Z książki nie wydanej

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Ewa Maria Slaska

Umarła

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Minęło 20 lat. (Uwaga – tekst napisany był rok temu – przedwczoraj minęło 21 lat)

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku. Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe, w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Reblog z siebie samej

Nie ma łącza, robię co mogę, reblog tekstu sprzed 3 lat

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
xxxxxxxxxxxxxxxxxautor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Rowery i rowerzyści

Ewa Maria Slaska

… czyli obyczaje ludu polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku

Rower, jak wiadomo, jest środkiem komunikacji, rozrywką, sportem, zabawką, obiektem szpanowania i sposobem na zdrowie, rower zapewnia życie zrównoważone ekologicznie, szczupłą sylwetkę, oszczędność w wydatkach na komunikację miejską… Myślę, że można by dalej wyliczać. W styczniu, z wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, dowiedzieliśmy się, że rower to symbol orientacji politycznej, a przy tej okazji znawcy przypomnieli, że już przed wojnami, drugą i pierwszą, tak było i cykliści a dokładniej, jak twierdzili Słonimski i Tuwim, masoni, Żydzi i cykliści, odpowiadali za mnóstwo rzeczy, które dla konserwatysty były obrzydliwością. Zresztą jak w Biblii, że przypomnę mój ulubiony fragment z Księgi Kapłańskiej:

Spośród ptaków będziecie mieli w obrzydzeniu i nie będziecie ich jedli, bo są obrzydliwością, następujące: orzeł, sęp czarny, orzeł morski, wszelkie gatunki kani i sokołów, wszelkie gatunki kruków, struś, sowa, mewa, wszelkie gatunki jastrzębi, puszczyk, kormoran, ibis, łabędź, pelikan, ścierwik, bocian, wszelkie gatunki czapli, dudek i nietoperz.

Bardzo lubiłam zasadę, że nie wolno jeść dudka, i dopiero po latach dowiedziałam się, że to dlatego że dudki wydzielają jakąś smrodliwą substancję, a nie dlatego że ładne i że każdy dudek ma swój czubek. Ministra Waszczykowskiego niewątpliwie cała Polska zaliczyła do czubków i na pewno nie będziemy go jeść. W noworocznym wywiadzie dla niemieckiego Bilda szef polskiego MSZ w trzech zdaniach załatwił nas wszystkich, bo nawet jeśli ktoś, jak ja, nie jeździ na rowerze, to na każdego z nas znalazł się jakiś haczyk, a nawet hak:

Poprzedni rząd realizował w mediach określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami.

Internet i życie polityczne zakotłowały się od rowerów, wiatraków energetycznych i marchewek.
Ostatnio  rower znowu wrócił na arenę polityczną. Postanowiono bowiem, jeżdżąc na rowerze, zaprotestować przeciw temu, że pani Premier nie opublikowała wyroku Trybunału Konstytucyjnego:

Podobno termin 150 dni mijał szóstego sierpnia, w każdym razie to w tym dniu zorganizowano akcję nazwanę: 150 dni – CAŁY ŚWIAT LICZY.  A KOD_LA ocenił ją jako akcję ogólnoświatową a nawet galaktyczną:

Rozważamy zmianę nazwy CAŁA GALAKTYKA LICZY. Nie dajmy się ciemnej stronie mocy i niech moc będzie z wami.

Protestujący KODerzy po zakończonej akcji na tle Ambasady RP w Berlinie, 6 sierpnia 2016 roku.

Ja też tam byłam, nie jeździłam wprawdzie na rowerze, bo, jako się rzekło, nie umiem, ale liczyłam okrążenia i jako pierwsza gratulowałam temu, kto wykonał 150 rundę czyli redaktorowi Tyblewskiemu z audycji polskiej radia Funkhaus Europa.

Łukasz Szopa z KOD_Berlin tak opisał ten ewent:

Dziś w ramach wspólnej akcji “150 dni PRZEKROCZENIA terminu publikacji wyroku TK” KOD Berlin zorganizował pod Ambasadą RP w Berlinie akcję protestacyjną “150 RUND ROWEREM wokół ambasady!”
Przybyło około 20 osób, w tym ponad połowa rowerzystów (dzięki za pomysł panie Waszczykowski!), by pokazać, że Polacy wcale nie zapomnieli, iż rząd RP i odpowiedzialna za to pani premier Beata Szydło od 150 dni łamie konstytucję nie publikując wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016.
Pogoda dopisała idealnie (nie za ciepło, około 20 stopni, chmurki, chwilami kilka kropelek orzeźwiającego deszczyku), i wspólnie wzięliśmy się za okrążenia wokół ambasady (jedno około 800 m – jak wyliczyła uprzejma berlińska policja), razem, solidarnie, ale niekoniecznie jako peleton, by wspólnie zaliczyć 150 okrążeń.
Każde zaliczone przez rowerzyst(k)ę okrążenie honorowane było legendarnym już dzwonkiem w rękach Ewy, podczas gdy skrupulatna Ela dokładnie liczyła okrążenia. Czasami co aktywniejsi rowerzyści mijając budynek ambasady wołali “BEATA DRUKUJ!”, “NASZ TRYBUNAŁ – WASZ PREZES!” albo też “TRYBUNAŁ STANU TO NIE WCZASY!”
Po około godzinie udało się, usłyszeliśmy finalne “Sto pięćdziesiąt”, gdy Jacek z radia Funkhaus Europa minął ambasadę.

DZIĘKUJEMY WSZSTKIM, BYŁO MIŁO, ZDROWO, A PRZEDE WSZYSTKIM BYŁO TO WAŻNE!!!

Tak, zgadzam się, było słodko i miło, tak słodko i miło, że mi na czas jakiś odebrało rozum… Ale, póki co, mój rozum zawsze posłusznie wraca na posterunek i wali mnie po głowie (i niestety po niewczasie) za sentymentalizm, głupotę i płochą skłonność do tego, żeby było słodko i miło. Goyi to się potwory budziły, gdy rozum spał, trzeba uważać, kiedy “słodko i miło” też okaże się monstrum.

Takich sytuacji, żeby było “słodko i miło” tworzyliśmy w ostatnich miesiącach wiele – pikniki, pikiety, dowcipy, teatr, piosenka, groteska… Poczucie humoru jako środek protestu, sałatka z serem feta i sernik, żaba i szczur na głowie…

 

Tak tak, nie wypieram się, też tam jestem czy też, jeśli tylko mogłam, też tam byłam. Widać gołym okiem. I zawsze byłam zdania, że nawet jak jest nas mało, to jednak dajemy znak. Opowiadamy się. Przypominamy. Widać nas. Miałam nawet ulubionego KODera, który podczas pierwszej KODowskiej demonstracji stanął w grudniu 2015 SAM przed ambasadą RP w Portugalii! Nazywa się Kamil Otto Walter-Popławski.

A jednak… Mea culpa. Nie pomyślałam PRZED, pomyślałam dopiero PO! Zawsze myślę do piero PO, nie jestem, obawiam się, Prometeą, ale niestety – durną Epimeteą.

A teraz moje argumenty do dyskusji z tą beznadziejną Slaską, która lubi, żeby było “słodko i miło”, i jeszcze na dodatek dowcipnie, sformułowane PO akcji przed Ambasadą RP 6 sierpnia.

  1. Wyjaśnienie, dlaczego to robimy było dość pokrętne. 150 dni NIE publikowania, które miały oznaczać, że należy się mandat za przekroczenie – jednak w domyśle prędkości a nie dni – to konstrukcja myślowa trudna do wyjaśnienia. Poczułam to najlepiej, gdy trzeba było sens tego, co robimy, wytumaczyć i przetłumaczyć Niemcom. Tłumacz zawsze wyłapuje błędy logiczne wypowiedzi! Nie ma innego wyjścia, bo póki nie zrozumie logiki, nie wie, co tłumaczyć…
  2. Akcja była bez sensu, bo jaki sens ma żądanie od rządu RP, by opublikował wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed pół roku, skoro w międzyczasie, chyłkiem, pomiędzy szczytem NATO a Światowymi Dniami Młodzieży, 30 lipca i ten rząd, i ten prezydent uchwalili i podpisali nowa uchwałę o TK?
  3. Wszystkie nasze akcje, nie tylko te z założenia małe, śmieszne i prześmiewcze, ale i te duże i poważne, poprawiają nam humor i przypominają wprawdzie światu (a nawet galaktykom), że o coś nam chodzi i mówimy NIE, ale w samej POLSCE niestety nie mają najmniejszego znaczenia. Podobnie jak opinie Komisji Weneckiej i Unii. Pies szczeka, karawana idzie dalej.
  4. Karawana idzie dalej i jest coraz gorzej, coraz więcej brei, budyniu i kisielu.
  5. To oznacza, że trzeba się brać za inne metody. Myśleć, tworzyć teorie i scenariusze, ale też formować zalążki siatek konspiracyjnych i edukacyjnych. Nie tygodniami formułowane manifesty o tym, że ważna jest dla nas edukacyjna przestrzeń wolności, tylko pragmatyczne i obowiązujące ustalenie zasad działania: jak wybierać młodych ludzi, pracowników, urzędników? jak ich kształcić? CO im mówić? Praca u podstaw. Praca organiczna. Konspiracja. Bibuła. Latający uniwersytet. Wszechnica obywatelska. Nowy drugi i trzeci obieg, i to nie (tylko) internetowy, bo internet można zlikwidować jednym ruchem ręki (patrz Chiny). Inne pozainternetowo-komórkowe sposoby komunikacji.
  6. Ale to wszystko nic w porównaniu z najgorszą naszą winą, jaka stała się naszym udziałem podczas tej słodkiej i miłej akcji rozrywkowej. TURCJA! TURCJA!
    Od wielu miesięcy trąbimy o podobieństwach między Erdoganem, Orbanem i Kaczyńskim, a to, jeśli nie ma być tylko retoryką, oznacza, że uważamy, iż zaostrzanie kursu antydemokracyjnego i ograniczanie wolności obywatelskich, jest groźne i prowadzi do KATASTROFY.
    W Turcji ta katastrofa się zdarzyła, tysiące opozycjonistów gniją w więzieniach, dzieją się gwałty, tortury i bezprawie. Dla PiSu nadzwyczajna gratka, bo wygrał na punkty nie czyniąc nic. Po prostu doczekał chwili, gdy NASZ argument obrócił się przeciwko nam i odbiera nam część i tak przecież skromnego poparcia społecznego. Ludzie myślą, a jak myślą, to się boją. Póki można było dyskutować o polityce, rowerach i pietruszce z pozycji bezpieczej akcji pod opieką policji, wychodziło na ulice sporo ludzi (sporo, ale nie powalająco dużo!).  Gdy porównywany do Kaczyńskiego dyktator zamęcza opozycjonistów na śmierć, będziemy się bali i będziemy mieli rację… 
    A my NIC!
    A my o Turcji ani słowa. Wstyd!

    A my sobie jeździmy na rowerach…

Game of thrones once again

…or a plea on George R. R. Martin – please, write like a wind…

I informed you already I belong to a main main stream and look the Game of thrones… Yes I do…

And now there are two more of us, Paul and Storm. They wrote it already some years ago but halas! nothing has changed since 2012!

Tereska, thank you for introducing me in to the world of Seven Kingdoms and now particulary ordering me to find that:

George R. R. Martin, please write, and write faster
You’re not going to get any younger, you know
Winter is coming, I’m growing impatient
And you’ve still got two more damn books left to go
So write, George, write like the wind!

I curse the day that my friend ever loaned me
An old dog-eared paperback called Game of Thrones
How could I know that this seed would grow into
An addiction that held me, right down to my bones

Now, five books later, I lurk with the masses
Indignant, entitled, and waiting for word
That the great Bearded Glacier has finally published
Nine hundred more pages of crack for the nerds

Why does every new verse of your song
Keep taking you so goddamn long?

George R. R. Martin, please write, and write faster
please give us boiled leather, and sigils and steel
We need our allotment of incest and intrigue
And six page descriptions of every last meal
So write, George, write like the wind!

Lewis took five years to chronicle Narnia
Tolkien had twelve years, and Rowling took ten
Lucas spent nearly three decades on Star Wars
And we all know how that one turned out in the end

You’re not our bitch, and you’re not a machine
And we don’t mean to dictate how you spend your days
But please, bear in mind, in the time that you’ve had,
William Shakespeare churned out thirty-five friggin’ plays

And if you keep writing so slow
You’ll hold up the HBO show

George R. R. Martin, please write, and write faster
‘cause we won’t stop whining until we’re appeased
Crap out the chapters–and George, while you’re at it
Stop killing our favorite characters, please
And write, George, write… like the wind!

(George R.R. Martin, please write, and write faster
Before you are dead, George, please write like the wind)

http://www.paulandstorm.com/lyrics/write-like-the-wind-george-r-r-martin/

And they plaed it already two years ago! Nothing changed, George R. R. Martin, please, write like a wind…

Flucht – Ucieczka 2

Po polsku

Flucht-Ucieczka

Dokumentartheater im Güterzug

„Flucht – Ucieczka“ heißt die Inszenierung, mit der die niedersächsische Theatergruppe Das Letzte Kleinod (Schiffdorf) zurzeit in Polen gastiert. Die Kooperation mit dem Teatr Gdynia Główna wird von vielen Partnern gefördert, zu sehen ist das Stück an Bahnhöfen in Gdynia, Piła und Poznań, in Frankfurt/Oder, Berlin-Spandau, Lüneburg, Hannover-Linden, Bremerhaven, Bad Bederkesa und Geestenseth.

„Spektakl documentalny w wagonach towarowych“ steht auf den Werbebannern: „Dokumentartheater in Güterwaggons“. Überraschungen gehören bei diesem Projekt dazu, der Ozeanblaue Zug des Letzten Kleinods spielt eine Hauptrolle. Die sieben Waggons transportieren die Akteure von Ort zu Ort, dienen als Unterkunft und Kantine, Materiallager und Theaterbüro. Vier angehängte Wagen der slowakischen Eisenbahn sind Kulisse und Bühne – mal müssen vor den Vorstellungen Steine beseitigt werden, mal kämpfen die Schauspieler mit staubigem Schotter. Was sie am nächsten Bahnhof erwartet, wissen sie nicht.

Ucieczka fot. m.chojnowska (11)

Aufführungen im schwarzen Saal sind für Kleinod-Gründer Jens-Erwin Siemssen kein Anreiz, er braucht Wind und Wetter, den direkten Kontakt zum Publikum. „Wir bringen Geschichten an die Orte zurück, an denen sie sich ereignet haben“, erläutert er den Ansatz des Theaters, das im vergangenen Jahr mit dem Theaterpreis des Bundes ausgezeichnet wurde. „Dabei geben wir Erinnerungen an die nächsten Generationen weiter“, sagt Siemssen, der im Gespräch immer wieder den Bogen von „Flucht – Ucieczka“ zur aktuellen Flüchtlingssituation schlägt. Der Theatermacher führt Regie und hat den Text geschrieben, als Autor sieht er sich dennoch nicht. „Eher als Arrangeur. Wir haben den Texten der Zeitzeugen nichts hinzugefügt.“

Die Zeitzeugen wurden in Deutschland, Russland und Polen interviewt, das Stück stellt sie nun vor. Margarita Wiesner und Katja Tannert spielen Mädchen aus Ostpreußen, Wlada Vladislava ein Mädchen aus Russland und Matylda Magdalena Rozniakowska ein Mädchen aus Polen. Iwo Bochat ist ein junger russischer Soldat, Radoslaw Smuzny ein litauischer Junge, Szymon Jablonski (Akkordeon) und Marcin Koziol (Gitarre) sorgen für die musikalische Begleitung. Kabeltrommeln sind die einzigen Requisiten, elf Szenen führen vom Blaubeersammeln zur Flucht über das Haff und Fliegerangriffen, zum Ende des II. Weltkriegs. Geschichte in starken Bildern, beeindruckendes Theater, das unter die Haut geht: Nicht nur bei der Premiere in Gdynia gab es stehenden Applaus.

Ucieczka fot. m.chojnowska (7)

Von Gdynia (Gdingen) mit dem Ozeanblauen Zug weiter nach Pila (Schneidemühl), es ist für alle wie eine Reise in vergangene Zeiten. Zuerst das lange Warten neben einer Industriebrache bei Gdansk, schließlich rumpeln die Waggons sanft schaukelnd auf einspurigem Gleis durch Wälder, Wiesen und Felder, ziehen kleine Ortschaften der Woiwodschaften Pommern und Großpolen vorbei. Die untergehende Sonne auf der einen, der aufgehende Mond auf der anderen Seite, das Rattern der Gleisschwellen sorgt für den Rhythmus der Fahrt. Weil der Elektrizitätsanschluss nicht funktioniert, muss nach der nächtlichen Ankunft erstmal hart gearbeitet werden. Aber zwei Stunden später haben die beiden mitreisenden Techniker und ihr polnischer Kollege das Problem behoben, geht in Pila das Licht an.

Ucieczka fot. m.chojnowska (10)

Pressegespräche und Proben, der nächste Großeinkauf wird geplant. Das Projekt ist nicht zuletzt eine logistische Herausforderung: Produktionsleiterin Ida Bocian (Teatr Gdynia Glówna) telefoniert einmal mehr mit der Bahn in Poznan, der syrische Koch Ali Ali Deeb tischt noch ein spätes Abendessen auf. Für die erste Doppelvorstellung in Pila gab es zweimal stehenden Schlussapplaus – bis zum 29. Juli spielt das Ensemble das Stück noch auf Polnisch, ab dem 3. August dann auf Deutsch. Egal, in welcher Sprache: „Flucht – Ucieczka“ ist auf jeden Fall ein Theatererlebnis.

Text: U. Müller, Fotos: M. Chojnowska

Spieltermine „Flucht – Ucieczka“

Frankfurt/Oder

Lokwerkstatt der DB Netz, Briesener Str. 4, 15230 Frankfurt/Oder

3.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr (Premiere Deutschland)
4.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr
5.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr

Berlin

Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau

6.8.2016                     19:00 Uhr
7.8.2016                     20:30 Uhr

Regie: Jens-Erwin Siemssen / Dramaturgie: Zindi Hausmann / Ensemble: Matylda Magdalena Rożniakowska, Katja Tannert, Margarita Wiesner, Wlada Vladislava, Iwo Bochat, Radosław Smużny, Szymon Jabłoński, Marcin Kozioł

 

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…

Nieuległa krowa czyli porady kulturalne na lato

Ewa Maria Slaska

Idźcie koniecznie! Natomiast wcale nie musicie czytać!

Ach ta Francja…

Kochani, idźcie koniecznie, bo takiego miłego, serdecznego, dowcipnego i absurdalnego filmu dawno nie widzieliście, a ponieważ czasy są coraz bardziej ponure, to może i długo nie zobaczycie (zobaczymy). I nie czytajcie, bo takiej ponurej książki (zresztą dobrze napisanej i inteligentnej) dawno nie czytaliście, a ponieważ czasy są coraz bardziej ponure, to będzie ich coraz więcej.

Wiem, piszę to po Nicei (a i po Monachium), mogłoby się więc wydawać, że na serdeczny humor już nie ma miejsca, a najbardziej ponure wizje wciąż jeszcze są zbyt pogodne, ale wierzę w Wielkiego Ducha Francji, w to, że Francuzi nie popadną ani w nienawiść, ani w przesadną afirmację wbrew samym sobie, że zachowają to, co w nich kochamy najbardziej – Godność Uczciwego Myślenia.

I film, zrobiony przez Araba z Algierii mieszkającego we Francji, i książka, napisana przez francuskiego autora, który nienawidzi wszystkich (nie tylko Arabów), a przede wszystkim siebie, są konfrontacją z problemem, o którym od roku mówimy i myślimy bez przerwy – z nową falą imigracji, w tym głównie Arabów, do Europy. Ponieważ z tym problemem konfrontują nas Francuzi, pozytywna wizja (filmowa) jest przesycona francuskim esprit, a ponura czyli książkowa – chłodnym francuskim racjonalizmem. Obie postawy zachwycają w porównaniu z tym, z czym stykamy się w Polsce a i w Niemczech. Bo w Polsce – wiadomo, zalew nienawiści, na ulicy w postaci bluzgu, w lepszych sferach – nieco stonowanej, a w Niemczech mnóstwo dobrej woli ze strony polityki i zwykłego człowieka, ale ta dobra wola niemiecka jest tak skuteczna, tak niezastąpiona, tak do pozozadroszczenia i taka w 300%… poważna.

W polskiej sieci nie ma informacji o filmie La Vache

Przypomnijmy, że powieść ukazała się w dniu, gdy islamiści dokonali krwawego zamachu na redakcję francuskiego pisma satyrycznego Charlie Hebdo w Paryżu, a premiera filmu odbyła się 14 lipca czyli w dniu zamachu w Nicei.

Trudno o gorsze auspicje. Albo, niestety, o lepszą rekomendację.

Koniecznie idźcie do kina, a jeśli koniecznie musicie – to i przeczytajcie książkę. I przez cały czas myślcie o Polsce, o tym, że Francja była przez lata, dekady i wieki naszym wzorem duchowym i że zawsze możemy po niego znowu sięgnąć…

PS 1. O powieści już raz TU pisałam.

PS 2. Dla ludzi z Berlina – idziemy dziś wspólnie na godzinę 18 na film Unterwegs mit Jacqueline do kina Filmkunst66 na Bleibtreustrasse tuż koło stacji S-Bahn Savigny Platz – najdroższe bilety po 9 euro, ale są różne zniżki. Zabierzcie koniecznie “swoich” uciekinierów…

Flucht-Ucieczka

Wagony towarowe były otwarte z obu stron. Moja sąsiadka i ciotka, które były wysiedlane, stały z jednej strony otwartego wagonu. Moja siostra miała wtedy jedenaście miesięcy. Wziął ją Niemiec i po prostu wrzucił, tak że przeleciała przez cały wagon. Ciotka, która stała po drugiej stronie, ją złapała. (Świadek z Gdyni)

https://vimeo.com/174810835

Spektakl dokumentalny w wagonach towarowych
Polsko-niemiecka koprodukcja teatru Das Letzte Kleinod i Teatru Gdynia Główna

Historie o przesiedleniu, migracji, a w końcu o ucieczce przed frontami II wojny światowej stanowią główny kontekst dokumentalnego projektu teatralnego „Ucieczka-Flucht”, realizowanego w wagonach towarowych na dziesięciu dworcach na terenie Polski i Niemiec.

Teatr Gdynia Główna oraz Das Letzte Kleinod, podróżując przez Rosję, Polskę i Niemcy, odnalazły osoby, którzy jako dzieci przeżyli wysiedlenie w czasie II wojny światowej. Na podstawie ich osobistych historii, często opowiedzianych po raz pierwszy, został opracowany scenariusz sztuki teatralnej pt. „Ucieczka-Flucht”, która 6 i 7 sierpnia będzie prezentowana w Berlinie.

Miejsce i czas prezentacji:
Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau
6 lipca godz. 19:00 i 20:30
7 lipca godz. 19:00 i 20:30

Reżyseria: Jens-Erwin Siemssen (Niemcy) / Dramaturgia: Zindi Hausmann (Niemcy) / Aktorzy: Matylda Magdalena Roźniakowska (Polska), Katja Tannert (Niemcy), Margarita Wiesner (Rosja), Wlada Vladislava (Rosja), Iwo Bochat (Polska), Radosław Smużny (Polska)/ Muzyka: Szymon Jabłoński (Polska), Marcin Kozioł (Polska)

Ticket: https://www.konzertkasse.de/product/flucht-ucieczka-dokumentartheater-in-gueterwaggons-tickets-berlin.html

Reblog: Światowe Dni Młodzieży / 21. Weltjugendtag

Ist ja auch für meine deutsche Leser:
Papst Franziskus – In Polen geliebt und gehasst

Agnieszka Hreczuk

Papież Franciszek w Polsce – kochany i znienawidzony

Dziś zaczynają się w Krakowie Światowe Dni Młodzieży: przyjadą setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć papieża Franciszka. Ale nie wszyscy w Polsce są do papieża przyjaźnie nastawieni. Dla niektórych jest on zbyt liberalny – przede wszystkim w stosunku do uchodźców i homoseksualistów.

W Krakowie wszystko jest już prawie zapięte na ostatni guzik. Na Rynku stoi Zegar Dni Młodzieży i odlicza godziny do rozpoczęcia uroczystości. Na polu, na którym papież Franciszek będzie odprawiał mszę, prowadzone są jeszcze intensywne prace, żeby wszystko było gotowe punktualnie. Mieszkańcy Krakowa, ludzie z całej Polski i ze świata pomagają, prawie każdy jest w jakimś stopniu zaangażowany.

“Cieszę się, że przyjeżdża. Lubię go i wysoko cenię to on robi. Jest taki otwrty i taki nezwykły. Całkiem inny niż jego poprzednicy. Jest skromny i kieruje się w życiu własnymi regułami.”

„Jasne, że jestem na Światowych Dniach Młodzieży, cieszę się na papieża. On jest po prostu fantastyczny! Ja jeszcze nigdy w życiu tak pozytywnie myślącego człowieka nie widziałem“, mówi Piotr, trzydziestoletni pracownik naukowy i praktykujący katolik. Ale on wie, że nie wszyscy Polacy mają takie samo zdanie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jest bardzo sceptycznych. Jedni uważają, że Franciszek rozwadnia katolickie doktryny, inni twierdzą, że dopuszcza do zniszczenia Europy przez islam. To tylko niektóre z zarzutów.

Na krakowskich ulicach wiszą flagi i małe portrety papieża. Ale na tych portretach widoczny jest Jan Paweł II. Mówi się, że to dlatego, że on był pierwszym organizatorem tych uroczystości, tak jakby założycielem. Ale może nie tylko dlatego.

Miłosierdzie idące za daleko

Ponad połowa Polaków uważa, że seks przedmałżeński jest w porządku, polscy katolicy akceptują też jego wyroumiałość dla osób rozwiedzionych. Ale nie mogą zaakceptować papieskiego miłosierdzia wobec uchodźców, ani jego tolerancji dla lesbijek i gejów.

Kwestionowanie słów papieża jest dla Polski czymś nowym, mówi ksiądz Tomasz Jaklewicz, zastępca redaktora naczelnego gazety „Gość Niedzielny“, który dodaje:

„W redakcji także sprzeczamy się na temat Franciszka. To papież, który wzbudza duże emocje. Jedni mówią, że on jest tym, na którego już długo czekali, inni się od niego dystansują. W Polsce wielu wierzących i księży jest zdezorientowanych. Oni nie wiedzą, w jakim kierunku papież kościół prowadzi“.

Oficjalnie papież ma pełne poparcie. Episkopat nawet wydał niedawno oficjalne oświadczenie, że katolicy w Polsce kochają papieża i są mu posłuszni. „Jeżeli musi być wydawane takie oświadczenie, to znaczy, że coś nie gra” – mówi Adam Szostkiewicz, publicysta, który już od trzydziestu lat obserwuje działania Kościoła katolickiego. „Stosunek Polaków do Franciszka jest schizofreniczny“, uważa Szostkiewicz.

Zbyt postępowy

Jego spontaniczność, otwartość i serdeczność, za które wielu Polaków go kocha, jest dla innych podstawą ataków, przede wszystkim w internecie. „Zdrajca“, „fałszywy prorok“, „lewak“ – takich określeń używają jego przeciwnicy.

Zdaniem księdza Jaklewicza, dla sporej grupy nie istnieje nic, co by papież dobrze robił. Najbardziej krytykowana jest postawa Franciszka wobec uchodźców, ale także jego postępowość. Może uda się te nieporozumienia i napięcia ułagodzić podczas spotkania w Krakowie. To będzie zależało do tego, jak otwarci będą Polacy i od tego, co on powie – mówi zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego“.

Inaczej widzi to Piotr: „Polscy katolicy powinni się wreszcie otworzyć dla przyszłości i pojąć, że polski Kościół nie jest pępkiem katolickiego świata. To było wspaniałe, że mieliśmy papieża Polaka, ale to minęło. Teraz mamy Franciszka i jeżeli jesteśmy katolikami, to powinniśmy iść za nim”.

Streszczenie: Marzanna Dyjak-Diederich dla strony DOK – Democracy is OK – jak napisał redaktor strony Bartek Hlebowicz, streszczenie zostało zrobione “po godzinach”: w metrze, w trolejbusie, w kolejce do sklepu, w deszczu, w przerwie na lunch i w ogóle.

Najserdeczniejsze podziękowania!!!!

Dodane 28 lipca. Wczoraj Papież przybył do Polski.

papiezwPolsce

Cygan, Jagiełło i Slaska patrzą na sztukę

Ewa Maria Slaska

Byłyśmy w muzeum. Umówiłyśmy się z Dorotą, weszłyśmy więc pod sam koniec muzealnego dnia pracy – bo z Dorotą tak się właśnie wszędzie chodzi – jeszcze nie jest całkiem za późno, ale zawsze na ostatnią chwilę, choć w tym wypadku ta chwila to była jednak prawie cała porządna godzina. Ostatnia godzina urzędowania, co potem jeden ze strażników dał nam porządnie odczuć. Miał wypisane nie tylko na niezadowolonej buźce, ale też na krzepkich ramionach i rozzłoszczonych plecach, że nie wiadomo na jaką cholerę baby w ogóle chodzą do muzeum, a na dodatek wtedy, gdy porządny człowiek chce iść do domu, one muszą jeszcze do toalety! No zgroza wielka!

20160713_173725_resized

To my trzy wyobrażając sobie herbatę w cudownych płaskich i przezroczystych filiżankach w Bröhan Museum na wystawie Francja przeciw Niemcom! Sprawdzam w sieci – nie jednak Niemcy przeciw Francji!

Art Deco kontra Jugendstil. Spór artystyczny rozpoczęty na przełomie wieków (tamtych, rzecz jasna) i ciągnący się aż do lat 30, kiedy to Le Corbusier, Francuz zresztą, połączył zwaśnionych i zawistnych o sławę konkurenta projektantów, wprowadzając na kilka dziesięcioleci unifikujący wszystko modernizm.

Ale oczywiście Niemcy przeciwko Francji to też nader aktualne nawiązanie do piłki nożnej. Odważne, bo wystawę otworzono w kwietniu, a więc na długo przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy, kiedy wcale jeszcze nie było pewne, że Francja i Niemcy w ogóle ze sobą zagrają, a już na pewno nie, że bój to będzie ostatni, o prawo do złota… No cóż, w końcu i tak obie strony go nie dostały…

Interesujące, powiedziała Dorota, jak zamysł badawczy pozwala tych niewiele rzeczy, które się posiada, tak poprzestawiać, żeby zrobić nową wystawę, nową reklamę i nowy marketing, jednym słowem Art Nouveau.

Tym niemniej i muzeum nie najgorzej nas zaskoczyło.

20160713_171818_resized

Przed chwilą spadło i przykleili gaferem, mówi Dorota, jutro przykleją porządnie. Nie, odpowiada Elżbieta, patrzcie… No, zaiste.

20160713_171102_resized_1

Biegamy od sali do sali, wszędzie kartki z cytatami z epoki przylepione niebieskim gaferem. Gaffer Tape. Blau. Ciekawe jak to się nazywa po polsku?

Dlaczego? Dlaczego? Jesteśmy we trzy, należy nam się potrójne zdumienie. Dlaczego?
Może, mówi Dorota, twórcy wystawy chcieli nam pokazać, że ten spór estetyczny trwa do dziś. Ale niemożliwe, oponuję, przecież chyba nie ma związku czasowego ani technologicznego między secesją a srebrną taśmą klejącą (to oficjalna polska nazwa). Choć czy ja wiem… może jakiś jest, bo jak potem sprawdzę to wprawdzie srebrną taśmę wymyślono podczas II wojny światowej, ale tę przezroczystą, biurową już w latach 30.  W Ameryce ta srebrna nazywała się duct tape.

W sieci znajduję stronkę, co można zrobić przy użyciu duckt tape. Na przykład… zdjęcie rentgenowskie. Znajduję też niezły cytat, który wprawdzie wcale nie pasuje do naszej wizyty w muzeum, ale co tam…

Duct tape – srebrna mocna taśma. W Polsce średnio znana, zaś w USA jest obiektem kultu. Jak powiedział Walt Kowalski (Clint Eastwood) w filmie “Gran Torino” do młodego chłopaka: “Weź te trzy rzeczy – trochę WD-40 (spray olejowy), kombinerki i rolkę srebrnej taśmy. Każdy porządny mężczyzna da radę tym naprawić większość usterek.”

Srebrna taśma klejąca skleiła kiedyś błotnik w pojeździe księżycowym, ale można też  zrobić sobie srebrne spodnie (a zatem i niebieskie, skoro istnieje niebieski duct tape):

Koniec zwiedzania. Wychodzimy w poczuciu totalnego nie-rozumienia świata. I przegranej własnych możliwości intelektualnych. Kto, po co i dlaczego na pięknej wystawie pełnej pięknych rzeczy poprzyklejał kartki niebieską duct tape?

Szukam w sieci. Owszem często pojawia się informacja, że kartki z cytatami  uzupełniają eksponaty i dopełniają narrację. Ale ani słowa o niebieskim gafferze.

000EineFrau

Eine Frau von Geschmack könnte sich schwerlich in dieser bedrückenden Atmosphäre aufhalten.

Kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem odnajdzie się w tej przygnębiającej atmosferze.

Słowa te napisał jeden z najbardziej znanych krytyków sztuki, Louis Vauxcelles, (Francuz rzecz jasna) o pracach z tzw. warsztatu monachijskiego wystawianych w paryskim Salonie Jesiennym w roku 1910. Ten cytat rzeczywiście oddaje sedno konfliktu estetycznego między Francją (piękno, indywidualny dobry smak, dekoratywność) a Niemcami (użytkowość, oszczędność, masowa produkcja przemysłowa).

No dobrze, nadzwyczaj ciekawe. Ale ta cholerna taśma. W końcu nie wytrzymuję i dzwonię do muzeum. Pan Kurator jest setnie ubawiony: i to panią w tej wystawie najbardziej zainteresowało? o tym zamierza pani pisać?

No tak, odpowiadam, jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć i rozumieć. Akceptuję swoją niemożność zrozumienia sensu operacji finansowych, ale w dziedzinach humanistycznych zazwyczaj jednak rozumiem, o co chodzi. A tu nie.

Może pani zauważyła, odpowiada poważnie Pan Kurator, że nie ustawialiśmy na wystawie mini wnętrz, nie chcieliśmy byście państwo zachwycali się estetyką przestrzeni. Widz powinien całą swą uwagę skierować na wystawiane obiekty. I ocenić je obiektywnie.

Obiektywne obiekty. OK.

Ach tak… Dziękuję. Informuję, że osiągnęliście państwo efekt odwrotny do zamierzonego. Obiekty przestały się liczyć. Jako kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem zrozumiałam, po co wam była ta cholerna taśma? Chyba jednak wylaliście dziecko razem z kąpielą…