Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

… Z dziennika tetryka 7

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Zatrzymuję się w głębi tego lasu. To ważne, że właśnie w głębi. Obok krzaczek. Teraz niepozorny, ale co tu się działo na początku czerwca! Pośród zieloności różnych odcieni pysznił się kwitnący krzew dzikiej róży. Naprawdę dzikiej, bo w głębi lasu rosnącej, nie zaś udawanej, sadzonej w żywopłocie, odmiany hodowlanej. Kwitnął – to mało powiedziane. Gotował się. Kipiał wyzywającym i bezinteresownym (wszak w głębi lasu…) pięknem. A pośród, jak to fachowo określają, pręcikowia jego kwiatów, zanurzone w złotym pyłku tarzały się, turlały i kąpały pszczoły oraz trzmiele.

Było gorąco, duszno i wonnie. Było.

Na mojej emigracji wewnętrznej, odsunąwszy się od zaangażowania w pierdoły typu aktywność społeczna, mam wreszcie czas na to, o czym marzyłem od dawna, a czego nie udawało się osiągnąć. Chodzi o wtopienie w tok przemian przyrody. O spokojne, uważne uczestnictwo w jej cyklach. Moje rowerowe wyprawy dają ku temu asumpt wyborny. A informacje na wyciągnięcie ręki, dostępne dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu, pozwalają wszystko sobie nazwać i określić.

Kiedy naprawdę dzikie leśne róże kwitły w najlepsze, kwiaty na krzakach janowca apogeum świetności miały już za sobą, choć jeszcze się trzymały. A na polach malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, właśnie zaczynały swe królowanie maki i chabry bławatki. Uwielbiam ich czerwono-błękitno-zielone kompozycje. Od dzieciństwa.

Przekwitły chabry i maki. Wśród łąk na kilka tygodni niepodzielnie zapanowała żółto-niebieska wspólnota dziurawca i wyki ptasiej. Nazwę dziurawca znałem od dziecka, ale że wyka jest wyką, ustaliłem dopiero teraz. Dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu. Zszarzał dziurawiec, zwiędła wyka. Ich miejsce zajął pachnący kamforą wrotycz. TEN wrotycz. Z którym (mimo, że jego nazwy wówczas również nie znałem) takoż mam zabawne wspomnienie z dzieciństwa: zawsze myślałem, że to jakaś margerytka, czyli jastrun, z której opadły nie wiedzieć czemu płatki. I obiecywałem sobie, że w przyszłym roku przyjdę go zobaczyć, gdy płatki jeszcze będą. Co się nie udawało, bo wszak udać się nie mogło. Tych płatków nigdy nie ma.

Zbrązowiała i uschła intensywna żółć wrotycza. Godnym jego następcą okazała się nawłoć. TA nawłoć. Jednak i nawłoć zdążyła posiwieć dokumentnie, jakby spopielała. Ostatnią strażą, ariegardą lata, pozostały już tylko fioletowe gdzieniegdzie astry.

Po kilku miesiącach wracam w głąb lasu. Krzaczek dzikiej róży trwa niepozorny. Zważ Czytelniku, jak sprytnie przeskoczyłem przez kilkumiesięczny czas niepisania, by powrócić do tworzenia tych swoich małych drobnostek, czyli małostek: komu, jeśli nie „źle zadowolonemu”, przystoi małostka! Nie dość, że malkontent, to jeszcze leń i cynik. Słowem – swołocz.

A kwiat róży? Zapomnij o nim.

Dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy.
Pozostało imię róży.

I mknę dalej przez las, zażenowany tym, że znowu nadmierną uwagę poświęciłem takiemu banałowi, jak melancholia przemijania.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 6

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las i przez pola. Na polach horyzont, ku któremu wzrok sięga, rzecz jasna – znacznie szerszy. Toteż już z daleka to dostrzegam. Bo i nie sposób tego nie dostrzec. Żółty zamek. Kanarkowo-cytrynowa poświata bije, jak mówią, po oczach.
Janowiec jest rośliną dosyć pospolitą. Przynajmniej w moich stronach rodzinno-bytowych. Jednak zazwyczaj spotyka się go w postaci rozproszonych, niewielkich krzewów. Takiego nagromadzenia jak tutaj nie spotkałem jeszcze nigdy. Ale może za krótko żyję?
Zdjęcie nie oddaje potęgi wału uformowanego z gęstych, wysokich zarośli, ani tym bardziej intensywności jego barw. Bo aparat, wiadomo, gówniany. Fotograf też nietęgi.


Pozostawiam rower na skraju polnej drogi i urzeczony brnę przez trawy, by z bliska przyjrzeć się zjawisku. Z każdym krokiem trans się nasila.

Że ulotne?
Że przeminie?
A mam wybór?
Nawet secundum nie datur
Że o tertium nie wspomnę
Ulotne
Przeminie
Wybieram
Wchodzę


I mknę dalej przez lasy-pola, zażenowany nieco tym, że znów odpuściłem sobie ścisłą
samokontrolę. Grafomania to trucizna. Szkodliwa nawet bardziej dla autora, niż dla
czytelnika.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 5

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat mam pod górkę, więc zgrzałem się nieco. Stanąłem (albowiem nie jestem obdarzony małpią zręcznością, pozwalającą mi sięgnąć do plecaczka w trakcie jazdy), wyciągam wodę mineralną. Piję, obserwując przydrożną zieleń.

Wspominam, iż stanąłem, dlatego że to istotna okoliczność. W trakcie jazdy przeoczyłbym bowiem niechybnie to, co zauważam stojąc. Ale zanim zauważam, doznaję poczucia dysonansu. Niezgodności. Coś mi w otoczeniu nie pasuje do kontekstu, ale nie od razu identyfikuję, co konkretnie.

Aha, już wiem! Buk. Młody buczek właściwie. Tyle, że w odmianie czerwonej. Czyli ozdobnej, hodowlanej. A las naturalny. No, może nie dziki, bo ręką ludzką sadzony. Jednak okazów parkowych w nim nie uświadczysz.

Skąd przeto ten cudak tutaj? Sam jeden. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegam podobnego, a na pewno by się na tle zielonych braciszków wyraźnie odcinał. Mutacja? Samosiejka – uciekinier? Ale jak uciekł? To naprawdę dzika gęstwina i do cywilizacji ludzkiej stąd daleko. Fakt: tuż obok, kilkanaście metrów dalej, w głębokim wąwozie przebiegają tory kolei żelaznej. Jako, że przebiegają w wąwozie, na zdjęciu ich nie widać, lecz wysokie sosny w tle, uwierzcie na słowo, porastają już drugi brzeg parowu. To niewątpliwie twór cywilizacji. Ale przecież nikt nie sieje umyślnie wokół torów kolejowych parkowych odmian buka. Raczej przeciwnie: rżnie się bezlitośnie i bezmyślnie wszystko, co wyrosło po brzegach. Zwłaszcza ostatnio. Pod topór kolejowych ekip trafiły w moich okolicach tysiące dorodnych, pomnikowych drzew.

Może i lepiej, że na zdjęciu nie widać wąwozu, bo to karczowisko nie napawa optymizmem.


Nieważne, jak tu trafił. Ważne, że jest malowniczy. Młode, świeże, wiosenne liście w głębokiej barwie zacnego burgunda, tak przeze mnie ukochanego. Już same w sobie są efektowne, a w kompozycji z zielenią sąsiednich buczków, tych naturalnej odmiany, prezentują się jeszcze piękniej.

Chciałoby się umieć opisać to piękno. Ale nic z tego, warsztat nie ten. O czym już zresztą, „źle zadowolony”, wspomniałem w pierwszym sprawozdaniu ze swych przejażdżek.

Z tego samego powodu nie poważę się, choć z żalu serce krwawi, a wątrobę gorzka żółć zalewa, na poważniejsze robótki literackie, choć inspiracja aż dudni!

Można by na przykład pokusić się o ulepienie liryku dumającego nad zagubieniem i alienacją tego drzewka samotnego-odmiennego w gęstym boru.

Albo machnąć kawałek chropawej, twardej prozy, prezentującej marne perspektywy „buka malowanego”, którego niechybnie czeka zagłuszenie przez pleniącą się wokół obficie zieleń.

Lub też skonstruować misterny esej, analizujący z wdziękiem i erudycją zagadnienie możliwości powrotu do natury po latach życia w pobliżu ludzkich siedzib. Czy wydelikacenie będące spuścizną wieloletniego zamieszkiwania parków i ogrodów pozwoli na readaptację w dziczy? I dalej w tym stylu.

Można by spróbować. Ale po co? Impotencję twórczą w takich chwilach czuję wyjątkowo dotkliwie. Efekt pracy byłby jeszcze bardziej karykaturalny, niż przedstawione wyżej projekty. Potraktuję je przeto jako „tematy do odstąpienia”.

Korzystajcie!

I mknę dalej przez las, sprytnie strząsnąwszy z ramion brzemię odpowiedzialności.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 4

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a (tym razem wyjątkowo)
samochód, nie rower, dzielnie niesie przez zmieniające się krajobrazy mnie samego i
moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat na owe kilogramy nic ta
przejażdżka nie pomoże, lecz trudno. Czasem trzeba załatwić sprawy na tyle daleko od
domu, że rowerem nijak by się tam nie dotarło.
Miałem nieco czasu, więc postanowiłem zboczyć odrobinę z trasy i odwiedzić pole
bitwy pod Mokrą. Jednej z niewielu wygranych potyczek Września. By oddać hołd
Obrońcom.
Pomnik, owszem, stoi. Ale cokolwiek zapuszczony. Że już o gazonach wokół niego nie
wspomnę.


Taki mamy czas, iż całą uwagę i pieczołowitość pompuje się w Wyklętych. Nawet dla
akowców nie starcza czasu. Cóż więc mówić o chłopcach Września! Żadne przegięcie
nie jest zdrowe: warto by o tym trochę pomyśleć. Jednak wyznawcy z zasady nie myślą.
Czciciele Wyklętych też nie.
Obok osiemnastowieczny kościółek p.w. św. Judy Tadeusza. 1 września roku
pamiętnego przez cały dzień znajdował się w centrum pancernej bitwy. I ocalał. Co
poczytano za cud.


Za kilkanaście minut będę przejeżdżał przez Wieluń. Bój pod Mokrą jeszcze się nie
zaczął, piąta rano jeszcze nie wybiła, a w Wieluniu już opłakiwano ponad sto ofiar
nalotu Luftwaffe. Cywilnych ofiar. Większość zginęła we własnych łóżkach. Cud się nie
wydarzył.
Bój pod Mokrą jeszcze się nie zaczął, a w Szymankowie już było po egzekucji
kolejarzy i celników, którzy udaremnili podstępne zajęcie przez Wehrmacht mostów w
Tczewie. Zastrzelono 20 funkcjonariuszy. I drugie tyle członków ich rodzin. Cywilów.
Cud się nie wydarzył.
Przez kolejne sześć lat śmierć będzie sobie urządzać orgiastyczną ucztę. Cud się nie
wydarzy.

A w Mokrej się wydarzył! Ocalał kościółek! Ładny kościółek, nie przeczę. Ale…
Powstrzymam się przed użyciem wulgaryzmu i stwierdzę oględnie: wsadźcie sobie taki
cud.
Mówią, że na mitologizowanie podatne są słabe umysły. Nie twierdzę, by mój był jakoś
szczególnie mocny, niemniej takie interpretacje wydarzeń faktycznie nie mają do niego
przystępu. Lecz może w ten sposób łatwiej znieść nieznośną rzeczywistość?
I mknę dalej przez zmieniające się krajobrazy, zastanawiając się: dobrze to, czy źle, żem
zupełnie niepodatny na ich ogląd odrealniony.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 3

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Oho! Stop! Pstryk fotkę…


…i można jechać dalej. Snując refleksje, rzecz jasna.

Powiadają: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Bzdura wierutna i myślenie życzeniowe.
Nie wzmocni, tylko porani i odkształci. Ale żyć trzeba dalej, skoro nie zabiło.
I tylko zastanawiam się, co we mnie bardziej autentyczne. Ta pierwotna, arkadyjska naiwność przed? Czy zimny, stalowy realizm po? Nie pytam, co lepsze (bo oba diabła warte), tylko co precyzyjniej oddaje prawdę o mnie. Wichura – tak, ona była najprawdziwsza, ale przyszła z zewnątrz.

Ot, taka pseudogłębia pseudorozważań. Pseudointelektualisty na bicyklu. Pośrodku boru. Zresztą, byli już tacy, co podobne kwestie roztrząsali dużo wcześniej i znacznie bardziej dogłębnie. Inna sprawa, że z podobnie miernym skutkiem.

I mknę dalej przez las, pokrzepiony łykiem schadenfreude.

Notatnik niespiesznego cyklisty (2)

Mal Content

czyli
Z dziennika tetryka

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Jadę i myślę: „Ciekawe, kiedy znów trafi się coś godnego Dziennika tetryka?”

Wykrakałem. Polanka. I uroczy ensemble: wejdzie taki łowczy na ambonę, spojrzy na kwitnące drzewko, może się nawet rozrzewni jego pięknem, zapewne wyprodukuje refleksję, że oto kolejną wiosnę los pozwolił mu oglądać. Następnie oko zawiesi na celowniku, palec położy na spuście. I na zimno, dla przyjemności… Bo przecież nie
z potrzeby.

Niegdyś, przemyśliwując (nomen omen) to zjawisko, starałem się wykazać otwartość, wysłuchać argumentów, nie skreślać pochopnie. Nie udało się. Zabijania dla rozrywki wytłumaczyć się nie da, cała zaś hubertusowska męsko-szlachecko-junacka (a czasem nawet patriotyczna!) otoczka odstręcza okrucieństwem oraz, w sumie, infantylizmem. Nie zamierzam korzystać z żadnej oferty serwowanej przez specjalistów od eschatologii. Każda ma jakiś feler. Taka na przykład teoria reinkarnacji. Zakłada, że bytowanie ludzkie jest wyższe od zwierzęcego. Nie powiedziałbym. Zwierzę nie zabija dla relaksu. Ale załóżmy, że krąg wcieleń – sansara – się toczy, niezależnie od moich na nią poglądów. Może przeto chociaż taki myśliwy, jako okrutnik, wcieli się w przyszłym życiu w niższą formę płowej zwierzyny i odczuje przedśmiertny strach wobec innego nemroda, kierującego ku niemu lufę swego sztucera?

Ech, marzenie o sprawiedliwości! Jedno z najbardziej szkodliwych złudzeń. Zamiast kręgu wcieleń wolę kręgi rowerowych kół. I, praktykujący mięsożerca, mknę dalej przez las, tłumiąc gorycz hipokryzji.


PS.
Zdjęcia są, jako się już rzekło w uprzednim wpisie, gównianej jakości, ale tak to już będzie na stałe, bo biorę ze sobą na przejażdżki tylko smartfona.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli z dziennika tetryka (być może numer 1)

Mal Content

Napojony do syta goryczą udałem się swego czasu na emigrację wewnętrzną (czyli, używając nieco grubszego kolokwializmu, zacząłem mieć wywalone na otoczenie społeczne). A owa emigracja to zaprawdę urocza kraina. Zwłaszcza dla kogoś, kto osiągnął wiek, zwany „młodością starości”.
Ale nawet tetryk chciałby, żeby jego starość przebiegała wśród przyzwoitych standardów zdrowotnych. No, słowem: w pierwszy dzień wiosny, gdy pogoda wdzięczyła się podstępnie za oknem i nie było już żadnej wymówki, wsiadłem na rower, otwierając sezon pozbywania się zimowej nadwagi.
Społeczeństwo mnie nie ceni, a i ja, „źle zadowolony”, żywię względem niego zbliżone uczucia. Jak by to swoje trwanie outside zracjonalizować? Czemu się nawzajem nie lubimy? Żydem nie jestem…, bo nie: brak przodków. Znaleźliby się niemieccy; też niby dobrze, lecz jednak nie to samo. Masonem też nie – za krótki jestem, żeby mnie przyjęli. Ale cyklistą? Jak najbardziej! Zwłaszcza, że tereny wokół wymarzone do rowerowych eskapad: lasy, pola, pustki. Brak społeczeństwa.
Tu, i tylko tu, mogę się czasem poczuć „dobrze zadowolony”. Gdy pierwszego dnia wiosny napotkam taki oto, na przykład, widok:


Trwam w oczarowaniu. Wyjaśniam: nie są to „konie we mgle”, bo nie mgła je otacza, jeno poświata zmęczonego, zachodzącego słońca, które na pożegnanie prószy tymi refleksami.
Ale co ja się będę, „źle zadowolony”, produkował literacko?! Zrobiłem te zdjęcia gównianym aparatem, prezentują więc żenującą jakość techniczną. A i tak nie byłbym w stanie odmalować słowami choćby cząstki piękna w nich zawartych. Taki warsztat!
Nawet tytuł musiałem zapożyczyć u Stempowskiego. Wiosna się rozpędza. Wycieczki rowerowe będą częstsze. Może od czasu do czasu podzielę się kolejnymi olśnieniami, doznanymi w ich trakcie? Nie żebym chciał komuś sprawić przyjemność. Raczej sobie pragnę ulżyć, ulewając nieco żółci. Bo żółci w moich komentarzach nie zabraknie, to mogę obiecać. Jeśli jakiś śledziennik znajdzie przyjemność w lekturze, zapraszam. A jeśli nie, to niebo mi na głowę nie spadnie.
Spoko wodza!