Barataria na gobelinach

Dla Pana Wojciecha Charchalisa

Ewa Maria Slaska

Panie Wojciechu! Barataria to nie Bakszysz!

Z uporem maniaka wracam do tematu sprzed tygodnia, do pomysłu tłumacza, żeby inaczej nazwać wyspę Baratarię, którą Książę Pan i Księżna Pani  w przypływie złośliwej fantazji ofiarowali giermkowi Don Kichota. Przez całą pierwszą część Dzieła i spory kęs drugiej Sancho Pansa, przymierając głodem, marznąc po nocach i cierpiąc od upału w ciągu dnia, często gęsto zbierając cięgi za swojego pana, jechał wiernie na swoim osiołku, nie otrzymując w zamian żadnej nagrody. Jedynym jego wynagrodzeniem była obietnica, że kiedyś jego pan podaruje mu wyspę. Cóż to miała być za wyspa! Wyspa spełnienia życzeń, szczęścia, lenistwa, dobrobytu, czarodziejska wyspa, utkana ze wszystkich marzeń ciężko pracujących ludzi, którym obietnica cudu pomaga przetrwać udręki codzienności. Wyspa, na którą czekał Sancho Pansa, była w świecie maluczkich wyrazistsza i lepiej zrozumiała, niż religijna obietnica Raju. Raj to była abstrakcja, przeznaczona tylko dla tych, którzy nigdy nie zgrzeszyli, a któż z nas nigdy nie zgrzeszył? Być może po śmierci mieszkali tam bogaci, bo bogaty wszędzie wejdzie, a jak się nie da wejść czy wjechać, to wpełznie jak gąsienica, gdyż pieniądz toruje mu drogę. Biedny wie, że nie ma nawet prawa pomarzyć o raju. Tymczasem wyspa jest zarazem baśniowa i realna, leży niemal w zasięgu ręki, za lasem, za zakrętem drogi, na rzece, jeziorze, morzu, oceanie. Na wyspie jest realne jedzenie, kasza, cebula, kawał mięsa, bochen chleba, stągiew wina. Wyspa obiecywała, że raz wreszcie można najeść się do syta, napić do woli, wyspać godnie, może białkę przytulić, ale to akurat nie było najważniejsze. Bo wszystkiego mogło brakować w życiu biedaków, ale seks zawsze był, była to wszak najtańsza rozrywka, na jaką stać było biedaka.

Dlatego tak okropna była w opowieści Cervantesa ta przewrotność Księżnej i Księcia, którzy dali Sancho Pansie ową Wyspę tylko dla żartu i żeby z niego zakpić. Uprzedzili go nawet o tym.

Digo, pues, que con todo su acompañamiento llegó Sancho a un lugar de hasta mil vecinos, que era de los mejores que el duque tenía. Diéronle a entender que se llamaba la ínsula Barataria, o ya porque el lugar se llamaba Baratario, o ya por el barato con que se le había dado el gobierno. Al llegar a las puertas de la villa, que era cercada, salió el regimiento del pueblo a recebirle; tocaron las campanas, y todos los vecinos dieron muestras de general alegría, y con mucha pompa le llevaron a la iglesia mayor a dar gracias a Dios, y luego, con algunas ridículas ceremonias, le entregaron las llaves del pueblo, y le admitieron por perpetuo gobernador de la ínsula Barataria.

Wyspa nazywała się taniocha, bo za taniochę Sancho ją otrzymał.

Oczywiście artyści, którzy od lat przedstawiali Baratarię, zapominali o tym, że jej pierwociny były proste, przedstawiali ją po królewsku wspaniale.


U góry: Obraz (tzw karton) Charlesa Antoine’a Coypela, Sancho Pansa przybywa do Baratarii, stanowiący wzór dla gobelinu; poniżej ten sam temat oraz Uczta Sancho Pansy w Baratarii już jako gobeliny utkane wg obrazów Coypela i otoczone bogatymi rokokowymi bordiurami na modnym wówczas karmazynowym tle.

Mistrzami odpowiedzialnymi z przeniesienie wizji malarza na warsztat tkacki byli ojciec i  syn Michel i Jean Audranowie. Gobeliny zostały wykonane z wełny i jedwabiu, a znajdują się w Getty Museum w Malibu, California, USA. Coypel, nadworny malarz Ludwika XVI, przygotował 28 kartonów do produkcji gobelinów z serii o don Kichocie, która została w XVIII wieku w różnych wersjach wykonana dziewięciokrotnie i praktycznie rzecz biorąc zdominowała całą tekstylną produkcję Królewskiej Manufaktury Mebli i Gobelinów w Gobelin koło Paryża.

Gobeliny z pierwszej serii były przeznaczone na królewski podarunek dla Marii Krystyny i Alberta Kazimierza, księstwa Saxen-Teschen, którzy w owym czasie wspólnie zarządzali tzw. Niederlandami Austriackimi czyli dzisiejszą Belgią. Księżna Maria Krystyna była siostrą królowej Marii Antoniny. Książę Albert Sasko-Cieszyński – synem króla Polski, Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki.

Przy okazji ciekawostki – Księstwo Maria Krystyna i Albert mieszkali w Cieszynie i znacznie przyczynili się rozkwitu gospodarczego księstwa Cieszyńskiego. Po śmierci żony pogrążony w smutku książę przeniósł się do Wiednia. Książę był kolekcjonerem sztuki, zgromadził największą na świecie kolekcję rysunków i grafik starych mistrzów. Kolekcja zgromadzona w pałacu Księcia dała początek muzeum, które od imienia księcia nazwane zostało Albertina. Jest to dziś jedno z najsłynniejszych muzeów na świecie.

Również gobeliny o Don Kichocie weszły w skład zbiorów Albertiny, wciąż jednocześnie pozostawały w posiadaniu członków dynastii Cieszyńskiej. Dopiero w roku 1936 jeden kolejnych właścicieli przeprowadził się do Londynu i zabrał ze sobą gobeliny. Ich losy przez następnych 30 lat były nieznane. Pojawiły się na rynku w roku 1967, kiedy to Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła je na sprzedaż w Domu Aukcyjnym Sotheby’s w Londynie. Muzeum Paula Getty’ego nabyło je tamże w roku 1982.

Muzeum Getty’ego nie podaje kim była Alice Bucher – dzięki informacjom znalezionym w internecie pozwalam tu więc sobie popuścić nieco wodze fantazji. Niejaka Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła gobeliny na sprzedaż w roku 1967. W tym samym roku w Adligenswil koło Lucerny niejaka Alice Bucher zbudowała największe i najnowocześniejsze na owe czasy przedsiębiorstwo drukarskie – Druckzentrum C. J. Bucher. Alice prowadziła tę skromną firmę rodzinną już od roku 1941, kiedy jej mąż ciężko zachorował. W roku 1967 firma zdobyła się na niebywały skok inwestycyjny, a w dziesięć lat pźźniej powołała do życia fundację wspierającą milionowymi dotacjami instytucje pedagogiczne, artystyczne i społeczne w Lucernie. Czyżby to gobeliny z Sancho Pansą, gubernatorem Baratarii, pozwoliły przedsiębiorstwu Bucherów tak świetnie się rozwinąć? Szkoda tylko, że nie wiemy, jak Alice weszła w ich posiadanie. W styczniu 2018 roku drukarnia Alice Bucher firma przestała istnieć. Do bankructwa doprowadził ją internet.

Tak bywa. Fortuna kołem się toczy.

Legenda głosi, że gobeliny otrzymały swoją nazwę od tak wysokiego kunsztu tkackiego, że zasadniczo nie mogły być dziełem rąk ludzkich i musiały powstać jako dzieło goblinów, utalentowanych baśniowych rzemieślników. Ale rzeczowa Wikipedia najwyraźniej nigdy nie słyszała o takiej wersji nazwy gobelin. Gobelin to Gobelin, mała miejscowość nieopodal Paryża, w której ulokowano manufakturę, a która wzięła swą nazwę od nazwiska słynnych farbiarzy, mieszkających tu od XV wieku. Czy to oni tak byli utalentowani? Może, w każdym razie to oni jako pierwsi uzyskali ów wspaniały karmazynowy kolor, dający się zastosować w arrasach. Farbiarstwo zapewniło rodzinie Gobelin nieprzebrany majątek, ten z kolei zapewnił im wejście do stanu szlacheckiego.

No tak. Fortuna gobelinem się toczy…

I jeszcze się potoczy. Za tydzień TU

Giermek na białym ośle (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Wiadomo Komu

Przyjechał z daleka Wiadomo Kto – Wieczny Giermek na białym ośle, i uwiecznił to zdarzenie odpowiednią ilustracją.

Bardzo mnie rozbawił ten obrazek, wręcz ponad i tak dobrze zasłużoną normę, bo odczytałam, że to Wieczny Gieremek. Przybył, pomyślałam, by wspomóc Rycerza Grodzkiego, jak to w legendach bywa, dla wspomożenia nowych, wstają duchy dawnych rycerzy, te które śpą pod Giewontem i nawet piorunów się nie boją, i te, które z Barbarossą w Kyffhäusen, i te gliniane nieopodal Shaanxi.

No, ale doczytałam się, i to był jednak Wieczny Giermek, co zresztą i nieprawda, bo czasem już mu bardziej pasuje hełm-kapelusz Don Kichota niż czapka giermka, i jest na to dowód nawet tu na tym blogu i kto chce niech go szuka w kilkuset Baratariach, które się już w międzyczasie objawiły. Choć, jak go znajdziecie, to na głowie będzie miał czapkę.

Przywiózł on był z daleka prezent znacznie powiększający prywatną mą kolekcję donkichotystyki, a mianowicie Don Kichota w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa i z ilustracjami Wojciecha Siudmaka.

Ale sprawił jednocześnie, że w podręcznej biblioteczce baratarystycznej ziać jęła wielka i dojmująca dziura. Przybył bowiem mianowicie tom pierwszy, a Barataria, jak wszystkim wiadomo, znajduje się w tomie II, czemu jednakowoż dało się zaradzić, bo natychmiast ten brakujący tom zamówiłam  i poń pojechałam, przywożąc przy okazji również kota Iwana, który, jak się kochani Czytelnicy za kilka dni przekonacie, też okazał się niezbędny… I tak to z jednego prezentu wyniknęły dwa zakupy i na dodatek jeden wyjazd do księgarni, co jest jeszcze przyjemniejsze, bo dobrze jest dostać nieznane dzieło, ale  lepiej jest mieć przed sobą trzy takie książki.

Tak więc tym razem Barataria w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa.

Mam na półce tłumaczenie Anny i Ludwika Czernych, w internecie, w Wolnych lekturach, bez trudu można sięgnąć po wersję najpopularniejszą czyli przekład Zakrzewskiego. Na chomikuj.pl znalazłam kiedyś tłumaczenie Woroszylskiego, ale translacji Charchalisa nie da się znaleźć, mimo iż tłumacz w wywiadach zapewnia, że wszystko jest. No, ale może było, a nie jest i nie pisze się w rejestr, nie wiem, w każdym razie ja nie znalazłam i dopiero teraz mogłam zobaczyć, co recenzenci mieli na myśli, pisząc (bądź z uznaniem, bądź krytycznie), że język przekładu jest mocny, rubaszny, zrozumiały i zwięzły, tak iż nawet maluczcy mogliby byli poczytać sobie Don Kichota i nader dobrze by go pojęli.

I tak owszem jest, co wydaje mi się zabawne, acz jednak tylko do pewnego momentu. Bo nie spodobało mi się nazwanie Sancha Brzuchaczem, Rosynanta Chabetą, a Dulcynei Cudenią, chociażby dlatego, że jeśli już, to powinna była chyba zostać nazywana Słodyczką. Jeszcze większą zakawykę mam z Sancho Brzuchaczem, bo panza to nie tylko brzuch ale i wątpia, czyli z jednej strony proste flaki, z drugiej jednak również budzące wątpliwości i wynikające ze zwątpienia wróżby ze zwierzęcych wnętrzności, które owym wątpiom nadały nazwę. Wątpia czyli wyciągnięte z brzucha wróżebne mięsiwo dla tych, którzy wątpią w pomyślną przyszłość. W hiszpańszczyźnie też coś z tego można znaleźć, bo panza to brzuch, a pensere – myślenie. Tak więc Brzuchacz jako imię mówiące jest zdecydowanie zbyt ciasne i powinno by brzmieć na przykład Brzumysł. Ale pomysł dosłownego tłumaczenia nie podoba mi się również z innych powodów. Po pierwsze uważam za ryzykowne nadawanie nowych imion z dawna znanym bohaterom książek. Jesteśmy ludkiem konserwatywnym i nie chcemy zbytecznych nowinek. Po co nazywać Sancha inaczej, skoro imię Sancho Pansa świetnie się sprawdziło? Fredzi Phi Phi zamiast Kubusia Puchatka też nie chcieliśmy. Podobnie jak wstrząsnęło by nami, gdyby jakiś tłumacz nazwał Harry Pottera Heniem Ceramiczkiem, a Bilba Bagginsa Torbaczem. Zresztą nie nazywamy Stefana Koronatusem, Leona Lwiskiem, ani Ewy Babą czy Kobietą. A słynny szeryf Brown to przecież Brown (czytany jednak po polsku) a nie Brąz czy Brązowy, a wierna Penelopa zwaliłaby nas z nóg jako kochająca Kaczka. I tak dalej, i tak dalej…
Ale mój opór ma jednak jeszcze i inne przyczyny. Bo imiona i nazwy z innych krajów mają w sobie zapach i smak odmiennych światów, podobnie jak niedubbingowane filmy. Surabaja Johnny, ileż w tym egzotyki, to angielskie imię, przydomek jak indonezyjskie miasto i jeszcze przybył z Birmy… Podobnie jak dźwięki i brzmienia obcej mowy. W W Pustyni i w puszczy Idrys i Gebhr krzyczą na wielbłądy jalla, jalla i to przecież nie jest na miły Bóg to samo, co hejta, wiśta, wio.

Tak sobie myślę, że nie trzeba wszystkiego zbyt przybliżać i zmieniać w swojską wioskę, bo kończy się to tak, że cały świat to jedna wielka Polska, pełna Marysiek, co porodziły syna i Józków, co dziecię pielęgnują. Spolszczony świat traci wyraziste kontury i głębie, uteraźniejsza się i rozrasta. I wtedy okazuje się łacno, że Polska zawsze była, jest i będzie wielka.

Aleć to wszystko furda w porównaniu z tym, że jak się wreszcie dorwę do drugiego tomu i dopadnę Baratarii, to nazywa się ona Bakszysz! Bakszysz! Bakszysz! Po co? Dlaczego? Dlaczego? Po co?

Ależ to jest jeszcze gorzej niż bigos zamiast olla podrida czyli zgniłego garnka, z którego często gęsto pojadają bohaterowie Cervantesa. Choć przynajmniej i bigos, i olla podrida to potrawy z resztek. Jest jednak tak źle, że tylko płakać. Bo nie dość, że bakszysz to nie oszustwo jak hiszpańska Barataria, co tłumacz wie i w przypisie wyjaśnia, to jest to przecież jałmużna, a tymczasem wyspa, którą dostaje Sancho, jest z góry przyobiecaną zapłatą, a jej oszukańczość leży w złych zamiarach pary książęcej, a nie w dobrodusznym Sanchu. Ta wyspa “mu się należy”, jak nagrody pewnej pani i jej kolegom.

W ostatnim akcie opery Julesa Massenet, Don Quichotte, umierający Don Kichot mówi do giermka:

Sancho, obiecałem ci ongi wzgórza zielone i zamki,
nawet wyspę ci obiecałem kwitnącą…
Wciąż leży w mej mocy, by ci ją dać.
Weź tę wyspę, jest twoja.
Błękitne fale rozbijają się o jej brzeg,
jest tak piękna, tak przyjazna…
Weź ją, to Wyspa Marzeń!

Błędny rycerz nie płaci swojemu giermkowi żołdu, byłoby to nieromantyczne i zgoła drobnomieszczańskie, w nagrodę za wierne służby błędny rycerz daje swemu towarzyszowi i przyjacielowi co najmniej zamek lub posiadłość, najchętniej jednak wyspę, a czasem nawet jakieś niewielkie państewko.

Jest to tak nagminne w opowieściach, że wcale nie powinno dziwić nikogo, że w drugiej połowie drugiego tomu Sancho jednak dostaje tę swoją wyspę i sprawuje na niej godne rządy, choć przecież wszystko jest tylko złośliwym żartem Księcia i Księżnej. Problem z nazwą tej wyspy jest jednak dwojaki. Bo to z jednej strony Kraina Kłamczuchów i Oszustów, po drugie jednak – i jest to nader ważne – jej nazwa pojawia się w książce tylko raz i to mimochodem. A tu tłumacz używa sobie do woli na oryginale i szafuje nazwą Bakszysz na lewo i prawo.

I dlaczego to wszystko takie ma być znowu ważne? Ano dlatego, że ta Barataria raz jeden jedyny nazwana w powieści, nie umknęła i nie przepadła. Nie! Barataria obrosła w prawdziwym świecie setką a może tysiącem znaczeń, i to zarówno namacalnie i fizycznie, jak i metaforycznie.

Na jej cześć nazwana została wyspa, zatoka, okoliczne przesmyki i kanały, rezerwat przyrody na wyspie. O tych miejscach powstały książki, filmy, scenariusze teatralne.
Ponieważ przez kilkanaście lat mieszkał tu słynny pirat, Barataria stała się wzorem wszystkich Wysp Skarbów na świecie i zainspirowała pisarzy i reżyserów do napisania i nakręcenia różnych korsarskich opowieści.
Ponieważ była krainą oszustów, była kontynuacją, ale też i wzorem następnych naśladownictw, w których chciano przedstawić świat łgarzy.
Ponieważ jej gubernator okazał się władcą mądrym, sprytnym i uczciwym, stała się kolejnym wcieleniem Raju na Ziemi czyli Utopii. Powieliła wzory, ale też sama stała się wzorem. Była też, dodajmy, modelem kraju dalekiego i egzotycznego, w którym można było osadzić każdą opowieść.
Ponieważ Sancho chętnie czerpał z mądrości ludowych jakimi są przysłowia, pojawiła się co najmniej jedna antologia przysłów, na tle których osnute zostały niewielkie zgrabne sztuki teatralne – nazwana Dwór Barataria.
Ponieważ władza Pansy jako Gubernatora rychło się skończyła, okazało się, że Pansa to wcielenie Salomona, a zarazem Karnawałowy Król, prawdziwy władca pozbawiony władzy lub jego zamiennik. Mityczny władca zabijany raz na rok na taką prawdziwą dobrą wróżbę, a nie te nasze głupkowate lania wosku w Andrzejki i topienie ołowiu w Sylwestra.
Powstało kilkadziesiąt książek, obrazy i gobeliny, koszulki trykotowe i flagi. Opery, balety, marsze i utwory jazzowe, a także kilka sztuk teatralnych, realistycznych, przygodowych, fantastycznych, szalonych, a nawet naukowych, które opisują Baratarię. I wcale nie mam tu na myśli prac naukowych na temat Cervantesa i jego bohaterów.

Powstały hippisowskie komuny i miasta, tak nazwane. Hotele, osiedla, restauracje i sklepy z pamiątkami. Pomniki. Nawet nie silę się, by sporządzić jakąkolwiek listę.

Fascynujące jest śledzenie, ile przemian i wcieleń może mieć jedno jedyne słowo wymyślone przez pewnego pisarza 400 lat temu. To tak, jakby po całym świecie rozprzestrzeniło się, zawsze używane w języku oryginału czyli po polsku, słowo “blaskomiotny” wymyślone przez Waldemara Łysiaka.

Tymczasem Charchalis pozbawił Czytelnika tych radosnych skojarzeń, tej swobodnej i pełnej fantazji wędrówki po krętych ścieżkach, jakimi wędrują motywy i tematy literackie, posyłając Czytelnika w diabły, czyli do krainy natrętnych żebraków, zawodowo domagających się bakszyszu. Och, Panie Wojciechu, jaka szkoda, jaka wielka szkoda.

Byłam tym Bakszyszem zamiast Baratarii tak rozżalona, że ofiarodawca ułożył nawet limeryk na ten temat:
Była pewna Ewa Maria
Jej to była Barataria
Czasem w głos krzyczała “kysz!” –
Określenia typu Bakszysz
Były dla niej jak malaria.

Wszystkie zdjęcia we wpisie (prócz globusa) – Wiadomo Kto: A.Ł.

“Sprawą Charchalisa” zajmuję się jeszcze w kolejnych wpisach: TU  i TU


A skoro już tam na górze wspomniałam Tomasza Grodzkiego, dzisiejszego naszego Rycerza Szlachetnego Oblicza, to pomyślałam, że może chcecie na spokojnie przeczytać orędzie, które Marszałek Senatu wygłosił w TVP kilka dni temu, albo go posłuchać. To proszę – TU jest tekst, a TU nagranie.

Kobieta z sową

Maryna Szturo Over i Ewa Maria Slaska

Rzecz o Valu Prinsie (i Praprababci)

Jest rok 1863. W Polsce powstanie. Moja Praprababcia, Paulina Cohn, zajmuje się produkcją prochu, oficjalnie sprzedaje go myśliwym i firmom budowlanym, tajnie – dostarcza powstańcom. Pisałam już o tym, ale nie mogę się oprzeć, by tej anegdotki tu nie powtórzyć. Przyjeżdża powstaniec po kolejny transport prochu. Ma odebrać cztery paczki, wie w końcu, pacan, że w środku jest proch. Ale co tam, szlachecki honor każe na oczach darczyni opieczętować paczki, by było jasne, że nic nikt po drodze nie uszczknie. Cóż więc robi – wyciąga lak, zapala świecę, i trzymając to nad paczkami, kapie beztosko czerwonym lakiem na różne załamania papieru i węzły sznurka, i szybko, zanim lak nie zastygnie, przybija swą rodową pieczęć. Praprababcia Paulina stoi obok. Milczy, tylko w duchu modli się zapewne w duchu do wszelkich bogów i bogiń tego świata, żeby ten idiota jak najszybciej skończył swoje popisy szlacheckiego honoru.

Na pewno tak właśnie wygląda. Jakby nic się nie działo. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie tak mają. Nie mamy grottgerowskich twarzy, na których rozgrywa się cała rozpacz z powodu upadku ojczyzny, wściekłość wyzutych z praw czy strach przed wojną. Nie. My głaszczemy kota, psa, sowę. I milczymy. Praprababcia stoi i czeka. Jest może trochę bledsza, trochę starsza, trochę bardziej milcząca.


Atena wysłuchała modłów. Pan odjechał bryczuszką, nie wysadziwszy w powietrze ani paczek, ani całej prochowni.

Obraz namalował w roku 1863 Valentine Cameron Prinsep, zwany Val Prinsep, jak napisała Maryna, niezwykły artysta i postać cyganerii. Prerafaelita pełną gębą. Jedna z sióstr jego matki, Julia Margaret Cameron, była znaną fotografką, druga, Maria Jackson (née Pattle) – babcią Virginii Woolf i Vanessy Bell. W I połowie XIX wieku rodzice przebywali w Indiach, on sam urodził się w Kalkucie. Po powrocie z kolonii, od 1851 r.  Prinsepowie prowadzili w Londynie słynny salon literacko-artystyczny w posiadłości Little Holland House. Val był, jako się rzekło, Prerafaelitą, bliskim przyjacielem Johna Everetta Millaisa i Burne-Jonesa, z którym podróżowali po Włoszech. Wraz z Dantem Gabrielem Rossettim i innymi przyjaciółmi wykonał dekoracje Oxford Union.

 

Był  nie tylko znanym i uznanym malarzem (jego obraz Miriam na brzegu Nilu znajduje Mojżesza wisiał w Buckingham Palace), ale również autorem, napisał dwie sztuki teatralne Cousin Dick i Monsieur le Duc, wystawione w Royal Court Theatre i St James’s Theatre, kilka powieści oraz pamiętnik, dokumentujący pobyt artysty w Indiach, Imperial India: an Artist’s Journal (1879).

Takiej Baratarii jeszcze nie było!

11.11.
Niemcy świętują początek karnawału, Polacy swą pseudopatriotyczno-wstrętnie nacjonalistyczną rocznicę odzyskania niepodległości (choć na obrzeżach pochodu ma tańczyć kolorowy tłum, oby był więc jak najliczniejszy), reszta świata – w każdym razie ci, których to dotyczy – koniec pierwszej wojny w dziejach świata, którą nazwano światową, Niemcy i okolice aż po Poznańskie świętują dzień świętego Marcina z Tours, a w Berlinie byliśmy się spotkać z Salmanem Rushdiem.

Ewa Maria Slaska

Kilka dni temu ze Zjednoczonego Królestwa przyszła powieść Salmana Rushdiego, Quichotte.

Powieść, głosi tekściarz wydawnictwa (wszystkie tłumaczenia moje – EMS), jest hołdem dla wielkiego poprzednika, a jednocześnie nowoczesnym majstersztykiem o miłości i rodzinie.

Sam DuChamp, zainteresowany wielkim dziełem Cervantesa, średniej klasy autor thrillerów szpiegowskich, tworzy postać Kichota, uprzejmego i szlachetnego komiwojażera. Kichote kocha telewizję i zakochuje się w gwiazdce telewizyjnej. Wyobraża sobie, że ma  syna Sancho i w jego towarzystwie wyrusza w malowniczą i pełną przygód podróż przez Amerykę, po to by udowodnić wybrance, że jest godny jej uczucia. Sam DuChamp, autor tej historii, przeżywa kryzys wieku średniego.
I tak jak Cervantes, który napisał swe dzieło jako krytykę swoich czasów, tak i Rushdie, zabierając czytelnika w szaleńczą podróż, cały czas balansuje na krawędzi pomiędzy moralnością a załamaniem duchowym. I, jak zawsze u Rushdiego, jest to historia pełna magii, opowieść, w której autor i jego bohater zlewają się w jedno – postać człowieka, który uparcie poszukuje miłości.

No cóż, sam Rushdie też jest częścią tego warkocza uczuć i tęsknot. Ismael Ismael, w zamerykanizowanej swej wersji Mr. I. Smile, główny bohater powieści Sama DuChampa w powieści Salmana Rushdiego, jest potomkiem hinduskich imigrantów w Ameryce, a gwiazdka, w której się zakochuje, nazywa się Miss Salma R. i też ma ciemną skórę i przy była do Ameryki prosto jak strzelił z Bolly do Holly. Są  to oczywiście wcale nie takie znów cienkie aluzje do autora, i świadczą niewątpliwie o tym, że obaj bohaterowie powieściowi są też alter ego Rushdiego. Quichotte czyli nasz swojski Kichot jest tu pseudonimem Ismaela i patronem Sama i Salmana. Wszyscy trzej są brązowoskórymi mężczyznami, którzy się urodzili i wychowali w Bombaju, mieszkali w Iranie i zawędrowali do krajów anglojęzycznych. Wszyscy, dwaj w powieści, jeden w życiu, rozprawiają się z ogłupiającym mitem Ameryki. Dwaj z nich, ten powieściowy, i powieściowo-powieściowy, są samotni i nie mają dzieci, ich jedynym dzieckiem jest ich wyimaginowane własne młode ja.

To młode ja I. Smaila, który ozwał się Oquichotte (jednakże bez szlacheckiego tytułu “Don”, uważając, że “się nie godzi”), pojawiło się jako wymaginowany i wyblakły młodzieniec, widmo jeszcze nie narodzonego syna. W ogromnym wysiłku woli widmo pewnej nocy stało się pełnoprawnym człowiekiem. Ojciec i niewidzialny dla świata syn spędzali noc w namiocie nad jeziorem Capote. Ojciec spał i chrapał, młody… leżał na dachu chevroleta, słuchając świerszczy i patrząc w pomrukujące z cicha koła galaktyk. To znak, na jaki czekałeś, Tato, pomyślał chłopak, gigantyczny gwiezdny paluch wskazujący Ziemię, dowodzący, że wszystkie ludzkie dążenia są bez sensu, a wszystkie ludzkie osiągnięcia absurdalne, jeśli porównać je ze wszystkim wszystkiego. Tam na górze były przeogromne ogromy, nieskończony dystans dystansów, niemożliwe skale, cisze głośne jak grzmot wszystkich tych świateł, miliony milionów milionów płonących słońc, wszystko tak daleko, że nikt nie usłyszy twojego krzyku. A tu na dole rasa ludzka, brudne mrówki pełzające po niedużej skale, krążącej wokół gwiazdki bez znaczenia na dalekich obrzeżach nieistotnej galaktyki leżącej na odludziu Wszechświata, narcystyczne mrówki oszalałe z egotyzmu, domagające się w obliczu płomiennego nocnego nieba potwierdzenia, że ich małoważne mrowiska są centrum wszystkiego. Patrząc na obracające się koła Wszechświata, Sancho pomyślał, że choć wciąż jeszcze jest na poły duchem, dobrze i bez złudzeń rozumie prawidłowości rządzące światem.

Ale mimo to, paradoksalnie, chciał stać się jedną z mrówek. Chciał mięsa, krwi i kości, chciał móc zjeść hamburgera i poczuć jego smak. Chciał życia.
– On też tego chce dla ciebie, powiedział cichy głos.
Sancho rozejrzał się, ale koło niego nie było nikogo.
– Na dole, powiedział głos.
Sancho spojrzał w dół. Koło niego na dachu samochodu siedział świerszcz, spokojny, swobodny, który nie cykał tylko mówił po angielsku z włoskim akcentem (…).
– Jestem projekcją twojego umysłu, powiedział świerszcz, tak jak ty jesteś projekcją jego umysłu. Wydaje się, że dostaniesz insulę.
– Co dostanę?
– Mówiłem już, odparł świerszcz. Tak jak i ty, on też by chciał, żebyś był w pełni człowiekiem. Cały czas to sobie wyobraża. Ale by mógł cię tam przepchnąć, będzie ci musiał dać insulę.
– Mówię do świerszcza, powiedział na głos Sancho, kierując wzrok ku gwiazdom, który ma słownictwo o wiele pokaźniejsze od mojego, i który zdecydowanie ma ochotę na dyskusję o insulinie.
– Nie o insulinie tylko insuli czyli wyspie.
– Da mi wyspę?
– To część mózgu, zwana w podręcznikach Wyspą Reila, od nazwiska niemieckiego naukowca, który pierwszy ją wyodrębnił. Ale możesz ją równie dobrze nazwać Wyspą Realu. To część corteccia cerebrale wpływająca na wiele cech, które charakteryzują człowieka. Essere umano, si. Jest zawinięta w solco laterale. To rysa, oddzielająca w mózgu lobo temporale i lobo frontale. Insula produkuje świadomość, uczucia, postrzeganie, samoświadomość i zdolność komunikacji z innymi ludźmi.

E molto multi-funzionale, ta insula, o tak. Stąd bierze się empatia, ale też system kontrolujący ciśnienie krwi, a jeśli coś cię uderzy, to insula powie ci, jak bardzo cię to zabolało. Chcesz być głodny? Chcesz poznać smak haburgera? Insula zapewni ci czucie i dotyk. Interesuje cię seks?  Insula produkuje nam orgazmy. Wspomaga koncentrację. Ma do czynienia z ekstazą. Tak tak, rzeczywiście ciężko pracuje. Zapewni ci szczęście, smutek, gniew, strach, niesmak, niewiarę, zaufanie, wiarę, piękno i miłość. Także halucynacje, i to stamtąd się wziąłem. Eccomi qua.

 

ReReblog: Tokarczuk. Grzyby.

Wstęp Ewy Marii Slaskiej: Ten tekst był powodem, dla którego przestałam współpracować z blogiem QRA czyli kuchnia i kultura, co z kolei doprowadziło do zlikwidowania tamtego bloga i powstania dwóch nowych. Tak powstały Altana i Salon Ewy Marii czyli ten blog, na którym teraz gościcie. Oczywiście to, co osiem lat temu wywołało masę emocji, dawno przestało być emocjonujące. Salon i Altana współpracują ze sobą, reblogują się nawzajem, a autorzy z jednego bloga swobodnie mogą publikować i publikują na blogu u przyjaciół. Kilka dni temu spotkaliśmy się tak ponownie z okazji urodzin Seniorki Rodu i Bloga.

We wpisie, który doprowadził do secesji, a generalnie dotyczył grzybów, “poszło” o Tokarczuk. Wiele się teraz pisze o Oldze Tokarczuk. Każdy, jeśli tylko ma zdjęcie z Olgą (traktuje ją wtedy familiarnie), natychmiast je publikuje, a jeśli przypadkiem ma coś jeszcze więcej do pokazania lub opowiedzenia, to też to robi. Pomyślałam, że w pewnym szerokim sensie, Tokarczuk stała się “matką założycielką” tego bloga. A ponieważ w inkryminowanym poście pisałyśmy o grzybach, to, dedykując ten wpis grzybiarzom, przypominam go, póki jeszcze lasy i łąki pełne są grzybów.

trzyksiezniczkiTekst był wspólnym dziełem Ewy Marii, Panny Dorotek czyli Doroty Cygan oraz Panny L czyli Lidii Głuchowskiej. Został opublikowany na blogu QRA 10 listopada 2012 roku. Na zdjęciu u góry – figurki trzech baktryjskich księżniczek z 2 lub może 3 tysiąclecia przed naszą erą, które sfotografowałyśmy wspólnie na dOCUMENTA w Kassel.

Część Ewy Marii Slaskiej

Nieznany (bo nie podany) autor zachomikowanego na chomiku opracowania tak pisze o grzybach w Domu dziennym, dom nocnym Olgi Tokarczuk:

Często pojawiają się grzyby. Opisy różnych gatunków, przepisy na potrawy z grzybów, a po opisie śmierci dziecka, które zatruło się grzybami – przepis na muchomory w śmietanie. Autorka mówi, że gdyby nie była człowiekiem, byłaby grzybem. Rosłaby na tym co umarło. Byłaby nietrwała, ale ludzie też są nietrwali. Broniłaby się przez grzybiarzami, hipnotyzując ich, ukrywając się wśród liści. Oddawałaby swoje ciało ślimakom i robactwu. Nie bałaby się niczego. Nie groziłaby jej śmierć – jedyne co grozi grzybowi, to, że go zerwą i zjedzą. Grzyby: flammulina  – grzyb zimowy, jest jak człowiek nie pasujący do swoich czasów. Olszówka – grzyb, którego toksyny odkładają się w organizmie. Jedząc go człowiek nie ginie od razu, staje się w jakiejś części żywy, a w jakiejś martwy. Autorka nie rozumie dlaczego ludzie boją się momentu, kiedy stają się bardziej martwi. Ludzie boją się jedzenia grzybów, ona się nie boi. Ludzie dzielą grzyby na jadalne i trujące, a nie np. ładne i brzydkie. Autorka je wszystkie grzyby i nigdy nie umarła, zdarzało jej się umierać z powodu innych rzeczy. Nie wierzy, że grzyby mogłyby chcieć ją zabić.

Część Doroty Cygan – cytat z Olgi Tokarczuk. Dom dzienny, dom nocny:

Tort z muchomora

3 duże świeże kapelusze muchomora
5 dkg suszonego muchomora
2 bułki
szklanka mleka
garść rodzynek
1 cebula
nać pietruszki
całe jajko
żółtko jajka
bułka tarta
sól, pieprz do smaku

Namoczyć bułki w mleku. Cebulę podmażyć na tłuszczu, dodać namoczone i drobno pokrojone suszone grzyby, wbić żółtko, dodać posiekaną natkę, przyprawić nadzienie do smaku. Panierowane w jajku i bułce tartej kapelusze usmażyć na złoty kolor. Przekładać nadzieniem i zapiec w piekarniku.

Część Ewy Marii Slaskiej

Panna Dorotek poszukiwała jeszcze dwóch zdań kończących ten cytat, które ona tak dobrze zapamiętała, że teraz nie może się nadziwić, że ich  nie ma: „Dokładnie przeżuwać. Czekać”. Niestety bezlitosne metody poszukiwawcze komputera pozwalają stwierdzić, że słowa „czekać” w bezokoliczniku nie ma w tekście ani razu! Nawet znacznie mniej dramatyczne „poczekać” czy „odczekać” też się nie pojawiają.

Przypomniały mi się wizyty na Mazurach u szalonego wujka pisarza. Prawdopodobnie każdy z nas ma jakiegoś szalonego wujka. Nasz mieszkał na wsi pod Olsztynem, dużo pił i często wieczorem jechali z sąsiadem traktorem po wódkę do jakiejś dość odległej wioski, bo tam GS był dłużej czynny. Miał w Olsztynie żonę i córkę, a na wsi przyjaciółkę, też zresztą z Olsztyna, która mieszkała u niego z mężem i dwoma synami. Kiedyś, gdy się kochali, byli tacy głośni, że obudzili psa na podwórku. Przestraszony zwierzak zaczął szczekać, budząc sąsiednie psy, które też zaczynały szczekać, budząc następne psy…  Wuj i jego kobieta kochali się pod akompaniament szczekania wszystkich psów w całej wsi. Wydaje mi się, że księżyc powinien był być w pełni. Niestety, gdy mi to oboje opowiadali, nie zapytałam, a teraz już nie mam kogo zapytać. Dlatego zawsze powtarzam, jak chcecie o coś zapytać, pytajcie, pytajcie, pytajcie, bo kiedyś będzie za późno.

W każdym razie wujek świetnie i oryginalnie gotował, często korzystając z zebranych lub zabranych bez pytania dobrodziejstw pól, lasów i łąk. Jadaliśmy kukurydzę, masy grzybów, ciasto z rumiankiem i pestkami sosen, zupę z młodych pokrzyw, pieczoną pietruszkę pastewną… Pewnego dnia wujaszek pokazał przyniesione właśnie z lasu muchomory. Nie było wątpliwości, to ewidentnie były muchomory, miały odpowiedni pokrój i kropki, tyle że kapelusze nie były intensywnie czerwone, lecz raczej rudoceglaste. To muchomory jadalne, oznajmił wujaszek i podsmażył je na maśle. Popatrzyliśmy z mężem na siebie, niepewni, ale i zainteresowani. Obudź dziecko powiedziałam, niech też zje kawałek, bo jeśli mamy umrzeć, to umierajmy wszyscy razem…

Nie martwcie się, muchomory były jadalne.

Część Lidii Głuchowskiej

Skoro wpis jest o jedzeniu grzybów powszechnie uznanych za niejadalne, ja też dodam coś do tej opowieści. Znam osoby, które uważają, że opieńki są niejadalne.

Zupa z opieniek  i pierwszy śnieg

Jakieś trzy lata temu Rodzice po raz pierwszy ugotowali zupę z opieniek, którą zapamiętali ze swych pierwszych wspólnych wczasów. Jest znakomita i prosta w wykonaniu. Jest taka pyszna, że nie mogłam pojąć dlaczego tyle lat trzymali ją w tajemnicy. Dziś wreszcie poprosiłam ich o przepis.

Potrzebne są następujące składniki:

Spora kobiałka opieniek (lub dwie, gdy więcej gości)
W obróbce dużo tracą na objętości, więc lepiej trochę więcej
a ja od razu kupiłam 3 za całe 10 zł
włoszczyzna na wywar
2 –3 kostki rosołowe
1 lub 2 pory (zależnie od ilości grzybów)
3-4 łyżki masła (najlepiej klarowanego – nie przypala się i jest wydajniejsze)
śmietana
ew. trochę maki do zagęszczenia
pieprz i sól do smaku
oraz
duży garnek, patelnia, cedzak i durszlak

A przygotowuje się ją tak:
Z włoszczyzny i kostek rosołowych ugotować wywar.
Grzyby  bardzo dokładnie umyć i odsączyć. Kapelusze grzybów pokruszyć na ćwiartki (nóżki są twarde, więc jeśli mimo wszystko chcemy je wykorzystać, należy pokroić je w bardzo cienkie paseczki, o grubości 2 mm), a następnie podgrzać w wodzie i odszumować (tzn. zebrać pianę), jednak nie gotować. Dokładnie odcedzić.
Pora umyć i jego białą część pokroić w bardzo cienkie półtalarki, zeszklić na maśle. Nie dopuszczać do zbrązowienia.
Dorzucić odcedzone grzyby i smażyć, a potem dusić ok. pół godziny, co jakiś czas mieszając.
Po zdjęciu z ognia połączyć z wywarem warzywnym, doprawić solą i pieprzem.
Gdy przestygnie, do kubeczka wlać śmietanę i rozprowadzić ją z kilkoma łyżkami zupy, a potem powoli połączyć z jej pozostałą częścią, tak by się nie zwarzyła.
Ewentualnie można zagęścić zasmażką z mąki, którą ostrożnie  jeszcze na patelni miesza się z częścią zupy, a następnie przelewa do garnka, ciągle mieszając, tak, by nie powstały grudki.

UWAGA – zupa ma bardzo silny faktor uzależniający. Ja serwować ją będę w kuchni, z której okien widać pierwszy śnieg. W Jeleniej Górze spadł tej nocy.

PS. Ewy Marii Slaskiej z 13 listopada 2012 roku skierowany do jednej z komentatorek blogu QRA

Konsti! Zdarzył się dziś przedziwny przypadek – wróciła z wojaży Panna Dorotek, z którą wspólnie przygotowałyśmy wpis o jedzeniu muchomorów i innych jadalnych grzybów niejadalnych. Być może akurat tego nie zauważyłaś, ale wpis spotkał się z krytyką współautorek i współredaktorek, wyrażoną publicznie i prywatnie, i w końcu – z przykrością – go usunęłam.
Główną osią tego wpisu był wybrany przez Pannę Dorotek cytat z Domu dziennego, domu nocnego Olgi Tokarczuk – przepis na przygotowanie tortu z muchomorów. Cytat wzięłam z portalu Chomik i nie było tam dwóch zdań, które zdaniem Panny Dorotek musiały tam być, ale ich nie znalazłyśmy: “Jeść powoli. Czekać.”
Panna Dorotek twierdziła, że jest w internecie jeszcze inny blog, w którym też jest ten cytat-przepis i kończy się on tak właśnie, jak jej zdaniem powinien się kończyć.
I jest to twój blog i twój wpis, a ty jesteś naszą autorką!
apparecchiamo.blogspot.de/2012/02/tort-z-muchomora-czerwonego.html
Dziękuję!

Urodziny Ciotuchny

Wpis zbiorczy, przygotowany przez Lecha Milewskiego czyli Pharlapa. Dziękujemy! (jeszcze chcemy 🙂 )

Ewa Maria

Gdy przeczytałam wezwanie Pharlapa, by napisać coś o Ciotuchnie, w moich myślach całkowicie znikąd pojawiło się słowo Wieliczka.
Wieliczka. Ale dlaczego? Oczywiście byłam w Wieliczce, nawet dwa razy – jako młoda panna z Karusią czyli cioteczną babcią, a potem – jako młoda mężatka – z mężem i synem. Syn był bardzo mały, nie chodził jeszcze do szkoły, ale umiał już napisać MAMA i TATA. Szliśmy na Wawel, a Jacek kawałkiem cegły (cegłówka? Tak to się chyba nazywa) opisał całą drogę wielkimi drukowanymi literami: TATA TATA TATA…
No ba. Tata to Tata. Pojechaliśmy do Wieliczki, której wtedy jeszcze nikt nie oferował w “dwupaku” z Auschwitz. Pojechaliśmy zatem i chłopakom się podobało, a ja marudziłam, że eee to wszystko nie tak i jak byłam mała, to dopiero była Wieliczka! Bo rzeczywiście – nie można było obejrzeć wielkiego kryształowego kościoła.
Minęło kilka lat. Jacek był już we wczesnym wieku szkolnym, gdy w ramach zajęć pożytecznych i pouczających zaproponowałam, żebyśmy “zrobili Wieliczkę”. Wszyscy wiemy, jak się “robi Wieliczkę” – bierze się słoik, wkłada się kilka gałązek i zalewa wodą z dużą ilością soli, potem czeka, aż woda wyparuje, a sól się skoncentruje.
Jacek z zainteresowaniem przyjął fakt, że “zrobimy Wieliczkę”. Wybraliśmy duży słoik (błąd), zalaliśmy gęstym roztworem soli (błąd) i zaczęliśmy czekać.
Codziennie  rano i wieczorem sprawdzaliśmy z dzieckiem postępy powstawania Wieliczki. Był to proces powolny, bo wzięliśmy wszak za duży słoik i za gęsty roztwór. Woda parowała powoli. Na obrośniętych solą gałązkach zbierał się bury tłusty kuchenny nalot. A co gorsza gęsty roztwór rodził gęste grube narosty drobnych kryształków, które w niczym nie przypominały zaplanowanych dużych regularnych przejrzystych kryształów, jakie miały tam wyrosnąć.
Byłam więc coraz bardziej rozczarowana, ale, o dziwo, dziecko nie.
Codziennie zaglądaliśmy do słoja i póki wciąż na dnie stała woda, wiedzieliśmy, że trzeba czekać. Ja wciąż liczyłam na to, że w ostatniej chwili setki małych kryształków porodzą Koh-i-noora.
Wreszcie pewnego dnia powiedziałam – już. Na stole nadal, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj stał słój, a w nim te byle jakie gałązki w burej soli. Tyle, że już nie było ani kropli wody.
A Jacek się rozpłakał.
Przejęłam się, próbowałam pocieszyć, ale tak naprawdę nic nie rozumiałam. Przez ostatnie dni, ba, nawet tygodnie, dziecko spokojnie przyglądało się zawartości słoja i nie protestowało, dlaczego zatem teraz płacze?
Nie wiedziałam, co zrobić.
Wieczorem zadzwoniłam do Ciotuchny.
W końcu rodzinna psycholożka, może coś poradzi.
Opowiedziałam.
– Bo – powiedziała Ciocia – zawsze trzeba uważać, co się mówi.
– Eeee? – zapytałam niezbyt inteligentnie.
– Dla Ciebie “Wieliczka” to było słowo oznaczające proces powstawania kryształków soli, dla dziecka – jaskinia pełna stalagmitów i stalaktytów, w której płynie się łodzią i ogląda niezwykłe formacje skalne, kolorowe sklepienia, na których wyrosły kryształy. Póki nie powiedziałaś “już”, dziecko czekało, aż jakaś czarodziejska siła zmieni bury słoik w piękną grotę, którą niedawno zwiedzało, ale gdy padło to słowo – wiadomo było, że nic się już więcej nie zdarzy.
– Co się nie zdarzy?
– Wszystko. Nie ma czarodzieja, nie ma Wieliczki, a to pewnie oznacza, że nie ma też świętego Mikołaj. Mama opowiada bzdury.
– I co teraz? – zapytałam zdruzgotana.
– Nic – odpowiedziała Ciocia. – Minie, ale na przyszłość uważaj, co mówisz.

PS. Na zdjęciu Ciocia i Wujek na plaży. Przez całe życie chciałam właśnie tak wyglądać, jak Ciocia na plaży…

Kanadyjka

Kochana Mamo, Babciu i Big Babciu. Przyjmij od nas wszystkich w Ottawie najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin. Bardzo się cieszymy, że chociaż część z nas mogła Cię odwiedzić tego lata. No ale jest jeszcze internet, w którym tak sprawnie się poruszasz, tak więc mamy Cię blisko na stałe.

Twoje wpisy na blogach i powstała z nich ksiazka pozwoliły nam (i pozwolą innym, jak je przetłumaczę na angielski) poznać kartki z Twego życia, nam nie znane lub nie pamiętane. Wierzymy, że masz jeszcze w sobie wiele wspomnień, które kiedyś przelejesz na papier.

Ciesz się zdrowiem, dobrym humorem i energią jak najdłużej. Przytulamy Cię wszyscy bardzo mocno. Małgorzata, Olga, Mike, Ewa, Dave, Ruby, Ania R. i cała reszta rodziny Pymanów.


Włosz.czy.zna

Droga Solenizantko, Mamo, Babciu, BiNonno, Ciotuchno!

Przyjmij od nas wszystkich bardzo serdeczne życzenia z okazji tej bardzo okrągłej rocznicy. Nie piszę specjalnie, ile to lat, bo nie ważne są numery, a Twoje samopoczucie. Patrząc wstecz, na to, co zdziałałaś w Twoim życiu, widzimy, że jest to pokaźny dorobek, tak zawodowy, jak i w życiu prywatnym i literackim! Bardzo są dla nas cenne Twoje wspomnienia z dzieciństwa, z okresu wojny i konspiracji, o rodzinie i z wojaży. W sumie „Kura”, „Qra” i „Altana” to był okres, który dał nam wszystkim dużo i dzięki wpisom na tych blogach poznaliśmy Ciebie trochę lepiej i Twoje wspomnienia zostały utrwalone na papierze. Kto by pomyślał, że Pani w Twoim wieku będzie tak sprawną blogerką! Gratulacje!! Dzięki tym blogom, chociaż mieszkasz sama i wiemy jakie to trudne, masz przyjaciół na całym Świecie.

Z Florencji życzymy Ci dużo, dużo zdrowia, dużo wizyt rodziny i przyjaciół i powrotu do pisania wspomnień!

 
 

Ucałowania Maria & Alessandro, Marianna & Marco i oczywiście Matteo

Kattinka

 

 

A jedną różę dajmy CIOTUCHNIE
VIVAT, Droga JUBILATKO, śpiewając…
A z drugą różą w dłoniach przyjdźmy wołając:
Żyj nam w zdrowiu DZIŚ I ZAWSZE!
I garść rymów dorzućmy dla ozdoby chwili…
A trzecią różę do bukietu dodajmy dla harmonii,
boć powiadają: OMNES TRINUM PERFECTUM,
a tu po trzykroć okrągła trzydziestka
CIOTUCHNIE tak zgrabnie się udała!
Ach, nie, co też ja mówię: jeno trzy róże?
Naręcza pełne zbierzmy a zanieśmy
róż białych i różowych róż, i róż purpurą
do wina w kielichu podobnych.
I wznieśmy toast wesoły w ten czas
URODZIN naszej JUBILATKI.
STO LAT! STO LAT! STO LAT!
A jak już zaśpiewamy, to jeszcze…
Poduszek miękkich rzućmy na fotele,
byśmy WSZYSCY wokół CIOTUCHNY tu zebrani,
DRODZY Przyjaciele, wygodnie mogli zasiąść,
gotując się do wspólnego świętowania.
A żeby tradycji stało się zadość, prośbę
przedstawmy naszej DROGIEJ JUBILATCE:
niech swych wspomnień wątki nadal dla nas
tak wspaniale splata o świecie, który
znała i tak żywo a kolorowo zapamiętała.

 Juliczka

Istnieją pytania, na które właściwie nie ma odpowiedzi. Naturalnie nie mam tu na myśli pytań w rodzaju: „Kto jest przeciw?” ani „Dlaczego nie słuchasz audycji Polskiego Radia?” Nie chodzi mi również, rzecz prosta, o pytania zaczerpnięte z wielkiej literatury, w rodzaju: „Skąd wracali Litwini?” albo „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem?” Na myśli mam pytania podstawowe, z którymi się stykamy w codziennym życiu. Na przykład o pytanie, które podobno lubią zadawać kobiety: „Czy mnie kochasz?” Na takie pytanie po prostu nie ma odpowiedzi. Bo jeżeli facet odpowie „nie”, to łamie życie jej, a jeżeli, jak udowadniał Kazimierz Rudzki, odpowie „tak” – to łamie życie sobie.

My, czytelnicy Ciotuchny, znamy inną odpowiedź: kochamy Cię, Ciotuchno, podziwiamy i życzymy długich lat życia w twórczej pracy i zdrowiu.

Viator

 

Jak Beatrycze Dantego
Przez mroki dziejów mnie wiodłaś
Bym dotarł do skarbów wiedzy
Ukrytych dotąd przez otchłań.

A teraz na mnie kolej:
Jak Dante imię twe chwalę,
Ciotuchno, w dzień urodzin.
I później też. Wytrwale.

  Pharlap

EwaMaria, na otwarcie tego wpisu wspomniała o moim apelu.

No cóż, zacytuję księdza J. Tischnera: “tyz prawda”.

Ponad siedem lat minęło od chwili, gdy dołączyłem do grona Panien po Trzydziestce, a potem Przyjaciół w Altanie. Wspaniała, zwarta grupa, razem, a przecież każda osoba bardzo indywidualna.

Ciotuchna była w tej grupie osobą specyficzną.

Wojna mocno namieszała w mojej rodzinie, w rezultacie powstały spore luki w niektórych kategoriach wiekowych. Właśnie taką lukę wypełniły (za późno, mocno za późno) wpisy Ciotuchny. Okres wojny, okupacji, lata powojenne.

Dziękuję bardzo Ciotuchno.

Te życzenia składam, gdy u nas wiosna w pełni. W tym okresie koloryt pobliskim ulicom nadają drzewa jacaranda.

A więc, w błękitnym nastroju, życzę Ci Ciotuchno wiele sił, zdrowia i energii twórczej. Niech otaczający Cię świat odwzajemnia Twoje życzliwe nastawienie do otoczenia.

Barataria aus dem Jahre 1982

Mojej siostrze Katarzynie
Für meine Schwester Katarzyna

Achtung! Kein Video, sonder wunderbare Musik von Anton Garcia Avril und Fotos aus der englischen TV-Serie Great Performances, mit Sir Alec Guinness als Padre Quijote und Leo McKern in der Role des kommunistischen (Ex)Bürgermeisters  von Toboso, der vor seinem Priesterfreund Sancho genannt wird.

Es ist eine schöne Verfilmung eines schönen Buches und ich danke meiner Schwester, die es mir empfohlen hat. Und denke nur – seit zwei Jahren suche ich Don Quijote überall und erst vor ein paar Wochen sagte mir Katarzyna, dass es diesen Roman gibt und dass sie ihn so lieblich findet.

Graham Greene, Monsignor Quixote, Roman, erschien 1982 in New Yorck.
Von links nach recht – amerikanische Erstausgabe, DVD Cover, deutsche Übersetzung in Paperback und der Roman auf Polnisch.

Man schreibt das Jahr 1980, vielleicht 1981 oder 1979. Der Generalissimus ist schon vor ein paar Jahren gestorben, genauer gesagt 1975. Spanien ist demokratisch, aber die Guardia verfügt immer noch über eine Übermacht, besonders wenn man ein entflohener Priester oder überzeugter Kommunist ohne Amt ist. Oder beides. Spanische Guardia civil, gehasste Staatssicherheit-Polizei, gilt in dieser Neubeschreibung der Abenteuer von den Ritter der Traurigen Gestalt und seinem Knappen als schreckliche Riesen-Windmühlen.

Padre Don Quijote, auf Geheiss von einem geheimnissvollen Bishof von Motopo zur Würde eines Monsignores erhoben, hält sich zu einem Nachkommen des Cervantesschen Ritters, obwohl SEIN Bischof, der ihn nicht leiden mag, der andere Meinung vertrit und meint, der wahre Don Quijote wäre eine Romanfigrur, mehr noch – eine Metapher, oder eine Parabel… Lediglich.

Es ist auch Barataria da, die Insel, die es nicht gibt, die auch lediglich eine Metapher, oder eine Parabel ist.

” Vermutlich liegt es am Wein”, sagt Monsignorr Quijote ze Sancho, “aber mir ist sehr warm”.
“Ich spüre die Hitze nicht. Ich finde die Temperatur sehr angenehm. Aber ich trage natürlich auch nicht so einen lächerlichen Kragen”.
“Ein Stückchen Zelluloid, das macht überhaupt nicht heiß, überlegen Sie einmal, was diese Guardia alles trägt. Versuchen Sie selbst, dann werden Sie schon sehen.”
“Gut. Geben Sie her. Wenn ich mich recht erinnere, wurde Sancho Statthalter über eine Insel und ich werde eben, mit Ihrer Hilfe, Statthalter über Seelen”. Er legte das Kollar um seinen Hals. “nein. Sie haben recht”. So heiß ist das gar nicht. Es beengt ein bißchen, das ist alles. Und reib mich wund am Hals. Sonderbar, Padre, ohme Ihr Kollar würde ich Sie nie für einen Padre halten und erst recht nichzt für einen Monsignore.”
“Nachdem Don Quijotes Haushalterin ihm die Lanze abgenommen und ihn von seiner Rüstung befreit hatte, hätten Sie ihn nie für einen fahrenden Ritter gehalten”, sondern nur für einen närrischen alten Mann. Geben Sie mir mein Kollar wieder, Sancho.” (S. 85)

Als sie in einem Restaurant hinter der Plaza Mayor in einem kleinen Patio an der Bar saßen und ein Glas Weißwein tranken, spürte Padre Quijote, wie seine fröhliche Laune zurückkehrte. Vorher, den besuch im Haus des cervantes, der sie 50 Peseten pro Person hekostet hatte, hatte er genossen, nur hätte er gerne gewußt, ob man ihm wohl bei Nennung seines Namens an der Kasse freien Eintritt gewährt hätte. Einige der Möbel stammten tatsächlich aus dem besitz des Biographen, win an den König gerichteter Brief über die Besteuerung von Öl hing an der weißgekalkten Wand, die er sie sich leicht mit Blut bespritzt vorstelklen konnte, als man in jener schrecklichen nacht Don Gaspar de Ezpelatas blutigen Leichnam ins Haus getragen und Cervantes unter dem falschen Verdacht, an seiner Ermordung beteiligt zu sein, verhaftet hatte. “Natürlich hat man ihn gegen Bürgschaft auf freien Fuß gesetzt”, erzählte Padre Quijote, “aber bedenken Sie, Sancho, was es bedeutet, an der Lebensbeschreibung meines Vorfahren weiterzuarbeiten, wenn man weiß, was einem Schreckliches droht. Ich frage mich manchmal, ob es diese nacht war, an die er dachte, als er niederschrieb, wie Ihr Ahnherr nach seiner Ernennung zum Stathalter über eine Insel einem Jüngling befahl, eine Nacht im Gefängnis zu schlafen, und der Jüngling erwiderte: ‘Eure Macht reicht nicht aus, den Schlaf im Gefängnis herbei zuzwingen’. Vielleicht waren es dieselben Worte, die der greise cervantes zu dem Beamten sprach. ‘Angenommen, Ihr werft mich ins Gefängnis, legt mich in Ketten, sperrt mich in eine Zelle, und doch, wenn ich nicht schlafen will, habt Ihr keine Gewalt über mich, meinen Schlaf zu erzwingen’.”
“Die Guardia Civil heutzutage”, sagte Sancho, “die wüßte schon, wie man so was macht. Die würden Sie schnell genug einschläfern, mit einem einzigen Schlag über den Schädel.” Düster fügte er hinzu. “Mir täte ein bißchen Schlaf gut.”
“Ah, aber Ihr Ahnherr, Sancho, der war ein freundlicher Herr, und er ließ den Jungen frei. Und der Beamte tat das gleiche mit Cervantes.” (S.112)

Aus welchem Grund auch immer, schweigt der Padre stur, was Sancho nervös macht.

“Denken Sie daran, Padre”, sagte Sancho, “was für einen guten Statthalter mein Ahnherr abgab. Trotz all seiner Ritterlichkeit und Tapferkeit hätte Don Quijote nie so gut regieren können. Was für ein heilloses Spektakel – ich meine heiliges Spektakel – er auf dieser Insel angerichtet hatte. meinem Ahnen fiel das Regieren genauso leicht wie Trotzki das Kommandieren einer Armee. Trotzki besaß keine Erfahrung, und doch schlug er die weißen Generale. Ach, ich weiß schon, wir sind Materialisten, wir sind bauern und Marxisten. Aber deswegen brauchen Sie uns nicht zu verachten.”
“Wann hätte ich Sie je verachtet, Sancho?”
“Ihrem Gott sei dank, Sie haben endlich wieder zu reden begonnen…” (S. 132/133)

Don Padre wird bald sterben, angeschossen von Guardia Civil.

Seine Stimme aber, die vom Bett herüber drang, klang jetzt fest und kräftig. “Was ich Ihnen anbiete, Sancho, ist nicht Statthalterschaft. Was ich Ihnen anbiete, ist ein Königreich.”
“Ein Königreich?”wiederholte Sancho.
“Geh mit mir, und du wirst das Königreich finden.” (S. 229)

Und jetzt suchen wir Barataria in den nächsten Don-Quijote-Film. Regie Rodney Bennett. Ein netter Film mit guter Musik, der hier zu sehen ist. Also bloss nicht bei Amazon kaufen, wo er zwischen 199,00 und 273,00 Euro kostet! By the way, ab der 14. Minute gefühlte 10 Minuten preist der Film die Vorzüge der polnischen Wodka Wyborowa. Sehr nettes Product Placement 🙂

Der ganze Film: HIER

Und am Ende noch ein Zitat von Shakespeare, dem Greene dem Roman als Motto vorgesetzt hatte:

An sich ist nichts weder gut noch böse, das Denken macht es erst dazu.

Barataria: wojna o wyspę (reblog+)

Znalazłam taki obrazek w internecie i przepraszam za błędy, informuję jednak tych, którzy mogliby tego nie wiedzieć, że błędy stanowią (chyba niezbędną) część internetowego folkloru i trzeba się z nimi pogodzić.

Myślałam, że to żarcik – i też by to było zabawne – ale nie, to nie żarcik, to prawda. Czytaj TU (po polsku), TU (po niemiecku) i TU (po angielsku). No i nie ma rady – TU po duńsku.

Jako córka polarnika dodam, że zostawianie alkoholu i pożywienia w stacjach, bacówkach, kolibach, szałasach i innych schronieniach bez obsługi, jest w krainach polarnych bezwzględną normą. A może zresztą jest tak wszędzie, gdzie ludzie mogą się znaleźć głodni i spragnieni. Przybysz zjada i wypija to, co znalazł w schronieniu, a – jeśli ma – zostawia dla następnych swoje napitki i jadło. Jeśli nie ma, to los mu sprzyjał…

A tu jeszcze dokładny kawałek mapy, z którego wyraźnie wynika, dlaczego dwie pozostałe wyspy nie są przedmiotem wojny, a ta – tak.

Apel umarłych

Ewa Maria Slaska

W ciągu niespełna roku umarło osiem osób z mojego najbliższego otoczenia, a cztery inne są ciężko chore. Mam wrażenie, że płynę przez jezioro śmierci, takie, jakie opisałam kilka tygodni temu. O kilkorgu z tych pisaliśmy tu na blogu, pisali inni ludzie, pisałam ja.

Nie jest to jednak tak, że doszłam już do takiego wieku, że naokoło mnie coraz więcej ludzi umiera – to by było normalne. Ale nie – tylko jeden zmarły był naprawdę sędziwy, dwoje zmarłych było nieznacznie starszych niż ja, a pozostali, i ci chorzy, i ci, co odeszli byli lub są młodsi, niekiedy o pokolenie lub półtora. Dwoje z nich odeszło dobrowolnie, ale nie jest tak, że byli to ci najmłodsi, albo starzy i ciężko chorzy.

Ewa, dobra znajoma, 60 lat – TU o niej pisałyśmy – tłumaczka
Krzysztof, znajomy od wielu lat, 55 lat – TU – dziennikarz, zawsze niezależny i zawsze pod prąd
Maryla, bliska przyjaciółka od ponad 30 lat, 62 lata – TU – działaczka Solidarności, tłumaczka, autorka, dziennikarka, pobożny człowiek
Irena, bliska koleżanka, współpracownica, 40 lat – TU
Lonia, bliska osoba z rodziny, 76 lat – TU – artystka, człowiek rodziny, kuchni i ogrodu…
J., syn znajomych, 54 lata, smutny człowiek sukcesu, któremu się nie powiodło…
Jagoda, rzadko spotykana, ale serdeczna znajoma, młoda, chyba nawet bardzo młoda, wesoła, zaangażowana, maszerowała z nami w marszu dla Aleppo, urządzała z nami pikniki dla uciekinierek…
Witek, bliski znajomy od początku mojego pobytu w Berlinie, 72 lata; działacz społeczny, legenda Polonii berlińskiej…

Dlaczego odeszliście wszyscy razem?


Dopiero, gdy ten wpis się ukazał, dowiedziałam się, że przed tygodniem zmarł również prof. Stanislaw Karol Kubicki (Pseudonim: Peter Mantis, urodzony 5 lipca 1926 w Berlinie, zmarł w Berlinie 19 października 2019), ojciec malarza i poety polsko-niemieckiego Stanisława Kubickiego, profesor neurologii, założyciel Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, gdzie studiował z indeksem numer 1, autor artykułów na tym blogu, np. TU

20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK

Zaproszenie do Szczecina / Einladung nach Stettin

Ich fahre heute um 9.32 Uhr vom Hauptbahnhof nach Stettin und lade Euch ein, spontan mit mir zu fahren. Wir sind um 11:39 Uhr in Stettin. Ich komme erst morgen zurück, man kann aber auch heute um 19:50 Uhr nach Berlin fahren und ist um 21:38 Uhr in Gesundbrunnen.

Wenn ihr zu fünft sein, kostet es pro Person einen Klacks (Brandenburg-Ticket für 28 Euro deckt die Reisekosten für 5 Leute hin und zurück).

Inzwischen kann man bummeln, einkaufen, Pierogi essen und um 18:00 Uhr in die Bibliothek ProMedia gehen, wo ich lesen werde. Ich lese auf Polnisch, aber was soll es? Es geht doch um die Gesellschaft, um Klang der Sprache, Athmosphäre, schöne Stadt, schöne Leute… Und wenn Ihr wirklich kommt, werde ich einen Text auch auf Deutsch lesen – versprochen…