Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.

Wtorek z Markiem

Tabor Regresywny alias Marek

Żona wysłała mnie po jajka. Chciała żebym pojechał pociągiem. Słucham kobiet, a w szczególności żony, ale robię po swojemu. Tym razem to był błąd. Ale po kolei. Miałem kupić dwadzieścia dwa jajka, dwanaście do naszego pojemnika i dziesięć w standardowym opakowaniu. Wziąłem wózek o wdzięcznej nazwie „Zapilux” i o czwartej rano ruszyłem w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Szło się rewelacyjnie. Zawsze miedzy czwartą a dziesiątą rano idzie się rewelacyjnie, bez odpoczynku, bez picia i bez jedzenia. Na miejscu byłem około ósmej. Kupiłem od znajomego jajka, wypiliśmy kawę, trochę pogadaliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Nie lubię wracać tą samą drogą. Do Bystrzycy Kłodzkiej szedłem przez Kłodzko, Krosnowice, Gorzanów Zabłocie, a z powrotem przez Stary Waliszów, Romanowo, Trzebieszowice. Szło się trochę gorzej zaczęły się przerwy na odpoczynek. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wprawdzie zapłaciłem za 22 jajka, ale zapomniałem 10, tych w pudełku. No trudno. Nie będę wracał. W Ołdrzychowicach nad rzeką było zejście do wody. Postój i moczenie nóg. W drodze staram się jak najczęściej myć nogi i sandały. W pewnym momencie do wody podchodzi kobieta z wiadrami. To pana wózek? Mój. Skąd pan idzie? Z Bystrzycy. A dokąd? Do Kłodzka. A wstąpi pan na kawę? A wstąpię.

Nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu.

I już siedzimy na podwórku z jej mężem i synem, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto, kpimy z lokalnych polityków. Bardzo wesoła rozmowa, zapraszają, jak bym wstąpił, jak bym przechodził, jakbym był w pobliżu. Ruszam dalej, jestem coraz bardziej zmęczony, w końcu wspinam się na Przełęcz Droszkowską, gdzie u znajomych zostaję na noc. Wieczorem długa rozmowa przy winie i z pięknymi widokami na Ptasznik i góry Złote. Rano gospodarz mówi, że nie mamy już nic do jedzenia, ale ja mam przecież jajka. No i poszło siedem. Ruszam w kierunku sklepu Madagaskar w Kłodzku. To taki sposób by oszukać chochlika drogi powrotnej. Nie wracam do domu, tylko idę w kierunku jakiegoś miejsca w pobliżu domu, tam kończę wędrówkę i dopiero wtedy wracam. Chochlik drogi powrotnej to taka złośliwa bestia, która utrudnia powrót. Odyseusz miał z nim do czynienia, gdy wracał na Itakę. Jest niebywale przebiegły. Ostatnio jak jechałem do Berlina, to wykiwał mnie i okazało się, że zamiast kupić bilet powrotny na Flixbusa z Berlina do Wrocławia, kupiłem bilet z Wrocławia do Berlina. Oddałem sprawę w ręce kobiet i wszystko wyprostowały. Wróćmy jednak do naszych jajek. Kończę wyprawę u Heni w Madagaskarze, pijemy kawę, no i mogę wracać do domu, dla pewności pcham wózek tyłem. Zbliżając się do domu, muszę minąć sklep spożywczy, a tam siedzą miejscowi zwolennicy Partii Przyjaciół Piwa. A ja z tym idiotycznym wózkiem. Jak minąć ich niepostrzeżenie, żeby się nie śmiali? Podjechałem do nich i pytam: Kto postawi piwo staremu koniowi, który wraca do domu, bo mu się pieniądze skończyły? Wszyscy rzucają się, by mnie poratować. Nie jest tak źle. Jest jeszcze solidarność w narodzie. W domu tłumaczę żonie, jak to się stało, że zostało mi tylko pięć jaj. No, ciebie to tylko wysłać po jajka, mówi żona. Próbuje być zła, ale jej to nie wychodzi.


PS. Te dziesięć jaj, których zapomniałem, odzyskaliśmy. Żona dała je synowi, mówiąc: To są jaja od chłopa. To są jaja są niemyte. Jaja niemyte dłużej zachowują świeżość. Taka jest wiara chłopów.

Biblia Cygańska

Tabor Regresywny

Z oczywistych powodów festiwale literatury obracają się wokół książek. Należy się spodziewać, że Nieistniejący Festiwal Literatury obracać się będzie wokół nieistniejącej książki. Istniejących książek może być wiele, nieistniejąca może być tylko jedna, tak jak zbiór pusty jest tylko jeden. Tą jedyną nieistniejącą książką jest Biblia Cygańska. Biblia wspólna dla wszystkich ksiąg, tak jak zbiór pusty jest wspólny dla wszystkich zbiorów. Jedyna, o którą nikt się nie kłóci, jedyna, której nie można spalić, jedyna której nie można zgubić. Nieuchwytna, bliższa piosence. Opowiadana wieczorem przy ognisku. Rano zapomniana. Bez początku i bez końca, zawsze między wierszami.

Biblia Cygańska

Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła łuna świętojańska.
I aromat w niej, jak mirt rozdarty,
Leśny szum i gwiazdarska kabała,
Cień mogilny, pięćdziesiąt dwie karty,
Podkościelny dziad i mara biała.

Kto tę księgę odkrył? My uczeni,
Szperający w starzyźnie pamięci,
Węchem gnani i przeczuciem tknięci,
Pod spód zmysłów i myśli wpatrzeni.
Dolinami zapadłej wiedzy
Klechda kręta nurtuje jak rzeka:
I nie w życiu i nie śmierci, lecz między,
A na śmierć i na życie urzeka.

Na tę księgę woskowymi łzami
Kapią nocą żałobne gromnice,
W tej to księdze ułudnymi domysłami
Przewracają się sny jak stronice.
Migające wibrują wersety,
Nie uchwycisz, co się w nich ukrywa…
Coś jak gdyby: męczeństwo poety…
…Że coś zbawić ma… I księga się rozpływa.

Siedzieliśmy przy ognisku u wejścia do Przełomu Nysy Kłodzkiej, po drugiej stronie rzeki majaczyły w ciemności wysokie skały, woda szemrała po kamieniach. Amanda recytowała Biblię Cygańską Tuwima. Ryki pilnował ogniska, Juliano jak zawsze nieobecny wpatrzony w płomienie, Zorian wyciągnięty na plecach liczył gwiazdy.

W zaciemnionym pokoju siedzieli pod ścianami cyganie. Zjechali z całej Polski Amanda w sukni ślubnej, wśród kwiatów, obsypana słodyczami których jej brakło za życia, leżała w trumnie. Kilka dni wcześniej miastem wstrząsnęła tragedia. W rzece utopiła się trójka dzieci. Nie ważne, jak do tego doszło, mogło być gorzej, bo rzeka porwała całą piątkę. Dwójkę Amanda jakimś nadludzkim wysiłkiem wypchnęła na brzeg, dwójki najmłodszych nie udało się jej uratować. Znaleźli ją wplątaną włosami w gałęzie u zbiegu dwóch rzek niedaleko mojego domu.

Długo nie mogliśmy się z tego otrząsnąć, szczególnie jej bracia. Ani psycholodzy ani wyjazdy do rodziny nie pomagały. Kiedyś wieczorem, gdy starym zwyczajem siedziałem u nich w kuchni, powiedziałem. Żyjmy tak, żeby Amanda chciała wrócić. Czy wróci? Nie wiem. To nie nasza sprawa. Ale można by spróbować tak żyć. Jestem to winny Amandzie. Jesteśmy to winni Amandom, by chciało im się żyć.

środa, 22:13

Byłem dzisiaj nad rzeką, w miejscu gdzie ta tragedia się zaczęła. Stoi tam krzyż, który sam na prośbę matki Amandy ustawiałem. Od dziesięciu lat stoi na brzegu, często pod wodą, okoliczne krzaki i drzewa są powywracane, a ten krzyż stoi. Imię jest ledwo widoczne, ale reszta, nazwisko i daty, w dobrym stanie. Za każdym razem, jak tam idę, jestem przekonany, że krzyża nie będzie, że nie przetrzymał ostatniej wysokiej wody. A on stoi. Niesamowite.

 

Baratarysta Regresywny jako Wielki Inspirator Kultury

Od Adminki:

No cóż, plan z reguły jest taki, najpierw wpis na blogu, a potem na Facebooku, chyba, że to reblog…
I oto tymczasem na FB tekst ukazał się już w miniony wtorek, a ja, uparta Adminka, trzymałam się planu. Ma to ponoć być dowód na to, że czas się cofa, co mi przypomniało, że norweska wyspa Sommarøy postanowiła znieść czas i to na pewno jest element baratarystyczny. Z kolei, gdyby tekst nie ukazał się na FB już we wtorek, to Magda Parys być może dopiero dziś odkryłaby powołanie do życia Nieistniejącego Festiwalu Literackiego, czyli pewnie tak po prostu musiało być, bo efekty są fantastyczne.

Jednocześnie informuję, że autor, który postanowił (z powrotem) używać pseudonimu (o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu Facebook zmusił go do rezygnacji z wdzięcznej ksywki), od dziś otrzymał blogowe wtorki dla siebie i swoich projektów, a są to: doktorat z baratarystyki, Kurs Sztuki Żeglowania, połączony z exodusem na Wyspy Szczęśliwe, ocalenie wizerunku Kubusia Puchatka oraz Nieistniejący Festiwal Literatury, połączony z opowieściami o Księżnej Pani. Przydatna we wszystkich tych dziedzinach umiejętność to gotowanie kawy na piecyku z trzech gwoździ.

Wtorki nie będą obowiązkowe. Niektóre będą komentowane już “w rzeczy samej”, jak na przykład ten dzisiejszy

Tabor Regresywny

Dialogi regresywne

Tabor:
Kurs Sztuki Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury.
Ty zostaniesz kuratorką KSŻ.
X
Odp. Adminki:
Tak, jako osoba nie żeglująca świetnie się kwalifikuję do pełnienia funkcji kuratorki kursu żeglowania
X
Tabor:
Proponowałem Ci “siedzenie na Oku”, to jest rozwinięcie tej idei.
X
Odp. Adminki:
Jednooczka na oku 😉 (bo ja nie widzę na jedno oko, o!)
X
X
Odp. Adminki:
Myślę, że rzecz jest przynajmniej po części do zrealizowania – do Berlina da się dotrzeć wodą z Polski, choć raczej nie na lotnisko Tempelhof i już na pewno nie da się wpłynąć przez suchego przestwór oceanu na górę Krzyża (Kreuzberg) w Parku Viktorii na Kreuzbergu, gdzie mieści się – co nazwa góry wszak niemal narzuca – bar Golgota. A trzy gwoździe na Golgocie mogą też posłużyć sztuce gotowania kawy.
X

Tabor:
Nigdy nie płyniemy „do” zawsze w „kierunku”. Wyruszyłem w kierunku Berlina na wykład Mara Jeziornego pt. Murzyńskie prawo pracy… W Berlinie zbiegiem okoliczności nie dotarłem na wykład za to trafiłem w sam środek Nieistniejącego Festiwalu Literatury (bo istniejący właśnie przestał istnieć). Kuratorka zaproponowała mi funkcję konsultanta, a ja w rewanżu zaproponowałem jej funkcję kuratorki Kursu Sztuki Żeglowania. Na znak zgody zrobiliśmy sobie fotki, ja jej na „Kaw/fce” ona mi z „Kaw/fką”. Ustaliliśmy, że KS Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury. Nic nie stoi na przeszkodzie, by NFL towarzyszyły imprezy towarzyszące. Mało tego, Istniejące Festiwale Literatury też mogą być imprezami towarzyszącymi. Natomiast Nieistniejący Festiwal Literatury z racji swojego nieistnienia nie może być imprezą towarzyszącą np. Istniejącemu Festiwalowi Literatury. Objawia się tu nam wyższość nieistnienia nad istnieniem. Wracając do lekcji. Płynąc „do” staramy się dopłynąć, często wbrew przeciwnym wiatrom, często z wielkim trudem i w  końcu często okazuje się, że cel nie był wart tych wysiłków. Lepiej płynąć w „kierunku” z otwartością przyjmując wszystko co nas spotyka, bo to może być to, po co płyniemy.

Dowody na istnienie Nieistniejącego Festiwalu Literatury:

 

 

 

 

 

 

 

Od Adminki: Komentarze “w rzeczy samej”:

1. Poważny. Magda Parys napisała kilka dni temu na FB:

Moi drodzy, nie tak dawno opowiadałam Wam o polsko-niemieckim festiwalu „Literatzky Berlin”. Niestety wszystko wskazuje na to, że festiwal się nie odbędzie. Jeśli jednak dojdzie do skutku, to ani Ewa Maria Slaska ani ja nie będziemy jego organizatorkami. Czasem nie wystarcza fakt, że wpadniesz na pomysł, znajdziesz partnerów, którzy chcą go z tobą wprowadzać w życie, nie wystarczy, że uda się zdobyć na to pieniądze. Czasem zwyczajnie i po prostu zadzieje się coś, na co nie masz wpływu. Cholernie mi przykro, że festiwal, który miał taki potencjał i był w tych trudnych czasach potrzebny i Polsce, i Niemcom, nie może być przez nas zrealizowany. Bardzo Was przepraszam za rozbudzenie nadziei. Wiem, że wielu autorów, dziennikarzy i wydawców szykowało się na wyjazd do Berlina. Trochę opadły mi skrzydła, lecz jest jeszcze tyle innych pięknych nazw festiwali i tyle nieodkrytych pomysłów, że na pewno jeszcze kiedyś stworzymy coś bezinteresownego i trwałego dla polskich i niemieckich czytelników. To nie jest nasze ostatnie słowo.

2. Mniej poważny, ale za to poważnie zainspirowany przez NFL. Magda Parys napisała wczoraj na FB:

Kochani! Parę dni temu na blogu Ewy Marii Slaskiej wpadło mi w oko opowiadanie Tabora Regresywnego o wdzięcznym tytule: “Festiwal”. Już pierwsze słowa inspirują, przyznajcie sami: „Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof”.
Niezwykle lubię tego rodzaju literaturę i wszystkim polecam twórczość Tabora Regresywnego. Poza tym nie ukrywam, fakt, że wokół festiwalu “Literatzky Berlin” tworzy się już nowe literackie genre, dał mi kopa i zaintrygował. Lecz pieniądze “na płycie lotniska” intrygują mnie najbardziej. Pomyślałam, wszystko układa sią pięknie, mieszkam blisko i jestem z lotniskiem związana emocjonalnie. Ot, historia! Tempelhof, byłe lotnisko w Berlinie, na którym w latach osiemdziesiątych lądowały uprowadzone samoloty z Polski.
Z paroma młodocianymi pasażerami chodziłam nawet do szkoły. Wkrótce po wylądowaniu, jadąc na rowerze wzdłuż muru berlińskiego udawali, że strzelają do pograniczników enerdowskich. Z kija. Lubili niebezpieczne życie. Zatem im też po starej przyjaźni zadedykuję Nieistniejące.
A teraz Literaturomanie! Książkoznawcy! Książkożercy! Germanofile! Festiwalowcy! Za pozwoleniem Tabora, autora opowiadania „Festiwal”, postanowiłam unieść płyty tempelhofskie. Tym samym posiadłam nieograniczone pieniężne możliwości i zapraszam Polki i Polaków do Berlina do Buchmanna, nieistniejącego Domu Towarowego Książki tuż przy istniejącej Friedrichstrasse. W lśniącym szklanym pięciokondygnacyjnym budynku znajdziecie książki, książki, książki. Oraz książki.
I tam właśnie w nieistniejącym Buchmannie odbędzie się nasz Nieistniejący Festiwal Literatury. Księgarnię Buchmann założą i poprowadzą z nieustającym nieistniejącym sukcesem Wojtek Drozdek i Marcin Piekoszewski. Ci znani berlińscy księgarze jeszcze nie wiedzą, że dzięki Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury zostaną biznesmenami i że zarobią krocie, ale skoro pieniądze na inwestycje pochodzą spod płyt byłego lotniska Tempelhof, na pewno nam to wybaczą.
Nieistniejącym patronem nieistniejącego przedsięwzięcia zgodziła się zostać nie wiedząca jeszcze nic o tym Blanka Lipińska. Blanko, gratulujemy, dziękujemy
i cieszymy się razem z Tobą!
Poza pieniędzmi spod płyt tempelhofskich głównymi sponsorami Nieistniejącego Festiwalu Literatury zostali nieistniejący lobbyści Klubu Polskich Nieudaczników. Zajmują ostatnie piętro księgarni Buchmanna, grają w karty i prowadzą giełdę literacką. Wstęp tylko dla vipów i salonowych tygrysów oraz panter!
Jak udało nam się ustalić, Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz zasiądą w nieistniejącym jury „Tańca z książkami”. Pierwsze znane nazwiska par tanecznych to Manuela Gretkowska i Janusz Leon Wiśniewski, Joanna Bator i Ignacy Karpowicz, Ellena Ferante i Irek Grin, Elżbieta Cherezinska i Stefan Chwin, Zośka Papużanka i Łukasz Orbitowski. Nad nieistniejącą choreografią czuwać będą Marcin Wicha i Katarzyna Puzyńska. Jak donosi dyrektor naczelna całego przedsięwzięcia, Gaja Grzegorzewska, przygotowania trwają całą parą. Mamy nieistniejące zdjęcia, ale boimy się publikować.
Pląsy między reportażem i powieściami odbywać się będą na 1 piętrze w Sali Balowej.
Insider z literackiej rodziny zdradził nam, że Marcin Wilk poprowadzi nieistniejące spotkanie Jacka Dehnela ze Szczepanem Twardochem. Nieistniejący tytuł roboczy: „Wieloryby i potwory na Ziemiach Odzyskanych w literaturze IV RP”
2 piętro, Sala Patriotów
Magdalena Grzebałkowska została gospodynią programu „Bilionerzy”, jak zapewnia, pytania nie będą trudne. Na przykład: jak nazywa się siostra szwagra matki Andrieja Nikołajewicza Bołkońskiego z powieści „Wojna i pokój” albo kim była z zawodu matka siostrzeńca Łokietka. Wiemy już, że do programu udało się zakwalifikować Ewie Winnickiej, Sylwii Chutnik, Dominice Słowik, Marcie Dzido, Grzegorzowi Kasdepke, Jakubowi Żulczykowi i Jakubowi Małeckiemu oraz Pawłowi Goźlińskiemu. Próbowała dostać się też Magdalena Parys, lecz odpadła jako pierwsza. Na nic zdały się znajomości. Sprawę zgłoszono do Prokuratora Generalnego Nieistniejącego Festiwalu, Zbyszka Biodro.
Pytania do programu przygotowywali Zygmunt Miłoszewski, Małgorzata Adamczyk Gutowska, Cezary Łazarewicz pod specjalnym nadzorem Krystyny Chwin i Anny Janko. Konsultacja naukowa: Tomasz Piątek.
Ostatnie piętro, Sala Vipów
Dotarliśmy też do nieistniejących źródeł, z których wynika że Blanka Lipińska poprowadzi warsztaty dla feministek, lekcje empatii da Andrzej Sapkowski, natomiast Rafał Ziemkiewicz opowie o kobietach w literaturze współczesnej. Manuela Gretkowska i Wit Szostak zajmą się nieistniejącą produkcją formatu.
4 piętro, Sala Gender
Barbara Piedgoń, Joanna Fabicka, Małgorzata Buttitta poprowadzą kursy nieistniejącego gotowania, przewidziane jest pieczenie i smażenie polsko-niemieckiego ziemniaka. Jury będzie jedoosobowe: Wojtek Drozdek.
Wolna przestrzeń, okolice Bramy Brandenburskiej (pięć minut od nieistniejącej księgarni Buchmanna).
Będą też przepytywani z nieistniejącego życia osobistego bohaterowie książek Olgi Tokarczuk. Już wiemy że nieistniejący program poprowadzi Dorota Masłowska.
3 piętro, Sala Fikcji
Jedno jest natomiast pewne. Dla najmłodszych nieistniejące kursy rzeźbienia mieczem w drewnie przeprowadzi Wiedźmin.
Parter.
Dorota Danielewicz i Krzysztof Niewrzęda pokażą nam literacki underground stolicy Niemiec. Grażyna Słomka i Ewa Maria Slaska założą kanał na youtubie i tam będą mogli Państwo śledzić nieistniejące festiwalowe ploteczki. Nieistniejącymi korespondentami od zadań specjalnych zostali Małgorzata Rejmer i Ziemowit Szczerek.
Uwaga, będą znienacka pojawiać się wszędzie.
Po Berlinie oprowadzać będą nieistniejący polscy bezdomni.
Na integracyjną nieistniejącą kolację i nieustanną wymianę w dziale kulturalnym między polskim i niemieckimi wydawcami zaprasza Anita Musioł, z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie jest tak duże, że trzeba wynająć salę kinową w Kinopalast na Kudammie. Za nieistniejącą organizację i zaproszenia odpowiada Wojciech Chmielarz.
Kudamm, Kino, Sala Oskarowa
Niezwykle cieszy nas nieustająca współpraca polskich i niemieckich mediów, dlatego zapraszamy na panel: „Jak zapewnić miejsce niemieckiej książce w polskiej prasie i w telewizji. Oraz polskiej książce w Niemczech.” W nieistniejącej dyskusji udział wezmą Jacek Kurski, Jerzy Wójcik, Wojciech Bonowicz, Uwe Rada, Inga Iwasiów, Agnieszka Debska, Anna Dziewit Meller, Ewa Maria Slaska, Daniel Kehlamnn, inwestor niemieckiego Bildu i polskiego Super expresu oraz zastępujący zastępca zastępcy naczelnych ze Spiegel online. Dyskusję poprowadzą Katarzyna Janowska i Michał Nogaś. Nad wszystkim postara się zapanować reżyser formatu, Emilia Smechowski. Na to nieistniejące spotkanie już od tygodni zabrakło nieistniejących biletów.
Uniwersytet, sala audi max
Katarzyna Tubylewicz, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Agnieszka Drotkiewicz, Sylwia Zientek, Grażyna Plebanek, Karolina Kuszyk, Joanna Fligiel, Hubert Klimko-Dobrzaniecki wezmą udział w nieistniejącym mulikukulituralnym literackim standupie. Jak udało nam się dowiedzieć reżyserem i scenarzystą ma zostać Bartek Fetysz, doradcą kostiumowym zaś Juliusz Kurkiewicz, cenzorem Janusz Rudnicki. Nieistniejącym dyrektorem artystycznym Mikołaj Łoziński.
Teatr, Sala Rozpraw
W tym roku do Nagrody Imienia Czułego Prześmiewcy nominowani zostali Agata Passent, Olga Kowalska, Justyna Sobolewska, Bernadetta Darska, Anna Dziewit Meller, Paulina Małochleb, Natalia Szostak, Justyna Suchecka, Katarzyna Wężyk, Małgorzata Kąkiel, Michał Nogaś, Max Cegielski, Paweł Sajewicz, Wojtek Szot, Marcin Wilk, Filip Łobodziński, Łukasz Wojtusik. Obradom nieistniejącego jury przewodniczyć będzie Maria Konwicka i Kot Iwan, reszta jury została utajniona (próbujemy dowiedzieć się dlaczego). Nieistniejącą galę wręczenia nagród poprowadzi Agata Pieniążek i Miłka Jankowska. Jeszcze nie jest pewne, czy mowę wygłosi Dariusz Nowacki czy Adam Zagajewski. W każdym razie na pewno zaśpiewa Sylwia Chutnik.
Ratusz, Sala Czułości
Po burzliwych naradach rzecznikiem prasowym Nieistniejącego Festiwalu Literackiego zostali Karolina Sulej i Filip Springer, menadżerem od spraw wizerunkowych Michał Witkowski. W razie nieistniejących niejasności prosimy o kontakt z Michałem Rusinkiem. Szefem nieistniejącego literackiego security został Grzegorz Kozera. Dyrektorem i szefem wszystkich szefów nieznany niemiecki pancernik.
Za nieistniejące zdjęcia, wystawę i być może prawdziwy komiks odpowiedzialna jest Anna Krenz. Nieistniejąca księgowość Moniki Regulskiej sprawdzi czy dokonano prawidłowych przelewów i zapanowały prawo i praworządność.
Dziękujemy. Czekamy. Kochamy.* Tęsknimy.
* Nikogo nie chcieliśmy urazić, wszystko zełgaliśmy. Wasze nazwiska zamieściliśmy z szacunku i miłości do literatury. Pamiętajcie, im złośliwiej tym większa miłość. Przepraszamy, jeśli ktoś poczuł się zraniony, prawie wszyscy powyżej wymienieni byli naszymi potencjalnymi gośćmi. Może w nieco uboższych festiwalowych formatach, ale zaproszenia już niebawem miały do Was dotrzeć. Nie dotarły, nie szkodzi. Bo jak to mówią, najlepsze to te obrazy nienamalowane, książki nienapisane. Jak widać, to samo dotyczy nieistniejących festiwali. Dziękujemy wszystkim za nieistniejącą obecność ❤️
Wasza redakcja.

Barataria jako ogólna teoria wszystkiego (lub coś w tym rodzaju)

Uczony baratarysta, fizyk, filozof, taboryta i pacyfista, który podjął postanowienie napisania doktoratu z Baratarystyki. Pierwszym krokiem będzie powołanie do życia festiwalu, katedry i księgi…

Marek Włodarczak (vel Tabor Regresywny) 

Festiwal

Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof, nie mówiąc już o tych zakopanych na Wdzydzach. Co do hamulców, to im lepsze hamulce, tym więcej gazu można dodawać. Mam w domu taki hamulec i chętnie go zabiorę na festiwal.

Autor wyjeżdża do Berlina na zebranie założycielskie Nieistniejącego Festiwalu Literatury, który przeto zaistniał

Katedra

Moje spotkanie z prof. Feliksem Przybylakiem zapoczątkowała myśl, którą będę wielokrotnie powtarzał – nic nie zdarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Spotkanie zaowocowało propozycją studiów doktoranckich na wydziale filologii germańskiej w zakładzie poetyki i przekładu. Mając za sobą wszystkie egzaminy, otwarty przewód doktorski i spory zbiór tekstów, odmówiłem formy pisemnej doktoratu, proponując formę ustną.
Profesor stwierdził, że nie ma nic przeciwko temu, ale uniwersytet tego nie przetrzyma. Często gdy przynosiłem mu jakiś tekst, powtarzał. Genialne, ale w tym instytucie nikt tego nie zrozumie. Nie brał pod uwagę szatni i Pani szatniarki. Zbiór tekstów, który opatrzyłem wspólnym tytułem „Na płonącej granicy poetyki i nauki” należy do Baratarystyki, dziedziny, której nie ma w wykazie kierunków i dyscyplin naukowych. Konstytucja dla nauki nie zostawia tu żadnej furtki. Ściśle wyznacza, co jest nauką, a co nie jest. To oznacza koniec Uniwersytetu jako otwartej wszechnicy. Właściwie robi z niego Wyższą Szkołę Zawodową. Jedyna nadzieja w szatni, tu nie ma żadnych ograniczeń, nie obowiązują żadne wykazy, co najwyżej regulamin szatni. Jeśli miałbym bronić doktoratu z Baratarii, to tylko w szatni. Szatnia jako ostatni bastion uniwersytetu.

NA PŁONĄCEJ GRANICY POETYKI I NAUKI, czyli Księga Wstecz

Promotor: prof. Feliks Przybylak
Akuszerka: Ewa Maria Slaska

Motto: Nic nie wydarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Feliks Przybylak

Spis treści

1. Barataria, czyli Chatka Puchatka
2. Klątwa, czyli o sposobie egzekwowania prawa w Baratarii
3. Tokarczuk, czyli mandat
4. Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, czyli ciąg dalszy
5. Każdy kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem, czyli o walce dobra ze złem
6. Barataria, czyli odjazd na Wyspy Szczęśliwe (próba)
7. Barataria, czyli Wyspy Szczęśliwe (wiersze)
8. Niebiańska Jerozolima, czyli kubatura kuli
9. Barataria 66 (reblog), czyli Historia świata wg EKSK

Barataria czyli Chatka Puchatka

Marek Włodarczak

kontynuacja wpisu Klątwa

Kończąc pracę jako nauczyciel fizyki, ostatnią lekcję zapisałem na tablicy i zatytułowałem:

Ostatnia lekcja fizyki

Nie wierzę w fizykę, której was uczyłem. To nie jest Chatka Puchatka. Z tych samych patyków można zbudować inną fizykę. Pytanie tylko – czy to będzie Chatka Puchatka.

Wszyscy ją zapisali, nawet ci, co nie mieli zeszytu.

Na koniec cała klasa ustawiła się z prośbą o autograf. Prawdopodobnie była to jedyna lekcja, którą zrozumieli.

Komentarz:

Pisząc o patykach, miałem na myśli nasze wrażenia wzrokowe, słuchowe, dotykowe itd. Bracia Wachowscy w filmie Matrix pokazali, że źródłem tych wrażeń może być równie dobrze rzeczywistość jak i Matrix. Załóżmy, że źródłem naszych wrażeń jest jeszcze coś innego, a nam się tylko wydaje, że tym źródłem jest to, co nazywamy obiektywną rzeczywistością. Nazwijmy to coś matrixem. To, co nazywamy fizyką nie jest fizyką, to tylko matematyczny opis naszych wrażeń. Właściwa fizyka to próba odpowiedzi na pytanie – co istnieje? Rzeczywistość czy matrix? Pytanie to zostało uznane za jałowe, bo nigdy się tego nie dowiemy. Diogenes Laertios w Żywotach i poglądach słynnych filozofów na str. 388 pisze o Doktrynie Stoickiej. Stoicy uważali, że fizykę logikę i etykę należy wykładać razem, bo się z sobą łączą i przyrównywali „do urodzajnej roli: ustawione dookoła ogrodzenie – to logika, owoce – to etyka, ziemia i drzewa – to fizyka”. Jednak nasza cywilizacja nie jest „Chatką Puchatka” – z tym większość się zgodzi. I jest to cywilizacja oparta na fizyce Demokryta, czyli przekonaniu, że świat to elementy w ruchu. Załóżmy, że jest to fundamentalny błąd, który zgodnie z Doktryną Stoicką, daje owoce, jakie daje.

Czy można inaczej? Inną fizykę a z nią inną etykę? Czy to będzie „Chatka Puchatka”?


PS od Adminki: moi drodzy Ctzytelnicy, zorientowałam się dosłownie kilka dni temu, że wielu z Was, zwłaszcza tych młodych i wszakże nadzwyczaj inteligentnych, nie zna podstawowych tekstów źródłowych, a więc Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka. Na wszelki wypadek przypominam tym, co nie wiedzą, jak to było z chatką Puchatka.

Pewnej zimy ktoś (pewnie Krzyś) ustawił w śniegu chatkę dla Kłapouchego. Tymczasem Puchatek i Prosiaczek, nie wiedząc o tym, zatroskali się, że musi być bardzo zimno biednemu filozofowi w jego ponurym zakątku, postanowili więc wybudować mu chatkę niespodziankę. Jeden z nich przypomniał sobie, że za lasem widział stos gałęzi, które świetnie by się nadawały do realizacji ich planów budowlanych. Chodzili więc kilkakrotnie między owym stosem gałęzi a cienistym zakątkiem, gdzie mieszkał Kłapouchy i w końcu ustawili mu chatkę, a właściwie Chatkę! Była ona identyczna, ale przecież inna, na czym zapewne, tworząc niektóre swe dzieła, wzorował się chiński artysta Ai Wei Wei, że przypomnę tu przesypywanie łyżeczkami góry piasku.

Klątwa, czyli…

Marek Włodarczak

Jak doszło do autodestrukcji wymiaru sprawiedliwości w Baratarii

Dopóki sprawiedliwość w Baratarii była rozumiana jako zgodność z przepisami prawa, a jedynymi narzędziami dochodzenia sprawiedliwości, były kodeksy i organa wymiaru sprawiedliwości, wszystko jakoś było, kulawo bo kulawo, ale szło. Wyroki często skandalicznie mijały się ze zdrowym rozsądkiem, ale statystycznie było to do przyjęcia.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że sprawiedliwy wyrok to taki, z którym zgadzają się obie strony konfliktu, a jako narzędzi można używać wszystkiego, byle zgodnie z prawem. Najważniejsza jest sprawiedliwość. Początkowo wszyscy byli zachwyceni, do dziś krążą opowieści o tym, jak Salomon wydał sprawiedliwy wyrok przy użyciu miecza, o tym jak rozstrzygał spory Sancho Pansa w Baratarii, czy o słynnym Kredowym Kole opisanym przez Bertolda Brechta.

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pozwolę sobie oddać głos rozmówcy, który prosił o anonimowość. Opowieść prezesa.

Byłem prezesem T F-K, gdy wszczęto wobec mnie śledztwo w sprawie fałszerstwa, jakiego się dopuściłem przy zwalnianiu dyscyplinarnym sekretarki TF-K. Fałszerstwo miało polegać na tym, że wypisałem zwolnienie niebieskim długopisem, a datę wpisałem czarnym cienkopisem. Zostałem przesłuchany przez policję, urząd pracy wstrzymał mi dotację, a ZUS za pośrednictwem komornika zabrał pieniądze przeznaczone na budowę kajaka. Po wnikliwym śledztwie prokuratura Baratarii umorzyła śledztwo ze względu na brak znamion przestępstwa. Zarówno ja jak i sekretarka uważaliśmy to za sprawiedliwe, tylko kajak szlag trafił. Poszedłem do prokuratury z pytaniem, czemu zajmują się takimi sprawami? Odpowiedzieli, że muszą wszczynać postępowanie przy każdym zgłoszeniu.

Indiańskie przysłowie mówi, usiądź na brzegu rzeki, a trup twojego wroga sam do ciebie przypłynie. Chyba dwa lata później znów prowadzono wobec mnie śledztwo, w związku którym dostałem pismo z prokuratury. Pismo to wypisane było niebieskim długopisem, a data została wpisana czarnym cienkopisem. Jako prawy obywatel złożyłem do prokuratury Baratarii zawiadomienie o popełnionym wykroczeniu. Na podstawie art. 305 & 1 kpk, art. 325 a kpk prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia w tej sprawie z powodu niezaistnienia przestępstwa. Na zasadzie art. 325 e & 1 kpk odstąpiono od sporządzenia uzasadnienia. Mimo że decyzję uważałem za słuszną, złożyłem na nią zażalenie, a w uzasadnieniu napisałem: „Aby sprawiedliwości stało się zadość proponuję, by prokuratura Baratarii dobrowolnie poddała się karze grzywny w trybie z art. 335.  Z przeznaczeniem na budowę kajaka. „Bardzo krzyczeli, jak to pismo składałem w prokuraturze. Oczywiście pieniędzy nie dostałem, za to dostałem osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata w sprawie, która powinna skończyć się grzywną. Wtedy zwróciłem się o pomoc do moich znajomych, a oni wystosowali pismo do Sądu Najwyższego Baratarii. „My dziwki, złodzieje i pijacy oświadczamy, że wyrok w sprawie (tu sygnatura sprawy) obraża nasze poczucie sprawiedliwości”. Sąd Najwyższy podzielił opinie moich znajomych i po podkreśleniu na czerwono „My dziwki złodzieje i pijacy” odesłał pismo do mnie. Początkowo myślałem, że to jakiś żart, dziś przyglądając się temu, co się dzieje z organami wymiaru sprawiedliwości Baratarii, uważam, że to była klątwa. Klątwa, którą Sąd Najwyższy Baratarii w imię sprawiedliwości rzucił na pozostałe organa, a niewykluczone, że i na siebie. Narastający chaos pogłębiają jeszcze reformy. Nikt nie wie, co z tym zrobić, obawiam się, że skończy się to całkowitą autodestrukcją wymiaru sprawiedliwości Baratarii.

I pomyśleć, że poszło o głupi kajak.


PS po tygodniu:

Mam wrażenie, że od czasu opublikowania „Klątwy” jej działanie się wzmogło. Mało tego, w związku z angażowaniem się UE w konflikt w wymiarze sprawiedliwości, pojawia się groźba zainfekowania wirusem „Barataria” całej Europy.

Tokarczuk a mandat

Kolejny wpis na temat Olgi Tokarczuk

Marek Włodarczak

Inspiracje literackie

Oldze Tokarczuk zawdzięczam trzy inspiracje i jeden mandat. By o tym opowiedzieć muszę na wstępie opisać szyk marszowy pochodu cywilizacyjnego. Pozwolę sobie sięgnąć do doświadczeń z wojska, gdzie ćwiczyliśmy przemarsz w warunkach bojowych. Pierwsi szli zwiadowcy, za nimi awangarda gotowa do spotkania z wrogiem, dalej główna kolumna, a za nią straż tylna, wyłapująca dezerterów.

Chyba każdy się zgodzi, że rolę zwiadu w pochodzie cywilizacyjnym pełni nauka, a w szczególności fizyka. Straż przednią formują wynalazcy i inżynierowie, którzy odkrycia nauki przekuwają na wynalazki służące dobru ludzkości. Dalej z większym, a częściej mniejszym, zapałem kroczy główna kolumna czyli lud pracująco-konsumujący, bez którego to wszystko nie miałoby sensu. Na końcu idą psychiatrzy, wyłapujący dezerterów, którzy próbują ich zawrócić na drogę pracy i konsumpcji.

Markietanki

Napoleon zauważył, że częstym powodem dezercji były dziewczyny pozostawione w rodzinnej wsi. Włączając do kampanii wojennej markietanki, znacznie zredukował ilość dezercji, a i bitność wojska wzrosła. No tak, markietanki dając żołnierzom namiastkę miłości, skutecznie ich odwodziły od myśli o dezercji. W czasie przemarszu z oczywistych powodów markietanki szły między główną kolumną a strażą tylną.

Pod hasłem „Wystarczy pomyśleć, że jest dobrze i już jest dobrze” w Kłodzku odbywało się spotkanie z Olgą Tokarczuk, poświęcone książce Moment niedźwiedzia. Pomyślałem wtedy, że sztuka, dając nam namiastkę czegoś nieokreślonego, za czym tęsknimy, chroni nas przed szaleństwem i niczym te markietanki ogranicza dezercje, a przy okazji w poniedziałek po sobotnim koncercie mamy większy zapał do pracy. Słusznym zatem się wydaje umieścić sztukę między ludem pracującym a oddziałem psychiatrów.

Bieguni

Opis pochodu cywilizacyjnego wydawał mi się coraz bardzo sensowny, ale miałem kłopot z umiejscowieniem religii. Kiedyś będąc u Heni, Królowej Madagaskaru, wziąłem do ręki książkę Bieguni. Pytam o czym jest ta książka? A Henia na to – o tobie. Przygotowując dysertację doktorską z teorii literatury, wpadłem na trop Biblii Cygańskiej. Cyganie zgubili swoją Biblię, rozsypała się po całym świecie, a oni odtąd wędrowali w jej poszukiwaniu. Zrezygnowałem z pisania doktoratu i rozpocząłem poszukiwania w miejscu, gdzie Cyganie je przerwali. Szybko okazało się, że Biblia Cygańska ma się do Biblii tak jak fizyka doświadczalna do fizyki teoretycznej. Fizyka teoretyczna dodaje skrzydeł doświadczalnej, a doświadczalna niczym Dedal pilnuje, by teoretyczna nie leciała ani za wysoko, ani za nisko. Na okładce Biegunów znalazłem taką notatkę. Bieguni – odłam starowierców… Uważali, że zło ma największą moc, gdy człowiek stanie w miejscu. Jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ruch.

Z moich peregrynacji wyłania się trochę inny obraz. A w nim dwa sposoby czynienia ziemi sobie poddaną: właściwy i niewłaściwy. Ten niewłaściwy proponuję nazwać za tłumaczami Biblii Poznańskiej „ujarzmianiem ziemi”. Jakie niesie to z sobą skutki i ile zła, my, współcześni, coraz lepiej sobie uświadamiamy. Ujarzmianie związane jest z życiem osiadłym, a wręcz zmusza do osiadłego życia. Ruchliwość związana z transportem nie ma tu nic do rzeczy. Tylko piesza wędrówka sprzyja właściwemu czynieniu ziemi sobie poddaną. Zło, które nierozłącznie towarzyszy ujarzmianiu, stało się kamieniem węgielnym religii, etyki, w końcu państwa z jego organami wymiaru sprawiedliwości. Gdy Bóg nie przyjął od Kaina ofiary, ten się zachmurzył. Wtedy Bóg mówi: Dobrze czynił będziesz (ziemię sobie poddaną) nie będziesz wywyższon, źle czynił będziesz, grzech stoi u twoich drzwi, ty nad nim panować będziesz. (I wtedy będę wywyższon?- pyta Kain. A Bóg: Wtedy będziesz.) ( W nawiasach moje uzupełnienia.)

Między Taborem a Golgotą

W czasie swojego występu na Festiwalu Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku artyści Łodzi Kaliskiej czytali teksty różnych intelektualistów. W jednym z nich autor zastanawiał się, jak to się stało, że cywilizacja europejska zdominowała wszystkie inne, choć np. chińska czy japońska były bardziej rozwinięte i przygotowane do sprawowania hegemonii. Prawdopodobnie miało to związek z chrześcijaństwem.

Czytając Księgi Jakubowe zastosowałem trik wzięty z fizyki. Fizycy w pewnych okolicznościach stosują rachunek zaburzeń. Dodają do prostych zagadnień, których rozwiązanie znają, małe zaburzenie, a po przybliżonym rozwiązaniu, redukują zaburzenie do zera, co pozwala skorygować rozwiązanie początkowe.

Pozwoliłem sobie na lekturę Ksiąg Jakubowych tak, jakbym czytał piątą ewangelię. Wprowadzając małe zaburzenie nabierałem dystansu do pozostałych i wtedy pojawiła się taka myśl: Słowa „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” nie mogły paść z ust syna Bożego. Przecież Bóg nikogo by nie opuścił, nawet Antychrysta. Takie słowa mogły paść tylko z ust Antychrysta, który opuściwszy Boga, zwala na niego winę. Bardzo kusząca i niebezpieczna hipoteza i trudno było mi sobie z nią poradzić.

Szczęśliwie się złożyło, że krótko po tym Ewa Maria opublikowała na swoim blogu mój tekst pt. Historia Świata według EKSK. Zarówno ona jak i komentujący sugerowali, że Tabor Regresywny (co było wówczas wciąż jeszcze moim pseudonimem peregrynacyjno-artystycznym) nawiązuje do transfiguracji Jezusa na górze Tabor. I od razu pojawiło się pytanie – jaka transfiguracja, po co?
Myśl wydawała się niemożliwa, ale… Czyżby Chrystus dokonał przemiany w Antychrysta, a w ostatnim tchnieniu chciał nas o tym poinformować? Może dlatego mówi do kobiet „Nie płaczcie nade mną, płaczcie raczej nad sobą i nad swoimi dziećmi, bo nadchodzą dni, kiedy będą mówić: Szczęśliwe niepłodne, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”.
Wystarczy, dalej nawet nie mogę pisać.
Umarł za nasze grzechy, a więc można podbijać, zniewalać oszukiwać, wyrzynać, kosić, betonować i asfaltować, ignorować zmiany klimatyczne, a jak by co, to przyjdzie i nas zbawi. Nie przyjdzie, bo obstawiliśmy się krzyżami, a On mdleje na widok krzyża. Taki uraz psychiczny po przygodzie w Jerozolimie.

Mandat karny

Gdy o trzeciej w nocy, przechodząc przez dwupasmowe skrzyżowanie na czerwonych światłach, zobaczyłem patrol policyjny, na moment się zawahałem. Wtedy przypomniało mi się spotkanie autorskie z Olgą, która poruszyła problem przechodzenia na czerwonym świetle, gdy ulica jest pusta. Podzielając zdanie pisarki, stanąłem przed dylematem, a co jeśli w pobliżu jest patrol policyjny? Przecież nie będę zmieniał przekonań ze względu na patrol. Gdy ruszyłem przez drugi pas, policjanci nie wytrzymali. Wypisując mi mandat, dziwili się dlaczego szedłem dalej, mimo że ich widziałem? Zacząłem się zastanawiać, co Olga zrobiłaby na moim miejscu? Czy pisarz przekraczający granice wyobraźni narracyjnej, powinien również przekraczać granice życia. Wydaje mi się, że nie, że to by ograniczało jego wyobraźnię narracyjną, zafundowałby sobie autocenzurę, ukrócił wodze fantazji. Pisarz niczym przemytnik doprowadza do granicy, ale sam jej nie przekracza. Co byśmy zrobili bez przemytników?

Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, ciąg dalszy

Przed zapoznaniem się z treścią i przesłaniem tego wpisu, warto sięgnąć do odcinka poprzedniego: TU

Wizja: Marek Włodarczak

reżyseria i scenariusz: Marek
w roli głównej: Marek
ponadto: Aguula Marzycielka / Ewa / Bosman / kot Bosman / Syrena
produkcja, kamera, montaż, postprodukcja: Aga
muzyka: internetowi producenci dźwięków
czas akcji: lato 2019
miejsce: Wdzydzki Kąt
łodzie: Marek
kraj i rok produkcji: Polska 2019
długość: 3:50
dźwięk: oryginalny, podpisy

tytuł:


A tu jeszcze komentarz wizjonera, który w pewnych kręgach ma ksywkę Innowacja:

Na Ziemi nie ma już Wysp Szczęśliwych, ale są w Kosmosie, miliony albo i więcej zielonych planet, nie tkniętych ludzką stopą i niedostępnych dla kolonizatorów, czekają na pierwszych absolwentów kursu, jak nie czynić Ziemi sobie poddaną. No to, na co czekamy? Przystąpmy do egzaminu i w drogę.

Każdy, kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem

EMS: Może zresztą nie każdy, ale Autor tego tekstu na pewno nim jest… Tekst znakomicie pasujący do dzisiejszego święta

Marek Włodarczak

MARS I WENUS

Marsjanie byli wybitnymi myśliwymi i doskonałymi tropicielami śladów – znaków – świadczących o tym, co się wydarzyło. A Wenusjanki były wieszczkami, ze znaków na niebie i ziemi przewidywały przyszłość. Nazywały te znaki komunikatami. Nic zatem dziwnego, że świat widziany przez Marsjan był odmienny od Wenusjańskiego świata komunikatów. Na Marsie wyroki zawsze były sprawiedliwe, bo zgodne z prawem, a jak się komuś prawo nie podobało, to siedział, diagnozy lekarskie zawsze były trafne, choć nie wszyscy pacjenci przyjmowali to do wiadomości i chorowali dalej, a szkoły były wyłącznie zielone. Na Wenus szkół nie było, bo po co, skoro wiedza tajemna była wrodzona, nie było też wymiaru sprawiedliwosci, były wyrocznie przewidujące skutki czynów niegodnych, zamiast do lekarza szło się do wyroczni, a że droga była daleka, wychodziło to tylko na zdrowie. Świetnie rozwijały się poezja, malarstwo i muzyka. Nie, religii nie było, choć roiło się od bogów, bogiń i różnych dobrych duszków. Jak nietrudno się domyślić, w końcu doszło do spotkania Marsjan z Wenusjankami, do zderzenia dwóch sposobów patrzenia na świat i porozumiewania się w nim. Od razu rozgorzał spór o wyższości śladów nad komunikatami. Świat był na krawędzi wojny, na szczęście Wenusjanki miały coś, czego Marsjanie bardzo pożądali. Strony podjęły negocjacje, ale te nic nie dały, a wręcz zaogniły sytuację. W końcu ustalono, że przedstawiciele obu stron pozostaną na Ziemi i będą kontynuować rozmowy w małych dwuosobowych zespołach. Z tej okazji urządzone zostało wielkie wesele, po czym strony rozjechały się, pozostawiając negocjatorów samych sobie. Historia tych negocjacji opisana jest w licznych dziełach filozoficznych, teologicznych i z zakresu teorii sztuki. Te bezowocne negocjacje trwałyby do dziś, gdyby nie pewne wydarzenie w sklepie samoobsługowym…

Tekst jest niedokończony.

To nieskończenie jest celowe.