader spektakularny. Jednym z najbardziej znanych „powojennych” był Józef Światło, współpracownik peerelowskiej bezpieki, ale w większości nie byli to ludzie znani, raczej tacy, którym się „udało”, marynarze, który zeszli ze statku, jacyś komunistyczni ekonomiści, którzy do Ameryki przylecieli służbowo, żeby za dolary kupić części do statków, co to je potem, jako nasz największy hit eksportowy, za ruble sprzedawaliśmy do Związku Sowieckiego. Byli artyści, aktorzy, piosenkarze, muzycy. Byli uciekinierzy pomarcowi, wcale niekoniecznie wszyscy Żydzi, byli wreszcie solidarnościowcy. Ci zresztą też nie byli grupą jednorodną, dzielili się na tych, którzy z pierwszym podmuchem wolności w kraju wyjechali od razu i potem opowiadali, że mieli wrócić, ale zatrzymał ich stan wojenny. I byli ci, którzy, jak Stefan, przeżyli upadek Solidarności w Polsce i przyjechali jako „prawdziwi” wygnańcy polityczni, czasem wręcz, podobnie jak ci „marcowi”, z paszportem w jedną stronę.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 28”