Łukasz Szopa
Wzrostki gospodarcze
Miesiąc temu, pisząc o mniejszych lub większych absurdach statystycznych interpretacji kwestii ekonomicznych, wspomniałem tylko wstępnie o temacie najbardziej absurdalnym – tak zwanym „wzroście gospodarczym“ i jego niemalże dogmatyczno-religijnemu znaczeniu w dyskusjach i ocenach ekonomicznych.
„Wzrost gospodarczy“ rozumiany jest jako procentowa zmiana z roku na rok t.zw. produktu krajowego brutto (PKB). Z kolei sam PKB – lekko upraszczając – można liczyć na dwa sposoby: albo jako sumę dochodów wszystkich obywateli danego kraju, albo sumę ich wydatków (co w sumie, w tej uproszczonej wersji, powinno wyjść na jedno). Czyli jeśli weźmiemy sobie jakiś kraj, na przykład Albanię z roku 2016 – to było to 11,93 mrd. dolarów. Z kolei rok 2017 to już 13,00 mrd. – czyli wzrost w ciągu roku o prawie 9%. Świetnie, nie?
No niby tak, na pierwszy, pobieżny rzut oka. Gdyż należy wziąć pod uwagę kilka innych rzeczy. Pomijając kwestie nie-ekonomiczne jak zdrowie, bezpieczeństwo, wolność czy szczęście – gdyż całe to liczenie PKB opiera się na czysto materialistycznym założeniu, że „im więcej tym lepiej“. I, pamiętajmy, nie jest to dogmat typowo kapitalistyczny czy „neoliberalny“ – gdyż komuniści, od 1918 roku „goniąc zgniły Zachód“, też chwalili się „wzrostowymi“ danymi gospodarczymi – nawet jeśli by wierzyć w te ich statystyki. Ale dobrze, pozostańmy w dyskursie czysto materialistycznym.
Pierwsze „ale“ dotyczy poziomu, z którego startujemy, licząc roczny wzrost PKB, czy nawet licząc to w dekadach. Stąd wcale nie jest powodem do zmartwień, że wzrostu jaki zaliczyła Albania – nie zaliczyły ani najsilniejsze w Europie ekonomicznie Niemcy, ani bogata w oszczędności swoje i cudze Szwajcaria, ani niskopodatkowa Irlandia, ani żyjąca z zasobów naturalnych Rosja. I tak dalej. Kto startuje z gorszego pułapu gospodarczego (w co warto wliczyć istniejącą infrastrukurę, poziom edukacji, system opieki społecznej czy zdrowotnej), łatwiej „rośnie“, niż ktoś już „na topie“. Tym bardziej, że nie żyjemy w czasach kolonializmu, gdzie kilku „już wcześniej silnych“ (Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Holandia) rosło szybciej – bo wykorzystywali „mniejszych“. Teraz wykorzystywanie też istnieje, lecz wbrew propagandzie niektórych lewicowców – kraje mniejsze wcale na tym nie tracą.
A bierze się to z dwóch następnych „ale“. Fajny taki „wzrost gospodarczy“, lecz dotyczy on… całego kraju, jako sumy dochodów wszystkich obywateli. Nie mówi jednak nic o podziale tych dochodów. Czyli w kraju, gdzie 95% procent dalej żyje w biedzie, i zarabia po kilkanaście dolarów miesięcznie, a pozostałe 5% nie tylko zarabia miliony na miesiąc – ale i wzrost dotyczy głównie ich dochodów – statystyka wykaże kilkuprocentowy wzrost, jednak… wcale nie oznacza to, że się w kraju tym dobrze dzieje. Stąd przykład odwrotny: w roku 2007 i 2008, czyli zaraz po „kryzysie finansowym“, okazało się w USA jak i w Niemczech, że różnice ekonomiczne w tych krajach spadły – czyli że niby lepiej. No tak, gdyż w krótkim okresie najbogatsi stracili dużo więcej niż ci biedniejsi i klasa średnia – bo spadła wartość ich pakietów akcyjnych czy padły banki z ich oszczędnościami. A żebrak, który nic z tego nie miał, statystycznie nie stracił nic. (A że sobie odrobili to w następnych latach, tego już w tej pierwszej statystyce widać nie było…).
Następne „ale“, połączone z poprzednim, to inflacja: Bo jeśli w jakimś kraju wzrost liczy się nominalnie, czyli nie odliczając inflacji, a więc straty wartości pieniądza, to wzrost realny może okazać się dużo mniejszy. Cóż z tego, że kraj ma wzrost gospodarczy, powiedzmy, 5%, gdy inflacja wynosi 10% rocznie? Wtedy wzrost nominalny oznacza realny spadek. Tak było w Polsce czy Rosji w latach 90, a jest obecnie w Wenezueli: jeśli nie liczymy wzrostu po odliczeniu stopy inflacji, to jest to absurdem.
Dlatego też pewnie Albania chętnie wykazuje swój wzrost PKB w dolarach. To całkiem niegłupie – ale i tu pytam, czy odliczyli inflację dolara w danym roku?
No i pojawia się kwestia inna – dewaluacja rodzimej waluty. Bo jeśli nawet Albania wzrosła dolarowo o 9%, to jednak ich własna waluta w tym czasie straciła do tego dolara powiedzmy 7% – i wtedy pozostaje nam malutki wzrost, dla przeciętnego Albańczyka, zarabiającego, wydającego i oszczędzającego nie w dolarach, a w rodzimej walucie wrącz niezauważalny. A jednak czasem i on musi zakupić towar z importu, i wtedy – boli.
Z Albanii przenieśmy się do Indii. Tu też co roku niezły wzrost gospodarczy. Pomińmy tym razem inflację i dewaluację, zajmijmy się tylko podziałem dochodów. Ale nie między „bogatych“ i „biednych“, a – na głowę. Bo Indie należą do krajów o największym na świecie wzroście… ludności. Czyli, jeśli w danym roku wzrost gospodarczy wyniósł powiedzmy 6%, a wzrost ludności 3%, to… na głowę jednak jest to wzrost o połowę mniejszy!
A teraz kwestie już mniej statystyczne, choć – niestety – nadal pozostajemy w sferze czysto materialnej. I dla przykładu odejdę od modelu całego kraju, gdyż PKB można tak samo liczyć i interpretować, gdy za przykład bierze się małą jednostkę ekonomiczną, wioskę, rodzinę, czy nawet żyjącego samotnie osobnika.
Który to osobnik, przyjmijmy, w roku 2017 uzyskał dochody o 10% większe niż w w roku 2016! (Przy zerowej inflacji i stałej walucie, a że jest w tym modelu jeden jedyny, nie było ani wzrostu populacji, ani różnic w dochodach – no bo jest tylko on jeden). Czy cieszyć się z tych 10%. Może tak. Ale nie, jeśli w tym samym czasie wydał całe swoje oszczędności – obojętnie czy w złą inwestycję gospodarczą jak kupno 50 hektarów ziemi i zasianie tam herbaty indyjskiej (a mieszka na Podhalu), czy wydając wszystko w kasynie z Zakopanem. No i ma teraz olbrzymie długi.
Z kolei jego sąsiad może w tym roku zarobił o 0% więcej niż w poprzednim (czyli dokładnie to samo), ale dobrze mu z tym: długów nie ma, a nawet dostał od wujka w spadku wart ileśtam tysięcy grunt pod parking. No i kto z tych dwóch miał ekonomicznie lepszy rok?
A tu właśnie problem, że „wzrost gospodarczy“ nie bierze w ogóle pod uwagę stanu kapitałowego (obojętnie czy to konto w Szwajcarii czy stodoła w Poroninie) ani długów.
Dlatego też mamy czasem tak absurdalne – choć ludzko tragiczne – sytuacje, że „wzrosty gospodarcze“ po katastrofach naturalnych (huragany, powodzie), podobnie zresztą jak po wojnach, są w pierwszych latach wyjątkowo pozytywne. To w sumie oczywiste: pułap znów niski, kosztów tego co stracone PKB nie zawiera – a wręcz przeciwnie: zadłużamy się (jako państwo czy jako rodzina), by odbudować co zniszczone, wydajemy pieniądze szybciej i więcej niż „normalnie“ – i PKB sobie rośnie!…
Na koniec powróćmy do kwestii najważniejszej, bo podstawowej: czy wzrost PKB – czy to na całą planetę, cały kraj, region, wioskę, rodzinę, czy samotną osobę – naprawdę daje korzyści większe i inne niż materialne?
Weźmy jako trzeci przykład panią Ewelinę, sąsiadkę podhalańską obu wyżej wymienionych panów. Przyjmijmy, że pani Ewelina ma z roku na rok nie tylko coraz większe dochody, ale i wydatki (ale się nie zadłuża, wychodzi więc pod koniec roku przynajmniej na zero). Pierwsza kwestia – pani Ewelina zarabia na życie jako „konsultantka“ w handlu bronią, dostając jakiś tam procent od zamówienia. Nie tylko dochody ze sprzedaży broni, ale i wszelkie prowizje, a i sama produkcja wpływają pozytywnie na PKB. Ale już samo użycie tej broni – czy to „tylko“ w niszczeniu infrastuktury (choćby i innej broni, którą ktoś inny z kolei wyprodukował, sprzedał, sprzedał dalej, dostał prowizję itp.), ale i mostów, domów, wodociągów – naprawdę pozytywnie na cokolwiek wpływa? Obojętnie w jakim kraju? Nie mówiąc o niszczeniu zdrowia i życia ludzkiego? No i weźmy i wydatki pani Eweliny: wydaje co roku coraz więcej na wyposażenie swojej willi w Bukowinie Tatrzańskiej, coraz to piękniejsze drzewka, tryskające fontanny, marmury, alarmy, bramy elektroniczne, podobnie w samym domu: sprzęt HiFi, mahoniowe meble, luksusowe samochody, wycieczki na Seszele, kosztowne imprezy dla 150 osób, gdzie sam catering pochłania tysiące złotych. Czy jest przy tym szczęśliwa? Może tak. Ale czy jest bardziej szczęśliwa poprzez to, że wydaje więcej? Czy zamiast zaprosić 150 osób – nie byłoby lepiej zaprosić „tylko“ 15 przyjaciół? I zamiast orkiestry – jednego kumpla z gitarą? Zamiast krabów i kawioru – kiełbachy na ognisku? I zamiast kilku wynajętych toyboyów na nockę poimprezową – nie milej spędzić kilku godzin na sianie w stodole z panem Kazikiem zza miedzy – albo z jednym z sąsiadów? I – czy sama czy z Kazikiem – dozna więcej przyjemności zwiedzając Tatry Porsche Cayenne, czy jednak piechotą czy rowerem?
Ale i tu, obawiam się, w podejściu niby nie-materialnym, nie tylko pani Ewelina może wpaść w inną – i wielu homo sapiensom nie obcą – pułapkę takiego „chcę więcej“ czy „co więcej – to lepiej“. Bo i całkiem zapominając o dochodach i wydatkach może będzie co roku, po imprezie, porównywać: czy tym razem imprezowaliśmy dłużej niż rok temu (wzrost!?), czy całowałam się za szopą tylko z dwoma, a rok temu z trzema amantami (wzrost?!), czy piosenek było naprawdę więcej niż rok temu, i czy kac dłużej dawał o sobie znać dnia następnego? Czy zaliczyliśmy więcej szlaków turystycznych i wzniesień – obojętnie jakiego rodzaju?…