Każdy umiera w samotności

Lech Milewski

Samotna śmierć Hansa Fallady

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, że jest zmęczona obchodem, ale również dlatego, że ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa piętra wyżej musi za chwilę oddać ten list Quanglom…
Przedtem jeszcze, piętro niżej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii – Ewa Kluge ciągle jeszcze nie rozeznaje stanowisk. W każdym razie u Persicków trzeba witać się wołając “heil Hitler” i dobrze uważać, co się mówi.
Uważać trzeba, oczywiście wszędzie…
… zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz mężczyzna o ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.
Tłumaczył – Jerzy Rawicz.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej – 1956

Powyższą książkę kupiła moja Matka, która dobrze pamiętała autora jeszcze sprzed wojny. Przede wszystkim książkę Co dalej szary człowieku (Kleiner Mann, was nun?) – świetny obraz czasów depresji lat 1929-1931.

Książka Hansa Fallady spodobała mi się od pierwszego wejrzenia – wartki język, żywa akcja, duża część książki rozgrywa się w berlińskim półświatku co przypominało mi utwory Bertolda Brechta, Ericha Kästnera a przede wszystkim mistrza reportażu – Egona Erwina Kischa.
Nic dziwnego, podobnie jak oni Hans Fallada był reprezentantem kierunku Neue Sachlichtkeit – KLIK.

Hans Fallada

Hans Fallada – KLIK, prawdziwe nazwisko Rudolf Ditzen, urodził się w 1897 roku w dość dobrze sytuowanej rodzinie.
Wypadek drogowy w wieku lat 16, którego wynikiem była długa kuracja z użyciem dużej ilości leków uśmierzających ból, miał chyba decydujący wpływ na dalsze życie pisarza. Samotność, depresja, uzależnienie od środków przeciwbólowych, doprowadziło go do myśli o samobójstwie. W wieku lat 18, rok 1911, wraz z przyjacielem zdecydowali popełnić samobójstwo, aby jednak nadać mu bardziej stylowy character postanowili zainscenizować je w formie pojedynku.
Rezultat był fatalny – przyjaciel Hansa spudłował, Hans trafił skutecznie. Próbował jeszcze sam się zastrzelić, ale to mu sie nie udało. Sąd uznał go za niepoczytalnego i uniewinnił od zarzutu morderstwa. Tak zaczął się regularny kontakt z instytucjami psychiatrycznymi.
W sanatorium psychiatrycznym zetknął się z pracą na roli i to stało się jego rezerwowym zawodem.

Po zakończeniu I Wojny Światowej Fallada nie mógł już liczyć na pomoc finansową rodziców i znalazł zatrudnienie jako pracownik rolny.
W roku 1920 opublikował pierwszą książkę. W tym samym czasie został skazany na sześć miesięcy więzienia za drobne kradzieże, gdyż jego zarobki nie wystarczaly na pokrycie kosztów uzalenienia od morfiny.
W roku 1926 ponownie wylądował w więzieniu za szereg kradzieży spowodowanych uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Od uzależnienia uwolnił się po kuracji odwykowej w 1928 roku. Rok później ożenił się i jego życie potoczyło sie lepiej – pracował w redakcjach cenionych wydawnictw, publikował artykuły i eseje.
W tym okresie zainteresował się problematyką społeczno-ekonomiczną. Wynikiem była książka Bauern, Bonzen und Bomben, która zyskała mu opinię obiecującego talentu nie wahajacego się podejmowania kontrowesyjnych tematów. Wkrótce później przyszla książka Cóż dalej szary człowieku?, która była wielkim sukcesem czytelniczym i finasowym. Niestety sukcesowi towarzyszyło załamanie nerwowe spowodowane nasilaniem się nazizmu.

Wprawdzie twórczość Fallady nie zawierała niczego co mogłoby nie podobać się Nazistom to jednak fakt, że książka Cóż dalej szary człowieku? została sfilmowana w USA przez żydowskiego producenta spowodował, że Gestapo zainteresowało się Falladą. W 1934 roku został aresztowany w wyniku fałszywego donosu. Z braku dowodów wypuszczona go z aresztu, ale rok później znalazł się na liście niepożądanych autorów.

Przeniósł się na spokojniejszy grunt, zajął się pisaniem książek dla dzieci.

Opublikowana w 1937 rou książka Wolf unter Wölfen (Wilk pośród wilków) pozwoliła mu wrócić na poważną arenę – hitlerowcy odebrali książkę jako ostrą krytykę Republiki Weimarskiej, bardzo pochlebnie ocenił ją sam Józef Goebbels. To zainteresowanie stało się kolejnym problemem, gdyż Goebbels zasugerował napisanie książki z wątkiem antysemickim. Równocześnie nadeszło rządowe zamówienie książki o życiu w Niemczech bezpośrednio przed rokiem 1933.

W wyniku tego zamówienia powstała książka Żelazny Gustaw. Goebbels po przejrzeniu rękopisu zasugerował, aby nieco wydłużyć czas akcji i pokazać, jak dojście nazistów do władzy pomogło rozwiązać wszelkie problemy. Fallada długo borykał się z tym zadaniem. W końcu skapitulował i dodał rodział, w którym syn bohatera powieści zostaje stormtrooperemKLIK – i to robi z niego prawdziwego człowieka.
Fallada miał duże wyrzuty sumienia z powodu tego kompromisu, w kilku publikacjach próbował wytłumczyć się ze swojej słabości.

Wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową. Jednak jego stan psychiczny znacznie się pogorszył i wrócił do morfiny. Towarzyszyła mu w tym żona, która, jak się okazało, była jeszcze bardziej niż on uzależniona. Skończyło się na roztrwonieniu całego jej majątku i klinice odwykowej.
Większą część ostatniego roku życia spędził w klinikach i tam właśnie powstała jesienią 1946 roku jego najsłynniejsza książka – Jeder stirbt fur sich allein – Każdy umiera w samotności. Napisał ją podobno w ciągu 24 dni.

W 1948 roku książkę przetłumaczono na rosyjski i szwedzki, dwa lata później na polski, na angielski… dopiero w roku 2009. Okazała się bestsellerem, wkrótce sprzedano na rynku anglojęzycznym 200,000 egzemplarzy, co spowodowało wznowienia innych książek pisarza.

Strona tytułowa książki prezentowana na wstępie wpisu to już rok 1956, drugie wydanie. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać innych książek tego autora.
Cóż dalej szary człowieku? – to był niewątpliwie ten sam Fallada, ale książka nie mogła dorównać intensywnością ostatniej książce pisarza.
Pijak – relacja nałogowego alkoholika. To był dla mnie szok. Oczywiście znajomy był mi widok sporej ilości zataczających się mężczyzn po sobotniej wypłacie. Słuchałem licznych opowieści o nałogowych alkoholikach, ale teraz przeczytałem relację kogoś, kto znał to od podszewki, do tego kogoś, kto umiał w sposób przejmujący to opisać.

Do lektury Każdy umiera w samotności wracałem kilkakrotnie.
Już podczas studiów, na lektoracie języka niemieckiego, rozmawiałem o tej książce w moją lektorką.
– Gdy Rosjanie zajęłi Niemcy Wschodnie – opowiadała – przydzielali ludzi do różnych robót. Gdy przyszła kolej na Falladę zapytali go o zawód – pisarz. No to będziesz przychodził codziennie do ratusza i pisał książkę. I tak, w ciągu kilku miesięcy, napisał swoją najlepszą książkę

Prawda okazała się ciekawsza. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało Falladę w Feldberu w Meklemburgii. Dzięki protekcji pisarza o komunistycznych przekonaniach – Johannesa Bechera – KLIK – zyskał duży respekt u nowych władz i mianowano go burmistrzem miasta, którą to funkcję pełnił ponad rok.
Jak wspominałem wyżej książka Każdy umiera w samotności powstała w klinice odwykowej.
Johannes Becher zasugerował Falladzie tematykę książki – dostarczył mu akta Gestapo dotyczące Otto i Elizy Hampel, małżeństwa, które po utracie na froncie bliskiego kuzyna zaczęło pisać i rozrzucać po mieście karty wzywające ludność do oporu.

Fallada we wstępie do książki pisze:
Wydarzenia opisane w tej książce odpowiadają w ogólnych zarysach treści aktów gestapo, dotyczących nielegalnej działalności pewnego berlińskiego małżeństwa robotniczego w latach 1940-1942. Odpowiadają tylko w ogólnych zarysach – powieść ma bowiem swe własne prawa…

Wracam do książki. Gdzie to ja skończyłem? Aha, Ewa Kluge dostarczyla urzędowy, pisany na maszynie, list. Zgodnie z jej przewidywaniami zakłócił on całkowicie życie spokojnej i pracowitej rodziny. Rezultatem jest karta zaczynająca się słowami:
Matko! Fuehrer zamordował mojego syna…

Już kilka godzin po podrzuceniu karta trafia w ręce doświadczonego oficera Gestapo, komisarza Eschericha…
– Gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał kartę, siedziałby od kluczem po dwudziestu czterech godzinach…

Komisarz się mylił, upór i desperacja prostych ludzi okazały się silniejsze od logiki godnej Sherlocka Holmesa i niemieckiej skrupulatności. Sprawa ciągnie się grubo ponad rok, a w międzyczasie wkraczamy w świat oszustów, donosicieli, partyjnych karierowiczów.

Dopiero kilka miesięcy temu poszukałem w internecie informacji o życiu autora i teraz wiem, że większość opisywanych sytuacji i osobników autor przeżył lub poznał osobiście.
Właściwie jest mi to obojętne. Na potrzeby tego wpisu szukałem tylko kilku cytatów i utknąłem na dobre – przeczytałem książkę od deski do deski raz jeszcze, mimo że czytałem ją już wiele razy.

Nie mogę się więc oprzeć pokusie zacytawania jedego, charakterystycznego fragmentu:

– Baldur – błagał (swojego syna) znów stary. – Nie wiesz co to za dom. Głodzą człowieka na śmierć, a pielęgniarze wciąż biją. I inni chorzy też mnie biją.
(…)

– Zdarzają się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasem starszy pielęgniarz daje chorym, który trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem jak to się nazywa. Ale po tym ludzie muszą ciągle rzygać. Aż duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle…

Reakcja syna:
… Mój ojciec dostał taki zastrzyk…
Lekarz zawołał: – To jest wykluczone!…
– Panie doktorze, byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan pielęgniarzowi, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, że tak powiem, uspokojony do domu…

Zawsze jednak jest ucieczka:
… Wróciwszy do swego gabinetu lekarz ciężko opadł na fotel. Czuł, że drży na całym ciele i że zimny pot zrasza mu czoło… Wstał, podszedł do szafki z medykamentami. Powoli wyjąż strzykawkę…
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku… Zmrużył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością i było mu dobrze na sercu.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.

Na zakończenie wrócę jeszcze do spóżnionego o 63 lata tłumaczenia książki na angielski.
Po piewsze przyczyna. Wydaje mi się, że była nią cenzura, fakt, że książkę napisał pisarz namaszczony przez komunistycznego dygnitarza – protektor Fallady, Johannes Becher, w momecie publkacji książki, był ministrem kultury NRD.
Ciekawe, że w roku 1940, czyli już podczas wojny, Anglicy nie mieli problemu z wydaniem innej książki Fallady – Żelazny Gustaw – tak, tej pisanej pod protekcją ministra propagandy hitlerowskich Niemiec.
Inna rzecz, że tutaj z kolei mocno napracowała się angielska cenzura. W zgodnym z oryginałem wydaniu w roku chyba 2013 przywrócono około 85,000 usuniętych pierwotnie słów – KLIK.

Ksiązka Każdy umiera w samotności była oczywiście przed wydaniem ocenzurowana w NRD, ale według mnie nie spowodowało to żadnej istotnej zmiany oryginalnego tekstu. Według angielskich źródeł, w wydanej w 1947 roku wersji wszystkie postacie są zdecydowanie czarno-białe, w oryginale są nieco bardziej zróżnicowane.
Moja uwaga – w tej książce nikt nie jest biały/czysty.

Po drugie – tytuł. Tytuł oryginału to: Jeder stirbt fur sich allein. Polskie tłumaczenie – Każdy umiera w samotności – wydawało mi się właściwe dopóki nie dowiedziałem się, że Anglicy przetłumaczyli to na: Alone in Berlin (Sam w Berlinie). Na rynku amerykańskim książka ukazała się pod tytułem – Everyone dies alone, który odpowiada polskiemu tłumaczeniu.
Alone in Berlin – to dziwny pomysł – to zabija całą dramaturgię oryginalnego tytułu, ale… czy w książce ludzie umierają w samotności? Fizycznie jednak nie. I do tego te słowa: für sich – dla siebie. Czy to miało znaczyć – każdy umiera dla siebie samego, na swoje własne konto?
Bardzo proszę osoby używające niemieckiego na co dzień o komentarz.

A jak zmarł Hans Fallada?
W klinice odwykowej, w lutym 1947 roku. Jego najlepsza książka ukazała się już po jego śmierci.

PS. Na hasło stormtrooper google odpowiada – Gwiezdne Wojny – KLIK.

Reblog: Pasteur w Australii

Lech Milewski

Gambit Pasteura – 2 – szach, pat i druga szansa

Dzień przed niezbyt fortunną prezentacją drużyny Pasteura przed komisją konkursową ukazał się raport Board of Health – instytucji kontrolującej stan higieny oraz zagrożeń chorobami zakaźnymi.
Raport oceniał bardzo krytycznie propozycje Pasteura. W szczególności wytknął fakt pominięcia sprawy zagrożenia ludzi bakteriami chicken-cholera. W świecie medycyny i nauki nie znano  przypadków takich zakażeń, ale tu nie chodziło o fakty lecz o formy.

W rezultacie komisja zdecydowała, że testowanie metody musi się odbyć na bezludnej wyspie i, jeśli wypadnie pozytywnie, zostanie powtórzone na specjalnej farmie.
Pozytywnym akcentem było zezwolenie na wwiezienie mikrobów na teren stanu Nowa Południowa Walia. Mikroby przechowywane w Nowej Kaledonii dotarły do Sydney w ciągu tygodnia. Niestety okazało się, że straciły swoją skuteczność, co rozgłosiła natychmiast miejscowa prasa. Loir miał w zanadrzu bakterie sprawdzone w Melbourne, ale kolejne ziarno wątpliwości zostało zasiane.

Komisja zajęła się szukaniem bezludnej wyspy, ale Adrian Loir nie pozostawał bezczynny. Klubowy kolega z Melbourne przedstawił go właścicielom browaru Victoria Brewery – KLIK. Loir udzielił im cennych wskazówek dotyczących hodowli drożdży. Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania i Loir otrzymał w podzięce czek na dzisiejszych $100,000. To było więcej niż zarobił w całym dotychczasowym życiu.

Dużo poważniejsza propozycja napłynęła z innej strony. Przedstawiciele Nowej Zelandii i Queensland wspominali Adrianowi Loir o chorobach bydła (Cumberland disease). Loir zidentyfikował to jako anthrax (wąglik) – KLIK, na który Pasteur miał gotową szczepionkę. Tu nie było żadnej komisji, Adrian Loir został zatrudniony w instytucie w Queensland przy pracach nad wdrożeniem szczepionki.

Na początku lipca 1888 roku oddano do dyspozycji zespołu ośrodek na Rodd Island – KLIK. W tym samym ośrodku zameldowała się również groźna konkurencja. Na wiadomość o niemożności uczestnictwa w pracach zespołu Komisja postanowiła prowadzić własne badania, które miały sprawdzić czy wprowadzenie chicken-cholera nie spowoduje jakichś skutków ubocznych. Żeby podkreslić swoją determinację Komisja zwróciła się do instytutu Roberta Kocha z prośbą o dostarczenie bakterii chicken-cholera.

Włączenie Roberta Kocha do gry było wielkim ciosem dla Pasteura. Obaj uczeni mieli ze sobą od dawna na pieńku. Po pierwsze Pasteur był zaciekłym patriotą i porażka Francji w wojnie 1870 roku była dla niego tragedią. Tym większą, że Francja utraciła Strasburg, w którym Pasteur brał ślub. Po drugie Koch wielokrotnie krytykował oczywiste sukcesy Pasteura. Obaj uczeni spotkali się na konferencji naukowej w Genewie, gdzie Pasteur udowodnił swoje racje i wezwał Kocha do publicznej dyskusji. Koch zrobił unik obiecując odpowiedzieć na piśmie. Odpowiedź była złośliwym pamfletem, w którym Koch dał do zrozumienia, że nie uważa Pasteura za naukowca lecz za farmaceutę i biznesmena, który chce się wzbogacić na efektach pracy “prawdziwych” naukowców.

Po wybudowaniu na Rodd Island specjalnego laboratorium przekazano je Francuzom w celu rozpoczęcia prac. W sąsiednim pomieszczeniu, dr Katz (używając bakterii od R. Kocha) szukał dziury w całym.
Efekt – króliki zdychały zgodnie z planem. Miesiąc testów dowiódł, że chicken-cholera efektywnie zabija króliki nie czyniąc żadnej szkody koniom, owcom i bydłu. Warunki konkursu zostały spełnione. Dr Katz niczego nie znalazł. Komisja udała się na naradę.

W międzyczasie na farmie w Junee prowadzono intensywne badania nad szczepionką na anthrax. Pod koniec sierpnia zebrano wystarczające dowody na to, że chroni ona skutecznie bydło i owce przed zarażeniem. Wyniki ogłoszono publicznie w sali przy dworcu kolejowym w Junee. Naczelny weterynarz stanu – Edward Stanley – ogłosił zebranym farmerom, że program szczepień zostanie uruchomiony, jeśli znajdzie się zadowalająca ilość owiec do szczepienia. Nie minęło 10 minut a zgłoszono 20,000 owiec, w sumie 260,000 z czego programem objęto 130,000.
Ogromny sukces? Chwileczkę – za udostępnienie swej szczepionki Pasteur zażądał równowartość 40 milionów dolarów. To było nie do przyjęcia. Loir zasugerował, aby na razie zaszczepić 130,000 owiec na koszt ich właścicieli. Pasteur wyraził zgodę pod warunkiem, że najpierw musi zostać rozstrzygnięty konkurs na króliki. To był oczywisty szantaż. Zbyt wiele czarnych chmur zebrało się nad tym projektem.

W kwietniu 1889 roku Komisja ogłosiła werdykt – metoda Pasteura nie została przyjęta.
Głównym argumentem były wątpliwości czy chicken-cholera jest zaraźliwa. Jeśli nie, jeśli trzeba będzie wciąż karmić króliki bakteriami, to nie jest lepsze niż dotychczas stosowane trucizny.
Pozostała jeszcze jedna furtka – Komisja zezwoliła zespołowi Pasteura prowadzić dalsze prace na farmie w Australii i, jeśli te badania dostarczą nowych dowodów, to sprawa zostanie ponownie rozpatrzona za 6 miesięcy. Ludwik Pasteur musi sam sfinansować te badania.
Póki co Komisja zaleciła wprowadzenie obowiązku stawiania przeciwkróliczych płotów. Zasiadający w Komisji importer płotów oferował promocyjna cenę. I na płotach stanęło.

Tragedia? Niezupełnie. Decyzja Komisji otworzyła drogę dla szczepionki na anthrax. Pasteur zgodził się sprzedawać ją bezpośrednio farmerom – 3 pensy za owcę. Do produkcji szczepionki wykorzystano pomieszczenia na Rodd Island, które przemianowano na Instytut Pasteura. Innym źródłem dochodu stała się szczepionka na zarazę płucną bydła (pleuropneumonia). W ciągu roku Loir przekazał do instytutu Pasteura we Francji znacznie więcej pieniędzy niż wynosiła nagroda za króliki.

Wyspa Rodd Island zyskała sobie jeszcze inny powód do dumy. W 1891 odwiedziła Australię legendarna aktorka Sarah Bernardt – KLIK.
Przywiozła ze sobą psy, które musiały być poddane kwarantannie. Czyż mogło być lepsze miejsce niż wyspa, na ktorej pracował jej rodak? Wdzięczna Sarah Bernardt zaoferowała się pomóc Adrianowi Loir jako tłumaczka. Plotkarze donoszą, że pomoc była tak intensywna, że aktorka odwołała na tydzień występy w Brisbane (więcej o sprawie w reblogu za tydzień – przyp. EMS).

Adrien Loir ożenił się z Francuzką i pod jej naciskiem niechętnie opuścił Australię, aby kontynuować pracę w Tunezji. Instytuty Pasteura zaczęły powstawać w wielu krajach. A tymczasem w Australii… pracownik ośrodka na Rodd Island, John McGarvie-Smith, przekazał konkurencji tajemnicę produkcji szczepionki przeciwko anthraxowi. Instytuty Pasteura istnieją w 30 krajach, ten australijski zbankrutował, instytut Johna McGarvie-Smitha istnieje do dziś i na swojej stronie twierdzi, że to John McGarvie-Smith wprowadził w Australii szczepionkę przeciwko wąglikowi  – KLIK.

Źródła: Stephen Dando-Collins – Pasteur’s Gambit – KLIK .

Reblog (zmodyfikowany): Pasteur w Australii

Ten wpis ma już kilka lat i został opublikowany na naszym poprzednim blogu – QRA czyli Nowa Kura, kuchnia i kultura – ale historia jest znakomita i na tyle wiekowa (ma ponad wiek), że nie trzeba się martwić tym, że się zestarzała. Będą dwa odcinki…

Lech Milewski

Gambit Pasteura – 1 – gry wstępne

Ponieważ nieżyjąca para została nadesłana do Tuły
18 listopada 1924 roku, można więc w chwili obecnej
obliczać ilość królików w guberni tulskiej na 11,762 i pół sztuki.
Na skutek prawidłowej akcji  oraz braku różowej wody
przewiduje się na 1 styczeń 1930  roku we wspomnianej guberni
260,784 sztuki królików.

Ilia Erenburg – Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca.

Australia spisała się dużo lepiej, w 1926 roku było tu 10 miliardów królików KLIK.

Króliki przywiezione zostały do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 roku – KLIK. Nie spowodowały one jednak żadnych kłopotów. Jedynie na Tasmanii zanotowano ich nadmierny rozrost.
Kłopoty zaczęły się w 1859 roku gdy pan Thomas Austin poprosił kuzyna z Anglii o przysłanie 12 szarych królików, 5 zajęcy, 72 kuropatw i kilku wróbli żeby było na co polować – KLIK . Kuzyn zastąpił kilka szarych królików domowymi i to chyba właśnie one, odporniejsze na przeciwności klimatu, zapoczątkowały późniejszą eksplozję. Ledwie 10 lat później królików było tyle, że coroczny odstrzał 2 milionów nie powodował zauważalnego efektu.
W 1897 roku straty powodowane przez króliki były tak poważne, że rząd Nowej Południowej Walii zafundował nagrodę w wysokości 25,000 funtów (równowartość 10 milionów obecnych dolarów) za efektywna metodę zniszczenia szkodników. Nadeszło 1,500 zgłoszeń z całego świata. Również od bardzo słynnego europejskiego mikrobiologa. Jak widać z pierwszej linii tego wpisu problemu nie rozwiązano.

W 1887 roku Ludwik Pasteur osiągnął światową sławę, za którą niestety nie przyszły znaczące korzyści majątkowe. Oczywiście nie chodziło o osobistą fortunę, ale o fundusze na założenie Instytutu Pasteura, w którym możnaby kontynuować prace naukowe w dziedzinie mikrobiologii. Pasteur zwrócił się do rządu o pomoc podając jako przykład założony w 1885 roku Instytut Higieny w Berlinie, w którym zatrudniony był Robert Koch – KLIK. Odpowiedzią rządu francuskiego było zorganizowanie międzynarodowej zbiórki funduszy. Pasteur zainicjował akcję osobistą wpłatą 100 tys franków i to była największa dotacja. Z całych Niemiec wpłynęło .. 105 franków natomiast z okupowanej przez Niemców Alzacji i Lotaryngii – ponad 48,000. Pedro II – cesarz Brazylii – dał tysiąc franków, car Aleksander III – prawie 98 tysięcy.
W marcu 1887 roku zakupiono teren i rozpoczęto budowę, ale Pasteur zdawał sobie sprawę, że konieczne są środki na wyposażenie instytutu i rozkręcenie działalności. Bez tego cały projekt runie. Właśnie w tym momencie dotarła do niego wiadomość o nagrodzie w wysokości 25,000 funtów (625,000 ówczesnych franków, 10 milionów dzisiejszych dolarów) ufundowanej przez rząd stanu Nowa Południowa Walia. To mogło rozwiązać wszystkie problemy.

Pasteur był przekonany, że ma nagrodę w kieszeni. Pod koniec 1887 Madame Jeanne Pommery, właścicielka dóbr, na których produkowano słynne wina – KLIK – powiadomiła Pasteura o pladze królików, które niszczyły jej plantacje. Pasteur wysłał swego kuzyna Adriana Loir z kulturą bakterii chicken-cholera – “KLIK” – i w dwa tygodnie problem został rozwiązany.

1 kwietnia 1888 roku pocztowy parowiec Cusko przybył do nadbrzeża portu Melbourne. Na pokładzie znajdowała się trzyosobowa reprezentacja pod dowództwem Adriana Loir – KLIK – kuzyna i bliskiego współpracownika Pasteura. W bagażu wieźli nielegalnie słoiki wypełnione bulionem z zabójczymi bakteriami. To rzeczywiście wygląda na żart primamaprilisowy – jechali do Nowej Południowej Walii a wylądowali w Melbourne?  Rzecz w tym, że po przybyciu do Adelajdy, pierwszego portu jaki statek odwiedził w Australii, pasażerowie dowiedzieli się, że rząd Nowej Południowej Walii właśnie wydał zakaz wwozu na teren stanu jakichkolwiek bakterii. Melbourne w stanie Wiktoria było ostatnim portem, w którym można było podjąć jakąś akcję.
W porcie zauważyli francuski statek, który szykował się do podróży do Nowej Kaledonii. Przekazali mu połowę śmiercionośnego ładunku. Mieli nadzieję, że drugą połowę uda się przechować w Melbourne. Nazwisko Pasteur otwierało wszystkie drzwi (chociaż w dniu 1 kwietnia nie obyło się bez pewnych wątpliwości). Adrian Loir uzyskał od ręki członkostwo Athenaem Club i Melbourne Club, dwóch najbardziej ekskluzywnych “gentlemen clubs” w Melbourne. Natychmiast znalazł się ochotnik do przechowania bakterii.
Teraz należało sprawdzić jak bakterie zniosły podróż przez Morze Czerwone. Trzeba było wyhodować kulturę bakterii i podać ją królikom. Posiadanie, przechowywanie czy przewożenie królików było surowo karanym wykroczeniem, ale czego się nie robi dla klubowego kolegi. Kulturę bakterii normalnie hoduje się w inkubatorze w stałej temperaturze 37 C. Z braku inkubatora Adian Loir skonstruował pas, w który włożył fiolki z hodowlą i nosił go na sobie przez 48 godzin. Żona klubowego kolegi udostępniła swój buduar. Królikom podano jedzenie obficie pokropione bakteriami. Zdechły przez upływem 24 godzin. Można było jechać do Sydney i stanąć przed komisją konkursową.

Drużyna Pasteura składała się z 3 osób – wspomnianego wyżej Adriana Loir, dr Franka Hind i dr Francois Germont. Był to dość dziwny zespół. 25-letni Adrian Loir miał za sobą 7 lat pracy u boku Pasteura, ale nie posiadał żadnego tytułu naukowego czy zawodowego. Książka wspomina, że Pasteur traktował swego kuzyna jak niewolnika. Dopiero po kilku latach doszedł do wniosku, że celowe byłoby mieć w zespole doktora medycyny. Sam Pasteur był z wykształcenia farmaceutą i nie miał nawet prawa zrobić komukolwiek zastrzyku.
Anglik – Dr Frank Hind występował w roli tłumacza. Kłopot w tym, że nie znał on praktycznie francuskiego. Pasteur wyznaczyl go mimo sprzeciwu kilku osób. Rzecz w tym, że w obecności Pasteura, wolno było otworzyć usta tylko w odpowiedzi na pytanie mistrza. Dr Hind pracował z Pasteurem 10 tygodni. Najwyraźniej robił to tak dobrze, że Pasteur nie miał żadnych pytań.
Z dr Germont – Francuzem –  było odwrotnie. Pasteur uważał go za biegłego w języku angielskim. W rzeczywistości dr Germont nie był w stanie przetłumaczyc jednego fachowego zdania bez pomocy słownika.

Pora przedstawić komisję konkursową. Zgodnie z australijską tradycją komisja liczyła wiele osób (12)  o przeróżnych kwalifikacjach, wymienię kilka z nich. Dr Wilkinson – doktor medycyny zafascynowany osiągnięciami dr Roberta Kocha. Edward Quin – farmer, który doświadczał plagi królików na własnej skórze. Stan Queensland nie był dotknięty plaga królików, ale wstawił do komisji swojego reprezentanta w nadziei, że może przy okazji znajdzie się jakieś remedium na choroby bydła. Tasmanię reprezentował Hugh Mahon, którego głowną troską było, aby przy likwidacji królików nie ucierpiały owce. Reprezentant stanu Wiktoria – Edward Lascelles był bogatym byznesmenem prowadzącym bardzo zróżnicowaną działalność. Między innymi był głównym importerem płotów przeciwko królikom i producentem fosforowej trucizny na króliki. Ostatnia rzecz jakiej by chciał to wytępienie królików przez Pasteura.

Spotkanie obu zespołów nastąpiło 23 kwietnia 1888 roku. Dr Hind przedstawił swój zespół i odpowiedział na pytania komisji. Na wstępie nakłamał – przedstawił Adriana Loir jako doktora medycyny podczas gdy był on jeszcze studentem. Podał błędne informacje na temat swojej i dr Germonta współpracy z Pasteurem. Spytany w jaki sposób bakterie będą przenoszone przez króliki – podał ekskrementy podczas gdy Pasteur zakładał, że króliki będą się zarażać w norach. To była ogromna różnica. Zapaliło sie światło alarmowe dla osób ostrzegających  o ryzyku rozprzestrzenienia się bakterii wśród innych zwierząt.
Na koniec, spytany czy francuski zespół zgadza się na obecność osób trzecich podczas eksperymentu, dr Hind odpowiedział – tak – bez uzgodnienia z zespołem. Prawdopodobnie bał się zadać pytanie po francusku. Te przekręty miały ogromnie negatywny wpływ na późniejszą współpracę z komisją, ale o tym w następnym odcinku.

Reblog. Samochwała w kącie stała

Wpis numer 1003

Ale reszta to nie ja, to Pharlap!

Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy

  Pharlap

Ostatniej nocy na blogu ewamaria2013texts.wordpress.com/ pojawił się 1001 wpis!

EwaOkt2014Szeherezadą, inspiratorką tych tysiąca i jednej opowieści jest, któżby inny jak Ewa Maria Slaska, nasza Panna Główna, Panna Prymarna, Panna nad Pannami, Kura – KLIK.

Proponuję kliknąć w zamieszczone zdjęcie (źródło wikipedia), by włączyć stosowny akompaniament – ostatnia część Szeherezady Mikołaja Rymskiego-Korsakowa.

Jak wiemy Szeherazada opowiadała swe baśnie każdej nocy, a zatem łatwo policzyć, że rozpoczęła w 2013 roku. Jednak w moich snach pojawiła się już, a raczej dopiero, w 2012 roku, właśnie zlinkowanym powyżej blogiem: Jak udusić kurę czyli co każda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie.
Na ten blog trafiłem zupełnie przypadkowo i zaplątałem się od pierwszego wejrzenia. Mało tego, nie zważając na różnice płci i stanu cywilnego, wdarłem się do grona współpracowniczek.

Foto: Krystyna Koziewicz

Zrozumiałe jest, że blog dla panien po 30 nie mógł trwać bez końca. EwaMaria zakończyła go dokładnie w rocznicę powstania. Oczywiste było dla mnie, że Panna Główna, nazywana też czasem Kurą Alfa, nie spocznie na laurach. I nie spoczęła. Nowy blog ma całkiem inny format, jest to – cytuję: “Salon tekstów odrzuconych, porzuconych, zarzuconych, a też, niekiedy, przerzuconych, ale również nowych, po polsku, niemiecku, angielsku.”
EwaMaria ma ogromną zdolność przyciągania – prawie 200 autorek i autorów, 1001 wartościowych wpisów. Jako autor kilku z nich wiem, jak wiele uwagi poświęca każdemu wpisowi.

Skoro zacząłem od tematu Szeherezady, to przypomnę, że ta baśniowa snuła swe 1001 opowieści pod groźbą utraty życia. Moja, Nasza, Szeheredaza swoimi opowieściami dodaje uroku życiu wielu, wielu czytelnikom (i autorom).

EwoMario, dziękuję Ci za te 1001 opowieści, gratuluję osiągnięcia bajkowego rezultatu i życzę wiele siły, energii do prowadzenia nas nadal przez bajkowy a przecież autentyczny świat.

Na potwierdzenie tych ostatnich słów zacytuję fragment pierwszego wpisu we wspomnianym wcześniej blogu dla Panien po 30:
… opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka “Wojny domowej” i “Drobnoustrojów”) z książki “Przez kuchnię i od frontu” o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale”.
Podkreślenia moje.

Nowa polska proza z Australii (2)

Lech Milewski

Sygnał z Kosmosu

Był piękny wiosenny dzień. Przyćmione promienie słońca oświetlały dwie postacie siedzące przy pulpicie kontrolnym w Centrum Badania Inteligencji Kosmicznej.
– Żadnego sygnału? – spytał porucznik Ping.
– Cierpliwości – odpowiedział kapitan Ling – mamy jeszcze sześć godzin.
– Na pewno dostaniemy dzisiaj sygnał?
– Na pewno, sygnał przychodzi zawsze podczas wiosennego zrównania dnia z nocą.
Porucznik Ping zadumał się. Dwanaście lat temu otrzymano pierwszy sygnał z galaktyki Sin-Hai. Już od setek lat szukano śladów inteligentnego życia w kosmosie. Pierwszy problem to jak odróżnić logiczną informację od kosmicznego szumu? Rozwiązanie znaleziono w matematyce. Wybrano ciąg liczb Fibonacciego. Wysyłano w kosmos sygnały o częstotliwościach 2, 3, 5, 13, 89, 233, 1597, 28657, 514229 Hertzów. Czy ktoś w kosmosie zrozumie to pytanie? Bo jeśli zrozumie, to znaczy że umie myśleć i liczyć. I będzie znał odpowiedź. Odpowiedź nadeszła – jednosekundowy sygnał o częstotliwości 433494437 Hz. Był to dzień wiosennego zrównania dnia z nocą, 21 marca 358 roku EPR (Ery Panowania Rozumu). Od tego czasu naukowcy pracowali niezmordowanie nad ustaleniem zasad języka, w którym będzie można się porozumieć z nieznanymi istotami. Wysyłano w kosmos słowniki podstawowych pojęć i próbne teksty w różnych językach. Rok temu osiągnięto taki stopień porozumienia, że zdecydowano się wysłać do nieznanych istot teksty będące fundamentem cywilizacji ludzkiej. A więc: Republika Platona, Trzy zasady Sun Yat Sena i Statut Chińskiego Banku Światowego.

Kapitan Ling przeciągnął się i spojrzał na ekran wyświetlający aktualne wiadomości. Tłumy ludzi zbierały się na placu Wrót Niebiańskiego Spokoju – Tiananmen Guangchang.
– Święto radości – westchnął porucznik Ping.
– Radości wydawania pieniędzy – uzupełnił kapitan Ling.
Porucznik Ling spojrzał na niego uważnie. Kapitan Ping był jednym z najstarszych pracowników ośrodka. Wiadomo było, że miał bardzo gruntowne wykształcenie.
– Kapitanie, powiedzcie mi jak to było w dawnych czasach – poprosił.
– W jak dawnych?
– No, przed naszą erą.
Kapitan Ling zamyślił się. Przed naszą erą. To była era liczona w latach AD – roku pańskiego. Pańskiego? O jakiego Pana chodziło? Tego nikt dokładnie nie wiedział i nikt już nie chciał tego dochodzić. To była era chaosu i przypadkowości. Społeczeństwo rozdrabnione na zwalczające się grupy etniczne. Rozkład i dekadencja.
– Studiowaliście historię i filozofię kapitanie?
– Tak ale przerwałem we właściwym czasie.
Porucznik Ping odwrócił głowę. Niektórzy wspominali, że kapitan Ling spędził kilka lat w obozie reedukacyjnym. Ale to nie wymazało grzechów młodości. Od 20 lat nie awansował. Widocznie stopień kapitana był szczytem jego kariery.
– I teraz obchodzę święto radości wydawania pieniędzy.
– To logiczne. Bo radość wydawania jest napędem dla radości zarabiania.
– A radość zarabiania jest napędem do pracy.
– Pod troskliwą opieką Światowej Partii Chin!
– Amen – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem. Mam chyba czkawkę – odpowiedział kapitan Ling.
Obaj pogrążyli się w milczeniu. To był właśnie kłopot z kapitanem Ling. Te tajemnicze komentarze, w których można było wyczuć jakąś ironię. A co tu ironizować? Życie było proste i szczęśliwe. Na przykład dzisiejsze Święto Radości – przemarsz przed trybunami, na których siedzą wodzowie narodu. A potem każdy dostanie dodatkowy przydział Somy – pastylek radości. A radość zarabiania pieniędzy – porucznik Ping właśnie spłacił raty za wyposażenie mieszkania. Pozostał jeszcze dług za mieszkanie. Czy kapitan Ling ma jakieś długi? Pewnie nie. Ile on może mieć lat? Na pewno ponad 50. Bank Rządowy pilnował, aby obywatele spłacili wszystkie długi przed osiągnięciem wieku odejścia z pracy. Ludzie którzy kończyli pracę byli oddawani do dyspozycji Departamentu Spokojnej Starości. Tam oceniano, czy ich życie jest warte życia.
– Kapitanie Ling, kto wymyślił to powiedzenie: niekontrolowane życie nie jest warte życia?
– Starożytny myśliciel Sok-ha-teh.
Jednak w niektórych sprawach kapitan Ling był nieoceniony. Porucznik Ping zastanawiał się czasem nad tymi słowami i ogarniał go niepokój. A co jeśli departament uzna, że nie warte? Czy dadzą dodatkowe pastylki Somy? A może jakieś inne?

– Jest!!! – kapitan Ling podskoczył na fotelu i wbił wzrok w znaki pojawiające się na ekranie. Nacisnął guzik alarmowy powiadamiający kierownictwo i przerzucił tekst na wielki ekran na ścianie. Sala zapełnili pracownicy Centrum. Wszyscy patrzyli na niezrozumiałe znaki.
– Tłumaczenie, szybko – warknął pułkownik Dong.
– Identyfikacja języka – pojawiło się na ekranie – chiński, arabski, farsi, angielski, hiszpański… Nazwy najważniejszych języków przesuwały się na marginesie ekranu przy każdym ikonka z zasmuconą twarzą. Na sali zapanowała pewna konsternacja. Przecież poprzednim razem wydawało się, że osiągnięto porozumienie. Istoty z Sin-hai były w stanie zrozumieć wysłane im próbne teksty w języku chińskim, arabskim i angielskim. Dlaczego więc odpowiadają w jakimś nieznanym języku?
– Języki starożytne – łacina, staro-grecki, egipski … hebrajski. Hebrajski!? Tak! Na ekranie wyświetlało się tłumaczenie. Wygladało jak jakaś instrukcja:
1. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.
2. Nie będziesz wzywał imiena Bożego nadaremno.
3. Pamiętaj dzień święty…
– Co to jest? Co to znaczy? – rozlegały się chaotyczne pytania. Przerwał je pułkownik Dong.
– Spokój! – zawołał donośnym głosem. – Spokój!
Nacisnął guzik na pulpicie kontrolnym i wielki ekran zgasł. Po sali przebiegł szmer zawodu.
– Spokój – powtórzył pułkownik Dong – to nie jest czas i miejsce na bezcelowe spekulacje. Tekst został przesłany do Urzędu Badania Myśli, właściwa interpretacja zostanie podana wkrótce do wiadomości publicznej. A teraz proszę wszystkich o opuszczenie sali, przypominam, że za godzinę rozpoczyna się Święto Radości.
Ludzie z wolna kierowali się w stronę wyjścia. Na sali pozostało tylko dwóch oficerów dyżurnych.
– Zrozumieliście coś z tego kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– No cóż, pułkownik Dong wykazał się jak zwykle doskonałym opanowaniem.
– Tak, ale mnie chodzi o ten tekst. Jak to było? Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną? Gdzie to jest? – Porucznik Ping przesunął kursor aby odtworzyć poprzednią zawartość ekranu.
– Co do licha?
– O co chodzi poruczniku?
– Nie mogę wrócić do porzedniej sesji. O, dziennik całej konwersacji też jest pusty.
Na ekranie pojawił się nowy komunikat:
– Koniec dyżuru.
– A co z nasłuchem sygnałów z kosmosu? – zapytał porucznik Ping.
Zanim skończył te słowa, na ekranie pojawiła się odpowiedź:
– Projekt Badania Inteligencji Kosmicznej zamknięty. Sygnały z galaktyki Sin-Hai nie pochodziły od istot rozumnych. To był tylko kosmiczny szum.
– Kamienne tablice też zostały strzaskane – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście? Co strzaskane?
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem, mówiłem przecież, że mam dziś czkawkę.

Przypisy:
1. Ciąg Fibonacciego – KLIK.
2. Soma – pastylki radości – termin zaczerpnięty z książki A. Huxleya – Nowy, wspaniały świat.
3. Oryginalny cytat Sokratesa to: ὁ δὲ ἀνεξέταστος βίος οὐ βιωτὸς ἀνθρώπῳ. Polska wikipedia tłumaczy to na – Niezbadane życie nie jest warte życia. Preferuję wersję angielskojęzyczną: The unexamined life is not worth living for a human being. 

Nowa polska proza z Australii

Lech Milewski

Dieta rencisty – fikcja (na razie)

Bernie obudził się. Usłyszał miękki, regularny dźwięk dzwonka. Na ekranie migała data: 17 marca, godzina 7:00. Wyskoczył z łóżka czując lekki skurcz w żołądku – ostatni dzień pracy. Tymczasem na ekranie falowało zachęcająco logo gimnazjum. Ramka w lewym dolnym rogu zawierała podsumowanie:
Bernard M Scott – wiek 59, mężczyzna.
Wzrost 178 cm, waga 73 kilo.
Spalić 600 kalorii.
Bernie chwycił ręcznik i zbiegł na dół. Gdy wrócił po 45 minutach pływania i ćwiczeń w siłowni czuł silny głód. Spojrzał z pewną obawą na ekran.

Poranna porcja: 450 kalorii – informował ekran.

– Nie jest źle – mruknął Bernie podstawiając kubek pod kranik. Kubek napełnił się żółtawą papką.
– Nie było złe – potwierdził płucząc kubek wodą i wypijając resztki odżywczej substancji.
– Co też to mogło być? – zastanowił się – 524 albo 628.

APŻ – Automatyczny Program Żywienia to był projekt, z którego Bernie był najbardziej dumny. Ostatnie 5 lat spędził na programowaniu i testowaniu tego kolosalnego przedsięwzięcia, które zrewolucjonizowało ludzkie odżywianie. APŻ kontrolowało zapotrzebowanie każdego abonenta na energię, minerały i witaminy i dostarczało właściwą mieszankę do kranu w kuchni klienta.
Po kilku miesiącach rodzenia się w bólach, projekt okazał się wielkim sukcesem. Niewątpliwie przyczyniło się do tego poparcie rządu, który wprowadził system w armii i instytucjach rządowych. Wkrótce wielkie korporacje poszły za przykładem rządu i obecnie praktycznie wszyscy ludzie zatrudnieni w większych instytucjach oraz mieszkający w domach rencistów byli podłączeni do systemu.

Była już 8:28 gdy Bernie wreszcie połączył się ze służbowym portalem. Na ekranie wyświetliła się lista dziennych zadań:
12:30 Zakończyć pracę nad zadaniem 132
14:30 Sporządzić raport końcowy
15:00 Ceremonia pożegnania Bernie Scotta ( podwieczorek )
15:30 Koniec pracy.

– Pamiętają o wszystkim – westchnął Bernie z ulgą.
Spojrzał jeszcze raz na listę. A do tego jacy szczodrzy, prawie ćwierć dnia wolnego. No cóż chyba zasługuje się na jakieś względy po 35 latach pracy.
Przeczytał uważnie treść zadania 132 i pogrążył się w testowaniu jakiejś zawiłej funkcji. Praca szła gładko, czuł jak przez jego mózg przepływa przyjemna ciepła fala wysiłku i zadowolenia. Bernie lubił tę pracę i z pewnym lękiem myślał o czekającej go emeryturze.
Inni ludzie jakoś się przyzwyczajają, przyzwyczaję się i ja – dodawał sobie otuchy.
Bernie przypomniał sobie Franka. Ten gość cały czas po pracy spędzał w swoim wychuchanym ogródku. A odkąd przeszedł na emeryturę dwa miesiące temu, to hula po całym świecie. Ostatnia pocztówka jaką Bernie dostał od Franka była wysłana z Peru.
– Toż dwa miesiące temu Frank nie potrafiłby znaleźć Peru na mapie – zachichotał Bernie – doprawdy ludzie zmieniają styl życia, gdy przejdą na rentę.
Faktem było, że rząd mocno zachęcał ludzi do utrzymywania aktywnego trybu życia po przejściu na emeryturę. Ci którzy przenieśli wszystkie swoje oszczędności na rządowy fundusz emerytalny otrzymywali jako bonus 3-miesięczne wakacje zagraniczne w pełni finansowane przez rząd.
– Jak też człowiek się czuje, gdy nie korzysta z Automatycznego Programu Żywienia? – zastanawiał się Bernie. Toż to musi być bardzo niezdrowe i rujnujące żołądek, to żywienie w hotelach i restauracjach.
Była dopiero 11:25, gdy Bernie zakończył zadania na dzień dzisiejszy. Rozejrzał się ze zdziwieniem. A więc jestem już na emeryturze.
Zaczął przeglądać foldery i wyrzucać niektóre pliki. Zatrzymał się nad jednym ze swoich programów systemu APŻ, który uruchamiał moduł optymizujący mieszankę na następny posiłek. Szybko wprowadził swoje dane personalne, dzisiejszą datę, ustawił czas na 8:00 rano i uruchomił program.
Numer 628 – wyświetliło się na ekranie.
– A więc dobrze zgadłem co było na śniadanie – a co też mi dadzą na kolację?
Przestawił czas na 18:30 i nacisnął guzik.
– Numer 1371.
– 1371? – zdumiał się Bernie. A cóż to może być?
Ale nie było czasu na dalsze rozmyślania bo na ekranie pojawił się komunikat o lunchu.
Lunch – 300 kalorii (zredukowany ze względu na podwieczorek).
– O wszystkim pomyśleli dranie – mruknął Bernie napełniając kubek rzadką mieszanką. Nie chciało mu się nawet zgadywać, co też to mogło być.

Wrócił do pracy i właśnie zamykał końcowy raport, gdy terminal wezwał go do przełączenia się na tryb konferencyjny. Ekran był teraz podzielony na 3 sektory. Rumiana twarz Kena McCormicka uśmiechała się do Berniego z lewej strony, środkowa część ekranu była pusta zaś prawy sektor wypełniała lista nazwisk osób obecnych na ceremonii.
Drodzy koledzy – zaczął Ken i środkowa część ekranu zaczęła się z wolna wypełniać tekstem jego przemówienia. Bernie umieścił kursor na nazwisku Grega i pstryknął w klawisz myszy.
– Jak się masz Bernie? – zapytał Greg.
– A cóż za nudy.
– Nie bądź cyniczny Bernie, wszyscy cenimy twoją pracę.
– Zawracanie… – Bernie przerwał wpół słowa, bo Ken właśnie skończył i patrzył na niego z ekranu z wyrazem oczekiwania na twarzy.
Bernie pospiesznie przeleciał przez listę plików i nacisnął klawisz. Przez chwilę słuchał z niedowierzaniem nie poznając własnego głosu po czym rozluźnił się, bo jednak rozpoznał zdania swojego pożegnalnego przemówienia.
Gratulacje! Dobra robota! Trzymaj się Bernie! – życzenia przepływały przez ekran, każde w osobnym baloniku w kształcie chmurki. Długa lista podpisów przesuwała się na prawym marginesie.

Bernie zażądał wydruku. W tym samym momencie uśmiechnięta twarz Neil’a pojawiła się na ekranie.
– Hej Bernie, co będziesz teraz porabiać?
– Tak naprawdę to jeszcze nie wiem, ale na początek zrobię sobie dłuższą przerwę.
– Jeszcze jeden podróżnik, co? A pamiętasz Patryka? Właśnie dostałem od niego pocztówkę z Hiszpanii.
– Przy okazji, Neil – przerwał Bernie – Czy wiesz co to jest mieszanka 1371?
– Nie mam pojęcia ale te wszystkie numery powyżej tysiąca to specjalny program rządowy. A dlaczego pytasz?
– Nic takiego, właśnie sprawdzałem co będzie dzisiaj na kolację.
– Racja Bernie, jesteś już emerytem, na rządowej diecie. Coś ci powiem, ta dieta jest bardzo ekonomiczna. Bardzo.
Koniec przerwy – zamigotało na całą szerokość ekranu. Bernie wrócił do trybu pracy i wkrótce zakończył sesję.
– Jestem wolny – powiedział i rozejrzał się dookoła.
Walizka była już spakowana i wszystko gotowe do podróży. Nie pozostało nic do zrobienia. Przełączył terminal na tryb rekreacyjny. Sport, jakieś quizy, program dla dzieci. W sam raz dla dzieci i rencistów – pomyślał wyciągając się na kanapie.

Gdy się obudził, w pokoju było już ciemno.
– A to uciąłem sobie drzemkę – mruknął ze zdziwieniem.
– Jestem emerytem. – zadeklarował – aha, miałem zapytać Neil’a o tę rzadową dietę, przypomniał sobie Bernie i wystukał na klawiaturze nazwisko.
Terminal zajęty, zostaw wiadomość – odpowiedział komputer.
Bernie skasował połączenie i spojrzał na zegarek. Było już po siódmej i czuł głód.
– Musiałem chyba przespać komunikat o obiedzie – pomyślał. No cóż, spróbujmy tej rządowej papki. – Numer 1371, wyłaź! – zakomenderował Bernie wpisując zlecenie na posiłek na terminalu.
Bernard M Scott – wiek 60, mężczyzna
Wzrost 178 cm waga 73 kg.

Bernie czekał chwilę na wyświetlenie wartości energetycznej posiłku, ale nic więcej nie pokazało się na ekranie. Podstawił kubek pod kranem i obserwował jak brązowawa substancja wypełniła naczynie.
– Pachnie nieźle – zauważył – i smakuje nienajgorzej – dodał po pierwszym hauście.
Wziął duży łyk pokarmu i usiadł na kanapie.
– Nie jest złe – powtórzył.
I wtedy poczuł jak gorąca fala zbiera mu się w żołądku, rośnie, wznosi się do gardła, do mózgu…
– Numer 1371- wyszeptał Bernie z wysiłkiem i opadł na kanapę. Jego szklane oczy patrzyły martwo na ekran, na którym wyświetlała się instrukcja:
APŻ – podsumowanie: efektywność 100%
Zadania:
– usunąć ciało
– wydezynfekować pomieszczenie
– przekazać wszystkie przedmioty osobiste do magazynu
– wysłać pocztówki z trasy nr 17 na listę adresową nr 378.

DR2Autor tekstu dopisał w mailu co następuje:
Do akcji poderwal mnie Twój cykl – nowa polska proza. Wyobraź sobie, że i ja popełniłem dwa drobne utwory. Nie wiem, czy pierwszy z nich kwalifikuje się do tej kategorii, bo napisałem go po angielsku i nie jest nowy – został opublikowany w październiku 1988 roku w pismie Computing. Mało tego – wygrał nagrodę miesiąca – patrz tekst w ramce po lewej stronie. Kilka lat później przetłumaczyłem to na polski. Czytając teraz, stwierdziłem, że moje wizje technologii przyszłości nie są jeszcze przestarzałe. Załączam osobno ilustrację do opowiadania. Pewnie chronią ją prawa autorskie i nie można jej publikowac w blogu, ale Tobie pokażę.

A ja dodam: no trudno, może chronią ją prawa autorskie i nie można jej opublikować, ale w końcu robię tylko przedruk i proszę węszacza sieciowego o uwzględnienie jako okoliczności łagodzącej faktu, iż zrobiłam to dla honoru autora, rysownika i gazety!

Na pustyniach Australii (4)

Lech Milewski

Daisy Bates. Zima.

On the fringe of the vast island continent of Australia live a few
millions of white people; in the vast desert regions far from the coast
live a few thousands of black people, the remnant of the first
inhabitants of Australia.

The race on the fringe of the continent has been there about a hundred
years, and stands for Civilization; the race in the interior has been
there no man knows how long, and stands for Barbarism. Between them a
woman has lived in a little white tent for more than twenty years,
watching over these people for the sake of the Flag, a woman alone, the
solitary spectator of a vanishing race. She is Daisy Bates, one of the
least known and one of the most romantic figures in the British Empire…

Arthur Mee – przedmowa do książki The passing of the Aborigines.

W 1912 roku Daisy otrzymała tytuł Honorowego Protektora Aborygenów w rejonie Eucla w stanie Południowa Australia. Honorowego czyli bez wynagrodzenia. Wystawiła na sprzedaż posiadane tereny i parowcem popłynęła na miejsce nowej misji.

Na początku zamieszkała w stacji hodowlanej prowadzonej przez znajomych, ale po kilku miesiącach stacja została zlikwidowana. Przeniosła się pod namiot i stamtąd opiekowała się chorymi Aborygenami z pobliskich osad.

Spędziła tam 5 lat, utrzymując się z własnych skromnych oszczędności – jej posiadłości zostały sprzedane za ułamek spodziewanej kwoty.
Charakter jej pracy zmienił się, nie była już naukowcem, który przy okazji badań w terenie troszczył się o swoich informatorów, była  pracownikiem socjalnym, który opiekował się chorymi i zaniedbanymi, pomagał rozwiązywać konflikty międzyplemienne oraz nieporozumienia między Aborygenami a białymi. Zbieranie danych, zapisywanie legend i badania językowe zeszły na margines.

W 1914 roku została zaproszona jako prelegentka na konferencję organizowaną przez brytyjskie towarzystwo naukowe. Drogę z Eucla do Adelajdy przejechała bryczką ciągniętą przez wielbłądy, co zajęło 12 dni.
Na konferencji znalazła się w centrum uwagi, zyskała duże uznanie i nawiązała wiele nowych kontaktów. Nie uzyskała tylko jednego – płatnego zatrudnienia przez instytucję rządową. Z pustymi rękami wróciła do swojego namiotu.

Po czterech latach, w październiku 1918 roku przeszła nerwowe i fizyczne załamanie. Wymagała pobytu w szpitalu. Rząd Południowej Australii wspomógł ją kwotą 50 funtów, a następnie, po zakończeniu kuracji, zaoferował jej pozycję przełożonej pielęgniarek na oddziale rekonwalescencji weteranów wojennych. Pozostała na tym stanowisku przez kilka miesięcy, a następnie, widząc, że nie ma żadnej szansy na pomoc rządową, zrezygnowała z honorowej pozycji w Eucla i przeniosła swoje namioty do Ooldea – osady na trasie właśnie budowanej linii kolei transkontynentalnej z Sydney do Perth.

Było to miejsce dobrze znane i cenione przez Aborygenów ze względu na duże podziemne zapasy wody. Odgrywało dużą rolę w aborygeńskich mitach o stworzeniu świata, było miejscem ceremonii inicjacyjnych. Tu zbiegały się ścieżki aborygeńskich wędrówek prowadzące z miejsc tak odległych jak Kimberleys – 2600 km pieszej wędrówki – usłużne google wyliczyło, że oznacza to 520 godzin nieustającego marszu.

W związku z budową kolei Ooldea stała się ruchliwym placem budowlanym, stacjonowało tu 600 pracowników i 500 wielbłądów. To przyciągało Aborygenów, szczególnie w okresie suszy. Z tego też powodu właśnie tutaj osiedliła się Daisy – aby chronić aborygeńskie kobiety i dzieci od przehandlowania za żywność, tytoń i alkohol.
W dramatycznych listach do rządu Południowej Australii proponowała wprowadzenie strefy demarkacyjnej, wyznaczenie protektora aborygeńskich kobiet, przydzielenie jej bezpłatego biletu kolejowego, aby mogła odwiedzać odległe osady aborygeńskie i prowadzić akcje informacyjne.
Wszystko na próżno. Jej oszczędności się wyczerpały, jedynym źródłem utrzymania pozostało pisanie artykułów. Na szczęście było na nie zapotrzebowanie.

Już na początku pobytu przeżyła długi okres suszy, na dodatek wybuchł wtedy strajk kolejarzy i ustały dostawy żywności. Daisy polowała z rewolwerem na króliki i duże jaszczurki. W tym samym czasie wybuchły rozruchy Aborygenów. W pierwszym rzędzie udali się pod namioty Daisy…

Właśnie piłam herbatę gdy zobaczyłam grupę około 90 mężczyzn w wojowniczym nastroju. Uważali, że obecna susza została spowodowana przez białych. ‘Blackfeller king belong this country. We want blackfeller king, not whitefeller king. Whitefeller took game, stealum water. We chase whitefeller long way. Nabbari our king’.
Sytuacja była wybuchowa, jedno niewłaściwe słowo mogło spowodować rozlew krwi na ogromnych terenach.
Miałam do wygrania dwie karty – po pierwsze byli głodni, po drugie ujawnili nazwisko swojego króla co oznaczało, że muszę znaleźć jego słabą stronę i wymyślić jakąś silną stronę białych.
Przez kilka minut stałam w milczeniu patrząc intensywnie gdzieś poza nich. Zrobiło to na nich widoczne wrażenie. Wtedy poleciłam przygotować herbatę dla wszystkich. Gdy kubki z herbatą poszły w ruch oświadczyłam, że ‘biały król’ przydzieli im koce, żywność i tytoń, zaś jeśli królem zostanie Nabbari, wówczas ich królową będzie jego żona Maachi. To była moja karta atutowa. Maacho była małą sekutnicą, której nikt nie lubił. Jeden po drugim odchodzili w milczeniu od ogniska. Po godzinie byłam znowu sama i bezpieczna.

W 1921 roku Daisy napisała serię artykułów na temat kanibalizmu Aborygenów. Najbardziej drastyczne były wzmianki o zwyczaju zabijania przez matki i zjadania nowonarodzonych dzieci.
To wywołało szok. Z jednej strony zainteresowało to świat mediów i posypały się zamówienia na artykuły, z drugiej spotkała się z bardzo ostrą krytyką środowiska naukowego, które twierdziło, że  przesadza, niewłaściwie interpretuje legendy i miesza je z rzeczywistością. Przez długie lata wypominano jej tę sprawę i w latach 60 ubiegłego wieku wykorzystano ją dla zdyskredytowania całego dorobku naukowego Daisy. Szczególnie urażone były środowiska aktywistów aborygeńskich i ich poprawnych politycznie zwolenników. Dopiero od kilkunastu lat sprawy się unormowały, a dokumentacja zebrana przez Daisy okazuje się być bezcenna.

Reasumując – Daisy rzeczywiście nieco przesadzała, ponosiła ją literacka pasja a zamówienia na artykuły dopingowały. Jednak kanibalizm był faktem – patrz źródła 3.

Daisy spędziła 16 lat w namiotach w Ooldea. Jedyna istotną przerwą był kilkutygodniowy pobyt w Canberze w połowie 1933 roku na zaproszenie rządu federalnego. Powodem było zamordowanie przez Aborygenów pięciu japońskich rybaków, a następnie krwawe walki z policją.

Daisy opracowała szczegółowy raport, w którym powtórzyła swoje poglądy na temat relacji Aborygenów i białych. Według niej Aborygeni powinni być pozostawieni samym sobie. Jest to cywilizacja skazana na wymarcie. Jedynym, co biali mogą zrobić, to wysłać do ich osiedli osoby, które zatroszczą się o ich higienę i stan zdrowia. Wszelka działalność misyjna, próby asymilacji, przenoszenie do miast są skazane na niepowodzenie i tylko przedłużają cierpienia. Zaproponowała powierzenie jej misji rozwiązania istniejącego konfliktu.
Zasadniczo taka propozycja odpowiadała federalnym politykom lecz nie mogli jej przyjąć ze względu na opinię publiczną i głosy aborygeńskich aktywistów.
Daisy wygłosiła w Canberze kilka prelekcji, nawiązała sporo wartościowych kontaktów, zyskała dużą popularność i uznanie, po czym… wróciła do swoich namiotów.

Dlaczego zdecydowała się mieszkać tak długo zupełnie odcięta od cywilizacji?

Według osób, które ją znały Daisy nie znosiła kompromisów. Uważała, że nikt nie spędził tyle czasu w bliskim kontakcie z Aborygenami co ona, a zatem albo będzie oficjalnie uznana za ostateczny autorytet w sprawach aborygeńskich, albo pozostanie nikim.

Po powrocie z Canberry zastała w Ooldea ogromne zmiany. Rząd Południowej Australii zorganizował tam aborygeńską misję, która zachęcała Aborygenów do porzucenia pustynnych osiedli, zapewniała im racje żywnościowe i leki.
Daisy nie była już tu potrzebna.

Na szczęście za kilka miesięcy została ponownie zaproszona do Canberry, tym razem na ceremonię odznaczenia Orderem Imperium Brytyjskiego (CBE).

Oficjalne uznanie zaprocentowało. Daisy dostała propozycję napisania książki na temat kontaktów z Aborygenami. Wydawca pisma The Advertiser oferował dobre honorarium i pokrywał koszty hotelu w Adelajdzie.
Książka miała tytuł My Natives and I. Na początek Daisy zorganizowała przeniesienie jej notatek, zbiorów aborygeńskich w tym churinga – totemicznych tablic wymarłych plemion i innych materiałów z Ooldea do Adelajdy. Wymagało to aż 7 kursów zespołu tragarzy.
Na marginesie dodam, że aborygeńskie wierzenia zabraniają wspominania zmarłych, gdyż zakłóca to spokój duchów, które nadal otaczają opieką swe plemiona.
Obecnie w australijskiej telewizji przez wyświetleniem filmu dokumentalnego z życia Aborygenów wyświetlane jest ostrzeżenie – uwaga film zawiera zdjęcia i nagrane głosy osób, które być może już zmarły.
Daisy cieszyła się jednak specjalnym zaufaniem. Jej aborygeńskie imię Kabbarli w prostym tłumaczeniu oznacza babcię, jednak w odniesieniu do Daisy oznaczało zreinkarnowaną przedwieczną babkę.

Daisy bez żalu opuściła Ooldea. Na pożegnanie zorganizowała tam jeszcze corroboree na cześć odwiedzającego te okolice księcia Gloucester i miała okazję z nim porozmawiać.

W Adelajdzie zamieszkała w eleganckim hotelu – koszt 37 funtów tygodniowo – więcej niż całoroczne utrzymanie w namiocie na pustyni. Otrzymała zaliczkę 500 funtów. Przestawienie się z życia w namiocie na pustyni na salony Adelajdy nie stanowiło problemu. Znowu była ozdobą towarzystwa. Zawarła bardzo wartościowa znajomość z dziennikarką Ernestine Hill. Przkształciła się ona w bliską współpracę. Za namową Ernestine i przy jej wydatnej pomocy Daisy zaczęła pisać najważniejszą książkę swojego życia – The passing of the Aborigines.

W 1936 roku The Advertiser opublikował ostatni rozdział książki My Natives and I a Daisy wróciła do namiotu.
Powód był bardzo prosty, nie miała pieniędzy. W Adelajdzie żyła jak udzielna księżna, wydała z łatwością całe honorarium i musiała zaciągnąć pożyczkę. W namiocie mogła przeżyć cały rok za 26 funtów.
Tym razem jako miejsce pobytu wybrała Pyap na pograniczu Południowej Australii i Wiktorii. Większość czasu spędzała pisząc książkę The passing of the Aborigines. Gospodarowało tam wielu farmerów pochodzenia niemieckiego. W tym czasie cierpieli niedostatek z powodu suszy i kryzysu ekonomicznego. W Daisy odezwał się instynkt społecznika – napisała osobisty list do kanclerza Adolfa Hitlera, prosząc go o wsparcie jego rodaków.

Po trzech latach wróciła do Adelajdy, gdzie rząd federalny zapewnił jej mieszkanie i biuro. Dwa lata spędziła na kompletowaniu i porządkowaniu swoich archiwów, po czym przekazała je do Biblioteki Narodowej…

W Canberze udzieliła pierwszego w życiu wywiadu radiowego, z którego była bardzo niezadowolona. Była oszołomiona nową techniką, radio, samochody – to nie był jej świat. Zdecydowała wrócić jak sama powiedziała – to those poor cannibals of Central Australia.

W połowie 1941 roku, w wieku 82 lat, rozbiła namioty w Wynbring przy trasie kolei transkontynentalnej. Było to miejsce dużo bardziej odcięte od cywilizacji niż Ooldea. Uważając się za niedocenioną przez rząd, odmówiła przyjęcia kartek na żywność, które wprowadzono na czas wojny.

Wieść o jej powrocie dotarła szybko do aborygeńskich osad, wkrótce zaczęli ją odwiedzać mieszkańcy okolic Ooldea. Jej przewidywania sprawdziły się, Aborygeni, ściągnięci w okolice linii kolejowej wizją bezpłatnej pomocy, zdemoralizowali się. Młode kobiety sprzedawano, szerzyło się pijaństwo i rozboje, starsi utracili autorytet.
Daisy napisała kolejny list do rządu – prosiła, aby powierzyć jej rolę Special Commisioner for Aboriginal Affairs, obiecując, że stopniowo zaprowadzi tu porządek – play decent British game with me.
Nie otrzymała odpowiedzi. Na szczęście pojawiła się szansa na jakieś dochody – zamówienie na zbiór aborygeńskich legend do książki dla dzieci.
Wróciła do pisania. Jednocześnie świadczyła pomoc kilkunastu aborygeńskim rodzinom koczującym w sąsiedztwie.

Na początku 1945 roku przeszła kolejne załamanie fizyczne i psychiczne, utraciła prawie całkiem wzrok. Rząd zorganizował jej transport do szpitala. Nie było to łatwe, Daisy była całkowicie zdezorientowana, podejrzewała, że chcą ja porwać, zażądała transportu limuzyną gubernatora. Eskortujący ją policjanci musieli użyć wielu sztuczek, by dowieźć ją do szpitala w Augusta. Po dłuższej kuracji wróciła do dobrej formy, nie była jednak w stanie mieszkać samodzielnie. Odmówiła przeprowadzenia się do oferowanego przez rząd domu opieki i zamieszkała u wiernych znajomych z dawnych lat.

W 1946 roku ukazało się The passing of the Aborigines, które prasa oceniła jako jedną z najważniejszych książek napisanych w języku angielskim – źródła 4.
Publikacja ta była wielkim szokiem dla Ernestine Hill, która była inicjatorem powstania książki i włożyła wiele wysiłku w jej napisanie i ostateczną redakcję. Tuż przed publikacją Daisy usunęła z książki całą przedmowę, w której dokładnie opisała wkład Ernestine i nie szczędziła jej pochwał i podziękowań.

Pod koniec 1949 roku Daisy wymagała już stałej opieki, ostatnie 18 miesięcy życia spędziła w szpitalu, zmarła 18 kwietnia 1951 roku w wieku 92 lat.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.
3. Sydney Morning Herald – Królowa Nigdy-Nigdy powraca w wielkim stylu – KLIK.
4. Daisy Bates – The pasing of the Aborigines – online bookKLIK.
5. Kopia artykuł w Australian Women Weekly z 1939 roku – KLIK.

Na pustyniach Australii (3)

Lech Milewski

Daisy Bates. Jesień

Spróbujmy najpierw wyjaśnić sprawę nieoczekiwanych pieniędzy.

Daisy bez zmrużenia oka twierdziła, że to żadne zaskoczenie – po pierwsze bank, który pięć lat wsześniej przechodził kryzys, stanął ponownie na mocniejszym gruncie i zwrócił część depozytu, a po drugie przecież ona w Anglii zarabiała.

Depozyt odzyskany w banku to było bardzo niewiele. Bank zwrócił 1 szylinga za każdego zdeponowanego funta czyli zaledwie 5% niezbyt imponujących oszczędności, a tymczasem Daisy dysponowała teraz tysiącami funtów.
Co do pracy w Anglii to nie znaleziono żadnego potwierdzenia tej opowieści.

Susanne de Vries – źródła 1 – snuje dwie teorie na ten temat.
Pierwsza – Daisy została “call girl” dla dobrego towarzystwa. Przykłady mogła znaleźć wśród znajomych lokatorek Domu Świętego Gabriela.
Druga – Daisy dostała pieniądze od rodziny Ernesta Baglehole. Po pierwsze legitymowała się świadectwem małżeństwa. a zatem miała prawo do udziału w spadku. Po drugie ujawnienie tego małżeństwa kompromitowało rodzinę Baglehole, gdyż Ernest niewątpliwie popełnił bigamię. Po trzecie Daisy mogła zagrać na sentymentach starego pana Baglehole, pokazując mu zdjęcie swego syna Arnolda Hamiltona, teoretycznie wnuka seniora rodu.
Jak było tak było, w każdym razie Daisy wróciła do Australii z pieniędzmi i z doskonałą reputacją.

Dzięki przynależności do klubu Karrakatta Daisy poznała wiele wpływowych osobistości Zachodniej Australii, łącznie z premierem stanu. Na początku stycznia 1900 roku ona i jej mąż zostali zaproszeni do pałacu gubernatora na uroczystości związane z nadchodzącym ogłoszeniem federacji stanów w suwerenne państwo.

Gorzej było z najbliższymi. Jack Bates…
Boże, co za szok, to stworzenie ze zwisającą dolną wargą, dłonie tak niezgrabne, że nie potrafią utrzymać talerza, umysł tak zaniedbany, że nie potrafi skupić się na wysłuchaniu jednego zdania“.
Arnold Hamilton, już 13-letni, nie był w dużo lepszym stanie. Okazało się, że ojciec wypisał go ze szkoły i zabrał z sobą na wędrówki ze stadami bydła…
Brudny, zaniedbany, nieucywilizowany…“.
Najwyraźniej postanowili dać swemu małżeństwu jeszcze jedną szansę. Postanowili wybrać sie razem w podróż po bezdrożach Zachodniej Australii. a przy okazji rozejrzeć się za terenami na własne gospodarstwo.
Jack ruszył konno na północ. Daisy miała dogonić go statkiem. Na początek umieściła syna w dobrej katolickiej szkole. co kosztowała ją 1.200 funtów. Następnie znalazła dobrego paryskiego krawca w Perth i zamówiła u niego komplet strojów na wielotygodniową wędrówkę: sześć płaszczy i spódnic z niebieskiej serży, dwa szare kostiumy i jeden czarny oraz balowa suknia z białej tafty.

Z Jackiem spotkała się w miejscowości Cossack i przejechali razem prawie dwa tysiące kilometrów lekką, dobrze resorowaną bryczką ciągnięta przez cztery konie – tak zwanym amerykanem. Wrażenia z podróży opisała w pierwszym opublikowanym w Australii artykule. W trakcie podróży miała okazję spotkać się wielokrotnie z Aborygenami i nawiązała z nimi dobry kontakt. Podczas wizyty w kilku dużych stacjach hodowlanych stwierdziła, że Aborygeni byli w nich traktowani jak członkowie rodziny. Napisała list na ten temat do londyńskiego Times. Niestety jej obserwacja była bardzo przypadkowa i nie zgadzała się z ogólnym stanem rzeczy.

Po powrocie do Perth Jack wrócił do pracy w terenie, Daisy zaś otrzymała bardzo interesującą propozycję. Podczas podróży powrotnej do Australii poznała na statku ojca Fratelli, który opowiedział jej o misji trapistów w miejscowości Beagle Bay i o ich pracy wśród Aborygenów. Teraz okazało się, że biskup M. Gibney wybiera się na wizytację misji i Daisy mogłaby mu towarzyszyć i przy okazji napisać kilka reportaży.
Gdy przyjechali na miejsce, Daisy dostała motykę i została poproszona o pomoc w pracy na plantacjach trzciny cukrowej i bananów oraz przy czyszczeniu studzien.
Miejscowi Aborygeni zaakceptowali ją i nadali jej “skin name” – imię określające jej miejsce w plemieniu, które jednocześnie identyfikowało jej rodzinę, przede wszystkim ojca.
Ciekawe, że również od wyznaczenia plemiennego ojca rozpoczęła się wędrówka Robyn Davidson z nomadami w północnych Indiach – patrz TUTAJ.
Daisy szybko nauczyła się podstawowego słownictwa i mogła się porozumieć z Aborygenami. Jeden z trapistów udzielił jej praktycznej rady, w jaki sposób można najłatwiej zebrać informacje o zwyczajach i tradycjach plemiennych – usiąść na ziemi ze starymi ludźmi, podzielić się z nimi jedzeniem, zająć ich dolegliwościami.
Ta metoda sprawdziła się nadspodziewanie dobrze. Daisy nie tylko uzyskała wiele informacji, ale również zdobyła wśród Aborygenów ogromne zaufanie. Z czasem stała się posiadaczką mobburn stick – magicznego totemu, przed którym Aborygeni czuli wielki respekt. Otrzymała też imię Kabbarli – ktoś w randze babci.

Po powrocie do Perth podczas spotkania z poznanym wcześniej premierem stanu otrzymała kolejną ciekawą propozycję. Do premiera dotarła wiadomość o ginącym aborygeńskim plemieniu Bibbulmun, zaproponował więc Daisy zebranie wszelkich możliwych informacji na temat ich języka i zwyczajów. Bez wahania rozbiła namiot w osadzie aborygeńskiej. Jak zbierać informacje wiedziała z poprzedniej misji.
To była sensacja – samotna biała kobieta mieszkająca wśród czarnych.
Jej działalność musiała być pozytywnie oceniona, gdyż powierzono jej misję zorganizowania w osadzie corroboree – aborygeńskiej ceremonii rytualno-artystycznej, na której gośćmi mieli być następca tronu książę Yorku z małżonką, podróżujący do Melbourne na otwarcie pierwszej sesji australijskiego parlamentu.

Ten dzień, 24 lipca 1901 roku, Daisy zapamiętała do końca życia. Suknia z białej tafty nareszcie we właściwym otoczeniu. Do tego czarny parasol, który jej upadl i został natychmiast elegancko podniesiony przez szlachetnego księcia. Parasolowi Daisy nadała nazwę parasola króla Jerzego i przechowywała go wraz z białą suknią do końca życia.

W międzyczasie Jack załatwił dzierżawę wieczystą terenów pastewnych, Daisy wraz z synem pospieszyli go więc odwiedzić. Po kilku miesiącach Jack skompletował stado około 1000 sztuk bydła, własnego i powierzonego, wynajął kilku kowbojów i razem ruszyli w ponad tysiąckilometrową podróż. Jack oczekiwał, że zarobek pozwoli mu na rozpoczęcie budowy domu.
Daisy jechała konno, na damskim siodle, i wraz z Arnoldem mieli za zadanie zajmować się bydłem, które pozostawało z tyłu.
Przez kilkaset kilometrów wszystko szło dobrze. Niestety natrafili na dość długi odcinek drogi, na którym nie znaleźli żadnej studni. Gdy wreszcie zobaczyli wodę bydło wpadło w szał. Nisko płatni, niedoświadczeni kowboje nie potrafili go opanować, większość stada rozbiegła się.

Niestety przedsięwzięcie okazało się klęską. Jack wrócił do pracy, a Daisy  ponownie ulokowała syna w katolickiej szkole z internatem, sama zaś zamieszkała w Perth.
Z biegiem czasu udało się odszukać trochę zagubionego bydła, ale Daisy straciła serce do idei rodzinnego majątku i domu. Jack przepisał wszystkie dzierżawy na jej imię, była więc właścicielką dużych terenów, ale bez gotówki.

W drugiej połowie 1902 roku Daisy zdecydowała, że będzie się utrzymywać z publikacji artykułów i sprzedaży pocztówek z widokami dzikich terenów Australii.
Jej teksty cieszyły się uznaniem i wkrótce otrzymała zlecenia na artykuły od rządu stanowego i kilku pism. Jednak te dochody z trudem pokrywały koszta jej utrzymania i edukacji Arnolda, zwróciła się więc do rządu z propozycją zorganizowania misji popularyzującej w Anglii migrację da Zachodniej Australii.

Na początek jednak rząd zatrudnił Daisy za opłatą 8 szylingów dziennie, z zadaniem skatalogowania słów i zwrotów języków aborygeńskich.
Daisy spędziła prawie rok w aborygeńskich osiedlach mieszkając w namiocie. Prócz tego rozesłała ankietę do farmerów, policjantów i misjonarzy prosząc o zapisanie napotkanych słów.

Praca pochłaniała ją zupełnie. Oficjalnie i nieoficjalnie deklarowała, że jest wdową.

Jej praca została zauważona przez Australian Geographical Society, które zainteresowało się również wynikami jej badań w zakresie antropologii. Towarzystwo zleciło jej wygłoszenie wykładu na temat aborygeńskich praw regulujących małżeństwa.
W rezultacie została członkiem-korespondentem Anthropological Society of Great Britain i Australian Anthropological Society.
Daisy bardzo autorytatywnie wyrażała opinię, że wymarcie Aborygenów jest nieuniknione. Wysiłki rządu i organizacji charytatywnych są skazane na ostateczne niepowodzenie, w samej rzeczy przedłużaja one tylko cierpienia rasy skazanej na wymarcie.
Jednocześnie była wielką przeciwniczką mieszania ras. Nie wahała się głosić, że the good half-caste is dead half-caste.
Poglądy te zyskały jej przychylność rządu i właścicieli wielkich posiadłości, ale podważyły jej pozycję w świecie naukowców.
Z drugiej strony jej postępowanie przeczyło głoszonym przez nią poglądom. Gdy w osadzie aborygeńskiej, w której prowadziła właśnie badania, wybuchła epidemia odry, Daisy opiekowała się chorymi, gotowała im posiłki, zastępowała lekarzy. Gotowanie owsianki umilała sobie recytowaniem z pamięci wierszy Omara Khayyama w tłumaczeniu Edwarda Fitzgeralda – patrz tutaj – KLIK.

W 1908 roku przekonała premiera, żeby zlecil jej zadanie zbadania struktur społecznych plemion aborygeńskich w północno-wschodnich stronach. Dostała otwarty bilet kolejowy. Zadanie zająło jej 8 miesięcy. Podróżowała pociągiem, korzystała z grzeczności farmerów, sporo wędrowała na piechotę – razem 3000 km, odwiedziła 28 osad.

Po powrocie poprosiła o zlecenie jej przygotowania publikacji kompletnej gramatyki języków Aborygenów Zachodniej Australii – koszt 200 funtów – rok pracy. Gabinet zgodził się, ale pod warunkiem, że wypłata zzostanie rozważona po zakończeniu projektu. Bardzo ją to rozgoryczyło, gdyż w międzyczasie musiała znaleźć czas na pisanie artykułów, aby mieć środki na własne utrzymanie.

Podczas karnawału na przełomie 1909-10 roku otrzymała zlecenie na zorganizowanie kolejnego corroboree z udziałem Aborygenów z dwóch pobliskich osad. Kłopot w tym, że były to walczące ze sobą społeczności.
O sukcesie zadecydowała moc posiadanego przez Daisy totemu.

Według niej drugim filarem jej autorytetu był nieskazitelny wiktoriański strój i dbałość o czystość i porządek.

Inicjatywy Daisy były pewnym kłopotem dla rządu stanowego, z ulgą więc przyjęli wiadomość, że do Australii wybiera się ekspedycja badawcza z Anglii pod wodzą wykładowcy etnologii pana A.R. Radcliffe Browna. Rząd zaproponował Daisy dołączenie do ekspedycji i publikację materiałów w ramach raportu końcowego.

A.R. Radcliffe Brown przyjechał do Australii w październiku 1910 roku i już na początku jego ekspedycja otrzymała dotację 1000 funtów od bogatego hodowcy Sama Mackaya.
To było powodem pierwszej kontrowersji. Daisy uważała, że dotacja jest jej zasługą, gdyż Sam jest jej dobrym znajomym. Radcliffe Brown twierdził, że to jego inauguracyjny wykład zrobił takie piorunujące wrażenie.

Konfrontacja metod pracy i posiadanych materiałów ujawniła dalsze różnice. Brown chętnie korzystał z notatek Daisy, ale krzywił się na jej brak zainteresowania teorią antropologii – jej głowa to koszyk na robótki, w którym igra tuzin kociąt.

Niezbyt długo po rozpoczęciu ekspedycji w osiedlu aborygeńskim, gdzie właśnie przebywali, doszło do zamieszek, wkroczyła policja. Daisy uważała, że należy to przeczekać, ale Radcliffe Brown zdecydował zrezygnować z dalszej wędrówki i przenieść się do kolonii dla wenerycznie chorych, gdzie bezpieczeństwo gwarantowali liczni strażnicy. Daisy musiała się podporządkować.

Był to dla niej stracony czas. Przebywanie w otoczeniu ludzi czekających bezwolnie na śmierć bardzo ją przygnębiało. Jedyne co mogła robić, to dostarczać chorym tytoń i przesyłać ich bamburu message sticks – pałeczki, na których wycięto rytualne znaki. Radcliffe Brown był za to w swoim żywiole – obserwował reakcje Aborygenów na muzykę z suity Peer Gynt.

W marcu 1911 roku ekspedycja miała kontynuować wędrówkę, ale już w innym składzie. Radcliffe Brown powędrował na Północ, Daisy na Wschód. Odwiedzała osiedla, przynosząc żywność i badając genealogie. Nauczyła się czytać teren – znam każdy kamień, każdy krzak po imieniu i znam jego mistyczną historię. Poznała i nauczyła się jeść wszystkie aborygeńskie potrawy.

Zakończeniem ekspedycji była uroczysta akademia i wykład A.R. Radcliffe Browna. Na koniec wykładu złożył podziękowanie Daisy i kurtuazyjnie poprosił ją o ostatnie słowo…
– Wszystko co tutaj usłyszałam pochodzi z moich notatek, a więc trudno żebym miała coś do dodania.

Po zakończeniu ekspedycji poczuła się wypalona. Nie widziała szansy na otrzymanie stałej rządowej pracy, odeszła ją chęć do pisania artykułów.

Dokończenie za tydzień.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Na pustyniach Australii (2)

Lech Milewski

Daisy Bates – Lato

Uboga lecz elegancka panna z ambicjami i po przejściach poszukuje…

Niestety droga była tylko jedna – zatrudnić się znowu jako guwernantka, korzystając z referencji biskupa Stantona.
Tym razem Daisy spróbowała szczęścia w Nowej Południowej Walii, nieopodal miejscowości Nowra, 150 km na południe od Sydney. Właścicielką posiadłości była pani Catherine Bates, wdowa z szóstką dzieci. Finansowo wspierał ją syn Jack zatrudniony jako drover czyli hmmm… poganiacz bydła. W Australii wiele terminów nabiera innych rozmiarów. Drover był osobą odpowiedzialną za przeprowadzenie wielotysięcznych stad bydła przez tysiące kilometrów pustynnych bezdroży.

Pani Bates nie potrzebowała guwernantki będącej ozdobą towarzystwa, potrzebna jej była intensywna pomoc we wszystkich dziedzinach gospodarstwa.
Na co liczyla Daisy? Nie musiała długo czekać żeby na jej drodze pojawiła się nowa szansa.

Na Boże Narodzenia 1884 roku do domu zjechał Jack Bates, przy okazji przyprowadził duże stado dzikich koni brumby na lokalny pokaz hippiczny.
Jack był przystojny, o kruczoczarnych włosach, pod wąsem, z niebieskimi oczami i zdrową opalona cerą. Spodobał się Daisy, ale rozczarowały ją bardzo jego maniery przy stole i milkliwy charakter.

Jack nie lubił książek, ze szkoły uciekł w wieku lat 14 i przez kilka lat zajmował się łapaniem dzikich koni. Zyskał sobie uznanie jako doskonały jeździec i stockman – nadzorca dużego stada zwierząt. Wkrótce został head stockman w wielkiej stacji hodowlanej – prestiżowa i dobrze płatna praca. Niestety poniósł go nieopanowany temperatent i w napadzie złości ciężko pobił podległego mu Aborygena. Właściciel stacji wyrzucił go z pracy i dołożył starań żeby nikt Jacka nie zatrudnił.

Pozostała mu tylko ścieżka samodzielnej kariery – drover – bardzo odpowiedzialna, ryzykowna i w przypadku sukcesu dobrze płatna praca.
Jack Bates, podobnie jak jego koledzy po fachu przepijał i przegrywał w karty lwią część zarobionych pieniędzy.

Wydaje się, że Daisy liczyła, że pod jej wpływem Jack się unormuje, szybko zgromadzi pieniądze potrzebne na zakup własnej ziemi, wybudowanie domu. A gdy już będzie dom, to ona potrafi stworzyć w nim właściwą atmosferę.

Daisy nie miała problemu z podbiciem serca Jacka. W drugi dzień świąt oznajmił publicznie, że zamierza wziąć z nią ślub przed wyjazdem na kolejne zlecenie. Ze swej strony Jack zaimponowal Daisy umiejętnością ujeżdżania koni i charakterem. Na pokazie, na którym byli jako widzowie, żaden z zawodników nie mógł ujarzmić narowistego konia. Wtedy Jack zgłosił się do konkursu, ujarzmił konia, a zdobytą nagrodę polecił podzielić po równo między wszystkich uczestników konkursu.

Ślub odbył się w lutym 1885 roku. Państwo Bates byli katolikami, więc Daisy nie musiała udawać protestantki. Oczywiście nie wspomniała o małżeństwie z Eddie Morantem i ponownie zadeklarowała swój wiek jako 21 lat.
Trzy dni po ślubie Jack wyjechał, a Daisy została wraz z teściową na gospodarstwie, tym razem musiała pracować tu bez żadnego wynagrodzenia. Dziwnym trafem kilka dni później otrzymała list z Sydney. Pod pretekstem konieczności zakupu niezbędnych sprzętów domowych wyjechała do Sydney, gdzie czekał na nią nie kto inny lecz Ernest Baglehole!

Pamiętacie Państwo? To był syn jej pierwszych pracodawców, jeszcze w Anglii, tam rodzice mieli już dla niego kandydatkę na żonę.
Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale po kilku miesiącach miał dosyć żony i ustabilizowanego życia. Porzucił wszystko i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek Zealandia udający się do Australii. Adres Daisy otrzymał zapewne od jej siostry Kathleen.
Nie ma żadnych informacji o szczegółach spotkania Daisy i Ernesta poza jednym – wpisem w rejestrze małżeństw!
Tak jest – Daisy O’Dwyer, panna, lat 21, protestantka, poślubiła Ernesta Baglehole, kawalera, w dniu 10 czerwca 1885 roku, w kościele św. Stefana w Sydney.
Niedługo później Ernest popłynął w kolejny rejs i wszelki ślad po nim zaginął. Jego żona w Anglii – Jesse – została w 1891 roku uznana oficjalnie za wdowę.

Daisy wróciła na farmę swojej teściowej. W sierpniu 1885 roku wpadł tam na krótko jej mąż, który wkrótce musiał znowu wyjechać do pracy.
Następna pewna informacja, to że w maju 1886 roku Daisy poczuła się słabo, lekarz stwierdził, że jest w ciąży. Jack miał właśnie przerwę między kolejnymi zleceniami więc odwiedziła go w Bathurst w Blue Mountains. Tam 26 sierpnia 1886 urodziła syna – Arnolda Hamiltona.

Arnold Hamilton – skąd takie imiona? Susanne de Vries – źródła 1 – nie ma watpliwości, że Arnold to wspomnienie uczucia do Alfreda Colquhoun z Charters Towers, zaś Hamilton to wspomnienie właścicieli farmy, na której Daisy poznała swego pierwszego męża.
Bob Reece – źródła 2 – powtarza za Daisy, że nadała synowi imiona wybitnego brytyjskiego admirała. Niewątpliwie wersja ta była przeznaczona dla jej męża i ojca dziecka.
Ojca?
Z wyliczeń wynika, że Arnold Hamilton został poczęty w listopadzie 1885 roku. Czy Jack Bates miał wtedy przerwę w pracy? Czy Ernest Baglehole przebywał jeszcze w Sydney? Nie wiemy.
Fakt, że Jack Bates nie nadał chłopcu imienia żadnego z członków swojej rodziny jest dość dziwny.

Poród był bardzo długi i ciężki. Daisy nie odkryła w sobie żadnych uczuć macierzyńskich. Wspominała ciążę jako nieporozumienie, poród jako koszmar i przysięgła sobie nie mieć nigdy więcej żadnych stosunków fizycznych z mężczyznami.
Co na to jej mąż? Nie wiemy, ale skoro pozostali małżeństwem, to widocznie było mu to obojętne. I tak spędzał większość czasu poza domem, a zarobione pieniądze przepijał z kolegami.

Po urodzeniu Arnolda Daisy nie wróciła do teściowej. Straciła zapewne złudzenia co do tego, że jej mąż odłoży kiedykolwiek pieniądza na zakup własnego gospodarstwa. Pozostała wraz z synem w okolicach Sydney, pracując jako guwernantka w dobrych domach.

W 1893 roku, gdy Arnold miał 6 lat, odwiedziła Tasmanię, ten pobyt znajduje wiarogodne potwierdzenie. Korzystając z referencji wspomnianych w poprzednim odcinku biskupów była gościem w domach miejscowej arystokracji i wszędzie oczarowała towarzystwo swym wdziękiem, dowcipem i elokwencją.
Na początku 1894 roku Daisy umieściła syna w katolickiej szkole z internatem, uzgodniła z teściową, że Arnold bedzie spędzał wakacje z babcią, a sama wsiadła na statek i popłynęła do Anglii.
Jej sytuacja finansowa była bardzo kiepska. W Australii była właśnie poważna recesja, Daisy i jej mąż stracili wszystkie niewielkie oszczędności zdeponowane w banku.
Koszty przejazdu odpracowała jako stewardessa.

Po krótkim pobycie w Londynie Daisy popłynęła do Irlandii, do swego rodzinnego miasta. Niewątpliwie chciała zbadać sytuację majątkową rodziny i zorientować się, czy nie nabyła jakichś praw spadkowych. Niestety nie, po kilku tygodniach wróciła do Londynu dysponując kwotą 14 szylingów.
Tu poszukała kontaktów w środowisku, w którym czuła się najlepiej – wśród ludzi pióra. Udało jej się nawiązać kontakt z bardzo poważanym wydawcą Wiliamem Stead i bezceremonialnie poprosiła go o pracę…
– Jaką pracę?
– Jakąkolwiek. Ma pan przecież dużą bibliotekę i biuro. Odkurzę półki, zrobię porządek w biurze, szybko nauczę się czegoś, żeby być przydatna. Proszę, niech pan da mi szansę. Posiadane pieniądze starczą mi tylko do czwartku.

Została zatrudniona za 1 funta tygodniowo. Zostawała po pracy, ucząc się pisania na maszynie. Zyskała sobie szybko sympatię pracodacy, poznała jego rodzinę. William Stead uczył ją dziennikarskiego fachu, techniki prowadzenia wywiadów, edycji.
Mieszkała w St Gabriel Hostel for Young Ladies, za który płaciła 7 szylingów i 6 pensów tygodniowo. Hostel św Gabriela, mimo, że tani, był popularnym miejscem zamieszkania kobiet o niezależnych poglądach i intelektualnych ambicjach. Daisy spotkała tam wiele ciekawych osób i ugruntowała swoje poglądy – była zdecydowaną przeciwniczką feminizmu. Sufrażystki jeżdżące w pantalonach na rowerach uważała za karykaturę kobiet.
Podobnie sprawa się miała z jej stosunkiem do Wiliama Steada. Należał on do Towarzystwa Fabiańskiego i popierał idee socjalistyczne. Prócz tego, zgodnie z ówczesną modą, był mocno zainteresowany spirytualizmem i był pod dużym wpływem madame Blavatsky – twórczyni teozofii.
Daisy była zdecydowaną przeciwniczką obu idei, a madame Blavatsky uważała za skomercjalizowaną czarownicę.
Z drugiej strony bardzo ceniła Steada jako wydawcę, dziennikarza i człowieka. Podczas pracy w jego redakcji miała możliwośc spotkania takich osób jak Cecil Rhodes – ojciec brytyjskiego kolonializmu, H.G. Wells i G.B. Shaw. Miała bliski kontakt z rodziną Stead i wydaje się, że darzyła uczuciem Willie Steada, syna Wiliama. Faktem jest, że porzuciła redakcję w momencie, gdy Willie ożenił się w sierpniu 1897 roku.
Daisy jako przyczynę odejścia podawała utratę zdrowia spowodowaną kontaktami z fanatykami spirytualizmu.

Pozostała w Anglii jeszcze dwa lata, ale brak jest jakichkolwiek śladów jej działalności w tym okresie. Ona sama twierdziła, że pracowała w firmie Jarrold Publishing, należała do klubu myśliwskiego, była gościem wielu domów arystokratycznych i otrzymała dwie propozycje małżeństwa od wysoko postawionych osób.
Żadna z tych informacji nie znajduje potwierdzenia.

Po 5 latach pobytu w Anglii Daisy otrzymała ważny list od męża. Jack nawiązał współpracę z najbogatszym hodowcą bydła na zachodzie Australii, a ten zaproponowal mu kupno bardzo dobrej parceli hodowlanej – Ethel Creek.
Czyżby Jack się unormował? Czyżby marzenia o własnej posiadłości stawały się faktem? Daisy kupiła bilet na podróż powrotną do Australii.
Pod koniec 1899 roku parowiec Stuttgart przybil do portu Fremantle w Zachodniej Australii. Miejscowa gazeta poświęciła Daisy sporo miejsca tytułując ją the lady journalist i podając informację, że jest korespondentką londyńskiego The Times i otrzymała od tej gazety zadanie zbadania losu Aborygenów w Zachodniej Australii.

Po takiej i wielu innych rekomendacjach została honorowym członkiem ekskluzywnego Karrakatta Club i poproszono ją tam o wygłoszenie wykładu.

A pieniądze? Czy Jack zdołał odłożyć pieniądze na kupno ziemi, bydła i budowę domu? Może trochę odłożył, ale to nie był w tej chwili palący problem. Daisy wróciła z Anglii z całkiem pokaźnym majątkiem.

Co, skąd, jak, dlaczego?

Ciąg dalszy za tydzień.

PS. Kilka słów o losie pierwszego męża Daisy, Eddie Moranta. Przez 5 lat pracował jako kowboj w wielu mejscach, bawił się, pił, zadziwiał swoimi umiejętościami jeździeckimi. W 1899 roku rozpoczęła się Wojna Burska i Eddie zaciągnął się do armii. W Afryce szybko awansował. Podczas urlopu spędzonego w Angli zaręczył się. Najwyraźniej podobnie jak Daisy zapomniał o niefortunnym ślubie. Niestety, po powrocie na front poniosły go emocje. Chcąc pomścić śmierć przyjaciela, który zginął na polu bitwy, zarządził masową egzekucję jeńców wojennych.
Sąd polowy skazał go na śmierć. Został rozstrzelany 27 lutego 1902 roku. Szczegóły tutaj – KLIK.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Na pustyniach Australii (1)

Lech Milewski

Daisy Bates. Wiosna

Australian history does not read like history, but like the most beautiful lies.
Mark Twain – Following the Equator

13 marca 1884 roku w Charters Towers, centrum kolejnej gorączki złota, odbył się ślub świetnie dobranej pary. On, Edward Morant, 21 lat, błyskotliwy angielski dżentelmen spowinowacony z admirałem Digby Morantem. Ona, panna Daisy O’Dwyer, 21 lat, osierocona córka anglo-irlandzkiego protestanta Jamesa O’Dwyer Esquire of Ashberry House. Po śmierci ojca Daisy została otoczona opieką zamożnego arystokraty sir Francisa Outram i wychowywała się razem z jego sześciorgiem dzieci. W rezydencji sir Francisa otrzymała staranne wykształcenie i razem z jego rodziną odbyła podróż na kontynent europejski. Po powrocie do Anglii sir Francis Outram miał zaszczyt gościć w swoim pałacu królową Wiktorię i młoda panna Daisy O’Dwyer złożyła przed królową przepisowy potrójny ukłon.
Po śmierci matki panna O’Dwyer zdecydowała się pojechać do Australii żeby sprawdzić jakie nowe możliwości oferuje ten egzotyczny kraj. Nie bez znaczenia był łagodny klimat Australii, istotny dla osoby, której matka zmarła na chorobę płuc. Panna O’Dwyer opłaciła podróż z własnych środków, w które zaopatrzył ją jej przedwcześnie zmarły ojciec.
Po przybyciu do Townsville panna O’Dwyer złożyła kurtuazyjną wizytę biskupowi George Stanton, który udzielił jej odpowiednich referencji.
Nie powinno więc dziwić, że mając taki start, Daisy O’Dwyer osiągnęła wiele. Na tyle wiele, że w latach 20 ubiegłego wieku jej nazwisko pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych.

Piękny początek zaowocował sukcesami w dalszym życiu. Prawda?
Rzecz w tym, że nieprawda.

Szydło wyszło z worka już kilka dni po wspomnianym na początku ślubie. Do drzwi mieszkania młodej pary zapukał czcigodny pastor Barlow i upomniał się o niezapłacone wynagrodzenie za ślub. Dużo poważniejsze pretensje zgłosił jubiler, u którego pan młody kupił pierścionek zaręczynowy – czek okazał się być bez pokrycia.
To nie powinno dziwić, angielscy dżentelmeni często nie mają luźnej gotówki, ale przecież w końcu zawsze płacą swoje długi.
Rzecz w tym, że Edward Morant, który za sugestią żony zmienił imię na Harry, nie był w pełnym znaczeniu tego słowa dżentlemenem gdyż dżentelmen nie powinien pracować zaś Eddie ‘Breaker’ Morant pracował jako kowboj na stacji hodowlanej i otrzymywał za to bardzo skromną zapłatę 15 szylingów tygodniowo. Również jego pokrewieństwo z angielskim admirałem nie zostało nigdy potwierdzone. Zapewne liczył, że zwróci dług z zasobów wniesionych przez jego żonę. Kłopot w tym, że Daisy O’Dwyer była córką biednego irlandzkiego szewca na dodatek alkoholika, nie miała żadnego posagu a do Australii przyjechała za symbolicznego funta sponsorowana przez rząd stanu Queensland za co musiała odpracować 5 lat w tym stanie.

Widząc co się święci Harry Morant czym prędzej czmychnął z małżeńskiego gniazdka przy okazji kradnąc siodło i świnię swoim gospodarzom. Policja złapała go już następnego dnia. Na szczęście sędzia był wielbicielem jazdy konnej i miał wielkie uznanie dla umiejętności i manier Harrego, w związku z czym uwolnił go od winy. Harry znalazł natychmiast pracę w jakiejś odległej stacji hodowlanej. Daisy nie próbowała go odnaleźć. Pierścionek zaręczynowy zwróciła jubilerowi.

Powyższy obraz uzupełnię informacją, że ubiegając się o sponsorowany wyjazd do Australii, Daisy zaniżyła swój wiek o 3 lata, zaś Harry ‘Breaker’ Morant biorąc ślub zawyżył swój wiek o 2 lata gdyż 21 lat było wymaganym minimum.
Prawdą pozostaje jednak fakt, że nazwisko Daisy pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych (i po kilkudziesięciu latach z nich zniknęło).

Zacznijmy więc tę historię od początku korzystając ze sprawdzonych informacji i logicznych konkluzji. Te drugie są bardziej pewne.

Margaret Dwyer urodziła się 16 października 1859 roku w miasteczku Roscrea w Irlandii. Jej rodzicami byli katolicy – James Dwyer i Bridget Dwyer z domu Hunt. Rodzina Dwyer mieszkała w krytej strzechą chacie, gdzie James miał warsztat szewski.
Cztery lata po urodzeniu Margaret jej matka zmarła, a ojciec ożenił się ponownie i wraz z żoną wyjechał szukać szczęścia w Ameryce. Zmarł na pokładzie statku i został pochowany w grobie dla biedaków.
Margaret, która na codzień używała imienia Daisy, i jej starsza siostra Kathleen, spędziły kilka lat pod opieką babci, a gdy osiągnęły wiek szkolny zostały zapisane do Free National School for Catholic Girls prowadzonej przez francuskie i belgijskie zakonnice. W szkole otrzymały bardzo staranne wykształcenie, były elokwentene, potrafiły dobrze przekazać swoje myśli na piśmie, znały dzieła klasyków angielskiej literatury, miały podstawy łaciny i francuskiego, były biegłe w robótkach ręcznych i posiadały nieskazitelne maniery.
Daisy uwielbiała literaturę, szczególnie Dickensa. Prawdopodobnie książki były inspiracją do marzeń o życiu w szczęśłiwej i zasobnej rodzinie.
Razem z siostrą wcześnie zauważyły wielką dyskryminację irlandzkich katolików. Następcy Cromwella dopilnowali, żeby katolicy nie mogli posiadać ziemi na własność, a umowy dzierżawne były krótkoterminowe, aby nigdy nie zdołali się ustabilizować. Być może te doświadczenia uczuliły Daisy wiele lat później na los australijskich Aborygenów, pozbawionych jakichkolwiek praw do ziemi.

Obie siostry doszły do tego samego wniosku – jeśli kiedykolwiek mają się wyrwać z kręgu nędzy i upokorzeń to muszą się wykazać pochodzeniem z anglo-irlandzkiej, dobrze sytuowanej rodziny. Wzorce znalazły w sąsiedniej The Ladies Hibernian School for Protestants. W bibliotece szkolnej znalazły wykazy irlandzkiej arystokracji i ziemiaństwa. Zapamiętały nazwiska, nazwy posiadłości i koligacje.

Brak jest dokładnej informacji o ich młodzieńczych latach, prawdopodobnie po zakończeniu nauki pozostały w szkole jako pomocnice nauczycielek, przygotowując się do zawodu guwernantki.
Guwernantka – to była jedyna droga dla ubogiej panny z ambicjami. Tą drogą podążyły wcześniej siostry Brontë. Wiadomo było, że uwieńczeniem kariery było małżeństwo z kimś z rodziny pracodawców. Była to jednak bardzo ryzykowna ścieżka – przeciwstawić się zalotom mężczyzn, tak żeby nikogo nie zrazić i nie pogrzebać swoich szans.

Kathleen powiodło się – została zatrudniona przez respektowaną protestancką rodzinę, a jej opowieści o arystokratycznych powiązaniach wystarczyły do zgody na małżeństwo z synem pracodawców, oficerem brytyjskiej armii.
Daisy poszła podobną drogą. Udało jej się znaleźć pracę u zamożnej rodziny Baglehole. Udało jej się wywrzeć duże wrażenie na jedynym potomku – Erneście. Niestety rodzice upatrzyli już dla Ernesta właściwą małżonkę i pozbyli się panny Dwyer, gdy tylko zorientowali się, że stanowi ona zagrożenie dla ich planów. Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale Daisy pozostała w jego pamięci.

Co robić? Próbować jeszcze raz? Daisy nie miała do tego cierpliwości. Zauważyła ogłoszenie rządu stanu Queensland, który werbował sieroty, panny w wieku 17-20 lat, do pracy jako pomoce domowe. 23-letnia Daisy O’Dwyer podała więc wiek jako 20 lat i uiściła 1 funta za bilet. Pozostałe 39 funtów dopłacał rząd Queensland.  W listopadzie 1882 roku statek Almora ruszył w trzymiesięczną podróż do Australii.

Do Townsvile przybili 14 stycznia 1883 roku. Daisy trzymała się z daleka od swoich towarzyszek podróży. Pierwsze kroki skierowała do biskupa Stantona, gdzie powołała się na pokrewieństwo rodziny męża jej siostry z biskupem Browningiem w Hobart. To była święta prawda. Elegancka, przystojna, elokwetna panna zrobiła doskonałe wrażenie na biskupie, ze spokojnym sumieniem polecił ją rodzinie zamożnych hodowców bydła.

Ze swej strony, Daisy nie mogła za bardzo przebierać. Przebywając w Townsville mogła łatwo zostać zdemaskowana przez którąś z towarzyszek podróży. Wylądowała więc na farmie gdzie musiała się włączyć do codziennych prac gospodarskich.
Jej pozycja w Australii nie różniła się zbytnio od tej w Anglii – musiała znaleźć odpowiedniego męża.
Z jednej strony było to łatwe, gdyż Australia cierpiała na wielki niedobór kobiet. Z drugiej strony bardzo trudne, bo niewielu było tu kandydatów na męża, którzy mogliby spełnić jej oczekiwania.
Nie wiadomo jak długo Daisy przebywała na farmie. Według jej relacji wkrótce wyjechała na kilka miesięcy na Tasmanię, gdzie była gościem biskupa Browninga i wielu miejscowych notabli, brała udział w polowaniach i balach. Jej relacje są barwne i pełne istotnych detali, z drugiej strony nie ma można znaleźć żadnego potwierdzenia jej pobytu na Tasmanii.

Faktem natomiast jest, że pod koniec 1883 roku znalazła się w Charters Towers, mieście pulsujacym gorączką złota. Oczywiście swe kroki skierowała do najlepszych domów, poznała ciekawych ludzi, między innymi Thaddeusa O’Kane wydawcę lokalnej gazety The Northern Miner. Ludzie pióra – takie towarzystwo jej odpowiadało. Być może wtedy zaświtał w jej głowie pomysł zajęcia się na poważnie pisaniem. W redakcji pisma spotkała błyskotliwego dziennikarza Arnolda Colquhoun, nawiązała się nić sympatii. Niestety wkrótce Daisy dowiedziała się, że jej sympatyczny znajomy jest chory na syfilis, który wtedy był nieuleczalną chorobą. Teraz musiała dołożyć starań, żeby jakoś wywikłać się z pechowego związku. Jednym z argumentów jakiego używała, było twierdzenie, że jest związana z kimś innym. Czy była? Faktem jest, że jej osobowość zjednywała jej sympatię wielu ludzi, a mężczyźni tracili przy niej głowę. Ona sama twierdziła – lubię się zakochiwać i.. rozstawać.

Arnold, który jednocześnie popadł w długi i inne tarapaty, popełnił samobójstwo. Jakimś cudem osoba Daisy nie została zauważona podczas dochodzeń policji, ale nie mogła dłużej pozostać w Charters Towers. Na szczęście miała przy sobie doskonałe referencje od biskupa Stantona. Bez trudu znalazła pozycję guwernantki u hodowców bydła, państwa Hamilton. Tam nie mogła nie zwrócić uwagi na przystojnego kowboja – Eddiego Morant.

Eddie Morant był podobnie jak ona biednym irlandzkim sierotą. Też zyskał staranne wykształcenie. W szkole poznał i oczarował zamożnego dżentelmena, który zaprosił go do swojej rezydencji jako towarzysza polowań. Tam nabrał idealnych manier i umiejętności jeździeckich. Do Australii przyjechał podobnie jak Daisy na bilet sponsorowany przez rząd. Przez pewien czas pracowal w cyrku, aż znalazł stałą pracę na stacji hodowlanej.
Eddie oczarował Daisy elokwencją, znajomościa literatury i opowieściami o koneksjach jego dobrze sytuowanej rodziny. Co było dalej czytaliście Państwo na wstępie.

Trzy próby, trzy niepowodzenia – co teraz począć?

Ciąg dalszy nastąpi.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Ciąg dalszy za tydzień