Stuart 50 !!!!!

If I lay here, if I just lay here
Would you lie with me and just forget the world?
Forget what we’re told
Before we get too old
Show me a garden that’s bursting into life
Let’s waste time chasing cars
Around our heads
I need your grace
To remind me to find my own.

Jeśli się tu położę, jeśli tylko się położę,
Czy położysz się ze mną i po prostu zapomnimy o świecie?
Zapomnij o tym, co nam mówiono
Pokaż mi ogród tętniący życiem
Zanim będziemy zbyt starzy
Zmarnujmy wspólnie czas ścigając auta
Jeżdżące dookoła naszych głów.
Potrzebuję Twojej obecności,
Dzięki niej przypominam sobie, jak odnaleźć siebie.

Chasing Cars, Snow Petrol

Joanna Trümner

Podróż do Europy

Stuart popatrzył na kalendarz ze zdziwieniem. „To niemożliwe, dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od kiedy ruszyłem w drogę”, pomyślał. Dwa lata od pierwszego koncertu w Gold Coast i spotkania Carlie. Ani przez chwilę nie żałował, że rzuc pracę w szkole i chociaż każdy dzień trasy koncertowej po Australii przynosił nowe wrażenia, jednak od kilku tygodni czuł i zmęczenie. „Muszę na chwilę zatrzymać się, odpocząć, życie na walizkach i tempo tych podróży zrobiło się zbyt szybkie”, powiedział. Wspólnie zadecydowali, że jego czterdzieste urodziny spędzą w Sydney i tam zastanowią się nad planem pierwszego wspólnego urlopu. Nie mogli skorzystać z mieszkania Stuarta, bo nadal wynajmowało je małżeństwo z Brazylii, więc w kilka dni po tej rozmowie Stuart zadzwonił do Toma z prośbą o poszukanie przystępnego hotelu w mieście. „Wybij sobie z głowy jakiekolwiek hotele, zamieszkacie po prostu u nas”, odpowiedział bez zastanowienia przyjaciel. „Najwyższy czas, żebyśmy się spotkali”, dodał po chwili.

W kilka tygodni później przyjechali do Sydney. W drzwiach domku Toma stała trzyletnia Emily. Na widok Stuarta i Carlie schowała się nieśmiale za nogę ojca. „Nie przejmuj się, dla dziecka dwa lata to wieczność, zdążyła o tobie zapomnieć. Na pewno niedługo nie zostawi cię ani na krok”, Tom przywitał gości z radością. Po obiedzie Carlie bawiła się z małą w przebieranie lalek. Stuart przyglądał się ich zabawie z uczuciem zazdrości „Przecież to ja chodziłem z nią na długie spacery w wózku. Jakie to dziwne, że dziecko w ogóle mnie nie pamięta”. Rita była w zaawansowanej ciąży i ucieszyła się, kiedy goście zaproponowali pójscie do lodziarni w niedalekim centrum zakupowym. „Dajmy mamie trochę odpocząć”, powiedziała Carlie, biorąc Emily za rękę.

W dniu urodzin Tom przyniósł im śniadanie do łóżka. „Happy birthday”, powiedział i podał Stuartowi do ręki zaadresowaną dziecięcym charakterem pisma kopertę. „Dla wujka Stuarta”, przeczytał i wyjął z niej rysunek dziecka spacerującego w towarzystwie dorosłego mężczyzny brzegiem morza. „Brakuje mi ciebie, całusy George”, przeczytał. Na wspomnienie siostrzeńca, wspólnych rozmów i spacerów po plaży w Walton Stuartowi zrobiło się ciepło na sercu. „Czas tak szybko mija, Emily była niedawno niemowlakiem w wózku, a teraz jest dziewczynką, której buzia się nie zamyka. A George chodzi już do szkoły i nauczył się pisać. Muszę go koniecznie odwiedzić, inaczej i on niedługo o mnie zapomni”.

Wieczorem Tom zaskoczył go imprezą urodzinową, na którą z Perth przyjechał Ian z przyjaciółką, a z Adelajdy Brian z Philem. „Nie mogłeś mi zrobć fajniejszej niespodzianki. Dziękuję”, Stuart wzruszył się na widok bliskich, od dawna nie widzianych osób. Był tak zajęty rozmową, że nie zauważył, że Emily zasnęła na kanapie w dużym pokoju. Przy nogach dziecka siedziała dziewczyna Iana, Kim. Stuart uśmiechnął się do niej i wrócił do rozmawiających w ogrodzie gości. „Kim jest pierwszą kobietą, z którą wyobrażam sobie wspólne życie. Od kiedy ją poznałem wszystko stało się proste. Nie potrzebuję już ani alkoholu, ani innych rzeczy. Nasz jedyny problem polega na tym, że ona bardzo chciałaby mieć dziecko. A ja panicznie się boję, że powtórzy się tamta historia. Nie przeżyłbym śmierci drugiego dziecka”, opowiadał Ian. „Przyjechałem tutaj tylko ze względu na ciebie, staram się unikać miejsc, w których są małe dzieci”. Stuart patrzył na przyjaciela i zastanawiał się, czy śmierć syna kiedykolwiek przestanie być dla niego uniemożliwiającym powrót do normalnego życia koszmarem.

Sam coraz częściej myślał o tym, że też chciałby już mieć dziecko. Gdyby Ann przed laty rzeczywiście była w ciąży, to ich wspólna córka lub syn byliby teraz w wieku dojrzewania. „Na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, zostałbym w Londynie i prawdopodobnie mieszkalibyśmy w małym domku na przedmieściu. Może byłbym szczęśliwszy niż teraz, a może byłbym fatalnym mężem i ojcem, bo zżerałaby mnie świadomość, że zrezygnowałem z muzyki. Obydwoje byliśmy o wiele za młodzi na zakładanie rodziny.”

Z myśli wyrwał go głos Carlie. „Zapomniałam ci dać mój, a właściwie nasz wspólny prezent”, powiedziała, wręczając mu do ręki kilka wydrukowanych kartek. „Proszę podpisz, żebym mogła je jutro odesłać”. Stuart trzymał w ręku umowy na koncery w Berlinie, Paryżu, Brukseli i Londynie. Spojrzał na Carlie z mieszaniną wdzięczności i niedowierzania, w chwilę później mocno ją przytulił i zapytał: „Co ja bym bez ciebie zrobił?” Po północy, kiedy goście wrócili do hoteli, Stuart pomagał gospodarzom sprzątać po urodzinowym przyjęciu. Myślał o tym, że od dawna nie czuł się tak szczęśliwy jak dzisiaj.

Do wyjazdu do Europy został miesięc. Stuart z Carlie pojechali na dwa tygodnie w Góry Błękitne. Całe dnie spędzałi na chodzeniu po górach, a kiedy wieczorem wracali do hotelu byli tak zmęczeni, że sen przychodził od razu. W noc przed powrotem do Sydney ze snu zbudziło go lekkie pochrapywanie Carlie. Przyglądał się śpiącej obok kobiecie i myślał o tym, że stała się częścią jego życia. „Na co ja czekam? Powinienem się z nią ożenić”, zdecydował.

Wiadomość o ich przylocie do Londynu William skomentował z nieukrywaną radością „Musicie się u nas zatrzymać” i zaproponował, że odbierze ich z lotniska. Podczas długiego lotu Stuart wyobrażal sobie, jak może teraz wyglądać jego siostrzeniec. „Ciekawe, czy będzie potrzebował tyle czasu co Emily, żeby się do mnie przyzwyczaić”, zastanawiał się. Jego obawy okazały się niepotrzebne.

Wieczorem Stuart poszedł do pokoju chłopca i niezręcznie zaczął rozmowę. „Bardzo dziękuję za rysunek, nawet nie wiesz jak bardzo się z niego ucieszyłem. Opowiedz, coś o sobie. Jak ci się podoba szkoła?”, zapytał i w tej samej chwili przypomniał sobie, jak sam jako dziecko nienawidził tego pytania. „Tak sobie”, odpowiedział siostrzeniec wzruszając ramionami. „Dlaczego cię tak długo nie było?”, zapytał z wyrzutem. „Obiecałeś, że niedługo przyjedziesz”. Stuart poczuł się niezręcznie, nie zdawał sobie sprawy, że George potraktował jego słowa na pożegnanie jak obietnicę. Obietnicę, o której on sam przez ostatnie lata ani razu nie pomyślał. Odpowiedział, że nie mógł wcześniej przyjechać. „Zresztą przyszedł czas, żebyś ty mnie odwiedził. Namów ojca, chętnie pokażę wam Australię”. Zapanowało między nimi krótkie milczenie, Stuart czuł, że chłopiec chce go o coś zapytać i zbiera odwagę. Po chwili George zapytał „Co to znaczy „pedał”?” „Ktoś cię tak nazwał?”, Stuart próbował ukryć zaskoczenie przebiegiem rozmowy. „W szkole wszyscy mnie tak nazywają, mówią, że jestem takim samym ‘pedałem’ jak tata”, chłopiec z trudem powstrzymywał łzy. „Twój tata po prostu żyje inaczej niż rodzice innych dzieci. To wcale nie znaczy, że cię mniej kocha, albo że jest złym człowiekiem. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, nie są warci twojej znajomości”, odpowiedział Stuart. Wiedział, że nie może oszczędzić siostrzeńcowi upokorzeń, ani teraz, ani w przyszłości. „Dzieci są okrutne, każdy, kto się w jakikolwiek sposób od nich różni zostaje wypchnięty za margines”, pomyślał i postanowił, że spędzi jak najwięcej wolnego czasu z siostrzeńcem.

Następnego dnia opowiedział Carlie o rozmowie z Georgem. Nie ukrywał żalu do szwagra: „Jak można codziennie zajmować się problemami obcych dzieci, a nie widzieć, jak bardzo nieszczęśliwy i samotny jest własny syn?” Wkrótce potem Carlie wróciła z księgarni z poradnikiem o atrakcjach dla dzieci w Londynie. „Zróbcie kilka męskich wypraw po mieście, przygód, o których on długo będzie pamiętał. Nie martw się o mnie, chętnie pochodzę po mieście sama. Tylko nie zapomnij, że masz być o siódmej w Soho”, powiedziała.

Zanim Stuart i Carlie wyjechali z Londynu, William podziękował Stuartowi za opiekę nad małym. „Od czasu, kiedy przyjechałeś, George przestał być taki smutny. Domyślam się, że dzieci w szkole dokuczają mu ze względu na mój sposób życia, ale nie wiedziałem jak mu pomóc. Dzięki waszej wizycie dużo zrozumiałem i zacząłem się zastanawiać, co można zrobić, żeby nie czuł się taki samotny. Gdy zobaczyłem, jak bardzo przywiązał się do Carlie, zrozumiałem, że brakuje mu obecności kobiet. Dotarło do mnie, że najwyższy czas, żeby coś zmienić, szkoda dzieciaka. A swoją drogą, Carlie jest super, bardzo do siebie pasujecie. Mam nadzieję, że zaprosicie nas na ślub?” „Na pewno”, odpowiedział Stuart i postanowił zająć się szukaniem pierścionka zaręczynowego.

Cdn.

Stuart 49

This year’s love had better last
Heaven knows it’s high time
I’ve been waiting on my own too long
And when you hold me like you do
It feels so right I start to forget
How my heart gets torn
When that hurt gets thrown
Feeling like I can’t go on

Niech trwa tegoroczna miłość,
Nadszedł już najwyższy czas,
Tak długo na nią czekałem.
Kiedy trzymasz mnie w ramionach jak teraz
Czuję że zaczynam zapominać
O tym że boli mnie serce,
Ten ból gdzieś odchodzi
A wraz z nim uczucie, że nie mogę dalej żyć.

David Gray, This year’s love

Joanna Trümner

Carlie

Stuart nie mógł się doczekać dnia, kiedy na zawsze opuści budynek szkoły. Już kilka tygodni przed końcem roku szkolnego wręczył dyrektorowi wypowiedzenie. Dyrektor pobieżnie je przeczytał i popatrzył na podwładnego z wyraźnym zaskoczeniem. „Szkoda, że Pan rezygnuje. Po niezbyt udanym starcie dawał Pan sobie całkiem nieźle radę. A swoją drogą ciekaw jestem, jakie są Pana plany?” Stuart przez chwilę zastanawiał nad odpowiedzią. Czuł, że dyrektor chce koniecznie podkreślić, dał mu szansę, możliwość powrotu do zawodu i perspektywę, z której Stuart teraz lekkomyślnie rezygnuje. Był pewien, że przełożony nie będzie w stanie zrozumieć, o co mu chodzi. Nie wątpił, że w oczach dyrektora jest za stary na próbę zmiany stylu życia i zastąpienie pewnej, dobrze płatnej pracy mrzonkami o karierze muzyka. Po chwili namysłu odpowiedział: „Jestem po prostu zmęczony pracą, chcę przez jakiś czas odpocząć”. „Przecież mógłby Pan wziąć roczny urlop, mogę zorganizować pracę w szkole tak, że będzie na Pana czekało miejsce, ze mną o wszystkim można porozmawiać”. Stuart przyglądał się szefowi z niedowierzaniem: „Czyżby starał się mnie zatrzymać, przekonać?” „Dziękuję za wszystko, ale naprawdę nie wiem, czy za rok wrócę do Sydney”. W chwili, gdy podał mu rękę na pożegnanie, ogarnęło go uczucie wielkiej ulgi. Już niedługo zacznie żyć własnym życiem i zostawi za sobą zależności i podporządkowania.

Grudzień minął na ostatnich przygotowaniach do wyjazdu. Wynajęcie domu na rok nie było łatwym zadaniem, po długich poszukiwaniach przy pomocy maklera podpisał na pół roku umowę z młodym małżeństwem lekarzy z Brazylii. Był tak pochłonięty przygotowaniami do trasy i pisaniem nowych utworów, że dopiero widok barwnych dekoracji w oknach sklepów przypomniał mu o nadchodzących świętach i końcu roku. Podczas zakupów w mieście zatrzymał się przed oknem wystawowym jednego ze sklepów i przyglądał się przebranemu za Mikołaja manekinowi, niosącemu na plecach worek pełen prezentów. „Te święta dzieją się gdzieś poza mną, tak jakby mnie w ogóle nie dotyczyły”, pomyślał. Aby bez reszty nie stracić kontaktu z toczącym się wokół życiem, kupić zabawkę dla małej Emily. Przypomniały mu się roześmiane oczy dziecka, „Będzie mi jej brakowało. Można w niej czytać jak w książce”.

W kilka dni po spędzonym z Tomem i jego rodziną Sylwestrze Stuart ruszył w drogę do Gold Coast, gdzie czekało go sześć koncertów w klubach. W drodze kilkakrotnie zatrzymywał się nad morzem. „Jakie to dziwne, że ani przez chwilę nie czuję się samotny. A powinienem, nie mam już domu, do którego mógłbym wrócić i nie wiem, co mnie czeka. Oprócz kilku podpisanych koncertów nie mam żadnych planów”, myślał patrząc na wzburzone fale. „Może samotność odczuwa się tylko wtedy, kiedy każdy dzień jest powtórką poprzedniego i na nic nie czekamy?” Z każdym przejechanym kilometrem coraz bardziej cieszył się ze swojej nowej wolności.

Gold Coast zaskoczyło go nowoczesną architekturą i tłumami młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. W godzinę przed koncertem stał na scenie klubu i stroił gitarę. Z trudem opanował tremę. W kilka godzin później wiedział, że niepotrzebnie się denerwował. „Nie zapomniałem, co znaczy dobra muzyka. Tego po prostu nie można zapomnieć”, myślał wychodząc z klubu. Kiedy po północy wrócił do hotelu, był tak zmęczony, że zasnął w chwili, gdy poczuł pod policzkiem poduszkę. Z głębokiego snu wyrwało go głośne dobijanie się do drzwi. Na początku myślał, że ten hałas jest tylko częścią snu, kto miałby się do niego dobijać w mieście, w którym nikogo nie zna? W chwilę później zdał sobie jednak sprawę, że ktoś dobija się do jego drzwi na jawie, szybko wstał z łóżka, wciągnął dżinsy i podszedł do drzwi. Stała w nich nieznajoma kobieta. Stuartowi wydawało się, że widział ją już wieczorem w klubie. Pracowała tam i pomagała podczas koncertu. Teraz czekała w drzwiach, trzymając w ręku futerał od gitary, w którego wewnętrznej kieszeni Stuart przechowywał paszport i inne ważne dokumenty. Nieznajoma uśmiechnęła się: „Jak widzę, strasznie szybko chciałeś wrócić do hotelu”. „Jak mogłem go nie zabrać?”, pomyślał, popatrzył na kobietę z wdzięcznością i zaprosił ją do pokoju. Przedstawiła się, nazywała się Carlie, od pół roku organizowała w klubie koncerty i zajmowała się reklamą. „Z tobą miałam niezły orzech do zgryzienia”, przyznała „szef nie lubi ryzyka, nie potrafił zrozumieć, dlaczego od lat nie dałeś ani jednego koncertu. To ja uparłam się, żeby dał ci szansę. Widziałam kiedyś twój koncert w Melbourne i wiedziałam, że niewiele ryzykujemy. Warto było. A swoją drogą, skąd ta przerwa?” Stuart długo szukał odpowiednich słów na wytłumaczenie czegoś, czego sam nie potrafił zrozumieć. „Miałem inne priorytety”, odpowiedział lakonicznie.

Pożegnali się, kiedy za oknami hotelu zaczął wstawać świt. Zaczęli się regularnie widywać. Stuart przedłużył pobyt o dwa tygodnie, bo Carlie załatwiła mu dodatkowe koncerty. Z każdym dniem coraz bardziej przyzwyczajał się do jej obecności. Carlie była typem kobiety, jakiego do tej pory nie poznał, inteligentą i dowcipną kobietą-kumplem, osobą, z którą można było podzielić się każdą myślą. Dopiero podczas czwartego spotkania Stuart zauważył, że pod maską rezolutnego, wiecznie roześmianego klauna, który wszystko obraca w żart, ukrywała się niebrzydka, bardzo zraniona kobieta. Dowiedział się od Carlie, że przez dziesięć lat była menadżerką zespołu, któremu po latach udało się zrobić karierę i wyjechać do Europy. Opowiedziała mu o burzliwym związku z gitarzystą zespołu, związku wielokrotnie zrywanym i ponawianym, pełnym kłamstw, upokorzeń i zdrad. „On rekompensował brak sukcesów ilością kobiet w łóżku, a ja ciągle wierzyłam, że to się zmieni. To w moim życiorysie dziesięć spisanych na straty lat”, skomentowała. Po raz pierwszy od poznania Stuart wyczuł w jej głosie żal. W kilka dni później spędzili pierwszą wspólną noc w hotelu.

Carlie stała się częścią jego życia. Potrzebował jej obecności, nie wyobrażał sobie, że ich drogi mogłyby się rozejść. Cieszył się za każdym razem, kiedy w tłumie słuchaczy rozpoznał jej twarz. Jednego wieczoru zaproponowała, że mu pomoże w organizowaniu dalszych koncertów. „Mam sporo kontaktów ze starych lat, potrafię się targować, jeżeli chcesz to zostanę twoją menadżerką”. „Ale na razie nie mam ci z czego placić”, odpowiedział Stuart z zawstydzeniem. „Nie martw się, jak zaczniesz dzięki mnie zarabiać pieniądze, to podpiszemy umowę i sobie wszystko odbiorę”.

Od nocnego spotkania w hotelu zaczął się bardzo szczęśliwy etap w jego życiu. Carlie rzeczywiście sprawdziła się jako menadżerka, dzięki niej małe kluby w prowincjonalnych miasteczkach zaczęły stopniowo zmieniać się w coraz większe sale koncertowe w coraz to większych miastach. W prasie coraz częściej pojawiały się wzmianki o jego koncertach. Stuart był szczęśliwy, że Carlie przejęła pertraktacje z organizatorami. Nieraz z niedowierzaniem i podziwem przysłuchiwał się prowadzonym przez nią rozmowom i warunkom, jakie stawiała organizatorom. „Nie brakuje jej tupetu. Rozmawia tak, jakby była menadżerką prawdziwej gwiazdy, a nie kogoś, kto w wieku prawie czterdziestu lat znowu stoi u progu kariery”, myślał i z każdym dniem był coraz bardziej wdzięczny losowi za to, że ją spotkał.

Była nie tylko dobrą menadżerką, dzięki której coraz bardziej zapełniała się teczka z napisem „referencje”. Była przede wszystkim doskonałym kompanem podróży, osobą, w której towarzystwie Stuart nigdy się nie nudził i z którą mógł rozmawiać o wszystkim. „Jak mogliśmy się do tej pory nie spotkać?”, zapytała Carlie po kolejnym udanym koncercie. Przytulił ją, zastanawiając się, dlaczego nie potrafi powiedzieć, że ją kocha. „Przecież taki związek, wspólne zainteresowania i plany i przyjaźń jest o wiele więcej wart niż jakieś dramatyczne, wielkie miłości”, pomyślał.

Cdn.

Stuart 48

I hope that the days come easy and the moments pass slow,
And each road leads you where you want to go,
And if you’re faced with a choice, and you have to choose,
I hope you choose the one that means the most to you.
And if one door opens to another door closed,
I hope you keep on walkin’ till you find the window,
If it’s cold outside, show the world the warmth of your smile,

Mam nadzieję, że dni będą nadchodziły szybko,
A chwile warte zapamiętania przemijały powoli.
Jeżeli będziesz musiał dokonać wyboru
To mam nadzieję, że wybierzesz to, co dla ciebie najważniejsze
Jeżeli otworzą się przed tobą drzwi, za którymi stać będą kolejne zamknięte drzwi
To mam nadzieję, że będziesz szedł tak długo, dopóki nie uda ci się znaleźć okna.
Pokazuj światu ciepło twojego uśmiechu, jeżeli dookoła zrobiło się zimno.

My wish, Rascal Flatts

Joanna Trümner

Przyjaźń

Stuart siedział na ławce w poczekalni na lotnisku i przyglądał się wchodzącym do hali pasażerom. „Kiedy ostatni raz widziałem Iana? Trzy, a może cztery lata temu?”, zastanawiał się, ciesząc się na spotkanie. Wkrótce potem bez trudu rozpoznał bujną, nieokiełznaną czuprynę Iana w tłumie pasażerów. Idąc w jego kierunku, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że przyjaciel w ogóle się nie zmienił. Ekscesywny tryb życia, wieloletnia walka z nałogami i pobyty w szpitalach psychiatrycznych nie pozostawiły po sobie śladu.

Po przyjeździe do domu Stuart i Ian rozmawiali do białego rana. Po raz pierwszy od dawna Stuart śmiał się do łez, słuchając opowiadania Iana o energicznej i wszechwiedzącej współpasażerce lotu z Hong Kongu, prowadzącej przez jedenaście godzin podróży monolog o swoim życiu. W trakcie rozmowy do Stuarta docierało coraz bardziej, że bardzo brakowało mu przez ostatnie miesiące kogoś, z kim mógłby porozmawiać, pośmiać się, kogoś, komu mógłby zwierzyć się z nieprzyjemnej historii, którą przeżył w szkole. Czuł ulgę, wyrzucając z siebie wraz z wypowiadanymi słowami napięcie ostatnich kilku miesięcy. Ian w milczeniu słuchał opowiadania przyjaciela, które następnie skomentował z niedowierzaniem: „Jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się tego typu kłopotów. Ostatnim człowiekiem, który byłby zdolny do wyrządzenia komuś krzywdy”.

Po chwili milczenia dodał, „czego niestety nie mogę powiedzieć o sobie. W ciągu ostatnich lat zrobiłem wiele głupot, czasami nawet świństw. Od lat próbuję znowu znaleźć równowagę. Niełatwo jest wrócić na tor, z którego wyrzuciło cię życie”. „Może się za mało starasz”, Stuart przypominiał sobie opowiadanie Ann o bracie i jego wielokrotnych próbach zerwania z nałogami. Przypomniało mu się ich wspólne mieszkanie w Londynie i godziny, spędzone przez Iana w łóżku w deszczowe dni, dni, w które nie miał ochoty pójść na wykład. Dni, kiedy leczył kaca i wyłączał wszystkie budziki w domu. Stuart nieraz zastanawiał się, skąd przyjaciel zawsze wiedział, ile czasu należy zainwestować na przygotowanie się do egzaminów i jakim cudem skończył studia z wyróżnieniem.

„Jakie masz dalsze plany?”, zapytał Stuart po chwili. „Chętnie zostanę na razie u ciebie, dwa, trzy tygodnie, góra miesiąc. Oczywiście dołożę się do czynszu, nie przyjechałem bez pieniędzy. Na początek starczą. Ale nie martw się, postaram się w miarę szybko znaleźć pracę i mieszkanie. To mój kolejny punkt zero, nowy początek. Tyle ich w międzyczasie było, że przestałem liczyć. Szczerze mówiąc, cieszę się na nowe wyzwanie. Tym razem muszę sobie dać radę, od teraz wszystko jest na własny rachunek, bez kurateli rodziny. Tyle tylko, że nie mam już dwudziestu czterech lat, jak wtedy, kiedy tu wspólnie przyjechaliśmy”.

Stuart popatrzył na niego z zaskoczeniem. „Aż nie chce mi się wierzyć, że od tamtej pory minęło już dziesięć lat”, powiedział. Musimy to jakoś uczcić. Jak znajdziesz pracę, urządzimy imprezę z okazji dziesięciolecia projektu ‘Australia’”.

„Niedawno przypadkowo spotkałem na lotnisku w Ann”, dodał, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. „Moja piękna, bezbłędna siostra na pewno niczego dobrego o mnie nie powiedziała”, odpowiedział Ian z wyraźną złością w głosie. „Spotkaliśmy się na lotnisku, każde z nas czekało na samolot, niewiele mi w ogóle zdążyła opowiedzieć”, odparł Stuart. „To już nie jest Ann, którą znałeś za starych, dobrych czasów w Londynie. Nie chce mi się wierzyć, że była kiedyś twoją dziewczyną. Pod wpływem męża bardzo się zmieniła, powoli staje się jego echem. Źle mi się robi od tego wiecznego „my”, „naszym zdaniem”. „Naszym”, czyli jego. Święty Michael jest niesamowicie dobrym adwokatem, wyjątkowo się sprawdził w wyrywaniu pieniędzy od mojej rodziny. Pod jego wpływem ojciec zmienił testament i zrobił ze mnie osobę częściowo ubezwłasnowolnioną. Przez ponad dwa lata nie mogłem zrobić kroku bez zgody ojca. Prawdopodobnie w testamencie nie ma już śladu po mnie. Dopiero niedawno, łaskawie, rada rodzinna przywróciła mi wszystkie prawa. Dzięki temu mogłem wyjechać. Czasami wydaje mi się, że od śmierci matki nie mam już rodziny. Dla ojca zresztą zawsze byłem ‘czarną owcą’, a Ann zrezygnowała ze mnie z przylepionym do twarzy uśmiechem i komentarzem: ‘Nie pasujesz już do nas’. Z tym swoim uśmiechem i wyglądem jest stworzona do życia w Stanach. Ojciec jest stary i chyba już nie bardzo wie, co robi, ale szwagier nie miał prawa wtrącać się w sprawy mojej rodziny. Dla mnie ten człowiek przestał istnieć”. W tonie głosu przyjaciela Stuart usłyszał morze nienawiści. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ta nienawiść jest w tej chwili dla Iana jedyną emocją, która go trzyma przy życiu. Myślał o tym, że nie zna rodziny, w której nie byłoby nieporozumień, zazdrości i wzajemnej niechęci… On sam nigdy nie rozumiał się ze starszą siostrą. Eve i on mówili innym językim, żyli w innych światach, różnili się pod każdym względem tak bardzo, że Stuart nieraz zastanawiał się nad tym, czy to możliwe, że mają tych samych rodziców.

W kilka dni później przyzwyczaił się do obecności Iana w swoim domu. Nie chciało mu się wyjeżdżać, ale obiecał Brianowi, że zaraz po rozpoczęciu wakacji odwiedzi go w Adelajdzie.

„Odpoczniemy od siebie przez tydzień”, oznajmił Ianowi przy wspólnym śniadaniu. „Nie ma od czego, od dawna nie było mi nigdzie lepiej, na twoim miejscu bałbym się, że zostanę tu na zawsze”, odpowiedział przyjaciel.

Podczas tygodniowego pobytu w Adelajdzie gospodarze prześcigali się w pomysłach atrakcyjnego spędzania wspólnego czasu. Odwiedzili Barossa Valley, pojechali na cały dzień na plażę w Glenelg i na półwysep Fleurieu. Patrząc na nieznane krajobrazy Południowej Australii, przypominające mu nieco Anglię, Stuart czuł, jak wraca do niego spokój. W miarę upływu czasu historia z Emmą oddalała się coraz bardziej i stawała się coraz większą bagatelą. Wieczory spędzali w trójkę, popijając wino na wielkim tarasie domu Phila, rozmawiali o planach na przyszłość. Brian popierał plan rzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. Doradził jednak Stuartowi, żeby nie sprzedawał domu. „Dobuduj dodatkowe wejście i zrób dla siebie na parterze mieszkanie, resztę możesz wynająć. Albo odwrotnie, wynajmuj mieszkanie, a dom zostaw dla siebie. Musisz mieć jakiś kąt, do którego zawsze można wrócić. Chętnie ci pomogę przy przebudowie”.

Tymczasem przez ten tydzień w Sydney wiele się zmieniło. Ian był euforii. „Za tydzień zaczynam naprawdę nowe życie, udało mi się znaleźć pracę”, powiedział i z dumą dodał, „sam ją znalazłem, bez niczyjej pomocy”. „Co będziesz robił?” „Będę uczył księgowości w szkole zawodowej w Perth. Nawet się cieszę, że będe mieszkał w nowym mieście, miejscu, z którym nie wiążą się żadne wspomnień. Perth nie jest aż tak daleko, mam nadzieję, że będziesz mnie od czasu do czasu odwiedzał”.

Stuart poczuł żal na myśl o tym, że niedługo znowu będzie sam. Równocześnie przypomniał sobie, jak kilka dni temu zastał Iana siedzącego samotnie w pokoju gościnnym. Po raz pierwszy od przyjazdu do Sydney Ian patrzył na niego niewidzącym wzrokiem, wzrokiem osoby walczącej ze łzami. Wieczorem Ian podszedł do niego i poklepał go po ramieniu, tak jakby chciał go przeprosić za swoje zachowanie: „Byłem dzisiaj na cmentarzu, nigdy nie będę w stanie zrozumieć, dlaczego to musiało spotkać właśnie mnie”. Stuart przypomniał sobie niespodziewaną wizytę Toma z Ritą i małą Emily i zgaszony wzrok przyjaciela na widok dziecka.

Po wyjściu gości zaczął pisać piosenkę dla przyjaciela. Siedział przed kartką papieru i po raz pierwszy od dawna miał uczucie, że słowa i melodia same go znalazły. Wraz z nowym etapem w życiu Iana, coś zmieniło się i w jego życiu, zniknęła blokada, która nie pozwalała mu napisać niczego przez ostatnie tygodnie.

W przeddzień odlotu Iana do Perth poszli na ostatnią wspólną kolację. Ian wręczył mu do ręki kopertę z pieniędzmi „To za koszty mojego pobytu”. „Nie trzeba”, odpowiedział Stuart, zdając sobie w tym samym momencie sprawę z tego, że przyjaciel w przestał być czarną owcą, żyjącą kosztem innych. Wziął do ręki kopertę z pieniędzmi, wiedząc, że w ten sposób pokaże respekt temu nowemu, zmienionemu Ianowi. „Perth nie jest aż tak daleko”, pomyślał patrząc na Iana z wdzięcznością.

Cdn.

Stuart 47

Life ain’t always beautiful
Sometimes it’s just plain hard
Life can knock you down
It can break your heart.

Life ain’t always beautiful
You think you’re on your way
And it’s just a dead end road
At the end of the day.

Życie nie zawsze jest piękne,
Czasami jest ciężkie,
Potrafi zadać cios
Albo złamać serce

Życie nie zawsze jest piękne
Zdaje ci się, że idziesz dobrą drogą,
A na jej końcu dociera do ciebie,
Że była tylko ślepą ulicą

Gary Allan, Life ain’t always beautiful

Joanna Trümner

Kompromis

W kilka dni po niespodziewannej wizycie Emmy dyrektor wezwał go na rozmowę do gabinetu. „Dotarły do mnie bardzo niepokojące informacje”, rozpoczął rozmowę, patrząc przenikliwie na Stuarta. „Na pewno domyśla się Pan, o co chodzi. Czy ma mi Pan coś do powiedzenia?”, zapytał. Stuart przez chwilę szukał właściwych słów. „Przed kilkoma dniami jedna z uczennic końcowej klasy, Emma odwiedziła mnie niespodziewanie w domu. Nie wiem skąd znała mój adres. Bardzo zależało jej na poprawieniu oceny na świadectwie. Tak bardzo, że gotowa była się ze mną przespać”. „Dlaczego mnie Pan natychmiast nie poinformował?”, zapytał dyrektor z wyrzutem. „Bo nic się nie stało, wyprosiłem ją błyskawicznie za drzwi i nie wdawałem się w żadne dyskusje”, odpowiedział Stuart. „,Emma przedstawia sytuację zupełnie inaczej. Twierdzi, że Pan zaproponował jej spotkanie u siebie w domu i obiecał, że dostanie szansę na ustne poprawienie oceny. Miała do Pana całkowite zaufanie, tymczasem Pan zaczął ją szantażować i zmusił do rozebrania. W ostatniej chwili udało jej się uciec. Emma jest teraz szoku i przez najbliższy tydzień zostanie w domu”, poinformował dyrektor.

„Co za stek bzdur, jedno wielkie kłamstwo! Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił”, powiedział Stuart podniesionym głosem. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że sytuacja, w jakiej się znalazł i którą do tej pory traktował jak szczeniacki wybryk dojrzewającej nastolatki, może kosztować go miejsce pracy i, co gorsza, opinię. Nie miał świadków zajścia i nic nie przemawiało na jego korzyść. Po minie dyrektora widać było, że i dla niego rozmowa jest niezręczna i nieprzyjemna. „Przez dwadzieścia lat pracy nie miałem tego typu incydentu w szkole, nie bardzo wiem, co z tym dalej robić”, przyznał się. „Na razie proszę, żeby Pan poszedł na tygodniowy bezpłatny urlop. W międzyczasie postaram się do końca wyjaśnić sytuację i podjąć dalsze decyzje”.

Stuart wrócił do domu w fatalnym nastroju. Bezskutecznie próbował walczyć z rezygnacją i rosnącym uczuciem upokorzenia i niesprawiedliwości. Nie bał się stracić pracy, od dawna wiedział, że nadszedł czas na podjęcie w życiu radykalnej zmiany. Od tygodni nieustannie myślał o powrocie do muzyki. Brakowało mu kontaktu z publicznością i poczucia wolności, które towarzyszyło mu na trasach koncertowych. Monotonię codziennej pracy chętnie zastąpiłby znowu wędrówką z miejsca na miejsce, poznawaniem świata i ludzi. Najchętniej jeszcze dzisiaj napisałby wypowiedzenie i zrezygnował z dalszej pracy w szkole. Przytłaczała go jednak świadomość, że rezygnacja z pracy akurat teraz byłaby równoznaczna z przyznaniem się do winy.

„Muszę to przeczekać, wytrzymać, nie mogę pozwolić, żeby wygrała obrzydliwa intryga wyrachowanej smarkuli. Będę się bronił, nawet, gdyby miało się to skończyć w sądzie”, pomyślał i zaczął rozglądać się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jego wzrok zatrzymał się na przypiętym magnesem do lodówki zdjęciu klasy, która do niedawna była jego ulubioną klasą w szkole. Bez trudu rozpoznał na fotografii śliczną, nieśmiale uśmiechającą się Emmę. „Ze mną się tak nie postępuje!”, powiedział głośno, wpatrując się w jej twarz. Przypomniał sobie zdjęcie ślubne Eve w założonym przez matkę albumie. Ze zdumieniem zobaczył wtedy, że ze zrobionego przez fotografa zdjęcia pary młodej matka wycięła twarz Williama. Zrobiła to z wielką precyzją. Patrząc na puste miejsce na ślubnej fotografii siostry Stuart zrozumiał, że matka w ten sposób chciała wymazać na zawsze obecność zięcia w życiu rodziny. Na wspomnienie absurdalnego, opowiadającego połowę prawdy zdjęcia w albumie rodzinnym uśmiechnął się pod nosem. W chwilę później wyjął nożyczki z szuflady i wyciął twarz Emmy. Wrzucając ścinki do kosza od śmieci poczuł ulgę.

W kilka dni później zadzwonił dyrektor szkoły. „W poniedziałek zaczyna Pan lekcje od ósmej, pani Billings złamała rękę”, powiedział lapidarnie. „Żadnego „przepraszam”, pomyślał Stuart odkładając słuchawkę, „żadnego przykro mi, że Pana podejrzewałem, wszystko się wyjaśniło”.

Poczuł się bardzo samotny. Przez chwilę myślał o tym, żeby zadzwonić do Briana. „Dawno z nim nie rozmawiałem, ale on od razu wyczuje, że coś jest nie tak. Nie chcę żeby myślał, że odzywam się tylko wtedy, kiedy mam problemy.” Po chwili namysłu wykręcił numer Toma, w tle usłyszał głośny płacz dziecka. „Może mógłbym ci jakoś pomóc, mam kilka dni wolnych w szkole”, powiedział, przemilczając powód przerwy w pracy. „Z nieba mi spadłeś”, odpowiedział Tom. „Jadę do Rity do szpitala, mała drze się w niebogłosy, a mama ma straszną migrenę. Super by było, gdybyś wyszedł z Emily na spacer do parku.” Niedługo potem Stuart odbierał Emily z rąk matki Toma. „To twój wujek, Stuart”, powiedział Tom do niemowlęcia, które w międzyczasie zasnęło, zmęczone długim płaczem. Stuart ze wzruszeniem przyglądał się malutkim palcom, noskowi i buzi dziecka.

Podczas spaceru w parku mała spała tak mocno, że Stuart kilkakrotnie zatrzymywał wózek i pochylał się i sprawdzał, czy Emily oddycha. Po dwóch godzinach wrócił do domu Toma. W momencie, gdy wchodził do domu, dziewczynka obudziła się i zaczęła płakać. „Na pewno jest głodna”, powiedziała matka Toma. Wyjęła dziecko z wózka i uśmiechnęła się do Stuarta z wdzięcznością: „Dziękuję za chwilę spokoju”.

W poniedziałek dyrektor czekał na niego po lekcjach na korytarzu. „Chciałem z Panem porozmawiać, chodźmy do mnie do gabinetu”, powiedział. „Po wielu rozmowach z Emmą i jej rodzicami udało się nam znaleźć kompromis. Nikt oprócz Pana i Emmy nie wie, co naprawdę między wami zaszło. Ona zaczęła się plątać w swojej relacji, podejrzewam, że nie mówi prawdy, ale nie możemy tego udowodnić bez szkody dla szkoły. Długo zastanawiałem się nad sensownym rozwiązaniem. Zdecydowałem, że Pan będzie nadal u nas pracował, a Emmie damy na świadectwie ocenę „dostateczną” z matematyki. W ten sposób sprawa zostanie raz na zawsze zamknięta”. „No chyba nie myśli, że ja tą ocenę wystawię”, pomyślał Stuart, żeby po chwili zdać sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. „Zgadzam się”, powiedział i pożegnał się z dyrektorem. „Więc smarkata postawiła na swoim”, myślał wracając do domu. „Nie ma nic gorszego niż kompromisy”.

W godzinę później w domu nalał sobie dużą szklankę whisky. Po raz pierwszy od dawna chciał się upić i zapomnieć o wydarzeniach ostatnich tygodni. Z każdą kroplą wypitego alkoholu rosła w nim złość. „Życie potrafi być paskudne. Nasza piękna Emma wygrała, osiągnęła swój cel. Jej metoda na życie okazała się skuteczna”, myślał z żalem. Coraz mocniej dręczyło go zmęczenie i zniechęcenie. „Nie nadaję się do tych cholernych zależności, powinienem rzucić szkołę i wrócić do muzyki. Na razie muszę po prostu wytrzymać, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, pół roku, rok, a potem możecie mnie wszyscy…” O północy chwiejnym krokiem poszedł spać.

Kładąc się do łóżka nie odczuwał samotności. Rysowała się przed nim wyraźnie wizja kolejnych miesięcy. Po wakacjach, podczas których odwiedzi Kate w Berlinie, wróci do pracy w szkole. Cały czas wolny poświęci na odszukiwaniu i nawiązywaniu kontaktów i pisaniu nowych utworów. „Tym razem lepiej się przygotuję”, czuł, że wszystko powoli znowu nabiera sensu.

Po godzinie z głębokiego snu wyrwał go telefon. W słuchawce od razu rozpoznał głos Iana. „Tu twój stary przyjaciel, za tydzień będę w Sydney, mogę się na jakiś czas u ciebie zatrzymać?” Ian chciał wrócić na stałe do Australii. „No problem, stary, dom jest duży, już kilka razy mieszkaliśmy razem”, odpowiedział. Cieszył się, że skończy się jego samotność. „Trzeba mu dać szansę, ludzie się przecież zmieniają”, myślał, próbując ignorować to, czego nie tak znowu dawno dowiedział się na lotnisku od Ann.

Cdn

Stuart 46

We don’t need no education 
We don’t need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers, leave them kids alone
Hey! Teachers! Leave them kids alone
All in all it’s just another brick in the wall

Nie potrzebujemy nauki
Nie kontrolujcie nam myśli.
Niepotrzebny nam w klasie czarny sarkazm
Nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
Hej, nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
To, co robicie, to tylko jeszcze jedna cegła w murze.

Pink Floyd, Another brick in the wall

Joanna Trümner

Szkoła

W kilka dni po powrocie do domu Stuart stał przed tablicą w klasie i tłumaczył uczniom podstawy trygonometrii. Z niedowierzaniem przyglądał się swoim podopiecznym. Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że próbują zrozumieć i zapamiętać, to co mówi. „Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że im opowiadam bardzo ciekawą książkę”, myślał, ale czuł się przy tym nieswojo. Zastanawiał się, co było przyczyną takiej zmiany. Nie było go w szkole sześć tygodni. „Może dowiedzieli się, że zmarła mi matka? A może po prostu mają dosyć zastępstwa »Wiedźmy«?” „Wiedźma” była oprócz niego jedyną nauczycielką matematyki w szkole. Ta starsza, humorzasta i nielubiana przez uczniów kobieta nie cieszyła się też sympatią nauczycieli. Zamieniało się z nią co najwyżej kilka grzecznościowych słów. Była wiecznie pouczającą i krytykującą innych nudziarą. Nikt nie myślał o tym, że ma jakoś na nazwisko, również w pokoju nauczycielskim była po prostu „Wiedźmą”, tak jak ją przezywali uczniowie. Nazywała się Billings i była jedną z tych nauczycielek, które do końca życia wspomina się z niechęcią i przez które nie lubi się matematyki.

Pod koniec lekcji przed tablicą stanął najlepszy matematyk w klasie, Adam. ,„Dobrze, że Pan już wrócił”, powiedział nieśmiało, „w imieniu klasy proszę o unieważnienie ostatniej klasówki. Nikt jej nie zdał”, dodał. „Nawet ty?”, zapytał Stuart z niedowierzaniem. „Nikt”, odpowiedział Adam czerwieniąc się. Stuart przez chwilę wahał się. „Zobaczę, co się da zrobić, niczego nie obiecuję. Nie mogę podważać ocen innego nauczyciela”, powiedział wreszcie.

Znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedział, że niemożliwe jest skreślenie lub poprawienie ocen raz naniesionych do dziennika, z drugiej żal mu było uczniów ostatniej klasy, zła lub niedostateczna ocena z matematyki na świadectwie mogła przekreślić ich przyszłość. Wiedział, że czeka go nieprzyjemna rozmowa z dyrektorem szkoły i „Wiedźmą”. Przypomniała mu się rozmowa z dyrektorem przed rozpoczęciem pracy. Dyrektor powiedział mu wtedy: „Niech Pan nie zapomina, nie jesteśmy tu po to, żeby nas lubiano, tylko po to, żeby czegoś tych młodych ludzi nauczyć, krok po kroku, cegła po cegle”.

W dwa dni później siedział w gabinecie dyrektora i opowiadał o prośbie uczniów. Mświł, ale wiedział, że sprawa jest beznadziejna. Dyrektor nie ukrywał rozczarowania. „Nie sądziłem, że tak łatwo da się Pan wciągnąć w dziecinne rozgrywki. Miałem dla Pana dużo wyrozumienia, w końcu nie było Pana sześć tygodni. Inny pracodawca dawno by Pana upomniał, a może nawet wyrzucił.” „Wie Pan, że miałem powód”, odpowiedział Stuart. Dyrektor bąknął pod nosem „serdecznie współczuję” i podał Stuartowi rękę na pożegnanie. „Audiencja skończona”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet. Był zły na siebie, że dał się wmanewrować w sytuację bez wyjścia. Nie miał wątpliwości, że „Wiedźma” była wyjątkowo wymagającą i niesprawiedliwą nauczycielką, ale nie był pewien, czy uczniowie nie przyczynili się do zaistniałego konfliktu. „Może w ogóle się nie przygotowali? A Adam oddał pustą kartkę na znak solidarności z resztą klasy? Jakby nie było, ta fatalna klasówka świadczy o tym, że »Wiedźma« nie potrafiła przekazać wiedzy ani jednej osobie w klasie”. Po chwili zastanowienia postanowił zasięgnąć rady u Toma.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się z nim na wieczór. „Nawet się nie zapytałem, co u nich nowego”, wyrzucał sobie, czekając na spotkanie. Z kartki, jaką mu wysłali do Anglii, Stuart wiedział, że podczas jego nieobecności Tom i Rita zostali rodzicami małej Emily. Na powitanie wręczył Tomowi do ręki butelkę osiemnastoletniej whisky: „Za przyjaźń i za małą Emily”, powiedział. Tom wyglądał na bardzo zmęczonego. „Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już wróciłeś. Chciałem ci napisać kartkę z kondolencjami, ale naprawdę ostatnio miałem za dużo na głowie. Przepraszam, wiem, że to straszne, jak umiera ktoś bliski w rodzinie”, przywitał przyjaciela.

Z tonu jego głosu Stuart od razu wywnioskował, że w ostatnim czasie musiało stać się coś złego. „Wszystko jest w porządku z Emily?”, zapytał. „Tak, ale Rita jest w szpitalu, zaraziła się po porodzie posocznicą i dopiero od kilku godzin wiem, że z tego wyjdzie. Ostatnie tygodnie to był horror, jakiś niekończący się koszmar. Nie wiem, co bym zrobił bez pomocy matki”. Tom opowiedział o chwili, w której po raz pierwszy trzymał w rękach małą Emily i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W dwanaście godzin później Rita dostała wysokiej gorączki. Walczyła o życie. Po powrocie do domu z córką Tom szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie da sobie sam rady. „Nawet nie wiesz jak nieporadnie zmieniałem pieluchy, nie miałem w ogóle pojęcia, jak często trzeba karmić dziecko. To wszystko mnie przerosło, do tego jeszcze Emily płakała prawie bez przerwy. Na szczęście matka przyleciała z Adelajdy natychmiast po moim telefonie. W kilka godzin po jej pojawieniu się w domu zapanował spokój. Od kiedy mama zajmuje się małą, Emily śpi po kilka godzin bez przerwy i coraz mniej płacze. Kobiety noszą chyba w sobie jakiś dodatkowy gen. Od poniedziałku muszę wrócić do pracy, życie idzie dalej do przodu i nikogo nie interesują moje dramaty. Trzeba po prostu dalej żyć, nie mówiąc już o płaceniu rat za dom. Na szczęście Rita dzisiaj po raz pierwszy od kilku tygodni otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Teraz już wiem, że wszystko będzie dobrze. Chętnie wypiję z tobą szklankę whisky, może uda mi się choć trochę rozładować to cholerne napięcie ostatnich tygodni”.

Stuart patrzył na przyjaciela w milczeniu. „Dlaczego właśnie on zbiera od życia takie baty? Przecież on na to nie zasłużył”. Z myśli wyrwał go głos Toma: „Przez ostatnie tygodnie zrozumiałem, że w chwili, w której czujemy wielkie szczęście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wkrótce zdarzy się coś, co zmieni ten dodatni bilans. Życie rządzi się własnymi zasadami równowagi”. „Może też kiedyś będę ojcem?”, pomyślał Stuart. Postanowił, że nie będzie zawracał Tomowi głowy swoimi problemami w szkole. To była błahostka, mała, nieważna sprawa, z którą sam sobie poradzi.

Następnego dnia stał przed klasą i oznajmił uczniom, że postawionej przez panią Billings oceny nie da się cofnąć. Równocześnie zaproponował, że da im szansę na poprawienie stopni po wspólnej powtórce materiału. Klasówka, którą sprawdzał w kilka dni później wypadła bardzo dobrze. Adam zdobył wszystkie punkty, większość uczniów dostała dobre oceny, jedyną uczennicą, której praca była niedostateczna była Emma. Śliczna, filigranowa Emma, w której podkochiwała się większość chłopców w klasie, dziewczyna, co do której Stuart nie miał wątpliwości, że nie może się doczekać dnia, w którym nie będzie musiała się już dłużej uczyć matematyki. W całej klasie ona jedna nie zadała sobie żadnego trudu w przygotowaniu się do klasówki. Z możliwych do zdobycia 90 punktów Emma miała 10. W milczeniu oddał jej pracę do ręki. „Nie mogę ci zaliczyć matematyki”, powiedział zaglądając do dzienniczka. „Będziesz musiała powtarzać klasę”, dodał.

W kilka dni później wieczorem ktoś zadzwon do drzwi. W drzwiach stała Emma. ”Skąd znałaś mój adres?”, zapytał Stuart, nie ukrywając zaskoczenia. „To nie było wcale trudne”, odpowiedziała wchodząc do korytarza i zamykając za sobą drzwi. „Chciałam porozmawiać o ocenie z matematyki. Chyba da się ją jakoś poprawić?”, powiedziała zdejmując kurtkę. Była naga, na widok jej gołych piersi Stuart natychmiast podszedł do drzwi. „Nie przychodź tu więcej”, powiedział, wypychając Emmę do korytarza i otwierając na oścież drzwi wejściowe.

Po wyjściu uczennicy długo nie mógł się uspokoić. Nie przypuszczał, że szesnastoletnie dziewczyny mogą posunąć się tak daleko. On w swoich podopiecznych widział do tej pory tylko duże, naiwne dzieci. „Więc znalazłaś swój sposób na rozwiązywanie problemów w życiu”, pomyślał o Emmie z niechęcią.

Cdn.

Stuart 45

It’s not simple to say
That most days I don’t recognize me
That these shoes and this apron
That place and its patrons
Have taken more than I gave them
It’s not easy to know
I’m not anything like I used be, although it’s true
I was never attention’s sweet center
I still remember that girl

Niełatwo przyznać się
Że przez większość czasu sama siebie nie poznaję
Te buty, ten fartuch
To miejsce i ci ludzie tutaj,
Zabrali mi więcej niż dali
Niełatwo zdać sobie sprawę
Że już nie jestem tą osobą co kiedyś
Lecz tak właśnie jest
I choć nigdy nie byłam ważną osobą
Wciąż jeszcze pamiętam tę dziewczynkę

Sarah Bailles, She used to be mine

Joanna Trümner

Spotkanie

Podczas tygodni spędzonych w Walton Stuartowi cały czas towarzyszyło uczucie obcości. „To już nie jest moje życie”, myślał, chodząc ulicami rodzinnego miasta. Czasami zdarzało mu się spotkać kolegę ze szkoły lub sąsiada. Krótkie, powierzchowne rozmowy uświadamiały mu, jak bardzo oddalił się od ludzi wśród których spędził dzieciństwo. W kilka dni po przylocie do Walton równie przypadkowo spotkał na plaży swojego najlepszego przyjaciela z czasów szkolnych, Toma. Umówili się na wieczór w pubie. O siódmej popijali pierwsze piwo, w pół godziny później Stuart zaczął ukradkiem spoglądać na zegarek. Powoli kończyły się zdania „A pamiętasz jak..” i zaczęło im brakować tematów. Przysłuchując się słowom Toma, prowadzącego rodzinną piekarnię ojca dwójki dzieci, Stuart myślał o tym, że jego były przyjaciel jest przecież szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nigdy nie chciał porzucić bezpieczeństwa i przewidywalności życia w Walton. Po dwóch godzinach pożegnali się. Na rozstanie Tom zaproponował bez przekonania „Może kiedyś do nas wpadniesz?” Z tonu zaproszenia widać było, że i on zrozumiał, że czas zmienił dwóch nierozłącznych, bawiących się godzinami na plaży chłopców w obcych ludzi.

W kilka dni później matka umarła. Po telefonie ze szpitala Stuart poczuł ulgę. „Jak dobrze, że nie musi się już dłużej męczyć”, pomyślał. W godzinę później stał przy pustym łóżku w szpitalnym pokoju i opróżniał szafkę, zbierając do torby ostatnie używane przez nią przedmiot. Z zaskoczeniem znalazł wśród nich różaniec. „Przecież ona sobie nic nigdy nie robiła z wiary”, pomyślał. Długo jeszcze stał przy łóżku i pocierając w palcach drewniane paciorki zastanawiał się, ilu jeszcze nieznanych, zaskakujących rzeczy dowie się o najbliższej osobie. „Śmierć pozbawia nas wszelkiej prywatności”, skonstatował, opuszczając szpital.

Kolejnych kilka dni minęło na załatwianiu formalności związanych z pogrzebem i porządkowaniu osobistych przedmiotów matki. Kate i Stuart przeglądali dokumenty, książki i albumy ze zdjęciami. Trzy grube, oprawione w skórę albumy opatrzone były napisami: Eve, Stuart, Kate i opowiadały historię ich dzieciństwa. Wiele zdjęć w jego albumie przypominało wydarzenia, których on sam wcale nie pamiętał. Na zdjęciu z datą 10 maja 1957 roku siedzący przy stole chłopiec patrzył prosto w kamerę z wyraźnym poczuciem winy w oczach. „Dzień pierwszych wagarów”, komentował podpis pod zdjęciem. Na kolejnym zdjęciu Stuart siedział w grupie kolegów przy ognisku na plaży i kurczowo trzymał w rękach gitarę. Wpatrując się w zdjęcie długo próbował wygrzebać z pamięci imiona najbliższych kolegów z czasów dzieciństwa. „Jego album kończył się fotografią z lotniska w Londynie zrobioną w dzień jego odlotu do Australii, skomentowaną słowami: „Na zawsze?”

Napisy pod zdjęciami w albumie Kate były równie zaskakujące i świadczyły o tym, jak uważnie matka obserwowała życie swoich dzieci. Na jednej z fotografii zatopiona w książce dwunastoletnia dziewczynka, w której bez trudu Kate rozpoznała siebie, otrzymuje od matki radę „Życie tak nie wygląda”. Jedną z ostatnich fotografii w jej albumie było wyjątkowo niekorzystne zdjęcie Waltera z komentarzem „Wielka miłość?” „Nie wiedziałam, że ona potrafiła dostrzec tyle rzeczy. A ja zawsze myślałam, że się nami wcale nie interesuje”, powiedziała Kate, odkładając swój album na bok. „Chciałam przy Walterze po prostu odpocząć po idiotach, z którymi przeszłam piekło”, dodała czerwieniąc się. „Zachowuje się tak, jakby tłumaczyła się przed matką”, pomyślał Stuart.

W chwilę później zaczęli oglądać album Eve. Ich uwagę przykuła fotografia siostry z Williamem, młodej pary stojącej przed weselnym tortem. Eve miała zamyślony, zrezygnowany wyraz twarzy, co matka skomentowała słowami „Po co?”

W sypialni znaleźli też pamiętnik matki. Przez chwilę w milczeniu zastanawiali się, czy mają prawo przeczytać jej wspomnienia. Stuart jako pierwszy przerwał milczenie „Może w końcu dowiemy się czegoś o dziadkach”, powiedział, widząc, że siostra waha się i nie może się zdecydować, by odłożyć pamiętnik na stertę rzeczy przeznaczonych do wywiezienia na śmieci. „Na pewno by nie chciała, żebyśmy grzebali w jej prywatnych sprawach”, powiedziała Kate bez przekonania. Długo patrzyli na siebie w milczeniu, bijąc się z myślami. Stuart nagle poczuł, że dociera do niego wielkie zmęczenie ostatnich, intensywnych tygodn. Wiedział, że brakuje mu siły na dalsze emocjonalne wstrząsy. Zadecydowali, że Kate zabierze pamiętnik do Berlina i że przeczytają go przy następnym spotkaniu.

W kilka dni po pogrzebie udało im się załatwić sprawy związane z likwidacją rodzinnego domu. Przedłużyli umowę na wynajem pubu o dziesięć lat i poprosili Nata o pomoc w przygotowaniu mieszkania do wynajęcia. Założyli wspólne konto w banku, na które odtąd miał wpływać czynsz.

W kilka dni po pogrzebie Stuart czekał na lot powrotny do Sydney. „Jak dobrze, że wszystko udało nam się załatwić”, myślał. Nie mógł się doczekać powrotu do domu. Do odlotu pozstała jeszcze ponad godzina. „To zabijanie czasu jest najgorszą stroną podróży”, myślał przyglądając się otaczającym go ludziom. W jego terminalu czekali na odlot pasażerowie z sześciu samolotów. Na widok kobiety trzymającej za rękę kilkuletniego chłopca zaniemiał. „To niemożliwe”, pomyślał i podszedł bliżej, żeby się upewnić, że się nie myli.

Nie mylił się jednak. To była Ann, jego pierwsza miłość. Stuart schował się za plecami stojącego przed nim nieznanego mężczyzny i czekał, aż usłyszy jej głos. „Norman”, zwróciła się do dziecka „chodź, musimy się pospieszyć z pójściem do toalety, zaraz wywołają nasz samolot”. Tak, to był jej głos, to na pewno była ona. Ta ubrana w elegancką sukienkę kobieta z nienagannym makijażem, która miała w sobie coś obcego i nieznanego, to była jego była dziewczyna. Po chwili wahania postanowił do niej podejść. Ann też go poznała. „Dawno się nie widzieliśmy”, powiedział Stuart, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. „Ponad dziesięć lat”, odpowiedziała z uśmiechem. „To mój syn, Norman”, powiedziała. Chłopiec ciągnął matkę za rękę, jakby był zazdrosny o nieznajomego. Może zrozumiał, że ten spotkany przypadkiem mężczyzna odgrywał kiedyś bardzo ważną rolę w życiu jego matki. „Lecimy do męża do Bostonu”, pżowiedziała Ann, „dostał pracę w dużej kancelarii adwokackiej. Zawsze chcieliśmy przez kilka lat pomieszkać za granicą”.

Stuart uważnie przysłuchiwał się temu, co mówi Ann. Zaskoczył go jej sposób opowiadania, to że większość zdań zaczynała od „my”. Ta nowa, nieznana Ann, wydała mu się egzaltowana, drażniła go i była mu obca. „Zamiast Yeatsa czytasz teraz przepisy kucharskie i rady na temat wychowywania dzieci”, pomyślał. Czas długich nocy w jego mieszkaniu na Greenwich, niekończące się rozmowy o sensie życia i deszczowe dni spędzone na czytaniu poezji w łóżku były zamierzchłą przeszłością. Chwię milczenia przerwał Norman. „Chodźmy już mamo”. „Powiedz mi jeszcze tylko, co porabia twój brat?”, zapytał Stuart. „To długa historia, Ian skończył kolejną kurację odwykową i chce wracać do Sydney. Myśli, że tam wszystko będzie inaczej. Niestety, już wiele razy tak myślał. Szczerze mówiąc my z mężem nie mamy z nim kontaktu”, dodała z westchnienem. „Naprawdę muszę już iść”, dodała. „Na pewno się jeszcze kiedyś spotkamy”, powiedziała podając mu rękę.

W kilka minut później Stuart siedział na ławce i przyglądał się wsiadającym do samolotu do Bostonu pasażerom. Ann pomachała mu na pożegnanie. Uśmiechnął się i myślał o tym, że ta inna, nowa Ann nie jest kobietą, z którą chciałby się znowu spotkać.

Myślał też o Ianie, przystojnym, wykształconym mężczyźnie z zamożnego domu, który zniszczył wszystkie otrzymane od życia szanse. Pomyślał o Benie, skromnym mężczyźnie ze skromnej rodziny, który wynajął od nich ich rodzinny pub, a po śmierci matki zaproponował nawet, że odkupi od nich i pub, i znajdujące się nad nim mieszkanie.

Cdn.

Stuart

And time has told me not to ask for more
For someday our ocean will find its shore
So I’ll leave the ways that are making me be
What I really don’t want to be
Leave the ways that are making me love
What I really don’t want to love

Czas mnie nauczył nie pytać o więcej,
I tak któregoś dnia nadejdzie dzień
gdy nasz ocean zbliży się do brzegu
Więc opuszczam drogę, na której staję się tym,
Kim naprawdę nie chcę być,
I schodzę z drogi na której kocham rzeczy,
Których wcale nie chcę kochać

Nick Drake, Time has told me

Joanna Trümner

Be good to yourself

Po długiej rozmowie z matką Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał już żadnych złudzeń, wiedział, że była to jedna z jego ostatnich rozmów z nią, choroba posunęła się tak daleko, że nie można było liczyć na żaden cud. Wyszedł ze szpitala z uczuciem bezradności i smutku. „Ona niedługo umrze, a ja nigdy nie byłem dobrym synem”, pomyślał, „a teraz jest już na to za późno”. W drodze do domu myślał mo czasach sprzed wyjazdu do Australii. Długi okres, kiedy matka dochodziła po zdrowia po załamaniu psychicznym. Ich wspólne wieczory, podczas których grał tylko dla niej. Przypomniał mu się wieczór, w który matka nazwała go „swoim najbardziej utalentowanym dzieckiem”. „Ona zawsze we mnie wierzyła”, pomyślał, czując wstyd na wspomnienie długich tygodni, kiedy w ogóle się do niej nie odzywał. Za każdym razem po wykręceniu jej numeru telefonu wiedział z samego tonu głosu, jak bardzo na ten telefon czekała.

Dojechał do domu, zaparkował samochód i postanowił pójść na spacer brzegiem morza. Był odpływ, szedł po twardym, wilgotnym piasku, starając się nie deptać po wyrzuconych przez morze muszlach. Zapach morza zawsze kojarzył mu się z dzieciństwem. Zastanawiał się nad sprawami, które chciał przed matką zataić. Nad bilansem swojego dotychczasowego życia. „Ona nie może się przecież dowiedzieć, że znowu jestem sam i że nigdy nie oddaliłem się od muzyki tak bardzo jak przez ostatnie miesiące. Za dwadzieścia kilka lat na pewno będę zgorzkniałym, samotnym dziwakiem, który od życia dostał świadectwo «starał się jak mógł». Jej «najzdolniejsze dziecko» znalazło się na kolejnym zakręcie”.

Próbował walczyć z ogarniającym go coraz bardziej przygnębieniem. „Może najważniejsze jest to, że w ogóle próbowałem”, pocieszał się. Zapadał zmierzch i nagle zrobiło mu się zimno. Przeniknął go przenikliwy, wilgotny chłód zimowych wieczorów w Walton, o którym zapomniał przez ponad dziesięć lat pobytu w Australii.

Przyspieszył kroku. W zapadającym zmierzchu potknął się o wyrzuconą przez morze butelkę, której przedtem nie zauważył. Wziął ją do ręki z zamiarem wyrzucenia do najbliższego kosza na śmieci. Oczyścił ją z wilgotnego piasku i z zaskoczeniem ujrzał, że w butelce znajduje się list. Przypomniało mu się, że jako chłopiec godzinami chodził z kolegami po plaży w poszukiwaniu butelek z tajemniczymi,nieraz napisanymi w obcych językach wiadomościami i innych wyrzuconych przez morze skarbów. Walcząc z zakrętką od butelki poczuł się znowu jak dziecko, które nie może doczekać się chwili, kiedy pozna tajemnicę listu. W końcu udało mu się wyciągnąć kartkę z butelki. Z zaskoczeniem przeczytał napisane dziecięcym charakterem pisma słowa: „Be good to yourself”. „Kto to mógł napisać?”, zastanowił się. Może samotny, gruby chłopak, koło którego nikt w szkole nie chciał siedzieć i który zawsze zajmował ostatnie miejsce w zawodach sportowych? A może brzydka dziewczynka w okularach, nie rozstająca się z książką, która po raz pierwszy w życiu zakochała się, oczywiście bez wzajemności? Dziecko wracające do domu z kluczem na szyi i czekające do późna w nocy na powrót rodziców. Przestraszone każdym odgłosem w domu. Przypomniał mu się jego najzdolniejszy uczeń (znowu ktoś najzdolniejszy!), czternastoletni Adam, grubas w okularach o mocnych szkłach. Wiedział, że Adam po lekcjach zostaje w szkole i daje innym uczniom korepetycje z matematyki. Wiedział, że są dzieci, które są gotowe zapłacić każdą cenę za odrobinę uznania. Ktokolwiek napisał te słowa chciał znaleźć drogę do swojej godności, do uczucia, które zaczął tracić. „Przecież to takie proste”, pomyślał, „nie mogę sibie za wszystko obwiniać, muszę przestać robić sobie wyrzuty, że znowu zostałem porzucony, że nie miałem czasu dla matki, że od miesięcy nie wziąłem gitary do ręki, tak miało być, to wieczne poczucie winy do nikąd nie prowadzi… Nie mogę przestać wierzyć w siebie. Tylko ktoś, kto lubi sam siebie może w życiu naprawdę coś osiągnąć. Rzeczywiście, powinienem być dobry dla siebie. Ten ktoś ma rację.” Wiedział, że właśnie zrozumiał coś bardzo ważnego i że nigdy nie może tej dopiero co odkrytej prawdy zapomnieć. Postanowił, że nigdy nie rozstanie się z tą butelką i ukrytym w niej na pozór prozaicznym liścikiem. „To będzie mój życiowy talizman”, pomyślał i wtedy z daleka zaczęły napływać dźwięki nowej piosenki. Wiedział już, że będzie to utwór „Be good to yourself”. Czuł, że ogarnia go spokój, dziwne, ciepłe uczucie, że wszystko, co się zdarzyło i zdarza jest częścią jakiegoś planu, za który on nie ponosi winy. Wrócił do domu, na jego widok Kate uśmiechnęła się ze zrozumieniem, zrozumiała od razu, że Stuart znalazł podczas tego spaceru spokój. „Ja potrafię w nim czytać jak w otwartej książce”, pomyślała, zastanawiając się, czy jest tak dlatego, że są rodzeństwem, jednymi z pierwszych poznanych w życiu osób, czy też dlatego, że zawsze dobrze się rozumieli i potrafią na siebie patrzeć widząc rzeczy, które dla innych pozostają tajemnicą.

Następnego dnia Kate wracała do Berlina, a Stuart zamierzał odwiedzić Williama pod adresem, który znalazł w książce telefonicznej Londynu. W drodze Kate zaskoczyła brata wiadomością, że matka nie chce być pochowana we wspólnym grobie z ojcem, chce mieć wspólny grób ze swoim drugim mężem – Natem. „Musimy to jej życzenie uszanować”, powiedziała Kate zaskakująco pozbawionym emocji głosem. „Przecież ona z ojcem spędziła większą część życia”, skomentował Stuart, który odebrał prośbę matki jak zdradę rodziny. „Ale naprawdę szczęśliwa była dopiero po jego śmierci”, powiedziała Kate. Po jej tonie Stuart zorientował się, że i ona nie potrafi tego zrozumieć. „Więc chce ojcu wystawić rachunek po śmierci?”, pomyślał przypominając sobie awantury rodziców o prowadzenie pubu, wieczne zmęczenie matki, jej załamanie psychiczne. Stuart zawiózł Kate na lotnisko i pojechał odwiedzić Williama. Bez problemu znalazł elegancki, duży dom w zachodniej części miasta. „Więc go na to stać?”, pomyślał z lekką zazdrością i przypomniał sobie swoje studenckie mieszkanie w okolicach Greenwich. „Ciekawe, co teraz robią Ian i Ann? Kim się stali od czasu, kiedy się rozstaliśmy?”, pomyślał, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dochodziła pierwsza, prawdobodobnie nikogo w domu nie było. „Wrócę później”, pomyślał i zdecydował się wsiąść do metra, pojechać do centrum i pochodzić po dawno nie widzianych kątach. Krótko przed piątą wrócił tam i tym razem miał szczęście, drzwi otworzył mu sam William. Na jego widok zdziwił się i przez chwilę walczył z odruchem zamknięcia drzwi.

„Czy mogę wejść i z tobą krótko porozmawiać?”, zypytał Stuart. „Kto tam?” usłyszał głos dziecka. „Twój wujek, Stuart”, odpowiedział z zakłopotaniem William. W chwilę później mały George przytulał się do Stuarta, widać było, że siostrzeniec bardzo się cieszy z tego spotkania. „Gdzie byłeś tak długo?”, zapytał chłopiec z wyrzutem. „Tam, gdzie mieszkają kangury. Nie mogłem wcześniej przyjechać”, odpowiedział Stuart i przez chwilę pomyślał o tym, że nie ma dla małego żadnego prezentu. „Następnym razem”, pomyślał. „Tata musi chwilę z wujkiem porozmawiać”, powiedział William. Stuart bał się pierwszego słowa, wiedział, jak dużo zależy od przebiegu tej rozmowy. I instynktownie wybrał słowa najwłaściwsze: „Cieszę się, że ci się życie dobrze układa i że kogoś znalazłeś. George wygląda na bardzo szczęśliwe dziecko”. Rozmowa, której tak bardzo się bał, okazała się bardzo dobra. William powiedział mu, że matka bardzo go zraniła, komentując jego nowy związek słowami: „Dziecko przecież się w takiej perwersji nie może wychowywać”. Następnie William opowiedział mu o tym, jak bardzo męczyła go ciasnota Walton, ciągłe ukrywanie swoich skłonności i fakt, że w tym małym miasteczku, w którym każdy zna każdego, nigdy nie będzie mógł być sobą. „Gdybym nie poznał Matta, wpadłbym w kompletną depresję, były chwile, że chciałem ze sobą skończyć.” Stuart w milczeniu słuchał tego wyznania i nie mógł opanować myśli, że wszystko to raz już słyszał, że jego wujek Stuart przechodził przez podobne piekło. „Nie ma chyba prawdy absolutnej, konflikt Williama z matką to też dwie prawdy. Prawda matki, skrzywdzona miłość do wnuka, miłość na której przebieg ona nagle nie ma wpływu, której rozwój zależy od dobrej woli ojca. I prawda Williama, upokorzenie, jedno z wielu upokorzeń, które przeżył i za które nikt nigdy nie poniósł konsekwencji”.

Po chwili milczenia zwrócił się do szwagra: „To chyba już nie ma znaczenia, ona umiera i jej największym życzeniem jest zobaczenie małego”. Po minie Williama odczytał od razu, że znowu udało mu się znaleźć odpowiednie słowa. W pół godziny później na siedzeniu samochodu siedział George.

Cdn.

Stuart 43

The sweetest words I ever heard
Is welcome home
It’s been a long and dusty road

There’s a place that’s meant for us
Full of faith, hope, love and trust
I’ll keep trudging up the road
But someday I’ll be going home

There’s no place like home
No place like home
There’s no place I’d rather be than home

*

Najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszałam
Witaj w domu!”,
gdy została za mną długa i pełna kurzu droga.

Jest takie miejsce, które stworzone zostało tylko dla nas,
Miejsce pełne wiary, nadziei, miłości i zaufania.
I choć wiem, że będę dalej brnęła swoją drogą,
Wiem też, że któregoś dnia wrócę do domu.

Nie ma na świecie lepszego miejsca od domu,
Nie ma miejsca,
w którym tak bardzo chciałabym być.

Beth Hart, No place like home

Joanna Trümner

Powrót do domu

Lekcje w szkole dobiegły końca, zaczynały się wakacje. Pojutrze Boże Narodzenie. W pierwszy wolny od pracy dzień Stuart spał do dwunastej. „Co mam robić przez sześć tygodni? Dawno nie miałem tak długiego urlopu”, zastanawiał się przeciągając się w łóżku. Z porannego rozleniwienia wyrwał go dzwonek telefonu.
W słuchawce usłyszał głos siostry: „Z mamą jest coraz gorzej, powinieneś jak najszybciej przylecieć. Ona ciągle o ciebie pyta”. Po krótkiej rozmowie z Kate Stuart poszedł do biura podróży i kupił bilet na najbliższy wolny lot do Londynu. Samolot startował z Sydney w Sylwestra. „Ludzie niechętnie latają w noc sylwestrową, każdy woli spędzić ten czas z najbliższymi, założę się, że będzie Pan mógł wybrać sobie miejsce w samolocie”, powiedziała z uśmiechem agentka biura podróży podając mu bilet. „Chętnie przywitam nowy rok w chmurach, może będzie dzięki temu temu lepszy”, odpowiedział.

Rok, który dobiegał końca, nie był dobry. Ostatnie miesiące przyniosły rozstanie z Sally i wiadomość o ciężkiej chorobie matki. „Ten cholerny rak jest jak fatum, które wisi nad naszą rodziną”, pomyślał. Przypomniały mu się godziny spędzone przy łóżku szpitalnym siostry i ukochanego wujka, Stuarta. Pamiętał prawie każde słowo z rozmów z umierającymi, najbardziej intensywnych i szczerych rozmów, jakie kiedykolwiek w życiu prowadził. Przypomniało mu się uczucie bezsilności i niczym nie uzasadnione przebłyski nadziei. Wiedział, że wkrótce oczekuje go podobne spotkanie z matką.

Zdał sobie sprawę z tego, że matka może nie wiedzieć o tym, że rozstał się z Sally. „Mam nadzieję, że nawet się nie domyśla, jakim jestem nieudacznikiem życiowym. Wszystkie kobiety ode mnie odchodzą”, pomyślał z żalem.

Od dwóch miesięcy bezskutecznie próbował znaleźć przyczynę rozpadu związku z Sally. „Przecież zawsze byłem w stosunku do niej w porządku, nigdy jej nie oszukałem i starałem się dać z siebie jak najwięcej. Dlaczego ponoszę karę za innych?”, zastanawiał się nieraz. Po wydarzeniach na Bondi Beach, Sally rozpoczęła terapię, ale ich związek i tak zaczął się stopniowo rozpadać. Spotykali się sporadycznie, ich rozmowy coraz częściej kończyły się milczeniem lub wspólnym słuchaniem muzyki. Oddalali się od siebie krok po kroku, z kochanków zmieniali się stopniowo w dobrych znajomych, których łączy jedynie wspólne hobby.

Gdy przed dwoma miesiącami otrzymał wiadomość o ciężkiej chorobie matki, Stuart nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domu. Nie chciał być sam i zdecydował się na spontaniczną wizytę u Sally. Miał nadzieję, że jak dawniej przytuli go do siebie i da poczucie, że nie jest sam. Reakcja Sally zabolała go tak bardzo, że po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy zastanawiał się, czy kiedykolwiek naprawdę znał kobietę, która do niedawna była dla niego kimś najbliższym.

Bardzo mi z tego powodu przykro, ale nie rozumiem, dlaczego mnie tym obarczasz. Przecież ja jej w ogóle nie znam. Wiesz, że mam swoje problemy, z którymi ledwie sobie daję radę”, powiedziała Sally. Wprawiło go to w zaskoczenie. Było jasne, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Długo próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, czy reakcja Sally wynikała z obojętności, czy też była rezultatem psychologicznego prania mózgu i przekonania, że najważniejszym przykazaniem podczas rehabilitacji po ciężkich urazach jest zasada, że nie przyjmuje się do wiadomości problemów innych ludzi.

Wsiadając do samolotu w sylwestrową noc Stuart cieszył się, że jedzie do rodzinnego domu. „Ciekawe, dlaczego tak chętnie tam wracam? Przecież tyle w nim było rzeczy, które mnie tak bardzo drażniły, że przecież stamtąd uciekłem”, zastanawiał się.

Agentka z biura podróży miała rację. Stuart nigdy jeszcze nie leciał tak pustym samolotem. Zaczął liczyć pasażerów i nagle przetarł oczy ze zdumienia. Pasażerami numer 31 i 32 byli rodzice Meg. „Nigdy nie myślałem, że ich jeszcze kiedykolwiek spotkam”, pomyślał nie wiedząc jak zareagować. Matka Meg rozpoznała go, pomachała ręką i w chwilę później przysiadła się do niego. „Świat jest mały”, powiedziała z uśmiechem. Widać było, że cieszy się z tego spotkania. „Postanowiliśmy odwiedzić stare kąty. Od kiedy Marc jest na emeryturze mamy dużo wolnego czasu. Zwiedziliśmy już kawał świata, teraz czas na powrót do korzeni”. Widać było, że jest szczęśliwa. Stuart z zażenowaniem zdał sobie sprawę, że nie potrafi wygrzebać z pamięci jej imienia. Po chwili przypomniał sobie jednak. ma na imię Liza, oczywiście. Swoją drogą to dziwne, że mogłem zapomnieć”, pomyślał. „Kilka lat temu była przecież częścią mojej rodziny”. W chwilę póżniej Liza zapytała go, czy leci do domu. „Matka umiera na raka i chcę z nią spędzić trochę czasu”, odpowiedział.

Widać było, że Liza szuka w głowie odpowiednich słów: „To jest straszne, ale jednak jeszcze gorsze jest, gdy dzieci odchodzą przed rodzicami”. W chwilę później pożegnała się ze Stuartem i wróciła na swoje miejsce.

Wkrótce potem w przejściu pojawiła się stewardessa z tacą, na której stały kieliszki szampana i soku pomarańczowego. Stuart spojrzał na zegarek, dochodziła dwunasta, w Sydney rozpoczynał się nowy rok. „Ciekawe co przyniesie mi rok 1987?”, zastanawiał się. Obrócił się i pomachał Lizie i Marcowi. „Happy New Year”, życzył pasażerom przez głośniki kapitan samolotu.

W dwadzieścia cztery godziny później Stuart stał przed rodzinnym domem w Walton. Ze zdumieniem zobaczył, że zarówno pub jak i mieszkanie nad pubem, miejsca, w których spędził dzieciństwo, były świeżo otynkowane na jasny seledyn. „Dziwny kolor”, pomyślał i zdał sobie w tej samej chwili sprawę z tego, że żadna zmiana nie nie jest w stanie wpłynąć na uczucie ciepła i bezpieczeństwa, które ogarnęło go w chwili, gdy zobaczył to miejsce. „Obraz rodzinnego domu nosi się na zawsze w głowie. Zawsze będę czekał, że w drzwiach pokażą się ojciec lub matka, że wejdę do domu i potknę się o mój własny rzucony na środku korytarza tornister.”

Drzwi otworzyła Kate, przytuliła się do brata tak mocno, jakby bała się, że i on zniknie z jej życia na zawsze. Przez chwilę stali w milczeniu, przerwanym przez Kate „Z matką jest bardzo źle. Przed tygodniem dostała ostatnią chemioterapię, teraz jest w szpitalu i podają jej już tylko morfinę. Cieszę się, że w końcu jesteś, chciałabym na kilka dni wrócić do Berlina i zobaczyć jak Walter radzi sobie z dzieciakami”.

Jak to wszystko znos Nat i mały George?”, zapytał Stuart. Jako lekarz ojczym wiedział, dokąd prowadzi ta choroba i próbował zachować spokój. Siostrzeniec Stuarta, George, przeprowadził się przed kilkoma miesiącami z ojcem do Londynu i mimo wielu prób Kate nie udało się z nim spotkać. „William zakochał się i zerwał wszystkie kontakty w Walton. Znalazł pracę w Londynie, wynajął mieszkanie wspólnie z nowym partnerem i zabrał ze sobą George‘a. Między nim a matką było już przed jej chorobą dużo nieporozumień, William nie chciał, żeby zajmowała się wnukiem, bał się usłyszeć komentarz pod adresem nowego partnera. „Teraz ja jestem jego rodziną”, powiedział, kiedy matka zaproponowała, że weźmie małego na tydzień wakacji do Szkocji. Formalnie po śmierci Eve mama nie ma żadnego prawa do kontaktu z wnukiem. Nat chciał wytoczyć o to sprawę w sądzie, ale przyszła choroba i inne problemy. Wiem, że mama bardzo chciałaby zobaczyć Geroge‘a, proszę, spróbuj spotkać się z Williamem i przekonać go.”

Stuart był rozczarowany brakiem kontaktu z siostrzeńcem, cieszył się na spotkanie z małym Georgem, to dziecko stało się dla niego kimś bardzo ważnym, był częścią domu, do którego wrócił po latach. Postanowił jak najszybciej wybrać się do Londynu.

Następnego dnia rodzeństwo pojechało do szpitala pożyczonym od Nata samochodem. Stuart z trudnością poznał matkę, choroba i utrata wagi zmieniły jej rysy twarzy. Na widok syna uśmiechnęła się: „Nawet nie wiesz, jak bardzo na ciebie czekałam. Bałam się, że nie zdążymy się zobaczyć”, powiedziała. Widać było, że każde słowo kosztuje ją dużo wysiłku. Stuart usiadł koło niej na łóżko i trzymał ją za rękę. Nie wiedział, co powiedziać, nie mógł powstrzymać łez. Wiedział, że ma przed sobą kogoś, kto umiera. „Opowiedz mi o twojej muzyce”, poprosiła matka. Stuart odpowiedział wymijająco o nowych utworach, które pisze, o spotkaniach z publicznością, o tym, że przygotowuje nową trasą koncertową. „Po co tak kłamię?”, zastanawiał się, wiedząc, że matka jest bardzo z niego dumna i że nie może przecież jej właśnie teraz, pod koniec życia, rozczarować. „Tak się cieszę, że Kate i ty wyrwaliście się stąd. To takie ważne, żeby nie rezygnować z marzeń. Mi na to zabrakło odwagi.”

Stuart popatrzył na matkę z zaskoczeniem. „Jak mało o niej wiem”, pomyślał.

Cdn

Stuart 42

Nobody knows how to say goodbye
It seems so easy ’til you try
Then the moments passed you by
Nobody knows how to say goodbye

Nobody knows how to get back home
And we set out so long ago
Search the heavens and the Earth below
Nobody knows how to get back home

Nikt nie wie jak powiedzieć do widzenia
Kiedy nadejdzie ten moment
To, co miało być proste, staje się trudne.
Nikt nie wie jak się mówi do widzenia

Nikt nie wie jak wrócić do domu
Po długiej podróży, w którą ruszyliśmy
Żeby szukać siebie na ziemi i w niebie
Nikt nie wie jak wrócić do domu.

Nobody knows, The Lumineers

Joanna Trümner

Powrót

Wczesnym rankiem posterunek policji na Bondi Beach miał dziwną, nierzeczywistą atmosferę. Brudna podłoga, niewygodne, zużyte plastykowe krzesła i stojąca w kącie poczekalni niedopita butelka po piwie opowiadały o burzliwych wydarzeniach, których były świadkami. Sally i Stella, zszokowane, pachnące alkoholem młode kobiety z rozmazanym makijażem i w porwanym ubraniu, nie zaskoczyły wyglądem starszego policjanta, który zaprowadził je do pokoju przesłuchań.

W pół godziny później policjant nie próbował nawet ukryć zniecierpliwienia przebiegiem przesłuchania. „Mam wrażenie, że nie chcecie, żebyśmy ich znaleźli”, skomentował chaotyczne opowiadanie kobiet o wydarzeniach ubiegłej nocy i niezbyt dokładny opis sprawców. Zarówno Stella jak i Sally wiedziały, że nigdy nie zapomną twarzy mężczyzn, którzy je zgwałcili, mimo to z trudnością i niepewie odpowiadały na szczegółowe pytania o ubranie i wygląd mężczyzn i nie potrafiły zrekonstruować dokładnego przebiegu minionej nocy. „Może łatwiej byłoby o tym opowiedzieć kobiecie?”, zastanawiała się Sally, zdając sobie sprawę z tego, że nie pamiętała nawet marki samochodu, którym jechała z nieznajomymi mężczyznami z centrum miasta na plażę. Na twarzy prowadzącego dochodzenie policjanta malowało się coraz większe rozdrażnienie. „Większośc ludzi o tej porze jeszcze śpi, a ja muszę się męczyć z kolejną beznadziejną sprawą, dowodem bezgranicznej głupoty dwóch wcale już nie tak młodych kobiet”, pomyślał kończąc spisywanie protokołu.

Obie podpisały protokół, wyszły z posterunku i zatrzymały taksówkę. Sally podała adres i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki. „Jakie szczęście, że nie zabrali nam pieniędzy”, pomyślała. W chwilę później zapadła w głęboki sen, z którego wyrwał ją głos taksówkarza. „Jesteśmy na miejscu”, powiedział z zażenowaniem w głosie. Domyśłał się, że pasażerki były w szoku i przeżyły niedawno coś złego, lecz nie wiedział, jak się zachować podczas długiej drogi z Bondi Beach do centrum miasta. Przyglądając się śpiącej Sally i patrzącej przed siebie niewidzącym wzrokiem Stelli, wybrał milczenie. W mieszkaniu Sally kobiety nie zamieniły ze sobą ani słowa, położyły się w ubraniu do łóżka w sypialni i natychmiast zasnęły. W kilka godzin później Sally przyglądała się swojej twarzy w lustrze w łazience, „Może to wszystko było tylko złym snem?”, zastanawiała się zmywając z twarzy resztki rozmazanego makijażu.

Siedziały teraz obie przy kuchennym stole, piły kawę i zastanawiały się, co robić. Stella zdecydowała się zadzwonić do matki. Ożywionym, nieswoim głosem powiedziała, że wczoraj w nocy wróciły z party tak późno, że zdecydowała się zanocować u Sally. „Jestem strasznie zmęczona, chyba zostanę tutaj dziś. Nie chciałam was budzić w środku nocy. Przepraszam”. Odłożyła słuchawkę, zastanawiając się, kiedy ostatni raz powiedziała matce „przepraszam”. „Mam nadzieję, że niczego się nie domyśli”, pomyślała i zdała sobie sprawę z tego, że jedyną osobą, którą chce w tej chwili widzieć, jest Sally.

W kilka dni później Stella wróciła z matką do Londynu. Jane widziała, że córka jest ostatnio przygaszona, szuka jej towarzystwa i sprawia wrażenie małego, zagubionego dziecka. Wielokrotnie bezskutecznie próbowała dpwoiedzieć się od córki, co się stało.
W kilka tygodni po powrocie siostry z córką do Anglii Brian wyjął ze skrzynki pocztowej adresowany do Stelli list z policji. „W związku z niemożliwością zidentyfikowania sprawców dochodzenie w sprawie gwałtu zostało zakończone”. Stella przeczytała to parę dni później w Londynie. Poczuła się bezsilna i wydana na pastwę świata. Przepłakała cały dzień, a wieczorem po raz pierwszy od dawna przytuliła się do matki i opowiedziała jej o nocy na Bondi Beach. Z każdym słowem wzrastało w niej uczucie żalu i bezsilności. „Nigdy nie myślałam, że mnie może coś takiego spotkać”, powiedziała przez łzy, a Jane patrząc ze współczuciem na córkę zastanawiała się nad tym, skąd bierze się przekonanie, że rzeczy złe dzieją się w innym świecie, świecie, który nas nie dotyczy, że przydarzają się one zawsze tylko innym ludziom. Wiedziała, że tak koszmarne przeżycia są piętnem, które pozostaje na zawsze. Zastanawiała się, jak pomóc córce i złapała się na myśli, że podświadomie cieszy się, że ta trauma może być jej szansą na poprawę kontaktu ze Stellą.

Sally również dostała list o zakończeniu dochodzenia. „To niemożliwe, żeby coś takiego można było zrobić bez żadnych konsekwencji”, pomyślała i po raz pierwszy poczuła potrzebę opowiedzenia komuś o tamtej nocy. Umówiła się na spotkanie ze Stuartem, który od dawna próbował zrozumieć, dlaczego Sally unikała spotkań i nie dopuszczała miądzy nimi do żadnych intymności, nie pozwalała nawet na pocałunki, a kiedy próbował ją wziąć w ramiona czuł, że nie odwzajemnia jego dotyku. Widywali się coraz rzadziej, podczas ostatniego spotkania Stuart zapytał ją wprost: „Czy ty mnie jeszcze w ogóle kochasz?” Unikając odpowiedzi na pytanie, Sally powiedziała: „Jest coś, o czym muszę ci opowiedzieć, daj mi proszę jeszcze trochę czasu.” List, który upokorzył ją prawie tak mocno, jak przeżycia podczas nocy na plaży w Bondi Beach, spowodował, że zdecydowała się opowiedzieć o tym Stuartowi.

„Jak można być tak naiwnym, przecież nawet małe dzieci wiedzą, że nie wolno wsiadać do samochodu nieznajomego”, myślał w duchu Stuart. Przyglądał się swojej dziewczynie, tak jakby widział przed sobą nieznaną osobę. Przytulił ją do siebie milcząc, bał się, że każde wypowiedziane przez niego teraz słowo, może ją zranić i upokorzyć. „Nie kopie się leżących”, pomyślał. Wiedział, że ma przed sobą inną osobę, niż pogodną, pełną energii i planów, dowcipną Sally, w której się zakochał.

Nie mógł opanować uczucia niesprawiedliwości na myśl o tym, że po wypadku Meg jest to drugie przestępstwo, za które nikt nigdy nie poniesie konsekwencji. Po długim milczeniu zwrócił się do Sally: „Musisz zrobić wszystko, żeby o tym zapomnieć. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, musimy sobie z nimi poradzić”. W tym samym momencie zdał sobie sprawę z tego, że jego słowa zabrzmiały twardo i bezwzględnie. „Zrobię wszystko, żeby ci pomóc”, dodał.

W kilka dni później Sally siedziała w poczekalni u psychologa. Długo wzbraniała się przed pójściem na poradę, rozmowa z psychologiem oznaczała kapitulację, przyznanie się do tego, że nie jest w stanie sama kontrolować swojego życia. Równocześnie wiedziała, że dzieje się z nią coś złego. Nie potrafiła być sama, zamieszkała u Stuarta i miała nadzieję, że pomoże jej to opanować ataki paniki, które zdarzały się w najmniej oczekiwanych momentach i uniemożliwiały normalne funkcjonowanie. Opuszczała zajęcia na uczelni, bo jakaś niewidzialna siła mówiła jej, że naprawdę bezpieczna jest tylko w domu Stuarta. Kilkakrotnie wyszła z zajęć zlana potem ze strachu. Spała w pokoju gościnnym, często budząc się w środku nocy w panice. „Nie mogę dopuścić, żeby ten człowiek przez jedną noc zniszczył wszystko, co udało mi się w życiu osiągnąć”, powtarzała sobie wielokrotnie w duchu. Po kolejnej nieprzespanej, przerywanej koszmarnymi snami nocy zdecydowała się zadzwonić do psychologa.

„Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?”, pytała szczęśliwa, uśmiechnięta młoda kobieta na wielkim plakacie w poczekalni. To pytanie wydawało się Sally w jej obecnej sytuacji absurdem. W chwilę później otworzyły się drzwi gabinetu i Sally zobaczyła atrakcyjną, starszą kobietę. „Czy ona pomoże mi być znowu sobą? Kobietą, którą byłam przed tą potworną nocą? Wrócić do domu i pożegnać się raz na zawsze z paniką i lękami?”, zastanawiała się Sally wchodząc do gabinetu.

Cdn

Stuart 41

A Flock of birds hovering above – just a flock of birds
That’s how you think of love
And I always look up to the sky
Pray before the dawn
Cause they fly away
Sometimes they arrive
Sometimes they’re gone
Fly on

Stado ptaków unoszących się na niebie
To tylko stado ptaków – tak myślisz o miłości
Zawsze wpatruję się w niebo
I modlę się przed świtem.
Bo one odlatują
Czasami przybywają
Czasami znikają
Lecąc dalej

Coldplay – Fly On

Joanna Trümner

Nie, duch święty nie pomógł”

Nie, duch święty nie pomógł”, odpowiedziała Jane. „W życiu możesz liczyć tylko na siebie, nikt ci nie pomoże, ani człowiek ani duch święty, wszystko trzeba zdobyć samemu, dyscypliną i ciężką pracą”, powiedział Brian, naśladując głos ojca. Na wspomnienie rodzinnego domu rodzeństwo równocześnie wybuchnęło śmiechem. „Jak dobrze, że się odnaleźliśmy. Z nikim innym nie potrafię się tak śmiać, aż mi się nie chce wierzyć, że straciliśmy się z oczu na tyle lat. Z takim przyjacielem jak on wszystko jest łatwiejsze”, myślała Jane.

Po chwili milczenia zaczęła opowiadać bratu o ojcu Sally: „Na przedostatnim roku studiów dostałam roczne stypendium w Stanach. Stypendium, o którym marzyłam od lat. Wylądowałam na Uniwersytecie Mississipi, w strasznej dziurze, do dzisiaj się zastanawiam, kto wpadł na idiotyczny pomysł nazwania tego miasteczka Oxfordem. Szczerze mówiąc nie ma tam zbyt wiele, oprócz uniwersytetu oraz pól kukurydzy, bawełny i fistaszków. No i oczywiście prężnej grupy Ku Klux Klanu. Jednym słowem kompletny koszmar i szarość amerykańskiej prowincji. Natychmiast, gdy zobaczyłam Oxford, zaczęłam tęsknić za Londynem. Na szczęście zamieszkałam z Marią, Włoszką z Bostonu, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. To ona namówiła mnie do pójścia na bazar w kościele katolickim niedaleko uniwersytetu. Tam poznałam Ducha Świętego, który od razu mnie urzekł. Był przystojny, zbyt przystojny na księdza, ale ujął mnie przede wszystkim spokojem. Gdy poznaliśmy się blipżej, czułam się przy nim jak najważniejsza osoba na świecie. Tak bardzo różnił się od mężczyzn, a właściwie chłopców, których poznawałam do tej pory, onieśmielał i intrygował . Natychmiast się zakochałam.

W kilka tygodni potem zostaliśmy parą. Parą, która musiała ukrywać się przed całym światem. Ta zabawa w chowanego miała w sobie coś zagadkowego i romantycznego. Podobnie jak czas, który spędzaliśmy razem. Nigdy nie prowadziłam tak intensywnych rozmów o życiu, filozofii, wierze, filmach. Duch Święty, który w rzeczywistości miał dosyć tuzinkowe imię, John, zaskakiwał mnie nieraz bardzo tolerancyjnymi jak na księdza poglądami. No ale chyba musiał, zważywszy, że zostaliśmy parą. To był pierwszy mężczyzna, który mi bezgranicznie imponował.

Spotykaliśmy się w hotelach w okolicy, przyjeżdżaliśmy za każdym razem osobno i nie wychodziliśmy z pokoju w obawie, że natkniemy się na kogoś, kto go zna. Maria była jedyną osobą, która wiedziała, dokąd znikam wieczorami.

Tak bardzo chciałam spędzić z nim czas, że zaczęłam chodzić na każdą mszę, każdą procesję i wszystkie kościelne bazary. Jedenaście miesięcy stypendium minęło bardzo szybko. Podczas ostatniej rozmowy płakaliśmy oboje. Przy rozstaniu John unikał odpowiedzi na moje ‘co dalej’, to wyłącznie moja wina, że lakoniczne ‘czas pokaże’ potraktowałam jak obietnicę wspólnej przyszłości. W kilka tygodni po powrocie do Anglii zorientowałam się, że jestem w ciąży. Napisałam do Johna długi list. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Nigdy go też nie zobaczyłam.

Jedyny list, jaki przyszedł do mnie ze Stanów, był list Marii, w którym pytała, jak może mi pomóc. Wkrótce potem przyleciała do Londynu i była pierwszą osobą, która wspólnie ze mną zastanawiała się, co robić? Pożyczyła mi trochę pieniędzy, na których zwrot musiała czekać pięć lat. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj, przed kilkoma miesiącami odwiedziłam ją w Bostonie. Przez chwilę czułam impuls, żeby wsiąść do samolotu, odwiedzić Ducha Świętego i opowiedzieć mu o nas obu, o Stelli i o mnie. Nieraz zastanawiam się, co by było, gdybyśmy się jednak spotkali? Czy poznałby mnie po ponad dwudziestu latach? Czy chciałby dowiedzieć się czegokolwiek o córce? Czy Stella potrafiłaby zrozumieć, dlaczego nigdy się nami nie interesował? Co czuł, kiedy czytał mój wielostronnicowy list?

Po Duchu Świętym zdarzały mi się krótkie romanse i przygody, nie poznałam jednak nikogo, z kim chciałabym spędzić resztę życia. Kogoś, kto nie poszybuje dalej, tylko zostanie przy mnie na dłużej”.

Musisz Stelli o tym wszystkim opowiedzieć. Ona ma do tego prawo”, skomentował Brian i patrząc na zagubioną minę siostry, zaproponował: „Jeżeli chcesz, zrobię to za ciebie”. „Wiem, że ona musi się dowiedzieć, kto jest jej ojcem, zrobię to, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu”, odpowiedziała Jane.

Od kiedy Stella poznała Sally, pobyt u wujka w Sydney stał się prawdziwą atrakcją. Młode kobiety spędzały ze sobą tak dużo czasu, że Stuart zaczął się wręcz niepokoić, że przestał być Sally potrzebny. „A o co jesteś zazdrosny?”, zapytała Sally na widok jego miny, gdy po raz kolejny powiedziała, że dwa następne wieczory spędzi ze Stellą. „Przecież nie robimy nic złego, pokazuję jej miasto, czasami chodzimy na jakąś imprezę, możesz zresztą pójść z nami”, dodała. Stuart nie wiedział, co o tym myśleć. Pod wpływem nowej przyjaciółki Sally stawała się innym człowiekiem, zaczęła go denerwować infantylnymi żartami i powierzchownością. Zamieniła sukienki na dżinsy i obcisłe swetry, zaczęła się mocno malować, w oczach Stuarta jej makijaż był wręcz wyzywający. Czasem dzwoniła nocą, gdy już spał, budziła go i prosiła, żeby odebrał ją z miasta. Była podpita. Gdy mówiła, odbierz nas, boimy się same wracać”, miał ochotę trzasnąć słuchawką.

Przecież nie można się aż tak bardzo zmienić”, zastanawiał się. „I chyba nie można się z dnia na dzień odkochać. Ciekawe, Sally jest przecież tylko o siedem lat młodsza, a ostatnio mam wrażenie, że dzieli nas pokolenie. Może ona taka jest i zawsze była, tylko ja tego nie potrafiłem albo nie chciałem zobaczyć? Może jestem tak zajęty sobą, że nie widzę tego, co dzieje się z innymi ludźmi? Przecież zdrady Meg też długo się nie domyślałem?”, westchnął, pocieszając się, że Stella za dwa tygodnie wróci do Londynu.

Stuart nie czuł się dobrze w małej stabilności, którą osiągnął. Wiedział, że nie prowadzi życia, które chciał prowadzić i że sam się okłamuje. Mimo, że lubił pracę w szkole i kontakt z uczniami, brakowało mu koncertów. Patrząc na stojącą w rogu sypialni gitarę, na której zaczęła się zbierać gruba warstwa kurzu, myślał o miesiącach spędzonych w trasie koncertowej po Australii i tęsknił za tamtym czasem. „Opamiętaj się, chłopie”, napominał sam siebie,kiedy wreszcie dotrze do ciebie, że twój talent nie wystarczy na zrobienie kariery? Na gitarze możesz czasami zagrać, sobie albo znajomym”. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby szczerze porozmawiać. Brian spędzał każdą wolną chwilę z siostrą, Tom był tak zajęty przygotowaniami do urodzin pierwszego dziecka, Kate podróżowała z rodziną po Australii, a Sally pod wpływem Stelli na jego oczach zmieniła się w rozchichotaną nastolatkę, która nigdy nie byłaby w stanie zrozumieć jego przemyśleń. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spotkał ją tylko raz, czasami dzwoniła do niego kończąc rozmowę retorycznym pytaniem „Chyba nie jesteś zły, że mam teraz dla ciebie tak mało czasu?”

Sally zdawała sobie sprawę z tego, że Stuart czuje się zawiedziony, obiecywała sobie, że zaraz po wyjeździe Stelli nadrobi czas, którego mu teraz nie poświęcała. „On jest czasami taki poważny, nie potrafi zrobić nic spontanicznego, nic zwariowanego”, myślała, uciszając wyrzuty sumienia. Czas spędzany ze Stellą oznaczał poznawanie nowych zakątków miasta, codziennie innych ludzi i kończące się nad ranem wizyty w knajpach lub na przyjęciach. To był czas odpoczynku od codziennych obowiązków, z których składało się jej życie od chwili, gdy przyjechała do Sydney na studia.

Tego wieczoru poszły na party na kampusie uniwersyteckim. Świetnie się bawiły w towarzystwie studentów. O północy podpita Stella zastukała widelcem w szklankę od wina i głośno oznajmiła: „Nie wrócę do Anglii. Sydney jest najlepszym miastem na świecie. Może nawet zacznę studiować prawo? Nieraz jeszcze będziemy się bawić na imprezach, które ja wam urządzę”.

O czwartej nad ranem goście zaczęli wracać do domu. „Przejedźmy się na Bondi Beach”, zaproponował Josh, z którym Stella bawiła się przez cały wieczór. O piątej Stella, Sally, Josh i jakiś jego kolega oglądali wschód słońca na plaży, dopijając prosto z butelki resztki czerwonego wina. Stella nie pamiętała momentu, w którym sympatyczni mężczyźni zmienili się w brutali. Josh ciągnął ją za włosy po plaży, a następnie zgwałcił. Gdy później składały zeznania na policji, kobiety nie potrafiły zrekonstruować dalszego przebiegu wypadków, nie potrafiły też jednoznacznie rozpoznać mężczyzn, którzy na zawsze zmienili ich życie.

Stella z trudem przypominała sobie moment, w którym usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu. Wkrótce potem zobaczyła Sally, tak samo nagą i upokorzoną jak ona. Obydwie nie pamiętały, jak udało im się pokonać kilka kilometrów, dzielących je od najbliższej budki telefonicznej, z której Sally wykręciła numer telefonu Stuarta. Telefon dzwonił dwadzieścia razy, zanim odłożyła słuchawkę. Nigdy jeszcze nie czuła się bardziej samotna.

Młode kobiety siadły na ziemi opierając się plecami o budkę telefoniczną. Patrzyły przed siebie, nie wiedząc, co zrobić dalej. Sally zamknęła na chwilę oczy, kiedy je otworzyła zobaczyła zatrzymujący się przed nimi samochód policyjny.

Cdn.