Posklejana historia ludzkości

Meine Lieben Deutschen Leser! Unten gibt es auch Beitragsteile auf Deutsch!

Ewa Maria Slaska

…czyli pisanie z doskoku i cytatami o śmierci na morzu, trzęsieniu ziemi, upadku imperiów i zamykaniu bram

Gdy pisałam wypracowania, Mama zawsze mi radziła, żebym jak najczęściej korzystała z cytatów. Bo wtedy, mówiła, przynajmniej część tego, co napiszesz, będzie dobrze napisana. Po latach, już w Niemczech, odkryłam, że Walter Benjamin poważnie rozważał projekt napisania książki złożonej z samych cytatów. Nie pamiętam, do czego jemu miałoby to służyć, ale ja, jego czytelniczka po pół wieku, zobaczyłam w tej metodzie sposób na obejście raf i barier języka niemieckiego. Wycinałam cytaty z gazet Die Zeit (czas) i Der Spiegel (lustro) i chciałam ułożyć opowieść o życiu polskiej imigrantki w Niemczech w latach 80. Miała się nazywać W lustrze czasu. Estetycznie efekty były niezłe, i oczywiście z daleka pachniały anonimowym donosem, i to było dobre, chciałam być anonimem, który donosi na Niemców. Ale opowieść sklejana z cytatów nie mogła mnie zaprowadzić tam, dokąd chciałam dojść, bo autorom, z których wycinałam fragmenty zdań brakowało doświadczeń, o których jako emigrantka chciałam napisać. Na przykład nikomu z nich nie pobrano odcisków palców. W każdym razie nie pisali o tym. Gdy zgłosiłam się na policję, aby złożyć podanie o azyl polityczny (był rok 1985) wykonano mi zdjęcie en face i z profilu oraz pobrano odciski palców. Może gdzieś jeszcze są, bo jeśli 30 lat temu Niemcy uznali, że imigranci muszą zostać zarejestrowani jak więźniowie, to musiała im przyświecać myśl o tym, że jeszcze kiedyś okażemy się podejrzani. A takie prawdopodobne kiedyś nigdy się nie kończy.

Wtedy chciałam napisać o tym, że gdy kolejka mija nieczynne, czarne stacje na terenie NRD, do pociągu wsiada policja zachodnioberlińska i sprawdza dokumenty pasażerów. Ale nie wszystkich, niektórych. A ja, mimo iż moje dokumenty są zasadniczo w porządku, choć niezbyt wysokiej jakości, oddycham z ulgą, gdy się okazuje, że kontrola dotyczy tylko pasażerów o ciemnej skórze. A potem pluję sama na siebie, gdy pomyślę, że tak to musiało wyglądać w czasie wojny, gdy aryjscy panowie świata wyłapywali tylko Żydów. Uczucie ulgi, a potem dojmujący wstyd. A może tylko uczucie ulgi.

Jest jeszcze gorzej. Minęło 30 lat, piszę te zdania w pociągu z Warszawy do Berlina. Mijamy granicę, wsiada niemiecka policja graniczna i kontroluje paszporty pasażerów o ciemnej skórze. Mam papiery w najlepszym porządku i mój status na ziemi niemieckiej jest w najlepszym porządku (a wtedy przed 30 laty nie był, a w każdym razie ja nie byłam tego pewna), nie muszę oddychać z ulgą, pozostaje tylko dojmujący wstyd. Bo ta policja szuka imigrantów z Afryki i Azji, tych nieszczęsny biedaków, którzy od południa i wschodu szturmują mury twierdzy zwanej Europą. Czasem przypływają statkami, czasem toną, właśnie utonęło ich 800, w tym kobiety i dzieci. Czasem docierają do nas przez Bałkany, czasem z Rosji, czasem zostają w Polsce, ale większość z nich podąża dalej, do tajemniczego kraju zwanego ألمانيا, ਜਰਮਨੀ, જર્મની, o którym zapewne gdzieś daleko starcy opowiadają legendy, a młodzież śpiewa pieśni.

To ci sami, którzy przed wiekami przychodzili do równie tajemniczego Rzymu, podchodzili do granicy na Dunaju, stali tam i pokornie czekali, aż ktoś im powie, że mogą wejść. I póki ów Rzym ich wpuszczał, póki mogli się osiedlać w jego granicach, zarabiając na swój udział w bogactwie i przywilejach, póty był spokój, Imperium dostawało legionistów, a osiedleńcy wysyłali wici do pobratymców, że tak, że tu jest dobrze i każdy ma pełną miskę prosa, i żeby przybywali. Aż kiedyś Rzym nie wpuścił Wizygotów za limes, bo skąd mógł wiedzieć, że tam, ze Wschodu już naciera Atylla wódz Hunów, który wybił co do nogi Ostrogotów, i przed którym Wizygoci zdecydowali się uciec. A Rzym ich nie wpuścił za Dunaj, co zamieniło pokojowe wędrówki w rzeź i podbój, i od momentu, gdy 24 sierpnia 410 roku Wizygoci siłą wdarli się do Rzymu po podboje Longobardów w latach 552-567 już nic innego nie było, tylko rzeź i mord.

Czasem zresztą to nie wojna tylko kataklizm wygania przybyszów z ich krajów, tak jak trzęsienie ziemi w Nepalu, gdzie po kilku dniach zaczęły się bójki o wodę, a po tygodniu polowanie na niewolników.

Wydaje mi się, że właśnie tu się znajdujemy, że Państwo Islamskie i Putin to tylko flanki tego, co już ruszyło na Europę, i wystarczy jedna nieopatrzna decyzja, a zaleje ją i zmieni na zawsze. Poprzednie wędrówki ludów, te sprzed półtora tysiąclecia, zniszczyły wszystko, co stworzyła starożytność i trzeba było tysiąca lat, żeby przemóc czarne wieki i wrócić do świata wysublimowanej kultury, eleganckich obyczajów, dobrego jedzenia, skutecznej nauki, efektywnej gospodarki i rozumnej władzy, a przede wszystkim do myśli społecznej, która głosiła, że zadowolony niewolnik pracuje lepiej niż głodny i katowany.

statekuciekinierzyKażda wiadomość może się w symbolicznym sensie okazać ostatnia.
Libię opanowała mafia przemytników, zajmująca się przerzutem arabskich uchodźców do Europy. Uciekinierzy na kutrach, łodziach i pontonach płyną w kierunku Włoch i przybyło ich tam w ostatnich tygodniach 11 tysięcy. W połowie kwietnia jeden z takich statków zatonął, zabierając w ostatnią podróż 800 uciekinierów.

Módlmy się za nich, módlny się za Nepalczyków i módlmy się za nas! Albo może wyślijmy pieniądze na budowę szpitala lub na telefon, który mógłby im uratować życie.

Nepal Help
Das Erdbeben in Nepal hat eines der ärmsten Länder der Welt getroffen. Zehntausende Menschen haben ihr Obdach verloren, sind in großer Not und Verzweiflung. Sie brauchen schnellstmöglich Hilfe.Bitte helfen Sie mit Ihrer Spende für Nothilfe und den anschließenden Wiederaufbau!

Spenden
Was haben wir mit den Toten im Mittelmeer zu tun? Nichts. Sie sind weit weg. Sie sind selbst Schuld. Andere sind schuld, an ihrem Tod. Die Menschen, die übers Meer wollen, und mehr wollen, sind fremde Verdächtige.Die Angst schlägt Wellen. Die Ängstlichen haben das Sagen, versperren die Grenzen und die Herzen, mit Leichenbittermine.Ein Mittelmeer und keine Mittel mehr um Menschen zu retten.Die einen ertrinken im Meer, die anderen im Überfluss. Beiden kann geholfen werden.Wenn das Boot voll ist, bringen wir es zum sicheren Ufer, und alle werden gerne aussteigen.

Es gibt nur eine Menschheit. Auch die, die weit weg sind, sind uns ganz nah,

in ihrem Streben nach Glück und nach Leben

und in ihrer Verletzbarkeit.

Europa soll kein Friedhof sein, sondern eine Hoffnung, eine neue Heimat für die, die alles verloren haben, Warmherzigkeit.

Eine Schleife, schwarz und blau, stecken wir uns an, als Zeichen:

Die im Mittelmeer ertrinken, sind nicht „die Anderen“. Es sind unsere Toten.

Wir trauern um sie.

Anne Frisius und Sabine de Martin

Die Schleifen verschicken wir gegen Spende. Ihr könnt sie euch auch selbst machen, mit zwei Schleifenbändern, schwarz für Trauer, blau für Mittelmeer, ca. 6 mm breit.
Bitte verbreitet diese Mail und die Schleifen. Danke!
Und liebe Grüße von uns.

Bestellung: mittelmeerschleifen@freenet.de
Spenden an:
Sabine de Martin, Stichwort: Mittelmeer Schleifen
Ktonr. 2041 6716 00
BLZ 4306 0967 (GLS Bank)
BIC: GENODEM1GLS
IBAN: DE41 4306 0967 2041 6716 00
Nach Abzug der Material-/Versandkosten geben wir die Spende weiter an das Alarm Phone
Die Alarm-Phone-Initiative hat eine Hotline für Flüchtlinge in Seenot eingerichtet http://www.watchthemed.net/

Dwugłos o sześciu apostołach

Jurkowi na imieniny

Wracaliśmy z konferencji w Lublinie. Tomasz odwiózł mnie do Poznania, czy raczej pod Poznań, do domu Loni, babci mojego wnuka. Opowiedziałam jej, że człowiek, który mnie przywiózł to Tomasz, historyk z Żar i… tak powstał dzisiejszy wpis.

Tomasz Fetzki, Żary

Żarska fara. Czyli kościół farny. Czyli parafialny. Kościół parafialny średniowiecznego miasta lokacyjnego (bo był też klasztorny, franciszkański). Najważniejszy i największy kościół Żar. Ale zapytajcie któregokolwiek żaranina, gdzie się znajduje fara, to zrobi oczy wielkie jak stare pięciozłotówki z rybakiem. Jaka fara? Nikt tutaj po wojnie nie używał takiego określenia. Każdy mówi: KATEDRA. Bo wielka, bo monumentalna… Ale to określenie zwyczajowe, gdyż, jako żywo, Żary nigdy nie były siedzibą biskupstwa. Co najwyżej, w czasach protestanckich, nadintendentury, czyli tak plus minus, katolickiego dekanatu. Ale katedra to katedra i nic tego nie zmieni!

stararzezbaKościół powstawał długo, kilkaset lat. Początkowo wybudowany w stylu romańskim, swój obecny, gotycki kształt i rozmiar uzyskał w wieku XV. Rozmiar zaiste imponujący. Na całych polskich Łużycach, poza farą gubińską, nie ma większej świątyni. W ciągu kolejnych kilkuset lat gotycka forma została wypełniona barokową treścią: pseudomarmury, kaplice, dwa piętra empor, organy i malowidła. Skończyło się to wszystko gwałtownie i nieodwracalnie we wtorek po Wielkanocy, 11 kwietnia 1944 roku, gdy niemal setka Latających Fortec B-17 obróciła w gruz większość Żar, poważnie uszkadzając także farę. Miary zniszczenia dopełniło powojenne porzucenie i opuszczenie świątyni.

starewnetrzeW latach 1963-75 parafia polskokatolicka użytkowała prezbiterium, nawy niszczały sobie spokojnie dalej. A potem całość kościoła została przekazana katolikom rzymskim i rozpoczęła się wielka odbudowa. Zdecydowano się nie odtwarzać późniejszego wyposażenia, pozostały gołe gotyckie mury. Stało się tak po trosze z niedoboru funduszy, a po trosze ze względów ideowych: taki zabieg, czyli regotyzacja, miał nawiązywać do prapolskich tradycji tych ziem. Zresztą katedry w Warszawie, Poznaniu i Gnieźnie też regotyzowano podczas odbudowy ze zniszczeń wojennych.

Po nalocieFara została uroczyście konsekrowana, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, w czerwcu 1980 roku. A potem zaczął się, trwający właściwie do dziś, proces zaopatrywania kościoła w niezbędne wyposażenie: ławki, organy, witraże… W połowie lat osiemdziesiątych w prezbiterum pojawiło się sześć posągów, które przedstawiają czterech Ewangelistów oraz dwa filary Kościoła Świętego: apostołów Piotra i Pawła.

wnetrzenowe

Ewa Maria Slaska, Berlin

piotr… a tych czterech ewangelistów i tych dwóch co to, jak opoka, Kościół podtrzymują, wykonał mój współteść (wiem wiem, nie ma takiego słowa, ale jak go użyję, to, mam nadzieję, każdy będzie wiedział, że tak jak ja jestem teściową mojej synowej, to mój współteść jest teściem mojego syna, i to się zdarza w każdej rodzinie, ale u nas jest jeszcze trudniej, bo mój współteść jest na dodatek bratem mojego szwagra i szwagrem mojej siostry… Czyli brata ojca szwagra syn… No… nie warto dochodzić.)

Współteść czyli Jerzy Krenz był zachwycającym człowiekiem. Był, bo niestety cztery lata temu umarł. Był wspaniałym gawędziarzem i wszyscy go podejrzewali, że ubarwia, ale, o dziwo, wcale tak nie było, bo naprawdę przydarzały mu się sprawy niezwykłe. Może zresztą wcale się nie przydarzały, tylko on sam je wywoływał, jak wtedy, gdy jadąc autem zobaczył kątem oka, że tuż obok szosy, koło jakichś zabudowań stoi statek. Tak mu się to spodobało, że zawrócił, znalazł statek, obgadał sprawę i statek ów zakupił, a potem wielką ciężarówką wiózł go do Poznania.

pawelPrzede wszystkim jednak był artystą, rzeźbiarzem, malarzem… Żył trochę tak jak mój Dziadek, pracował dla dworów i kościołów, jak taki dawny, średniowieczny wędrowny artysta. Złotousty Hessego, Colas Breugnon Rollanda. Robił ołtarze, ambony, od drugiej połowy lat 70 również lampy, kandelabry, świeczniki.

Gdy coś dobrze wyszło, robił duplikaty i rozdawał je hojną ręką. Sama dostałam od niego dwa wielkie świeczniki, tacę granitową i kutą lampę. Lubił tę pracę, mówi żona, każdą pracę lubił, bo każda była czymś nowym i stanowiła wyzwanie. Pod koniec życia się ustatkował, osiadł na stałe w rodzinnych pieleszach, w domu pod Poznaniem, nadal pracował dla dworów i kościołów, jeździł po najdziwniejszych kątach zachodnich i śląskich Kresów, ale już bardziej trzymał się rodzinnej skiby…

Dla kościoła w Żarach pracował wraz z kolegą, też plastykiem, Bogdanem Fijałkowskim,
i wykonywali te betonowe rzeźby, naturalnej w końcu wielkości, w pomieszczeniach na Świebodzińskiej w Poznaniu, odlewając je w jakichś wannach. Jak? Nikt już tego nie wie, natomiast rodzina świetnie pamięta, że obaj artyści pracowali na żywych modelach czyli na sobie samych. Jeden odlewał drugiego. Szaty miały jakieś wzorce w innych kościołach, w podręcznikach historii sztuki, ale apostolskie twarze i ręce to po prostu Fijałkowski i Krenz.

ewangelistowczterech

Zdjęcia 1, 2, 3, 4 z sieci, pozostałe – Tomasz Fetzki

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Powrót grafik Buntu / Rückkehr der Bunt-Graphiken

Für Deutsche Version bitte nach unten scrollen

Prace graficzne grupy Bunt wracają do ojczyzny.
O motywach swej donacji dla polskich muzeów opowiada Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, członek komitetu założycielskiego Wolnego Uniwersytetu w Berlinie i student z legitymacją nr 1. Fragment sceny Communitas w ramach wystawy My Berlińczycy / Wir Berliner. Historia Polsko-Niemieckiego Sąsiedztwa, Instytut Badan Historycznych PAN/ Muzeum Miejskie, Ephraim Pallais, Berlin 2009.

Dzięki inicjatywie prof. S. Karola Kubickiego, jesteśmy dziś świadkami historycznego wydarzenia. Zdecydował się on podarować polskim muzeom prawie sto dzieł artystów polskiej wczesnoawangardowej grupy Bunt z Poznania, które odziedziczył po swych rodzicach, polsko-niemieckiej parze artystów, Margarete i Stanisławie Kubickich. Są to głównie prace graficzne i rysunki, które przez niemal sto lat znajdowały się w jego rodzinnym domu w Berlinie. Choć zawodowo zaangażowany był w medycynę, wiele czasu poświęcił także ich opracowaniu i popularyzacji, podobnie jak czynił to w przypadku twórczości swych rodziców.

3plakatyPlakaty wystawy Bunt w Poznaniu i okładki Die Aktion i Der Sturm, 1918

O swej motywacji przekazania daru dla polskich muzeów prof. S. Karol Kubicki powiedział m. in.:

„W wieku prawie 90 lat przychodzi pora, by zadać sobie pytanie o losy spuścizny po rodzicach. Przede wszystkim dzieła mogące budzić zainteresowanie szerszej publiczności powinny znaleźć wreszcie swoje trwałe i adekwatne miejsce. Ostatnia wojna doprowadziła w Polsce do ogromnych zniszczeń dziedzictwa kultury. Z kolei pierwsze dziesięciolecia historii powojennej nie sprzyjały bynajmniej stworzeniu pozbawionej uprzedzeń oceny jej roli w kulturze europejskiej okresu międzywojennego. Teraz więc nadszedł moment, bym rozstał się z dziełami, które pokochałem.”

„Sztuki plastyczne nigdy nie przestały mnie interesować. Równolegle do medycyny studiowałem więc przez dobrych sześć semestrów historię sztuki i – ze szczególnym zaangażowaniem – archeologię. Przerwałem nawet cykl egzaminów państwowych z medycyny, by wraz z archeologami wziąć udział w wyprawie po Włoszech, skoncentrowanej na zwiedzaniu Rzymu.
Co jednak najważniejsze – przez wszystkie te lata coś nieustannie nakazywało mi, bym porządkował spuściznę mych rodziców oraz ich przyjaciół. Należeli do nich również członkowie grupy Bunt. Wiele ich dzieł – z rozmaitych względów – znajdowało się u nas w domu. Teraz jednak niech powrócą do swej ojczyzny… Taki jest właściwy powód obecnej wystawy.
Wspomnianemu tu zadaniu nie mógłybym nijak sprostać, gdyby nie ogromne wsparcie ze strony pani dr Lidii Głuchowskiej. Także teraz to ona zadbała o organizację tournée niniejszej wystawy po kilku różnych miastach. Serdecznie jej za to dziękuję, w ten bowiem sposób stała się częścią mojego curriculum vitae.”

W odpowiedzi na donację z Niemiec artyści polscy realizują pokazy swych prac pt. „Ulotka” i „Refleks”, właczając się także w trzy dalsze odsłony wystawy donacyjnej pt. „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” – w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu. Każdą z prezentacji daru w odmienny sposób, dostosowany do genius loci prezentujących wystawę miast i instytucji, przygotowała kuratorka tournee, dr Lidia Głuchowska, zapraszając do udziału w uroczystościach związanych z jej II, III i IV odsłoną, łącznie ok. 60 artystów współczesnych.

Pierwsza edycja wystawy, skoncentrowana zasadniczo na pokazie grafiki grupy Bunt, odbędzie sie w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Uzupełniają ją prace kilkunastu artystów współczesnych z Uniwersytetu artystycznego w Poznaniu składające się na projekt „Refleks”. Jego rezultatem są film i książka artystyczna, zainspirowane programem i twórczością grupy Bunt, 2014.
Projekt „Refleks” stanowi zbiór prac graficznych wykonanych przez artystów z Poznania. Inspiracją ideową dla wystawy są przede wszystkim krytyczne, alternatywne założenia i działania grafików Zrzeszenia Bunt działającego w Poznaniu w I ćwierci na XX wieku. Grafiki będące rezultatem projektu Refleks, podobnie jak prace artystów Buntu, są próbą uniwersalizacji tematów lokalnych. Pomimo zawężonej tematyki włączają się w globalny, szerszy dyskurs społeczno-kulturalny.
Końcowa ekspozycja zagadnienia Refleks ma formę książki, do której rozmiarów dostosowane są prace graficzne. Poprzednio projekt Refleks prezentowany był w maju 2014 w Galerii „Rarytas”.

Wernisaż dziś – w niedzielę, 19.04. 2015 o godz. 12.00.

Logo ekspozycji zaprojektował prof. Andrzej Bobrowski, nawiązując w nim do ekspresjonistycznych autoportretów założycieli ofiarowywanej polskim muzeom kolekcji, polsko-niemieckiej pary artystycznej, Margarete i Stanisława Kubickich z 1917/1918 roku.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Prof. Andrzej Bobrowski pracuje nad logo wystawy Transformacja M / S, marzec 2015.

***

Die Grafikwerke der Gruppe Bunt kehren in ihre Heimat zurück.
Über die seine Beweggründe diese Werke den polnischen Museen zu schenken berichtet Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, Gründungsmitglied der Freien Universität zu Berlin, mit der Matrikelnummer 1. Teil des Arrangements der Szene Communitas im Rahmen der Ausstellung Wir Berliner / My berlińczycy. Geschichte einer deutsch/polnischen Nachbarschaft, Institut für Historische Forschung der Polnischen Akademie der Wissenschaften/ Stadtmuseum, Ephraim Pallais, Berlin 2009. Foto: © Lidia Głuchowska

Dank der Initiative von Prof. S. Karol Kubicki sind wir heute Zeugen eines historischen Ereignisses. Er hat sich entschieden, fast hundert Werke von Künstlern der polnischen frühavantgardistischen Gruppe Bunt [Revolte] aus Poznań, die er von seinen Eltern, dem deutsch-polnischen Künstlerpaar, Margarete und Stanislaw Kubicki geerbt hat, polnischen Museen zu vermachen. Es handelt sich vor allem um grafische Werke und Zeichnungen, die sich beinahe seit hundert Jahren in Berlin befinden, mit denen sich S. Karol Kubicki, wie auch mit dem Werk seiner Eltern, neben seinem medizinischen Forschungsschwerpunkt intensiv auseinandergesetzt hat.

3plakaty

Plakate der Ausstellungen der Gruppe Bunt in Poznań sowie Titelblätter der Sondernummer von Die Aktion i Der Sturm, 1918

Über die seine Beweggründe, Werke aus seiner Sammlung an die polnische Museen zu vermachen, berichtet Prof. S. Karol Kubicki u. a. Folgendes:

„Im Alter von fast 90 Jahren, ist es wohl an der Zeit, mir Gedanken über den Nachlass zu machen. Vor allem die Werke von öffentlichem Interesse sollten endlich einen sinnvollen und dauerhaften Platz finden. Der letzte Krieg hat ja gerade in Polen zu einer immensen Vernichtung künstlerischer Zeugnisse der polnischen Kultur geführt, und die ersten Jahrzehnte nach 1945 waren nicht gerade günstig für eine unvoreingenommene Aufarbeitung der Rolle Polens in der europäischen Kultur der Zwischenkriegszeit. So ist jetzt wohl der Zeitpunkt gekommen, sich von den lieb gewordenen Werken zu trennen.“

„Die bildenden Künste ließen mich nicht ganz los. Und so studierte ich gute sechs Semester nebenher auch Kunstgeschichte und insbesondere Archäologie. Ich unterbrach mein medizinisches Staatsexamen, um mit den Archäologen an einer Exkursion nach Italien, vorwiegend Rom, teilzunehmen.
Über all die Zeit trieb es mich auch immer wieder, das Oeuvre meiner Eltern und die Arbeiten ihrer Freunde zu sortieren, wozu eben auch die Gruppe Bunt gehört. Etliche Werke der Freunde befanden sich – aus welchen Gründen auch immer – in unserem Hause. Sie sollen jetzt in ihre Heimat zurückkehren. Das ist der Grund für diese Ausstellung. Diese Arbeiten wären ohne den kräftigen Beistand von Frau Dr. Lidia Głuchowska nicht zu bewältigen gewesen, da sie auch die vorliegende Wanderung dieser Ausstellung durch etliche Städte vermittelte. Dafür sage ich ihr herzlichen Dank. Sie ist damit Teil meiner Vita geworden.“

Eine symbolische Antwort polnischer Künstler auf die Schenkung aus Deutschland sind ihre künstlerischen Gruppenprojekte „Refleks“ [Reflex] und „Ulotka“ [Flyer]. Einige von denen werden auch auf drei Enthüllungen der die Schenkung würdigenden Ausstellung Bunt – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde vertreten: im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Jede dieser Präsentationen hat die Kuratorin der Ausstellungstour, Dr. Lidia Głuchowska, unterschiedlich konzipiert, um das Genius loci der jeweiligen Städte und Institutionen, die sie zeigen, zu berücksichtigen. Zur Teilnahme an den Feierlichkeiten anlässlich der Schenkung während der 2., 3. und 4. Enthüllung der sie betreffenden Ausstellung, hat sie insgesamt etwa 60 Gegenwartskünstler eingeladen.

Die Uraufführung dieser Schau die vorwiegend der historischen Grafik der Gruppe Bunt gewidmet wird, findet im Nationalmuseum Poznań statt. Ergänzt wird sie durch die Werke einiger Gegenwartskünstler aus der Kunstuniversität Poznań, welche ein Gemeinschaftsprojekt Refleks [Reflex] bilden. Sein Ergebnis sind ein künstlerischer Film sowie ein Kunstbuch, welche durch das künstlerische Programm und Werk der Gruppe Bunt inspiriert worden waren. Das Projekt stellt eine Sammlung grafischer Werken dar, die von Posener Künstlern angefertigt wurden. Ideelle Inspiration für die Ausstellung waren vor allem kritische, alternative Prämissen und Aktivitäten der Grafiker der Bunt-Vereinigung im ersten Viertel des vergangenen Jahrhunderts. Grafiken, die aus dem Projekt Reflex hervorgegangen sind, stellen – ähnlich wie die Arbeiten der Bunt-Künstler – einen Versuch dar, der lokalen Thematik eine universelle Dimension zu verleihen. Trotz einer Reduktion des thematischen Spektrums fließt sie in den breiteren, globalen kultursozialen Diskurs ein. Die abschließende Darstellung der Fragestellung um den Reflex hat die Form eines Buches, an dessen Maße die grafischen Arbeiten angepasst worden sind. Das Projekt Refleks [Reflex] wurde zuletzt im Mai 2014 in der Galerie „Rarytas” präsentiert.

Die Vernissage ist für heute, den Sonntag, den 19. April 2015, um 12.00 Uhr geplant.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Das Ausstellungslogo wurde vom Prof. Andrzej Bobrowski entworfen. Darin lehnt er sich and die expressionistische Selbstporträts der Begründer der Sammlung, die den polnischen Museen vermacht wird, also des deutsch-polnischen Künstlerpaars Margarete und Stanisław Kubicki. Die ursprünglichen Selbstbildnisse sind in den Jahren 1917/1918 entstanden.

Gra o tron

graotronV

Wiem, podobno jest feministyczna dyskusja (dyskurs – jak to się dzisiaj nazywa w postmodernistycznej nomenklaturze naukowej) na temat, czy prawdziwa emancypowana kobieta powinna oglądać Grę o tron. Nie wiem, spóźniłam się z oglądaniem o spory szmat czasu – wciąż jeszcze oglądam drugą serię (w prawidłowej nomenklaturze – sezon), a tu właśnie wchodzi na ekrany telewizorów sezon piąty i ostatni – spóźniłam się więc również na dyskurs feministyczny.

Wiem jednak, że od wielu tygodni, w soboty, najpierw szwendamy się z przyjaciółką po mieście, potem zjadamy obiad bezmięsny, bezrybny, bezglutenowy i w ogóle bez, a potem zasiadamy w fotelach, oglądamy po dwa odcinki Gry o tron i jest po prostu pięknie!

“Gra o tron” wraca już 13 kwietnia. Jutro o 3 w nocy!

Nowy sezon nagrodzonego Emmy i Złotymi Globami kultowego serialu HBO Gra o tron pojawi się 13 kwietnia – po raz pierwszy w historii jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Polscy widzowie będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek piątego sezonu Gry o tron w nocy z 12 na 13 kwietnia o godz. 3.00 nad ranem w HBO i HBO GO. Pierwszy odcinek będzie również wyemitowany w poniedziałek, 13 kwietnia o godz. 22.00 w HBO. Dodatkowo ten odcinek będzie odkodowany w serwisie HBO GO.

Se­rial Gra o tron jest ad­ap­ta­cją sagi fan­ta­sy Geo­r­ge’a R.R. Mar­ti­na Pieśń Lodu i Ognia, w któ­rej po­li­ty­ka i seks prze­pla­ta­ją się w pro­wa­dzo­nej przez sie­dem rodów walce o kon­tro­lę nad kró­le­stwa­mi We­ste­ros. W pią­tym se­zo­nie Jon Snow stara się po­go­dzić obo­wiąz­ki w Stra­ży Noc­nej ze służ­bą na rzecz nie­daw­no przy­by­łe­go na dwór Stan­ni­sa Ba­ra­the­ona, który ty­tu­łu­je się pra­wo­wi­tym kró­lem We­ste­ros. W tym samym cza­sie Cer­sei za wszel­ką cenę chce utrzy­mać wła­dzę w Kró­lew­skiej Przy­sta­ni, gdzie za­gro­że­niem dla niej są Ty­rel­lo­wie i re­li­gij­na sekta, któ­rej prze­wo­dzi ta­jem­ni­czy Wiel­ki Wró­bel. Ja­imie wy­ru­sza na se­kret­ną misję. Na­to­miast na dru­gim krań­cu Wą­skie­go Morza Arya szuka sta­re­go przy­ja­cie­la, a zbie­gły Ty­rion znaj­du­je w swoim życiu nowy cel. W Me­ere­en robi się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Da­ene­rys prze­ko­nu­je się, że obro­na mia­sta bę­dzie wy­ma­gać od niej wiel­kie­go po­świę­ce­nia.

Reblog: Barbie just different

Emerald Pellot

What a doll

When I was a kid, I had a pile of dolls, and I loved each and every one of them. I gave each of them names, biographies, and stories.

I’d even make them tiny meals! We went on adventures together. I was devastated if I lost one. I was heartbroken when one broke. Each of them was a very real friend to me as a kid.

Yet, for whatever reason, my mom insisted that I shouldn’t play with Barbie dolls, no matter how cool her dollhouse was. I didn’t quite understand why until I was older.

Dolls have always garnered much controversy. Their curvy, idealized bodies, overt makeup, and even skin tone can greatly affect the way young girls perceive themselves.

With such high expectations projected onto our daughters, how are they supposed to feel when they look in the mirror?

If dolls represent “pretty” but don’t represent or resemble the girls who play with them, what are they to believe about themselves?

Moms around the world often struggle with this predicament. They want their daughters to have awesome toys, but they certainly don’t want them to have self-esteem issues.

How do you provide a little girl with this traditional and sentimental gift without the potential of harming her sense of self?

The solution is difficult, but one mom is figuring out how to navigate the world of hyper-sexualized dolls and imagery.

barbienew

O długowieczności…

Ewa Maria Slaska

Sto lat z kotami…

Pamięci Wujka Mietka

Był rok 1988. Poszłam z synem do Martin Gropius Bau na wystawę Stationen der Moderne. Die bedeutendsten Kunstausstellungen des 20. Jahrhunderts in Deutschland. Niedawno przyjechaliśmy z Polski i dla niego, wówczas ucznia podstawówki, ta wystawa była pierwszym zetknięciem z wielkimi nazwiskami nowoczesnej sztuki światowej. A i ja, mimo że coś już w życiu widziałam, z zachwytem krążyłam pomiędzy Calderem, Maxem Ernstem i Georgią O’Keeffe. Ale mały człowiek, jak to mały człowiek, zauważa inne rzeczy niż widzą dorośli, sowę na drzewie w parku, słonia na ulicy w Berlinie. Na wystawie okazało się, że malarze długo żyją. Popatrzyłam zdziwiona i powiedziałam – archeolodzy długo żyją. Nieprawda, malarze, odparł mały człowiek i zapowadził mnie przed obraz Georgii O’Keeffe. Urodziła się w roku 1887, czyli wtedy, gdy moja Prababcia kończyła właśnie szkołę, zmarła przed dwoma laty, w roku 1986 czyli z naszego ówczesnego punktu widzenia teraz. Malarze długo żyją. Krążymy po wystawie i sprawdzamy. Emil Nolde, 89 lat, Erich Heckel, 87 lat, Henri Matisse, 85 lat, Joan Miro, 90 lat, Marcel Duchamp, młodzik, 81 lat, Pablo Picasso, 92 lata. Salvador Dali, 85 lat. W XXI wieku ludzie po osiemdziesiątce nie są już taką rzadkością, ale jeszcze te 30 lat temu malarz, który dożył tego wieku, był (tak się nam wydawało) zgrzybiałym starcem.

Ale setka to nadal dużo, a nawet bardzo dużo. W literaturze niemieckiej wieku Matuzalema dożył Ernst Jünger. Urodził się w roku 1895, wtedy co mój Dziadek, zmarł w roku 1997, gdy mój syn już studiował. Pamiętam, że gdy skończył sto lat, niemiecka firma energetyczna zwolniła go z opłat za prąd. Był do końca sprawny intelektualnie, podróżował, pisał. W roku 1986 pojechał do Kuala Lumpur, by – po raz drugi w życiu – zobaczyć kometę Halleya. Georgia O’Keeffe miała ponad 80 lat, gdy wyruszyła w pierwszą swoją podróż dookoła świata i zmieniła styl malowania. Maryna Over zwróciła mi uwagę na kolejnego stulatka: Will Barnet urodził się w roku 1911, zmarł trzy lata temu w wieku 101 lat. Malarz i grafik, wykładowca, przedstawiał w swym wykreowanym świecie siebie, swoją żonę, córkę i ich zwierzęta. Koty! Ale też ptaki i psy. Krytycy twierdzą, że mimo tych absolutnie codziennych biograficznych odniesień Barnet był artystą, który pozwalał nam doświadczyć tego, co uniwersalne, w tym co prywatne. Nie wiem, za mało o nim wiem, ale jeśli uniwersalne jest też “moje”, Barnet był na pewno “moim uniwersalistą”.

Will Barnet2razem Will Barnet2

PS. I jeszcze ciekawostka – w ubiegłym roku Sotheby sprzedał White flower, obraz Georgii O’Keeffe, za 44 miliony dolarów, co uczyniło ją najdrożej “sprzedaną” malarką na świecie.

Sowie koty, sowy i zające…

Ewa Maria Slaska (przy ogromnym współudziale Maryny Over)

koty-sowyJasne, musiało się znaleźć w sieci i takie zdjęcie. Wydaje się, że zestaw “koty – sowy” zastąpił ostatnio typowych ulubieńców sprzed 100 i nawet jeszcze sprzed 10 lat czyli psy i konie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że zamiast zwierząt silnych i związanych z naturą wybieramy teraz puchate zwierzaczki do głaskania. Powierzchownie – pewnie tak. Ale jak się zastanowimy – to pies i koń są zwierzętami podległymi człowiekowi, natomiast kot i sowa są niezależne czyli mają nas w nosie. Pies ma panią albo pana, kot służącą lub lokaja. Pies nas kocha, bo myśli, że jesteśmy bogami, kot wie, jacy jesteśmy naprawdę i nie da się zwieść pozorom.

No a sowa…

To Vlastimil Hoffmann, Starość i młodość (1922), ale sowa, symbol mądrości, wcale nie towarzyszy starcowi, lecz młodości.  
Historycy sztuki chcą wierzyć, że to starzec przekazał dziewczynie swą mądrość, ale nie byłabym tego taka pewna. Mi to raczej wygląda na nowoczesną świadomość, i sowy, i dziewczyny.

Ale tak naprawdę asumpt do napisania tego wpisu dał podesłany przez Marynę kot Michaela Sowy.

Michael-sowaNiezależne kocisko całkowicie ignorujące ciekawskiego psa. Podoba mi się, choć z życia znam sytuację akurat całkiem odwrotną. Było to wiele lat temu, moja kotka, Schyzia, była jeszcze młodą i niedoświadczoną panną, która na zabój zakochała się w Soni, mieszkającej piętro wyżej suce owczarka węgierskiego. Czuło się, że kocica wie, że pora na miłość, ale najwyraźniej była całkowicie zdezorientowana i nie wiedziała, że pies to nie kot, a suczka to nie kocur. Przy lada okazji uciekała z mieszkania, biegła na górę i kładła się, cicho wzdychając, na wycieraczce sąsiadów, tęsknie wyczekując znaku wzajemności od Soni. Kiedyś wreszcie postanowiliśmy z sąsiadem, że zwierzaki powinny się ze sobą poznać, ale, jak to w życiu bywa, nic dobrego z tego nie wyszło. Kotka nafuczała na psicę i tak się skończyły kocie miłostki.

Michael Sowa (niemiecki malarz, rocznik 1950), namalował zresztą więcej kotów, a także psów, zajęcy i innych stworzeń dwu- i czworonożnych, a gdy maluje ludzi, to i tak wyglądają oni jak zwierzaki.

Za to, oczywiście, maluje sowy, które wyglądają jak sowy:

No i ponieważ jest dziś Niedziela Palmowa i zaczynamy święcić najpierw Paschę a potem Wielkanoc, to przypomnijmy jedną z najsłynniejszych postaci Sowy, zająca Esterhazy (co oznacza w jidisz zająca wielkanocnego):

Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger, Michael Sowa: Esterhazy. Eine Hasengeschichte, wyd. Sauerländer w Aarau,  Frankfurt am Main i Salzburg, 1993.

Esterhazy – arystokratyczna rodzina węgierska – nie do końca chce się identyfikować z małym zajączkiem wielkanocnym, który jest tak mały, że gdy wpada do kosza na śmieci, to nie można go tam w ogóle znaleźć. Dlatego dziadek Esterhazy (zając a nie arystokrata) wysyła małego zwierzaczka na poszukiwanie dużej narzeczonej. Im większa, tym lepiej!

Ale książka stała się w międzyczasie nadzwyczaj sławna i żaden hrabia nic już na to nie poradzi.

Akcja historyjki rozgrywa się jeszcze przed upadkiem Muru i gdy mały Esterhazy dociera do Berlina, stwierdza, że jest to raj dla zajęcy, które żyją tu sobie jak u Pana Boga za piecem, bo opanowały tzw. strefę śmierci między zewnętrzną i wewnętrzną linią Muru. Zwierzaki są tak lekkie, że nie powodują wybuchów min, mają do dyspozycji wspaniałe porośnięte trawą przestrzenie i żadnych wrogów. Rozmnażają się więc na potęgę, o czym polscy artyści nakręcili film Królik po berlińsku. Mały Esterhazy zakochuje się w dużej Mimi. I wszystko jest super oprócz tego, że autorzy książki – Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger i Michael Sowa – podobnie jak autorzy filmu – Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski – nie rozróżniają królika od zająca. Esterhazy to zając wielkanocny, a w berlińskiej strefie śmierci mieszkały króliki.

Zając to nie królik. Wąż to nie mąż żmii, jeleń nie jest mężem sarny…

No trudno. Błądzić jest rzeczą ludzką, a i boską też. Pan Bóg również się mylił. Pisałam już o tym na blogu i w tamtym wpisie można obejrzeć film.

Zając czyli królik czyli kot. Fajna historia i fajny film. Po polsku Esterhazy, historia o zającu ukazała się w roku 2010 w Wydawnictwie: Nisza.

Pogodnej Niedzieli Palmowej!

Ludzie w metrze

Ewa Maria Slaska

Znowu o metrze…

Tym razem berlińskim. Metrem jeżdżę zawsze, bo Czytelnicy już się pewnie zorientowali, że nie mam prawa jazdy, ale dawniej uważałam metro za połączenie środka komunikacji i czytelni, a ostatnio nie mam ochoty czytać i wolę patrzeć na ludzi. Z tego patrzenia nic nie wynika, nie mogę na podstawie anegdotek i obrazków wyciągnąć daleko idących wniosków na temat berlińczyków.

Oczywiście każdy wie, że metro zaludniają rano robotnicy, potem dzieci i młodzież, potem urzędnicy, a dopiero po 10 kobiety, ludzie starzy i turyści. Po południu w odwrotnej kolejności wszyscy poranni pasażerowie wracają do domów. Nikt nie jest specjalnie elegancki, oprócz ludzi na delegacji i tak zwanych Di-Mi-Do. To ci, którzy mieszkają daleko poza Berlinem, często wciąż jeszcze w Bonn. Di-Mi-Do tak sobie organizują życie, żeby nie trzeba było pracować w poniedziałek ani w piątek, bo tylko taki układ zapewnia im rzeczywisty weekend w domu. Odwiedzają biura we wtorki, środy i czwartki czyli Dienstag – Mittwoch – Donnerstag. Di-Mi-Do. Berlin nie jest miastem specjalnie eleganckim, ale Di-Mi-Do pracują w urzędach zbliżonych do rządu i są przeraźliwie eleganccy. Czasem jeszcze późnym wieczorem widać eleganckich ludzi wracających z teatru.

miejscepracyDiMiDoW takich miejscach pracują Di-Mi-Do

Jak przystało na kobietę pracującą zawsze czyli nigdy czyli w domu, najbardziej lubię jeździć metrem, gdy tłumy pojechały już do fabryk, szkół i biur. Wtedy sporo ludzi czyta książki, ale większość zajmuje się elektronicznymi gadżetami. Mają tablety, smartfony, I-pody, telefony, playery i czytniki. Nie patrzą na innych, bo inni ich nie obchodzą.

Zapiski z kilku ostatnich tygodni, dwóch, najwyżej trzech…

***
Wiosna, pojawiają się piękni ludzie. Zimą może też byli piękni, ale nie było widać między czapkami i szalami. Jadę w górę schodami ruchomymi, w dół, na stację, biegnie równo jak w balecie para młodych ludzi z pięknymi smukłymi rowerami w uniesionej prawej ręce. Biegną szybko i z gracją, są piękni i wyglądają jak brat i siostra, bliźnięta. Ja bym nawet bez roweru nie potrafiła tak pięknie i lekko zbiec po schodach. I jeszcze tak równo z partnerem.

Czy istnieje kategoria tańca na rowerach? Chyba nie, bo w internecie znajduję tylko dyskotekę rowerową – goście muszą się nieźle napedałować, żeby dostarczyć prąd do konsoli didżejskiej.

***
Jadę po receptę. Obok mnie siedzi młoda, wysoka i postawna, kobieta, zajęta smartfonem. Ale mimo skupienia na ekraniku potrafi jednocześnie okazać nam wszystkim wyniosłą pogardę. Jej postawa, mina, od niechcenia odrzucane włosy, które lądują mi na twarzy, wyrażają dobitnie, że na całym świecie nie ma wspanialszej i bardziej niezależnej silnej kobiety niż ona. Wysiadamy na tej samej stacji. Idę do lekarza i do apteki, przed apteką spotykam ją znowu. Idzie w towarzystwie wysokiego przystojnego faceta. Poznaję ją po kurtce i butach, ona sama jest jednak zupełnie odmieniona. Zniknęła gdzieś zimna walkiria, po ulicy wdzięcznie podrygując i mizdrząc się, idzie, wykonując gesty jak tancerka na rurze, jakaś zapatrzona w swojego faceta dziewusia, potakująca mu cienkim głosikiem.

wmetrze1Jest tłok. W tłumie nadzwyczaj przystojny młody orientalny mężczyzna. Nie jest wysoki, ale jego twarz jest absolutnym ideałem władczego piękna. Aleksander Wielki. Patrzę na niego zdumiona, bo nawet w wielkim mieście rzadko spotyka się kogoś aż tak pięknego. A w mieście jest przecież dużo ludzi, więc i wybór jest duży.

Aż szkoda, że ma na sobie jakąś pikowaną kurtkę, a nie zbroję. Nagle Wódz chrapliwym głosem rzuca w przestrzeń jakiś rozkaz. Nie rozumiem, co mówi, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie wysłał na pewną zgubę kohortę oddanych mu wojowników. Natychmiast z tłumu otaczającego wodza wyrywa się w jego kierunku młoda dziewczyna, która dotychczas kurczowo trzymała pałąk wózka, próbując ochronić dziecko przed plecakami i torbami współpasażerów. Ach, więc jednak wodzowi nie towarzyszą  żołnierze, lecz żona i dziecko. Służebnica pańska otwiera torebkę i hołdowniczym gestem podaje władcy… papierową chusteczkę do nosa.

wmetrze2 Na przeciwko mnie siedzi młody tęgi ogolony na łyso facet, typowy “kark”, i, przeglądając się w ekranie laptopa (tak, tak to się robi, człowiek sam siebie filmuje kamerką do rozmów na skype), starannie nakłada makijaż. Maluje oczy, rozciera róż na policzkach i kładzie szminkę na usta.

***

Do tego, że biedni i bezdomni szperają po koszach na śmieci, już dawno się przyzwyczailiśmy. Szukają przede wszystkim butelek po piwie i napojach, które w Niemczech są na kaucję. Szperacze z reguły wyglądają tak, jak w ogólnym pojęciu wyglądają biedni i bezdomni. Wczoraj jednak zobaczyłam na stacji metra, jak do kosza zagląda mężczyzna w białej koszuli bez krawata i luźnej marynarce. Jest cool. Ma okulary w czerwonych oprawkach, jakich nie powstydził by się nawet CEO jakiegoś hipsterskiego start-up-u. Może odkrył, że wnętrze kosza na śmieci to nisza rynkowa i robi badania, jak ją wykorzystać.

***
Szósta wieczorem. Stoimy na stacji. My czyli wnuk i ja. Tłok. Najwyraźniej długo nie było metra i teraz wszyscy są źli i zdenerwowani. Normalnie staram się przeczekać takie sytuacje, ale jest późno i musimy jechać. Gdy podjeżdża metro, biorę dziecko na ręce, żeby tłum go nie zdeptał. Wszyscy się pchają efektywniej niż ja, wsiadam jako ostatnia. Oczywiście wiem, że nie ma miejsca, ale przepycham się z dzieckiem na ręku aż do ławek. Wszyscy zapatrzeni w ekraniki, nikt nie patrzy na innych. Lekko szturcham faceta o dobre trzydzieści lat młodszego ode mnie. Jakbym go nie szturchnęła, to by na mnie nigdy nie spojrzał i nie mogłabym zadać mu pytania: “Czy mógłby mi Pan ustąpić miejsca?” Gostek patrzy na starszą panią z dzieckiem na ręku i pyta: “Dlaczego?”

Zdjęcia: Wikipedia, Tumielewicz, BVG (Berliner Verkehrsbetriebe), Pukański, Morgenpost         

Metro i Fangor…

Ewa Maria Slaska

…czyli jednak koty

Warszawskie metro i koty w sztuce, ewidentnie wpis dla Maryny Over

Postanowiłam przypomnieć koty. Po pierwsze – bo marzec, a koty jak wiadomo w marcu, podczas gdy Lenin, jak już zapewne nie każdemu wiadomo, w październiku. Po drugie – bo  Fangor, Wojciech Fangor, rzecz jasna, bodaj czy nie najstarszy z żyjących polskich malarzy, który w tym roku skończy 93 lata.

Fangor zaprojektował liternictwo stacji nowego metra w Warszawie, a ja właśnie byłam w Warszawie, obejrzałam nowe metro, otwarte dopiero co, i myślę sobie, że to ciekawe, iż Polska postkomunistyczna i nawet posttransformacyjna, i postakcesyjna, a na pewno – komercyjna, sięgnęła po artystę tak wielokrotnie źle widzianego. W końcu był typowym przedstawicielem socrealizmu. Tak typowym, że dziś jego dzieła wydają się parodią a nie apoteozą ideologii. Potem, w latach 60, wyjechał na kilka lat do Berlina Zachodniego, a – wiem coś o tym – wyjazd do Niemiec przez dziesięciolecia uważany był za zdradę polskości i polskiej martyrologii, i to nie tylko przez partię, ale również przez naród. Bo w tym wypadku było jak z hasełka, partia z narodem a naród z partią. No i na dodatek w roku 1970 jako jedyny polski artysta miał wystawę w Muzeum Guggenheimów w Nowym Jorku. Tego się w polskim światku też tak łatwo nie wybacza.

Czyli z jednej strony dziwne, bo artysta na pewno kontrowersyjny. Z drugiej jednak strony komercja  sięgnęła po całościowy plan artystyczny, po wielkie dzieło wielkiego malarza, a ostały się z tego jeno sznurki kolorowych liter i dachy w kształcie kolorowych liter M jak metro.  No i wreszcie z trzeciej strony (jeśli w takich chwytach literackich ma prawo istnieć i trzecia strona) wydaje mi się jednak interesujące, że ktoś zaprosił Fangora do współpracy i że linię metra zaprojektował artysta z najwyższego rejestru, a nie panna Agnieszka, przyjaciółka głównego inwestora.

Postaci, 1950 - Wojciech Fangor

Dla mnie jednak Fangor to przede wszystkim namalowane w roku 1950 Postaci, obraz przedstawiający elegancką kobietę w okularach słonecznych, typową przedstawicielkę zgniłego kapitalizmu, skontrastowaną z krzepkimi postaciami robotnika i robotnicy – najlepsze polskie malarstwo socrealistyczne! – i kobieta z kotem. Zresztą sam Fangor, podobnie jak Picasso, często fotografowany jest z kotem.

Wojciech Fangor

Wydaje mi się, że ta kobieta z kotem na kolanach to Madzia, żona Fangora. Madzia była młodą, ekstrawagancką dziewczyną, co wiem, bo chodziła do jednej klasy z moją ciocią. Potem Madzia wyszła za mąż, po jakimś czasie zniknęła i, jak się okazało, zostawiła męża dla Fangora, z którym wyjechała do Ameryki. Och, takie to życie.
A Madzia nazywana jest przez przyjaciół Kocią Mamą. Co widać na załączonym obrazku pod tym właśnie tytułem:

I żeby nie było wątpliwości – to obrazek Madzi Shummer-Fangor a nie obraz Wojciecha Fangora.

Continue reading “Metro i Fangor…”