Szopa w salonie 23

Łukasz Szopa

Rozczarowanie wolnym rynkiem

Moje pierwsze mocne rozczarowanie „wolnym rynkiem“ nie było spowodowane kryzysem finansowym 2007-2008. Ani też jedną z chwil, gdy jako „wolny ciułacz“ musiałem stwierdzić, że dochody nie zawsze starczają by pokryć wydatki na mieszkanie, jedzenie i takie tam. Powodem czy „otwarciem oczu“ nie były też żadne dyskusje z lewicowymi aktywistami na Kreuzbergu czy Christianii, ani studia ekonomii.

Moje pierwsze rozczarowanie tą ideą miało miejsce… w pierwszym czy drugim dniu pierwszej podróży na „Zachód“, latem 1985 roku. Ale przewińmy taśmę wspomnień trochę do tyłu – czyli do komunistycznej Polski, w której już przed tą podróżą wpajano mi, a robili to antysystemowo nastawieni rodzice i dziadek, że system „centralnego planowania“ i w ogóle cały „socjalizm“ jest do bani – i jak w porównaniu lepszy jest zachodni system wolnego rynku. Już jako dziesięciolatek rozumiałem logikę, że dużo większy sens ma wolny handel, popyt konsumentów, wiążąca się z nim podaż producentów, i jako wynik tych dwóch czynników – indywidualnie przez handlowców definiowane ceny. Oczywiście, jasne było też, że istnieje wiele różnych produktów służących do jednego celu, czy to pasta do zębów, czy samochody. I że gdy ceny są niższe, oznacza to często gorszą jakość, i odwrotnie – i że jako konsument, dzięki wolnej woli, wybieram albo jedno, albo drugie.

No i potem szok „Zachodem“. A dokładniej mówiąc – pierwszym supermarketem. Nie, nie bogatą ofertą, na to byłem przygotowany – choć owszem, dziwił mnie fakt, dlaczego wspomniane pasty do zębów czy paczki z płatkami owsianymi wystawione były w kilkudziesięciu sztukach na raz (ten sam produkt!) – co za marnotrawstwo przestrzeni, i gdzie tu opiewana efektywność? Jednak kompletnym rozczarowaniem było coś innego – a mianowicie: ceny.

Nie, nie dlatego, że w przeliczeniu na nasze komunistyczne złotówki były to fantastyczne ceny. Negatywnie zaintrygowało mnie coś innego: definicja cen. Były kompletnie absurdalne, komplikujące życie i konsumenta, i sprzedającego!!! No bo jak inaczej rozumieć te wszystkie 2,99 DM, 34,95 szylingów, czy 13,98 guldenów? Czyste wariactwo, czy też sado-masochizm tych, co w sklepie definiowali ceny i przyklejali te jaskrawoczerwone czy żółte mininaklejki na każde opakowanie! Czy nie można prościej? Komu po cholerę to komplikowanie sprawy z groszami i fenigami?

No i dopiero po jakimś czasie – a może po odpowiedzi mojego taty – zrozumiałem, że to po prostu trick, o ile nie oszustwo. Że w ten sposób cena „wygląda“ na niższą, choć to tylko kilka grosików – ale że tak właśnie funkcjonuje psychologia, którą wykorzystuje sprzedający, by zachęcić kupującego, któremu wydaje się, że „5,95“ to  wyraźnie mniejszy wydatek niż „6“ – a takie właśnie ceny okrągłe, pełne, znałem z „komunistycznej“ Polski.

Cóż, zrozumiałem, że „wolny rynek“ to nie tylko popyt, podaż, konkurencja, wolność w ustalaniu cen i jakości, ale i – wolność w manipulacji konsumenta.

Szopa w salonie 22

Łukasz Szopa

Bieda – nie tylko relatywna

Niedawno nowy niemiecki minister zdrowia, Jens Spahn, stwierdził, że w Niemczech żyjący na zasiłku ludzie nie tylko mogą z tym całkiem normalnie żyć, ale i zdrowo się odżywiać. Reakcje były niemal bez wyjątku krytyczne i negatywne (z wyjątkiem neoliberalnej FDP), ale warto zastanowić się nad tym, co powiedział, i skąd mu się to wzięło (opócz oczywistej próby wyprofilowania się jako konserwatysta i prawicowiec).

Na pierwszy rzut oka – szczególnie dla tych, którzy w Niemczech nie muszą żyć z zasiłku, t.zw. „Hartz 4“, albo dla osób z innych krajów – mogłoby się wydawać, że ma rację. Gdyż na przykład zasiłek na osobę – wliczając średnie koszty wynajmu mieszkania, które urząd opłaca – to prawie 800 Euro.

Niemała kasa – nie tylko dla uchodźców gospodarczych i niegospodarczych z Polski czy Gambii – gdy porównać to do „średniej krajowej“ zarobków w tych krajach, ale i do medianu zarobków (bo „średnia“ często jest statystycznie zawyżona tym malutkim, ale bardzo bardzo dobrze zarabiającym odsetkiem najbogatszych). Nie mówiąc o podobnych zasiłkach – o ile istnieją, i o ile ma się do nich prawo.

Dlatego, oczywiście, że niemieccy biedni – to bardzo bogaci biedni. W absolutnym porównaniu osób z podobnym statusem właśnie w Gambii czy Polsce. Za taką „niemiecką“ kasę miesięcznie można się nieźle urządzić – może nie w Warszawie czy Bandżulu, no ale już trochę na prowincji, czy to pod Częstochową czy nad Atlantykiem w Gunjur – jak najbardziej. Mały szkopuł jednak nie tylko w tym, że cóż nam z takich porównań „absolutnych zasiłków“, gdy niemiecki „zasiłkowiec“ raczej nie jest w stanie (a i mu nie wolno) wyjechać sobie w te piękne rejony i bytować – bo musi jednak pozostać tam, gdzie mu wypłacają tę niemałą sumę. No i tu właśnie pojawia się ten „domowy“ problemik, że… co prawda dobrze mieć te niecałe 800 eurosów, ale – na zakupy trzeba jednak iść za róg, a i koszta za czynsz, energię i inne raczej do życia niezbędne sprawy – trzeba płacić. W cenach – niemieckich, nie gambijskich czy częstochowskich. I tym samym ta okazała suma zasiłku jednak robi się mniej okazała.

A więc, nie tylko pan Spahn powinien pamiętać: patrz nie tylko na dochody i zasiłki, a również na wydatki czyli koszta, zanim powiesz, że można „zdrowo i godnie żyć“.

Ale jest i trzecia strona medalu (tak!, nie wiedzieliście, że medal ma zawsze trzy strony? To zobaczcie sobie dokładnie, w ręku, ten kawałek metalu. Kto nie ma, można użyć monety).

No i ta mało zauważalna strona medalu mówi, że jednak niemieccy zasiłkowcy nie powinni zapominać, że ogólnie, „relatywnie“, w porównaniu do bliźnich losem w Gambii czy Polsce – żyją jednak lepiej. I że wielu chętnie zamieniłoby się miejscami z takim niemieckim zasiłkowcem. Gdyż jedno wysokość zasiłku, drugie koszta życia, a trzecie – to jednak standard życia, który oferują kraje rozwinięte jak Niemcy, z czego korzyść ma każdy – od miliardera po biednego. Jest to poziom bezpieczeństwa, infrastruktura, szanse edukacji, poziom środowiska, albo tak „teoretyczne“ kwestie jak praworządność czy po prostu – pokój.

Fajne te Niemcy, ale – i tak narzekają. Na biedę. Szczyt narzekania to coroczne publikacje t.zw. „Raportu biedy“ („Armutsbericht“), który opiera się na statystykach biedy i ubóstwa właśnie… relatywnego. To znaczy, liczony jest odsetek osób, których miesięczny dochód to mniej niż 40% medianu dochodów netto. Wiem, trochę trudna definicja, proszę pogooglować, ale jakbyśmy tego dochodu nie tłumaczyli (czyli podstawy naszych 40%) – to problem jest w tym, że… problem ten będzie zawsze! To znaczy, istniał będzie tak długo, jak długo istnieć będą różnice w dochodach. Dam dwa przykłady. Pierwszy: wyobraźmy sobie, że wszyscy obywatele oprócz jednego mają z roku na rok ten sam dochód (obojętnie czy zarobek czy zasiłek czy emerytura itp.). Ale ten jeden dostał od wujka z Ameryki mega-spadek (tak, wujkiem jest Warren Buffet), czyli kilkadziesiąt miliardów dolarów. Efekt dla tej relatywnie mierzonej biedy? Taki, że nagle wszyscy statystycznie biedniejemy! No, oprócz tego jednego siostrzeńca pana Warrena…

Przykład numer dwa ze świata realnego. Pamiętacie kryzys finansowy w 2007 roku? Padały banki, akcje leciały w dół, produkcja, inwestycje, wzrost gospodarczy, bezrobocie – wszystko leciało w dół (no, to ostatnie oczywiście w górę…) A co powiedział nam „Armutsbericht“ opublikowany na początku 2008 roku? Że poziom relatywnej biedy w Niemczech… zmalał!!! Cud? Czyżby biedni potajemnie spekulowali i zainwestowali w opcje spadku cen na giełdach? Nie, po prostu… wtedy, w okresie niecałego półrocza, w dość krótkim czasie dość dużo (bardzo dużo!) kasy stracili ci najbogatsi – czyli ci, którzy są właścicielami i akcjonariuszami przemysłu, banków, obligacji państowych na szeroką skalę.

Podobne statystyki robi zresztą na większą skalę OECD – i wychodzą takie ciekawostki, że… relatywna bieda w Niemczech (9,5%) niższa niż w Kanadzie (12,6%), ale wyższa niż na Słowacji (8,7%), a nasza Polska „wyprzedza“ Niemcy w biedzie minimalnie (10,4%).

Dziwne wrażenie, dziwne odczucia?

Nic dziwnego. Gdyż tu dochodzę do punktu, o którym wspomniany Jens Spahn kompletnie zapomniał: poczucie biedy. Pisząc o tym, oczywiście pozostawiamy całą sferę statystyk i liczb relatywnych i absolutnych, a – pozostajemy przy ludziach, przy człowieku. Może się nam ten homo sapiens w swoim może mało racjonalnym zachowaniu i odczuwaniu nie podobać, ale faktem jest – że właśnie bieda czy ubóstwo odczuwalne ma dużo większe znaczenie niż liczby, wskaźniki i porównania.

Gdyż ubóstwo to często wykluczenie. Nie każdy poradzi sobie jak Robinson (który, nota bene, był na swojej wyspie równocześnie najbogatszym i najbiedniejszym, póki nie pojawiła się Piętaszek), i nie jest to tylko pusta zawiść, a po prostu wstyd i przykrość, gdy widzą, że nie mogą jak większość społeczeństwa wielu rzeczy: jechać na urlop, czy w ogóle czymkolwiek jechać oprócz metra i autobusu, iść do knajpy i zaprosić rodzinę czy przyjaciół na „rundkę“ czy kolację, pójść do kina czy do dyskoteki, w końcu – kupić coś nowego do ubrania. Nikt z braku tego wszystkiego co prawda nie umiera (no, chyba że powoli, ze smutku, goryczy, depresji – to też statystycznie udowodnione, a propos!) – ale żyje się źle. Biedę się czuje.

No i można by powiedzieć, „a niech tam! Co mnie te smutasy obchodzą, mnie dobrze, radzę sobie!“. Tak? A jak się żyje w kolejnym kraju, gdzie prawica staje się tak radykalna, że pełną garścią sięga po postulaty i wyborców opuszczonych przez lewicę, „troszcząc się“ o nich i „rozumiejąc ich“? Może warto przypomnieć sobie niby altruistyczne, ale w praktyce jak najbardziej utylitarystyczne doświadczenie ludzkości, że SOLIDARNOŚĆ SIĘ OPŁACA?…

Szopa w salonie 21

Łukasz Szopa

Równa płaca

Zbliża się ósmy marca, więc napiszę coś o kobietach. A że zbliża się też tak zwany „Equal Pay Day“ (Dzień Równej Płacy), który w Polsce w 2018 przypada ledwie dzień później – czyli dziewiątego marca – będzie dziś o tym ważnym, aczkolwiek kontrowersyjnym dniu.

Kontrowersje dotyczą głównie definicji – bazujących na założeniach i statystyce. Mówiąc po prostu, licząc różnicę średniej płacy dla kobiety i mężczyzny, wychodzi na to – w każdym kraju różnie, ale wszędzie gorzej dla statystycznej kobiety – że kobiety zarabiają mniej, czyli jakby licząc w skali całego roku – do 9 marca pracują jakby za darmo.

Oczywiście, tak tego nie można liczyć, mówią jedni. Argumentując, całkiem niegłupio, że nie można porównywać gruszek z jabłkami, i że różnice w dochodach wynikają z różnych zawodów statystycznie i przeciętnie wykonywanych przez kobiety i przez mężczyzn, no i z faktu, że kobiety częściej pracują na pół czy trzy czwarte etatu. Dlatego istnieje też – przynajmniej w Niemczech – tak zwana „definicja sprostowana“, biorąca ww. powody pod uwagę. I wtedy wychodzi nam, że różnica w płacach to nie 21%, a tylko 6%. Też źle, choć mniej źle.

Oczywiście, Polki (a i Polacy!) mogą się cieszyć, że w Niemczech gorzej niż w Polsce, gdyż dla Niemek (a i innych kobiet obojętnie jakiej narodowości w Niemczech) do 18 marca, czyli 9 dni dłużej harują za nic. (Dane Polski i Niemiec z 2017). Ale co komu taka schadenfreude da – oprócz wyzyskujących różnice między krajami międzynarodowych korporacji? Z drugiej strony, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, z biegiem ostatnich 10 lat Equal Pay Day zbliża się do 8 marca, czyli różnice się zmiejszają. Ile jednak przyjdzie nam poczekać do północy z 31 grudnia na 1 stycznia?

Poza tym, uważam, że jednak powinno się brać pod uwagę tą wyższą różnicę, a nie „sprostowaną“. Dlaczego? Gdyż po pierwsze – jednak oznacza to, że ponad 50% pracujących ma mniej kasy, by z niej żyć, niż męska mniejszość. Po drugie – skądś się to przecież bierze. Czy to z gorszych szans w edukacji, w „selekcji“ w karierze zawodowej, w końcu w powodach, że jednak nadal „hamulcem“ w płacach jest dziecko. Nie tylko sam okres ciąży, czy miesięcy po. W końcu nadal w obu krajach jednak to matka więcej czasu po porodzie spędza w domu niż ojciec. A gdy dziecko uda się wreszcie oderwać od piersi i ulokować w przedszkolu, to i tak głównie kobiety pracują krócej – co widać codziennie przed przedszkolami, gdzie nawet w „lewicowo-liberalnym“ Berlinie 75% odbierających rodziców w godzinach między 16:00 a 17:00 to istoty płci żeńskiej… A o tym oczywiście wie każdy pracodawca – który wcale nie ze złośliwości czy mizogynii, a czysto materialistycznie, woli nie tylko promować raczej facetów w swojej firmie (nawet, gdy tym szefem-pracodawcą jest kobieta), ale i „na dzień dobry“, czyli od umowy o pracę, oferuje mężczyznom na takim samym stanowisku więcej niż kobiecie.

Są co prawda wyjątki – ale dotyczą głównie zawodów najgorzej opłacanych, jak listonosze/ listonoszki, pielęgniarki/pielęgniarze czy właśnie wychowawcy w przedszkolach.

Do tego dochodzi ciekawy fakt, że państwo pozwala na umowy o pracę, w których zawarte są punkty wyraźnie zabraniające pracownikom (obu płci!)… ujawniania własnych zarobków! Czyli jak chcę się dowiedzieć od kolegi/koleżanki, ile on/ona zarabia na tym samym stanowisku co ja, to… VERBOTEN! A i związki zawodowe jakoś wcale nie domagają się wyższych płac dla kobiet. Czyli wyrównania zarobków. Owszem, regularnie domagają się wyższych płac dla wszystkich, co w efekcie – jeśli podwyżka przejdzie – oznacza dalsze utrwalenie różnicy w płacach.

W sumie to nie tylko nielogiczne, ale i kryminalne. Zarówno zakazy upubliczniania zarobków, jak i w ogóle różne opłacanie pracownika/pracownicy za tą samą pracę. Proste. I niesprawiedliwe.

Gdyby do tego zrobić inne statystyki – na przykład wliczyć emerytury czy stan posiadania majątkowego (oszczędności, nieruchomości, itp.) na przeciętnego statystycznego Polaka/ Niemca w porównaniu ze statystyczną Polką/ Niemką – pewnie taki „Equal Capital Day“ wypadłby jeszcze gorzej dla kobiet. Tak, powie ktoś „ale kobiety dłużej żyją – i potem dostają to i tak w spadku“. Prawda, ale czy – jako mężczyźni – chcemy mieć sytuację, gdy potrzeba naszej wcześniejszej śmierci, by wyrównać tą materialną niesprawiedliwość?

Ale, żeby nie wypaść całkiem na feministę, dodam dręczący mnie trochę przykład wyrównania płac. Chodzi o profesjonalnego tenisa, czyli domenę, gdzie każdy „pracownik“ (czyli tenisistka czy tenisista) są „wolnym zawodem“ i niby to ich sprawa, ile zarabiają. No, ale w tenisie profesjonalnym jest tak, że każdy zarabia za każdy następny mecz w turnieju, i to tyle samo – w zależoności od rundy, którą udało się osiągnąć. Do niedawna nie było jednak „tyle samo“, gdyż istniała różnica między panami a paniami. Od kilku lat największe turnieje, taki Wimbledon na przykład, pod naciskiem kobiet (tenisistek, byłych i tych aktywnych), zmienił swoją „politykę płac“ – i kobiety dostają za każdą rundę, aż do nagrody za zwycięstwo tyle samo. Jedyną różnicą pozostał inaczej wyglądający puchar dla zwycięzcy/zwyciężyni.

No i tak sobie myślałem, że to jednak nie fair. Że kobiety zarabiają za zwycięstwo tyle samo co faceci. Bo w końcu – właśnie w turniejach wielkoszlemowych, jak Wimbledon, kobiety grają na dwa wygrane sety, a mężczyźni na „best of five“. Czyli kobieta gra mniej i krócej (średnio do zwycięstwa potrzebuje około 14-16 gemów), a mężczyzna musi się męczyć dłużej (średnio 23-26 gemów). Owszem, znam „fanów tenisa“ (mężczyzn!), którzy jednak wolą oglądać kobiety – i to nie tylko z uwagi na samą grę (zagrania, taktykę, technikę, emocje), ale dlatego że lubią wysportowane kobiety o długich nogach w któtkich spódniczkach, które co jakiś czas wydają jęki (wysiłku, nie rozkoszy, no ale…). No ale czy to – czysto kapitalistycznie patrząc – rzeczywiście tłumaczy fakt, że najwidoczniej opłaca się organizatorom turniejów tenisowych i ich sponsorom płacić kobietom więcej – licząc „na godzinę“?

Myślę, że jednak tak. Co prawda dane oglądalności, nie mówiąc o przeliczeniu na zyski z reklam, pozostają tajne, ale władcy pieniędzy w tenisie nie zrobiliby tego, gdyby się nie opłacało. A opłaca się może nie „od meczu“, ale ogólnie. Gdyż oprócz oglądalności dla organizatora i sponsorów liczy się też imidż turnieju. Taka to smutna prawda – że właśnie dlatego płacą kobietom tyle samo „od meczu“, czyli więcej „od punktu, gema, seta“. Dobrą stroną tego jest jednak to, że paniom udało się – solidarnością i naciskiem medialno-sportowym – zmusić organizatorów do takiej „polityki płac“. Gdyż żyjemy na szczęście w czasach, gdzie nierówne płacenie przestaje być „sprawiedliwe“ czy „sexy“ – czyli sami widzowie i fani tenisa, jak i konsumenci produktów każdego sponsora przyczynili się do tej zmiany.

No i udało się to właśnie dlatego, że w turniejach tenisowych płace – czyli nagrody za wygrane – SĄ JAWNE.

A panowie (nie widzowie, a gracze)? Jeśli im się nie podoba, to niech zaprotestują jak ich koleżanki. Oby jednak ich argumentem czy postulatem nie było „dajcie babom mniej!“ czy „niech i one grają dłużej!“ – a skrócenie własnego czasu pracy do dwóch wygranych setów.

Z kolei panowie pracujący w innych branżach niż profesjonalny tenis – niech zabawią się w „rebeliantów“ i „Janosików“, i niech otwarcie rozmawiają z koleżankami o swoich i ich płacach. A jak się boją, to wystarczy „niechcący“ pozostawić wyciąg z konta płac czy kopię umowy o pracę na stołówkowym stole…

Szopa w salonie 20 (reblog)

Boli.tyka

Łukasz Szopa

List do ambasadora RP w Niemczech, Andrzeja Przyłębskiego

Warszawa, 02.02.2018. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas konferencji prasowej po spotkaniu noworocznym z korpusem dyplomatycznym, 2 lutego 2018 roku w Senacie. (tg/pkus) PAP/Tomasz Gzell

Berlin, 19.02.2018

Szanowny Panie Ambasadorze,

Jako obywatel Polski żyjący zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, nie zaliczam się co prawda do „Polonii“, pragnę jednak zareagować na list Marszałka Senatu, pana Stanisława Karczewskiego z dnia 07.02.2018, w którym wzywa on Polaków żyjących zagranicą do

podejmowania wszelkich możliwych działań, których celem będzie upominanie się o prawdę historyczną
i
o dokumentowanie i reagowanie na przejawy antypolonizmu, krzywdzące nas sformułowania i opinie. Proszę o powiadamianie naszych ambasad, konsulatów i konsulów honorowych o pomówieniach naruszających dobre imię Polski“.

Wielu moich przyjaciół i znajomych – zarówno w Polsce jak i Niemczech – odebrało ten list jako bardzo bulwersujący apel, nawołujący do szpiclowania, donosów, a nawet „szmalcownictwa“.

Ja również uważam ową „zachętę“ jako bardzo kontrowersyjną, pragnę jednak z niej skorzystać – choć obce są mi pobudki jakiegokolwiek donosicielstwa.

Dlatego właśnie zwracam się do Pana, nie tylko jako urzędnika ambasady RP zagranicą, ale i osoby kompententnej w kwestii współpracy – jawnej czy tajnej – ze służbami, i chciałbym poinformować o dwóch przypadkach jak najbardziej „antypolskich“ jak i niezdodnych z prawdą historyczną wypowiedzi, naruszające dobre imię Polski:

1. Jarosław Aleksander Kaczyński, ur. 18.06.1949 w Warszawie, poseł na Sejm RP:

Krajowa Rada Sądownictwa to jest niewątpliwie instytucja postkomunistyczna“

Tusk ma krew na rękach” i „nie jest godny reprezentowania Polski za granicą”

Dla mnie Wałęsa to TW Bolek“

2. Andrzej Przyłębski, ur. 14.05.1958 w Chmielniku, ambasador RP w Niemczech:

PiS podnosi Polskę z ruiny, w której pogrążyła ją Platforma Obywatelska. W Polsce wszystko: instytucje państwowe, policja, wojsko, szkoły, uniwersytety, sądy, znajdowało się w głębokim kryzysie, który ukrywały media.“

Tutaj dodam, że nazywanie naszego kraju „ruiną“ jest ponadto wyrazem braku poszanowania dla historycznie faktycznych ruin – jak Aleppo, Grozny, Sarajewo czy powojenna Warszawa, i sytuacji ich mieszkańców.

Dlatego proszę – nawiązując do apelu Marszałka Karczewskiego – o niezwłoczne poinformowanie polskich instytucji czy urzędów (jakich – tego pan Karczewski niestety nie zdefiniował) o obu osobach i ich wyżej wspomnianych wypowiedziach niezgodnych z faktami historycznymi i naruszających dobre imię naszego kraju.

Z wyrazami szacunku

Łukasz Szopa

Oryginał listu do ambasadora RP

Szopa w salonie 19

Łukasz Szopa

Wzrostki gospodarcze

Miesiąc temu, pisząc o mniejszych lub większych absurdach statystycznych interpretacji kwestii ekonomicznych, wspomniałem tylko wstępnie o temacie najbardziej absurdalnym – tak zwanym „wzroście gospodarczym“ i jego niemalże dogmatyczno-religijnemu znaczeniu w dyskusjach i ocenach ekonomicznych.

„Wzrost gospodarczy“ rozumiany jest jako procentowa zmiana z roku na rok t.zw. produktu krajowego brutto (PKB). Z kolei sam PKB – lekko upraszczając – można liczyć na dwa sposoby: albo jako sumę dochodów wszystkich obywateli danego kraju, albo sumę ich wydatków (co w sumie, w tej uproszczonej wersji, powinno wyjść na jedno). Czyli jeśli weźmiemy sobie jakiś kraj, na przykład Albanię z roku 2016 – to było to 11,93 mrd. dolarów. Z kolei rok 2017 to już 13,00 mrd. – czyli wzrost w ciągu roku o prawie 9%. Świetnie, nie?

No niby tak, na pierwszy, pobieżny rzut oka. Gdyż należy wziąć pod uwagę kilka innych rzeczy. Pomijając kwestie nie-ekonomiczne jak zdrowie, bezpieczeństwo, wolność czy szczęście – gdyż całe to liczenie PKB opiera się na czysto materialistycznym założeniu, że „im więcej tym lepiej“. I, pamiętajmy, nie jest to dogmat typowo kapitalistyczny czy „neoliberalny“ – gdyż komuniści, od 1918 roku „goniąc zgniły Zachód“, też chwalili się „wzrostowymi“ danymi gospodarczymi – nawet jeśli by wierzyć w te ich statystyki. Ale dobrze, pozostańmy w dyskursie czysto materialistycznym.

Pierwsze „ale“ dotyczy poziomu, z którego startujemy, licząc roczny wzrost PKB, czy nawet licząc to w dekadach. Stąd wcale nie jest powodem do zmartwień, że wzrostu jaki zaliczyła Albania – nie zaliczyły ani najsilniejsze w Europie ekonomicznie Niemcy, ani bogata w oszczędności swoje i cudze Szwajcaria, ani niskopodatkowa Irlandia, ani żyjąca z zasobów naturalnych Rosja. I tak dalej. Kto startuje z gorszego pułapu gospodarczego (w co warto wliczyć istniejącą infrastrukurę, poziom edukacji, system opieki społecznej czy zdrowotnej), łatwiej „rośnie“, niż ktoś już „na topie“. Tym bardziej, że nie żyjemy w czasach kolonializmu, gdzie kilku „już wcześniej silnych“ (Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Holandia) rosło szybciej – bo wykorzystywali „mniejszych“. Teraz wykorzystywanie też istnieje, lecz wbrew propagandzie niektórych lewicowców – kraje mniejsze wcale na tym nie tracą.

A bierze się to z dwóch następnych „ale“. Fajny taki „wzrost gospodarczy“, lecz dotyczy on… całego kraju, jako sumy dochodów wszystkich obywateli. Nie mówi jednak nic o podziale tych dochodów. Czyli w kraju, gdzie 95% procent dalej żyje w biedzie, i zarabia po kilkanaście dolarów miesięcznie, a pozostałe 5% nie tylko zarabia miliony na miesiąc – ale i wzrost dotyczy głównie ich dochodów – statystyka wykaże kilkuprocentowy wzrost, jednak… wcale nie oznacza to, że się w kraju tym dobrze dzieje. Stąd przykład odwrotny: w roku 2007 i 2008, czyli zaraz po „kryzysie finansowym“, okazało się w USA jak i w Niemczech, że różnice ekonomiczne w tych krajach spadły – czyli że niby lepiej. No tak, gdyż w krótkim okresie najbogatsi stracili dużo więcej niż ci biedniejsi i klasa średnia – bo spadła wartość ich pakietów akcyjnych czy padły banki z ich oszczędnościami. A żebrak, który nic z tego nie miał, statystycznie nie stracił nic. (A że sobie odrobili to w następnych latach, tego już w tej pierwszej statystyce widać nie było…).

Następne „ale“, połączone z poprzednim, to inflacja: Bo jeśli w jakimś kraju wzrost liczy się nominalnie, czyli nie odliczając inflacji, a więc straty wartości pieniądza, to wzrost realny może okazać się dużo mniejszy. Cóż z tego, że kraj ma wzrost gospodarczy, powiedzmy, 5%, gdy inflacja wynosi 10% rocznie? Wtedy wzrost nominalny oznacza realny spadek. Tak było w Polsce czy Rosji w latach 90, a jest obecnie w Wenezueli: jeśli nie liczymy wzrostu po odliczeniu stopy inflacji, to jest to absurdem.

Dlatego też pewnie Albania chętnie wykazuje swój wzrost PKB w dolarach. To całkiem niegłupie – ale i tu pytam, czy odliczyli inflację dolara w danym roku?

No i pojawia się kwestia inna – dewaluacja rodzimej waluty. Bo jeśli nawet Albania wzrosła dolarowo o 9%, to jednak ich własna waluta w tym czasie straciła do tego dolara powiedzmy 7% – i wtedy pozostaje nam malutki wzrost, dla przeciętnego Albańczyka, zarabiającego, wydającego i oszczędzającego nie w dolarach, a w rodzimej walucie wrącz niezauważalny. A jednak czasem i on musi zakupić towar z importu, i wtedy – boli.

Z Albanii przenieśmy się do Indii. Tu też co roku niezły wzrost gospodarczy. Pomińmy tym razem inflację i dewaluację, zajmijmy się tylko podziałem dochodów. Ale nie między „bogatych“ i „biednych“, a – na głowę. Bo Indie należą do krajów o największym na świecie wzroście… ludności. Czyli, jeśli w danym roku wzrost gospodarczy wyniósł powiedzmy 6%, a wzrost ludności 3%, to… na głowę jednak jest to wzrost o połowę mniejszy!

A teraz kwestie już mniej statystyczne, choć – niestety – nadal pozostajemy w sferze czysto materialnej. I dla przykładu odejdę od modelu całego kraju, gdyż PKB można tak samo liczyć i interpretować, gdy za przykład bierze się małą jednostkę ekonomiczną, wioskę, rodzinę, czy nawet żyjącego samotnie osobnika.

Który to osobnik, przyjmijmy, w roku 2017 uzyskał dochody o 10% większe niż w w roku 2016! (Przy zerowej inflacji i stałej walucie, a że jest w tym modelu jeden jedyny, nie było ani wzrostu populacji, ani różnic w dochodach – no bo jest tylko on jeden). Czy cieszyć się z tych 10%. Może tak. Ale nie, jeśli w tym samym czasie wydał całe swoje oszczędności – obojętnie czy w złą inwestycję gospodarczą jak kupno 50 hektarów ziemi i zasianie tam herbaty indyjskiej (a mieszka na Podhalu), czy wydając wszystko w kasynie z Zakopanem. No i ma teraz olbrzymie długi.

Z kolei jego sąsiad może w tym roku zarobił o 0% więcej niż w poprzednim (czyli dokładnie to samo), ale dobrze mu z tym: długów nie ma, a nawet dostał od wujka w spadku wart ileśtam tysięcy grunt pod parking. No i kto z tych dwóch miał ekonomicznie lepszy rok?

A tu właśnie problem, że „wzrost gospodarczy“ nie bierze w ogóle pod uwagę stanu kapitałowego (obojętnie czy to konto w Szwajcarii czy stodoła w Poroninie) ani długów.

Dlatego też mamy czasem tak absurdalne – choć ludzko tragiczne – sytuacje, że „wzrosty gospodarcze“ po katastrofach naturalnych (huragany, powodzie), podobnie zresztą jak po wojnach, są w pierwszych latach wyjątkowo pozytywne. To w sumie oczywiste: pułap znów niski, kosztów tego co stracone PKB nie zawiera – a wręcz przeciwnie: zadłużamy się (jako państwo czy jako rodzina), by odbudować co zniszczone, wydajemy pieniądze szybciej i więcej niż „normalnie“ – i PKB sobie rośnie!…

Na koniec powróćmy do kwestii najważniejszej, bo podstawowej: czy wzrost PKB – czy to na całą planetę, cały kraj, region, wioskę, rodzinę, czy samotną osobę – naprawdę daje korzyści większe i inne niż materialne?

Weźmy jako trzeci przykład panią Ewelinę, sąsiadkę podhalańską obu wyżej wymienionych panów. Przyjmijmy, że pani Ewelina ma z roku na rok nie tylko coraz większe dochody, ale i wydatki (ale się nie zadłuża, wychodzi więc pod koniec roku przynajmniej na zero). Pierwsza kwestia – pani Ewelina zarabia na życie jako „konsultantka“ w handlu bronią, dostając jakiś tam procent od zamówienia. Nie tylko dochody ze sprzedaży broni, ale i wszelkie prowizje, a i sama produkcja wpływają pozytywnie na PKB. Ale już samo użycie tej broni – czy to „tylko“ w niszczeniu infrastuktury (choćby i innej broni, którą ktoś inny z kolei wyprodukował, sprzedał, sprzedał dalej, dostał prowizję itp.), ale i mostów, domów, wodociągów – naprawdę pozytywnie na cokolwiek wpływa? Obojętnie w jakim kraju? Nie mówiąc o niszczeniu zdrowia i życia ludzkiego? No i weźmy i wydatki pani Eweliny: wydaje co roku coraz więcej na wyposażenie swojej willi w Bukowinie Tatrzańskiej, coraz to piękniejsze drzewka, tryskające fontanny, marmury, alarmy, bramy elektroniczne, podobnie w samym domu: sprzęt HiFi, mahoniowe meble, luksusowe samochody, wycieczki na Seszele, kosztowne imprezy dla 150 osób, gdzie sam catering pochłania tysiące złotych. Czy jest przy tym szczęśliwa? Może tak. Ale czy jest bardziej szczęśliwa poprzez to, że wydaje więcej? Czy zamiast zaprosić 150 osób – nie byłoby lepiej zaprosić „tylko“ 15 przyjaciół? I zamiast orkiestry – jednego kumpla z gitarą? Zamiast krabów i kawioru – kiełbachy na ognisku? I zamiast kilku wynajętych toyboyów na nockę poimprezową – nie milej spędzić kilku godzin na sianie w stodole z panem Kazikiem zza miedzy – albo z jednym z sąsiadów? I – czy sama czy z Kazikiem – dozna więcej przyjemności zwiedzając Tatry Porsche Cayenne, czy jednak piechotą czy rowerem?

Ale i tu, obawiam się, w podejściu niby nie-materialnym, nie tylko pani Ewelina może wpaść w inną – i wielu homo sapiensom nie obcą – pułapkę takiego „chcę więcej“ czy „co więcej – to lepiej“. Bo i całkiem zapominając o dochodach i wydatkach może będzie co roku, po imprezie, porównywać: czy tym razem imprezowaliśmy dłużej niż rok temu (wzrost!?), czy całowałam się za szopą tylko z dwoma, a rok temu z trzema amantami (wzrost?!), czy piosenek było naprawdę więcej niż rok temu, i czy kac dłużej dawał o sobie znać dnia następnego? Czy zaliczyliśmy więcej szlaków turystycznych i wzniesień – obojętnie jakiego rodzaju?…

Szopa w salonie 18

Łukasz Szopa

Loteria finansowa

Przez jakiś czas, jeszcze do końca ubiegłego roku, byłem wiernym abonentem niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung“. I nadal lubię tę gazetę, nie tylko za obszerność i głębię tekstów i informacji, za bliskie mi światopoglądy, za krytyczne nastawienie, za humor, za inteligencję.

Szczególnie zaś lubię, gdy wszystkie te wspaniałe cechy skupiają się skoncentrowane, a właściwie – sprytnie schowane (a może nieświadomie? o tym zaraz) – w jednym małym tekście.

„Tekst“ to właściwie już za dużo powiedziane. Gdyż chodzi o tabelkę z kilkoma słowami i wieloma cyframi. Publikowaną regularnie dwa razy na tydzień. Czyli… wyniki loteryjne (różne loterie podane wspólnie, właśnie w tabelce).

I co tu takiego ciekawego, inteligentnego, gdzie tu humor? A co dopiero – światopogląd i krytyka?

Ano, poczekajcie kochani.

Gdyż godna uwagi nie jest sama treść publikacji (suche fakty wylosowanych w loteriach przypadkowo numerów), a miejsce jej zamieszczenia. Czyli jeśli kogoś chwalić, to nie tyle autora, co panią/pana (zespół?… konspiratorów?…) ds. layoutu.

Gdyż – prostokącik ten o wymiarach nie więcej niż 4 na 7 centymetrów od lat ukazuje się regularnie – wciśnięty jak niejedno ogłoszenie – w dziale… „Börse und Finanzen“ (czyli “Giełda i finanse”)!

Czy można o bardziej subtelny „komentarz“ do artykułów o „atmosferze na giełdzie“ czy „oczekiwaniach inwestorów“? Umieszczenie tabelki z wynikami loterii tuż w sąsiedztwie wielkich tabel z wynikami giełdowymi setek przedsiębiorstw, funduszy inwestycyjnych i kursów walut – uważam za po prostu genialne! Nic dodać, nic ująć. Piękne zobrazowanie faktu, do którego żaden minister finansów, bankier, inwestor, a pewnie – kto wie? – sama redakcja „Süddeutsche Zeitung“ niechętnie by się przyznała: że „finanse“, giełda papierów wartościowych, huśtawka i sinusoida kursów – to podobnie jak cyferki wylosowane w Lotto – po prostu irracjonalna loteria.

A teraz się przyznam. Bo tekst o powyższym spostrzeżeniu napisałem już ileś lat temu, w dodatku wysłałem redakcji „SZ“ maila – gdyż oni niemal zawsze odpowiadają. Napisałem więc mniej więcej powyższe słowa, formułując je jako uznanie dla „partyzanckiej działalności“ (ale i edukacyjnej!) nieznanych layouterów. Na co mi krótko i dyplomatycznie, wręcz zdawkowo odpowiedziano, że dziekują za moją uwagę, i że… rzeczywiście od jakiegoś czasu redakcja postanowiła wyniki loterii umieszczać właśnie gdzieś w dziale „Finanse“. Już myślałem: Aleś nabroił, naprowadziłeś ich na trop tego „partyzanta“, teraz go wyleją, a wyniki loterii znikną z „Finansów“ gdzieś do „Sportu“ czy w sąsiedztwo „Pogody“. Ale… Ale nie. Nadal, choć minęło kilka lat, regularnie pojawiają się tam – gdzie powinny.

Szopa w salonie 17

Już TU kiedyś, kilka lat temu, był wpis o mocy zer. Dziś temat wraca.

Łukasz Szopa

Pochwała ekonomicznych zer

Sytuację ekonomiczną – czy globalną, czy państwową, czy swoją własną – odczuwamy i oceniamy nie tylko na podstawie zasobu portfela czy zerknięcia na stan konta. Do pośrednich ocen naszego dobrobytu należą z jednej strony „odczucie“, z drugiej – statystyki.

A nieraz jedno z drugim się łączy, a raczej miesza, i to niekoniecznie sensownie i racjonalnie. Gdy zerkamy w dział gospodarczy gazety – co bardziej nas martwi: „Wzrost bezrobocia o 50%“ czy „Bezrobocie na poziomie 5%“? A co bardziej cieszy: „Przychód krajowy brutto (PKB) pozostał na poziomie 3%“ czy „W skali europejskiej mamy piąty najwyższy wzrost PKB“? Różne ujęcia statystyczne a i językowe wpływają tak na emocjonalne oceny stanu gospodarki. Ale, co ciekawe, jest i odwrotnie, gdy czytamy, że „Bank centralny obawia się wzrostu inflacji“ czy „Nastroje na giełdzie i w tym kwartale optymistyczne“. No, niby ekonomia ma być nauką, a w dodatku ścisłą – a wiadomo już nie od kryzysu finansowego w 2007, że rzeczy jak „optymizm“ czy „zaufanie“ pojawiają się w jej kontekście aż tak często – że chciałoby się ekonomię i -istów wysłać do psychologa.

Dlatego, jako ekonomista i jako optymista, opowiadam się za zerem, a właściwie – zerami.

W niektórych przypadkach absolutnymi – bo któż nie ucieszyłby się z informacji, że „bezrobocie jest na poziomie 0%“ albo że dług publiczny wynosi zero złotych czy euro?

Ale i na poziomie cyfr wyrażających relację, wolę krąglutkie zero od różnych wzrostów i spadków.

Na przykład ceny: Nie widzę powodu, dlaczego obawiać się deflacji bardziej niż inflacji – i mówię to nie tylko pamiętając polskie lata 80 i początek 90. Za każdym razem dziwię się, gdy bankierzy czy ministrowie finansów lub gospodarki „życzą sobie inflacji na poziomie przynajmniej 2%“. Dlaczego, pytam, coś ma drożeć (albo też: dlaczego pieniądz ma tracić na wartości)? Samo dla siebie? Oczywiście tu odpowiedź jest prosta: Żyjemy w kapitalistycznym światku, gdzie finansistów i szefów koncernów ogarnia panika, gdy nie chce nam się wydawać pieniędzy. A jak pieniądz „tak troszkę“ traci na wartości – to coś mówi nam, by jednak polecieć na zakupy, czy to w Zalando czy w Media Markt, czyż nie? A czy nie byłoby naturalne, by – pomijając kwartalne czy nawet roczne lekkie wahania – poziom cen po prostu pozostawał bez zmian?

Inny przykład to bilanse handlowe: Tu też trochę się chce śmiać, czy raczej biadolić nad albo brakiem kompetencji, albo brakiem szczerości niejednego ekonomisty. Bo prawie każdy życzyłby sobie (dla swojego kraju czy strefy ekonomicznej) pozytywnego bilansu, czyli by to, co sprzedajemy innym (i co przynosi nam dochód), było zawsze dodatnie. Rzecz „niestety“ w tym, że żyjemy w zamkniętym obiegu, czyli na planecie Ziemia, gdzie niemożliwe jest, by każda gospodarka narodowa miała pozytywny bilans handlowy: Każdy plus jednego kraju oznacza po prostu ujemny bilans innego. Więc i tu, in the long term, idealne byłoby zero.

Wreszcie przykład „fajnego zera“ najbardziej kontrowersyjny, ale i najważniejszy: Wzrost gospodarczy, czyli zmiana z jednego roku na drugi poziomu PKB. Ten numer statystyczny to dla wielu niemalże dogmat wiary: bez wzrostu, mówią, fatalnie. I tłumaczą co najwyżej nieaktualną już od dawna hipotezą, że bez wzrostu nie spadnie bezrobocie. Zapominając nawet o tym, że PKB liczy się jako sumę wydatków na konsumpcję, wydatki publiczne i inwestycje prywatne (plus bilans handlowy z zagranicą). Czy musiałoby więc być aż tak źle, jeśli dany kraj, jego obywatele i firmy, w porównaniu do roku poprzedniego roku wyda więcej na inwestycje niż na konsumpcję? Lub gdy – by dać i przykład ku uciesze neoliberałów – ograniczymy wydatki publiczne, a wzrośnie konsumpcja? Pominę tu dłuższy opis „lekkiej“ bezsensowności całego PKB, ograniczając się do przykładu, że o ile wzrost wydatków na zbrojenia czy na naprawę infrastruktury po kataklizmie wpłynie na PKB pozytywnie (gdyż PKB nie odzwierciedla ani stanu zadłużenia, ani wartości istniejącego kapitału jak domy, fabryki, autostrady), to z kolei ograniczenie konsumpcji paliw czy artykułów elektronicznych, choć dobre dla środowiska (a i dla stanu konta na rok następny!), wpłynie na PKB negatywnie… Może na koniec ujmę to w prosty przykład, porównując ekonomię całego kraju do rodziny z domkiem i ogródkiem: cóż nam z tego, że co roku nie tylko posadzimy więcej krzewów i drzewek, i kupimy jakieś nowe meble plus 50 nowych książek albo filmów. Może i lepiej, może gorzej – ale czy to naprawdę konieczne do naszego szczęścia, do naszego dobrobytu? Gdybyśmy chcieli tak co roku, musielibyśmy wykupić od sąsiada część jego działki – gdyż na naszej zabrakłoby miejsc na tak sensowne „inwestycje“ jak ogrodowe krasnale! Nie mówiąc o pomysłach rozbudowy domu o piętro (choć dzieciaki i tak chcą już się wynosić…) czy zakupie traktorka zamiast ręcznej kosiarki. Czy naprawdę w tym przypadku – a mówię o większości ludzi mieszkających w Europie, choć i reszta świata ma się całkiem nieźle jeśli o to chodzi – musimy zawsze „przeć do przodu“, i „gonić za więcej“, albo w ogóle sobie tego „więcej“ życzyć?

Hmmm. Może właśnie niestety w tym cały szkopuł. Że homo sapiens nie jest całkiem „homo oeconomicusem“, ale jednak jego genami mocno przepełniony. I czysto irracjonalne i emocjonalne „chcę więcej (niż wcześniej, niż sąsiad, itp)“ oznacza, że ekonomicznie mało kto „zmianą zerową“ się zadowala. Cóż, na tym niech zarabiają banki oferujące kredyty, no i oczywiście psychoterapeuci!

Szopa w salonie 16

Łukasz Szopa

Święta – czyli o Piekle

Święta, okres rodzinny, okres radości, miłości, podarunków, wspólnoty i innych pięknych rzeczy. Czas nadejścia zbawiciela i latających aniołków. Warto więc napisać kilka słów o piekle.

Nie, nie będę pisał o corocznym tradycyjnym piekle czy piekiełku świąteczno-rodzinnym, czyli pełnym stresu gonieniem za prezentami, nerowym przygotowywaniem żarcia i wkurzającym stawianiu choinki. Nie będzie o piekiełku między teściową a synową, między skłóconymi braćmi, chłodem i agresją między żoną a mężem, córką a braćmi, czy o pełnych emocji rozmowach o przeszłości, przyszłości, czy polityce. To każdy zna z własnego podwórka najlepiej.

Będzie ten tekst pochwałą moich rodaków – Polaków. Za wiarę. Za wiarę – w piekło.

Tak się składa, że kilka lat temu na łamach niemieckiego tygodnika pisałem (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/wo-zum-teufel-ist-nur-die-hoelle-geblieben) o dziwiącej mnie niezmiernie, wynikającej z badań opinii publicznej na „Zachodzie“, olbrzymiej dysproporcji między odsetkiem ludzi wierzących w „niebo“, a dużo mniejszym odsetkiem wierzącym w „piekło“ (cokolwiek mielibyśmy, czy oni, pod tymi słowami rozumieć). Nie mogłem pojąć, skąd – wśród tych, co w cokolwiek „pozagrobowego“ wierzą – taka różnica. W „niebo“, czyli „fajny zaświat“, wierzy 40 do 50 procent, w piekło – prawie połowa mniej. Czy to naiwność, ta wiara, że „potem“ będzie raczej „pięknie i słodko“, niż „strasznie i boleśnie“? Czy to Wunschdenken (myślenie „życzeniowe“)? Czy nazbyt proste przeciwstawienie oceny sytuacji „przyziemnej“ (oj jak tu źle i strasznie!) to tego, co ma być potem (oczywiście – na „nagrodę“ lub nie – lepiej!), takie tanie „yin-yang“?

Tym bardziej, że – osobiście nie wierząc w jakiekolwiek „zaświaty“ i życie „pozagrobowe“ – uważam, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli miałoby istnieć jakiekolwiek „po“ – to nie widzę powodów czy argumentów czy przesłanek, by prawdpodobieństwo „nieba“ miałoby być wyższe niż „piekła“. Gdyż wychodzę z założenia, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli coś dla nas „na potem“ przygotował – to jako istoty ludzkie mamy zero szans i możliwości poznania i zawyrokowania, co dla nas przygotował.

W Polsce z kolei, i to od lat (ostatnie dane jakie wyłowiłem to rok 1997) – wiara w piekło jest stabilna, waha się od 56 do 61%, podczas gdy wiara w „niebo“ czy „zbawienie“ niewiele większa, w granicach 61 do 72%. Dowód, że Polacy nie tylko mocniej wierzą w jakąkolwiek „przyszłość pozagrobową“, ale i że niekoniecznie preferują wiarę w „marchewkę“ nad wiarą w „kij“. Oczywiście, dane statystycznie niestety nie mówią, czy nie jest czasem tak, że wierzą w marchewkę dla siebie, a w kij – dla innych… (męża, żony, brata, siostry, teściowej, synowej, stryjka, sąsiadki, szefa, prezesa, ojca dyrektora i tak dalej…)

Szopa w salonie 15

Łukasz Szopa

Bliskie Falklandy i Malwiny

Chciałem wczoraj napisać mailowy list do Haniji. Tak, Ismaila Haniji, szefa Hamasu, dokładnie tego. Chodziło mi o pewien brak logiki w ich – Hamasu – myśleniu, i pragnąłem życzliwie zwrócić uwagę. Bo rozumiem, że nie podoba im się fakt, że USA jednostronnie deklarują Jerozolimę jako stolicę Izraela. Choć można by się kłócić, czy to komukolwiek innemu przeszkadza, by Jerozolimę zadeklarować jako stolicę Palestyny, czy choćby Niemiec (pamiętajmy, że niemieccy cesarze przez wieki byli Królami Jerozolimy!) No, ale Hamas uważa to za bezczelność, prowokację, akt wrogości, wręcz „deklarację wojny“. No dobrze, niech im będzie. Ale dlaczego w takim razie nawołują do intifady przeciwko Izraelowi??? Po pierwsze, jak są wściekli na jakiś akt polityczny USA – to podług logiki powinni im wypowiedzieć intifadę czy wręcz wojnę. Tym bardziej, po drugie, że przecież Izraela Hamas w ogóle nie uznaje – jak więc walczyć z kimś, kogo teoretycznie wcale nie ma?? Wreszcie, po trzecie, ale to już na marginesie: czy można nawoływać do trzeciej intifady, gdy jakoś nigdzie nie widać oficjalnego glejtu kończącego i pierwszą, i drugą?

Ale na szczęście, zanim znalazłem w sieci maila od Hamiji i do niego napisałem, zastanowiłem się. Nie tyle nad logiką i siłą moich argumentów (bo są niezaprzeczalnie wodoodporne), ale nad czymś innym: Czemu, drogi Łukaszku, kręci cię nagle ten temat Jerozolimy, Hamasu, Palestyny, Izraela i Trumpa? Czemu nagle chcesz pisać maile, co cię tak nakręca?, podczas gdy jakoś w sprawie wojny w Południowym Sudanie czy ataków agresji i prześladowań Rohingów w Burmie jakoś pisać ci się ostatnio nie chciało?

I czy właśnie nie dokładnie to krytykowałeś jakiś czas temu w podobnym tekście do berlińskiego tygodnika „Der Freitag“ (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-besetzten-themen-gebiete)- tę przypominającą dwa obozy kibiców stronniczość i zainteresowanie Europejczyków to Izraelem, to Palestyńczykami, to „Bliskim Wschodem“ w ogóle (nota bene wymyślony termin, by uniknąć dyplomatycznych pułapek gdy jednak trzeba wymówić słowa jak „Izrael“ czy „Palestyna“. Wcześniej też myślałem, że to definicja geograficzna, taki trójkącik od Turcji po Iran na wschodzie i Jemen na południu.)

Że dla politycznie zainteresowanych (mniej lub bardziej, czyli od stammtischów po politologów) Europejczyków (a i Amerykanów czy Rosjan) śledzenie, ocena i kibicowanie „meczowi“ Izrael-Palestyna stało się hobby, głównie z uwagi na emocje. No i nawyki. Po roku 1945 większość Europejczyków z uwagi na Szoah nabrała nawyku martwienia się o los Izraela. Tak, nawyku, gdyż tylko mniejszość z nich naprawdę nosiła i nosi w sercu i głowie autentyczną troskę o los tego kraju i jego obywateli. Ale podobnie po 1967 z losem Palestyńczyków. Ich fani też tylko pielęgnują nawyk solidarności z Palestyną, przepędzonymi i okupowanymi Arabami – i też głównie nabrali tego nawyku nie z osobistych wycieczek w te strony, a po prostu – z mediów i polityki. Gdyż tak naprawdę to żadne szczere sympatie, a po prostu powierzchowne branie strony tego, który jest przeciwnikiem tego, którego nie lubimy. Nie lubimy Arabów czy muzułmanów – to bronimy Izraela, Izraelczyków i Żydów. I odwrotnie – dla antysemitów nic prostszego jak solidarność z Palestyńczykami. No i wreszcie są i tacy jak ja: nie solidaryzują się jednoznacznie z nikim (ze wszystkimi?), a mimo to na „Bliski Wschód“ i losy jego mieszkańców zerkają i reagują jednak częściej niż na Zachodnią Saharę czy choćby Libię – nota bene obywa państwa położone bliżej większości europejskich domostw niż Izrael/Palestyna.

Ale cóż, efekt taki, że właśnie tak powstał ten tekst… Więc żeby tak nie kończyć, zakończę lamentem nad własnym nie-pisaniem o Tybetańczykach, Uigurach, Sudańczykach i Kongolezyjczykach. Albo też o tym, że dzięki gwiazdom Hollywoodu o „wolnym Tybecie“ słychać częściej niż o wolności dla Xinjiangu czy Kaszmiru, a wojna w Darfurze była dzięki Jurkowi Clooney częściej na ekranach niż ta w Południowym Sudanie czy Kongu. I przypomnę, że moje zaangażowanie „polityczne“ zaczęło się już w 2 klasie podstawówki, gdy wybuchła wojna między Argentyną a Wielką Brytanią o „Falklandy-Malwiny“. Wtedy klasa – głównie chłopcy – podzielili się też dość szybko na dwa obozy „zwolenników“: Jedni byli za „Malwinami“, drudzy za „Falklandami“ – nie wiedząc, że to po prostu dwie różne nazwy tej samej grupy wysp…

Szopa w salonie 14

Łukasz Szopa

Weganie i przeciwnicy aborcji

Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech nie brakuje w ostatnich latach radykałów. I to nie tylko ideologicznych – gdyż swoje wizje pragną narzucić (moralnie, ale i w formie ustaw) całemu społeczeństwu.

W Polsce można do takich fundamentalnie przekonanych i misjonujących osób i grup zaliczyć przeciwników aborcji. Mówiąc dokładniej – przeciwników jakielkolwiek aborcji, generalnie, gdyż nawet wśród ich przeciwników (czyli tych, którzy sprzeciwiają się zaostrzeniu ustaw aborcyjnych czy domagają się ich liberalizacji) – rzeczywistych zwolenników aborcji to raczej brak.

W Niemczech radykalni są z kolei na przykład weganie – czyli osoby kompletnie przeciwne konsumpcji żywności pochodzenia zwierzęcego. Czyli nie tylko – jak wegetarianie – sprzeciwiający się zabijaniu zwierząt dla pożywienia homo sapiensa, ale też przeciwni hodowli i korzystaniu z czegokolwiek, co od zwierząt pochodzi, i co możnaby skonsumować: czyli jajka, mleko, i pochodzące z nich przetwory.

Oczywiście, wybrałem sobie te dwie grupy subiektywnie, zaraz wytłumaczę dlaczego.

Ale najpierw kilka uzupełnień i szczegółów.

Weganie dzielą się ogólnie mówiąc – jeśli chodzi o powody ich wegaństwa – na dwie grupy (niekoniecznie się wykluczające). Jedni decydują się na taki rodzaj odżywiania z powodów zdrowotnych – po prostu wierzą, że jeść tylko roślinki zdrowiej. Drudzy z kolei, podobnie jak wielu wegetarian (a i mięsożernych ludzisk), tak kocha zwierzęta, że nie chce ich ani zabijać, ani niewolniczo hodować, ani okradać z mleka i jajek. Ojej, zapomniałem o trzeciej grupie, gdyż identyczna co do powodów z wegaterianami i takimi jak ja – co mięso co prawda jedzą, ale rzadko: chcą chronić środowisko, kalkulując, jak szkodliwa jest hodowla na przykład argentyńskich krówek w porównaniu z rosnącą w miejsce wyciętego brazylijskiego lasu soją czy kukurydzą.

Teraz o polskich (a i nie tylko) przeciwnikach aborcji. Tych z kolei nie tak łatwo szufladkować w podkategorie, gdyż zdecydowana większość z nich uważa się za chrześcijan – czy to katolików w Polsce, czy protestantów w USA, czy jednych i drugich w Brazylii. Nie inaczej ma się sprawa z religijną częścią społeczeństwa w społecznościach i krajach muzułmańskich, i hinduskich. Ale z chrześcijanami jest właśnie ciekawiej – gdyż tu w ramach samej religii jedną z najważniejszych kwestii jest kanibalizm – czyli konsumpcja mięsa i krwi podczas komunii świętej. A i w praktyce duża większość chrześcijan to obywatele mięsożerni.

No i tu robi się dla mnie ciekawie.

Po pierwsze – ciekawym, jak wegetariański czy wegański chrześcijanin wytłumaczy mi fakt, że jednak przyjmuje czyli bierze w siebie komunię świętą? Że mięsa zwierzęcego to nie tknie, ale ciało Chrystusa i jego krew – to już tak, no problem?

Jeszcze ciekawsza kwestia, to weganie, którzy aprobują aborcję. Sprzeciwiają się radykalnie czemukolwiek co pochodzi od – żywego czy już nie – zwierzęcia włącznie z pszczelim miodem, ale usuwanie poczętego organizmu (czy to już „człowiek“ czy jeszcze nie pozostawiam filozofom, i tak nigdy nie będzie w tej kwestii jasności) to dla nich dozwolone i nie sprzeczne z etyką? Ja rozumiem, że może akceptują takie formy „kanibalizmu“ jak „konsumpcja samego siebie“, czy to obgryzanie paznokci, ssanie włosów czy łykanie kóz z nosa, ale już nie tylko seks oralny ale i prosty pocałunek z wymianą śliny powinien być dla nich niedopuszczalny. Choć może tutaj argumentem jest „wolna wola drugiej osoby“. No dobrze, ale w takim razie w przypadku płodu, podobnie jak krewetki, trudno ustalenie tak jednoznacznej zgody, więc – powinni być konsekwentni, i jako weganie przyłączyć się do ruchów antyaborcyjnych.

Ci z kolei – chrześcijanie czy nie – którzy w takich ruchach już aktywni, powinni nie tylko w ramach „obrony życia poczętego“ nie tylko przejść na weganizm, nie tylko zrezygnować z komunii świętej, ale postawić na radykalny pacyfizm: zero militaryzmu, zero broni dla policji, nigdzie kary śmierci!

Pozytywną konsekwencją takiego konsekwentnego myślenia i działania byłoby nota bene przerwanie czy wręcz wymiksowanie dotąd typowych podziałów na „lewicę“ i „prawicę“, na „nowoczesnych“ i „tradycjonalistów“. Dotąd „lewicowo-liberalni“ weganie i prawicowo-tradycjonalistyczni przeciwnicy aborcji w jednym obozie! A reszta – reszta w obozie liberałów, którzy krytycznie widzą wszystko, włącznie z każdym radykalnym zakazem i moralną jednoznacznością.

Tekst, niekoniecznie identyczny, ale na ten temat po niemiecku:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/vegane-abtreibungsgegner

P.S. A dla wegetarian i mięsożerców, lubiących jajka w jakiejkolwiek formie na koniec pytanie do przemyślenia: Czym jest, porównując do organizmu człowieka (a dokładniej – kobiety) – niezapłodnione jajko?…