18+50

Urodzinowe czytanie / Geburtstags Lesung

Zaczęło się od znalezionego na Facebooku wiersza Łukasza Szopy:

El Greco i głowy

Na wystawie Greka
zbliżyłem się tylko do ikony
i tryptyku.
Potem malałem i gubiłem się przed płótnami
jak u portali katedr i wieżowców.

Rozmowę
zacząłem dopiero z młodziutkim Janem Chrzcicielem
pytając bardziej o futro
niż o Marię i jej syna obok.

Z ciemnych płócien ostatniej sali
wybiegłem jak na spacer po mszy
do Włoskiego Renesansu.

I tu – mimo jasności,
w chaosie targowiska, – Jan Chrzciciel, Holofernes –
żadnej uwagi dla uwodzącego aktu Veronesa,
czy notującej naprzeciw blond Włoszki;
łapałem spojrzenia tylko uciętych głów
i tylko nadgarstki Salome i Judyty.


Pomyślałam, że piszą dla mnie, a też fotografują, rysują, filmują i śpiewają i mężczyźni, i kobiety, a ja, gdy wspólnie z Christine Ziegler organizuję blogowe czytania, to zapraszam niemal zawsze tylko kobiety. A tymczasem… Wtedy powstał taki właśnie pomysł:

Plakat Christine Ziegler/ Foto Maciej Soja


Lesung zum Geburtstag / Spotkanie autorskie z okazji urodzin. Były to dla mnie bardzo specjalne urodziny – 18+50, pół wieku od momentu uzyskania dorosłości:

50 + 18
18 + 50
50+
Die Mathematik des Lebens
Es wird sich nie und nie wiederholen,
so ein Tag im Leben
In meinem Leben
50 + 18
18 + 50
50+
Ich schaue in den Spiegel
und sehe meine Mutter
Sie war alt
Ich bin alt
Alt
50 + 18
18 + 50
50+
Vor 50 Jahren wurde ich erwachsen
Es war Sommer
Damals war es Sommer
Der Tag der heute Herbst ist
Sommer Sonne Meer Strand
50 + 18
18 + 50
50+
Abitur, Zulassungsprüfung
Kleiner Aufstand
Ziellos, Sinnlos Zeitlos
Nur so
Sand auf den nackten Füssen
50 + 18
18 + 50
50+
Erwachsen
Erwachsen aber nicht so schlimm
Immer noch nicht so schlimm
Immer noch Teenager
Immer noch tanzend
auf dem Strand
rauchend
Die Sternen fallen
Ist doch Sommer
50 + 18
18 + 50
50+
Jetzt ist es
Jetzt ist es genau
Jetzt ist es genau ein halbes Jahrhundert später
Jetzt bin ich sicher erwachsen
Jetzt ist es
Ein halbes Jahrhundert im Spiegel
50 + 18
18 + 50
50+
Nie im Leben hatte ich so einen Tag gehabt
Nie im Leben werde ich so einen Tag haben
Halbesjahrhundert erwachsen zu sein
Halbesjahrhundert
Halbesjahrhundert
50 + 18
18 + 50
50+


Kwiaty urodzinowe / Geburtstagsblumen

Kräuter und Pflanzen mit Mais (darunter duftende Salbei!)  / Zioła i kwiaty z kukurydzą (i pachnąca szałwia!)  – Ela Kargol (sie kochte auch polnische Kaltsuppe – chłodnik!!!)
Langstielige Feldrose in derselben Gebinde heisst Ave Maria (fast so wie Ava Maria also wie ich) / wetknięta w ten bukiet wysmukła róża polna nazywa się Ave Maria, a to już jak Ewa Maria – Zbigniew Milewicz
Astry jesienne / Herbstaster – Lidia Głuchowska
Blumenstrauss mit Orchidee / Bukiet z orchideą – Rada Osiedla Turzyn / Siedlungsrat Turzyn.

Und es war so / Było tak:

Sie kamen zum Mittag mit dem Bus aus Stettin auf dem Weg zu einer Schifffahrt. Ich wurde nach unten geholt. 44 Personen stiegen aus dem Bus, stellten sich auf der Strasse um mich herum und sangen Sto lat! Fantastische street-art/ Przyjechali koło południa autobusem  ze Szczecina, poprosili, żebym zeszła na dół, a wtedy 44 osoby wysiadły z autobusu, odśpiewały Sto lat! i wręczyły mi kwiaty. A potem wszyscy się dobry kwadrans całowaliśmy! Piękne widowisko uliczne!


Geburtstags Geschenke / Prezenty urodzinowe

 

Ania bereitete für den Blog besondere Geburtstag- und Herbstheaders (so heissen die Dinge, die man oben bei jedem Beitrag sieht) – specjalne urodzinowo-jesienne headery (tak się nazywają banerki we wpisach) przygotowała Ania

Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny przynieśli coś pysznego do jedzenia – było między innymi ptasie mleczko z Litwy i pianka jabłkowa w czekoladzie z Białorusi, kabanosy, torcik wedlowski, chłodnik, tarta cytrynowa, ciastka bezglutenowe, karczochy, oliwki, humus, truskawki…

Ach, ale ja wcale nie to chciałam tu napisać. Spróbuję jeszcze raz: Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny robią coś dla blogu, doliczyłam się trzech osób, które jak dotąd nic z blogiem nie miały wspólnego, no ale myślę, że jak nad tym popracować…


Dariusz Kacprzak przysłał tekst

Sándor Márai Księga ziół 1

„Gdy podróżujesz, nie staraj się wyczarować domu z hotelowego pokoju. Są tacy ludzie, którzy beznadziejnie zabierają w podróż tęsknoty i rekwizyty z własnego domu i najchętniej zabraliby z sobą kanarka, fotel na biegunach i album rodzinny, aby w hotelowym pokoju nie brakowało im liturgicznych symboli domowego ogniska. Ci ludzie są rozpieszczeni i dziecinni, wiecznie tęsknią za nianią i kołyską. Człowiek doświadczony oczekuje od podróży krótkotrwałych, świeżych, urlopowych wrażeń, czegoś dziko nieobliczalnego, zaskakującego rzeczywistość i nie zamierza szukać w hotelowym pokoju domowego ciepełka. Człowiek, który zna swoje serce, świat i naturę ludzkich spraw, we własnym domu żyje tak samo jak w hotelowym pokoju i nie napycha zbytecznymi, sentymentalnymi bądź marnymi rupieciami pomieszczenia, gdzie upływa jego doczesny żywot. Taki człowiek we własnym domu żyje tak samo jak w hotelu: bo czegóż trzeba do życia? Łóżka, stołu i krzesła. A ty jesteś podróżnikiem, przelotnym wędrowcem, nawet w swoim podnajmowanym mieszkaniu. Myśl o tym zawsze, ilekroć wyciągasz się w łóżku, w domu czy na obczyźnie: nadal musisz wstawać rano. Właściciel może Ci wymówić. A do tego nie trzeba – nigdy, nigdzie – ni kanarka, ni fotela na biegunach”

Księga ziół (Kräuterbuch) von Sándor Márai:

[nie znalazłem niemieckiego wydania Księgi ziół, zatem tłumaczenie nie jest cytatem z niemieckiej, to jest tylko więc tłumaczenie służące zrozumieniu niemieckich gości 18 urodzin Ewy M. S. – DK

Der Schenkende fand keine deutsche Übersetzung des Texts, machte sie also selbst als Geschenk zum 18. Geburtstag der Administratorin und ihrer Gäste; Brigitte von Ungern-Sternberg hat es höflicherweise sehr leicht hie und da korrigiert und auch während des Geburtstagsfests vorgetragen. Eine Apostrophierung an das Geburstagskind kommt von ihr]

von Sándor Márai aus einem Buch über Kräuter.

„Wenn du auf Reisen bist, versuche nicht aus einem Hotelzimmer ein Zuhause zu zaubern. Es gibt Menschen, die sinnlos hoffen, die Sehnsüchte und Requisiten aus ihrem Haus auf die Reise mitnehmen zu können, sie würden am liebsten ihren Kanarienvogel, den Schaukelstuhl oder das Familienalbum einpacken, damit es ihnen im Hotelzimmer nicht an weihevollen Requisiten ihres Zuhauses fehlt. Solche Menschen sind verwöhnt und kindisch, ständig vermissen sie ein Kindermädchen und ihre Wiege.

Ein Mensch von Welt erwartet von einer Ferienreise kurzweilige, frische Eindrücke, etwas wild Unberechenbares, die Realität Übersteigendes und er denkt nicht daran, im Hotelzimmer nach häuslicher Wärme zu suchen.  Ein solcher Mensch, der sein Herz, die Welt und die Natur menschlicher Verhältnisse kennt, lebt sogar in seinem eigenen Zuhause wie in einem Hotelzimmer und füllt nicht mit unnützem, sentimentalem oder billigem Gerümpel jene Räume, in denen er gerade sein vergängliches Dasein zubringt. Er lebt in seinen eigenen vier Wänden nicht anders wie in einem Hotel: Was braucht man schon zum Leben? Ein Bett, einen Tisch und einen Sessel.

Und auch du, Ewa, bist ein Reisender, ein vorüberziehender Wanderer, sogar in deiner gemieteten Wohnung. Denk immer daran, jedes Mal wenn du dich im Bett streckst zu Hause oder in der Fremde: du musst dich stets am Morgen vom Bett erheben. Der Vermieter kann dir kündigen. Dazu braucht es – niemals, nirgends – weder einen Kanarienvogel, noch einen Schaukelstuhl.”

1 S. Marai, Księga ziół (FÜVES KÖNYV), tłum. F. Netz, Warszawa 2008, s. 118–119


Ich bekam zwei Gedichte besonders zu diesem Tag geschrieben / dostałam dwa wiersze napisane specjalnie dla mnie na te urodziny:

Tomasz Fetzki

Grał wspaniale na czarnej gitarze i równie wspaniale śpiewał ubrany na czarno

Wiersz urodzinowy, z samych aluzyj
(miejmy nadzieję, że czytelnych)
utkany

Lakońska Królowo
Niech zwięzłe me słowo
Geburtstag dzisiejszy uświetni
Ci, co dziś wystąpią
Niech godnie zastąpią
Dźwięk cytry i lutni i fletni

Niech duch Twój hultajski
Tatarsko – hebrajski
Rozkwita, pulsuje i gore
Niech w Gdańsku przeraża
Niech w Visby rozważa
Niech Kreuzberg naznacza oporem

Dzień każdy świetlisty
Niech śmiech Ci perlisty
Przynosi; przenigdy zaś lament
Dzień każdy jak klejnot
Ametyst lub agat
A nawet – gwiaździsty dyjament!


Roman Brodowski


Z Australii od Lecha Milewskiego przyszedł film o Paderewskim. Oglądaliśmy go podczas imprezy urodzinowej, ale dobrego nigdy za dużo – obejrzyjmy go jeszcze raz:


Było dużo śpiewania – śpiewali / Es sangen: Tomasz Fetzki, Zbigniew Milewicz, Krzysztof Pukański, a fragment Wesela przy akompaniamencie czarnej gitary Tomka zaśpiewała tak zwana “cała sala”! (Po niemiecku czytała Dorota Cygan). Połączyliśmy się tym samym z “całą Polską”, która tego dnia czytała Wesele. Słuchaliśmy też muzyki, którą skomponował Michał Talma-Sutt.


Okazało się, że nie da się utrzymać pomysłu, by wystąpili sami panowie. Męskie teksty czytały Brigitte von Ungern-Sternberg i Dorota Cygan, a na zakończenie Jadwiga Bleichert przeczytała dwa piękne wiersze…

Pokochaliśmy tę ziemię…

Pokochaliśmy tę ziemię
i tak bardzo chcieliśmy uczynić naszą
tę słoneczną krainę,
pagóry czarnoziemne
jak fale niknące daleko
w kierunku Morza Czarnego.
Te rzeki w zielonych wąwozach,
Dniestru wysokie brzegi
i na południu Gorganów grzbiet.

Pokochaliśmy i chcieliśmy uczynić naszym
tęskne śpiewanie, koszule wyszywane,

krzyże rzeźbione i kafle żółto-brązowo-zielone,
wioski w sadkach wiśniowych
i cebule cerkiewek i barszcz.

Na próżno wszystko!
Ona, ta ziemia, wolała być swoja.
Niech więc będzie szczęśliwa
pod sztandarem, jak niebo nad łanem!
Niech szczęśliwe będą wioski
zanurzone w ogrodach,
niech rozkwitają słonecznikowe pola
i niech brzmi cerkiewny i kościelny dzwon
w tej krainie naszej tragicznej miłości
– niech będzie nam wybaczone,
że ciągle żywej.

Wspomnienie o uratowanych przez generała Andersa

Niepojęte, nieogarnione
Przestrzenie nieprzyjazne i puste.
Jak dotarła do nich ta wiadomość?
Rozsypanych w wielkiej pustaci,
Do chat, ziemianek, baraków…
Doili krowy, karmili cielęta, piłowali drzewa,
A tu jakby trąba anielska!
O Boże, Matko przenajświętsza,
Wysłuchane modły nasze!
Ktoś o nas pamięta i szykuje ratunek.
Wrócimy do domu, do swoich, do Polski!
(nic to, że Polska to aktualnie Generalna Gubernia,
Przecież teraz to już dobro na pewno zwycięży)
Ile łez musiało popłynąć,
Ile kolan zgiąć się od słabości nagłego wzruszenia,
Ile pocałowanych medalików, krzyżyków, obrazków
Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Łahiszyńskiej, Królowej Polesia.

Dla wielu było za późno,
Zbyt chorzy, słabi lub wcale ich już nie było.
Może niektórzy w ogóle się nie dowiedzieli?
Za daleko w lesie – statki zbawienia odpłynęły bez nich.
Lecz kto na nogach ustać może – do armii!
Niech zasypie wiatr cztery kąty nędzy – nie żal!
I tylko z grobów garstkę ziemi wziąć…

Jak oni dali radę, nie mieli nic
Dokąd mamy jechać? – to gdzieś na południu,
Kiedy odjedzie pociąg? – nie wiemy,
Kto da nam chleb na drogę i pić?
W łachmanach, chorzy, zagłodzeni- do armii!
Kobiety, dzieci – do armii!
Boże, gdzie żeś Ty widział taką armię?
Rąk do załamywania, włosów do rwania z głowy
– tego nie brakuje.
A tu trzeba wojsko sformować.

Ze wspomnień wieje stepowy bura̓n,
Ścina krew w żyłach i przejmuje mrozem.
Jaki ogrom cierpienia może wytrzymać człowiek,
Wie tylko ten, kto ogrom cierpienia wytrzymał.
Niech zaoszczędzone będzie to potomnym
Wyprowadzonych z domu niewoli
Przez Morze Kaspijskie nierozstąpione.

Uratowanych sto dwadzieścia tysięcy
I żal Generała, że nie zdołał więcej.

***
A gdy autorka czytała te dwa słowa “do armii”, to czytała tak, że dreszcze przechodziły!

Barataria (32) Leśmian (12) Sindbad (4)

Ewa Maria Slaska

Zapowiedź śmierci

Tym razem Sindbad dostał się na wyspę, bo akurat w pobliżu kolejnej wyspy zgraja Pił napadła okręt, którym płynął w nieznane, i

… sprawnie przepiłowała dno. Załoga przesłaniała dziury, jak i czym można było, ale walka była zbyt trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą. Zresztą doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

Na szczęście skacząc udało się załodze, a było na okręcie trzystu chłopa, dostać na ową wyspę, a tam, okazało się, mieszkał karłowaty lud wyglądem przypominający ni to czarne psy ni diabły.

W okamgnieniu roje karłów zakrzątnęły się wokół i natychmiast jedne z nich ustawiły przed nami stół, drugie — zydle, a reszta pobiegła do pobliskiej lepianki, z której wypadła gwarnie, niosąc dziwaczne kielichy i pokrętne butle. Zasiedliśmy do stołu w oczekiwaniu jadła i napoju. Karły podały nam kielichy i ze wstrętnym uśmiechem na twarzy napełniły zielonkawym trunkiem z pokrętnych butli. Trunek ten wydzielał woń tak gęstą, ponętną, upajającą i oszałamiającą, że kapitan i wszyscy marynarze z zachwytem wychylili do dna swe kielichy, zanim zdążyłem ich ostrzec. Byłem pewien, że trunek ten zawierał jakieś zioła senne, które odbierały przytomność i obezwładniały najzupełniej tych, co się nie oparli jego wonnym urokom. Toteż nie opróżniłem swego kielicha. I dobrze uczyniłem. Domysły moje sprawdziły się niebawem. Kapitan pierwszy, a po nim kolejno wszyscy marynarze nabrali dziwnych, obłędnych, nieprzytomnych wyrazów twarzy. A był to obłęd dziwny i nieprzytomność osobliwa, zaczęli bowiem mówić rzeczy tak niespodziane, że włosy dęba stanęły mi na głowie! Oto ni mniej, ni więcej, ale z wielkim znawstwem i amatorstwem jęli doradzać rozmaite przyprawy i sposoby smażenia, najbardziej odpowiadające gatunkowi ich ciał. Zauważyłem z przerażeniem, iż karły nasłuchują uważnie tego, co mówią owi nieprzytomni. Widocznie świadome były naszego języka, chociaż udawały, że nic nie rozumieją.
Kapitan, macając swe pulchne policzki i pomlaskując przy tym językiem, mówił na wpół do nas, na wpół do siebie:— Z takich policzków warto dwa befsztyki na świeżym masełku usmażyć. Z lekka po wierzchu obrzuciłbym je struganym chrzanem i otoczyłbym wieńcem z rumianych, tymże masłem przepojonych kartofelków. Na to jeden ze starych marynarzy, uderzając się po żylastych udach, zawołał:— Z takich udźców szynkę bym uwędził nie na zwykłym dymie, lecz na jałowcowym, gdyż ten ostatni dodaje osobliwego smaku, odsmaku i posmaku. Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia: — Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Sindbad uniknął pożarcia przez karły-łakomczuchy i oczywiście spotkał na owej karlej wyspie kolejną przepiękną księżniczkę. Piękna była lecz czarna, co jest oczywistym odwróceniem przez pana Leśmiana słynnego wersu Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami. Nigra sum sed formosa. Królewna, podobnie jak nasz bohater, nie wypiła trunku, uniknęła więc śmierci, ale jej ojciec zginął marnie. Przeżył życie jako król, opowiedziała dziewczyna, a umarł jako potrawka z kaparami w sosie śmietanowym. Wcale zresztą nie była naprawdę czarna, przeciwnie biała była jak alabaster, ale jeden z karłów przymusił ją do małżeństwa i pomalował na czarno, żeby go nie oślepiała.

— Jestem dość kochliwy — mówiłem dalej — i bardzo być może, iż pokocham ciebie, gdy poznam bliżej. Trudno mi teraz zapewnić tobie moją miłość, ponieważ czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić.
— Nie da się — szepnęła smutnie Armina,
— Czemu? — spytałem.
— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen.

Czyli, podobnie jak wszystkie inne królewny z bajek, tak i ta nosiła w sobie swe własne zniknięcie. Wszystkie one, nie tylko te, które spotykał Sindbad, nie istniały naprawdę, były ułudą, tak typową dla mieszkanek Baratarii.

Motyw pastuszka, który żeni się z królewną pojawia się w baśniach, mitach i legendach  założycielskich na całym świecie i jest oczywistą pozostałością matriarchatu. Nie pamiętam już, gdzie przeczytałam tezę, że gdy księżniczka ożeni się z pastuszkiem, podciągnie go na swój poziom i uczyni z niego króla, gdy jednak to król poszuka sobie prostej dziewczyny, zabawi się tylko i zostawi tam, gdzie była, najczęściej z dzieckiem… Zresztą co tam król, w końcu Faust też zabawia się, można by rzec, po królewsku, z Małgorzatą, po czym zostawia ją na pastwę Losu i nieubłaganego Prawa. Ciekawe, że paskudna historia uwiedzenia pobożnej dziewczyny i porzucenia jej z dzieckiem zyskała sobie miano Dzieła!

Wróćmy jednak do naszych baranów. Sindbad i Armina uciekają z wioski ludożerców i  docierają na brzeg wyspy, gdzie akurat przepływa okręt, który zabierze ich na pokład. Tam staje się, co się stać musiało, kapitan okrętu ma akurat przy sobie maść odbielającą (akurat to takie poręczne baśniowe słowo) no i…

Nie byłaż to jednak jedyna wyspa w tej opowieści. Okręt zawiózł bowiem Sindbada do wyspy króla Pawica, gdzie w życiu Sindbada pojawiła się kolejna kobieta nosząca w sobie zapowiedź śmierci. Miała na imię Kaskada i tym razem nie była to księżniczka, lecz zwykła mieszczka, tyle że bardzo ponętna, co jednak nie było zbyt dziwne, bo wszystkie kobiety na wyspie króla Pawica były nadzwyczaj ponętne. Kaskada miała przedziwny obyczaj, że lubiła wbiegać na skały i rzucać się z nich w dół, siłą rzeczy musiała więc nie tylko żyć w zgodzie z imieniem, ale też tak właśnie umrzeć. Niestety w królestwie króla Pawica mąż kobiety, która umarła, musiał zostać wraz z nią pogrzebany w skalnej jaskini. Biedny Sindbad nie wiedział o tym, gdy decydował się na ślub z Kaskadą.

Sindbad nie podaje się tak łatwo, korzystając z faktu, że jest przecież cudzoziemcem, pertraktuje z królem: Czy nie mógłby uzyskać — na przykład — przywilejów zwłoki, przewłoki lub odwłoki? Nie uzyskuje jednak żadnych specjalnych względów. Gdy Kaskada zabije się lecąc ze skały, Sindbad na własnym grzbiecie poniesie w góry szklaną trumnę ze zwłokami żony, a za nim wozy powiozą cały jego ruchomy dobytek. Spuszczą go na dno sztolni grobowej wraz z trumną, po czym zwalą mu na głowę wszystko, co posiadał, na zakończenie zaś obrzędu dadzą mu na drogę w zaświaty siedem bochnów chleba i siedem dzbanów wody.

Tak się grzebało kiedyś władców, a przedtem jeszcze  – władczynie, ze sługami i dobytkiem, a w królestwie króla Pawica królewski pogrzeb przysługuje każdej zmarłej kobiecie. Mąż jest ofiarowanym zmarłej sługą. W bajce nie ma mowy o tym, by w sytuacji odwrotnej postępowano podobnie i jak w Indiach wraz ze zmarłym mężem grzebano jego małżonkę. Nasuwa się tu jednak nieuchronnie myśl, że im mniej posiadasz, tym większą masz szansę, że uniesiesz cało głowę z samego obrządku pogrzebowego.

A jeśli czytelnik pomyśli sobie, że szkoda wrzucać do grobu wszystko, co zmarła posiadała, i że lepiej by było zostawić coś dla dzieci, powiem, że i to znane jest w kulturach świata, na przykład jako indiański potlach (potlacz) czyli przymusowa wymiana lub przymusowe rozdawanie dóbr. Potlacz był przymusową redystrybucją, wzmagał wydajność pracy, ale skłaniał też do zachowania umiaru w posiadaniu. Badacze podkreślają społeczne funkcje potlaczu jako środka wymuszającego wyrównanie szans. Na wyspach melanezyjskich podobny obrzęd nazywał się kula.

Dom do sprawiania obrzędów potlaczu, tzw. Wielki Dom Wawadit’la w Thunderbird Park, w British Columbia, wybudowany przez szefa potlaczów, rzeźbiarza i śpiewaka, Mungo Martina, zwanego Nakapenkem, w roku 1953.

Po kilku dniach błąkania się w podziemnym mieście pełnym szklanych trumien i wszelkiego ludzkiego dobytku, Sindbad trafia na szklaną trumnę stojącą w pustej niszy. Ciało pięknej zmarłej jest nienaruszone. Młoda kobieta trzyma w ręku lutnię. Na wieku trumny wyryty został napis: Rozbij szklaną trumnę uderzeniem pięści, a co ma się szczęścić, to ci się poszczęści.

To już trzecia kobieta w tej opowieści, i najbardziej ułudna z nich wszystkich. Nie zapowiada śmierci, bo wprawdzie jest, ale jej nie ma, nie umrze więc…

Uniosłem pięść do góry i z całych sił uderzyłem w szklaną trumnę. Rozpadła się z jękiem i dzwonieniem na drobne kawałki. W tej samej chwili postać kobiety jakby ocknęła się ze snu. Jedną dłonią przetarła oczy, a drugą zmacała lutnię, jakby chcąc się przekonać, czy jej nie zgubiła. Wreszcie, przyciskając lutnię do piersi, powstała i z wolna zeszła z głazu na ziemię. Wówczas wzrok jej padł na mnie.
— Tyś rozbił trumnę? — spytała głosem tak śpiewnym, że nie śmiałem na razie odpowiedzieć, wydało mi się bowiem, iż winienem w odpowiedzi zanucić jakąś pieśń cudowną. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, odrzekłem:
— Tak — rozbiłem twą trumnę, odczytawszy napis na głazie.
— Należę przecież do ciebie, bo przyrzekłam, iż poślubię człowieka, który rozbiję moją trumnę i przywróci życie memu ciału.
— Dawno temu umarłaś? — spytałem.
— Nie umierałam nigdy — odrzekła.
— Czy nigdy nie żyłaś na ziemi?
— Nie żyłam nigdy.
— Powiedz, kim jesteś?
— Nie jestem. Nie ma mnie wcale. Nie istnieję. Nie umiem istnieć. Umiem się tylko śnić tym, którzy są snu spragnieni. I oto teraz śnię się tobie. Śniłam się dawniej królowi Pawicowi, gdy był jeszcze młodzieńcem, lecz go tak męczył ów sen, że kazał mnie jakiemuś czarownikowi przyłapać na gorącym uczynku zjawiania się we śnie i — przyłapaną — zamknął w szklanej trumnie, którą spuszczono w podziemia i utwierdzono w niszy na tym oto głazie. Wówczas wyśniłam napis, któryś na głazie odczytał, a dość mi wyśnić cokolwiek, aby się to spełniło. Napis się spełnił. Obiecałam sobie w duchu poślubić tego, kto ów napis odczyta i trumnę rozbije, aby mnie znowu powołać do czynności sennych. Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się. Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna — dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia. (…)
— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.

Pozdrowienia z Baratarii…

Czytać kryminały

Ewa Maria Slaska

Mariusz Koperski. Zakopane.

Zacznijmy od realiów. Komisarz Tomasz Karpiel, góral, przystojny (orli nos!), młody, sprawny, bystry, odważny… Ewidentnie po jasnej stronie mocy. Wystarczy? Gdzie tam! Bo jeszcze gra na skrzypcach. Dawniej grał na tych skrzypcach w kapeli góralskiej, z dziadkiem grał, starym i krzepkim, prawdziwym Sabałą. Na skrzypcach grał, nie na gęślach, wy cepry zatracone, gęśle to słowo, którego może użyć tylko góral, nam wara, nam, tym z nizin, muszą starczyć skrzypce albo inne viole.

Gorzej, bo oprócz Karpiela jest jeszcze jego szef, niejaki Hermann, który jest dziki, niedostosowany, szybki, ma w… no, w nosie, przełożonych i układy, jest oczytany jak profesor literatury i to taki prawdziwy profesor, a nie dzisiejsze byle co (czyta nawet Prousta!), a na dodatek jest jeszcze maniakiem dobrego kina. Ten Hermann jest dla nas wszystkich sprawdzianem i to nie tylko tam, gdzie wprost zadaje pytanie, czy znamy ten czy ów cytat, wątek, bohatera? Bo, jak nie przymierzając Tarantino, zadaje też pytania w stylu postmodernistycznym, czyli wcale nie wiesz, że zadał ci pytanie, nie rozpoznajesz cytatu i wychodzisz na głupka.

Umówmy się: jeśli tu, na tym blogu, piszę o kryminałach, to są to kryminały znakomite. Moi czytelnicy wiedzą, że czytuję opowieści Roberta van Gülika o Sędzim Di, pewnie rzadziej, ale też znajdą we wpisach wzmianki o Alistairze Macleanie lub Raymondzie Chandlerze, raz czy drugi pojawił się wspaniały Mankell, no i oczywiście Agata Christie, którą miłuję uczuciem wielkim, bo żona archeologa, która sama jeździła na wykopaliska (a ja w końcu archeolożką jestem), bo kobieta i bo to na jej książkach uczyłam się angielskiego. Zapomniałam o kimś? Ach oczywiście, nasza berlińska pisarka Magdalena Parys i jej osadzone w Berlinie powieści sensacyjne Tunel i Magik, oraz Katarzyna Krenz i Julita Bielak – dwie Polki z Gdańska (jedna z nich jest moją siostrą), które napisały polski kryminał w duchu iście skandynawskim umiejscowiony w Niemczech: Księżyc myśliwych. Jak się więc bliżej przyjrzę, to jednak całkiem sporo nazbierałam tych autorów, których czytam, których warto czytać… Teraz do tej grupy doszedł Mariusz Koperski.

Bo oto, oznajmiam, nastał nam w Polsce nasz własny Chandler! I problem z nim jest jeno taki, że wydał dotychczas tylko dwie powieści, czyli nie wiadomo, co my biedactwa będziemy teraz czytać? Z Sędzią Di (czternaście tomów) radzę sobie w ten sposób, że czytam, a potem niecierpliwie czekam, aż zapomnę. Nie całkiem, ale na tyle, żebym nie pamiętała już wszystkich sposobów, jakimi Sędzia rozwiązuje kolejną zagadkę. Wiem, że podobnie postępują inni wyznawcy kultu Wielkiego Chińczyka.

Rzecz w tym, że dwie książki to stanowczo za mało na kult. Gra o tron ma już siedem sezonów czyli prawie 70 odcinków, Terry Pratchett stworzył ponad 40 tomów o świecie dysku, samych powieści o trzech wiedźmach z Lancre napisał sześć… OMB, co czytelnik spragniony pożywki kultowej może zrobić z dwoma powieściami i to takimi, które się połknie za jednym zamachem?

Recenzent Maciej Pinkwart napisał nawet fajne zdanie na ten temat:

Do czytania książki Mariusza Koperskiego Po własnych śladach warto zabrać się wczesnym popołudniem. Gdy przystąpimy do tego wieczorem – czeka nas zarwana noc.

Tak kończy się ta recenzja. Niestety zaczyna się zdaniem (parafrazą z Roberta Schumanna): Panowie, czapki z głów! Oto geniusz! Słowo “niestety”, którego tu używam, nie odnosi się ani do Mariusza Koperskiego ani do Macieja Pinkwarta, tylko, niestety, do mnie samej. Bo niestety Pinkwart mnie ubiegł, jego recenzja już się ukazała, a tu ja biegnę truchtem i popiskuję cichutko, że to ja, to ja byłam pierwsza. To ja porównałam Koperskiego do Chandlera i obwieściłam, że to geniusz!

A tu figa z makiem.

Chyba ze smutku podam przepis, zwłaszcza, że akurat nadchodzi czas pysznych świeżych fig:

  • 4 duże świeże figi
  • 100 g maku
  • 150 ml mleka
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • garść rodzynek
  • łyżka masła

Dokładnie wypłukany mak zagotować w mleku. Gotować aż do wyparowania płynu. Ostudzić, zmielić trzykrotnie. Do masy makowej dodać żółtka, mąkę i roztopione masło. Białka ubić z cukrem na sztywną pianę i delikatnie połączyć z makiem. Dopiero teraz dodać rodzynki. Kokilki wysmarować tłuszczem i napełnić do połowy ciastem. W każdą włóżyć nacięte na krzyż figi, piec 40 minut w nagrzanym piekarniku (170 stopni).

Barataria (31) Leśmian (10) Sindbad (3)

Ewa Maria Slaska

I tę przygodę Sindbada świetnie pamiętam z dzieciństwa. Czytałam tę książkę w najstarszym chyba wydaniu powojennym, z czarno-białymi ilustracjami Szancera. Niestety nie mam jej i w sieci też jej nie ma, w każdym razie na pewno nie ma ilustracji z Górą Magnetyczną.


Przygoda piąta. Diabeł Morski udaje człowieka i zachęca Sindbada do kolejnej podróży. My jednak jesteśmy dopiero przy przygodzie trzeciej:

Góra Magnetyczna

— Baczność! — zawołał kapitan głosem, pełnym rozpaczy. — Widzę z dala czarną plamę, która jest na pewno — Górą Magnetyczną!
Ta sama śmiertelna bladość powlekła natychmiast oblicza wszystkich marynarzy. Nie rozumiałem na razie, ale przekonałem się wkrótce, czym grozi okrętowi najmniejsze zbliżenie się do Góry Magnetycznej. Góra owa ma szatańską własność przyciągania wszelkich przedmiotów metalowych. Nie tylko kotwica, kufry żelazne, noże, łyżki i inne sprzęty, ale nawet gwoździe, którymi zbite są deski okrętowe, wyskakują same ze swych miejsc i odlatują ku owej Górze, aby zwiększyć jeszcze jej objętość. Nadaremnie marynarze starali się skierować okręt w stronę przeciwną. Wicher gnał go wprost ku Górze Magnetycznej. Po chwili dziwaczne i straszliwe działanie na odległość owej Góry dało się odczuć na okręcie. Luneta wyrwała się z rąk kapitana i w ciągu jednej chwili, znikła mu sprzed oczu. Natychmiast i ja, i wszyscy marynarze, i sam kapitan — uczuliśmy szybkie i nerwowe odrywanie się guzików od naszej odzieży. Całe powietrze napełniło się tysiącem metalowych guzików, które, jak chmara drobnych owadów, pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Pozostaliśmy bez guzików. Ubranie dolne opadło z nas nagle, obnażając nogi, dygocące od strachu. Wszakże nogi kapitana tkwiły mocno i mężnie na przodzie okrętu. Lecz oto — niestety — gwoździe z desek okrętowych zaczęły wyskakiwać ze rdzawym hałasem i odlatywały niezwłocznie ku straszliwej Górze, której wierzchołek już wyraźnie ukazał się naszym oczom. Okręt, pozbawiony gwoździ, zaczął się z wolna rozpadać. Woda przeniknęła do jego wnętrza. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do Góry Magnetycznej. Rondle, noże, widelce i łyżki z kuchni okrętowej, dzwoniąc i pobrzękując, uniosły się w powietrze i z kotwicą na czele pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Dziwno mi było i nieswojo, gdy patrzyłem na owe zgoła niezgodne z codziennym ładem — odloty rozmaitego żelastwa, które ptasim obyczajem unosiło się w powietrze. Jeszcze dziwniej i jeszcze bardziej nieswojo czułem się wówczas, gdy w chwili uciszenia wichrów i nagłej pogody, stwierdziłem, iż ostatnia obręcz żelazna, która jako tako trzymała w zespole nasz okręt, zerwała się zeń ku górze, pozwalając mu rozsypać się na drobne części. Zanim to się jednak stało i zanim okręt z całą załogą poszedł na dno, zdążyłem jeszcze spostrzec, iż kocioł, w którym zazwyczaj zupy warzono, wtoczył się sam na schody i podskakując biegł po schodach na pokład. Miałem tyle przytomności umysłu, że do tego kotła wskoczyłem. Kocioł natychmiast wraz ze mną wzbił się w powietrze i pofrunął ku Górze Magnetycznej. Po drodze spotkałem w powietrzu tu i owdzie całe roje spóźnionych rondli, widelców i dukatów. Wszystko to leciało na oślep i na wyścigi ku Górze Magnetycznej. Siedząc wygodnie we wnętrzu kotła, wychyliłem nieco głowę i spojrzałem w stronę naszego okrętu. Atoli nie było po nim ani znaku. Zatonął wraz z całą załogą. Jeno od czasu do czasu wyfruwał jeszcze z wody zgoła spóźniony scyzoryk, guzik lub dukat z kieszeni zapewne samego kapitana, który w tej chwili leżał martwy na dnie morskim. Wreszcie — na ostatku — wyfrunęły z morza ogromne okulary, które widziałem na nosie kucharza okrętowego. Po czym wszystko ucichło.

Jak się domyślamy, góra znajdowała się na wyspie, porośniętej jeno pokrzywą, co mi jako żywo przypomina kolejną moją wyspiarską przygodę – wykopaliska na wyspie  Komorowskiej na jeziorze Bytyńskim w Wielkopolsce. Był upał niemiłosierny, wyspę porastały tylko ogromne pokrzywy, a szef był dobrym archeologiem ale marnym szefem, czyli nie umiał nas zachęcić do zainteresowania się tym, co robimy. Kopaliśmy faktorię rzymską ulokowaną na wyspie, bo wyspa zapewniała większe bezpieczeństwo nagromadzonym tam skarbom – ozdobom i sztyletom z żelaza oraz bursztynom. Kopaliśmy w upale, bzyku gzów i zapachu pokrzyw i nudziliśmy się jak psy… Nikt z nas nie zdołał się zapalić do myśli, że kopiemy świetną rzecz w świetnym miejscu, które dziś zostało zakwalifikowane do kategorii “Polska niezwykła”:

Komorowo. Jezioro na Szlaku Bursztynowym.
Na wysuniętej najbardziej na północ Wyspie Komorowskiej archeolodzy znaleźli ślady osadnictwa mezolitycznego. We wczesnej epoce żelaza istniał tam ważny gród ludności kultury łużyckiej, podobny do słynnej osady w Biskupinie. Otaczał go szeroki owalny wał o drewnianej konstrukcji skrzyniowej. W obrębie grodu znaleziono ponad 900 grudek bursztynu, dlatego nadano mu nazwę “faktoria na szlaku bursztynowym”. Liczne znaleziska archeologiczne świadczą, że wyspa była zamieszkiwana jeszcze w X-XII w.

Około 30 km na zachód od Poznania znajduje się rezerwat ornitologiczny „Wyspy na Jeziorze Bytyńskim”. Utworzony został w 1980 roku i zajmuje powierzchnię około 30 ha. Obejmuje on sześć wysp, wraz z roślinnością szuwarową porastającą ich brzegi. Powierzchnia całego jeziora wynosi około 308 ha.

A my? my czekaliśmy aż będzie wreszcie godzina 16, powiosłujemy do brzegu, schowamy się w cieniu i będziemy spać lub pić piwo, a potem, jak się obudzimy, będziemy myć, suszyć i opisywać to, co tego dnia znaleźliśmy. Nuda, nuda, nuda. Romantyzmem archeologii można mącić w głowie młodym pannom i starszym paniom, ale na co dzień życie archeologa to gzy i pokrzywy. Na wyspie Komorowskiej trwało to miesiąc.

Sindbad natomiast nie zabawił długo na swej pełnej pokrzyw wyspie, bo już wieczorem zgodnie z zaleceniami, jakie przekazała mu w liściku “płomienna Sermina”, stanął na brzegu i zawołał: Bywajcie, bywajcie!, na co otoczył go rój srebrnych ludzików, szewczyków i krwaczyków, którzy go odpowiednio wystroili na spotkanie z księżniczką Serminą. Zaczym, opowiadał potem Sindbad,

…zjawił się przede mną rydwan ognisty, zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Wsiadłem do rydwanu i po chwili rumaki ogniste uniosły mnie w powietrze. Słyszałem jedynie szum ognistych kół i parskanie ognistych rumaków, którym ze ślepi i z nozdrzy sypały się nieustanne skry. Zdawało mi się, że ogarnął mnie jakiś pożar zaklęty, w którym za chwilę spłonę na popiół. Nie spłonąłem wszakże. Przeciwnie — ogień, z którego utkany był rydwan oraz czwórka rumaków, — wywiewał z siebie łagodną a pełną różanej woni ochłodę.

Sermina mieszkała zapewne na jakiejś zupełnie innej wyspie, w podziemnym pałacu, do którego naszego kochasia doprowadził jej śpiew:

W podziemiach śnię i marzę,
W ustach mam roje słów.
Podziemne korytarze
Pełne są moich snów.
Dość mi rozkazać snowi:
Śnij mi się tak a tak!
A sen się już różowi,
Podając złoty znak.
Jam tu — z mym snem i losem,
Najpłomienniejsza z dziew!
Idź w ślad za moim głosem,
Dla ciebie nucę śpiew!

Tak Sindbad dotarł do drzwi ukrytych pod krzewem różanym. Zgodnie z instrukcją Serminy zerwał jedną różę i ową różą prowadził po drzwiach tak, jakby pisał — litera po literze — jej imię, a drzwi niezwłocznie się rozwarły. Ujrzał pod nimi schody marmurowe i po tych schodach zszedł do podziemi, gdzie czekała już na niego, bo już od dawna przeznaczyła mu tysiąc pierwszych uderzeń swego serca.

Była oczywiście piękna i była królewną. W bajkach tak już jest. Nawet na wyspach pełnych pokrzyw mieszkają piękne królewny.

Musisz najpierw wysłuchać mojej krótkiej opowieści, która ci wytłumaczy wiele tajemniczych rzeczy. Jestem córką króla tej wyspy, na której znajduje się Góra Magnetyczna. Mała to wysepka, ale dziesięć lat temu istniało na niej cudowne i bogate miasto. Ludność tego miasta składała się z samych poetów, prócz jednego tylko człowieka, który się nazywał Ktokolwiek i który poetą nie był. Ów Ktokolwiek dzięki swemu sprytowi i pomimo wrodzonej głupoty zawładnął wkrótce całym miastem. Wszyscy bowiem uwierzyli w jego wyższość i uważali go za geniusza. Sam król powierzył mu rządy miasta. Ktokolwiek zaczął rządzić. Pod wpływem jego rządów kwiaty, drzewa, pałace i cała ludność — słowem wszystko tak doszczętnie zszarzało, iż szarość owa przyprawiła o melancholię i króla, i jego poddanych. Poeci zaczęli z wolna wymierać i po pewnym czasie wymarli wszyscy co do jednego, zbudowawszy uprzednio pomnik owemu Komukolwiek. Umarł wreszcie król. Zostałam tylko ja i Ktokolwiek oraz jego pomnik. Ktokolwiek chciał mnie pojąć za żonę. Wolałam jednak umrzeć, niż zostać jego żoną. Ponieważ znałam sztukę czarnoksięską, przeto rzuciłam na niego czary śmierci. Ktokolwiek umarł. Byłam sama jedna na wyspie. Pewnego dnia ujrzał mnie przelatujący przypadkowo nad naszym miastem czarodziej Murumadarkos. Upodobał mnie sobie, porwał mnie w objęcia i uniósł do tego właśnie podziemia. Pod wpływem jego czarów, muszę przebywać w tym podziemiu wraz z moim ulubionym białym kotem, któremu przeznaczyłam pięćset uderzeń mego serca.

Murumadarkos odwiedza mnie tylko co trzy lata i wówczas bierze mnie zazwyczaj ze sobą na spacer — po powietrzu, gdyż przepadam za takimi napowietrznymi spacerami. Wczoraj właśnie był dzień jego odwiedzin. Odbyłam już z nim ów spacer napowietrzny, podczas którego ujrzałam ciebie na brzegu wyspy. Znów mam trzy lata zupełnego spokoju. Nie mogę powiedzieć, abym nie lubiła Murumadarkosa. Przeznaczyłam dlań trzy uderzenia mego serca. Jest on wszakże zawzięty, potężny i straszny. Zabiłby każdego, kogokolwiek zastałby w podziemiach. Nikomu bowiem nie wolno zwiedzać tych podziemi. Możesz tu jednak z całym spokojem na trzy lata zamieszkać. Strzeż się jeno tego lustra, które stoi w kącie pokoju, naprzeciwko mego łoża, oraz tego łuku, który wisi w przeciwległym kącie pokoju. Gdybyś strzałą z owego łuku wypuszczoną ugodził w owo lustro — Murumadarkos natychmiast zjawiłby się w podziemiach. Ów łuk i lustro zostawił umyślnie w mym pokoju, abym go mogła przywołać w razie jakiejś nagłej potrzeby lub katastrofy.

Tak jest, wiemy już, co się stanie i wiemy, że, przebóg, ale nie może się stać inaczej. W pałacu było mnóstwo cudownych komnat i ogrodów, gdzie rosły podziemne drzewa, kwitły podziemne kwiaty i śpiewały podziemne ptaki. Jak u Konwickiego – Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Właśnie czytam tę książkę, a wsiąka ona wieloma kanałami w inne moje lektury (jeszcze o tym napiszę), nic więc dziwnego, że połączyła się z opowieściami o Sindbadzie.

Sindbad i Sermina zamieszkali w pałacu, ale przepędzili tam wspólnie zaledwie pięć dni (na Baratarii nie przebywa się wszak dłużej). Piątego wieczora do sypialni królewny zakradł się ohydny szczur i waleczny Sindbad porwał łuk i… ach nie, nie uwierzycie jak po stokroć typowe dla Baratarii jest zakończenie tej bajki. Czy pamiętacie opowieść o pięknej Helenie i walce Menelaosa z Proteuszem Wiecznym Zmiennikiem? Oto kolejna wersja tych zmagań z krainy ułudy:

Strzała z łuku trafiła w lustro, przywołując czarownika. Rozzłoszczony mąż zmienił się w olbrzymiego psa…

Pies rozwarł paszczę i chciał się już rzucić na mnie, gdy Sermina przedzierzgnęła się w wilka. Wilk rzucił się na psa i rozpoczęła się wściekła walka. Podczas tej walki pies nagle przeobraził się w tygrysa. Wówczas wilk przemienił się we lwa. Tygrys stał się nagle — żółtym z zazdrości i złości płomieniem. Z niepokojem spojrzałem na lwa, czekając, w co się teraz odmieni. Lew po krótkim namyśle rozwichrzył się w cudowny, purpurowy płomień. Przypomniałem sobie wówczas, iż Sermina słynęła jako płomienna. Dwa te płomienie — żółty i purpurowy — wichrząc się i powiewając jęzorami, splotły się i zgmatwały wzajem ze sobą. Długo trwała walka płomieni. To żółty, to purpurowy unosił się wzwyż, panując nad przeciwnikiem. Mocowały się ze sobą — wijąc się kłębami po ziemi, polatując ku sklepieniu, prześlizgując się po ścianach, paląc po drodze kotary i makaty. Wreszcie znieruchomiały obydwa i zwarły się w jeden ognisty, żółto-purpurowy zamęt. Znać było iż tężą się i zmagają w walce ostatecznej. Zaparłem dech i z zamarłem w piersi sercem śledziłem skutki walki, od której zależało życie moje i Serminy. Nagle płomień żółty zachwiał się, syknął, zadymił i zaczął z wolna wątleć, przygasać, szarzeć, aż w końcu, zamieniony w popiół, opadł na ziemię. Sermina zwyciężyła! W kształcie purpurowego płomienia zbliżyła się do mnie i owiała moją twarz wonnym, czarownym, upojnym żarem. Wyciągnąłem dłonie i pogrążyłem je w purpurowym płomieniu. Nie spaliły się, jeno zadrgały, przejęte wnikliwą spiekotą podobną do spiekoty wiosennego południa. Rozchyliłem wargi i zacząłem wdychać wonny żar, który wywiewał się z płomienia. Spijałem też żar purpurowy chciwie i radośnie, gdyż przelewał mi się do piersi i uderzał do głowy jako wino.
— Sermino! — szepnąłem — tyżeś to jest — taka płomienna?
— Jam jest — odrzekła
— Co się dzieje z tobą? Odpowiedz, bo nie widzę twej postaci?
— Płonę — szepnęła Sermina. (…)
— O, jeżeli możesz, przywróć sobie dawną postać, bo oczy moje stęskniły się do twego widoku!
W tej chwili purpurowy płomień zawichrzył się, rozwiał i na jego miejscu zjawiła się dawna Sermina, ale jakże zmieniona, jakże blada, jakże dziwnie smutna i zadumana!
— Zwyciężyłam Murumadarkosa, spalając go w popiół marny i nikczemny, ale nie wolno zwyciężać — bezkarnie! Przybrałam na się postać płomienia, ale nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! Wiedziałam o tym, co mnie czeka, ale nie mogłam uniknąć przeznaczenia! Gdy Murumadarkos zamienił się w płomień musiałam gwoli zwycięstwu przeciwstawić się mu w równie płomiennej postaci. Patrz na mnie, póki jeszcze trwam na ziemi, gdyż oto zbliża się chwila mojej śmierci. Zwyciężając Murumadarkosa — wyratowałam ciebie. Ratując ciebie — musiałam sama siebie unicestwić. Płonę, płonę nadal, płonę beznadziejnie!

Tu przynajmniej bez trudu odczytujemy cztery prawdy, o których pouczać nas ma każda leśmianowska opowieść o Sindbadzie.

Nie wolno zwyciężać — bezkarnie! nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! I nie możemy uniknąć przeznaczenia!

Ze świata podręcznych 5

Zosia pisze:

Ewo,

właśnie mija rok od pierwszej wizyty u prawnika, gdy wraz z synem podjęliśmy decyzję o wszczęciu eksmisji, aby tym samym doprowadzić do przerwania przemocowego łańcucha w moim rodzinnym domu. W pewien sposób moje dzieci wychowały się w bliskim kontakcie z patologią, która przez te wszystkie lata rozwijała się za sprawą bratanka w domu ich dziadków. Wyroki wydawane w tzw. zawiasach (czyli w zawieszeniu) umacniały bratanka w bezkarności, a moją matkę po śmierci ojca zupełnie uzależniły od przemocy. Podlega stałemu praniu mózgu – z taką sytuacją mam dziś do czynienie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że moja matka ma zaburzenia psychiczne i jest to wielki problem, gdyż podobnie jak bratanek przejawia wobec mnie i moich synów agresję. Takie sytuacje bardzo często się zdarzały w okresie, gdy był on więzieniu, uważam, że była przez niego telefonicznie moderowana. Matka od lat odmawia przeniesienia się do mnie czy dokądkolwiek. Postanowiła nie wychodzić z domu, dziś faktycznie ma z tym problem, porusza się jedynie po mieszkaniu, lata płyną.

Zdjęcie zrobione w letnią niedzielę o godzinie 15.30

Obecnie do wszystkich problemów dochodzi sprawa badań, koniecznych wizyt u psychologa i psychiatry, gdyż zachowanie mojej matki jest groźne dla niej samej. Pranie mózgu, o którym pisze NIEBIESKA LINIA, dokładnie, na 100% tak, funkcjonuje w moim rodzinnym domu. Jak zrobić badanie, gdy matka odmawia? – to jest bardzo trudne. Mimo skierowania na badanie w Olsztynie, umówionej wizyty na rozmowę i badania, na które w naszym systemie czeka się kilka miesięcy, matka odmawia opuszczenia domu i jak dotąd nie udało mi się przewieźć jej na badanie. Mamy specjalistów na miejscu, ale matka także odmawiała badań, jej stan się pogarsza, zmniejsza się sprawność fizyczna, pogłębiają się dolegliwości z owrzodzeniem podudzi. Matka była zesłana na roboty przymusowe, ma za sobą zsyłkę przez władze sowieckie, miała odmrożone nogi. Brak stabilności emocjonalnej i zależność matki od patologii, a może nawet dewiacji jej wnuka, a mojego bratanka, powoduje, że jestem często bezradna, widząc to co dzieje się od lat w moim domu.

Nawet, gdy następuje eskalacja przemocy wobec mojej matki, zdarza się, że ona sama  zaprzecza temu, co oczywiście jeszcze bardziej ośmiela sprawcę. To człowiek wyedukowany w środowisku więzienia, wspierany przez matkę prawniczkę, umacnia się w przekonaniu, że ma prawo do swobodnego zachowania się w moim domu, a nawet zaczyna mu się wydawać, że moje mieszkanie jest jego własnością. Teraz wiąc i ja jestem bezpośrednio poddana jego przemocy, napastowana przez bratanka, który, jak wiesz, urósł w siłę.

Ewa, zatem podjęliśmy się zdecydowanych działań.

Wiedzę, jak działać, zdobywam poprzez smutne doświadczenie. System razem z ustawą sankcjonuje wszelkie patologie, jakie występują na linii przemoc domowa w rodzinie. Jak mamy się bronić, jeśli policja nie stoi na straży prawa, nie broni i w sytuacji przemocy fizycznej pobłaża sprawcy, lekceważąc ofiarę. Komendant KPP nie widzi tu uchybień. Ewa, to jest świat nienormalnych wartości, odwróconego prawa, wszystko jest do góry nogami. Rada pana dzielnicowego – policjanta w KPP – brzmi: “dobrze będzie, jak z nimi zamieszkam, tzn. z bratankiem i moją matką, wtedy będę mogła swobodnie wypełnić wszystkie obowiązki opieki i dopilnować, aby nie działa się przemoc w stosunku do mojej matki”.

Co mogę powiedzieć? Że nie miałam bladego pojęcie, że system działa odwrotnie, że wszyscy tłumaczą sprawcę przemocy, udzielają mu rad, otrzymuje pomoc psychologa, rozmawia się z nim i prosi, by 40-letni facet był grzeczny i starał się babci pomagać. O tym już też tu pisałyśmy: “ofiar nikt nie lubi”.

Oddzielny rozdział tej historii stanowią obecnie toczące się sprawy sadowe, które rozpoczęliśmy rok temu, ale nadal, dziś nie mam pewności, jaki będzie efekt procesów eksmisyjnych.

 4 września odbędzie się ostania rozprawa. W trakcie minionych trzech rozpraw odbyły się liczne przesłuchania świadków, moich oraz pozwanego, wypowiadał się adwokat mojego bratanka (sprawca otrzymał opiekę prawną bezpłatnie z urzędu!), wypowiadała się też  sędzina, przesłuchano moją matkę jako świadka mojego bratanka. Szczególny sprzeciw budzi we mnie fakt, że adwokat bratanka nagrywał zeznania mojej matki, a podważano wartość moich nagrań, jakich dokonałam podczas sporów z bratankiem. Podkreślę też, że w sądzie w M. nie nagrywa się wypowiedzi i zeznań na sali rozpraw. Sędzia dyktuje do protokołu to, co sam uzna za ważne. To jest przerażająca polska rzeczywistość sądowa – a przecież żyję w Polsce i innej rzeczywistości prawnej nie znam.

Ewa,

wszystko to pochłania ogrom czasu i energii, niszczy aktywność życiową, a efekt działań, mimo że się nie poddaję, jest znikomy, sukcesy są trudne do osiągnięcia, a mój syn już wie, że to co jest proste w naszym odczuciu prawa i oczekiwanej sprawiedliwości, jest bardzo względne w sądach. Już  się nie dziwimy, ja i moi synowie, że przemoc pozostaję cicha w czterech ścianach.

Przepraszam, że napiszę mocne słowa.

Jak to jest, że sprawcy wolno mnie szarpać, wyrzucać z mojego domu, mówić: “pizdo jebana, kurwo jebana, suko, chuju pierdolony, suko nie wyruchana, pedały jebane, ścierwo, kurwo, ja was zajebię, jeb się, pierdol się, ni chuja, hitlerowska suko” i nie podlega to karze? Niektóre z tych wyzwisk, naśladując sprawcę, wypowiada pod moim adresem moja matka. Jak to się stało, że zwichrowany umysł mojej matki ujrzał w moim bratanku a jej wnuku,  opiekuna?

Napisałaś na początku tego cyklu, co ci powiedziała policja niemiecka: NASZE BEZPIECZEŃSTWO TO NASZA SPRAWA.

TAK, ZDECYDOWANIE 😦

Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner  

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.

Barataria (29) pana Leśmianowa

Wstęp czyli rokowania doroczne. Wyspiarski cykl Barataria zajął już nam ponad pół roku, a i Leśmian, którego rok się w tym roku jubileuszowo zauroczył, kilkakrotnie już w tym roku wkroczył tu krokiem raczym, przyszło więc, co przyjść musiało, by się tematy oba nadobnie w złoty warkocz sezamowy splotły, Sindbada wędrówkę w poszukiwaniu wysp, skarbów i księżniczek przypominając…

I tak dalej…

Cykl baśni o Sindbadzie żerglarzu składa się z siedmiu opowieści i opowieści wstępnej, a jego motywem są, jak pamiętamy (ale czy aby pamiętamy?), intrygi Diabła Morskiego, który zaczarowanymi listami wywodzi Sindbada z domu, prowadzi na statek i każe mu się włóczyć po morzach, gdzie czekają go niezwykłe przygody. Z każdej Sindbad uchodzi cało, mimo iż list Diabła Morskiego przynosi pecha i jemu, i jego towarzyszom, wraca do domu, gdzie czeka na niego stęskniony wuj Tarabuk, poeta płodny acz mało natchniony czyli po prostu grafoman. Dodajmy jeszcze, że pojęcie “dom” ma w baśni Leśmiana znaczenie umowne i oznacza “sto pałaców i sto ogrodów”, które młodzieniec odziedziczył wraz z tysiącem worów złota i tysiącem beczek srebra oraz sczerniałym zębem pradziadka w hebanowej szkatułce.

Niewykluczone, że postać wuja Tarabuka jest prześmiewczą auto-ironią auto-ra. Wuj Tarabuk miał stolik składany, srebrny kałamarz i złote pióro. Z tymi przyborami chodził na brzeg morza, siadał nad brzegiem i, wsłuchany w szumy morskie, pisał swe wiersze.

Pierwsze zaproszenie do przygody brzmiało tak:

Czeka cię bajka senna w zaklętej krainie,
I królewna stęskniona, co z urody słynie,
I skarby i przepychy i dziwy i czary!
Pędź na lotnym okręcie przez morza obszary,
Zwiedzaj wyspy, półwyspy, lądy i przylądki,
I najdalsze zatoki, najskrytsze zakątki,
Zwalczaj wszelkie przeszkody i wszelkie zawady!
Pędź, leć, płyń bez ustanku! Posłuchaj mej rady!
Tego ci życzy, ukłon przesyłając dworski,
Kochający cię szczerze — twój druh

Diabeł Morski

List został napisany na odwrocie jednego z rękopisów wuja Tarabuka, a przyniosła go Latająca Ryba.

Warszawa: Inst. Wyd. “Bibljoteka Polska”, 1936

Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada żeglarza wśród wysp dalekich

Przygoda pierwsza czyli o tym jak okręt, którym płynął Sindbad spotkała złowroga Cisza Morska.

Cisza Morska wzrastała, olbrzymiała, napełniając powietrze coraz większa martwotą. Okręt płynął jeszcze, ale coraz zwalniał biegu. Nagle usłyszałem gromadny i radosny krzyk marynarzy:

— Wyspa! Wyspa! spojrzałem przed siebie i rzeczywiście zobaczyłem w pobliżu zieleniejącą na powierzchni morza małą wysepkę. Okręt, ostatnim wysiłkiem żagli pchnięty, zbliżył się do wysepki i zatrzymał się nagle bez ruchu. Nie było nadziei na to, aby popłynął dalej. Cisza Morska znieruchomiła go zupełnie. Musieliśmy więc stać w miejscu i czekać, aż wiatr jakikolwiek nadejdzie. Część załogi, znudzona bezczynnym wyczekiwaniem wiatru na pokładzie, postanowiła przedostać się na wyspę, aby tam spędzić czas wyczekiwania. Kilkunastu marynarzy wysiadło natychmiast i zaroiło się na wyspie. Wysiadłem i ja za ich przykładem, aby zwiedzić wyspę. Po raz pierwszy bowiem w życiu widziałem wyspę na morzu.

Gdy dotknąłem stopą gruntu wyspy, zdziwiony byłem jego miękkością i sprężystością. Miałem wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożyłem ucho do ziemi i posłyszałem równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca. Ponieważ marynarze trzymali się z dala ode mnie, więc samotny błądziłem po wyspie. Zaszedłem na sam jej koniec i stanąłem na brzegu. Wyspa była pokryta dziwacznymi wodorostami i krzewami. Niektóre krzewy były tak gęste i wysokie, że z łatwością mogłem się w nich ukryć. Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Rozłożyli ognisko, ażeby upiec kartofle. Wkrótce ognisko wybuchło wesołym, błękitnawo-złotym płomieniem, w którym się kędzierzawiły ruchliwe kłęby burego dymu. Ponieważ nie miałem drzewa i nie mogłem ogniska rozłożyć, wyjąłem z kieszeni nóż podróżny i z lekka zanurzyłem go w ziemi, ażeby zbadać dziwny grunt wyspy. Ledwo dotknąłem gruntu ostrzem swego noża, a natychmiast trysnęła mi w twarz krew zimna, lecz purpurowa. Zdziwiło mnie to zjawisko! Przyszedłem do wniosku, iż zapewne niektóre wyspy posiadają grunt krwisty. Tymczasem dym z ogniska buchał coraz gwałtowniej. Chrust i drzewo rozżarzyły się tak, że upał i żar od głowni napełnił Ciszą Morską przejęte i stężałe powietrze. Spojrzałem w stronę ogniska i zauważyłem, że grunt wyspy, jego żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono. I rzeczywiście, zapach smażonej czy też pieczonej ryby napełnił naraz powietrze. Po chwili zauważyłem, że pod wpływem żarów ogniska, cała wyspa zaczyna kurczyć się, poruszać i chwiać się w swoich posadach. Przyłożyłem znów ucho do ziemi i dosłyszałem szybsze i gwałtowniejsze uderzenia zagadkowego serca, podobne tym razem do niespokojnych uderzeń młota o kielnię. Grunt zakołysał się pode mną i usłyszałem nagle głos kapitana, stojącego na przodzie okrętu:
— Co tchu opuścić wyspę! To nie wyspa, lecz grzbiet wieloryba! Cielsko jego pogrąża się w morzu! Utoniecie wszyscy!
Na ten okrzyk kapitana, marynarze w okamgnieniu przedostali się z domniemanej wyspy na okręt. Nagły i niespodziany wicher powiał od północy. Żagle się wzdęły i okręt począł szybko odpływać. Ponieważ byłem na samym końcu olbrzymiego cielska, pokrytego wodorostami, więc nie zdążyłem wraz z tłumem marynarzy dobiec do okrętu. Kilka razy krzyknąłem, wołając o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Może wicher zagłuszył dźwięki mego głosu, a może marynarze chcieli się mnie pozbyć i udawali, że wołań moich nie słyszą. Kapitana zaś nie było już na pokładzie. Zszedł zapewne do kajuty. Okręt odpływał tak szybko, że po chwili widniał moim oczom jako łódź drobna, mnóstwem żagli białych nadmiernie oskrzydlona. Zostałem sam na rozedrganym i kołyszącym się cielsku wieloryba.

 

Wieloryb-wyspa to znany motyw baśniowy, bodaj czy nie zapoczątkowany przez wielebnego baśniowego średniowiecznego świętego Brendana, a na wyspie-wielorybie byli też pan Maluśkiewicz i Koziołek Matołek. Jest to oczywiście przygoda odwrotna do tego, co zdarzyło się innemu pechowcowi literackiemu, Jonaszowi, który został połknięty przez wieloryba. I nie myślmy, że to bajka. Każdego z nas może kiedyś połknąć wieloryb, każda wyspa skarbów i rozkoszy może się okazać wielorybem i nas utopić.

Wieloryb pogrążył się w morzu, ale Sindbad zdołał uchwycić porzuconą przez marynarzy belkę (Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Aczkolwiek, nasuwa się tu niespokojne pytanie, po co znudzeni ciszą morską marynarze zabrali ze sobą belkę, udając się na zwiedzanie wyspy? Ba? Nie ma odpowiedzi.)

Po upiornej nocy sztormowej, którą Sinbad spędził na belce, pojawi się następna wyspa – nieznana, pokryta zielenią drzew olbrzymich. (…) Zaledwo pół godziny ubiegło od czasu, gdy wyspę zobaczyłem, a już dosięgnąłem jej brzegów. Po chwili belka jednym końcem uderzyła o brzeg wyspy. Chwyciłem dłonią za krzew, który ponad brzegiem zwisał, i wypełzłem z morza na wyspę.

Przepiękne konie z rozwianymi grzywami pasły się na morskim brzegu.

O dziwo, nie była to wyspa bezludna.

Uszedłszy sporo kroków, spostrzegłem grotę. We wnętrzu tej groty siedziało kilkunastu ludzi, bogato ubranych. Zauważyli mnie od razu i wybiegli z groty, aby mnie zatrzymać.
— Stój! — zawołał jeden z tych ludzi — skąd idziesz i dokąd?
— Idę wprost z morza — odrzekłem — zaś dokąd idę — nie wiem.

Ludzie ci zaprosili Sindbada do jaskini i ugościli go.

— Jesteśmy masztalerzami króla Miraża, który jest królem tej wyspy oraz wielu wysp okolicznych. Co rok dzień jeden spędzamy na tej wyspie wraz z tysiącem koni królewskich. Gdybyś o dzień jeden się spóźnił, już byś nas nie zastał, gdyż jutro, skoro świt, wracamy do stolicy. Drogi tej wyspy są tak błędne i tajemnicze, że bez naszej pomocy zabłąkałbyś się niechybnie i zginąłbyś z głodu. (…). O trzeciej minut pięć wynurza się z morza na brzeg wyspy Koń Morski i wyprawia na brzegu swe chełpliwe harce, pląsy i skoki. Konie królewskie przyglądają się tym harcom, pląsom i skokom i mimo woli zaczynają je naśladować, nabierając cudownych ruchów. Tym sposobem kształcimy konie królewskie. Lecz Koń Morski, po ukończeniu swych pląsów, harców i skoków, rzuca się na nasze konie, aby je pożreć. Wówczas odstraszamy go krzykiem, przed którym uchodzi z powrotem do morza. Jeśli chcesz przyjrzeć się temu zjawisku, chodź z nami na brzeg wyspy, gdyż natychmiast wszyscy tam idziemy. (…) Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepie, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta. Poruszył chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu.

Niebezpieczeństwo groziło zresztą nie tylko koniom, ale i samemu Sindbadowi. Masztalerze królewscy powinni go byli zabić, by nigdy nie zdradził tajemnicy cudownego tańca królewskich wierzchowców. Jak to w bajkach bywa – nie uczynili tego. Odprowadzili go do miasta i tam się z nim rozstali. Widok tego miasta napełnił mnie podziwem! opowie potem Sindbad. Bruki, cegły domów, dachy, okna — wszystko było zielone, koloru fali morskiej. Zdawało mi się, że przez szkło zielone na świat spoglądam.

Sindbad dotarł do wielkiego placu, gdzie poddani króla Miraża jak co roku świętowali urodziny księżniczki Piruzy. To już zdarzenie całkowicie w stylu Baratarii, a Sindbad wpisuje się w długą listę mędrków-cwaniaków, którzy stają do zawodów rozwiązywania zagadek, by zdobyć rękę księżniczki, koronę i pół królestwa. Zagadki to starożytna gra o szczęście i, jak na pewno pamiętamy, zawsze źle się kończy. Edyp żeni się z własną matką i wiadomo, co z tego wynika, Hobbit wygrywa pierścień, który i tak już znalazł, i który potem z najwyższym wysiłkiem trzeba będzie zniszczyć w otchłaniach Mordoru, żeby on z kolei nie zniszczył świata. Nie inaczej będzie z Sindbadem, choć wydaje się, że zagadki zostały ułożone tak, by tylko on jeden mógł je rozwiązać.

Pierwsze pytanie:
jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody
?
Drugie pytanie:
co to za tancerz, który pląsa po to, by pożreć innych, gdy tańczą z ochotą?
Trzecie pytanie:
kto listy pisze wpośród fal powodzi, i, będąc diabłem, z piekła nie pochodzi?

Podobnie jak Sindbad my już znamy odpowiedzi: cisza morska, koń morski i diabeł morski. Sindbad zdobywa rękę księżniczki, a ta opowiada mu o kolejnej czarodziejskiej wyspie, gdzie mieszka potwór Degial. Księżniczka Piruza okazuje się kobietą rezolutną i emancypowaną. Gdy tylko wyjdzie za mąż i stanie się samodzielna, zamierza skorzystać z czarodziejskiego amuletu i odwiedzić wyspę Degiala, który ukrywa się…

…przed okiem ludzkim i, sam niewidzialny, widzi wszystkich i wszystko dokoła. Nienawidzi ludzi, roślin i zwierząt — kocha tylko muzykę i napełnia powietrze wyspy nieustannym brzmieniem gongów, podobnym do mosiężnego brzmienia wielkich i potężnych dzwonów. Brzmienie to oszałamia ludzi, zwierzęta, a nawet rośliny, i odbiera im przytomność. Jeden z marynarzy, który tę wyspę zwiedził, opowiadał mi, że zastał tam ostatnią nieprzytomną różę i ostatniego zemdlonego ptaka. Zresztą żadne żywe stworzenie istnieć na tej wyspie nie może. Jest pusta, smutna, pokryta skałami i zasłuchana w nieustanne brzmienia gongów.

Sindbad natychmiast, a więc jeszcze przed ślubem, udaje się na wyspę (to już trzecia wyspa podczas tej podróży), która jest dokładnie taka, jak mu to opowiedziała jego piękna narzeczona (czy powiedziałam już, że była piękna?). Wyspa jest nie tylko bezludna ale pozbawiona wszelkiego życia, a z dziwnego ukrycia nie wiadomo gdzie spogląda na przybysza wszystkowidzący potwór. Sindbad go znieważa, potwór z zemsty produkuje identycznego jak on sobowtóra i… oczywiście, wiemy już, to on wróci do stolicy i zostanie mężem księżniczki. Będzie miał też dla niej niezwykły podarunek ślubny – złotą księgę:

— Nie jest to księga zwykła. Przeciwnie — jest to księga niezwykła. Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Zapewne ci wiadomo, piękna Piruzo, że z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła — oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce — tylko w zmniejszeniu. Zobaczysz tu zmniejszone drzewa, zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną — lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Musiałem walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać. Walka była straszna i niebezpieczna. Chętnie jednak naraziłem swe życie, byleby tylko przynieść ci w podarku ślubnym tę księgę. Zajrzyj do niej, a zobaczysz, że jest cudowna.

Sobowtór wygrywa. Sroga to kara.

Podobno każda opowieść o Sindbadzie uczy nas czterech mądrości, a ja na razie nauczyłam się tylko jednej: uważaj, bo każda wyspa może się okazać wielorybem. Gdy się głębiej zastanowię, odkrywam jeszcze jedną myśl, choć może jest to myśl ta sama, tylko inaczej wyrażona: W ciągu jednej chwili straciłem wszystko, co zdobyłem też w ciągu chwili jednej. Straciłem Piruzę, straciłem pół królestwa, straciłem koronę, która za kilka godzin miała ozdobić moje czoło!, mówi Sindbad. A więc: uważaj, bo zawsze możesz stracić wszystko, co właśnie zdobyłeś.

A dwie pozostałe mądrości?

Ze świata podręcznych 3

Dalszy ciąg piątkowych wpisów o przemocy wobec kobiet w naszych normalnych cywilizowanych europejskich państwach (a nie w Ruandzie czy Iraku). W ubiegły piątek wpis się nie ukazał, a wierni Czytelnicy wiedzą dlaczego – bo “pierwsze piątki miesiąca” to termin wpisów Romka Brodowskiego. Dziś wracam do tematu.

Ewa Maria Slaska

Równouprawnienie kobiet w policji i milicji

Berlin, czerwiec 2009 (Gdańsk, grudzień 1982)

Gdy wezwałam policję, zaskoczyło mnie, że przyszło w sumie aż sześć osób, w tym jedna kobieta. Uświadomiłam sobie, że zapewne jest jakiś przepis, aby w kontaktach policji z obywatelem uczestniczyły również kobiety, bo zgodnie z zamysłem prawo- i pracodawcy ma to zapewnić równość w traktowaniu. Pochodzę z Polski komunistycznej i równość w traktowaniu przez policję (oczywiście: milicję) przerobiłam na własnej skórze. Zostałam zatrzymana w ramach wielkiej akcji zatrzymań i aresztowań, jaką władze zorganizowały w Gdańsku na pożegnanie stanu wojennego czyli w grudniu 1982 roku. Od stycznia stan wojenny, taki jaki znaliśmy przez cały rok 1982, pozostawał wprawdzie nadal w mocy, ale wiele przepisów zostało zawieszonych. Zanim to jednak nastąpiło, zrobiono nam pokazówkę. W ciągu jednej wieczornej akcji w dzień przed Wigilią 1982 zgarnięto 250 osób. Był to przemiły gest, pozwalający zabrać podejrzanych z samego środka życia rodzinnego – ja akurat mieliłam mak na kutię. Przyszło czterech uzbrojonych “panów”. Najpierw zrobili rewizję czyli przewrócili wszystko do góry nogami (zrobili to nieudolnie i nic nie znaleźli, a zapewniam, że było co znaleźć), a potem zabrali mnie i moją maszynę do pisania, bo przecież coś musieli zabrać wraz ze mną. Gdy już miałam za sobą czekanie na twardym krześle w poczekalni pełnej propagandowych plakatów, wstępne przesłuchanie i inne aresztanckie rozrywki, zostałam wysłana na rewizję osobistą, którą przeprowadziły dwie kobiety – milicjantka i lekarka. Nie były specjalnie brutalne, ale nie można też powiedzieć, że były to osoby delikatne w obejściu. Lekarka mnie obsłuchała, zajrzała mi do gardła  i gdzie indziej, i zadała pytanie, czy jestem zdrowa. “Jestem po serii antybiotyków po ostrym zapaleniu oskrzeli”, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. “Nadaje się do zatrzymania w areszcie”, podyktowała kobieta-doktor kobiecie-milicjant.
Wszystko było najzupełniej zgodne z prawem i wytycznymi na rzecz równouprawnienia kobiet, a i dbałości o zdrowie obywatela.

Tym razem niemiecka policjantka jeszcze mniej miała ze mną kontaktu niż obie kobiety z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Nie zadała mi ani jednego pytania, nawet o to, czy jestem zdrowa. A było o co pytać, w końcu włamał się do mnie facet, który powiedział, że przyszedł mnie zabić, spędziłam z nim cztery godziny i sama się go pozbyłam, żeby zadzwonić po policję. “Mogło mi było coś być”, że się tak wyrażę eufeministycznie-gramatycznie. Nikogo to nie interesowało. Faceci mnie przesłuchiwali, a jak nie umiałam od razu zebrać myśli, żeby im (o 6 rano po nieprzespanej nocy!) sprawnie, poprawnie i logicznie odpowiedzieć na pytania (na przykład, skoro włamywacz powiedział, że chce mnie zabić, to dlaczego mnie nie zabił?), poganiali mnie, a jednocześnie wyciągali sobie wnioski, którymi się jednak ze mną nie dzielili. Zanim się dowiem, jakie to były wnioski minie jeszcze sporo czasu i sporo się w tym międzyczasie zdarzy, powiem więc może już teraz, że uznali, iż wszystko co opowiadam, to jedno wielkie łgarstwo, a tak naprawdę pokłóciłam się z młodszym ode mnie kochankiem i teraz na niego z zemsty donoszę…

To może tłumaczy, dlaczego nikt się mną nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków… No ale ja tego nie wiedziałam i bardzo się dziwiłam… Złożyłam więc skargę i po miesiącu dostałam odpowiedź, że instancje kontrolne nie dopatrzyły się żadnych uchybień w sposobie, w jaki policja potraktowała moją sprawę (a wciąż jeszcze nie wiedziałam, co sobie tak naprawdę myśleli policjanci i co zapisali w protokołach).

***

Mrągowo, lipiec 2017

Nie wiemy, co sobie myśleli policjanci, którzy przyjechali do Zosi, dość, że i nią nikt się nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków. Tak dalece, że Zosia złożyła na nich skargę i założyła stronę na facebooku: Mrągowo bez przemocy.

Na tej specjalnie stworzonej – dodam przez mojego młodszego syna – stronie możecie znaleźć szereg porad wynikających z moich osobistych doświadczeń gdy postanowiłam przestać być ofiarą i powiedziałam dość przemocy domowej. (…) Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych, które może być przyjazne dla swoich mieszańców. Wierzę, że razem skutecznie możemy przeciwdziałać nadaktywności sprawców przemocy i z całego serca dziękuję, że jesteście z nami tej samej myśli. Mrągowo to dobre miejsce do życia

Tak ma być, a na razie jest jednak inaczej.

Znane są mi już personalia i stopnie służbowe policjantów, którzy swoim zachowaniem uniemożliwili mi otrzymanie pomocy zagwarantowanej ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – w dniu gdy zostałam ofiarą przemocy w moim mieszkaniu uczestniczący w interwencji patrol policji m.in. nie przyjął naszych zeznań, moich i mojej matki, asystował sprawcy przemocy w poszturchiwaniu mnie i penetracji mieszkania, a na koniec razem ze sprawcą zamknął mnie i moją matkę na klucz w domu.

I tylko skąd wziąć pomysł na to aby obronić się przed agresją i przemocą. A jeśli ja mam z tym problem, to pomyślcie, jaką szansę na to ma moja mama, 88-letnia kobieta, niepełnosprawna i nie wychodząca z domu?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast niż nasze Mrągowo, a to jest miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…?
Warto o tym pisać trzeba o tym mówić. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż zadziała ustawa, której nie respektują służby do tego powołane.
Bratanek dokonuje stale przemocy w moim domu, a po 17 latach uznaję, że wszyscy tak naprawdę pomagają sprawcy przemocy, uskrzydlając agresora czynią z niego przestępcę a nas – moją rodzinę – zmuszają do przyjęcia nieustannych tłumaczeń, że przecież musimy zrozumieć, że jest mu ciężko, bo on ma dużo problemów – zatem ja się pytam – czy Państwo sądzą, że my nie mamy problemów? Ustawiczne tłumaczenie sprawców pogłębia patologię i nie rozwiązuje problemu – dlaczego tak jest ? Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych i twórczych, mieście wolnym od przemocy…

(…) Złożyłam zawiadomienie do WKP oraz Prokuratury Rejonowej, składałam już zeznania i na moją prośbę otrzymałam protokół z rozmowy z Panią Prokurator, skorzystałam z prawa złożenia formalnej skargi. Myślę, że warto byśmy wszyscy się uczyli, jak egzekwować swoje prawa, po to powstają ustawy, mamy Konstytucję i to od nas zależy, co się będzie działo z naszą wolnością. Nie widzisz – to nie wiesz, nie słyszysz – to nie musisz nic mówić – bo przecież gdy nie ma sprawy nie trzeba nic robić – im właśnie o to chodzi – aby pozostać bezkarnym. Smutne gdy tę postawę reprezentuje policja. I to oni nas mają chronić, proszą o współdziałanie, by przeciwdziałać patologii i znieczulicy.