Rettet das Luch, auch wenn Ihr nicht wisst, was Luch ist…

Ewa Maria Slaska und Christine Ziegler

Luch…

Um über Luch zu schreiben, muss man weit ausholen… Wie aber die Engländer richtig sagen first things first, das heißt: Rettet das Luch… Na dann nix wie hin, zur Petition! Der Aufruf zu unterschreiben kommt von meiner Freundinnen aus der Regenbogenfabrik, was für mich nur eins bedeutet: Da brauchst du nichts nachzuprüfen, es ist sicher richtig. Wie war es gestern in dem Film The Intern (Man lernt nie aus)? Es ist nie falsch, etwas richtiges zu tun. Na bitte… Ich unterschreibe die Petition und erst dann beginne ich meine Nachforschungen zum Thema Luch. Für mich und für Euch. Ich gehe auf die Internetseite, finde übliche Schleife mit den Fotos und dann…

luch

Na sowas…! I Even Met Happy Gypsies or something like that, isn’t it? Muss man aber früh aufstehen, um so ein Foto zu schiessen…

Die Leute aus der Wandergruppe um Christine herum stehen gern früh auf. Seit ein paar Jahren wandern sie unermüdlich um Berlin herum. Es began mit einem (gar nicht) unmöglichen Geburtstagswunsch von Christine. Sie schrieb damals an ihre Freunde:

Für mein neues Jahr, dass nun schon übermorgen beginnt, habe ich mir einen guten Vorsatz entwickelt: ich möchte einmal im Monat eine Wanderung machen. Das hält fit, erfreut das Herz und weitet den Horizont, hab ich mir gedacht. Doch jedeR weiß ja, was aus guten Vorsätzen so wird, wenn das Jahr sich hinzieht und deshalb habe ich mir weiter überlegt: Mit deiner und eurer Hilfe wird aus dem guten Vorsatz eine richtig tolle Wanderung – monatlich.

was aus fitnessgründen begann, wurde ganz allmählich ein vertieftes kennenlernen der brandenburgischen landschaft und ein neues verstehen von ökologischen zusammenhängen, ganz besonders, wenn es darum ging, die großen vögel, sei es großtrappen oder kraniche, zu beobachten. sei es, die neuen einwanderer, die wölfe, in den offengelassenen truppenübungsplätzen kennenzulernen. jeder waldlehrpfad half uns neu auf die sprünge, wie wichtig biotope sind und wie großartig das gleichgewicht der habitate ist. und wie sehr der mensch, selber der natur zugehörig, sich mit der immer schnelleren entwicklung von technik und industrie, davon entfremdet. und wir dabei in die gefahr kommen, unsere ureigenen lebensgrundlagen zu verlieren.

Die Mail von Christine kam ganz im Blau, daher ist es auch hier Blau. Auch die Schreibweise ist von ihr. Die Worte wecken mich… Großtrappen, Kraniche, Wölfe… Ich war mit der Gruppe auch ein paar Mal wandern. Einmal zu Großtrappen, einmal zu Mahlsdorf. Irgendwann dann bei der Wanderung habe ich auch das Wort Luch gehört. Etwas kaltes, nebliges, nasses… Schönes…

liebe ewa,

das malchower luch erstreckt sich zwischen der stadtrandsiedlung malchow im westen und dem fließgraben (in dem einige seltene Pflanzenarten, z.B. der Röhricht, leben) im osten auf einer Länge von ca. 2 bis 3 km.

also von uns aus gesehen ist das total osten, zwischen pankow und wartenberg.

Also Leute, bitte, rettet das Luch!

Für diejenige, die es unbedingt genau wissen müssen: Luch in Wikipedia:

Der Begriff Luch bezeichnet ursprünglich eine ausgedehnte, vermoorte Niederung in Nordostdeutschland, speziell in Brandenburg. Man findet Luche vor allem in den Jungmoränengebieten; sie kommen aber auch in der Altmoränenlandschaft vor.
Lôch, f., lateinisch ‚labina, palus‘ ein Wort für ‚Sumpfwiese, Feuchtgebiet‘.

Und für die Polen, die es wissen wollen – słowo jest typowo brandenburskie, ale coś w rodzaju mokradeł będzie tu chyba dobrze pasowało. Tłumacz z googla nie znalazł odpowiednika ani dla niemieckiego Luch, ani dla łacińskiego labina, ale palus to bagno. A jak wpisuję mokradło i każę przetłumaczyć na łacinę, to też wychodzi palus!

No! Bardzo lubię. Całe dzieciństwo prowadzano mnie na spacery albo po plażach, albo po morenach, albo po mokradłach.

Viva Polonia!

Ewa Maria Slaska

Relacje moich koleżanek

Relacja 1.

W mieście, które w tym roku jest stolicą kulturalną Europy, w pięknym starym hotelu ze starymi niemieckimi tradycjami (był to na przełomie tamtych wieków i do końca wojny słynny etablissement Vier Jahreszeiten), a więc w Hotelu Polonia, na ulicy Piłsudskiego, znajduje się w foyer secesyjnie wystylizowana tablica informacyjna.

hotel-polonia-pilsudzki

Jedna z naszych autorek, osoba często “bywała” we Wrocławiu, już kilkakrotnie zwracała obsłudze hotelowej uwagę, że na tablicy po niemiecku zostało umieszczone błędnie napisane nazwisko marszałka, które na tablicach polskiej i angielskiej zostało zapisane prawidłowo. Tym razem przypomniała pani w recepcji, że już dwukrotnie sugerowała, żeby to zmienić, bo to jednak wstyd. Na to tym razem pani recepcjonistka, podkreślając, że oczywiście hotel dołożył wszelkich starań, powiedziała, że nic tu nie trzeba zmieniać, bo tak się właśnie to nazwisko pisze po niemiecku…

No cóż: tu, proszę, Marszałek Józef Piłsudski w niemieckiej Wikipedii.

Relacja 2.

W mieście, które szczyci się tym, że bardziej kocha pisarza Güntera Grassa niż jego niemiecka ojczyzna, w dzielnicy, którą autor opiewał – Langfuhr Wrzeszcz – postawiono kiedyś tzw. ławeczkę Grassa. Ten mały po lewej, to oczywiście Oskar Mazerath, bohater Blaszanego bębenka.

G.Grass+Oskar

Autorka zdjęcia wysłała je do kilku lokalnych instytucji pytając, czy nie wypadałoby jednak “umyć nóg” pisarzowi, bo to trochę wstyd. Nikt nie odpowiedział i nie zareagował.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego pisarzowi tak zzieleniały nogi, bo w końcu on akurat siedzi na tej ławeczce dopiero od października ubiegłego roku, przedtem przez 15 lat leżał w magazynach. Samą ławeczkę bowiem, z figurą małego bębnisty, postawiono już, jako się rzekło, w roku 2002. Wkrótce na pobliskiej fontannie ustawiono drugą osobistość znaną czytelnikom Trylogii Gdańskiej czyli Tullę Pokriefke. Ich autorem jest prof. Sławoj Ostrowski, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pomnik samego Grassa miał być odsłonięty równocześnie z pomnikiem Oskara. Jednak w ostatniej chwili pisarz rozmyślił się i wycofał zgodę na ustawienie mu pomnika za życia. Władze Gdańska postanowiły uszanować wolę noblisty, a gotowa rzeźba trafiła do jednego z miejskich magazynów. Rzeźbę ustawiono więc dopiero teraz, już po śmierci gdańskiego noblisty, w 88 rocznicę urodzin Güntera Grassa.

Grass zmarł 13 kwietnia 2015 roku.

Figury są odlane z brązu, a brąz, stop miedzi i cyny w proporcjach 90-10, ma to do siebie, że jest odporny na korozje. Nie to, żeby nigdy nie korodował, oczywiście zielenieje, ale trwa to latami… A tu tymczasem zielone nogi pisarza i to po kilku zaledwie miesiącach wysiadywania na świeżym powietrzu, mogłyby sugerować, że coś było nie tak z odlewem i że wilgoć wżera się stanowczo za szybko. Hmmm…

Piłsudzki na zielonych nogach…

Przenikania w kawiarni Opery Berlińskiej w letni wieczór

Tomaszowi Fetzkiemu z zaproszeniem na pojutrze do Berlina

Ewa Maria Slaska

Afrodyta z kablem elektrycznym

Trochę ponad rok temu opublikowałam tu wpis, zatytułowany Przenikania w Barze Zakątek. Muszę go tu przypomnieć, bo kilka dni temu coś podobnego przydarzyło mi się w Berlinie. Popijałam wino z wodą (nie można ciągle nie pić wina, to obraza rzucona w twarz radości życia w Berlinie) i czekałam w kawiarni letniej Opery Berlińskiej na Dorotę Cygan, z którą iść miałyśmy (i poszłyśmy) na Uprowadzenie z seraju Mozarta. To pierwsza opera języka niemieckiego, co jest jasnym powodem, dla którego germanista koniecznie powinien obejrzeć tę sztukę.  Podobno interesujące wykonanie, a to już powód dla którego również blogerka powinna…

Jest jednak lato, można by pójść nad jezioro, do parku na lody, a my tymczasem do opery…

Mam na sobie sukieneczkę, którą niemcy nazywają Fummel, a my – szmatka, pantofelki na obcasie, rajstopki, nie mogę więc nosić ze sobą dużej torby, a książka, którą aktualnie czytam liczy ponad 500 stron… O żydowskim chłopaku z Wrocławia, który stał się motorem życia literackiego w Boliwii! Nazywał się Guttentag (i jest to też tytuł książki) i jego rodzina pochodziła z miasteczka, które się dziś nazywa Dobrodzień…

Przed wyjściem szukam więc książczyny, która by pasowała do torebeczki, pasującej do szmatki…

Arnold Słucki, Eklogi i psalmodie, Czytelnik 1966. “Mój” Arnold Słucki, już kilka razy o nim pisałam (TU i TU), opowiadałam o nim podczas różnych prelekcji… Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko.

W dzisiejszych czasach Słucki jest zapewne równie odsądzony od czci i wiary jak inni lewicowi artyści, pisarze, naukowcy… Zacytuję tu sama siebie:

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić „ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory („serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: „(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

To ciasto, które innym rosło na pośmiertne podziwy, jemu chyba urosło na zapomnienie. Gdy szuka się go w internecie pojawiają się tylko książki antykwaryczne, najstarsza chyba – Ziemia jaśnieje – z roku 1950, Słońce nasz towarzysz, 1951, Spotkania z roku 1952, Poranek z roku 1953,  Eklogi i psalmodie, 1966, Targ w Dziworaju, rok 1967,  cały czas lata 50 i 60, prawie co roku mu coś wydawano, potem się naraził i uciekł, i przypomnieć go można było dopiero wtedy, gdy upadający PRL odpuścił autorom zakazanym, i pojawiły się w księgarniach książki Gombrowicza, Hłaski i Słuckiego… Biografia Anioła z roku 1982.

To o tym pośmiertnym i wyciągającym poetę z niepamięci zbiorze napisał nieznany autor informacji na portalu Lubimy czytać:

Niniejsza księga wierszy jest spłatą długu pamięci, jaką winniśmy Arnoldowi Słuckiemu, poecie, który żył i tworzył wśród nas w ciągu dwudziestu kilku lat powojennych, a potem – tęskniąc za Polską – umarł na obczyźnie.

Dodajmy, umarł w skrajnej nędzy.

Wydaje mi się, że nikt już nigdy więcej go nie wydał. Odszedł w zapomnienie, a ja zupełnie bez powodu zabieram go ze sobą w torebce do opery. Niech zobaczy trochę świata.  Jest 28 czerwca 2016 roku. Stoję przy stoliku i popijam wino, bo ja przyszłam, jak zwykle, za wcześnie, a Dorota przyjdzie, jak zwykle, na ostatnią chwilę…

Strona 16, Ekloga współczesna

Sprawdzam w sieci: sjp ekloga. 1. «pogodny utwór poetycki opiewający uroki życia wiejskiego».

W biały dzień
tkliwe jaskółki
             nad brzegiem Mozeli
wiły w nas gniazda,
zapewniam was,
             to właśnie, jeżeli
porzucała nas wyobraźnia
                               niby zbiegów w todze z przytułku,
to była w tym ręka historii,
a stała tam rzymska łaźnia
z czerwonym sztandarem wetkniętym
                                              w omszały dach,
a dach był jak gwiazda.
M e m e n t o   m o r i,
rzekłem,
stara kobieta szła, żuła chleb
                                 i pracując żuchwami
wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna

I w tym momencie podniosłam głowę znad książki, a pomiędzy stolikami szła w niebieskim kitlu sprzątaczka, trzymała w garści szufelkę i zmiotkę na długich trzonkach i… naprawdę … wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna, a mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo jeszcze nigdy nie spotkałam Ariadny sprzątaczki, zamiatającej kawiarnię na świeżym powietrzu, podczas, gdy goście wciąż jeszcze stoją wokół wysokich stolików, gawędząc w mowie Gotów i popijając wino znad Mozeli, a gdy za dziesięć minut dzwonek wezwie nas wszystkich do środka, będzie dość czasu i okazji, aby nikomu nie przeszkadzając, posprzątać podwórko operowej kawiarni. Więc wiedziałam, że ona nie jest sprzątaczką z firmy Gegenbauer tylko zjawą, która wyszła z wiersza Słuckiego i sprząta świat wokół mnie, tak jak Ariadna co poniedziałek sprzątała labirynt odkurzaczem.

śmierć tu była, mimo wszystko, paradna,
promenada rozbrzmiewała gwarem
i trzeba się było wsłuchać, jak elektroluks rozmawia z Cezarem,
a szum krzewów na Pangejskich wzgórzach,
to w tracką zieleń Ismaru,
Szofer błękitny od smaru
chwalił dziewczęta okolicy:
                    Czemu nie sprawisz
o, Wenus…
                Eils! Skapia matia ia
                                         drinkan! –
klął mową Gotów duch z koszar
i śmiała się śmiechem białym jak śmierć
jeszcze żywa
Prześliczna Rzymska Rudowłosa.
I jakże trudno już było dostojną tu układać poezję,
zmierzch był Brutusa wieczerzą po klęsce,
i pani, co włada Knidos i Pafos,
werwę nam odjęła i patos.
Słowa będące mostami nad wieczystą rozłąką rzeczy
straciły swoją sprężystoćć
i nie było w nich żywych poruszeń,
jakby cały pejzaż im jawnie zaprzeczył
i Eneasz znowu był parweniuszem.
Śmierdział na jardy tanim alkoholem
made in Roma,
bardziej podobny do starca z Korycji,
gdy go sklął po łacinie Czas – sierżant policji.
I on się im tylko odgrażał:
– Na zdrowie, dawajcie jeść!
                                        Dawjcie pić!
i była to niby chrypliwa ekloga,
nad którą zastanawiają się
                            uczeni wieków,
co niby drzazga siedzi w człowieku;
który nie chce być ni aniołem, ni szpakiem,
i rzuca się z tasakiem
na Boga.

On nawet natrząsa się z szczęśliwca Glaukosa
i z cudownego władzy kpi ziela,
odurza go aut cierpka jońska rosa
i patrzcie, oto ciągnąc szlauch przez promenadę,
już mnie oskarża o zdradę
spraw potocznych.

A ja mu wciąż, że z Mozeli
widziałem wszystko,
świadek naoczny,
maszyna do trawienia szczelnych snów
i jaw ułomnych,
jeżeli ———

Dzwonek wezwał nas do wnętrza, ciągnąc szlauch przez promenadę, przeszła obok mnie raz jeszcze Ariadna w niebieskim kitlu, z niebieską szufelką i szczotką, Dorota wyszła mi naprzeciw z wnętrza budynku i poszłyśmy na operę, która jest najlepszą operą, jaką w życiu widziałam!

orgiaomilosci

Więc też koniecznie idźcie. Opera jest po niemiecku, ale artyści ciągle przeskakują z niemieckiego na angielski, a u góry nad głowami lecą teksty arii i po niemiecku, i po angielsku, a poza tym, to i tak bez znaczenia, bo wszystko można zrozumieć, gdy śpiewając o miłości i wierności nawaleni kokainą aktorzy i statyści, goli całkiem lub tylko na pół, uprawiają na naszych oczach orgiastyczną promiskuityczną miłość, gdzie nic, ale to nic jednak nie naruszy dobrego smaku pań z Dolnej Saksonii, a wspaniała śpiewaczka koloraturowa grająca Konstancję, trenując rozpaczliwe wrzaski do mikrofonu, przechodzi przed nami ciągnąc kabel przez scenę jak Ariadna sznur elektroluksu przez labirynty Knossos nad Mozelą.


Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)

Niemiecka gra muzyczna w trzech aktach KV 384
Tekst wg Christopha Friedricha Bretznera – Gottlieb Stephanie d. J.
Prapremiera 16 lipca 1782 – Hoftheater Wien
Premiera w Deutsche Oper Berlin 17 czerwca 2016

Zalecany od 16 lat

Po niemiecku, z nadtytułami po angielsku i niemiecku

Został jeszcze tylko jeden występ w tym sezonie, pojutrze, środa 6 lipca
Bilety w cenie od 50 do 130 euro

Ich liebe mein Leben

Ewa Maria Slaska

Kocham (moje) życie

Piszę ostatnio samo ciężkie i poważne teksty, pomyślałam więc, że opowiem tu pewną optymistyczną historię, taką w sam raz na lato…

Niestety okazało się, że historia jest nieprawdziwa. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, słyszałam ją przecież, dokładnie pamiętam, w marcu tego roku. Siedzieliśmy z Moritzem przy barze w kinie Regenbogenfabrik. Mieliśmy za sobą pełen emocji wieczór. Był 8 marca, pokazaliśmy właśnie film Marty Dzido: Solidarność według kobiet, potem była dyskusja i pyszny bufet, goście rozeszli się już do domów, zbliżała się północ. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku raczyliśmy się winem i wodą (tę wodę to ja oczywiście piłam, od dawna piję głównie wodę, z czego zresztą wciąż się muszę tłumaczyć, bo jak można nie pić wina).

ichliebe meinenleben2

Na bufecie ktoś przykleił naklejkę Ich liebe mein Leben. Nic nowego, cały Berlin jest pełen tych naklejek, wylądowały nawet na letnich sukienkach Klary i Bery, moich dwóch ukochanych przyszywanych wnuczek.

 

ichliebe meinenleben

Wiesz, zapytał Moritz, jak to jest z tą naklejką? Mój kolega ze szkoły był w Syrii z ramienia organizacji Grünhelme (Green Helmets). To taka niemiecka organizacja, założona w roku 2003 przez Ruperta Neudecka. Budowali szpital w Harem. On, jego kolega i taki starszy pan, arabski tłumacz, zostali złapani przez dżihadystów. Trzymano ich jako zakładników i wyobraź sobie, że udało im się uciec. Nie razem, najpierw mój kumpel z kolegą, a potem ten Arab. Dotarli na piechotę do Turcji, a stamtąd samolotem do Niemiec. Pojechałem po kumpla, przylecieliśmy razem do Berlina, mieszkał tu z nami w Regenbogenfabrik. Nie wyobrażasz sobie, jaki był chudy. A przedtem był wielki jak szafa. Ale szczęśliwy. Powtarzał ich liebe mein Leben, ich liebe mein Leben, kocham życie, kocham moje życie… Zamówiliśmy więc dla niego takie naklejki… A teraz wszyscy je przyklejają…

Oczywiście opowieść o tej trójce, nazywają się Bernd Blechschmidt, Simon Sauer i Ziad Nouri, była straszna, ale kończy się optymistycznie i jest taką radosną pochwałą życia. Chciałam się więc z Wami nią podzielić.

A tu tymczasem, proszę ja Was, objawił się problem… Dzwonię do Moritza, żeby zapytać o jakieś szczegóły tej historii, a on mi mówi, że tak, że kumpel, że zakładnik islamistów, że uciekł, że mieszkał, że był…

… i że nic mu nie wiadomo o żadnych naklejkach…

?????
!

Umówmy się więc, że opowiedziałam Wam dwie historie z niezwykłego miasta, jakim jest Berlin, gdzie wszystko może się zdarzyć – o dzielnym chłopaku z Zielonych Hełmów i o naklejkach, które są wszędzie, nawet na sukienkach Klary i Bery.

Nowych narracji ciąg dalszy

Ewa Maria Slaska

Na przykład Siemens lub na przykład Cegielski (wpomnienie o Poznaniu 1956)

Narracje, opisujące na nowo naszą historię, nie są tylko dziełem “dobrej zmiany”,  to jak słusznie zauważa komentator pod dzisiejszym wpisem – sprawa stara jak świat.  Nową narrację tworzą państwa, politycy, ale też instytucje, konsorcja i korporacje. I nie tylko w Polsce. Ja pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tym w Niemczech. Oczywiście w PRL wszystko było własną nową interpretacją, ale przecież PRL nikt nie traktował poważnie. No i nie był nam wzorem!

W roku 1987 Berlin obchodził 750-lecie istnienia. Miasto prezentowało się wówczas publicznie za pomocą hasła “Berlin 750 lat tolerancji”. Zapytałam jednego z ważnych urzędników (w Berlinie Zachodnim rzecz jasna), jak ten slogan ma się do okresu nazizmu? To było tylko 12 lat, odpowiedział ów pan.

Wiele lat temu młody historyk niemiecki opowiadał mi, że pracuje w archiwum Szpitala w Hadamarze. Zaciekawiło mnie, jak radzi sobie z okresem II wojny światowej, bo wtedy było to miejsce, gdzie dokonywano przymusowej eutanazji chorych fizycznie i psychicznie. Powiedział, że wcale, bo ten okres kazano mu pominąć. A jak kazano, to pominął.

***

Kiedyś jednak takie akcje i reakcje zniknęły, nowocześnie było umieć spojrzeć krytycznie na własną historię.

***
Kilka lat temu przekonałam się jednak, że zmiana paradygmatu objęła tylko okres II wojny, a reszta pozostaje po staremu. Szukałam wtedy informacji o obecności Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej i nic mi się nie udało znaleźć. Zaczęłam od archiwów cmentarnych, gdzie udało mi się stwierdzić, że dla biurokraty Polak z zaboru pruskiego wcielony do armii był Niemcem i jeśli poległ na polu bitwy, był Niemcem, który oddał życie w obronie niemieckiej ojczyzny, nieważne czy Schmidt i Schulz, czy  Kaczmarek, Słotwiński i Pietruszewski. Dzwoniłam i pisałam do archiwum wojskowego, krajowego i państwowego w Berlinie, gdzie nikt nawet nie raczył ze mną rozmawiać (nie jestem historykiem i nie pracuję na etacie!), aż wreszcie dokołatałam się do archiwów firmy Siemens, gdzie potraktowano mnie bardzo przyjemnie. Mogła to być rzecz jasna jakakolwiek inna wielka firma, która powstała w okresie industrializacji Berlina czyli od połowy XIX wieku do roku 1914. Wtedy bowiem to spokojne, niewielkie miasto-rezydencja książąt brandenburskich, a potem królów pruskich, przekształciło się w ogromną stolicę wielkiego imperium, a przemysł był jednym z filarów rodzącej się metropolii.

Tak wyglądały tereny przemysłowe wokół dzisiejszej Friedrichstrasse, od wielkich pieców przemysłowych nazywane Ziemią Ognistą.

W tym samym roku powstał w berlińskiej dzielnicy Friedrichstadt Telegraphen Bau-Anstalt von Siemens & Halske, nazywany potem po prostu Siemens.

Gdy rozpoczęła się I wojna światowa robotnicy, technicy i inżynierowie z berlińskich fabryk zostali wcieleni do armii i wysłani na front, gdzie wielu z nich padło i pozostało na zawsze z dala od ojczyzny, rzadko bowiem rodziny miały dość pieniędzy (a i szczęścia), by odnaleźć ciało zmarłego syna, ojca czy męża i na własny koszt sprowadzić je do domu.  Nie było grobów i dlatego wiele instytucji budowało w Berlinie miejsca pamięci poległych, miejsca, gdzie można pójść i złożyć kwiaty. Tzw. Pole Chwały (Feld der Ehre) wzniesione przez firmę Siemens jest jednym z najbardziej okazałych pomników przypominających ofiary I wojny.

siemensgedenkstätte1-kl

I jest tam mnóstwo polskich nazwisk. Na konferencję historyków w Kuala Lumpur postanowiłam napisać referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Niemieckiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny.

krzykowski-kurowski

pierdzwiol-kl pieczynski-piotrowicz-kl

Niestety, okazało się, że nic. Pogawędziliśmy o tym z kierownikiem Archiwów Siemensa w Monachium. Gdy zasugerowałam, że można by sprawdzić akta robotników przyjmowanych do pracy, a potem podczas wojny zmustrowanych, bo gdyby tam były metryki urodzenia czy karty poboru, to już by można było coś wnioskować i o narodowości, i o kolejności powoływania do armii Polaków z zaboru pruskiego… Chciałabym sprawdzić, powiedziałam, czy to byli Polacy, czy podawali może, że są Polakami… Bo wie Pan, intuicja mówi mi dwie rzeczy, że byli Polakami, i że szli na front jako pierwsi – najpierw Kuklinowscy a dopiero potem Puppensteinerowie.

No, ale dowiedziałam się, że archiwa zostały zniszczone.

Zostały zniszczone… Takie neutralne określenie…

A to, co tu napisałam, to taka mała narracja o małym problemiku.

***

Wiosną miałam znowu napisać referat na konferencję, tym razem na temat roku 1956, w Polsce i na Węgrzech. Z podziału zadań przypadło mi napisanie o Czerwcu 56 w Poznaniu. Oprócz mnie wszyscy wykładowcy byli historykami. Pomyślałam, że nie mogę konkurować z naukowcami i że jako pisarkę bardziej niż fakty interesują mnie zmiany narracji. Zaczęłam więc szukać różnych informacji na temat recepcji i reakcji społecznej na Wypadki Czerwcowe, od roku 1956 do dziś.

Uderzyło mnie kilka spraw. Po pierwsze, że nikt nigdy nie ukarał żadnej osoby odpowiedzialnej za krwawe stłumienie rozruchów robotniczych. Nikt nigdy nikogo. Nawet symbolicznie nie.

Po drugie, że niemal przez cały czas pamięć o Czerwcu 56, jeśli w ogóle była, funkcjonowała rocznicowo, w odstępach co pięć lub dziesięć lat. I to nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Na przykład pierwsza publikacja książkowa o Czerwcu ukazała się w Paryskiej Kulturze w roku 1976. O pamięci rocznicowej mówił Adam Michnik podczas tegorocznej wizyty w Berlinie, a pisał o tym już dwa lata temu Krzysztof Ruchniewicz. Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie pojęcie – pamięć rocznicowa, myślałam, że to ja je odkryłam :-(.

I natychmiast uświadomiłam sobie, że w razie potrzeby, nie ma żadnej pamięci, nie tylko rocznicowej, po prostu żadnej.

Zajścia czerwcowe w Poznaniu rozpoczęły się w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. Pisałam już o Siemensie i Borsigu, twórcach nowoczesnego przemysłu europejskiego. Cegielski był jednym z nich, nawet stworzył swoje zakłady (Handel żelaza) w tym samym roku 1847, w którym oni powoływali do życia swoje fabryczki i warsztaciki. Przedtem jednak studiował w Berlinie, napisał pracę doktorską z filozofii: De negatione. Pracował w Poznaniu jako nauczyciel greki i łaciny. Podczas niepokojów w 1846 odmówił władzom szkoły przeprowadzania kontroli mieszkań swoich uczniów, co zakończyło jego karierę nauczyciela. To sprawiło, że założył ów sklepik…

Sklepik przekształcił się w warsztat, warsztat w odlewnię, odlewnia w fabrykę maszyn… Fabryka się rozrasta, staje się zespołem fabryk i spółką akcyjną. W roku 1939 zakłady zostaną przejęte przez Deutsche Waffen und Munitionfabriken. W 1945 roku fabryka przechodzi na własność państwa polskiego, w roku 1956 przeżywa zryw robotniczy, pierwszy w burzliwej historii peerelowskich rozruchów i zamieszek, w roku 1995 staje się znowu spółką a potem zespołem spółek. Dotarliśmy do współczesności.

I wtedy jakiś nowy narrator pisze nową narrację Zakładów imienia Hipolita Cegielskiego i publikuje ją na stronie internetowej. Obejrzałam ją wiele miesięcy temu, pisząc ów referat, ale dla potrzeb dzisiejszego wpisu weszłam tam kilka godzin temu i krótko przed północą zrobiłam ten oto zrzut ekranu:

 historia cegielski

Tak nie myli Was wzrok, w miejscu gdzie jest czerwona strzałka nie ma mowy o Czerwcu 1956 roku! Proszę bardzo, oto powiększenie:

historia cegielski-detal

 No comments…

Po 25 latach…

Ewa Maria Slaska i Dorota Cygan

W piątek 17 czerwca minęło 25 lat od momentu, gdy premier Polski Krzysztof Bielecki i kanclerz RFN Helmuth Kohl podpisali Traktat o dobrym sąsiedztwie (nazwa oficjalna: Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17.06.1991 r., niem. Vertrag zwischen der Bundesrepublik Deutschland und der Republik Polen über gute Nachbarschaft und freundschaftliche Zusammenarbeit).

AAAwystawabundestag2016 (9)

Zdjęcie zrobiła Dorota Cygan na wystawie o stosunkach polsko niemieckich, o której pisałam wczoraj.

Taka piękna rocznica sprzyja masowemu organizowaniu imprez okolicznościowych. My też nie byliśmy lepsi. Jak to powiedziała Christine Ziegler z Regenbogenfabrik, obchodzenie rocznicy podpisania Traktatu to w końcu nasz wspólny obywatelski obowiązek.

20160617_hintergrundbild2

Pokazaliśmy znakomity film Krzysztofa Czajki i zorganizowaliśmy dyskusję.

Dorota Cygan napisała o filmie:

“chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa”

napisał kiedyś Zbigniew Herbert, a Krzysztof Czajka pokazał w filmie odwagę cywilna normalnych ludzi wyrwanych na chwile z rutyny codziennych obowiązków, i zrobił to nie tworząc wysokich odniesień i pompatycznych porównań, nawet przepytywanych w filmie polityków pokazując bez przydawanego im zwykle sztafażu. To, co pozostaje w pamięci po projekcji, to np. bilet wypisany uciekinierowi z NRD przez polskiego konduktora bez żądania opłaty; to np. słowa jednego z bohaterów, który opisuje, jak na dwa żelazka prasowali mokre ubrania rodziny uciekinierów (taki rodzaj domowego “koncertu na cztery ręce”); to także np. metalowa tabliczka ze skrótem nazwy kraju umieszczana na samochodach – tu zatknięta prowizorycznie przez uciekającą rodzinę wierzącą, że przynależność do NRD to już tylko stan przejściowy; to wreszcie widok płytkiego nurtu rzeki – z dzisiejszej perspektywy zupełnie niegroźnej, znanej każdemu, kto kiedyś brodził po kolana w wodzie na wakacjach, ale ewokujący paraliżujące wspomnienia u tych, którzy kiedyś taką wycieczkę na druga stronę mogli przypłacić karą więzienia. I tak dalej. I choć polska i niemiecka publiczność na te same elementy oczywiście patrzy z odwrotnej perspektywy, połączyło ją tego wieczoru jednakowe poczucie, że normalny człowiek z nie spaczonym poczuciem przyzwoitości, sprawiedliwości i wolności, nie jest odporny na takie obrazy, i zwyczajnie wilgotnieją mu oczy. Nawet 25 lat później.

Zawał w Bundestagu

Ewa Maria Slaska

czyli o wystawie na temat stosunków polsko-niemieckich

Wiem, jak wyglądały stosunki polsko-niemieckie w jubileuszowym ćwierćwieczu 1991-2016, i to poniekąd wiem z pierwszej ręki. Byłam przy tym, jak się z mozołem wyzwalały z retoryki powojennej, gdy z opisów naszych wspólnych działań odpadały po kolei takie słowa jak “zbrodnie” i “nie zapomnimy”, jak pojawiało się słabsze jednak w wymowie “pamiętamy”, zastąpione w latach 80 “budowaniem zaufania” i “likwidacją uprzedzeń”, by około roku zerowego przejść do słów-kluczy “partnerstwo, przyjaźń, dobre sąsiedztwo”. Dziś, nie, no nie dziś, kilka dni temu, 18 czerwca 2016 roku lokalny berliński KOD wraz z partnerami powiedział, “a co tam przyjaźń, przyjaźń to było wczoraj, my głosimy miłość!”

Myślę, że nie będzie to zbytnim zarozumialstwem, jeśli powiem, że w jakimś minimalnym stopniu i ja współtworzyłam te stosunki polsko-niemieckie. I mogę/możemy być dumni, bo do niedawna były wspaniałe. Dlatego nie wybierałam się na wystawę w Bundestagu. Co jakaś wystawa “stamtąd” może powiedzieć praktykowi tu?

Wystawę „Polacy i Niemcy. Historie dialogu” – przygotowało Muzeum Historii Polski w ramach uroczystości 25-lecia podpisania polsko-niemieckiego „Traktu o dobrym sąsiedztwie”. Oglądać ją można było w jednym z budynków niemieckiego parlamentu. 3 czerwca otworzyli ją wspólnie przewodniczący parlamentów Polski i Niemiec: Marek Kuchciński (PiS) oraz Norbert Lammert (CDU).Kurator wystawy: dr hab. Waldemar Czachur, prof. UW
Organizator wystawy: Muzeum Historii Polski w Warszawie
Sfinansowano ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Sejmu RP
Współpraca: Ambasada RP w Berlinie

AAAwystawabundestag2016 (1)Wielokrotnie powtarzałam, jak ja osobiście to widzę: najpierw my, zwykli ludzie coś robimy, jest nas niewielu i patrzy się na nas jak na rarogi, ale w pewnym momencie jest nas już tylu, że nie ma wyjścia i polityka musi nas zauważyć. Polityka zauważa więc,  uznaje, że jest to dobry pomysł i go nam zabiera. Bielecki i Kohl podpisują polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. A potem co jakiś czas spotykają się kanclerz i premier, albo prezydent z prezydentem, ktoś komuś wręcza nagrody i odznaczenia, ważni znajomi prezydentów robią za ważne pieniądze ważne projekty, a my dalej robimy swoje, wypełniając zwykłą praktyczną pracą wielkie słowa i zadania polityczne.

Ale to nie o tym ta wystawa. O tym to jest chyba wystawa we Wrocławiu, która właśnie została udostępniona w sieci dla szkół i instytucji.

AAA2wystawabundestag2016 (4)Nie wybierałam się więc, ale zaczęły do mnie docierać coraz gorsze opinie o tej wystawie w Bundestagu. Krystyna Koziewicz napisała

…obecna władza i jej sympatycy przefiltrowali fakty i zdarzenia, obalając dotychczasowy dorobek, nie tylko historyków, ale po prostu Polaków.
Widziałam reakcje zaskoczenia nie tylko wśród Polaków, także niemieccy opozycjoniści, politycy poczuli się mocno dotknięci.  Jak wytłumaczyć Niemcom, że w części wystawy o Solidarności pominięty został Lech Wałęsa? Wszyscy w Niemczech i na świecie dobrze wiedzą, że  to właśnie Wałęsa dźwigał ciężar przemian ustrojowych.
Prawda jest teraz inna. I co jest najgorsze… zafałszowaną narrację historyczną przenosi się na grunt europejski.
Trzeba mieć dużo odwagi i arogancji,
by fałszowanie historii pokazywać
w niemieckim parlamencie.

AAA1wystawabundestag2016 (40)Krzysztof Ruchniewicz zatytułował swój blogowy wpis o wystawie Dialog głuchych, dodając znak zapytania.

Czy to uczucie irytacji i bezsensu jest potrzebne? W tym roku Polska i Niemcy obchodzą 25 rocznicę podpisania traktatu o dobrym sąsiedztwie i wzajemnej współpracy. Przewidziano z tej okazji liczne imprezy. Powstała strona internetowa, która miała stać się platformą wymiany opinii i informacji. Z wielkich planów niewiele zostało. Zmiana rządu w Polsce unieważniła je niemal automatycznie tak jakby nagle okazało się, że nie ma czego uczcić, a nawet o czym rozmawiać. Można teraz odnieść wrażenie, że obie strony, i polska, i niemiecka, działają w tej kwestii nie razem, a obok siebie. (…)  Jak ów dialog wygląda w tym ujęciu?
Czy już mamy o czynienia z „nową narracją“?

AAAZwystawabundestag2016 (76)Nie jest to jednak pytanie retoryczne, oczywiście, że mamy już do czynienia z “nową narracją”. W jej centrum znalazło się wykreślanie Solidarności i mniejszości niemieckiej, ale ja bym do tego dodała brak I wojny światowej, brak niepodległości Polski, brak okresu międzywojennego, brak Żydów podczas II wojny światowej, brak Holokaustu i powstania w Getcie Warszawskim, tak że nawet nie wiadomo, dlaczego, po co i gdzie klęka Willy Brandt, który jednak na tej wystawie klęka, brak nie tylko Wałęsy ale całego okresu Solidarności, brak Jesieni Narodów i wyzwolenia Europy… Brak Wałęsy to zresztą nie tylko dziura w narracji o naszej historii, bo jest to dziura w niemieckiej narracji o ich niemieckiej historii. Niemcy nie mają wątpliwości, że bez strajków, stoczni, Wałęsy i Okrągłego Stołu nie byłoby zjednoczonych Niemiec.


Puste miejsce w historii ukazało się na wystawie zgoła praktycznie. Jak zauważyła Dorota Cygan, która jest autorką tych zdjęć, wystawa zajmuje tylko połowę przeszklonego foyer nowoczesnego budynku Bundestagu. Druga połowa pozostaje pusta, a byłoby tu dużo miejsca, by pokazać to, czego się jednak nie chciało pokazać.

W nowej narracji historia zaczyna się od II wojny światowej i koncentruje się na walkach Polaków, martyrologii Polaków, bohaterskiej walce Polaków ze Związkiem Sowieckim (tu się plasują nieszczęśni “żołnierze wyklęci”)… Ta narracja po roku 1945 sprowadza się do tego, że całą naszą powojenną historię zrobiły środowiska katolickie. Nie ma lewicy, nie ma prób odnowy podejmowanych w partii, nie ma Okrągłego Stołu, nie ma społeczeństwa pluralistycznego ani obywatelskiego… Najpierw była martyrologia, potem polscy katolicy walczyli o wolną i suwerenną Polskę, a skoro prezentuje się tę wystawę tu i teraz, to okazuje się, że tylko polskie środowiska katolickie dążyły do pojednania z Niemcami.

A my, Polacy w Niemczech?

Na zakończenie tej opowieści premier Szydło spotkała się w Berlinie z Angelą Merkel, żeby… nie do wiary: rozmawiać o kryzysie migracyjnym.

Przypomina mi się pytanie z żydowskiego dowcipu: co to jest hucpa? Hucpa jest wtedy, gdy ktoś zabił ojca i matkę a w sądzie prosi o łagodny wymiar kary, bo jest sierotą…

AAAtwarze

PS 1. Narracja narracją, ale ten język! Podpisy i opisy wystawy układał najwyraźniej współczesny tekściarz, który używa języka pełnego nieporadności stylistycznych i aktualnej nowomowy. Najśmieszniejsza jest informacja, że … twarzami zbierania darów w Niemczech po wprowadzeniu stanu wojennego byli Mazowiecki i Bartoszewski. Biedny niedouczek nie wiedział, co w jego własnej nowomowie znaczy “być twarzą”, i miał na myśli, że na jednej z ulotek o tym, żeby pomagać Polakom, umieszczono zdjęcia obu panów jako ważnych przedstawicieli “Solidarności”…

PS 2. Wyjaśnienie: otóż tytuł wpisu nie jest jedynie metaforyczny, zawału wprawdzie nie dostałam, ale naprawdę byłam blisko. Nigdy nie myślałam, że mogę się tak potwornie przejąć byle jaką wystawą. Serce zaczęło mnie boleć w momencie, gdy stanęłam przed tablicą przedstawiającą II wojnę światową bez Żydów, trzęsłam się jak osika i z każdą tablicą czułam się gorzej, najgorzej, gdy się okazało, że w wyliczaniu ważnych lat na osi czasu zabrakło roku 1980! Jeszcze nigdy na żadnej wystawie nie odczułam fizycznie takiego poczucia krzywdy.

osczasu-wystawa

Kilka dni temu pisałyśmy tu z siostrą o naszych książkach, zawłaszczonych przez prawicę. Ale dziś piszę o czymś jeszcze gorszym, o tym, że zabrano nam nasze działania, nasze dokonania i nasze życie. TO JEST NASZA HISTORIA, A ONI JĄ NAM ZABRALI i przerobili na swoją.

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

4 czerwca / 4. Juni / 4th of June

W Polsce i w Berlinie

Z Warszawy…

Zdjęcia z sobotniej manifestacji, było pięknie, myślę, że było około 50 tysięcy osób.

5.06.2016

Andrzej Rejman

32 2 3 7 8 11 12 13 18 25 27 30 31

Z Berlina (reblog)…

04 czerwca w Berlinie, pikieta demokratyczna pod budynkiem byłej Ambasady RP na ulicy Unter den Linden

Pikieta w odbyła się w pięknej, ciepłej i serdecznej atmosferze. Mamy w Berlinie przyjaciół demokracji i ludzi rozumiejących o co toczy się gra.
Przyszliśmy świętować pierwsze wolne, bądź jak niektórzy chcą częściowo wolne, wybory z 1989 roku. Wybory, które zmieniły Polskę, Europę i w konsekwencji świat. Ten czas w Polsce, ta energia i ci ludzie dokonali czegoś wielkiego. Wywalczyli nam bez rozlewu krwi prawdziwą wolność.

Dla mnie czymś niesamowitym jest fakt, że mogłam stać z mikrofonem w ręce, parę metrów od Bramy Brandenburskiej i głośno po polsku mówić o tym czym jest wolność i demokracja. Fakt, że mogliśmy się właśnie w tym miejscu spotkać, gdzie 27 lat temu byłoby to absolutnie niemożliwe! Nie ma już Niemieckiej Republiki Demokratycznej i nie ma wrogich Zachodnich Niemiec. Nie ma granic.
Po pikiecie pożegnaliśmy się z przesympatyczną ekipą policyjną, która ochraniała nasze spotkanie i spokojnie przeszliśmy przez Bramę i zjedliśmy bagietkę w Tiergarten. Ta zwykła scena z życia mówi więcej czym jest sukces projektu Europa niż tysiące haseł.

Zawaliliśmy przez lata sprawę tworzenia naszego, polskiego mitu wolności, mitu zwycięstwa. Jesteśmy niesamowitym narodem, który nie wie, bądź nie dowierza, jak wielki jest. Nie wierzymy, że i od nas zależy powodzenie tego, czym jest wspólna Europa. Zachowujemy się jakbyśmy nie wiedzieli, że wygraliśmy w roku 1989 mistrzostwa świata i ciągle oczekujemy, że inni nas dowartościują. Czas z tym skończyć. Osiągnęliśmy sukces, którego nikt nam nie odbierze.
Podkreślaliśmy, że jesteśmy częścią wspólnej Europy. Podkreślaliśmy dumę z osiągnięć Polski wypracowanych przez ostatnie 27 lat. Pokazaliśmy, że jesteśmy. My, Polacy, obywatele Europy.

Dziękujemy każdemu, kto się do nas w to upalne popołudnie dołączył! Dziękujemy za mocne wsparcie i obecność grupy KOD z Kolonii. Rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, pisaliśmy „Jakiej Polski chcemy”. Byliśmy razem.

Na koniec wspomnieliśmy też i tych, którym się nie udało w 89 roku i chwilę później spotkaliśmy, stojącego dosłownie sto metrów od nas, samotnego chłopaka z Chin z plakatem o masakrze na placu Tienanmen w 89 roku. Dziękował nam Polakom za słowa wsparcia, powiedział, że przez cały dzień podchodzą do niego Polacy i z nim o tym rozmawiają. Bardzo, ale to bardzo poruszyło mnie to spotkanie.
Wolność jest jak powietrze.

Ula Ptak
Berlin, 5.06.16

W Gdańsku… Piknik w parku Reagana

Pięknie i wesoło. Mnóstwo znajomych. Kto chce – może się zapisywać do KOD! Podobno formularze są już na stronie KOD, ale tak naprawdę to jeszcze nie ma…

piknik

piknikkolage

5.06.2016 Ewa Maria Slaska