Lista stu najlepszych filmów wg portalu filmweb, czyli moja ulubiona rozrywka, gdy chcę coś obejrzeć, ale nie wiem co. Pierwszy film z kobietą w tytule pojawia się na pozycji 38 (nie o kobietach!), pierwszy polski film na pozycji 60 – to Bogowie, o Zbigniewie Relidze, drugi na pozycji 83 – Najlepszy o Jerzym Górskim. I wreszcie numer 90, Jak rozpętałem drugą wojnę światową. Czy to naprawdę najlepsze polskie filmy wszechczasów? A Brzezina? Wesele? Ziemia obiecana? Lotna? Popiół i diament?Ida? Polska pojawi się też na pozycji 10 – to Lista Schindlera i na 17 – Pianista. Film o silnej i niezależnej kobiecie znalazł się dopiero na pozycji 80 (czyli daleko za Polakami) – Trzy bilboardy… Cały czas zdecydowana przewaga wojny, więzienia, walki i w ogóle męskich spraw (pierwsza kobieta jest “jak mężczyzna” – walczy i bierze sprawiedliwość w swoje ręce). Walka. Czy to w rzeczywistości, czy w science fiction. Na dwóch pierwszych miejscach filmy wg Stephena Kinga. I to od lat tak jest, bo śledzę te listy od dawna. Nie ma Pół żartem pół serio, nie ma Casablanki, jest tylko jeden Hitchcock i jeden Kurosawa, nie ma Bergmanna ani Tarkowskiego, nie ma Greenewaya, Wesa Anderssona, Godarda, Bunuela, Antonioniego i Felliniego. Nie ma czeskiego kina, minimalnie kino francuskie i włoskie, nie ma niemieckiego, rosyjskiego też nie ma, choć na pewno Hamlet ze Smoktunowskim powinien się tu znaleźć. Wiadomo, nie może być wszystkich i niczyja lista nie zgodzi się z naszą wewnętrzną, ale bardzo mnie niepokoi, że moja lista i ta oficjalna odchodzą od siebie aż tak daleko.
Z tej widziałam 36 filmów i żaden oprócz Życia Briana nie znalazłby się na mojej liście.
W kwietniu w Berlinie miał się odbyć koncert. Miała śpiewać młodzież z Polski. Organizatorką była berlińsko-szczecińska pisenkarka, Kashia Vega. Poprosiłam o bilet prasowy (blogerzy już od dawna są traktowani jak prasa, czasem nawet bardzo pożądana), dostałam i przy okazji Kasia spytała, czy chcemy porozmawiać. Odpowiedziałam, że tak, po koncercie. Chciałam chwilę pogadać, żeby mieć materiał na kolejny wpis. Redaktorka bloga, który od 13 lat codziennie w minutę po północy publikuje kolejny wpis, jest wszystkożerną harpią, która zawsze i wszędzie szuka materiału.
Zakładałam, że koncert nie będzie niczym specjalnym, ot, taki koncert “dla Polonii”. Rzeczywistość utarła mi tego zarozumiałego nosa, bo koncert był świetny i bawiłam się świetnie.
A potem spotkałyśmy się z Kasią, porozmawiałyśmy, rozmowa okazała się równie świetna, więc zapytałam redakcję Kuriera Szczecińskiego, czy by nie chciała jej opublikować. W końcu Kasia jest nie tylko z Berlina, ale i ze Szczecina. Redakcja chciała. Tekst się ukazał, najpierw na papierze, potem on line. Potem Kasia umieściła go na Facebooku i na Instagramie. A ja cały czas nie publikowałam tej rozmowy na blogu, szanując kolejne jej odsłony poza blogiem. Ale myślę, że w wiele tygodni po publikacji papierowej, mogę i ja ją wykorzystać.
Autorzy: Bohumil Hrabal i László Szigeti, wyd. Warszawa 2011
EMS: Rozmowy zostały przeprowadzone w 1984 roku, wydane po czesku 1996 roku, po polsku w roku 2011. To istotne, bo głęboko humanistyczne poglądy czeskiego pisarza, tak jak je głosił w latach 80, mogą się dziś wydać staroświeckie, albo wręcz anachroniczne.
Zresztą nie uprzedzajmy wypadków. Najpierw kilka fragmentów książki, a dopiero potem wnioski i uczucia.
Aha, Nándor Hidegkuti (1922- 2002) był (ubóstwianym) węgierskim piłkarzem i trenerem, Bohumil Hrabal (1914-1997) był czeskim pisarzem, a László Szigeti (1957-2022) – słowackim politykiem narodowości węgierskiej, najpierw komunistą, a potem – antykomunistą.
Drybling – wiadomo, w rozmowie Hrabal często kończy odpowiedź sformułowaniem “to taki drybling na chustce do nosa”. Aczkolwiek rozmowy po angielsku nazywają się piruety na chustce do nosa, a po niemiecku – sztuczki z chusteczką. Aha, poniższy fragment książki zaczyna się od zdania po niemiecku. To zdanie Hrabala.
Kilka dni temu przeglądałam wieczorem YouTube’a, cda i Netflixa, zastanawiając się, czy mam ochotę coś obejrzeć i trochę bezmyślnie kliknęłam na film z Berlinem w tytule, bo zawsze może się okazać, że będzie to nowe Jajo wężai może nam zapowie, co się zdarzy. Ale to nie tak, bo gdy to piszę, to uświadamiam sobie, że Bergamnn nakręcił ten film w 1977 roku, tylko jego akcję umieścił w roku 1932 i że to taki sam film jak Kabaret Boba Fosse i że zarówno obaj reżyserzy, jak i my, widzowie wiemy, że są to obrazy o czasach zapowiadających katastrofę, ale nakręcone później i nie ma w nich nic profetycznego.
Ewa Maria Slaska, Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Berlin – Szczecin 2025
Das Buch ist auf Polnisch, aber in Berlin werden immer neue Fragmente auf Deutsch präsentiert. Es ist weder Autobiografie noch Sachbuch, es ist eine Autofiktion und ein Roman mit hohen dokumentarischen Anteil.
Lesungen auf Deutsch
Die aus Danzig stammende damalige Solidarność-Aktivistin Ewa Maria Slaska lebt seit 1985 als Autorin, Bloggerin, Journalistin, Verlegerin und Projektmanagerin in Berlin. In 80ern verbunden mit der polnischen Demokratiebewegung Solidarność.
In ihrem neuesten Buch Amerykański sen /Amerikanischer Traum, einer Autofiktion, einem Roman mit hohem dokumentarischem Anteil, konzentriert sich die Autorin, Ewa Maria Slaska, auf das Leben zweier in Danzig (Gdańsk) geborener Menschen, aufgewachsen in der Volksrepublik Polen. Sie sind aktive Teilnehmer der Solidarność – Bewegung. In den 1980er Jahren wandern sie aus, erst nach Berlin(West), dann in die Vereinigten Staaten. Sie suchen die Freiheit. Ob die Freiheit, die sie in Amerika finden, das ist, was sie sich erträumt haben?
Freitag, 2. Oktober um 14:45 von Ostkreuz
Kulturzug Berlin – Breslau
Moderatorin: Natalia Wassermann
Fahrkarten (hin 27,00 €)
Danach noch eine Lesung in Milicz am 5. Oktober und zwei Lesungen in Wrocław (auf Polnisch) am 7 und 8. Oktober:
Milicz 5 października o godzinie 16 STARA BOMBKARNIA Kawiarnia w KOM Kreatywny Obiekt Multifunkcyjny Jarosława Dąbrowskiego 3, 56-300 Milicz
Moderatorin Ewelina Jaworska
*** Wrocław 7 października godzina 18 Kamieniczka Małgosia na Rynku
*** 8 października godzina 17 Wrocławskie Stowarzyszenie Twórców Kultury ul. Lwowska 43 w siedzibie Rady Osiedla Gajowice
wszystkie spotkania po polsku
***
Freitag, 28. November 18:00 Uhr Majakowskiring 47 13156 Berlin
Moderatoren: Monika Wrzosek-Müller & Michael Müller
Kiedy wydaje się, że wszystkie Don Kichoty z całego świata zagościły już na tym blogu, przeglądam stary notatnik adresowy mojej Mamy i trafiam na taką oto wizytówkę:
Nie wiem, co robiła lata temu asesora linguistica del Ministerio de Educación Espanol w liceum w Warszawie, ale XXXIV liceum imienia Miguela Cervantesa sporo obiecuje. Istnieje od roku 1945, ale najpierw nosiło imię generała Świerczewskiego “Waltera”, a dopiero od 30 lat ma imię Cervantesa i jest szkołą dwujęzyczną, którą łączą różne związki z Hiszpanią. W kronice szkoły odnotowano, że raz uczniowie spotkali się z królową Zofia, a raz oboje królestwo odwiedzili szkołę,
Na dziedzińcu przed liceum został 24 kwietnia 2004 roku odsłonięty pomnik hiszpańskiego autora. Logotypem szkoły jest postać Don Kichota.
Zadowolona z odnalezionych informacji, osiadam na laurach i chcę się oddać letniemu nicnierobieniu na balkonie. Sięgam po pierwszą z brzegu książkę. Są to rozmowy Didiera Eribona (mojego ulubionego filozofa francuskiego) z Lévim-Straussem z 1988 roku. Lévi-Strauss, jeden z największych umysłów XX wieku, ma 8o lat i spogląda na całe swoje pracowite życie. Stworzył strukturalizm, ważny kierunek naukowy, skutecznie konkurujący po wojnie z Sartrem i egzystencjalizmem. Otwieram zatem książkę i co ja widzę? Pierwsza część tych rozmów nosi tytuł “Gdy powraca Don Kichot”.
Powraca jednak dopiero pod sam koniec pierwszej części rozmów, tych o życiu, następne będą o nauce i społeczeństwie. Aczkolwiek i w tych rozmowach o życiu starszy pan rzadko naprawdę mówi o życiu. Urodził się w roku 1908. Na początku rozmów z Eribonem są rodzice i dziadkowie, w tym dziadek rabin, potem czasem pojawi się jakaś żona (było ich kilka), raz – syn, ale tak naprawdę jest to rozmowa o tym, jak przebiegała kariera naukowa Lévi-Straussa. Fragment na stronie 114 znacząco odbiega od reszty i rzeczywiście dotyczy życia. Panowie rozmawiają o książce La Potiére jalouse / Zazdrosna garncarka z 1985 roku. To w momencie ich rozmowy ostatnia książka starego etnologa. Książka jest, jak to zawsze u Lévi-Straussa, analizą struktur mitów, a zazdrość garncarki jest metaforą złożoności i wzajemnych przeciwieństw stosunków międzyludzkich, tak tych osobistych, jak społecznych.
Didier Eribon: Znajduje się w tej książce zabawne dygresje, małe fantazyjki… Myślę o fragmencie, w którym porównuje Pan Labiche’a i Sofoklesa. (Eugène Marin Labiche 1815-1888 był francuskim autorem komediowym – przyp. adminki).
Claude Lévi-Strauss: Pomysł ten miałem od dawna. Być może w nim właśnie tkwi odległe źródło książki. Zresztą w Labiche’u (którego tak źle się obecnie gra) znajdowałem wielką przyjemność. Kiedy byłem dzieckiem, był on moim schronieniem w czasie cotygodniowych kolacji u mojej babki ze strony ojca. Zaszywałem się w kącie salonu z którymś tomem dzieł zebranych i zaśmiewałem się. W miarę jak przychodzi starość, wychodzą na powierzchnię strzępy z przeszłości lub, by rzec inaczej, pętle się zawężają. Mythologiques doprowadziły mnie na powrót do Wagnera, w którego kulcie zostałem wychowany i od którego, jako młodzieniec, sądziłem, że się oderwałem. La Potiére jalouse odsyła do moich dziecięcych lektur. Jeśli dany mi będzie czas, bez wątpienia odnajdę Don Kichota. który był moją pasją, gdy miałem dziesięć lat (aby zabawić gości, proponowano jednemu z nich otwarcie książki na chybił trafił i przeczytanie jakiegoś zdania; bez wahania dopowiadałem ciąg dalszy, gdyż na pamięć znałem moje skrócone wydanie – widzę jeszcze lekko błyszczącą okładkę z różowego papieru). Czyż bowiem, powiedzą niektórzy, poprzez całe moje dzieło nie przestawała mnie ożywiać jakaś maniera donkichotyzmu?
D.E.: Co pan przez to rozumie?
C.L-S.: Nie definicję słownikową: manię naprawiania krzywd, robienia z siebie przywódcy uciśnionych itp. Donkichotyzm, jak mi się zdaje, to w istocie uporczywe pragnienie odnalezienia przeszłości za teraźnieszością. Gdyby przypadkiem jakiś oryginał starał się pewnego dnia zrozumieć, jaka była moja osobowość, ofiarowuję mu ten klucz.
Zazdrosna garncarka po francusku, wydaje mi się, że po polsku jej nie ma; stare skrócone wydanie Don Kichota po francusku, być może właśnie to w wersji dla dzieci, czy to tę książkę czytał mały Claud? (opis w sieci głosi: LIVRE ANCIEN CERVANTES DON QUICHOTTE ABREGE BELLE EDITION ILLUSTRE PARIS 1887). W każdym razie jest lekko różowe. I rzeczywiście: Belle edition.
Ile razy gdzieś zaczyna się dyskusja o tym, czy postawić pomnik, gdzie go postawić i ile potrzeba będzie pieniędzy, a ile ton stali, betonu i kamienia, tyle razy myślę – posadźcie las.
Ponieważ teraz znowu dyskutujemy o pomniku polskich ofiar wojny w Berlinie, mój wymyślony las wraca. Wraca ze smutkiem. Bo polski las w Berlinie już jest. I nikt nic o nim nie wie, nawet ja, zwolenniczka lasu, wiedziałam tylko, że przy pomniku Tor 17 (Gleis 17) jest kilka brzóz, a zapomniałam i moja siostra musiała mi to przypomnieć, że to część wielkiego, wspaniałego projektu, zrealizowanego przez polskiego artystę Łukasza Surowca:
Tak, piękny projekt, pamięć, która rośnie brzozami, bo Birkenau to przecież Brzezinka. Ale czy jest tak, jak twierdzi artysta, że pamięć się rozsiewa, czyli trzeba by uwierzyć, że jest i będzie jej coraz więcej? Bo jednak cały czas myślę, myślimy, że jest jej coraz mniej. Może jest coraz więcej pomników, miejsc pamięci, coraz więcej stali i betonu, coraz więcej instytucji i coraz więcej pensji dla urzędników, którzy w tych instytucjach pracują. Ale czy jest więcej pamięci?
A może jednak trzeba posadzić las, aby przypomnieć rozsiane po Berlinie brzozy? Na przykład zasadzić drzewa na całym lotnisku Tempelhof. 350 hektarów. Kasztany, orzechowce, graby, buki. Polski las.
***
O lasach i drzewach już tu wielokrotnie pisałam. O pomnikach też. I o pamięci. Mam z tym wszystkim problemy zgoła schizofreniczne, bo przecież tak bardzo chcę, żebyśmy nie zapominali i zarazem tak bardzo nie chcę pompy i nadęcia, które niemal nieodłącznie towarzyszą oficjalnej pamięci.
Myślę o kościelnym obozie pracy w Berlinie. Był to niemal pierwszy wpis na tym blogu, 13 lat temu. Od tego czasu wiele się wydarzyło, między innymi zbudowano ogromne miejsce pamięci. Ale czy to zmieniło cokolwiek berlińską, niemiecką pamięć o stu robotnikach przymusowych z Rosji, których berlińskie kościoły zatrudniały przy kopaniu grobów dla ofiar wojny i którzy mieszkali w obozie ukrytym na cmentarzu, z dala od zgiełku.
Miejsce pamięci jest pompatyczne. Nie rozumiem po co? Zwłaszcza, że też nikt tu nie napisał, jak było naprawdę, że to berlińskie kościoły postanowiły założyć obóz pracy, wystąpiły o zezwolenie, otrzymały zgodę i na malutkim odległym skrawku cmentarza założyły obóz.
O pamięci. Wymierają świadkowie czasu wojny. W Niemczech powstał więc projekt nazywany Zweitzeugen, co jest grą słów nie dającą się przetłumaczyć na polski. Zeitzeugen to świadkowie czasu, Zweitzeugen, to ci, którzy są drudzy w kolejce, by pamiętać czas. Tych, którzy go przeżyli już nie ma, ale zanim odeszli, następcy przejęli ich pamięć. Cóż prawdopodobnie tłumaczymy to na polski nader prozaicznie: Drudzy świadkowie czasu. Lub trochę bardziej poetycko: Następcy pamięci.
Miejsc pamięci jest w Berlinie dużo, ale właściwie się nie liczą. Liczą się tak naprawdę tylko trzy – te wokół Reichstagu:
Pomnik Holokaustu jest licznie odwiedzany, często przez tych, którzy sobie tu robią zdjęcie na Tindera , zob. TU, w tekście sprzed 8 lat
Pomnik pomordowanych Roma i Sinti, czyli – tak jak się przedtem mówiło, jak pisali poeci, pisarze, tłumacze, Jerzy Ficowski, Piotr Wojciechowski, Papusza i Federico Garcia Lorka – Pomnik Cyganów; o tym pomniku nikt z nas nigdy nie napisał nic na tym blogu, sięgam więc do sieci, a tam i tak nic po polsku. Wybieram Wikipedię. TU
I od niedawna polski kamień tymczasowy, o którym TU pisała Ela Kargol, a o pomniku już wiele lat temu pisałam TU
Na terenie Berlina Wschodniego było dużo pomników, które czciły zwycięstwo Sowietów nad niemieckim nazizmem. Największy w Treptower Park, najsłynniejszy na ulicy 17 czerwca tuż koło Bramy Brandenburskiej i najważniejszy dla Polaków, bo im poświęcony – Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w parku ludowym Friedrichshain. Bardzo męski pomnik, ale aktywistka Anna Krenz przemianowała go kiedyś na Pomnik Walczących, bez płci, wieku i narodowości. Również bez określania, jaka to była walka. Ten pomnik jest o tyle ważny, że jest przy nim ogromny napis po polsku: Za naszą i waszą wolność. Takiego wielkiego napisu po polsku nigdzie w Berlinie nie ma.
A więc właściwie mamy już w Berlinie wielką górę betonu ku czci Polaków i można ją było zdesowietyzować, odczarować i wykorzystać. Ale odór Berlina Wschodniego najwyraźniej odstręczył decydentów. A symetryści wszelkiej maści potrzebowali pomnika koło Reichstagu i żaden inny nie zdołał ich zadowolić. Stąd ten głaz, wielki a na dodatek tymczasowy. I o 80 lat spóźniony. Tamten we Friedrichshainie przynajmniej zbudowano we właściwym czasie.
Głaz odsłonięto latem 2025 roku. Jest naprzeciwko Reichstagu, czyli tam, gdzie musimy my Polacy mieć swoje miejsce, skoro Żydzi i Cyganie już tam swoje mają, obok Reichstagu. Pomnik jest tymczasowy, bo w stosunku do żydowskiego lasu betonowych słupów i cygańskiej tafli wody jest za mały.
Tak jest więc aktualna zasada dobrej pamięci – musi być duża i koło Reichstagu.
Betonowy napis na Friedrichshainie to za mało. Głaz koło Reichstagu to za mało. Więcej, więcej.
A mnie się marzy las, ten zapoczątkowany projektem Łukasza Surowca, tylko żeby go było więcej i więcej.
O lesie w mieście pisała też kiedyś Olimpia Klara Schneider: Mikrolas
W Polsce zwolennicy rekonstrukcji historycznych odtwarzają właśnie bitwę pod Grunwaldem. Marcin też tam jest. Wyjechał już tydzień temu. Nic się nie dało z tym zrobić. On musiał się zastosować do daty, którą historia wybrała 500 lat temu. Ja do terminu ustalonego przez Radę Wydziału przed dwoma tygodniami. Awansujemy. On do roli księcia. Ja doktory. Jeszcze nie ministry ani profesory. Jeszcze nie króla. Najważniejsze momenty w naszym życiu zawodowym. W naszych dwóch odrębnych życiach. Będziemy się bronić. Przed Krzyżakami i Radą Wydziału. Ja po angielsku, on mieczem.